Kto czytał kiedyś „Frankensteina” autorstwa Mary Shelley, ten pewnie zwrócił uwagę na czym polegało studiowanie bohatera i narratora tej słynnej powieści. Otóż zapisał się na studia i przystąpił do zgłębiania literatury w dziedzinie chemii, fizyki, biologii itd. – po prostu czytał to, co go interesowało. Do tego oczywiście chodził na interesujące go wykłady, ponieważ zarówno czytanie jak i korzystanie z wykładów prowadziło do poszerzania JEGO osobowości, a nie sztucznego KREOWANIA jego intelektualnego profilu.
W krajach o nieprzerwanej tradycji uniwersyteckiej, studiowanie polega na gromadzeniu wiedzy w celu jej twórczego wykorzystania, odkrywania prawidłowości rządzących światem i publikowania wyników swoich badań. Do tego celu potrzebne są biblioteki, mądrzy wykładowcy i w naukach empirycznych laboratoria.
Bardzo różnie bywa z wyposażeniem bibliotek i laboratoriów w Polsce, ale jedno jest pewne. Studiowanie w klasycznym sensie tego słowa nie ma nic wspólnego z polską uczelnią. Szkoła wyższa jest jedynie przedłużeniem szkoły średniej, z tą różnicą, że wiele przedmiotów już odpadło, a te które są, często (bo na szczęście nie zawsze) reprezentują poziom niższy od szkoły średniej. Nie w tym jednak tkwi największy problem.
Jedyną namiastką pracy badawczej na polskim uniwersytecie jest praca licencjacka a potem magisterska. Studenci pisanie tych prac uważają za ciężką katorgę i zło konieczne. Mimo stresu, wolą jednak zaliczać poszczególne egzaminy na zasadzie trzech „z” (zakuć, zdać, zapomnieć), niż wykazać się jakimkolwiek twórczym myśleniem. Prace licencjackie, jakie przedstawiają są niezwykle wtórne, ale już nie o to chodzi, że składają się z przeglądu szeregu prac uznanych uczonych, ale że składają się z przeglądu 3, góra 5 podręczników akademickich! To są ich podstawowe źródła. Wkład studenta w postaci albo samodzielnych doświadczeń albo pracy z materiałem źródłowym (w takim sensie jak go pojmują historycy, czyli nie chodzi o cudze opracowania) jest znikomy.
Najlepsi z takich studentów zostają potem wykładowcami. Niektórzy są naprawdę dobrzy! Niejeden z nich potrafi wbrew wszystkiemu odkryć coś ciekawego. Jest tylko jeden problem – nie umie o tym napisać. Wielu polskich naukowców nie umie pisać. Mają problemy ze składnią i słownictwem. Co prawda operują czymś, co nazywam „bełkotem intelektualnym”, czyli słownictwem (czyt. żargonem) właściwym swojej dziedzinie dość sprawnie, ale czyta się to okropnie. Nie ma się co dziwić studentom, że nie chcą czytać opracowań szczegółowych, zadawalając się jedynie podręcznikami zawierającymi skondensowaną i „przetrawioną” przez autora zbitkę podstaw wiedzy z danej dziedziny. Często nawet tego nie czytają, bo wolą „przełknąć” o wiele krótszy i jeszcze bardziej przystępny bryk. Co w tym jest z prawdziwego studiowania?
Nikt studentom nie proponuje pracy twórczej, badawczej. Przyzwyczailiśmy się od czasów komuny do tego, że studentom zadaje się partię materiału, potem się ich z tego egzaminuje, a oni jako ludzie w ogóle nas nie interesują. To jest bardzo poważny problem – uprzedmiotowienie studenta. Nie może być mowy o stosunku „mistrz-uczeń”, bo mało który z wykładowców czuje się mistrzem osobiście odpowiedzialnym za rozwój konkretnego studenta.
Już wcześniej pisałem o tym, że uczniowie nie czytają i zupełnie nie umieją pisać. Ci młodzi ludzie stają się studentami (jest to dziś o wiele łatwiejsze niż w czasach egzaminów wstępnych), ale od samego tego faktu nie przybywa ani rozumu ani chęci do czytania. Dzieje się tak dlatego, że systematycznie rezygnujemy z ambitnych wymagań. Pisać nie umieją, bo mało komu na uczelni chciałoby się czytać prace studentów. I tak zamyka się błędne koło. Nie uczymy (się) pisać, więc potem nie umiemy. Skoro sami nie umiemy, to nie możemy tego nauczyć naszych studentów.
Ten stan trzeba przerwać, bo w przeciwnym wypadku nawet ci pogardzani przez nas zachodni studenci, którzy a vista nie popiszą się ani znajomością dat czy nazwisk, ani w ogóle jakąś wielką erudycją, w każdej chwili będą w stanie zgromadzić materiał i napisać (i opublikować!) ciekawą pracę na każdy temat, podczas gdy nasi rzekomi erudyci nie są w stanie sklecić najprostszych dwóch zdań.
sobota, 31 stycznia 2009
czwartek, 29 stycznia 2009
Języki obce a sztuki walki
Od dawna frapuje mnie analogia jaką można dostrzec w nauce języka obcego i w nauce sztuki walki. Można by na ten temat przeprowadzić badania i napisać rozprawę naukową. Pojawia się jednak problem – kto byłby adresatem takiej pracy? Gdzie można byłoby ją opublikować? W czasopiśmie poświęconym językom obcym, czy też w magazynie wschodnich (i nie tylko) sztuk walki? Periodyku, w którym poruszano by oba tematy, po prostu nie ma. A szkoda, bo skojarzenia, jakie mi się nasuwają, są bardzo kuszące.
Zacznijmy od nauki słówek i ćwiczeń fonetycznych. Powtarzanie nowych słów można porównać do kihonu z karate, czyli wielokrotnie wymierzanych ciosów i kopnięć w powietrze. Metoda ta jest w niektórych szkołach kung fu krytykowana jako mało skuteczna i nie wyrabiająca właściwych nawyków w autentycznej sytuacji walki. Ktoś może opanować do perfekcji oi-tsuki, ale w realnej walce np. z bokserem, czy dżudoką, w ogóle nie będzie wiedział, jak użyć tego ciosu. Najwyżej pomacha rękoma w powietrzu, czym wzbudzi śmiech przeciwnika. Podobnie jest z opanowaniem nawet setek pojedynczych słów. W realnej konwersacji na nic się nie zdadzą. Użyte bez kontekstu i bez zasad gramatyki, będą nieudolnym bełkotem, który może czasem się okazać skuteczny, jeśli będzie to np. dialog w sklepie, gdzie wystarczy tylko wypowiedzieć nazwę potrzebnego artykułu.
Każdy się chyba zgodzi, że słowa trzeba umieszczać we frazach, które są budowane na zasadzie pewnych zasad gramatycznych. Temu we wschodnich sztukach walki służą kata, lub formy, czyli z góry ustalone sekwencje ruchów łączące kombinacje ciosów, kopnięć i rzutów w jeden ciąg. Do tego elementu treningu walki można porównać drille, polegające na powtarzaniu całych zdań, których elementem urozmaicenia jest zamienianie jednego słowa w zdaniu przez inne, podrzucone przez nauczyciela. Do kata można też porównać nauczenie się jakiegoś dłuższego tekstu na pamięć. Do pewnego stopnia jest to jakaś metoda, ale przecież zapytani o drogę na ulicy Londynu nie zaczniemy recytować fragmentu „1984” George’a Orwella, albo jakiegoś innego wyuczonego tekstu. Podobnie jest z mistrzami kata, którzy w walce okazują się mało skuteczni, ponieważ przeciwnik nie atakuje nas przewidywalnymi ciosami.
Bokserzy dobrze wiedzą, że nic nie zastąpi sparringu. Sparring uczy praktycznie wszystkiego – wyczucia dystansu, pracy nóg, uników i zadawania ciosów, a wszystko to bez możliwości przewidzenia kolejnego ciosu przeciwnika. Ćwiczenia kata w judo polegają na ataku z góry ustalonymi technikami, co wymaga z góry ustalonych obron. W realnej walce nie ma nic gorszego od nastawienia na konkretny atak i przygotowywania się mentalnie i fizycznie na jego odparcie. W autentycznej rozmowie też nie ma nic gorszego. Nie można na pytanie „czy urodził mu się syn, czy córka?” odpowiedzieć „tak tak, urodził się”. Tak samo jak na mae geri zadane w brzuch nie można wykonać bloku age uke. (tzn. można, ale skutki będą opłakane).
Ci, którzy trenują sztuki walki doskonale wiedzą, że najlepszą obroną jest atak. Popisy trenerów każących swoim młodym uczniom się uderzyć, żeby zademonstrować pozostałym nową technikę, w przypadku przeciwników o równym poziomie umiejętności nie mają sensu, bo to trochę tak jak z obroną karnego w piłce nożnej. Wygrywa ten, który pierwszy zada skuteczny cios. Drugi nie będzie miał czasu na reakcję. Wiedzą o tym zawodnicy i dlatego podczas realnych walk rzadko można zaobserwować piękne i czyste techniki obron. Nawet ci najlepsi technicznie walczą brzydko pod względem estetycznym.
W sztuce konwersacji nie można jednak na to liczyć. Tzn. można, jeśli jest to debata i „zagadujemy” przeciwnika tak, że nie dajemy mu nawet możliwości by nam odpowiedział. W normalnej rozmowie jednak nie można „zawłaszczyć inicjatywy” i należy jednak posłuchać, tego, co mówi interlokutor. Posłuchać, zrozumieć i odpowiednio zareagować.
Pamiętam pewnego młodego człowieka, który zdenerwował instruktora ving tsun kung fu, mówiąc z rozmarzeniem: „fajnie byłoby tak znać wszystkie skuteczne reakcje na każdy możliwy atak”. Trener się zirytował dlatego, że młody uczeń chodząc przez rok na treningi i słuchając nauk trenera, jeszcze nie pojął, że w ving tsun nie ma takiego założenia, jak nauka zestawu obron przed konkretnymi atakami, bo każdy atak może być inny. W nauce języka obcego istnieje możliwość wyuczenia się możliwych sytuacji uporządkowanych wg funkcji (np. prośby i reakcje na nie, pytania o drogę i odpowiedzi na nie, przeprosiny, zażalenia itd. itp.) – z doświadczenia wiem, że uczniowie i studenci nie lubią ćwiczyć takich sztucznych dialogów. Teoretycznie przygotowują się do naturalnych sytuacji, ale symulacja sytuacji „naturalnych” jest wysoce nienaturalna.
Nie wchodzę tu w szczegóły, bo temat można by twórczo rozwinąć, ale kogo to zainteresuje? Uczących się języków obcych? Ich nauczycieli? Niekoniecznie są to ludzie interesujący się walką. Miłośników sztuk walki? Ich trenerów? Ci z kolei nie muszą się uczyć języków obcych (choć mogą i wielu to robi). No po prostu fajny temat, bo tyle się nasuwa skojarzeń i paraleli, ale nie ma go do kogo zaadresować ;)
Zacznijmy od nauki słówek i ćwiczeń fonetycznych. Powtarzanie nowych słów można porównać do kihonu z karate, czyli wielokrotnie wymierzanych ciosów i kopnięć w powietrze. Metoda ta jest w niektórych szkołach kung fu krytykowana jako mało skuteczna i nie wyrabiająca właściwych nawyków w autentycznej sytuacji walki. Ktoś może opanować do perfekcji oi-tsuki, ale w realnej walce np. z bokserem, czy dżudoką, w ogóle nie będzie wiedział, jak użyć tego ciosu. Najwyżej pomacha rękoma w powietrzu, czym wzbudzi śmiech przeciwnika. Podobnie jest z opanowaniem nawet setek pojedynczych słów. W realnej konwersacji na nic się nie zdadzą. Użyte bez kontekstu i bez zasad gramatyki, będą nieudolnym bełkotem, który może czasem się okazać skuteczny, jeśli będzie to np. dialog w sklepie, gdzie wystarczy tylko wypowiedzieć nazwę potrzebnego artykułu.
Każdy się chyba zgodzi, że słowa trzeba umieszczać we frazach, które są budowane na zasadzie pewnych zasad gramatycznych. Temu we wschodnich sztukach walki służą kata, lub formy, czyli z góry ustalone sekwencje ruchów łączące kombinacje ciosów, kopnięć i rzutów w jeden ciąg. Do tego elementu treningu walki można porównać drille, polegające na powtarzaniu całych zdań, których elementem urozmaicenia jest zamienianie jednego słowa w zdaniu przez inne, podrzucone przez nauczyciela. Do kata można też porównać nauczenie się jakiegoś dłuższego tekstu na pamięć. Do pewnego stopnia jest to jakaś metoda, ale przecież zapytani o drogę na ulicy Londynu nie zaczniemy recytować fragmentu „1984” George’a Orwella, albo jakiegoś innego wyuczonego tekstu. Podobnie jest z mistrzami kata, którzy w walce okazują się mało skuteczni, ponieważ przeciwnik nie atakuje nas przewidywalnymi ciosami.
Bokserzy dobrze wiedzą, że nic nie zastąpi sparringu. Sparring uczy praktycznie wszystkiego – wyczucia dystansu, pracy nóg, uników i zadawania ciosów, a wszystko to bez możliwości przewidzenia kolejnego ciosu przeciwnika. Ćwiczenia kata w judo polegają na ataku z góry ustalonymi technikami, co wymaga z góry ustalonych obron. W realnej walce nie ma nic gorszego od nastawienia na konkretny atak i przygotowywania się mentalnie i fizycznie na jego odparcie. W autentycznej rozmowie też nie ma nic gorszego. Nie można na pytanie „czy urodził mu się syn, czy córka?” odpowiedzieć „tak tak, urodził się”. Tak samo jak na mae geri zadane w brzuch nie można wykonać bloku age uke. (tzn. można, ale skutki będą opłakane).
Ci, którzy trenują sztuki walki doskonale wiedzą, że najlepszą obroną jest atak. Popisy trenerów każących swoim młodym uczniom się uderzyć, żeby zademonstrować pozostałym nową technikę, w przypadku przeciwników o równym poziomie umiejętności nie mają sensu, bo to trochę tak jak z obroną karnego w piłce nożnej. Wygrywa ten, który pierwszy zada skuteczny cios. Drugi nie będzie miał czasu na reakcję. Wiedzą o tym zawodnicy i dlatego podczas realnych walk rzadko można zaobserwować piękne i czyste techniki obron. Nawet ci najlepsi technicznie walczą brzydko pod względem estetycznym.
W sztuce konwersacji nie można jednak na to liczyć. Tzn. można, jeśli jest to debata i „zagadujemy” przeciwnika tak, że nie dajemy mu nawet możliwości by nam odpowiedział. W normalnej rozmowie jednak nie można „zawłaszczyć inicjatywy” i należy jednak posłuchać, tego, co mówi interlokutor. Posłuchać, zrozumieć i odpowiednio zareagować.
Pamiętam pewnego młodego człowieka, który zdenerwował instruktora ving tsun kung fu, mówiąc z rozmarzeniem: „fajnie byłoby tak znać wszystkie skuteczne reakcje na każdy możliwy atak”. Trener się zirytował dlatego, że młody uczeń chodząc przez rok na treningi i słuchając nauk trenera, jeszcze nie pojął, że w ving tsun nie ma takiego założenia, jak nauka zestawu obron przed konkretnymi atakami, bo każdy atak może być inny. W nauce języka obcego istnieje możliwość wyuczenia się możliwych sytuacji uporządkowanych wg funkcji (np. prośby i reakcje na nie, pytania o drogę i odpowiedzi na nie, przeprosiny, zażalenia itd. itp.) – z doświadczenia wiem, że uczniowie i studenci nie lubią ćwiczyć takich sztucznych dialogów. Teoretycznie przygotowują się do naturalnych sytuacji, ale symulacja sytuacji „naturalnych” jest wysoce nienaturalna.
Nie wchodzę tu w szczegóły, bo temat można by twórczo rozwinąć, ale kogo to zainteresuje? Uczących się języków obcych? Ich nauczycieli? Niekoniecznie są to ludzie interesujący się walką. Miłośników sztuk walki? Ich trenerów? Ci z kolei nie muszą się uczyć języków obcych (choć mogą i wielu to robi). No po prostu fajny temat, bo tyle się nasuwa skojarzeń i paraleli, ale nie ma go do kogo zaadresować ;)
środa, 28 stycznia 2009
Naukowość nauki (1)
W dobie pozytywizmu wierzono jeszcze w poznanie, w dotarcie do sedna sprawy, zrozumienie rzeczy samej w sobie. Co prawda już Kant pisał o tym, że nie jest możliwe przebicie się poza naszą siatkę pojęciową, poza język, który nam zaciemnia obraz i utrudnia dotarcie do tego „świata rzeczywistego”, ale wierzono, że taki świat jednak istnieje, a nauki ścisłe, matematyka i „czyste przyrodoznawstwo”, jak Kant nazywał fizykę, są zbiorami wiedzy pewnej, zawsze sprawdzalnej.
Tymczasem przełom antypozytywistyczny przełomu XIX i XX wieku położył bezlitosny kres tej optymistycznej wierze w możliwość poznania i postawił na świat języka, jako jedyny nam dostępny. Okazuje się, że poruszanie się w świecie czystych pojęć i metafor, od których nie ma ucieczki, doskonale zastępuje próby dotarcia do wiedzy pewnej. Wystarczy zgromadzić trochę wiedzy „niepewnej”, żeby móc w niej dostrzec prawidłowości, zależności i reguły, które nabierają pozorów pewności i sprawdzalności, a więc naukowości.
Uczeni humaniści i specjaliści od nauk społecznych tworzą pojęcia, zestawiają je ze sobą i klasyfikują, niczym znawcy twórczości Tolkiena rozwodzący się nad własnościami hobbitów, a nawet toczący spory na ten temat. Jedną z nauk opierających się na metaforycznym pojmowaniu mechanizmów rządzących walką o władzę i porządek społeczny jest politologia. Jej mistrzowie, a przynajmniej wielu z nich (a już na pewno w Polsce) nadal posługują się metaforą (wziętą z okresu rewolucji francuskiej) dzielącą ruchy polityczne na lewicę, centrum i prawicę. Ta siatka pojęciowa jest bardzo produktywna i wdzięczna mimo, że co jakiś czas ktoś zauważa, że z rzeczywistością (nawet tą pojmowaną czysto językowo) ma coraz mniej wspólnego. Kombinacje elementów przypisywanych klasycznej lewicy z poglądami skrajnie prawicowymi to zjawisko nader częste. Janusz Korwin-Mikke stawia nazistów obok bolszewików jako socjalistów, a więc lewicowców. Oprócz bowiem szowinistycznego podejścia do kwestii stosunków międzynarodowych i międzyetnicznych, proponowali program socjalny i etatystyczny w gospodarce. Z kolei różnej maści lewacy przyznają, że sowiecki komunizm nie miał nic wspólnego z „prawdziwą” lewicą, ponieważ był scentralizowaną dyktaturą, podczas gdy lewicowość to kwintesencja demokracji. Itd. itp.
Jak łatwo zauważyć, jest to jedno wielkie bajdurzenie i spory o słowa, które biorą się jedynie z tego, że nikt nie chce zrezygnować ze słownictwa i idącej za nim klasyfikacji, którym rzeczywistość polityczna nieustannie się wymyka.
Twórcy nauki, czyli ci, którzy proponują klasyfikacje, modele i systemy, często zdają sobie sprawę z tego, że są to jedynie hipotetyczne propozycje, pewne próby wprowadzenia jakiegoś porządku w myśleniu o zjawiskach z natury dość chaotycznych. Ich następcy i uczniowie, młodsi profesorowie, którzy przekazują te propozycje młodym pokoleniom, często jeszcze zdają sobie sprawę z umowności pewnych ustaleń, ponieważ znają propozycje konkurencyjne. Ambitni studenci (o szarej masie studiującej tylko dla dyplomu w ogóle nawet nie mówię) i młodzi pracownicy naukowi, pragnący za wszelką cenę zabłysnąć i zaistnieć jako intelektualiści „łykają” taką wiedzę często bezkrytycznie, bo im wystarczy pokazać, że jakiś system jest dość spójny (słabych punktów się przecież nie eksponuje), a już młody człowiek się cieszy, że oto chwycił Pana Boga za nogi i wie już wszystko. Kto zaś nie żongluje słownictwem ich żargonu, uznawany jest za ignoranta. W ten sposób „nauki” stają się dziedzinami hermetycznymi, których nikt nie śmie zaatakować, bo nie posiada odpowiedniego do tego celu słownictwa. Kto się odważy powiedzieć, że „król jest nagi”? Może tylko jakiś głuptasek, ale jego nikt nie będzie traktował poważnie.
Mój młody Kolega, który jest studentem politologii, popisał się tekstem, w którym użył kilkakrotnie określenia „partia pivotalna”. Fantastyczna sprawa! „Pivot” to po angielsku oś, albo obrót wokół niej. Chodzi tu o takie partie, które obojętnie które z wielkich i znaczących stronnictw obejmuje władzę, one są zawsze potrzebne jako koalicjant w celu uzyskania większości w parlamencie. Ładne słowo, bo niby jakim typowo polskim go zastąpić? Partia „obrotowa”? To byłby dopiero śmiech. My, Polacy, mamy na takich ludzi, jak owe partie, o wiele lepsze, ale niestety dłuższe określenie. Porównujemy ich do „kurków na kościele” obracających się zgodnie ze zmianą kierunku wiatru. Ale jak tu nazwać PSL partią „kurkową”, albo „nakościelną”. „Kurkowonakościelną” też się nie da, bo byłby to jakiś potworek językowy. Zostaje więc „pivotalna”, nie ma rady. Brzmi ładnie i naukowo, a najważniejsze, że oprócz tych, którzy tego określenia używają, mało kto je zrozumie, przez co nasza uczoność wzniesie się na jeszcze wyższe wyniosłości...
Tymczasem przełom antypozytywistyczny przełomu XIX i XX wieku położył bezlitosny kres tej optymistycznej wierze w możliwość poznania i postawił na świat języka, jako jedyny nam dostępny. Okazuje się, że poruszanie się w świecie czystych pojęć i metafor, od których nie ma ucieczki, doskonale zastępuje próby dotarcia do wiedzy pewnej. Wystarczy zgromadzić trochę wiedzy „niepewnej”, żeby móc w niej dostrzec prawidłowości, zależności i reguły, które nabierają pozorów pewności i sprawdzalności, a więc naukowości.
Uczeni humaniści i specjaliści od nauk społecznych tworzą pojęcia, zestawiają je ze sobą i klasyfikują, niczym znawcy twórczości Tolkiena rozwodzący się nad własnościami hobbitów, a nawet toczący spory na ten temat. Jedną z nauk opierających się na metaforycznym pojmowaniu mechanizmów rządzących walką o władzę i porządek społeczny jest politologia. Jej mistrzowie, a przynajmniej wielu z nich (a już na pewno w Polsce) nadal posługują się metaforą (wziętą z okresu rewolucji francuskiej) dzielącą ruchy polityczne na lewicę, centrum i prawicę. Ta siatka pojęciowa jest bardzo produktywna i wdzięczna mimo, że co jakiś czas ktoś zauważa, że z rzeczywistością (nawet tą pojmowaną czysto językowo) ma coraz mniej wspólnego. Kombinacje elementów przypisywanych klasycznej lewicy z poglądami skrajnie prawicowymi to zjawisko nader częste. Janusz Korwin-Mikke stawia nazistów obok bolszewików jako socjalistów, a więc lewicowców. Oprócz bowiem szowinistycznego podejścia do kwestii stosunków międzynarodowych i międzyetnicznych, proponowali program socjalny i etatystyczny w gospodarce. Z kolei różnej maści lewacy przyznają, że sowiecki komunizm nie miał nic wspólnego z „prawdziwą” lewicą, ponieważ był scentralizowaną dyktaturą, podczas gdy lewicowość to kwintesencja demokracji. Itd. itp.
Jak łatwo zauważyć, jest to jedno wielkie bajdurzenie i spory o słowa, które biorą się jedynie z tego, że nikt nie chce zrezygnować ze słownictwa i idącej za nim klasyfikacji, którym rzeczywistość polityczna nieustannie się wymyka.
Twórcy nauki, czyli ci, którzy proponują klasyfikacje, modele i systemy, często zdają sobie sprawę z tego, że są to jedynie hipotetyczne propozycje, pewne próby wprowadzenia jakiegoś porządku w myśleniu o zjawiskach z natury dość chaotycznych. Ich następcy i uczniowie, młodsi profesorowie, którzy przekazują te propozycje młodym pokoleniom, często jeszcze zdają sobie sprawę z umowności pewnych ustaleń, ponieważ znają propozycje konkurencyjne. Ambitni studenci (o szarej masie studiującej tylko dla dyplomu w ogóle nawet nie mówię) i młodzi pracownicy naukowi, pragnący za wszelką cenę zabłysnąć i zaistnieć jako intelektualiści „łykają” taką wiedzę często bezkrytycznie, bo im wystarczy pokazać, że jakiś system jest dość spójny (słabych punktów się przecież nie eksponuje), a już młody człowiek się cieszy, że oto chwycił Pana Boga za nogi i wie już wszystko. Kto zaś nie żongluje słownictwem ich żargonu, uznawany jest za ignoranta. W ten sposób „nauki” stają się dziedzinami hermetycznymi, których nikt nie śmie zaatakować, bo nie posiada odpowiedniego do tego celu słownictwa. Kto się odważy powiedzieć, że „król jest nagi”? Może tylko jakiś głuptasek, ale jego nikt nie będzie traktował poważnie.
Mój młody Kolega, który jest studentem politologii, popisał się tekstem, w którym użył kilkakrotnie określenia „partia pivotalna”. Fantastyczna sprawa! „Pivot” to po angielsku oś, albo obrót wokół niej. Chodzi tu o takie partie, które obojętnie które z wielkich i znaczących stronnictw obejmuje władzę, one są zawsze potrzebne jako koalicjant w celu uzyskania większości w parlamencie. Ładne słowo, bo niby jakim typowo polskim go zastąpić? Partia „obrotowa”? To byłby dopiero śmiech. My, Polacy, mamy na takich ludzi, jak owe partie, o wiele lepsze, ale niestety dłuższe określenie. Porównujemy ich do „kurków na kościele” obracających się zgodnie ze zmianą kierunku wiatru. Ale jak tu nazwać PSL partią „kurkową”, albo „nakościelną”. „Kurkowonakościelną” też się nie da, bo byłby to jakiś potworek językowy. Zostaje więc „pivotalna”, nie ma rady. Brzmi ładnie i naukowo, a najważniejsze, że oprócz tych, którzy tego określenia używają, mało kto je zrozumie, przez co nasza uczoność wzniesie się na jeszcze wyższe wyniosłości...
wtorek, 27 stycznia 2009
Wyznania ekonomicznego ignoranta
Bardzo lubię się powymądrzać na różne tematy, ale niestety istnieje bardzo wiele dziedzin, o których nie mam zielonego pojęcia. Nie jest to jakiś wielki problem, o ile są to obszary, na eksploracji których specjalnie mi nie zależy. Są jednak tematy żywo mnie interesujące, których pojęcie sprawia mi nie lada kłopot. Chodzi o szeroko pojętą ekonomię. Otaczają nas bowiem rozmaite zjawiska, które na chłopski rozum próbuję sobie wytłumaczyć, ale co i rusz natykam się na ścianę własnej ignorancji. Co gorsza, ściana owa wydaje się nie do pokonania.
Kiedy w Polsce bezrobocie dochodziło do 20%, a w Łodzi ludzie byli bliscy zbiorowej paniki z powodu upadku zakładów pracy i, co za tym idzie, utracie zatrudnienia przez tysiące ludzi, w całym kraju, a zwłaszcza w Łodzi, budowano na potęgę hipermarkety. Nie umiałem sobie tego wytłumaczyć ani wtedy, ani nie umiem teraz. Oto ludzie tracą źródło utrzymania, niewiele, albo nic się nie produkuje, ale powstają sklepy wielkopowierzchniowe nastawione na masową sprzedaż, która wymaga masowego napływu klientów. Skąd mają się brać klienci, skoro nie mają pieniędzy, bo nie zarabiają? Taka była moja logika. Jak się okazuje, moje rozumowanie obiektywnej logice się całkowicie wymknęło, bo przecież hipermarkety nie upadają, mimo że kolejne zakłady produkcyjne jak najbardziej. Jak to działa? Bardzo bym chciał, żeby ktoś, kto się na tym zna, wyjaśnił mi to zjawisko.
Obecnie obserwuję znowu coś, czego kompletnie nie rozumiem. Kiedy sprowadziłem się do Białegostoku 18 lat temu, akurat likwidowano jedyny w mieście odkryty basen i w jego miejsce budowano bank – Kredyt Bank (wyszło niczym Bond – James Bond ;) ). Dwa poczciwe stare banki o identycznych akronimach (PKO SA i PKO BP) nagle stanęły w obliczu konkurencji ze strony szeregu innych instytucji o podobnym profilu działalności. Na razie były to tylko banki polskie, ponieważ prawo chroniło je przed konkurencją z zagranicy. Obecnie sytuacja jest już inna, ponieważ banki zagraniczne swobodnie już działają na naszym rynku. Nie ma w tym nic dziwnego.
Jakieś 12 lat temu (nie dam głowy za dokładność dat) zlikwidowano sklep z komputerami w moim sąsiedztwie (o wdzięcznej nazwie „Santina”) i urządzono tam filię PKO BP. Było mi to na rękę, ponieważ prowadząc konto na działalność gospodarczą musiałem co miesiąc, a czasami częściej robić przelewy w głównej siedzibie banku. Teraz miałem bliżej.
W budynku dawnego przedszkola, do którego chodziła jeszcze moja żona, obecnie również znajduje się bank (chyba WBK). Obecnie zaś zlikwidowano sklep ze sprzętem AGD, w którym lubiliśmy się zaopatrywać w artykuły potrzebne przede wszystkim w kuchni. Powiedzmy, że upadek tego sklepu mógłbym zrozumieć. Mieszkam bowiem między dwiema nowymi galeriami handlowymi „Alfą” i „Białą”. Żaden ze sklepów spożywczych w okolicy przez to nie upadł, ale AGD tak (tak sobie myślę, że to przez konkurencję, ale być może kompletnie się mylę). Co teraz będzie na miejscu tego sklepu? Ludzie mówią, że bank! Nie wiem jeszcze jaki bank, i czy to w ogóle prawda, ale skoro ludzie mówią, to pewnie skądś wiedzą. Jeśli to prawda, to zdziwieniu mojemu nie będzie końca, ponieważ kompletnie nie jestem w stanie pojąć jak w kraju, do którego ponoć już dotarł ogólnoświatowy kryzys gospodarczy, gdzie banki ostrożnie podchodzą do udzielania kredytów i pożyczek i w ogóle nie wiadomo, czy rząd nie będzie ich musiał wspomóc, buduje się kolejne filie banków? Instytucje niczego nie produkujące, bo to przecież nie ich linia biznesu, ani nie trzymające już złota, bo to przecież nie te czasy, rozwijają się w dobie bankructw i oszczędności.
Bardzo byłbym wdzięczny, gdyby jakiś ekonomista mi to wszystko wytłumaczył, bo przyznaję, żem głąb w tej dziedzinie i ignorant kompletny. Podobno to banki powinny najbardziej na kryzysie ucierpieć, ale jak widać, tendencja jest odwrotna. Ale może taki szalony rozwój sektora bankowego ma miejsce tylko w Białymstoku, a gdzie indziej jest bryndza? Nie wiem. Naprawdę nie wiem i niczego nie pojmuję. Tak sobie głośno myślę.
Kiedy w Polsce bezrobocie dochodziło do 20%, a w Łodzi ludzie byli bliscy zbiorowej paniki z powodu upadku zakładów pracy i, co za tym idzie, utracie zatrudnienia przez tysiące ludzi, w całym kraju, a zwłaszcza w Łodzi, budowano na potęgę hipermarkety. Nie umiałem sobie tego wytłumaczyć ani wtedy, ani nie umiem teraz. Oto ludzie tracą źródło utrzymania, niewiele, albo nic się nie produkuje, ale powstają sklepy wielkopowierzchniowe nastawione na masową sprzedaż, która wymaga masowego napływu klientów. Skąd mają się brać klienci, skoro nie mają pieniędzy, bo nie zarabiają? Taka była moja logika. Jak się okazuje, moje rozumowanie obiektywnej logice się całkowicie wymknęło, bo przecież hipermarkety nie upadają, mimo że kolejne zakłady produkcyjne jak najbardziej. Jak to działa? Bardzo bym chciał, żeby ktoś, kto się na tym zna, wyjaśnił mi to zjawisko.
Obecnie obserwuję znowu coś, czego kompletnie nie rozumiem. Kiedy sprowadziłem się do Białegostoku 18 lat temu, akurat likwidowano jedyny w mieście odkryty basen i w jego miejsce budowano bank – Kredyt Bank (wyszło niczym Bond – James Bond ;) ). Dwa poczciwe stare banki o identycznych akronimach (PKO SA i PKO BP) nagle stanęły w obliczu konkurencji ze strony szeregu innych instytucji o podobnym profilu działalności. Na razie były to tylko banki polskie, ponieważ prawo chroniło je przed konkurencją z zagranicy. Obecnie sytuacja jest już inna, ponieważ banki zagraniczne swobodnie już działają na naszym rynku. Nie ma w tym nic dziwnego.
Jakieś 12 lat temu (nie dam głowy za dokładność dat) zlikwidowano sklep z komputerami w moim sąsiedztwie (o wdzięcznej nazwie „Santina”) i urządzono tam filię PKO BP. Było mi to na rękę, ponieważ prowadząc konto na działalność gospodarczą musiałem co miesiąc, a czasami częściej robić przelewy w głównej siedzibie banku. Teraz miałem bliżej.
W budynku dawnego przedszkola, do którego chodziła jeszcze moja żona, obecnie również znajduje się bank (chyba WBK). Obecnie zaś zlikwidowano sklep ze sprzętem AGD, w którym lubiliśmy się zaopatrywać w artykuły potrzebne przede wszystkim w kuchni. Powiedzmy, że upadek tego sklepu mógłbym zrozumieć. Mieszkam bowiem między dwiema nowymi galeriami handlowymi „Alfą” i „Białą”. Żaden ze sklepów spożywczych w okolicy przez to nie upadł, ale AGD tak (tak sobie myślę, że to przez konkurencję, ale być może kompletnie się mylę). Co teraz będzie na miejscu tego sklepu? Ludzie mówią, że bank! Nie wiem jeszcze jaki bank, i czy to w ogóle prawda, ale skoro ludzie mówią, to pewnie skądś wiedzą. Jeśli to prawda, to zdziwieniu mojemu nie będzie końca, ponieważ kompletnie nie jestem w stanie pojąć jak w kraju, do którego ponoć już dotarł ogólnoświatowy kryzys gospodarczy, gdzie banki ostrożnie podchodzą do udzielania kredytów i pożyczek i w ogóle nie wiadomo, czy rząd nie będzie ich musiał wspomóc, buduje się kolejne filie banków? Instytucje niczego nie produkujące, bo to przecież nie ich linia biznesu, ani nie trzymające już złota, bo to przecież nie te czasy, rozwijają się w dobie bankructw i oszczędności.
Bardzo byłbym wdzięczny, gdyby jakiś ekonomista mi to wszystko wytłumaczył, bo przyznaję, żem głąb w tej dziedzinie i ignorant kompletny. Podobno to banki powinny najbardziej na kryzysie ucierpieć, ale jak widać, tendencja jest odwrotna. Ale może taki szalony rozwój sektora bankowego ma miejsce tylko w Białymstoku, a gdzie indziej jest bryndza? Nie wiem. Naprawdę nie wiem i niczego nie pojmuję. Tak sobie głośno myślę.
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Młodzieży chowanie (1)
Koniec semestru objawia się przede wszystkim tym, że studenci nagle przypomnieli sobie, że może warto zdobyć jakieś zaliczenie i przynieść różne zaległe prace, których jakaś „siła wyższa” nie pozwoliła im napisać w przeciągu minionych 4 miesięcy. Dla mnie oznacza to wielką sesję czytelniczą.
Polski system szkolnictwa wyższego tkwi mentalnie w komunie pomimo pojawienia się szeregu uczelni prywatnych. Zarówno państwowe uniwersytety, jak i szkoły prywatne siłą rzeczy obniżają poziom wymagań, ponieważ idą na ilość. Trudno sobie zresztą wyobrazić, żeby było inaczej, bo przecież z czegoś trzeba instytucję utrzymać i nie można sobie pozwolić na przebieranie w „materiale ludzkim”. Kilka(naście) lat temu wierzyłem, że jeżeli młodym ludziom da się szansę, mądrze rozłoży materiał i konsekwentnie będzie się od nich egzekwowało wymagania, to można z nich zrobić bardzo dobrych studentów, mimo, że w szkole średniej do orłów nie należeli.
Być może są takie kierunki, gdzie tak można zrobić. Filologia języka obcego takim kierunkiem z pewnością nie jest, ponieważ jeśli ktoś startuje z bardzo niskiego pułapu, nie jest w stanie (no po prostu fizycznie nie jest to możliwe) przeskoczyć pewnego progu. Można założyć, że obniży się poziom wymagań na początku, ale zintensyfikuje pracę. Teoretycznie jest to możliwe. Problem w tym, że studenci, o których mowa, do żadnej intensywnej pracy się nie garną. Po prostu nie można liczyć, że nadrobią zaległości ze szkoły średniej, ponieważ ich mentalność nie pozwala na żadne zaangażowanie w pracę.
W języku angielskim synonimem słowa „studiować” (chodzi o studia wyższe) jest „czytać” (read). W biografiach sławnych ludzi możemy znaleźć informacje, że w latach takich a takich „czytał biologię/historię/literaturę klasyczną” itd. (read biology/history/classical literature). Podczas pierwszych zajęć zazwyczaj pytam studentów we wszystkich uczelniach, na których pracuję, co lubią czytać (w celu wyciągnięcia informacji, czy w ogóle czytają). Kiedy ja studiowałem też nie wszyscy byli zapalonymi miłośnikami książek, ale nikt by się do tego braku zainteresowania czytelnictwem nie przyznał. Teraz moi studenci bez skrępowania przyznają otwarcie, że nie lubią, nie cierpią, męczy ich to, nudzi, itp. itd. Jednym słowem nie czytają i są z tego dumni. Ostatnio przestałem nawet zadawać to pytanie o czytanie, ponieważ mam dość innych powodów do stresu.
Student, który nie czyta, to tak, jak zakonnica, która nie lubi się modlić, rzeźnik, który nie lubi mordować zwierząt, chirurg, który nie znosi widoku krwi, albo ... pracownik naukowy, który nie lubi pisać. Wbrew pozorom tych ostatnich też nie brakuje. Na uczelniach jest zatrudnionych wielu wykładowców, którzy spełniają się jako dydaktycy, natomiast konieczność napisania doktoratu czy habilitacji traktują jak dopust boży. Pisanie zaś artykułów i pomniejszych publikacji jest dla nich wyrobnictwem polegającym na wyprodukowaniu kolejnego artykułu. Po angielsku brzmi to nawet lepiej – „paper”. Akademicy produkują więc „papiery” często bez poczucia zażenowania ich wtórnością i bezużytecznością.
Jaka może być uczelnia, gdzie naukowcy nie chcą rozwijać nauki, a studenci nie chcą czytać? Sytuacja przypomina dowcip o wojsku, które przehandlowało swoją broń i udaje, że strzela z palców. Z drugiej strony studenci płacą czesne, naukowcy zaś otrzymują marne wynagrodzenie. Uczelnie jako przedsiębiorstwa są chyba rentowne. No i dobrze. Najważniejszy jest ruch w interesie.
Polski system szkolnictwa wyższego tkwi mentalnie w komunie pomimo pojawienia się szeregu uczelni prywatnych. Zarówno państwowe uniwersytety, jak i szkoły prywatne siłą rzeczy obniżają poziom wymagań, ponieważ idą na ilość. Trudno sobie zresztą wyobrazić, żeby było inaczej, bo przecież z czegoś trzeba instytucję utrzymać i nie można sobie pozwolić na przebieranie w „materiale ludzkim”. Kilka(naście) lat temu wierzyłem, że jeżeli młodym ludziom da się szansę, mądrze rozłoży materiał i konsekwentnie będzie się od nich egzekwowało wymagania, to można z nich zrobić bardzo dobrych studentów, mimo, że w szkole średniej do orłów nie należeli.
Być może są takie kierunki, gdzie tak można zrobić. Filologia języka obcego takim kierunkiem z pewnością nie jest, ponieważ jeśli ktoś startuje z bardzo niskiego pułapu, nie jest w stanie (no po prostu fizycznie nie jest to możliwe) przeskoczyć pewnego progu. Można założyć, że obniży się poziom wymagań na początku, ale zintensyfikuje pracę. Teoretycznie jest to możliwe. Problem w tym, że studenci, o których mowa, do żadnej intensywnej pracy się nie garną. Po prostu nie można liczyć, że nadrobią zaległości ze szkoły średniej, ponieważ ich mentalność nie pozwala na żadne zaangażowanie w pracę.
W języku angielskim synonimem słowa „studiować” (chodzi o studia wyższe) jest „czytać” (read). W biografiach sławnych ludzi możemy znaleźć informacje, że w latach takich a takich „czytał biologię/historię/literaturę klasyczną” itd. (read biology/history/classical literature). Podczas pierwszych zajęć zazwyczaj pytam studentów we wszystkich uczelniach, na których pracuję, co lubią czytać (w celu wyciągnięcia informacji, czy w ogóle czytają). Kiedy ja studiowałem też nie wszyscy byli zapalonymi miłośnikami książek, ale nikt by się do tego braku zainteresowania czytelnictwem nie przyznał. Teraz moi studenci bez skrępowania przyznają otwarcie, że nie lubią, nie cierpią, męczy ich to, nudzi, itp. itd. Jednym słowem nie czytają i są z tego dumni. Ostatnio przestałem nawet zadawać to pytanie o czytanie, ponieważ mam dość innych powodów do stresu.
Student, który nie czyta, to tak, jak zakonnica, która nie lubi się modlić, rzeźnik, który nie lubi mordować zwierząt, chirurg, który nie znosi widoku krwi, albo ... pracownik naukowy, który nie lubi pisać. Wbrew pozorom tych ostatnich też nie brakuje. Na uczelniach jest zatrudnionych wielu wykładowców, którzy spełniają się jako dydaktycy, natomiast konieczność napisania doktoratu czy habilitacji traktują jak dopust boży. Pisanie zaś artykułów i pomniejszych publikacji jest dla nich wyrobnictwem polegającym na wyprodukowaniu kolejnego artykułu. Po angielsku brzmi to nawet lepiej – „paper”. Akademicy produkują więc „papiery” często bez poczucia zażenowania ich wtórnością i bezużytecznością.
Jaka może być uczelnia, gdzie naukowcy nie chcą rozwijać nauki, a studenci nie chcą czytać? Sytuacja przypomina dowcip o wojsku, które przehandlowało swoją broń i udaje, że strzela z palców. Z drugiej strony studenci płacą czesne, naukowcy zaś otrzymują marne wynagrodzenie. Uczelnie jako przedsiębiorstwa są chyba rentowne. No i dobrze. Najważniejszy jest ruch w interesie.
sobota, 24 stycznia 2009
O przeznaczeniu
Pewien znajomy lubił wyzywać rozmaitych osiłków na rękę. Były to jeszcze czasy, kiedy ludzie mieli do siebie trochę więcej zaufania i można było w knajpie wypić piwo i zawrzeć znajomość z miejscowymi żulami, bez większego ryzyka narażenia się na atak (nie tylko werbalny). Niemniej i tak dużej odwagi wymagało wyzwanie na rękę jednego z miejscowych siłaczy. Znajomy na dodatek zakładał się, że jego przeciwnik nie pokona go nawet dwiema rękami. Po czym wręcz domagał się, żeby tamten używał obu rąk, gdy on poradzi sobie jedną. Oczywiście warunkiem było, że przeciwnik nie może odrywać łokci od podłoża, co w siłowaniu się na rękę jest wszak regułą podstawową. Różnie bywało z pokonaniem takiego przeciwnika, choć najczęściej mój znajomy kładł osiłka (który musiał, chcąc nie chcąc oderwać jedną rękę od podłoża) na stół, ale z całą pewnością znajomy mój nigdy nie przegrywał. Jego nikt nigdy na rękę nie położył. Założenie było dziecinnie proste i do dziś zachodzę w głowę, jak ci siłacze mogli nie dostrzec dziecinnej sztuczki. Wszak trzymając swoje własne łokcie na stole, tworzyli ze swych przedramion trójkąt, przez co jedna z własnych rąk blokowała drugą. Proste, żeby nie powiedzieć prymitywne, ale jakże efektowne. Oto gość z miasta pokonuje miejscowego siłacza, a wszak wiadomo, że „u nas na wsi ludzie silniejsze, bo ciężko pracują”.
Historia z moim znajomym przypomniała mi się, kiedy myślałem nad rzekomą różnicą między karmą z filozofii wywodzących się z Indii, a pojęciem przeznaczenia, np. muzułmańskiego kismetu. Otóż zarówno hinduiści, jak i buddyści przestrzegają przed prymitywnym pojmowaniem karmy jako po prostu przeznaczenia. Bowiem karmę zbieramy przez całe życie, a właściwie kolejne życia, i każde wydarzenie z życia bieżącego to konsekwencja owego bagażu zebranego po drodze. Karma, jaka nas spotyka, jest nieunikniona, ale to, co z nią zrobimy, jak do niej podejdziemy, to już wyłącznie nasza sprawa. Czyli np. spotykasz żebraka, dajesz mu na chleb lub go omijasz – wybór należy do ciebie. To, że go spotkałeś, to była twoja karma, ale to czy dałeś mu jałmużnę, czy też nie, zależało od twojej woli. I na tym etapie wyjaśniania zagadnienia różnicy między karmą a przeznaczeniem, jakie dają wyznawcy teorii karmy, się kończy. Wystarczy bowiem zadać pytanie o karmę owego żebraka. Jeśli jego karmą było dostać od ciebie jałmużnę, to byś mu ją dał, a jeśli nie, to nie. Czyli twoja karma była w tym momencie ściśle związana z jego karmą, zaś element twojej woli był tu tylko złudzeniem, bo jeśli danie tej jałmużny nie było elementem twojej karmy, to z pewnością było elementem karmy tego żebraka. A więc dla postronnego obserwatora danie lub nie danie jałmużny było z góry zdeterminowane, nieważne przez czyją karmę. Niepostrzeżenie wprowadziliśmy osobę trzecią – obserwatora. Prawdopodobnie jego karmą było zobaczyć całą sytuację. Tylko jego sprawą jest (teoretycznie), czy sytuacja go zdziwi, oburzy, czy pozostawi obojętnym. No i teoretycznie tylko jego problemem pozostaje, czy coś z tym zrobi. Jego karmą natomiast było znaleźć się w tym miejscu i zaobserwować sytuację z tobą i żebrakiem. Jakoś zachować się musi, bo brak reakcji jest też reakcją. Jeżeli krzyknie za tobą „No daj mu tę złotówkę!” To będzie tak dlatego, że twoją karmą było to usłyszeć. Możesz znowu zignorować jego wezwanie, lub wyjąć pieniądze i dać żebrakowi. W tym momencie okaże się, że karmą żebraka było otrzymać jednak twoją złotówkę po interwencji obserwatora. Wasze trzy karmy okazały się splątane tak silnie, że wasze rzekome wole były niczym innym jak elementami karmy każdego z pozostałych. Niby żadnym z was nie kierowało ślepe przeznaczenie, ale czymże innym jest ta (chciałoby się elegancko powiedzieć „sieć”, ale sieć zakłada pewną regularność, czy wręcz krystaliczność) plątanina karm? Cały ten system, gdzie każdy punkt zaczepienia blokuje następny, a jeśli nie, to już z pewnością dwa punkty zaczepienia skutecznie blokują trzeci, a przy tym tych punktów jest nieskończoność, to nic innego, a tylko inna nazwa tak niechętnie używanego pojęcia przeznaczenia.
Jeszcze bardziej pokrętne wydają się argumenty chrześcijan (a przynajmniej katolików) przeciw pojęciu „przeznaczenie”. Otóż twierdzą oni, że niczego takiego, jak przeznaczenie nie istnieje, bo Bóg dał nam wolną wolę. Na własne życzenie wybieramy drogę dobra lub zła, a potem ponosimy tego logiczne konsekwencje. Na pytanie o proroków i ich przepowiednie odpowiedzą, że Bóg im udziela odpowiedzi na pytania dotyczące przyszłości, bądź z własnej woli sam uchyla im rąbka tajemnicy, by ich ostrzec. Czyli teoretycznie można czegoś uniknąć, spełniwszy pewne warunki. Jednakowoż jednym z atrybutów Boga jest wszechwiedza i Bóg dokładnie zna całą przyszłość. W związku z tym rodzi się pytanie, czy człowiek przez zmianę swojego postępowania, może ową przyszłość zmienić. Przecież Bóg, znając prawdziwą przyszłość, z góry wiedział, że jak ostrzeże kogo trzeba przed złym krokiem, i jak ten ktoś na to zareaguje. Wiedza o całej przyszłości to przecież nic innego, jak przyznanie, że cała przyszłość jest z góry zdeterminowana. Przecież w koncepcji Boga wszechwiedzącego i wszechmocnego nie może być miejsca na to, że jakieś ziemskie stworzenia mogą Go czymkolwiek zaskoczyć. Wolna wola to tylko złudzenie, bo użycie tej wolnej woli jest z góry przewidziane i znane.
Taka jest chyba żałosna rzeczywistość koncepcji przeciwników idei przeznaczenia. Jak by nie patrzeć, wszystko jest dokładnie ułożone i zaplanowane. Jeśli nie przez Boga, bo On wszak o przyszłości „tylko wie”, to chyba przez jakieś mitologiczne greckie Mojry, albo prawo wszechświata, którego zupełnie nikt nie jest w stanie ogarnąć umysłem.
Tymczasem kwestii przeznaczenia nie należy przeceniać. W życiu przeciętnego zjadacza chleba nie ma ona żadnego znaczenia. Ponieważ większość z nas swojego przeznaczenia nie zna, nadal możemy żyć w słodkiej ułudzie, że jak będziemy do czegoś usilnie dążyć, to z pewnością to osiągniemy. Idioci, którzy ryzykują chodząc np. po gzymsie wysokiego budynku, twierdząc, że jeśli ich przeznaczeniem nie jest spaść, to z pewnością nie spadną, mają w jakimś sensie rację, tylko że ani oni, ani nikt dookoła nie jest w stanie tego przewidzieć. W związku z tym, na wszelki wypadek lepiej się zachowywać, jakby to nasza wola kierowała naszymi czynami. Bowiem dowiadywać się tak boleśnie, co było naszym przeznaczeniem, nie jest najlepszym pomysłem. Ale w tym momencie wpadam w sprzeczność sam ze sobą. O każdym następnym ułamku sekundy naszego przeznaczenia z pewnością dowiemy się właśnie w owym ułamku sekundy tak, czy inaczej, a jeżeli głupota jest integralną składową naszego przeznaczenia, to i tak nic nam nie pomoże, ani nie zaszkodzi.
Być może jednak czegoś takiego, jak przeznaczenie w ogóle nie ma. Że mamy jakiś wpływ na zmiany w otaczającej nas rzeczywistości. To jest wszak możliwe. Jeżeli jednak tak jest, musielibyśmy obalić systemy filozoficzne wielkich religii świata. Jeśli jest wolna wola, to nie ma karmy. Jeśli jest wolna wola, to Bóg nie może być wszechwiedzący, bo nie może znać jeszcze tego, w jakim kierunku sami pójdziemy.
Oczywiście istnieje jeszcze i taka możliwość, że wszechświat kieruje się tak absolutnie alogicznymi zasadami, że nasze ciasne, wychowane na Arystotelesie, umysły nie zdają się tu na nic. W takim wypadku można nawet założyć, że trzy trzymające się dłonie mogą dotknąć stołu, od którego nie oderwały się ich trzy łokcie.
Historia z moim znajomym przypomniała mi się, kiedy myślałem nad rzekomą różnicą między karmą z filozofii wywodzących się z Indii, a pojęciem przeznaczenia, np. muzułmańskiego kismetu. Otóż zarówno hinduiści, jak i buddyści przestrzegają przed prymitywnym pojmowaniem karmy jako po prostu przeznaczenia. Bowiem karmę zbieramy przez całe życie, a właściwie kolejne życia, i każde wydarzenie z życia bieżącego to konsekwencja owego bagażu zebranego po drodze. Karma, jaka nas spotyka, jest nieunikniona, ale to, co z nią zrobimy, jak do niej podejdziemy, to już wyłącznie nasza sprawa. Czyli np. spotykasz żebraka, dajesz mu na chleb lub go omijasz – wybór należy do ciebie. To, że go spotkałeś, to była twoja karma, ale to czy dałeś mu jałmużnę, czy też nie, zależało od twojej woli. I na tym etapie wyjaśniania zagadnienia różnicy między karmą a przeznaczeniem, jakie dają wyznawcy teorii karmy, się kończy. Wystarczy bowiem zadać pytanie o karmę owego żebraka. Jeśli jego karmą było dostać od ciebie jałmużnę, to byś mu ją dał, a jeśli nie, to nie. Czyli twoja karma była w tym momencie ściśle związana z jego karmą, zaś element twojej woli był tu tylko złudzeniem, bo jeśli danie tej jałmużny nie było elementem twojej karmy, to z pewnością było elementem karmy tego żebraka. A więc dla postronnego obserwatora danie lub nie danie jałmużny było z góry zdeterminowane, nieważne przez czyją karmę. Niepostrzeżenie wprowadziliśmy osobę trzecią – obserwatora. Prawdopodobnie jego karmą było zobaczyć całą sytuację. Tylko jego sprawą jest (teoretycznie), czy sytuacja go zdziwi, oburzy, czy pozostawi obojętnym. No i teoretycznie tylko jego problemem pozostaje, czy coś z tym zrobi. Jego karmą natomiast było znaleźć się w tym miejscu i zaobserwować sytuację z tobą i żebrakiem. Jakoś zachować się musi, bo brak reakcji jest też reakcją. Jeżeli krzyknie za tobą „No daj mu tę złotówkę!” To będzie tak dlatego, że twoją karmą było to usłyszeć. Możesz znowu zignorować jego wezwanie, lub wyjąć pieniądze i dać żebrakowi. W tym momencie okaże się, że karmą żebraka było otrzymać jednak twoją złotówkę po interwencji obserwatora. Wasze trzy karmy okazały się splątane tak silnie, że wasze rzekome wole były niczym innym jak elementami karmy każdego z pozostałych. Niby żadnym z was nie kierowało ślepe przeznaczenie, ale czymże innym jest ta (chciałoby się elegancko powiedzieć „sieć”, ale sieć zakłada pewną regularność, czy wręcz krystaliczność) plątanina karm? Cały ten system, gdzie każdy punkt zaczepienia blokuje następny, a jeśli nie, to już z pewnością dwa punkty zaczepienia skutecznie blokują trzeci, a przy tym tych punktów jest nieskończoność, to nic innego, a tylko inna nazwa tak niechętnie używanego pojęcia przeznaczenia.
Jeszcze bardziej pokrętne wydają się argumenty chrześcijan (a przynajmniej katolików) przeciw pojęciu „przeznaczenie”. Otóż twierdzą oni, że niczego takiego, jak przeznaczenie nie istnieje, bo Bóg dał nam wolną wolę. Na własne życzenie wybieramy drogę dobra lub zła, a potem ponosimy tego logiczne konsekwencje. Na pytanie o proroków i ich przepowiednie odpowiedzą, że Bóg im udziela odpowiedzi na pytania dotyczące przyszłości, bądź z własnej woli sam uchyla im rąbka tajemnicy, by ich ostrzec. Czyli teoretycznie można czegoś uniknąć, spełniwszy pewne warunki. Jednakowoż jednym z atrybutów Boga jest wszechwiedza i Bóg dokładnie zna całą przyszłość. W związku z tym rodzi się pytanie, czy człowiek przez zmianę swojego postępowania, może ową przyszłość zmienić. Przecież Bóg, znając prawdziwą przyszłość, z góry wiedział, że jak ostrzeże kogo trzeba przed złym krokiem, i jak ten ktoś na to zareaguje. Wiedza o całej przyszłości to przecież nic innego, jak przyznanie, że cała przyszłość jest z góry zdeterminowana. Przecież w koncepcji Boga wszechwiedzącego i wszechmocnego nie może być miejsca na to, że jakieś ziemskie stworzenia mogą Go czymkolwiek zaskoczyć. Wolna wola to tylko złudzenie, bo użycie tej wolnej woli jest z góry przewidziane i znane.
Taka jest chyba żałosna rzeczywistość koncepcji przeciwników idei przeznaczenia. Jak by nie patrzeć, wszystko jest dokładnie ułożone i zaplanowane. Jeśli nie przez Boga, bo On wszak o przyszłości „tylko wie”, to chyba przez jakieś mitologiczne greckie Mojry, albo prawo wszechświata, którego zupełnie nikt nie jest w stanie ogarnąć umysłem.
Tymczasem kwestii przeznaczenia nie należy przeceniać. W życiu przeciętnego zjadacza chleba nie ma ona żadnego znaczenia. Ponieważ większość z nas swojego przeznaczenia nie zna, nadal możemy żyć w słodkiej ułudzie, że jak będziemy do czegoś usilnie dążyć, to z pewnością to osiągniemy. Idioci, którzy ryzykują chodząc np. po gzymsie wysokiego budynku, twierdząc, że jeśli ich przeznaczeniem nie jest spaść, to z pewnością nie spadną, mają w jakimś sensie rację, tylko że ani oni, ani nikt dookoła nie jest w stanie tego przewidzieć. W związku z tym, na wszelki wypadek lepiej się zachowywać, jakby to nasza wola kierowała naszymi czynami. Bowiem dowiadywać się tak boleśnie, co było naszym przeznaczeniem, nie jest najlepszym pomysłem. Ale w tym momencie wpadam w sprzeczność sam ze sobą. O każdym następnym ułamku sekundy naszego przeznaczenia z pewnością dowiemy się właśnie w owym ułamku sekundy tak, czy inaczej, a jeżeli głupota jest integralną składową naszego przeznaczenia, to i tak nic nam nie pomoże, ani nie zaszkodzi.
Być może jednak czegoś takiego, jak przeznaczenie w ogóle nie ma. Że mamy jakiś wpływ na zmiany w otaczającej nas rzeczywistości. To jest wszak możliwe. Jeżeli jednak tak jest, musielibyśmy obalić systemy filozoficzne wielkich religii świata. Jeśli jest wolna wola, to nie ma karmy. Jeśli jest wolna wola, to Bóg nie może być wszechwiedzący, bo nie może znać jeszcze tego, w jakim kierunku sami pójdziemy.
Oczywiście istnieje jeszcze i taka możliwość, że wszechświat kieruje się tak absolutnie alogicznymi zasadami, że nasze ciasne, wychowane na Arystotelesie, umysły nie zdają się tu na nic. W takim wypadku można nawet założyć, że trzy trzymające się dłonie mogą dotknąć stołu, od którego nie oderwały się ich trzy łokcie.
piątek, 23 stycznia 2009
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)