Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustroje polityczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustroje polityczne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 grudnia 2012

O błędnym kole, w którym czasami bywa całkiem fajnie



Tak sobie lubimy pokrytykować banki i wielkie korporacje jako zło wcielone. Lubimy też narzekać na rządy i polityków. Niewątpliwie kierują nami szlachetne intencje, ale przecież gdzieś w głębi zakamarków naszego umysłu doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że walka z tymi instytucjami jest w ogromnej mierze utopią.

Wszyscy wiemy, że obecny kryzys został wywołany przez zachłanną do absurdu politykę potężnych banków działających na skalę międzynarodową. Reakcją na to jest m.in. propaganda grupy Anonymous, grupy, której hasła osobiście bardzo lubię, ale znowu – jako objaw buntu i groźby wobec możnych tego świata. Nie do końca bym jednak chciał, żeby świat ogarnęła jakaś wielka anarchistyczna rewolucja, bo ta pogrążyłaby go w totalnym chaosie i walce każdego z każdym.

Niewątpliwie przyjemnie jest oddać się nostalgicznym marzeniom o romantycznych czasach, kiedy to rzemieślnik pracował we własnym warsztacie, jak wyprodukował dużo swoich towarów i je sprzedał, to mógł pomyśleć o rozbudowie warsztatu i zatrudnieniu większej liczby czeladników itd. itp. Na pewnym etapie rozwoju gospodarczego ten system był zupełnie wystarczający. Wzrost liczby ludności spowodował większe zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne, stąd potrzeba lepszej, bardziej wydajnej, organizacji produkcji. Wyzwolenie spod dyktatu cechowego doprowadziło do gwałtownego rozwoju przedsiębiorczości w Europie zachodniej. Niestety bez dostępu do kredytu, rozwój oparty jedynie na środkach własnych byłby o wiele wolniejszy, jeśli w ogóle miałby miejsce. Kto opracował jakiś atrakcyjny prototyp i chciał go wdrożyć, ten musi zdobyć kapitał. W handlu nieustannie potrzebny jest kapitał obrotowy, a więc ten potrzebny na bieżące wydatki – zakup surowca, opłacenie pracowników, czynsz za wynajęty lokal itd. Jeżeli przedsiębiorca wydawałby na te rzeczy pieniądze z wypracowanego zysku, mógłby najwyżej wypuścić jedną partię swojego produktu, bo przychód z niego nie wystarczyłby na zakup następnej partii surowca, pensji dla pracowników itd. Gdyby jednak wystarczył, poziom produkcji musiałby się utrzymać najwyżej na tym samym poziomie. Jeżeli ktoś planowałby rozwój firmy, ten musi mieć dodatkowy kapitał. W ten sposób przedsiębiorstwa wchodzą w symbiozę z bankami, które niczym innym się nie zajmują, jak tylko udzielaniem pożyczek i kredytów na procent. Banki stają się niejako automatycznie wspólnikami przedsiębiorców przemysłowych czy handlowych. Jeżeli komuś się wydaje, że można je w jakiś sposób ominąć czy przeskoczyć, to niestety wykazuje się dużą naiwnością. Kapitał jest potrzebny, a mają go banki, czyli przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w finansach i podaży pieniądza.

Wielkie korporacje, zwłaszcza te działające na skalę międzynarodową i teoretycznie niezależne od rządów, to kolejny obiekt, który lubimy werbalnie atakować powodowani strachem przed ich potęgą.  Generalnie niezależność, czy zależność od rządów państwowych to sprawa w wielu przypadkach wielce dyskusyjna. Ideologiczni zwolennicy wolnego rynku (np. korwinowcy lub Centrum Adama Smitha) uważają, że rządy powinny się w ogóle wycofać z kontroli nad gospodarką i wszystko zostawić prywatnym przedsiębiorcom – najlepiej średnim i małym, a jeśli dużym, to takim jak w XIX wieku, w których jest konkretny właściciel, który w dodatku jest odpowiedzialnym szefem (menadżerem). Jest to kolejna utopia, której się nie da osiągnąć, ponieważ gra wolnorynkowa, która opiera się m.in. na ludzkim dążeniu do gromadzenia zapasów i zabezpieczaniu zasobnej przyszłości (zwanym przez zazdrośników chciwością) zawsze będzie prowadzić do sytuacji, w której najlepsi jej uczestnicy w miarę rozwoju swoich przedsiębiorstw będą dążyć do zbudowania imperium w postaci wielkiej korporacji. Korporacje z kolei nie działają w próżni politycznej, więc z całą pewnością będą chciały wpływać w postaci mniej lub bardziej jawnego lobbingu na rządy, w których często zasiadają koledzy właścicieli lub menadżerów owych korporacji. Tak zbudowano potęgę Ameryki i choć od czasu do czasu pojawia się jakiś polityk, który próbuje okiełznać galopującą korupcję (np. prezydent Theodor Roosevelt na początku ubiegłego stulecia), to jest to w jakimś stopniu walka z wiatrakami, bo przenikanie się światów biznesu i polityki jest nie tylko nieuniknione, ale po prostu naturalne. W krajach rządzonych autorytarnie różnice między państwem a korporacją mogą nawet ulec zatarciu. Patrząc na rosyjski Gazprom trudno powiedzieć, czy to Rosja jest bardziej Gazpromem, czy Gazprom bardziej Rosją, ponieważ interes współczesnej Rosji jako państwa to przede wszystkim interes Gazpromu.

Czasami korporacje, niczym mafie, poczynają sobie już tak bezczelnie, jak np. Monsanto, które wdraża swoje wynalazki bez odpowiednio długiego okresu badań (np. na szczurach), lub wbrew ich negatywnym wynikom, że interwencja władz państwowych wydaje się niezbędna. Dlaczego jednak ona albo nie następuje, albo jest zbyt niemrawa? Odpowiedź wydaje się prosta – grupy polityków są powiązane ze światem wielkich korporacji szeregiem więzów towarzyskich i biznesowych, że trudno byłoby ich tak naprawdę odróżnić, gdyby nie ich stanowiska. Są to przecież absolwenci tych samych uczelni. Mogą to być koledzy ze studiów, z golfa, z loży masońskiej (od razu zastrzegam, że nie należę do zaciętych tropicieli spisków masońskich), lub z polowań, grilla czy innych popijaw (w zależności od kultury kraju).

Nawoływanie do anarchii czy to w postaci tradycyjnie lewicowej (anarchiści, którzy się nazywają anarchistami), czy to prawicowej (zwolennicy Janusza Korwina-Mikke w Polsce czy Rona Paula w Stanach Zjednoczonych) byłoby rozwiązaniem na bardzo krótką metę, tak samo jak nawoływanie Slawoja Žižka do walki o prawdziwy komunizm (przez to straciłem szacunek do tego człowieka, ponieważ jest kolejnym dowodem na to, że wysoka inteligencja plus ogromna wiedza wcale nie równają się mądrości) nie biorą pod uwagę natury ludzkiej, która wcześniej czy później upomni się o swoje prawa. W każdym społeczeństwie będą się pojawiać ludzie, którzy zechcą zgromadzić więcej zapasów niż inni oraz zechcą kierować życiem innych. Przy odrobinie sprytu uda im się osiągnąć swoje cele i dlatego po pewnych okresach utopii, często okupionych życiem milionów ludzi, ponieważ tłamszenie natury ludzkiej wymaga nieustannej czujności i systemu zbrojnej kontroli, powracają jak bumerang proste zasady kierujące ludzkim myśleniem w kategoriach generowania zysków, a ponieważ nie wszyscy to potrafią robić w takim samym tempie, pojawiają się nierówności, a za nimi korporacje i potężne instytucje finansowe.

Na pytanie, czy jest metoda na przezwyciężenie tego błędnego koła, nie mam optymistycznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że to co można zrobić, to od czasu do czasu starać się przywrócić pewien stan równowagi. Od czasu do czasu należy rozbić jeden czy kilka wielkich monopoli na rzecz większej konkurencyjności po stronie przedsiębiorstw średnich i małych. Po jakimś czasie jedno z nich znowu obejmie pozycję monopolisty, i wtedy rządy powinny znowu interweniować.

Nie można też zrezygnować z systemu opieki społecznej, która faktycznie w wielu przypadkach promuje postawę bierną, często po prostu nieróbstwo i nieudacznictwo, ale bez której ludzie, którym się w życiu nie powiodło z przyczyn obiektywnych, umieraliby na naszych oczach. W teoriach tzw. darwinizmu społecznego być może takie zjawisko byłoby do zaakceptowania, ale uważam, że darwinizm społeczny jest dokładnym zaprzeczeniem istoty bycia człowiekiem. Wierzę bowiem, że jakościowa zmiana, jaka odróżniła nasz gatunek od naszych zwierzęcych kuzynów, nastąpiła z chwilą, kiedy nasi przodkowie przełamali determinizm biologiczny, kiedy zaczęli się opiekować swoimi starcami i kalekami. To nie jest żaden socjalizm, to jest podstawowa cecha gatunku ludzkiego i to jest jednak w dużym stopniu optymistyczne.

Oczywiście system pomocy społecznej powinien być szczelny i dobrze zorganizowany, żeby nie dopuścić do nadużyć, ale musi istnieć.

Tak czy inaczej, wiara w jakieś wspaniałe ustroje polityczne, które uszczęśliwią całą ludzkość, daje się porównać do wiary w diety-cud z kolorowych czasopism. Po krótkiej euforii lekarstwo najczęściej okazuje się gorsze od choroby.

Osobiście uważam, że podstawowy błąd w pracy naszych umysłów polega na skłonności do doktrynerstwa. Zamiast szukać najlepszych rozwiązań w świetle akceptowanego przez wszystkich (no, przez zdecydowaną większość) celu, przypinamy sobie etykietki i nie walczymy już o te rozwiązania, bo całą energię pochłania nam walka z tymi, którzy noszą inne etykietki niż nasze.

Tutaj nie mogę się oprzeć wspomnieniu przykładu powojennych Niemiec (najpierw tych Zachodnich, a teraz już całych). Pragmatyzm tego narodu jest naprawdę godny podziwu. Pomimo ostrych sporów, politycy tego kraju potrafią działać wspólnie dla wspólnego dobra. Sam fakt, że w Niemczech możliwe jest coś takiego jak „wielka koalicja”, czyli sojusz partii pozostających wobec siebie w ideologicznej opozycji, świadczy o tym, że ci ludzie naprawdę wiedzą o co chodzi w odpowiedzialności za wspólne dobro. Tego życzyłbym z całego serca Polsce, ale również wszystkim krajom na świecie.

sobota, 29 września 2012

Jak to bywa(ło) w USA, czyli o tym jak obywatele wpływają na swoje partie polityczne



Na początku lat sześćdziesiątych, pomimo zmian, jakie na przestrzeni dziesięcioleci następowały w amerykańskim systemie partyjnym, partia republikańska nadal uważana była za spadkobierczynię wielkich idei Abrahama Lincolna, a więc m.in. prawami obywatelskimi niezależnie od koloru skóry, choć od 1898 roku obowiązywała zasada „równi ale oddzielni”, co oznaczało segregację rasową (mimo teoretycznie pełnych praw obywatelskich ludności czarnej), zaś partia demokratyczna kojarzyła się w wielu kręgach jako spadkobierczyni zwolenników rasistowskiego Południa. Oczywiście stosuję tutaj duże uproszczenie, ale chodzi mi o zilustrowanie pewnego zjawiska, które nastąpiło w Mississippi właśnie w dekadzie walk (i to takich, w których ginęli ludzie) o równe prawa obywatelskie, czyli o zniesienie segregacji rasowej.

Ponieważ na Południu struktury Republikanów, a więc partii znienawidzonego Lincolna, nie były zbyt mocne, jedyną partią, a więc organizacją polityczną, przez którą można było cokolwiek zdziałać, byli Demokraci. Czarni aktywiści walczący z segregacją w Mississippi zorganizowali się i postanowili się afiliować w partii demokratycznej. Akurat ówczesne struktury Demokratów w Mississippi to byli jednak tradycyjni biali południowcy, więc czarnej zorganizowanej grupy nie przyjęli. W związku z tym ta ostatnia ukonstytuowała się jako oddzielna organizacja Demokratów i posłała swoją delegację na ogólnokrajową konwencję partii. Co prawda niewiele wówczas zdziałali, bo i ówczesny prezydent, wywodzący się z Demokratów, Lyndon Johnson, nie bardzo chciał zadrażniać stosunki ze swoimi zwolennikami na Południu, więc niespodziewaną delegację długo zwodził, aż zjazd się skończył, ale też ich nie odrzucono! Wkrótce to Republikanie zaczęli być postrzegani jako „hardcorowi” konserwatyści, zaś Demokraci jako odpowiednicy europejskich partii lewicowych.

Piszę o tym, żeby pokazać jak odmienne jest pojmowanie partii politycznej w krajach anglosaskich. Konkretni delegaci są w większym lub mniejszym stopniu w stanie wpłynąć na oblicze polityczno-ideologiczne tej wielkiej machiny do wygrywania wyborów, jaką jest partia polityczna. Rzecz w tym, że politycznie aktywne grupy mogą „przejąć partię” na zasadzie demokracji wewnątrz niej. Nie potrafimy sobie czegoś takiego wyobrazić w Polsce, ponieważ to nie obywatele tworzą partie, tylko wodzowie gromadzą wokół siebie zwolenników, otaczają się miernymi ale wiernymi adiutantami i po dyktatorsku rządzą wszystkimi strukturami partii. Tak jak w przedrozbiorowej Rzeczypospolitej partie to jest klientela tego, czy innego „pana” (niczym partia Czartoryskich lub partia pana hetmana).

Jak to działa (a raczej może potencjalnie działać, bo niestety bierność obywatelska występuje również i tam), niech zilustruje fragment z książki Thoma Hartmanna, Screwed: The Undeclared War Against the Middle Class (ja tłumaczę ten tytuł jako „Wyrolowani – niewypowiedziana wojna przeciwko klasie średniej”), s. 199-200 (tłumaczenie moje).

W 2003, kiedy mój program w  „postępowym talk-radiu” (radio polegające na rozmowach z zaproszonymi gośćmi, SKi) był po raz pierwszy nadawany na cały kraj przez Sirius Satellite Radio oraz około dwa tuziny stacji w kraju, jednym z moich stałych słuchaczy został gość, którego znałem jedynie jako „Jeffa z Denver”. W ciągu pierwszego roku audycji nieustannym tematem telefonów i skarg Jeffa było to, że Partia Demokratyczna w jego okolicy „zagubiła się, nie ma żadnej wizji, jest zbyt podobna do korporacji i konserwatywna, oraz że pozwala jeździć po sobie.”
             Pewnego dnia rzuciłem mu wyzwanie mówiąc coś w sensie „Jeśli nie podoba ci się, co oni robią, czemu się nie pojawisz na jednym z ich zebrań i nie powiesz im tego?”
            Mijały miesiące i pewnego dnia Jeff znowu zadzwonił. Pojawił się na zamkniętym zebraniu kierownictwa Partii Demokratycznej swojego powiatu. Było tam około dwunastu ludzi, z czego większość po czterdziestce lub starszych i wykazujących się, wg Jeffa, „brakiem znajomości zagadnień, brakiem wizji i brakiem czasu na decydujące kwestie.”
             Jeff zaangażował się w partię i, żeby nie przedłużać, przyczynił się (wraz kilkoma innymi mieszkańcami powiatu) do pchnięcia swojej partii w kierunku bardziej postępowym na szczeblu zarówno miejscowym jak i stanowym. Teraz „problem po problemie opracowuje program partii, tworzy narzędzia dla działaczy, pisze słowniczek niezbędnych terminów (w celu pokonania [Franka] Luntza) i tworzy poradnik „zrób-to-sam” do rEwolucji (zmian pokojowych acz dramatycznych)”. Wszystko to dlatego, że pojawił się i zaangażował.

Dalej Thom Hartmann podaje dalsze przykłady, jak obywatele większych i mniejszych miejscowości pod wpływem jego audycji zgłaszali się do miejscowych komórek Partii Demokratycznej i przez swoją aktywność wpłynęli na ich ożywienie, czy wręcz odrodzenie, a także na zmianę oblicza. Ponieważ poglądy Thoma Hartmanna są wg kryteriów europejskich „lewicowe”, zmiany, jakie wywołał w tychże lokalnych organizacjach Demokratów również pchnęły tę partię w tym kierunku. Nie kierunek polityczny jest tutaj istotny. Mnie chodzi tu tylko o zilustrowanie zasady, na jakiej to działa w krajach anglosaskich.

Nie umiem sobie wyobrazić czegoś takiego, że oto wchodzę z grupą myślących podobnie do mnie do biura PO, PiS czy SLD i mówię „słuchajcie, działacie jak d… wołowe, a my mamy pomysł, jak to zmienić”, a siedzący za biurkiem lokalni aktywiści wstają i mówią „Super! Działajcie!” To jest po prostu niemożliwe! Po pierwsze pewnie by nas grzecznie (na początku) wyproszono, po drugie zatelefonowano by gdzieś wyżej, a może sprawa dotarłaby do samej góry, a tam pewnie kazano by nas zignorować. To nie obywatele tworzą partie, a one dopiero wyłaniają przywódców. To grupa przywódców tworzy najpierw partię kanapową, a potem buduje struktury, które są całkowicie uzależnione od lidera. Niektóre partie mają wręcz nazwisko wodza w swojej nazwie np. Komitety Obrony Parysa (młodszych informuję, że był taki minister, który w 1992 roku postanowił zorganizować taką organizację w celu obrony własnej osoby, które potem przekształciły się w Ruch Trzeciej Rzeczypospolitej – informuję też przy okazji, że nazwa ta nie była wyrazem sprzeciwu wobec idei „Czwartej Rzeczypospolitej”), czy obecnie Ruch Palikota. Nie umiemy sobie wyobrazić PiSu bez Jarosława Kaczyńskiego na czele, bo jak sobie niektórzy członkowie tej partii zaczęli to wyobrażać, szybko się znaleźli poza tą partią. Kto dobrze obserwował dzieje PO, ten dobrze wie, jak po mistrzowsku Donald Tusk wyeliminował wszystkich prominentnych członków swojej partii, którzy byli jakimiś osobowościami. Nie ma w Polsce ani jednej partii o demokratycznej i otwartej strukturze i dlatego obywatel może jedynie kibicować jednemu czy innemu przywódcy. Chęć współdziałania ze strony obywatela najprawdopodobniej spotkałaby się z wielką nieufnością, bo przecież nigdy nie wiadomo, co takiemu obywatelowi przyjdzie do głowy. A może to szpieg? Jak nie obcego państwa, to wrażej partii?

Na drodze do prawdziwej demokracji, gdzie obywatel może wykazać pozytywną inicjatywę i ma, przynajmniej w teorii, szansę na jej przeforsowanie, jeszcze się nawet nie znajdujemy. Wydaje się, że rządzący państwem polskim urządzili je wręcz tak, żeby podążało w kierunku wręcz przeciwnym. Klasa polityczna pełni rolę jakiejś współczesnej arystokracji, nieufnej wobec poddanych. Owa klasa jest wewnętrznie skłócona, ale tylko ona ma prawo się ze sobą nie zgadzać i ma też prawo się między sobą porozumiewać. Jeśli będzie wojenka, to oczywiście obywatela do niej wykorzystamy – wyprowadzimy na ulicę np., ale jak będziemy urządzać jakiś „okrągły stół”, czyli będziemy się jakoś tam porozumiewać, najlepiej żeby obywatele nic o tym tym razem nie wiedzieli. Jest więc dokładnie tak samo jak za PRLu, z tą różnicą, że można sobie głośno pokrytykować (choć też nie do końca, jak pokazują pewne aresztowania z bardzo bliskiej przeszłości) i partii jest więcej.

Jeszcze raz podkreślam, że JOWy same z siebie sprawy udziału obywateli w rządzeniu nie załatwią, nikogo bowiem na siłę z domu nie wyciągną i nie popchną w kierunku działania na rzecz własnej idei, ale przynajmniej stworzą ku temu warunki. I o to właśnie na początek chodzi.

środa, 3 marca 2010

Widmo Karola Marksa

Karol Marks był krytykowany odkąd tylko zaczął głosić swoje poglądy. Niewątpliwie musiał sobie narobić wrogów wśród przedsiębiorców, bo przecież nawoływał do walki klas i przejęcia środków produkcji przez masy robotnicze. Potem przyszedł Lenin i zwolennicy „czystego Marksa” stwierdzili, że przywódca rosyjskiej rewolucji (przywieziony niemieckim pociągiem na miejsce akcji) paskudnie wypaczył ideę Marksa. Wypaczył czy po prostu zgodnie z naturalną logiką wypełnił marksowską utopię to temat na długą dyskusję, natomiast niewątpliwie natychmiast zabrał właścicielom „środki produkcji”, czym przyczynił się do katastrofy kraju, z której to musiał go ratować przy pomocy NEPu.

Czym zaowocował tzw. realny socjalizm oparty na tzw. socjalizmie naukowym (marksistowskim) mniej więcej wiemy. Stosuję to sarkastyczne „mniej więcej”, bo okazuje się, że ciągoty ku marksistowskim mrzonkom przejawiają nie tylko dzieciaki biegające z koszulkami z Che Guevarą, ale również ci, którzy dobrze socjalizm pamiętają. W każdym razie nawet współcześni entuzjaści brodacza z Trewiru krytykują ustrój narzucony połowie Europy przez moskiewskich bolszewików, nazywając go „kapitalizmem państwowym”.

Pominę cały element „alienacji pracy”, który doskonale przedstawił zmarły niedawno profesor Leszek Kołakowski. W swoich Głównych nurtach marksizmu poddał myśl Marksa gruntownej analizie, która nie pozostawia żadnych złudzeń co do jej „naukowości”. Marginesowo potraktuję też pomysł „walki klas”, bo samo szczucie jednych ludzi na drugich jest zabiegiem podłym samym w sobie.

Przez moment chciałbym się zastanowić nad kwestią przejęcia środków produkcji przez klasę robotniczą. Piszę o tym natomiast dlatego, że całkiem niedawno znalazłem wypowiedzi młodych ludzi posługujących się tym absolutnie zakłamanym pomysłem. Zakłamanym i złodziejskim z natury.

Otóż jak tworzą się środki produkcji? Założywszy, że jakiś przedsiębiorca (marksowski „kapitalista”) dorabia się od zera, a takich wbrew pozorom było w XIX wieku wielu, a i dziś całkiem niemało. Najpierw gdzieś pracuje i oszczędza. Potem inwestuje w jakiś własny pomysł, który okazuje się trafiony, jeśli chodzi o rynek. Pomnaża kapitał i znowu go inwestuje. Co to znaczy w tym wypadku? Dzisiaj najczęściej myślimy o zakupie akcji lub co najmniej udziałów w funduszach inwestycyjnych. Ale pierwotnie chodziło i chodzi o zakup środków produkcji. Przedsiębiorca ma ich coraz więcej i rozbudowuje swoją firmę. Zatrudnia oczywiście ludzi, którzy nie mieli ani umiejętności ani wytrwałości ani odwagi w obliczu ryzyka, żeby zrobić to samo co on. Ale teraz wśród tych ostatnich pojawiają się goście z Kapitałem Marksa w ręku i powiadają, że teraz, kiedy już jest tyle tych środków produkcji, to trzeba temu „okropnemu kapitaliście” je zabrać.

Co ciekawe, większość lewaków (oprócz skrajnych bolszewików) uważa, że drobny rzemieślnik nie jest jeszcze kapitalistą i jego środków produkcji zabierać nie należy. Kiedy jednak zacznie zatrudniać większą liczbę ludzi, okazuje się, że już pora go obrabować przy pomocy przejęcia tychże środków produkcji.

Całe założenie Marksa było od początku bandyckie, bo przecież nic tak nie pomogłoby wcielić jego idei w życie, jak po prostu organizowanie się robotników, ale nie w partie rewolucyjne, ale w przedsiębiorstwa produkcyjne. Niestety falanstery okazały się totalną utopią, bo robotnicy o biznesie mieli słabe pojęcie, a i organizacja pracy w demokratycznych warunkach kulała. Kto by nie wolał zorganizować spotkania politycznego, zamiast harować kolejnych kilka godzin przy maszynie. Idea samoorganizowania przedsiębiorstw w ogóle nie była popularna, natomiast pomysł zabierania tego, co już ktoś stworzył jak najbardziej.

Największą przeszkodą w realizacji wszelkich socjalistycznych utopii jest sama natura ludzka i doprawdy nie wiem, czy cokolwiek jesteśmy w stanie coś z tym zrobić. Ktoś, kto ma lepszy pomysł od innych, w naturalny sposób będzie chciał go zrealizować i skonsumować jego wyniki. Oczywiście poprzez odpowiednie wychowanie można go ukształtować tak, że chętnie będzie się dzielił z tymi mniej utalentowanymi czy przedsiębiorczymi, ale naiwnością jest wiara w dobrowolne przeciwstawienie się własnej naturze. Jeszcze większą naiwnością jest wiara, że stanie się to w skali całego społeczeństwa.

Można oczywiście wskazać przykłady społeczności, gdzie nikt się specjalnie nie wychyla, wszyscy są równi (no, nigdy nie do końca, ale w dużym stopniu) i dzielą się tym co upolują. Tak się dzieje na poziomie grup myśliwsko-zbierackich – w głębokiej dżungli amazońskiej. Tam, gdzie zaczyna się produkcja, czy to rolnicza, czy przemysłowa, tam stosunki społeczne ulegają zróżnicowaniu i to są po prostu fakty.

Realny socjalizm był doskonałym przykładem tego, jak bardzo utopijne są idee zarówno Marksa jak i innych socjalistów. To, że socjalizm stał się tak naprawdę „kapitalizmem państwowym” wg terminologii młodych lewaków, było wynikiem immanentnej logiki samej idei. Otóż po zabraniu kapitalistom środków produkcji trzeba było pilnować, żeby znowu nikt nie stał się kapitalistą. Dążenie do gromadzenia większej ilości zapasów leży bowiem w naturze ludzkiej (zwierzęcej też zresztą). Do pilnowania potrzebny jest rozrośnięty aparat represji, który musi stać się nową elitą władzy. Pełnienie straży nad środkami produkcji prowadzi do niczego innego, jak do „kapitalizmu państwowego”. Innego możliwego wyniku nie ma! Dodajmy do tego, że z czasem przedstawiciele owych „elit władzy” bez problemu ulegali pokusie traktowania „wspólnego dobra” jak własnego i stąd historie nepotyzmu, korupcji itd. w systemie socjalistycznym. Ponieważ panuje w nim system „pilnowania się nawzajem”, zazdrośnicy denuncjują kolegę, a ten idzie do więzienia, a we wczesnej fazie socjalizmu traci życie.

Z ciekawością obserwuję system japoński, z wielką sympatią odnoszę się do takich pomysłów jak TQM, czy doktryna jakości profesora Andrzeja Bliklego. Fenomenem jest dla mnie sukces brazylijskiej firmy SEMCO Ricarda Semlera, który oparł zarządzanie swoją firmą na zasadach demokratycznych. Partycypacja pracowników w zarządzaniu i zyskach z przedsiębiorstwa to, jak uważam, pomysł bardzo dobry, ale nie da się go przeprowadzić bez tych „kapitalistów”, którzy takie przedsiębiorstwo stworzą. Ich pomysły są tym bardziej godne polecenia, bo nie propagują nienawiści między ludźmi pod postacią dość abstrakcyjnych pojęć typu „klasa społeczna”.

Nie jestem wcale zwolennikiem „dzikiego kapitalizmu”, gdzie każdy, kto ma więcej pieniędzy sprawuje nieograniczoną kontrolę nad tysiącami tych, którzy mają ich mniej. Niestety, jak na razie przykłady działania wbrew zasadom rynku przynoszą skutek opłakany.

Po co w ogóle to piszę, półtora wieku po Marksie i dwadzieścia lat po upadku komuny w Europie Wschodniej? Wydawałoby się, że pewne tematy mamy już dawno przerobione i nie ma co do nich wracać. No właśnie, mnie się też tak wydawało, dopóki nie przeczytałem kilku tekstów młodych polskich lewaków. Język żywcem wzięty z Marksa, „walka klas”, „przejmowanie kontroli nad środkami produkcji i kapitałem” itd. itp. Skąd się ci ludzie biorą?

czwartek, 12 lutego 2009

Po lekturze artykułu o tyranii

Wyruszając do Łodzi kupiłem sobie „Politykę” do poczytania w pociągu. Trafiłem na bardzo ciekawy "Pomocnik historyczny", a w nim krótki, ale niezwykle pouczający artykuł o tyranii i tyranach w starożytnej Grecji (J.M.Długosz, Wzór na tyrana). Od dawna wiedziałem, że w zakresie słownictwa, a przez to myślenia w wielu dziedzinach, mamy wobec starożytnych Greków dług, którego nikt nigdy nie będzie w stanie spłacić. Ale to nie jest dobre rozumowanie. My nie mamy długu, my po prostu w ciągłej linii kontynuujemy myśl starożytnych Greków, jesteśmy ich intelektualnymi potomkami, czy to nam się podoba, czy nie.

Pojęcie ojczyzny i miłości do niej jest piękną ideą znaną i propagowaną w starożytnych poleis, tak samo jak przykłady odstępstw od tej pięknej cnoty były w nich powszechne. Po odegraniu chwalebnej roli w obronie swojego kraju przed Persami, słynni greccy wodzowie bez problemu sprzedawali swoje genialne umiejętności tymże azjatyckim wrogom.

Starożytna Grecja była niemal jak dzisiejsza Europa w pigułce, tylko nieco bardziej skomplikowana. Wszystko odbywało się przecież w mikroskali i to nie tylko z powodu wielości państewek na niewielkim terytorium, ale po prostu ze względu na liczbę ludności tamtych czasów. Mimo to, życie polityczne była przedmiotem zarówno wielkich namiętności, jak i zaawansowanej analizy teoretycznej.

Zarówno Platon, jak i jego „niewierny” uczeń, Arystoteles, zajmowali się ustrojami politycznymi. Poglądy Platona znamy i na samą myśl o jego „Państwie” ciarki przechodzą mi po plecach. Jego propozycja była utopią i to wcale nie utopią, która by nam się podobała. Niemniej diagnoza demokracji w wielu aspektów jest u tego autora trafna.

Platon opisał 4 systemy: arystokrację (czasami w postaci królestwa), timokrację (gdzie pozycja w społeczeństwie zależała od statusu materialnego), oligarchię (rządy bogaczy) i demokrację Arystoteles wyróżnił 3 „prawidłowe” ustroje polityczne: monarchię, arystokrację i politeję (mieszaninę elementów monarchii, arystokracji i demokracji) oraz 3 „nieprawidłowe”: oligarchię, demokrację i tyranię. Różne były jego oceny poszczególnych systemów, ale wszyscy filozofowie zgodnie potępiali tyranię (Platon nie uznawał jej za żaden ustrój, bo nie było w niej żadnych praw). Ustrój starożytnej Sparty, który zawsze wydawał mi się nieludzkim apartheidem, gdzie życie samo w sobie musiało być piekłem, na potępienie naszych mądrali nie zasługiwał, bo mimo wszystko nie był tyranią. Obaj filozofowie wierzyli, że ustrojem najbardziej podatnym na przekształcenie się w tyranię jest demokracja.

Tyrania to rządy jednostki, dla której władza jest wartością samą w sobie. Czasami oddaje się władzę w ręce jednego człowieka, który po odegnaniu zagrożenia ustępuje ze stanowiska. Tyran najczęściej sam tworzył sytuację zagrożenia, bądź je wymyślając, bądź wyolbrzymiając to rzeczywiste, albo w końcu wykorzystując zagrożenie rzeczywiste, ale wcale się nim nie zajmując. Dla tyrana zdobycie i utrzymanie władzy to cel najważniejszy i praktycznie jedyny.

Jakie jeszcze elementy występują w klasycznej tyranii? Otóż tyrani najczęściej opierają się na nizinach społecznych, za wrogów uważając arystokrację i, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, klasę średnią. Od niepamiętnych czasów biedne masy dość łatwo nastawić przeciwko sytej mniejszości. Stąd tylko krok do poparcia „populisty”, jak byśmy to powiedzieli dziś, albo „demagoga”, jak mówiło się w starożytnej Grecji i jak mówi się do tej pory.

Demokracja natomiast okazuje się ustrojem najbardziej podatnym na przekształcenie się w tyranię. Jeśli w sytuacji zagrożenia, skłócone stronnictwa polityczne nie mogą dojść do porozumienia, masy udzielają poparcia „mężowi opatrznościowemu”, który umacnia silnymi murami Akropol, ale nie po to, żeby lepiej chronił przed wrogiem zewnętrznym, ale żeby ochronić siebie, przed ewentualnym gniewem podwładnych.

Kolejną cechą tyrana, to otaczanie się ochroną złożoną z najemników, a nie obywateli. Pizystrates rządził Atenami m.in. przy pomocy „policji scytyjskiej”. Gdyby szukać przykładów tyranii we współczesnym świecie, byłyby to niektóre dyktatury południowoamerykańskie, wyjątkowo prymitywne jeśli chodzi o zaplecze ideologiczne, ale już nazizm, faszyzm, czy bolszewizm mogłyby się spotkać z aprobatą Platona. Jest to oczywiście czysta spekulacja, bo przecież o tym, co by się Platonowi spodobało, a co nie, nigdy się nie dowiemy. W każdym razie niektórzy dyktatorzy z krajów latynoskich to zwykli bandyci, którzy przejęli kontrolę nad „terytorium”, które przypadkowo pokrywa się z państwem, podczas gdy wielkie totalitaryzmy, choć działały iście po tyrańsku, zawsze dbały o propagandowe zaplecze, mające na celu przedstawienie legitymizacji ideologicznej swojej władzy. Tyrani nie zadawali i nie zadają sobie nawet tego trudu.

Jan M. Długosz, autor artykułu przytoczył m.in. historyjkę z V księgi „Dziejów” Herodota, którą znałem wcześniej, ale którą chętnie sobie przypomniałem. Opowieść jest wg mnie tak pouczająca, że zacytuję ją w całości:

Periander, tyran Koryntu „wysłał raz herolda do Trazybula [tyrana Miletu] z zapytaniem, jak ma najbezpieczniej urządzić swoje panowanie i najlepiej miastem zawiadować. Trazybul wyprowadził przybyłego od Periandra posła za miasto, wszedł w uprawne pole i, krocząc przez zasiew, pytał ciągle od początku herolda o powód jego przybycia z Koryntu, a przy tym wyrywał raz po raz każdy wystający kłos, jaki zobaczył, i odrzucał go, aż w ten sposób najpiękniejszą i najbujniejszą część zasiewu zniweczył. Tak doszedł do końca pola, apotem odprawił herolda, nie udzieliwszy mu ani słowa rady”.

Herold był przekonany, że tyran Miletu odprawił go z kwitkiem, ale Pariander po usłyszeniu całej opowieści, doskonale pojął przesłanie Trazybula. Żeby utrzymać się przy władzy, należy nieustannie likwidować wybitne jednostki, ludzi zdolnych skupić wokół siebie innych, co w rezultacie mogłoby podważyć pozycję tyrana.

Refleksja, jaka mnie naszła po tym artykule, to nie tylko porównanie starożytnych greckich poleis ze współczesną Europą, a nawet całym światem. Oprócz tego nasunęła mi się myśl, że taktyka Trazybula ma miejsce nie tylko na szczytach władzy – np. Jarosław Kaczyński doprowadzając do odejścia Ludwika Dorna z PiS, czy ekipa Donalda Tuska marginalizując i w końcu wypychając z PO Jana M. Rokitę – ale na każdym szczeblu jakiejkolwiek hierarchii. Rozejrzyjcie się po urzędach, uczelniach, przedsiębiorstwach zarówno państwowych jak i prywatnych.

W tych ostatnich to jest ciekawa sprawa. Normalnie właściciel powinien promować kogoś, kto będzie zarabiał dla niego pieniądze, ale tak się nie dzieje, przynajmniej w Polsce. Człowiek o „zbyt” silnej osobowości czy o „zbyt” wysokich kwalifikacjach stanowi w wyobraźni przeciętniaka, który założył firmę, zagrożenie dla jego własnej pozycji. W związku z tym kapitalizm niczego w Polsce nie rozwiązał – nepotyzm ma się jak najlepiej również w sektorze prywatnym. Lepiej zatrudnić posłusznego siostrzeńca, niż „mądralę” z zewnątrz.

Ostatnio usłyszałem, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, że pewien profesor (w mojej opinii jako jeszcze studenta – wybitny uczony) strasznie się bał, że pewien kolega z mojego roku mógłby zostać zatrudniony na uczelni w charakterze jego asystenta. Kolega ów był nie tylko wybitnym umysłem, ale również człowiekiem niezwykle pracowitym. Do egzaminów przygotowywał się z wielotomowych oksfordzkich podręczników akademickich, ponieważ świetnie znał angielski. Nauczenie się jakiegokolwiek nowego języka nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Czytał po francusku, niemiecku, rosyjsku, po łacinie i w klasycznej grece. Całe studia przeszedł na samych piątkach, oprócz jednego egzaminu z historii PRLu, kiedy to naraził się innemu profesorowi, mówiąc mu, że PPR to byli najzwyklejsi sowieccy agenci. To już było po 1989 roku, ale stary profesor miał jeszcze coś do powiedzenia, i choć trudno u niego było dostać dwojkę, kolega ów stopień taki właśnie dostał. Ale o tym wszyscy wiedzieliśmy i tak naprawdę dziwiliśmy się temu koledze, że wykazał się takim brakiem instynktu samozachowawczego. Przecież wszyscy znaliśmy poglądy tego profesora.

Ten profesor natomiast, który nie chciał mojego kolegi na asystenta, zaskoczył mnie i to bardzo. Po pierwsze dlatego, że dowiedziałem się o tej jego postawie po tylu latach, a po drugie dlatego, że zawsze go szanowałem i uważałem za osobę wybitną. Osoba wybitna nie jest małostkowa, ani nie boi się konkurencji ze strony młodego kolegi. Osoba wybitna nie musi się obawiać o swoją pozycję, bo wie, że jest wybitna. Tyran niestety nigdy nie jest pewny i zewsząd wypatruje zagrożeń. Kto na tym cierpi? Wybitne jednostki, a przez to my wszyscy jako społeczeństwo.

Przykład wspomnianego profesora nie jest odosobniony w polskiej rzeczywistości. Komuny nienawidziłem nie z powodu jej morderczych metod rządzenia, bo w praktyce nigdy się osobiście z nimi nie zetknąłem, ale przede wszystkim z powodu utrącania ludzi zdolnych, których potencjał można byłoby wykorzystać dla dobra całego kraju. Komuna upadła, ale w tej sprawie nic się nie zmieniło. Bracia Kaczyńscy chcieli przedstawić to jako skutek działania postkomunistycznego „układu”. Być może coś w tym jest, ale problem tkwi głębiej. Ten „układ” tkwi w naszych głowach, w „głębokiej strukturze” naszej mentalności. Czy to skutek komunizmu? Chciałoby się w to wierzyć. Czy to część „polskiego charakteru narodowego”? Też nie. To paskudna cecha właściwa gatunkowi ludzkiemu, znana i ze szczegółami opisana już w czasach starożytnych.