czwartek, 27 czerwca 2013
Natura demokracji a wolność słowa
poniedziałek, 1 października 2012
O marszu, pewnym liście do gazety i o telewizji
niedziela, 22 stycznia 2012
ACTA
To, z czym mamy do czynienia obecnie, to nic innego jak cywilizacyjne zacofanie. Być może rację mają ci, którzy twierdzą, że młodzież zamiast siedzieć w internecie, powinna lepiej czytać Dostojewskiego. Ja nie widzę tutaj sprzeczności, bo akurat Dostojewskiego można znaleźć w internecie, a po rosyjsku są dostępne wszystkie jego dzieła.
Niedawno pisałem o spiskowych teoriach dziejów. Podtrzymuję tezę, że nie ma jakiejś jednej zorganizowanej grupy kontrolującej świat, ale wystarczy że jedna z wielu zmów ludzi interesu przeforsuje swój pomysł, a miliony ludzi na tym tracą. Uważam, że na to nie wolno pozwolić.
Umieszczam ten filmik, póki jeszcze mogę. Jeżeli to ma tak działać, jak jest to przedstawione w tym filmiku, to jest się czego bać.
A rząd polski uważa ACTA za sukces swojej prezydencji: http://www.pi.gov.pl/PARP/chapter_86198.asp?soid=AD169363BD3349D388F09D9FCB1BBCDA Ze strony polskich polityków, jak mniemam, to akt totalnej głupoty (jak w wielu innych sprawach), bo nie chce mi się wierzyć, żeby byli częścią "mafii informacyjnej".
sobota, 9 lipca 2011
Estetyka czy wolność?
środa, 16 marca 2011
O bankowości biometrycznej
Kiedy bank będzie miał już wszystkie nasze dane, nie należy wątpić, że dostęp do nich uzyska również państwo, a także przestępcy (albo przestępcy rządzący państwem). Jeżeli ktoś mówi, że zwiększona kontrola państwa nad obywatelem, to nic złego, bo zwiększa bezpieczeństwo tego ostatniego, to jest to kompletna bzdura, podobnie jak kompletnie przewrotne jest twierdzenie, że "uczciwi nie mają się czego bać". Otóż to od ludzi u władzy zawsze zależy to, co jest uczciwe, a co nie. Jeżeli ktoś ma bezgraniczne zaufanie do prawa, to oczywiście jego sprawa, ale ja go nie mam. Dzieje ludzkości to oprócz historii wojen i jawnych gwałtów, to przede wszystkim pasmo wykorzystywania człowieka przez człowieka w majestacie prawa. Nikt nam nigdy nie zagwarantuje, że władze państwa, czy choćby banku, to ludzie o kryształowych intencjach i jak najlepszej woli wobec nas.
Jeżeli stanie się tak, jak przewidują niektórzy futurolodzy (mniej lub bardziej domorośli, bo innych być nie może), i pieniądz papierowy w ogóle zniknie, czyli ludzkość pójdzie jeszcze dalej w kierunku umowności w dziedzinie płatności, wypłacalności i wymiany handlowej, zostaniemy zredukowani do roli trybików w jakimś mało przejrzystym systemie, którego do końca nikt nie będzie w stanie kontrolować. To znaczy kontrolować będzie na jakiś czas ktoś, kto akurat zdobędzie bazę danych (czyli władzę!).
Wielu mniej zamożnych Polaków z pewnością ucieszy fakt (zwłaszcza, że media umiejętnie podsycą atmosferę), że nikt, żaden "prywaciarz" i inny cwaniak nie będzie mógł się wymigać od podatków. Z pewnością też mina im zrzednie, kiedy zdadzą sobie sprawę, że nie będzie jak pożyczyć od szwagra do pierwszego, bo każdy przepływ środków finansowych (bo gotówki już nie będzie) będzie pod kontrolą banku, a pośrednio i państwa. Żadne handelki "z ręki do ręki", ani korepetycje i w ogóle nic, za co się płaci pieniędzmi, nie będzie miało prawa istnieć. Z jednej strony fajnie, bo wszystko będzie "legalnie" i "praworządnie", i nikt nie będzie "narażał państwa na straty finansowe". Co więcej, ludzie ze sprawnie wypranymi mózgami przez media entuzjastycznie propagujące wszystko, co jest dobre dla systemu (czytaj: tych na górze systemu), prawdopodobnie nauczą się jakoś żyć. W końcu przez tysiące lat miliony ludzi żyło jako niewolnicy i też jakoś się potrafili do swojego losu przyzwyczaić. Nic nowego pod słońcem.
Starzeję się chyba w jakimś zastraszającym tempie, bo pewne futurystyczne wizje mnie przerażają. Do niedawna uważałem się za człowieka otwartego na wszelkie nowinki techniczne, a nawet na eksperymenty społeczne. Od czasów komuny, która była systemem totalitarnym, czyli do kontroli każdego obywatela bardzo skłonna, pamiętam, że jest i zawsze była możliwa pewna sfera, w której człowiek może sobie pofunkcjonować poza systemem. Wcale nie jestem jakimś zwolennikiem szarej strefy w gospodarce, ale w sytuacji, kiedy obywatel nie może ufać państwu i jego aparatowi, który skubie go jak może, wszelka zapowiedź udoskonalenia metod kontroli nad jego finansami, może wzbudzać tylko przerażenie. Jest to krok w kierunku pozbawienia nas podstawowych wolności i prywatności.
niedziela, 26 września 2010
Wyznania ekonomicznego ignoranta, czyli prywatne kontra państwowe
Przewaga własności prywatnej i obywatelska wolność wolnych posiadaczy to idee mi bliskie. Uważam, że najważniejsze to wyzwolić ludzką skłonność do przedsiębiorczości, zaradność, chęć polepszenia sobie życia. Taki okres entuzjazmu obserwowaliśmy od 1988 (tak, tak, mówię o rządzie Rakowskiego i czasach ministra Wilczka) do mniej więcej 1993, choć za datę końca tego okresu nie dam głowy. Ludzie handlowali na łóżkach, dorabiali się szczęk, potem sklepów. Niewątpliwie prawdą jest i to, że co sprytniejsi prezesi i dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw, a także ich równie bystrzy partyjni koledzy, zgarnęli olbrzymią część tortu i to w taki sposób, że nie musieli budować wszystkiego od nowa, bo przechwycili to, co już było. To jest cały osobny temat i niestety, wbrew temu, co chcieliby zwolennicy PO i wcześniejszych formacji, z których ta partia się wywodzi, nie powinien być lekceważony. Ale na razie odłóżmy to. Skupmy się na pozytywach.
Pozytywne było właśnie to wyzwolenie ludzkiej energii, fascynacji możliwościami, jakie dawała przedsiębiorczość na wolnym rynku. Nie ma co owijać w bawełnę – niejeden z nas chciał zostać milionerem z amerykańskiego filmu. Niektórym się to udało i niech im to służy na zdrowie!
Prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych to znowu osobny temat. Nie mam szczegółowej wiedzy na temat tych procesów, ale to, co widać było tzw. „gołym okiem” w latach 90. ubiegłego stulecia, nie mogło być ani logiczne, ani uczciwe. Łódź jest najlepszym przykładem tego, jak w przeciągu kilku lat zlikwidowano praktycznie wielki przemysł, wyeliminowano z rynku znane wcześniej marki, a robotnicy poszli na bezrobocie. Nie wydaje mi się, żeby to był efekt prostego przejścia na gospodarkę rynkową. Ale znowu, nie wypowiadam się dalej, bo za mało wiem.
Chodzi mi o samą zasadę, że prywatne jest lepsze od państwowego. Tak, szczerze mówiąc, być nie musi. Tutaj chodzi raczej o to, kto jest menedżerem przedsiębiorstwa i jak nim zarządza. Jeżeli przedsiębiorstwo traktuje jako swoje własne dobro, to robi wszystko, żeby się rozwijało. To jest zupełnie możliwe. Niestety prawie niemożliwe jest, żeby taki menedżer się zbyt długo utrzymał. Przedsiębiorstwa państwowe są bowiem odpowiednikami średniowiecznych lenn, rozdawanych za zasługi dla…? No właśnie. W średniowieczu król nadawał lenno zasłużonemu rycerzowi. „Daję ci ziemię, żebyś z niej jadł”, mówił. Obecnie państwowe firmy to nagrody dla wiernych towarzyszy partyjnych, obojętnie która partia rządzi. O ile za komuny była tylko PZPR, to obecnie jest ich wiele i każda z nich ma grupę kolegów do wykarmienia. Może faktycznie byłoby lepiej takie przedsiębiorstwa sprzedać, żeby prywatny właściciel nie tylko ją doił, ale również rozwijał.
Tutaj jednak dotykamy innego problemu. Mianowicie są to przedsiębiorstwa tak wielkie, że żaden średniej wielkości przedsiębiorca nie miałby szansy go kupić. Przy wielkich prywatyzacjach potrzebne są wielkie firmy, które są już na tyle bogate, żeby ten prywatyzowany majątek kupić. W grę wchodzą najczęściej przedsiębiorstwa zagraniczne. Trzeba powiedzieć oczywiście, że są to wielkie korporacje, gdzie szlachetne zasady wolnorynkowych idealistów na temat osobistej odpowiedzialności, są rozmyte. Cały czas chodzi jednak o jedno – o wyciągnięcie jak największego zwrotu z tego, co się włożyło. Są na to różne sposoby i to niekoniecznie polegające na rozwoju produkcji. Korporacja rządząca przedsiębiorstwem nie musi mieć wielkiego interesu w jego rozwijaniu. Może np. chodzić o to samo, co menedżerowi z państwowego nadania – wydoić co się da, a potem np. przenieść się do Chin. Tutaj tkwi cały problem metodologiczny w myśleniu o wolnym rynku. My, idealiści, pojmujemy go jako grę przedsiębiorców odpowiedzialnych za własne firmy i dążących do zaspokajaniu potrzeb konsumentów, bo w tym mają swój zdrowo pojęty interes. Przy obecnych skomplikowanych systemach, gdzie własność, nawet ta prywatna, jest nieprzejrzysta, a odpowiedzialność rozmyta, to wszystko wcale nie wygląda tak prosto.
Skrajni idealiści uważają, że należy sprywatyzować nawet pewne funkcje państwa. W jakimś stopniu to już się dzieje, bo np. zalegający z podatkami są ścigani przez komorników, którzy działają jak prywatne firmy. Eksperyment oddelegowania obowiązków państwa do firm prywatnych w starożytności na szeroką skalę praktykowali Rzymianie w czasach republiki. Chodzi mianowicie o ściąganie podatków z podbitych prowincji. Rzym, który posiadając już olbrzymie posiadłości, był po prostu miastem-państwem, nie był zdolny wysłać i utrzymać tylu urzędników do prowincji, żeby ściągali podatki dla państwa. Owszem gubernatorami stawali się byli konsulowie i pretorzy, ale ich już nie stać było na utrzymanie armii poborców podatkowych. Republika rzymska poradziła sobie ze ściągalnością podatków w prowincjach oddając cały interes w ręce tzw. publikanów – przedsiębiorców prywatnych, wywodzących się ze stanu ekwitów (taka klasa poniżej nobilów). Otóż taka spółka publikańska z góry wpłacała podatek z danej prowincji do skarbu państwa, a następnie dostawała całkowicie wolną rękę w ściąganiu tychże pieniędzy od mieszkańców opodatkowanego terytorium. Wysokość daniny z danej prowincji załatwiana była jak najbardziej rynkowo, mianowicie przy pomocy przetargu. Prawo poboru podatku z danej prowincji otrzymywała ta spółka, która najwięcej zaoferowała skarbowi państwa.
Nadużycia publikanów w prowincjach były przysłowiowe. Ucisk fiskalny był olbrzymi, bo przecież wiadomo, że chodziło o to, żeby jak najszybciej wyjąć to, co się włożyło, a następnie na całym interesie jak najwięcej zarobić. Skargi i bunty prowincji z powodu zdzierstwa publikanów były zmorą państwowych zarządców prowincji. Mieszkańcy tych ostatnich wyraźnie odetchnęli dopiero po utrwaleniu się pryncypatu. To Oktawian August położył kres łupieniu prowincji przez spółki publikańskie, ustanawiając specjalnych urzędników państwowych do poboru podatków. Nie zawsze więc prywatne jest lepsze bo prywatne.
Prywatne jest lepsze tam, gdzie musi się zmagać z innym prywatnym i radzić sobie na konkurencyjnym rynku. Jeżeli prywatne połączone jest z państwowym, to automatycznie ma przewagę nad innym prywatnym. W okresie wszelkich wojen największe majątki robili dostawcy armii, którzy niemal automatycznie odbijali się od swoich konkurentów.
Problem z wolnorynkowym idealizmem polega na tym, że jest pewną utopią. Związki biznesu z polityką i odwrotnie, zawsze były, są i zawsze będą. Nie można się jednak zniechęcać, a już tym bardziej nie wolno utożsamiać niezdrowego układu prywatno-państwowego z wolnym rynkiem. Myślę, że o prawdziwy wolny rynek, na którym konkretni (a przez to odpowiedzialni za swoje działania) przedsiębiorcy dbają o interesy społeczności na zdroworozsądkowej zasadzie robienia interesu na zaspokajaniu potrzeb konsumentów, warto zabiegać. Nawet jeśli utopią jest wiara w jego pełne wprowadzenie, brnięcie w utopię socjalistyczno-etatystyczną jest po wielokroć gorsze.
niedziela, 19 kwietnia 2009
Granice wolności religijnej
Oto ciekawy podcast z radiowej "Dwójki".
Europa idzie w kierunku sekularyzacji. Stany Zjednoczone podobno nie, chociaż ci Amerykanie, których znam osobiście, i których artykuły czytam, to akurat agnostycy lub ateiści.
Ciekawy jest fragment wywiadu, w którym dr Potz mówi o nawiedzaniu domów przez świadków Jehowy jako "czynności kultowej". Generalnie religie monoteistyczne (oprócz judaizmu, który nie dopuszcza do siebie łatwo ludzi z zewnątrz) prowadzą działalność misyjną. Jeżeli do tego dodamy, że w niektórych "czynność kultową" trudno odróżnić od czynności politycznej czy prawnej, to władze kraju, który ma wśród swoich obywateli wyznawców takiej religii, mają spory dylemat.