Dzisiaj tylko krótka notka na temat bezczelności (arogancja to zbyt eleganckie słowo) rządzących. Chodzi mi o retorykę używaną przy przesunięciu wieku emerytalnego. (http://wiadomosci.onet.pl/kraj/komorowski-ktos-bedzie-musial-dwa-razy-wiecej-prac,1,5036104,wiadomosc.html)
Gdybym ciężko pracował fizycznie, a wiadomo, że biologia jest nieubłagana i człowiek z wiekiem opada z sił, na pewno byłbym przeciwko wydłużeniu wieku pracy. Gdybym był fizycznie pracującą kobietą, perspektywa pracy o 7 lat dłużej, pewnie też bym mnie przerażała. Fizycznie jednak nie pracuję, a chciałbym być aktywny jak najdłużej. Przedłużenie więc wieku emerytalnego o 2 lata w moim przypadku nie stanowiłoby jakiegoś większego problemu.
Problem jednak jest i to bardzo poważny. Żyjemy w kraju, gdzie jest bezrobocie. Doskonale wiadomo, że brakuje pracy dla ludzi młodych, zaś jeżeli pracę stracił ktoś w okolicach pięćdziesiątki, szanse na znalezienie jakiejś są znikome.
Wszyscy doskonale wiemy, że pieniędzmi na nasze emerytury gospodarowano źle, a w dodatku rząd nimi manipuluje w celu rozpaczliwego załatania dziur spowodowanych również jego niegospodarnością. Przesunięcie wieku emerytalnego polega więc na tym, że o te 2/7 lat(a) przedłuży się okres, kiedy naszych pieniędzy się nam nie wypłaci. I to wszystko, ni mniej ni więcej. Zarządzający nimi złapią być może oddech, choć jestem tu bardzo sceptyczny, bo przez dłuższy okres nie będą zobowiązani wypłacać nam naszych pieniędzy i już. Cała tajemnica.
W tym kontekście jak płachta na byka działa na mnie retoryka, w której się mówi, że "trzeba będzie dłużej pracować", bo to tak jakby człowiekowi umierającemu z głodu z powodu braku pieniędzy tłumaczyć, że musi się dobrze odżywiać, jeść dużo warzyw i owoców oraz białe mięso. Nieustanne publiczne powtarzanie, że "trzeba dłużej pracować" jest jak nieustanne publiczne plucie ludziom w twarz.