Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 czerwca 2013

Natura demokracji a wolność słowa



Demokracja to ustrój męczący. Wymaga myślenia, a myślenie, nawet jeżeli niektórzy twierdzą, że nie boli, to zużywa mnóstwo energii. W demokracji nieustannie trzeba podejmować decyzje i roztrząsać dylematy, przy których pewnie sam Sokrates by wyłysiał, gdyby już wcześniej nie był łysy. Nie można sobie odpuścić zainteresowania sprawami publicznymi, bo od razu ci, których sami wybraliśmy, urządzą nam kraj w taki sposób, że nagle obudzimy się w ustroju feudalnym z elementami niewolnictwa. Taka natura ludzka. Od tego nieustannego trzymania ręki na pulsie i w ogóle politycznej czujności stajemy się coraz bardziej nerwowi i tęsknimy za stanem błogiej nieświadomości politycznej.

Brak świadomości zagrożeń to stan niezwykle przyjemny i nie należy ludzi w czambuł potępiać za to, że do niego dążą. Powiedzmy sobie szczerze, to, że od czasu do czasu bywamy szczęśliwi i potrafimy się cieszyć z życia, bierze się właśnie z tego stanu. Niebezpieczeństwa czyhają na nas zawsze i wszędzie, a życie można porównać do udziału w grze hazardowej. Mamy szczęście, że nie przejechał nas pijany kierowca; mamy szczęście, że jakiś bandyta nie upatrzył sobie akurat nas na ofiary; mamy szczęście, że póki co jakieś obce wojska nie napadły na nasz kraj; mamy szczęście, że nie dopadł nas jakiś groźny wirus, itd. itp. Niektórzy tego szczęścia nie mają, a my wtedy okazujemy im współczucie, a po cichu oddychamy z ulgą, że to jednak nie my. Jeżeli ktoś komuś okazuje zbyt dużo empatii, zwłaszcza komuś „obcemu”, np. mieszkańcom dalekiego kraju, czasami podziwiamy takiego człowieka, jeżeli np. organizuje pomoc dla tych ludzi i umie to zrobić, ale jeżeli tylko się zamartwia (a robi to szczerze), uważamy, że z takim człowiekiem jest coś nie tak.

Zetknąłem się kiedyś z radami (wiecie, z tych dla golców chcących zostać milionerami), żeby nauczyć się cieszyć swoim bogactwem i przestać się zamartwiać nieudacznikami, których mamy dookoła. Szczerze mówiąc takie rady skutecznie mnie wyleczyły z czytania tego typu poradników. Nie potrafię się dobrze czuć w otoczeniu ludzi, którzy mają mniej szczęścia ode mnie, równocześnie wiedząc, że nie mam żadnego pomysłu na to, jak im pomóc. Inna sprawa to czy ci ludzie chcą, żeby im pomagać. Powstaje więc problem niespełnionej empatii i frustracji z nią związanej. Co ambitniejsze jednostki z takim dylematem idą do polityki i próbują zmienić świat na lepsze. Niestety tam natykają się najczęściej na ludzi, którzy do świata władzy poszli z zupełnie innych pobudek, a ponieważ ci drudzy najczęściej mają dość zawężone cele i mało empatii, ponieważ zależy im jedynie na utrzymaniu władzy i pilnowaniu swoich własnych interesów, frustracja idealistów narasta i prowadzi do rozczarowań i załamań.

A propos polityki. Mamy wielkie szczęście, kiedy aparat państwowy, czyli politycy i urzędnicy, nie zwrócą na nas swojego czujnego wzroku i nie zechcą zabrać nam tego, co sobie wypracowaliśmy. W tym wypadku tenże aparat z punktu widzenia jednostki niczym się nie różni od zagrożenia ze strony elementu kryminalnego. Ponieważ na całe szczęście ofiarami tego czy innego układu stajemy się wybiórczo i jako całość utrzymujemy się w jako takiej kondycji psychicznej, gdybyśmy bowiem codziennie myśleli tylko o tym, że możemy się nimi stać, doprowadziłoby nas do obłędu, udaje nam się od czasu do czasu poczuć szczęście.

Ponieważ złudne poczucie bezpieczeństwa i szczęście z niego wynikające to „produkt” (że użyję tej bankowo-ubezpieczeniowej metafory) wielce pożądany, pojawili się ludzie, którzy żyją z jego sprzedaży. Jest ich obecnie całkiem sporo – dziennikarze, aktorzy, kabareciarze, duchowni rozmaitych religii, producenci narkotyków i alkoholu, i jeszcze chyba znalazłoby się sporo więcej ludzi działających w tej branży.

Generalnie nie mamy nic przeciwko nim, ponieważ wychodzimy z założenia, że skoro i tak wszyscy w końcu umrzemy, to co się tu zamartwiać. Lepiej powierzyć swój los specjalistom od błogostanu i w tym błogostanie żyć. Pamiętamy scenę z „Matriksa” braci Wachowskich, w której jedna z postaci prosi o wymazanie pamięci i umieszczenie go z powrotem w Matriksie. W Polsce okresu baroku popularne było powiedzenia „dzisiaj żyjem, jutro gnijem, tyle naszego co zjem i wypijem”. Z kolei kanoniczne teksty światowej kultury (np. Księga Daniela, Iliada) tudzież popularne klisze przestrzegają przed uleganiem złudzeniu szczęścia. Chaldejski król Baltazar ucztuje, ale jego los jest już przypieczętowany. Trojańczycy cieszą się z odstąpienia Achajów i ochocza wciągają zdradzieckiego konia do miasta, a Kasandrę mają za ponurą idiotkę. W kulturze popularnej powtarzamy historię orkiestry na „Titanicu”, która do końca zabawiała gości kolejnymi utworami muzycznymi.

Demokracja to ustrój, w którym generalnie nie wolno dać się zwieść tym, którzy zapewniają nas, że już oni się o nasze szczęście najlepiej troszczą, ponieważ łatwo się ocknąć w rzeczywistości o wiele gorszej niż poprzednio. Z kolei nieustanna podejrzliwość i oskarżanie o złą wolę każdego, kto znajduje się u władzy, prowadzi do stanu paranoi i potwornego dyskomfortu psychicznego. Jak więc widzimy, życie w demokracji da się porównać do balansowania na linie i bo każde zachwianie, obojętnie w którą stronę, prowadzi do katastrofy. Demokracja wymaga więc czujności, ale równocześnie opanowania i dobrze wyrobionego zmysłu równowagi.

Demokracja to ustrój, w którym jesteśmy zmuszeni do nieustannego zawierania kompromisów, ponieważ w przeciwnym razie musiałaby się przekształcić w nieustanną wojnę. Od tej ostatniej różni się jednak tym, że wszyscy umawiamy się, że będziemy szanować pewne reguły i wg nich postępować. M.in. regułę, że szanujemy wyniki wyborów, a wolę większości głosujących. Ponieważ często owa większość może mieć poglądy zupełnie niezgodne z tym, co jedna czy druga partia polityczna uważa za standard cywilizacyjny, pojawiają się pokrętne ordynacje wyborcze, które tak naprawdę nie pozwalają wyborcom okazania swojego poparcia wobec tego, czy innego kandydata, a jedynie partię, której szef sam sobie dobiera ludzi na stanowiska posłów.

Demokracja wymaga wiedzy. Jeżeli wszyscy chcemy współdecydować, wszyscy musimy posiadać szeroką wiedzę na temat tego, o czym będziemy decydować. Jeżeli w demokracji nie ma dobrego systemu oświaty przygotowującego do współrządzenia krajem, jego rolę przejmują rozmaite samozwańcze siły (czasami całkiem pozytywne – dlaczego nie?), które mogą skierować młodych ludzi przeciwko innym ludziom i doprowadzić do końca demokracji w postaci rewolucji, zamachu stanu, puczu, czy jak tam to jeszcze nazwiemy.

Demokracja jest podatna na przekształcenie w totalitaryzm, ponieważ wszystkie grupy polityczne chcą realizować tylko swój program (a sięgając głębiej, to program jest mało ważny, w najgłębszej strukturze najważniejsze jest utrzymanie się grupy u władzy), więc nie pogardzą żadną okazją wprowadzenia go wszelkimi metodami. Jeżeli danej grupie uda się niepostrzeżenie wprowadzić elementy totalnej kontroli nad prywatnym życiem obywateli, to z pewnością taka grupa wcale w imię szacunku dla demokracji nie cofnie się przed jej wykorzystaniem.

Ponieważ w dzisiejszych cynicznych czasach nikt już nie sili się nawet na udawanie obiektywizmu (tzn. ja się silę, a czasami nawet się łudzę, że moja opinia jest obiektywna, ale nie zawsze mi to wychodzi), ścierają się różne dyskursy i nikt nie ma prawa, że ten jego/jej jest lepszy czy ważniejszy. Nie ma prawa, ale w rzeczywistości każdy, dosłownie każdy, tak właśnie twierdzi. Na dodatek zantagonizowane społeczeństwo, o ile w ogóle zasięga informacji na temat bieżących wydarzeń, czerpie je jedynie ze „swoich” mediów, innymi gardząc i z góry zakładając ich złą wolę i dezinformację. Można oczywiście próbować czytać wszystkie gazety i czasopisma, ale na to przecież nie mamy czasu, a często i pieniędzy.

Niemniej różne podejścia są potrzebne, różne opcje, nawet te z zapędami narzucania swoich poglądów wszystkim dookoła również. Jeżeli ze zdaniem, z którym się nie zgadzamy, głośno polemizujemy, mieścimy się w normach demokracji. Jeżeli je uciszamy przy pomocy czynników przymusu – niszczymy fundament demokracji, czyli wolność wypowiedzi.

W ferworze politycznej walki łatwo o pokusę sięgnięcia po narzędzia totalitarne. Grupy lewicowe nieustannie nawołują do zamknięcia Radia Maryja i innych mediów związanych z księdzem Tadeuszem Rydzykiem, ale one przecież mają prawo istnieć i głosić to, co im się podoba. Na tej samej zasadzie Młodzież Wszechpolska wczoraj na Rynku Kościuszki w Białymstoku namawiała ludzi do bojkotu „Gazety Wyborczej”. Nie przepadam za „Gazetą Wyborczą”, ponieważ uważam ją za jednostronną i nieobiektywną w wielu kwestiach, ale w tym wypadku argumenty Młodzieży Wszechpolskiej były mało przekonujące. Dziennikarze „Gazety” faktycznie potrafią zrobić „z igły widły” i wykreować Białystok na najbardziej rasistowskie miasto w Polsce (podczas gdy statystyki zgłoszeń ataków na tle rasistowskim plasują nas gdzieś na piątym miejscu w kraju), ale potrafią też wykazać powiązania agresywnych grup młodych mężczyzn z prominentnymi politykami należącymi do partii obecnie rządzącej. Często denerwuje mnie retoryka GW (zwłaszcza w kwestiach integracji w ramach Unii Europejskiej, czy wyciągania daleko idących wniosków na temat wszystkich mieszkańców Białegostoku, czy Polski, na podstawie kryminalnych ekscesów pewnych grup), ale domaganie się jej zniknięcia jest pomysłem antydemokratycznym i niestety wpisuje się w retorykę kneblowania tych, którzy myślą inaczej, niż my (choć akurat GW ma w tym względzie wiele na sumieniu). W imię zasady, w imię szacunku dla demokracji, który jest tak naprawdę szacunkiem dla współobywateli, nie wolno nikomu zakazywać wyrażać opinii.

Osobiście nie lubię, kiedy ktokolwiek namolnie próbuje narzucić mi swój sposób myślenia. Zwarte szeregi młodych ludzi, którzy mi mówią co mam czytać, a czego nie, odnoszą wobec mnie skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego. Choć GW nie kupowałem chyba od czasów tuż po aferze Rywina, zrobię to dzisiaj. Wychodzę do kiosku.

poniedziałek, 1 października 2012

O marszu, pewnym liście do gazety i o telewizji



Z pewnymi ugrupowaniami politycznymi i ze środowiskiem dziennikarskim związanym z nimi prawdopodobnie nigdy nie będzie mi po drodze ze względów światopoglądowych. Ze sceptycyzmem przyglądałem się manifestacji w Warszawie, choć ludzi, którzy na nią się udali doskonale rozumiem. Z wypowiedzi uczestników nadanych w oficjalnej, państwowej TVP, jasno wynikało, że mają dosyć nędzy, wyrzucania ich poza margines godziwego życia, a przy tym mają dosyć polityki mediów, które pomimo braku cenzury, działa tak, jakby pewne zjawiska można było zlekceważyć, czyli niejako stosuje autocenzurę, a wszystko po to, żeby było lekko, łatwo i przyjemnie. Kiedy w końcu telewizja marsz niezadowolonych pokazała, też nie dogodziła opozycji, bo komentarze były nie po jej myśli. Najbardziej natomiast dostało się Piotrowi Kraśce, którego wizerunek osobiście lubię (wizerunek, bo człowieka po prostu nie znam), bo jest jednym z nielicznych „celebrytów”, który sprawia bardzo sympatyczne wrażenie – potrafi być grzeczny i ujmujący. Ot, taki wzorowy uczeń, prymus – jeden z tych, których lubią nauczyciele. Nie wiem ile jest winy jego samego w tym, że wcześniej o marszu w obronie Telewizji TRWAM w Wiadomościach nic nie powiedziano, ale fakty są takie, że widać jak na dłoni, że kierownictwo programów informacyjnych telewizji publicznej pewne tematy woli zbagatelizować lub wręcz zignorować, wychodząc z całkiem zresztą słusznego założenia, że jeżeli o czymś się w mediach nie mówi to i ludzie o tym nie myślą i nie komentują. Zjawisko, które nie pojawiło się w telewizji, po prostu albo nie istnieje, albo jest godne jedynie wzruszenia ramion.

Podobnie dzieje się z ruchem Pawła Kukiza, do którego się przyłączyłem, na rzecz jednomandatowych okręgów wyborczych. Temat w mediach oficjalnych nie istnieje. Oprócz wywiadu w Superstacji i udziału w talk-show w TVN, w których pojawił się Paweł Kukiz, w mediach panuje na ten temat idealna cisza.

Marsz w obronie miejsca na multipleksie TV TRWAM, bo przecież nie chodzi tu wcale o obronę samej tej stacji, gdyż nikt jej nie likwiduje, jakby mogło wynikać z przekazu manifestantów (manipulacja, manipulacja – bo manipulują wszyscy!) jakoś mnie nie absorbuje, ponieważ akurat to medium, jako głoszące przede wszystkim światopogląd swoich mocodawców i szefów, jest wg mnie takim samym manipulatorem, jak każde inne, choćby z tego względu, że z góry zakłada, że możliwe jest urodzenie dziecka przez dziewicę i szereg innych zjawisk, które kłócą się z podstawami zdrowego rozsądku. Ponieważ demokracja i tolerancja to są wartości, którym hołduję, uważam, że tacy ludzie też powinni mieć prawo głosić swoje poglądy, zwłaszcza za własne pieniądze.

Adam Hofman niekoniecznie ma prawo porównywać obecne Wiadomości z komunistycznym Dziennikiem Telewizyjnym, bo on tego dziennika z racji swojego wieku pamiętać nie może, ale ja, jak myślę, mam, bo doskonale pamiętam. Otóż długo odpędzałem od siebie myśl lansowaną przez środowiska pisowskie, że obecna telewizja uprawia iście gierkowską propagandę sukcesu. Niestety przypatrując się choćby samej selekcji informacji do wyemitowania widać jak na dłoni, że dziennikarza zajmują się rzeczami, które mają na celu budować stan błogiego samozadowolenia wśród społeczeństwa. A to mamy informacje o Lechu Wałęsie, czyli polityku, którego tak naprawdę od dawna nikt nie traktuje poważnie, a to o pani Henryce Krzywonos, która jakiś czas temu została ogłoszona oficjalną legendą „Solidarności”, a to o pochwałach Donalda Tuska ze strony jakiegoś gremium Unii Europejskiej. Same sukcesy! No, nie jest do końca tak różowo, bo jednak trzeba się już zacząć trochę asekurować i przygotować trochę społeczeństwo na trudności bytowe, jakie mają nadejść, ale przecież za komuny też zapowiadano podwyżki cen w telewizji. O katastrofach i klęskach żywiołowych też mówiono. Tylko strajki w Gdańsku przez dobry tydzień nie były strajkami, tylko „przerwami w pracy”. Jeśli chodzi o podaż taniej rozrywki, TVP wróciła do starych dobrych gierkowskich czasów (bo niestety za Jaruzelskiego to była straszna siermięga).

Myślę sobie „Kto daje się nabierać na ten matrix?” Owszem pamiętam z lat komuny takich, którzy wierzyli telewizyjnej propagandzie – miałem takich ludzi wśród najbliższej rodziny. Wydawałoby się jednak, że 23 lata po upadku komunizmu już takich naiwnych ludzi nie ma. Okazuje się jednak, że są i nie jest ich wcale mało.

Koleżanka na facebooku umieściła link do listu, jaki niejaka Anna napisała do „Gazety Wyborczej” http://wyborcza.pl/1,126764,12573931,Dlaczego_chcecie_mi_zabrac_moja_dume_z_Polski___LIST_.html

Zacząłem czytać ten tekst i z każdą linijką utwierdzałem się w przekonaniu, że pisał to ktoś albo pozbawiony zdolności sądzenia, albo wesoło podchmielony, albo upalony marihuaną. Kobieta czuje się odzierana przez protestujących z dumy z państwa polskiego. Jak można być dumnym z państwa, skąd młodzi i starzy masowo uciekają za granicę, ponieważ nie mają w nim żadnych perspektyw, z państwa, gdzie emeryci jedzą raz dziennie, bo ich nie stać na jedzenie, a w każdej chwili grozi im eksmisja z mieszkania? Jak można być dumnym z państwa, gdzie oficerowie i podoficerowie zawodowej armii muszą sobie dorabiać jakimiś cywilnymi fuchami, jednostek wojskowych strzegą prywatne firmy ochroniarskie (kiedy o tym piszę przypomina mi się skecz Monty Pythona, kiedy to dwóch mafiosów proponuje dowódcy jednostki wojskowej ochronę – ale już sam pomysł jest dlatego śmieszny, bo właśnie absurdalny – u nas, jak się okazuje, całkiem realny), gdzie nie ma żadnej ochrony przeciwlotniczej, gdzie doświadczonych oficerów po misjach w Iraku i Afganistanie zwalnia się z pracy bez ich woli w tym kierunku? Jak można być dumnym z kraju, gdzie istnieją całe obszary nędzy, strukturalnego bezrobocia i wszechogarniającego poczucia niemocy?

Jedyne skojarzenie co do autorki listu, jakie przychodzi mi do głowy, to blondynka z dowcipów, która sama akurat ma w życiu dobrze i nie chce dostrzegać otaczającej jej rzeczywistości.

Na warszawski marsz się nie wybierałem, bo mi nie po drodze ani z Jarosławem Kaczyńskim i PiSem, ani z TV TRWAM. Nie wiem jakie jest zdanie księdza Tadeusza Rydzyka na temat jednomandatowych okręgów wyborczych, ale wiadomo, że PiS jest przeciw, ponieważ jest to partia, której nie tyle zależy, żeby wygrała demokracja, tylko ona sama i jej wódz. Tak samo było zresztą przed wojną – piłsudczycy uważali, że racja musi być po ich stronie i nie wahali się egzekwować tej idei przy pomocy metod z demokracją nie mających nic wspólnego. Strasznie skarżyli się na to endecy, bo że niby oni byli takimi demokratami (no, w nazwie demokrację mieli), ale ich idea również nie zakładała branie pod uwagę głosu każdego obywatela RP. Jak już kiedyś pisałem, tak naprawdę demokracja nie jest ideą, z którą się rodzimy. Rodzimy się z poczuciem, że świat ma być urządzony po naszej myśli. Wychowani jednak w propagandzie demokracji sami sobie wmawiamy, że nam na niej zależy. Niech się każdy przed sobą przyzna, czy nie wolałby całkowicie wyeliminować (no oczywiście nie chodzi o fizyczną eksterminację) opozycji i spokojnie realizować swój „jedynie słuszny” plan? Tak jesteśmy skonstruowani, dlatego więc budując demokrację, musimy się liczyć również i z tym, że władzę mogą objąć ludzie, których nie lubimy. Przy tym, do czego obecnie doszło na polskiej scenie politycznej, czyli przy tak ostrej jej polaryzacji, nikt nie chce ryzykować oddania decyzji w ręce obywateli. Dlatego uważam, że cały obecny układ musi zniknąć – nie od razu, bo to niemożliwe, ale on się musi rozpłynąć w nowych strukturach i w nowym rozdaniu przy nowej ordynacji wyborczej.

niedziela, 22 stycznia 2012

ACTA

Kiedy jako młody człowiek widziałem na amerykańskim filmie, jak jakiś nastolatek wystukuje coś na komputerze i wyskakuje mu jakaś informacja, byłem zachwycony. Kiedy promotor mojej pierwszej pracy magisterskiej wrócił z Paryża i opowiedział o elektronicznym katalogu książek, nie mogłem się doczekać, kiedy coś takiego dojdzie do nas. Kiedy w dodatku powiedział, że niektóre książki można czytać w sieci, rwałem włosy z rozpaczy, że czegoś takiego nie ma jeszcze u nas. Ale to nadeszło. Dzisiejsza młodzież w ogóle nie wie, co to jest szukać informacji o informacji, a potem dopiero próbować dotrzeć do tej drugiej. Poszukiwanie jakiegoś cytatu z książki zajmowało czasami tygodnie. Dzięki internetowi stało się to dziecinną igraszką.

To, z czym mamy do czynienia obecnie, to nic innego jak cywilizacyjne zacofanie. Być może rację mają ci, którzy twierdzą, że młodzież zamiast siedzieć w internecie, powinna lepiej czytać Dostojewskiego. Ja nie widzę tutaj sprzeczności, bo akurat Dostojewskiego można znaleźć w internecie, a po rosyjsku są dostępne wszystkie jego dzieła.

Niedawno pisałem o spiskowych teoriach dziejów. Podtrzymuję tezę, że nie ma jakiejś jednej zorganizowanej grupy kontrolującej świat, ale wystarczy że jedna z wielu zmów ludzi interesu przeforsuje swój pomysł, a miliony ludzi na tym tracą. Uważam, że na to nie wolno pozwolić.

Umieszczam ten filmik, póki jeszcze mogę. Jeżeli to ma tak działać, jak jest to przedstawione w tym filmiku, to jest się czego bać.






A rząd polski uważa ACTA za sukces swojej prezydencji: http://www.pi.gov.pl/PARP/chapter_86198.asp?soid=AD169363BD3349D388F09D9FCB1BBCDA  Ze strony polskich polityków, jak mniemam, to akt totalnej głupoty (jak w wielu innych sprawach), bo nie chce mi się wierzyć, żeby byli częścią "mafii informacyjnej".

sobota, 9 lipca 2011

Estetyka czy wolność?



W czasach komunizmu teatr telewizji przedstawił sztukę, której tytułu ani autora niestety nie pamiętam, choć pamiętam, że grał w niej Bronisław Pawlik, w której głównym problemem było to, że lokatorzy pewnego mieszkania w bloku nie przyozdobili balkonu swojego mieszkania w sposób nakazany przez władze osiedla. Wszyscy mieli mieć takie same rośliny, bo blok z zewnątrz musi się prezentować estetycznie.

W Oak Park, Michigan, całkiem współcześnie miasto prześladuje rodzinę, która urządziła ogródek z organiczną uprawą warzyw przed domem, a więc od ulicy (front yard), a nie z tyłu.
Tylko jednemu sąsiadowi to się nie podoba (i podejrzewam, że to on podkablował rodzinę Bassów do władz miasta). Nikt inny nie ma nic przeciwko. Kiedy jednak do akcji wkroczyły władze miejskie, trzeba było zapłacić mandat, a wkrótce będzie rozprawa w sądzie i to taka, jaką znamy z amerykańskich filmów, czyli z ławą przysięgłych. Miejski planista, Kevin Rulkowski, twierdzi, że miasto nie chce takiego ogródka w tym miejscu, ponieważ nie jest „odpowiedni” (suitable). Kiedy dziennikarka pyta, co to znaczy „odpowiedni”, ten powołuje się na słownik Webstera i odpowiada, że „powszechny” (common). W wersji Webstera, jaką posiadam, nie ma akurat słowa „common” przy definicji „suitable”, ale być może w jakiejś innej jest, bo istnieją bodaj cztery różne wydawnictwa, które roszczą sobie pretensje do dziedzictwa dziewiętnastowiecznego leksykografa Noaha Webstera.

Osobiście jestem za wolnością jednostek i za prawem „wolnoć Tomku w swoim domku” o ile nie chodzi o hałas nie pozwalający sąsiadom spać. Wszelkie próby narzucenia ludziom na ich prywatnych posesjach jakichś urzędniczych ustaleń wzbudzają we mnie odruch buntu. Sytuacja z polskiej sztuki z okresu komunizmu i współczesnej Ameryki, która wszak nadal żyje swoją legendą kraju indywidualnych swobód, jest w tym wypadku bardzo podobna. Urzędnik z odrobiną władzy wykorzystuje ją jak tylko może… bo może.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie spróbował zrozumieć drugiej strony. Kiedy wjeżdżamy np. na jakieś niemieckie osiedle, często (choć też wcale nie zawsze!) uderza nas bardzo estetyczna jednolitość zarówno w architekturze, jak i w szczegółach typu podobne ogródki, dekoracje itp. Mówimy wtedy z podziwem „ależ to jest zdyscyplinowany naród i jakież ma poczucie wspólnej odpowiedzialności za wygląd swojego osiedla”. Nie wnikam w szczegóły, ale nasz stereotyp na temat Niemców każe nam wierzyć, że tam jeżeli władza coś każe, to obywatel to robi bez gadania. Tak czy inaczej, osiedle takie wygląda ładnie.

Kontrastem dla niego są np. brazylijskie favele, gdzie każdy buduje tak jak chce, a estetykę nikt się nie troszczy. W Brazylii chodzi o ludzi niezamożnych. Sięgnijmy więc po przykład Polski. Jadąc po naszym kraju bardzo często spotykamy wybujały indywidualizm ludzi zamożnych. Można więc spotkać obok siebie domy z zupełnie „innych bajek”, choć z kolei równie śmieszne jest dość zwarte osiedle „dworków-potworków” (choć przecież tradycyjne polskie dworki są przeurocze!). Architekt obserwujący z okien samochodu dość gęstą zabudowę, w której każdy dom reprezentuje odmienny styl, łapie się za głowę i drze włosy z rozpaczy nad czymś tak nieestetycznym.

Może więc skłaniać ludzi do tego, żeby pomyśleli w całości, o tym, żeby nie tylko ich dom był piękny, ale żeby był również częścią jakiegoś piękna szerzej pojętego. Namawiać, perswadować, tłumaczyć zawsze można. Pytanie jednak brzmi, od kiedy można obywatela karać za to, że swój dom i ogród urządził inaczej niż sąsiedzi. Czy estetyka jest kryterium wystarczającym, żeby mu podporządkować wolność jednostki. Oczywiście istnieją sytuacje, gdzie wolność jednostki musi być poświęcona – np. w czasie zagrożenia wojną, klęską żywiołową, czy jakąkolwiek inną siłą wyższą. Czy jednak chęć urzędników do urządzenia miasta wg swojego wyobrażenia piękna jest wystarczającym powodem, do prześladowania ludzi, których jedynym wykroczeniem było założenie ogrodu warzywnego od strony ulicy? Tutaj wydaje mi się, że urzędnicze dążenie, które pod każdą szerokością geograficzną wydaje się podobne,  do uniformizacji, zglajszachtowania obywatela redukując go do jednostki statystycznej, jest chyba immanentną cechą urzędniczej mentalności.

Zostawmy jednak urzędników. Zasadnicze pytanie bowiem nadal brzmi „estetyka czy wolność”?

środa, 16 marca 2011

O bankowości biometrycznej

Dzisiaj w telewizyjnych "Wiadomościach" zareklamowano "bankowość biometryczną". Już wkrótce mają zniknąć plastikowe karty płatnicze, a w ich miejsce będziemy się posługiwać własnym odciskiem palca. Wesoły i entuzjastyczny ton komentarza wprawił mnie w lekkie przerażenie, bo zapachniało Philipem Dickiem i jego światem, w którym za wszystko trzeba osobno zapłacić (np. za dostęp do programu we własnym telewizorze, lub do wody we własnym kranie).

Kiedy bank będzie miał już wszystkie nasze dane, nie należy wątpić, że dostęp do nich uzyska również państwo, a także przestępcy (albo przestępcy rządzący państwem). Jeżeli ktoś mówi, że zwiększona kontrola państwa nad obywatelem, to nic złego, bo zwiększa bezpieczeństwo tego ostatniego, to jest to kompletna bzdura, podobnie jak kompletnie przewrotne jest twierdzenie, że "uczciwi nie mają się czego bać". Otóż to od ludzi u władzy zawsze zależy to, co jest uczciwe, a co nie. Jeżeli ktoś ma bezgraniczne zaufanie do prawa, to oczywiście jego sprawa, ale ja go nie mam. Dzieje ludzkości to oprócz historii wojen i jawnych gwałtów, to przede wszystkim pasmo wykorzystywania człowieka przez człowieka w majestacie prawa. Nikt nam nigdy nie zagwarantuje, że władze państwa, czy choćby banku, to ludzie o kryształowych intencjach i jak najlepszej woli wobec nas.

Jeżeli stanie się tak, jak przewidują niektórzy futurolodzy (mniej lub bardziej domorośli, bo innych być nie może), i pieniądz papierowy w ogóle zniknie, czyli ludzkość pójdzie jeszcze dalej w kierunku umowności w dziedzinie płatności, wypłacalności i wymiany handlowej, zostaniemy zredukowani do roli trybików w jakimś mało przejrzystym systemie, którego do końca nikt nie będzie w stanie kontrolować. To znaczy kontrolować będzie na jakiś czas ktoś, kto akurat zdobędzie bazę danych (czyli władzę!).

Wielu mniej zamożnych Polaków z pewnością ucieszy fakt (zwłaszcza, że media umiejętnie podsycą atmosferę), że nikt, żaden "prywaciarz" i inny cwaniak nie będzie mógł się wymigać od podatków. Z pewnością też mina im zrzednie, kiedy zdadzą sobie sprawę, że nie będzie jak pożyczyć od szwagra do pierwszego, bo każdy przepływ środków finansowych (bo gotówki już nie będzie) będzie pod kontrolą banku, a pośrednio i państwa. Żadne handelki "z ręki do ręki", ani korepetycje i w ogóle nic, za co się płaci pieniędzmi, nie będzie miało prawa istnieć. Z jednej strony fajnie, bo wszystko będzie "legalnie" i "praworządnie", i nikt nie będzie "narażał państwa na straty finansowe". Co więcej, ludzie ze sprawnie wypranymi mózgami przez media entuzjastycznie propagujące wszystko, co jest dobre dla systemu (czytaj: tych na górze systemu), prawdopodobnie nauczą się jakoś żyć. W końcu przez tysiące lat miliony ludzi żyło jako niewolnicy i też jakoś się potrafili do swojego losu przyzwyczaić. Nic nowego pod słońcem.

Starzeję się chyba w jakimś zastraszającym tempie, bo pewne futurystyczne wizje mnie przerażają. Do niedawna uważałem się za człowieka otwartego na wszelkie nowinki techniczne, a nawet na eksperymenty społeczne. Od czasów komuny, która była systemem totalitarnym, czyli do kontroli każdego obywatela bardzo skłonna, pamiętam, że jest i zawsze była możliwa pewna sfera, w której człowiek może sobie pofunkcjonować poza systemem. Wcale nie jestem jakimś zwolennikiem szarej strefy w gospodarce, ale w sytuacji, kiedy obywatel nie może ufać państwu i jego aparatowi, który skubie go jak może, wszelka zapowiedź udoskonalenia metod kontroli nad jego finansami, może wzbudzać tylko przerażenie. Jest to krok w kierunku pozbawienia nas podstawowych wolności i prywatności.

niedziela, 26 września 2010

Wyznania ekonomicznego ignoranta, czyli prywatne kontra państwowe

Przewaga własności prywatnej i obywatelska wolność wolnych posiadaczy to idee mi bliskie. Uważam, że najważniejsze to wyzwolić ludzką skłonność do przedsiębiorczości, zaradność, chęć polepszenia sobie życia. Taki okres entuzjazmu obserwowaliśmy od 1988 (tak, tak, mówię o rządzie Rakowskiego i czasach ministra Wilczka) do mniej więcej 1993, choć za datę końca tego okresu nie dam głowy. Ludzie handlowali na łóżkach, dorabiali się szczęk, potem sklepów. Niewątpliwie prawdą jest i to, że co sprytniejsi prezesi i dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw, a także ich równie bystrzy partyjni koledzy, zgarnęli olbrzymią część tortu i to w taki sposób, że nie musieli budować wszystkiego od nowa, bo przechwycili to, co już było. To jest cały osobny temat i niestety, wbrew temu, co chcieliby zwolennicy PO i wcześniejszych formacji, z których ta partia się wywodzi, nie powinien być lekceważony. Ale na razie odłóżmy to. Skupmy się na pozytywach.

Pozytywne było właśnie to wyzwolenie ludzkiej energii, fascynacji możliwościami, jakie dawała przedsiębiorczość na wolnym rynku. Nie ma co owijać w bawełnę – niejeden z nas chciał zostać milionerem z amerykańskiego filmu. Niektórym się to udało i niech im to służy na zdrowie!

Prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych to znowu osobny temat. Nie mam szczegółowej wiedzy na temat tych procesów, ale to, co widać było tzw. „gołym okiem” w latach 90. ubiegłego stulecia, nie mogło być ani logiczne, ani uczciwe. Łódź jest najlepszym przykładem tego, jak w przeciągu kilku lat zlikwidowano praktycznie wielki przemysł, wyeliminowano z rynku znane wcześniej marki, a robotnicy poszli na bezrobocie. Nie wydaje mi się, żeby to był efekt prostego przejścia na gospodarkę rynkową. Ale znowu, nie wypowiadam się dalej, bo za mało wiem.

Chodzi mi o samą zasadę, że prywatne jest lepsze od państwowego. Tak, szczerze mówiąc, być nie musi. Tutaj chodzi raczej o to, kto jest menedżerem przedsiębiorstwa i jak nim zarządza. Jeżeli przedsiębiorstwo traktuje jako swoje własne dobro, to robi wszystko, żeby się rozwijało. To jest zupełnie możliwe. Niestety prawie niemożliwe jest, żeby taki menedżer się zbyt długo utrzymał. Przedsiębiorstwa państwowe są bowiem odpowiednikami średniowiecznych lenn, rozdawanych za zasługi dla…? No właśnie. W średniowieczu król nadawał lenno zasłużonemu rycerzowi. „Daję ci ziemię, żebyś z niej jadł”, mówił. Obecnie państwowe firmy to nagrody dla wiernych towarzyszy partyjnych, obojętnie która partia rządzi. O ile za komuny była tylko PZPR, to obecnie jest ich wiele i każda z nich ma grupę kolegów do wykarmienia. Może faktycznie byłoby lepiej takie przedsiębiorstwa sprzedać, żeby prywatny właściciel nie tylko ją doił, ale również rozwijał.

Tutaj jednak dotykamy innego problemu. Mianowicie są to przedsiębiorstwa tak wielkie, że żaden średniej wielkości przedsiębiorca nie miałby szansy go kupić. Przy wielkich prywatyzacjach potrzebne są wielkie firmy, które są już na tyle bogate, żeby ten prywatyzowany majątek kupić. W grę wchodzą najczęściej przedsiębiorstwa zagraniczne. Trzeba powiedzieć oczywiście, że są to wielkie korporacje, gdzie szlachetne zasady wolnorynkowych idealistów na temat osobistej odpowiedzialności, są rozmyte. Cały czas chodzi jednak o jedno – o wyciągnięcie jak największego zwrotu z tego, co się włożyło. Są na to różne sposoby i to niekoniecznie polegające na rozwoju produkcji. Korporacja rządząca przedsiębiorstwem nie musi mieć wielkiego interesu w jego rozwijaniu. Może np. chodzić o to samo, co menedżerowi z państwowego nadania – wydoić co się da, a potem np. przenieść się do Chin. Tutaj tkwi cały problem metodologiczny w myśleniu o wolnym rynku. My, idealiści, pojmujemy go jako grę przedsiębiorców odpowiedzialnych za własne firmy i dążących do zaspokajaniu potrzeb konsumentów, bo w tym mają swój zdrowo pojęty interes. Przy obecnych skomplikowanych systemach, gdzie własność, nawet ta prywatna, jest nieprzejrzysta, a odpowiedzialność rozmyta, to wszystko wcale nie wygląda tak prosto.

Skrajni idealiści uważają, że należy sprywatyzować nawet pewne funkcje państwa. W jakimś stopniu to już się dzieje, bo np. zalegający z podatkami są ścigani przez komorników, którzy działają jak prywatne firmy. Eksperyment oddelegowania obowiązków państwa do firm prywatnych w starożytności na szeroką skalę praktykowali Rzymianie w czasach republiki. Chodzi mianowicie o ściąganie podatków z podbitych prowincji. Rzym, który posiadając już olbrzymie posiadłości, był po prostu miastem-państwem, nie był zdolny wysłać i utrzymać tylu urzędników do prowincji, żeby ściągali podatki dla państwa. Owszem gubernatorami stawali się byli konsulowie i pretorzy, ale ich już nie stać było na utrzymanie armii poborców podatkowych. Republika rzymska poradziła sobie ze ściągalnością podatków w prowincjach oddając cały interes w ręce tzw. publikanów – przedsiębiorców prywatnych, wywodzących się ze stanu ekwitów (taka klasa poniżej nobilów). Otóż taka spółka publikańska z góry wpłacała podatek z danej prowincji do skarbu państwa, a następnie dostawała całkowicie wolną rękę w ściąganiu tychże pieniędzy od mieszkańców opodatkowanego terytorium. Wysokość daniny z danej prowincji załatwiana była jak najbardziej rynkowo, mianowicie przy pomocy przetargu. Prawo poboru podatku z danej prowincji otrzymywała ta spółka, która najwięcej zaoferowała skarbowi państwa.

Nadużycia publikanów w prowincjach były przysłowiowe. Ucisk fiskalny był olbrzymi, bo przecież wiadomo, że chodziło o to, żeby jak najszybciej wyjąć to, co się włożyło, a następnie na całym interesie jak najwięcej zarobić. Skargi i bunty prowincji z powodu zdzierstwa publikanów były zmorą państwowych zarządców prowincji. Mieszkańcy tych ostatnich wyraźnie odetchnęli dopiero po utrwaleniu się pryncypatu. To Oktawian August położył kres łupieniu prowincji przez spółki publikańskie, ustanawiając specjalnych urzędników państwowych do poboru podatków. Nie zawsze więc prywatne jest lepsze bo prywatne.

Prywatne jest lepsze tam, gdzie musi się zmagać z innym prywatnym i radzić sobie na konkurencyjnym rynku. Jeżeli prywatne połączone jest z państwowym, to automatycznie ma przewagę nad innym prywatnym. W okresie wszelkich wojen największe majątki robili dostawcy armii, którzy niemal automatycznie odbijali się od swoich konkurentów.

Problem z wolnorynkowym idealizmem polega na tym, że jest pewną utopią. Związki biznesu z polityką i odwrotnie, zawsze były, są i zawsze będą. Nie można się jednak zniechęcać, a już tym bardziej nie wolno utożsamiać niezdrowego układu prywatno-państwowego z wolnym rynkiem. Myślę, że o prawdziwy wolny rynek, na którym konkretni (a przez to odpowiedzialni za swoje działania) przedsiębiorcy dbają o interesy społeczności na zdroworozsądkowej zasadzie robienia interesu na zaspokajaniu potrzeb konsumentów, warto zabiegać. Nawet jeśli utopią jest wiara w jego pełne wprowadzenie, brnięcie w utopię socjalistyczno-etatystyczną jest po wielokroć gorsze.

niedziela, 19 kwietnia 2009

Granice wolności religijnej

Temat kontrowersyjny i budzący wiele emocji (często niezdrowych). Problem religii w cywilizowanych krajach został sprowadzony do sfery prywatności i bardzo dobrze, ale kwestie tożsamości, a przede wszystkim sposobu i organizacji życia społecznego nie pozwalają religiom spokojnie sobie trwać w owej prywatności. Nie wystarczy ogłosić, że państwo jest oddzielone od Kościoła/ów. Państwo niejednokrotnie jest stawiane w obliczu konieczności podjęcia konkretnych decyzji dotyczących granic wolności religii, wolności jednostek i wolności innych od "molestowania religijnego". Jak widzimy, współczesne państwa europejskie nie prowadzą spójnej polityki w tym względzie. Francja (i Turcja)prowadzą politykę obowiązkowej laicyzacji sfery publicznej. Brytyjczycy chcą naśladować Amerykanów w budowie społeczeństwa wielokulturowego. Warto tutaj przyjrzeć się rozwiązaniom wypracowywanym przez tych ostatnich.

Oto ciekawy podcast z radiowej "Dwójki".



Europa idzie w kierunku sekularyzacji. Stany Zjednoczone podobno nie, chociaż ci Amerykanie, których znam osobiście, i których artykuły czytam, to akurat agnostycy lub ateiści.

Ciekawy jest fragment wywiadu, w którym dr Potz mówi o nawiedzaniu domów przez świadków Jehowy jako "czynności kultowej". Generalnie religie monoteistyczne (oprócz judaizmu, który nie dopuszcza do siebie łatwo ludzi z zewnątrz) prowadzą działalność misyjną. Jeżeli do tego dodamy, że w niektórych "czynność kultową" trudno odróżnić od czynności politycznej czy prawnej, to władze kraju, który ma wśród swoich obywateli wyznawców takiej religii, mają spory dylemat.

sobota, 7 lutego 2009

O "nudzeniu się"

Lubię wyjazdy i różnego rodzaju przerywniki w pracy. Z drugiej strony bardzo trudno po nich wejść z powrotem w rytm systematycznych działań, którym oddawaliśmy się uprzednio bądź z własnej woli bądź z przymusu zarobkowego. Tak też jest teraz.. Krótka wizyta w Łodzi, podczas której odwiedziłem swojego Tatę i spotkałem się z koleżankami ze Stowarzyszenia Absolwentów IV LO w Łodzi, wybiła mnie z rytmu i kiedy wczoraj po południu wróciłem do domu, nie byłem w stanie zabrać się do czegokolwiek sensownego.

Jedna z koleżanek z lekką ironią zauważyła, że ja chyba mam całe mnóstwo czasu. Skądinąd słyszę, że się chyba nudzę, ponieważ udzielam się na forum naszej-klasy oraz prowadzę bloga. Rozumiałbym tego typu uwagi, gdyby ironizujący znajomi równocześnie byli zachwyceni swoją pracą zawodową i z entuzjazmem rozprawiali o tym, jak się w niej realizują. Niestety większość z nas (może jednak nie większość? – badań nad tym nie prowadziłem) traktuje pracę zawodową jako konieczność, natomiast po godzinach czekają jeszcze obowiązki domowe, po których jesteśmy już tak zmęczeni, że zostaje tylko włączyć telewizor i obejrzeć coś w miarę głupiego, żeby nie przemęczać mózgu. A gdzie w tym wszystkim jesteśmy my jako osoby, albo, że się wyrażę bardziej górnolotnie, istoty ludzkie?

Pogodzenie się z rolą trybika w maszynie powszechnie uważa się za „dorosłość”, a wszelkie próby działań temu stanowi rzeczy się przeciwstawiających za „marzycielstwo”, „dziecinne podejście do życia”, albo co najmniej nieszkodliwe „dziwactwo” (czasami nawet i szkodliwe!). W ten sposób nie tylko sami stajemy się niewolnikami, ale wciągamy w ten system swoje otoczenie, w tym dzieci. W krajach cywilizowanych „mądre” wychowanie to wychowanie do niewolnictwa.

Skoro są niewolnicy, to muszą być też ich właściciele. Przy obecnym stopniu zapętlenia i wzajemnych powiązań, okazuje się, że niekoniecznie. W nowoczesnych demokracjach i w warunkach wolnego rynku relacja „właściciel-niewolnik” w czystej postaci występuje jedynie w strukturach nielegalnych (np. plantacje we Włoszech, gdzie Polacy pracowali pod nadzorem innych Polaków i Ukraińców na rzecz miejscowego „biznesmena”). Wszędzie indziej jesteśmy „wkręcani” i „wykręcani” przez ludzi podobnych do nas, którym przez moment być może wydaje się, że są panami, ale nie są, ponieważ w każdej chwili sami mogą zostać „wykręceni” i wyrzuceni na złomowisko.

Jeśli więc istnieje grupa „panów”, to są to BYĆ MOŻE jacyś grubi cwaniacy z Wall Street, którzy potrafią przetrwać mimo kryzysów. Tacy na pewno są. Czy oni sami nie są niewolnikami? W olbrzymim stopniu są, bo też muszą nieustannie brać udział w kontroli machiny, a jest to zajęcie nie pozwalające na odpoczynek.

Oczywiście najlepiej mają ci, którzy mają już zgromadzony majątek, tak że nie muszą się martwić o swój byt materialny i mogą oddać się zajęciom rozwijającym ich samych. Niestety, z kolorowych czasopism o tematyce plotkarskiej możemy się dowiedzieć, że tryb życia tych ludzi do zbyt twórczych i rozwijających nie należy, ponieważ najczęściej swój czas spędzają na dogadzaniu swoim zmysłom i oddawaniu się drogim, ale dość prymitywnym formom spędzania wolnego czasu.

Nie jest sztuką być bogaczem i dzięki temu nie być śrubką w machinie zarabiania pieniędzy. Sztuką jest się zbuntować i postawić na swoje człowieczeństwo mimo konieczności zapewnienia sobie i bliskim środków na przetrwanie. Tak robią artyści, którzy tworzą coś, na sprzedanie czego nawet nie ma nadziei, ale powstaje z głębokiej potrzeby wyrażenia siebie. Tak robią hobbyści, którzy poświęcają się jakiejś pasji bez nadziei na zrobienie na tym majątku. Tak też robią wolontariusze organizacji charytatywnych, którzy oddają się często niezwykle ciężkiej i często beznadziejnej pracy w imię czegoś, w co wierzą.

Niektórzy, jak np. Steve Jobbs, mają na tyle szczęścia, że ze swojej pasji, wyrażającej ich osobowość i zainteresowania, zrobili interes, który całe życie prowadzili tak, jakby to było wielkie pasjonujące hobby, a przy tym przynoszące miliardy dolarów zysku. To się jednak zdarza niezwykle rzadko.

Wszystkie te grupy ludzi, które wymieniłem, wyłamują ze swojej niewolniczej kondycji i próbują choć część czasu, jaki jest im dany, przeżyć jak ludzie i zaznaczyć swoją obecność na naszej planecie poprzez działanie, do którego nikt ich nie zmusza. Wyłamują się zarówno spod determinizmu biologicznego, jakiemu podlegamy jako część świata zwierząt, jak i spod przymusu pracy zarobkowej, która najczęściej pozbawia nas cech ludzkich, a czyni elementami układanki, na ogólny kształt której nie mamy wpływu.

Dlatego, jeżeli ktoś w naszym otoczeniu pisze wiersze, maluje obrazki (nawet kiczowate), gra na jakimś instrumencie (nawet kiepsko), zbiera znaczki, albo sprzedaje pocztówki na rzecz chorych dzieci, a przy tym robi to z pasją i oddaniem, nie wolno nam się z nich śmiać i mówić, że „chyba się nudzą”, bo to oni właśnie wychodzą poza to, co muszą i, robiąc co chcą, realizują swoje człowieczeństwo.

(O tzw. „potrzebie” robienia czegoś – jutro)