Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ballada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ballada. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 września 2012

Spotkanie z balladą (5), czyli historia nieszczęsnych braci Moriciów



Długie przejmujące opowieści w formie pieśni znane są, jak wiemy z różnych części świata. Kilka miesięcy temu prezentowałem głównie ballady amerykańskie, ale przecież źródła tego gatunku tkwią na Starym Kontynencie. Jak pamiętamy, jedną z cech historii opowiadanych w balladzie jest nieuchronność katastrofy, chyba, że jest to np. wesoła ballada o Robin Hoodzie, który ocalił od niechybnej kaźni synów spotkanej po drodze wdowy.

Niestety nikt nie uratował braci Moriciów, Ibro i Paszo, których ścigał edykt (ferman/firman) samego sułtana ze Stambułu i wyrok śmierci wydany przez wezyra z Travnika, których to dokumentów podwójną mocą pochwycono braci Morić w Sarajewie i powiedziono na śmierć. Stara matka braci, dowiedziawszy się o straszliwym losie jaki szykował dla jej synów Dizdar-aga i zagroziwszy tureckiemu urzędnikowi straszliwą klątwą, wymusiła na nim łaskę dla synów. Tutaj mamy moment pozornego uspokojenia, katastazy, żeby użyć pojęcia z tragedii greckiej, ponieważ kiedy tylko pocieszona staruszka wraca do domu, wyrok zostaje wykonany i to na jednym z braci, tak żeby drugi mógł na to patrzeć i jeszcze bardziej cierpieć.

Czym zawinili bracia Moriciowie? „Nie słuchali ani sułtana, ani wezyra, ani żadnego pana, a tylko siebie samych słuchali”. Prawdopodobnie byli to po prostu bośniaccy zbójnicy przysparzający problemów lokalnym władzom osmańskim. Jak to jednak europejskie ballady o lokalnych zbójcach lubiły, sprawą dwóch młodzieńców nie przestrzegających prawa, zainteresował samego sułtana i wezyra. Na podobnej zasadzie niektóre opowieści o zbójnikach karpackich zawierały epizody z udziałem cesarza w Wiedniu.

Braci Moriciów nic nie mogło ocalić od ostatecznej katastrofy, ponieważ takie było ich przeznaczenie – tutaj zarówno autorzy greckich tragedii antycznych, jak i ludowi twórcy opowiadający swoje historie w większości w (powierzchownie) chrześcijańskiej Europie nie dają swoim bohaterom żadnych szans na ocalenie. Od fatum nie da się uciec, a człowiek ze swoimi próbami przeciwdziałania nieuchronnemu, jest tylko śmiesznym pyłkiem na wietrze. Nie ocaliła synów matka Morić, młodzieńcy zostali straceni, a lud Bośni zaczął śpiewać o nich ballady. Możemy się spotkać z całym szeregiem wersji tej historii. Czasami są one śpiewane językiem bardziej chorwackim, a czasami serbskim. Różnią się liczbą wersów i szczegółów. Wszystkie cechują się jednym. Zaczynają się zazwyczaj tekstem o wysłaniu „fermanu (edyktu) ze Stambułu” (Firman stiže iż Stambola), a kończy śmiercią nieszczęsnych buntowników.

Nietrudno zauważyć, że melodia tej przecież słowiańskiej ballady w niczym nie przypomina stylu pieśni Słowian wschodnich czy zachodnich. Bez trudu bowiem można zauważyć, że wieki panowania tureckiego nad Półwyspem Bałkańskim odcisnęły wyraźne piętno na kulturze jego mieszkańców. Gdyby nie język, w którym przy wytężeniu ucha wychwytujemy słowa, które brzmią znajomo, balladę o braciach Morić można by wziąć za utwór bliskowschodni – turecki lub arabski. Charakterystyczną cechą tego typu melodii jest przeciąganie ostatniej sylaby przez chwilę dowolnej długości z modulacją głosu (charakterystycznym „zawodzeniem”). Te końcówki są w pewnym sensie indywidualnymi improwizacjami poszczególnych pieśniarzy, niejako ich „znakiem firmowym”, dlatego różne wykonania mogą czasami sprawiać wrażenie, że są to inne utwory. Tymczasem publiczność od dziecka w tej kulturze wychowana doskonale te utwory rozpoznaje.

Proszę zwrócić uwagę zwłaszcza na dwie panie wśród publiczności Safeta Isovicia, które poruszają ustami razem z artystą, ponieważ tekst ballady jest im doskonale znany. 



Reuf Feković jeszcze bardziej wprowadza nas w egzotyczny świat Orientu.



Na koniec wersja Zorana Simjanovicia z filmu Emira Kusturicy Ojciec w podróży służbowej (Otac na službenom putu, 1985 - gorąco polecam), która śpiewana na przyjęciu weselnym przez mocno już podpitych gości stanowi swoistą fuzję orientalnej melodyki z wykonaniem, w którym rozpoznamy tak dobrze nam znane słowiańskie oddawanie się popisom wokalnym przy okazji upicia się "na smutno" lub może bardziej "na nostalgicznie".





Słuchając bałkańskich ballad zawsze nachodzi mnie przewrotna myśl, jak dzisiaj wyglądałaby nasza muzyka ludowa, ale i ta popowa, gdyby w 1683 roku Jan III Sobieski nie odparł potęgi osmańskiej spod Wiednia...

czwartek, 24 maja 2012

Spotkanie z balladą (4), czyli co zainspirowało Kurta Cobaina


Huddie Leadbetter znany w środowisku miłośników bluesa lepiej jako Leadbelly, nie mógł się skarżyć na nadmiar szczęścia w życiu. W latach 40. ubiegłego stulecia wystarczyło być czarnym na Południu Stanów Zjednoczonych, żeby żyć na pozycji pariasa, który w dodatku musiał ciężko walczyć o przetrwanie. Był to czas, kiedy być może apogeum zwyczaju linczowania czarnych za należało do historii (początek XX wieku), ale to nie znaczy, że on minął. Brutalne traktowanie przez policję, stronnicze sądy, w których ławy przysięgłych składające się z białych nie dawały czarnym wielkich szans na sprawiedliwy proces, to były elementy życia na Południu. Tym bardziej więc zadziwiająca jest postawa życiowa Leadbettera, który śpiewa w tym czasie niezliczoną liczbę piosenek, zarówno tradycyjnych „standardów” ludowych, jak i własnych kompozycji. Jeszcze bardziej dziwi jego amerykański patriotyzm wyrażony w jego własnej muzycznej „odezwie” do „pana Hitlera”, który zwraca się do przywódcy nazistowskich Niemiec „but we American people say "Mr. Hitler you is got to stop!"”, czyli „my, naród amerykański mówimy, ‘Panie Hitler, musisz pan przestać!’” W świetle postawy niektórych czarnych aktywistów, którzy podkreślali swoją rasową odrębność i poczucie wykluczenia z „narodu amerykańskiego”, słowa tego muzyka dają do myślenia na temat poczucia tożsamości i patriotyzmu.

Huddie Leadbetter, kiedy trafił do więzienia za śmiertelne pobicie człowieka w pijackiej burdzie, został wcześniej zeń zwolniony, ponieważ gubernatorowi Luizjany spodobała się piosenka, jaką Leadbelly dla niego napisał. Sytuacja znowu dziwna, ale z drugiej strony tylko z pozoru. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że politycznie świadomi sytuacji biali rasiści na Południu (ale nie jakieś oszołomy) nie chcieli eliminacji czarnych ze swojej społeczności. W tym sensie nie byli jakimiś nazistami. Chodziło im jednak o utrzymanie status quo, a więc o to, żeby czarni na zawsze zajmowali rolę „wykluczonych”, czyli tych, którzy wykonują proste roboty, nie mają żadnych ambicji w kierunku zdobywania wykształcenia i zajmowania ważniejszych stanowisk w społeczeństwie, oraz nie mieszają się do polityki. Jeżeli murzyn ciężko pracował, czapkował każdemu białemu, a przy tym od czasu do czasu robił z siebie pajaca w celu rozśmieszenia tego ostatniego, mógł liczyć na przetrwanie i protekcję ze strony białych „patriarchów”. W jakimś stopniu można doszukać się tutaj pewnych podobieństw do sytuacji w starożytnym Rzymie, gdzie „pater familias” był nie tylko szefem całej swojej czeladki, ale również jej opiekunem i protektorem. Być może więc gubernator Luizjany chciał się pokazać jako taki dobry ojciec ludu? A może po prostu lubił muzykę folk, ponieważ wiadomo, że odwiedzał Huddiego Leadbettera w więzieniu o nazwie Angola kilkakrotnie, żeby słuchać jego piosenek?

Jedno jest pewne, Leadbelly zaśpiewał i nagrał niezliczoną liczbę pieśni ludowych, ale nigdy na nich nie zrobił majątku. Przy tym wszystko wskazuje na to, że był człowiekiem o wielkim apetycie na życie, który z jednej strony chłonął wszystko, co mu przynosiło, a z drugiej dawał temu wyraz. Człowiek, który z pewnością niejedno przecierpiał, dzięki muzyce wydobywał się ponad nędzę i podłość zwykłej egzystencji czarnego na Południu.

Piszę o tym w kontekście muzyka, który na jednej z ludowych ballad śpiewanych przez Leadbettera, zrobił pieniądze i w ogóle osiągnął sukces i sławę, a mimo to nie umiał sobie dać rady ze swoim życiem, nienawidził go i w końcu je sobie odebrał. Mam na myśli Kurta Cobaina z grupy Nirvana, który do dziś pozostaje dla wielu przedstawicieli pokolenia tylko trochę młodszego ode mnie idolem i niestety dla niektórych też wzorem do naśladowania. „Ciemna strona mocy” ma w sobie niestety jakąś siłę przyciągania, a jeżeli jednostki o skłonnościach depresyjnych dostają dodatkowy bodziec w postaci muzyki doskonale wpasowującej się w stan ich umysłu, może się wytworzyć cała subkultura, której przedstawiciele cierpią i ze swojego cierpienia robią powód do poczucia wyższości oraz pogardy wobec miłośników prostych rytmów w tonacji durowej. Oni czują się lepsi i mądrzejsi, ponieważ wydaje im się, że dotknęli mrocznej tajemnicy świata. Niestety za taką postawą kryje się też potworne cierpienie z powodu egoizmu i braku umiejętności otwarcia się na innych ludzi, braku empatii, bo przecież zajmowanie się własnym cierpieniem zajmuje całą emocjonalną przestrzeń takiego człowieka, czy też braku zwykłych umiejętności komunikacyjnych.

Ballada, którą „po drodze” śpiewali zarówno Huddie Leadbetter, jak i Kurt Cobain, pochodzi z ok. 1870 roku. Jest więc młodsza od House of the Rising Sun, ale doczekała się również niezliczonych wersji i nagrań. Tym razem proponuję zacząć „od końca” i najpierw posłuchać wersji, którą wielu zna i a nawet uważa za oryginalny utwór Nirvany. Wybrałem akustyczną wersję koncertową, w zapowiedzi której Kurt Cobain wyraźnie nawiązuje do Leadbelly'ego.




Teraz wersja Leadbettera, nagrana pół wieku wcześniej, która zainspirowała Cobaina.



Ballada In the Pines (W sosnach), znana również jako Where did you sleep last night? (Gdzie spałaś zeszłej nocy?) w samej swojej podstawowej odmianie posiada kilka wariantów – sam Leadbelly nagrał chyba ich pięć – w których podmiot liryczny zwraca się raz do „my girl”, czasem do „black girl”, a jeszcze innym razem jest to „little girl”. Najczęściej mąż (w wielu wersjach to człowiek pracujący na kolei, u Cobaina to po prostu człowiek ciężko pracujący) dziewczyny, która chodzi spać do sosnowego zagajnika (pine grove) zginął w niewyjaśnionych okolicznościach pod kołami lokomotywy, gdzie znaleziono jego głowę, ale ciało nie zostało nigdy odnalezione.

W wersjach, w których adresatką pytania o miejsce spędzenia nocy jest mała dziewczynka, ofiarą wypadku kolejowego jest jej ojciec.



Bardzo ważna jest tutaj obserwacja, że tego typu ballady krążyły o całym Południu, a właściwie po całych Stanach i nie ma tutaj żadnego wyraźnego podziału na muzykę białych i czarnych. Pieśni te były wykonywane przez muzyków folkowych o różnych kolorach i odcieniach skóry, co jest m.in. ważnym sygnałem tego, jak wielką rolę odgrywa muzyka w łączeniu ludzi. Powiadamy, że muzyka łagodzi obyczaje. W tym wypadku bardzo smutna ballada o kobiecie, która straciła swojego mężczyznę w wyniku wydarzenia, którego ona nie rozumie (nie rozumie też narrator i nie wyjaśnia, czy to był zwykły wypadek, samobójstwo czy też morderstwo, skoro ciała nigdy nie znaleziono), powstała prawdopodobnie wśród białej społeczności Appalachów ok. roku 1870, stała się tak popularna wśród zarówno białych jak i czarnych, że doczekała się twórczych przeróbek i wzbogaceń tekstu, łącznie z takimi, które opowiadają dłuższe historie o pracy na kolei.

Wersja zaczynająca się od „black girl” (czarna dziewczyno) zainspirowała Nathana Abshire’a, przedstawiciela frankofońskiej społeczności Cajunów, zamieszkującej południową Luizjanę, do napisania prostego bluesa właśnie w stylu Cajun, pt. „Pine Grove Blues”, ale  lepiej znanego jako „Ma negresse” (Moja murzyneczko), w której jednak niewiele ma wspólnego ze smutną historią wypadku kolejowego, a jest raczej rubasznym nawiązaniem do zdrady czarnej kobiety, która spędziła noc nie wiadomo gdzie. Ale ta interpretacja pochodzi z wersji, którą znalazłem w pewnym śpiewniku Cajun, natomiast piosenka Nathana Abshire’a z 1967 roku wykonywana przez samego autora, to jedynie przekomarzanie się z dziewczyną, zaś interpretacja miejsca jej nocnego pobytu pozostaje kwestią domysłów słuchacza.


Ha! Czy ktoś kiedykolwiek skojarzyłby Where did you sleep last night Nirvany z Ma negresse?

środa, 23 maja 2012

Spotkanie z balladę (3), czyli c.d. historii "Domu wschodzącego słońca"

Związana w latach 60. ubiegłego stulecia z Bobem Dylanem twórczyni i odtwórczyni pieśni folkowych oraz politycznie zaangażowanych, Joan Baez, nagrała swoją wersję The House of The Rising Sun w 1960. Jest to pieśń o dziewczynie, która nie słuchała mamy, była młoda i głupia, więc dała się sprowadzić hazardziście na manowce. Tekst jest więc bliższy wersjom starszym, prostszym, bez szczegółów o krawiectwie matki itp. Melodia jednak przypomina już tę w ogólnym zarysie (przynajmniej w momentach wznoszenia się i opadania linii melodycznej) wersję powszechnie znaną.




 
Lata 60. XX wieku to w Stanach czas wzmożonej walki o prawa obywatelskie dla czarnoskórych Amerykanów. Wielu artystów zarówno białych jak i czarnych było w nią zaangażowanych. Nina Simone (Eunice Kathleen Waymon), czarnoskóra pieśniarka jazzowa, bluesowa, rhythm'n'bluesowa i soulowa, podobnie jak Joan Baez i Bob Dylan, również była zaangażowana politycznie. Jako wszechstronna wokalistka wykonywała różne utwory, w tym w 1961 roku zaproponowała jeszcze inne (co najmniej dwie) wersje piosenki o dziewczynie, która wylądowała w nowoorleańskim burdelu.

W tej wersji, jak u Woody'ego Guthrie, dowiadujemy się, że matka jest krawcową szyjącą niebieskie dżinsy. Melodia raczej nie przypomina starszych wersji.




I jeszcze raz Nina Simone, tym razem w wersji znacznie szybszej i z fortepianem.



 

Zakłada się, że autorem wersji z przełomu lat 50. i 60., która zainspirowała Boba Dylana, był nowojorski pieśniarz folkowy David van Ronk. Z pewnością kolejność akordów i zarys linii melodycznej przypomina już wersję powszechnie znaną z wykonania The Animals, ale maniera, z którą śpiewa i akompaniuje sobie na gitarze van Ronk, może przysporzyć pewnych trudności w jej rozpoznaniu. Jeśli chodzi o tekst, jest to znowu wersja dziewczyny, ale znowu z matką szyjącą dżinsy i tym razem z ojcem (nie kochankiem) pijakiem. Oto wykonanie Davida van Ronka z 1964 roku, a więc tego samego, w którym The Animals nagrali swoją wersję, która sprawiła, że "Dom wschodzącego słońca" dotarł m.in. do Polski.




Dochodzimy do wersji Boba Dylana, podobno inspirowana przez van Ronka, ale tutaj "czarnym charakterem" jest tradycyjnie uwodziciel-hazardzista, matka już zdecydowanie jest krawcową i szyje dżinsy.



18 maja 1964 roku, brytyjska grupa The Animals nagrała rockową wersję tej starej ballady, wersję, którą wszyscy tak dobrze znamy i kochamy. Ofiarą upadku moralnego jest chłopak, matka jest krawcową a ojciec hazardzistą i pijakiem. Narrator nie chce już ostrzegać młodszej siostry przed uwiedzeniem, ale generalnie zwraca się do matki, żeby wszystkie swoje dzieci ostrzegła przed czynem, który on popełnił i skończył w "Domu wschodzącego słońca". Takie przedstawienie sprawy doprowadziło niektórych do błędnych wniosków, że jest to ballada o poprawczaku lub więzieniu. Zresztą tutaj znowu pojawia się motyw łańcucha z żelazną kulą.

Jeśli chodzi o melodię, to wersja Brytyjczyków jest najbardziej zbliżona do dylanowskiej, który inspirował się van Ronkiem. Pytanie jednak brzmi, kto natchnął van Ronka? Z całą pewnością nie on wymyślił linię melodyczną, którą się posłużył, ponieważ można ją dostrzec już u Josha White'a.

Na początku 60. ubiegłego stulecia, kiedy muzycy folkowi święcili tryumfy, muzyka rockowa  wydawała się dogorywać. Elvisa wzięto "w kamasze", a prezenterzy radiowi, w wielu przypadkach pozostający pod wpływem środowisk religijnych, jak tylko mogli usuwali muzykę rock'n'rollową z eteru, jako szerzącą zepsucie moralne i sprowadzającą młodzież na manowce. W tym momencie do Stanów dociera "inwazja brytyjska", czyli zespoły młodych chłopaków zza oceanu, którzy fascynują się muzyką amerykańską. The Beatles z Johnem Lennonem uwielbiającym Elvisa Presleya, the Rolling Stones łaknących kontaktu z autentycznymi czarnymi bluesmanami z Chicago, czy w końcu the Animals, którzy na cały świat rozsławili pewną amerykańską balladę. Brytyjscy chłopcy, niczym irlandzcy mnisi przynoszący z powrotem prawidłową łacinę na kontynent europejski, zawieźli rock'n'rolla z powrotem do jego kolebki. Była to już jednak nieco inna muzyka niż to, co w latach 50. robił Bill Haley, Elvis Presley, Little Richard czy Chuck Berry. Podstawa harmoniczna niby ta sama, wykorzystywana skala dźwięków niby też, ale brzmienie jest już inne. Rock lat 60. stanowi już inną jakość.

Kiedy słyszę Erica Burdona, wokalistę the Animals nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jego "House of the Rising Sun" pobrzmiewa punkowo, choć punk rock pojawi się przecież dopiero dziesięć lat później.



Kto z początkujących gitarzystów nie uczył się akompaniamentu do "Domu wschodzącego słońca"? Do historii przeszła też solówka Alana Price'a na organach. Tak oto chłopcy z Newcastle-upon-Tyne rozsławili ludową balladę o ponurym losie tych, którzy nie słuchają mamy.

Czy przesłanie tej historii sprowadza się tylko do prostego morału - słuchaj rodziców i nie daj się zwieść obcym łajdakom? Jest to na pewno ważny element. Ballady mają jednak to do siebie, że zawierają w sobie element fatalistyczny, który podkreśla nieodwracalność pewnego procesu. Bohater/ka, obojętnie czy to chłopak czy dziewczyna, nie ma jak wrócić do domu, nie ma żadnej możliwości własnej poprawy moralnej i poprawy swojego losu. Skazana/y jest na powrót do Nowego Orleanu i straszny los, spędzając resztę życia albo w burdelu, albo w więzieniu, w zależności od wersji. Jest pogodzona/y z losem, a jedyne co może zrobić, to o tym opowiedzieć, względnie ostrzec młodsze rodzeństwo przed konsekwencjami błędu. Dla niej/go nie ma już ratunku ani nadziei. Jak to w ludowej balladzie właśnie! 

Ballady żyją własnym życiem, przechodzą z ust do ust, zmieniają swoje melodie, przekręcają tekst, co czasami prowadzi do diametralnej zmiany przesłania narracji. Tak to już z balladą jest. Może ktoś ją kiedyś napisał, a może tylko wymyślił i zaśpiewał, a ona poszła w świat i zaczęła się klonować, niczym fraktal. Ponieważ jednak po drodze następowały lekkie zniekształcenia, trudno w wykonaniu Animalsów doszukać się śladów wersji z 1630 roku. Po Ericu Burdonie jeszcze wielu muzyków wykonywało House of the Rising Sun, ale były to już tylko covery jego wersji tej ballady. W Polsce zaś dorobiono do jego melodii tekst o więźniu umierającym w więziennym szpitalu na zgniłym posłaniu. Całe szczęście, że ta wersja nigdy nie weszła do oficjalnego obiegu muzyki popularnej.


wtorek, 22 maja 2012

Spotkanie z balladą (2)


Każdą balladę ktoś wymyślił, bo przecież niekoniecznie napisał, skoro mógł nie umieć pisać, ale najczęściej nie jesteśmy w stanie dotrzeć do pierwotnego autora, ponieważ był anonimowym ludowym artystą, zaś jego utwór prawie od początku zaczął żyć własnym życiem. Choć być może trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale coś takiego jak prawa autorskie, zwane dzisiaj „własnością intelektualną” do połowy XIX wieku chyba mało komu przychodziło do głowy. Energiczne działania na rzecz ukrócenia literackiego piractwa podjął Charles Dickens, który m.in. w tym celu odwiedzał Stany Zjednoczone, gdyż to w tym kraju jego utwory bezczelnie drukowano jako anonimowe i z zyskiem sprzedawano, z czego autor nie dostawał ani centa. Przedtem jednak bardzo trudno było dojść praw autorskich, a już na pewno nie mógł tego zrobić ludowy artysta, którego pieśni przekazywano z ust do ust, przy czym niejednokrotnie zmieniano pojedyncze słowa, bądź całe fragmenty, nie wspominając już o melodii, która w zależności od wykonawcy mogła przyjąć formy całkowicie odmienne od oryginału.

Ballada, o której chcę dzisiaj opowiedzieć, wg niektórych etnografów sięga osiemnastowiecznej Anglii, a można temat podjęty przez jej autora dostrzec już w pieśni zapisanej już w roku 1630.

Z dużą dozą pewności można przyjąć, że w XIX wieku ballada o upadłej dziewczynie krążyła już wśród ludu Stanów Zjednoczonych, zaś liczba wersji tekstu sięgała od 15 do 75. To, co możemy już prześledzić to losy tej ballady w wieku XX, kiedy pojawiły się techniczne możliwości nagrania dźwięku. I tak w 1933 nagrano wersję ludowych artystów z Tennessee „Toma” Clarence’a Ashleya i Gwena Fostera. Jest to pierwsze znane nagranie tej historii, ale od razu spotykamy się z „maskulinistyczną” wersją historii. Hazardzistą i pijakiem nie jest już uwodziciel biednej dziewczyny, ale patologiczny ojciec, zaś ofiarą patologicznej sytuacji jest chłopak, który prawdopodobnie popełnił przestępstwo i popadł w tarapaty, przed czym chce ostrzec młodszego brata.








Wersja braci Callhanów (the Callahan Brothers) z 1934 to zupełnie inna melodia, ale to znowu wersja z chłopakiem w roli narratora.




 
Następnie, w 1937 wielki miłośnik amerykańskiego folkloru, kolekcjoner i badacz, John Lomax (taki amerykański Kolberg, ale wyposażony już w sprzęt do nagrywania dźwięku) po raz pierwszy zarejestrował jedną z najstarszych znanych wersji tej ballady, znanej jako „The Risin’ Sun Blues” w wykonaniu niejakiej Georgii Turner, szesnastoletniej córki górnika z Kentucky. W jej wersji historie opowiada dziewczyna uwiedziona przez pozbawionego skrupułów włóczęgę oddającemu się hazardowi i pijaństwu.  



 
Roy Acuff, urodzony w 1903 „król muzyki country” rok po Georgii Turner nagrał swoją, znowu „chłopięcą” wersję „Bluesa o Domu Wschodzącego Słońca”. (W nagraniu dostępnym na YouTube utwór zaczyna się od 2:44). 




 

W 1941 roku wielka legenda amerykańskiego folku, Woody Guthrie zarejestrował „The House of the Rising Sun”, gdzie usłyszymy znowu historię o losie „wielu biednych dziewczyn” (choć w innej wersji są to "dusze" - souls), ale gdzie narrator mówi o sobie „poor boy”, dalej jednak jest mowa o uwiedzeniu przez pijaka (hazard nie jest wspomniany). Czyżby chodziło o narrację gejowską, czy może zachowując całą opowieść w zgodzie z historią biednej ogłupionej dziewczyny, śpiewając o sobie, Woody Guthrie pomylił się i wstawił chłopca, bo przecież sam był facetem? W tej wersji mamy już matkę – krawcową szyjącą dżinsy i mamy na końcu powrót do Nowego Orleanu, gdzie narrator (narratorka?) będzie ciągnąć swój „ball land chain”. Ci, którzy znają kreskówki Disneya z lat 40. ubiegłego stulecia, pewnie kojarzą sobie obraz więźnia w stroju w poziome czarno-białe pasy z żelazną obręczą na nodze, do której przymocowany jest łańcuch z ciężką, również metalową kulą na końcu, co miało na celu uniemożliwienie ucieczki. Chodzi więc tutaj o powrót do Nowego Orleanu, ale raczej nie do burdelu, ale do więzienia. 




 

Czarnoskóry pieśniarz i działacz na rzecz praw człowieka, Josh White, w swojej wersji z 1944 roku śpiewa z perspektywy dziewczyny, a więc trzyma się tekstu starszego, bez wzbogaconej narracji Woody’ego Guthrie, ale uwaga, czy linia melodyczna, jakiej się trzyma nie przypomina nam już czegoś, co dobrze znamy? 




 

Osobiście znam dwie wersje „Domu wschodzącego słońca” w wykonaniu Huddie’go Leadbettera, zapisanego w historii amerykańskiego folku i bluesa, jako Leadbelly, W obydwu narratorem jest chłopak, ale znowu wydaje się to niezbyt logiczne, bo jest to chłopak, który chce ostrzec swoją młodszą siostrę, żeby nie zrobiła tego, co on i w rezultacie nie wylądowała w takim miejscu jak „the House of the Rising Sun”. Zaś co do melodii to jedna, nagrana w 1944, jest „tradycyjna”, powolna i dość rozwlekła, zaś druga, z 1948, to szybki blues.



Jeżeli wytrzymaliście tę porcję amerykańskiej muzyki ludowej, otrzymujecie ode mnie sprawność dzielnego słuchacza. Jeżeli się Wam ta zabawa w poszukiwanie źródeł tego, co wydaje nam się, ze dobrze znamy, obiecuję dokończenie "przedburdownowskiej" (czyli przedanimalsowskiej) wersji "Domu wschodzącego słońca".

CDN

poniedziałek, 21 maja 2012

Spotkanie z balladą (1)

Ludowe ballady mają to do siebie, że wrażliwą duszę wciągają w pewien klimat, który jest w dużej mierze mroczny i odwołuje się do naszych lęków i obaw. Oczywiście bywają też ballady optymistyczne i wesołe, jak np. piętnastowieczne pieśni o Robin Hoodzie, ale zadziwiające jest jak wiele wspólnych cech znajdziemy w balladach z anglosaskiego kręgu kulturowego i naszego rodzimego. Tak na marginesie – o ile np. Amerykanie czy Irlandczycy dbają o swoje muzyczne i poetyckie dziedzictwo kulturowe, nieustannie z niego czerpią i w ten sposób nadają mu nową jakość, to my się swojego wstydzimy, a niejednokrotnie wyrażamy się o nim z jawną pogardą. Szkoda.

Kultura „wysoka” odkryła balladę dzięki poetom romantycznym, którzy w literacki świat klasycznego ładu i porządku wprowadzili niepokój ludzi prostych, którzy nie umiejąc sobie pewnych problemów zracjonalizować, wypowiadali się słowem i muzyką, opowiadając o nim. Pani zabijająca pana i lilie kwitnące na jego grobie znane z ballady Adama Mickiewicza to jeden z przykładów takiej mrocznej historii zainspirowanej potworną zbrodnią, nad którą ludowy twórca nie umiał przejść do porządku dziennego, nie umiał sobie racjonalnie wytłumaczyć tak strasznego czynu, więc śpiewał o niej, a uzewnętrzniając swój niepokój tworzył literacką jakość samą w sobie, która się multiplikowała i przybierała różne wersje.

Osobiście uważam, że generalnie dobra literatura, która wg Umberto Eco opiera się na „dziełach otwartych”, a więc takich, które każdy czytelnik może sobie zinterpretować po swojemu, polega właśnie na wyrzuceniu z siebie problemu, z którym twórca jako człowiek sobie nie do końca radzi. Nie umie sobie wytłumaczyć natury pewnych zjawisk, więc opowiada o nich, dzieli się z czytelnikami, jakby pragnąc rozłożyć ciężar problemu. To dlatego proste historie o charakterze dydaktycznym są uważane za kiepskie literacko. Nie czujemy w nich żadnego napięcia, nie dotykają i nie nicują naszego bezpiecznego rozumienia świata, tylko opowiadają przewidywalne historie ze z góry zaplanowanym morałem.

Prawdziwe dzieło literackie jest wg mnie właśnie jak taka mroczna ludowa ballada. Oto obserwuję coś, co mnie przeraża, a czego nie rozumiem i nijak sobie nie umiem wytłumaczyć. Co ciekawe w tych ludowych historiach przejmowanych przez Mickiewicza, pojęcie etyki jest dalekie od chrześcijańskiego. O ile chrześcijaństwo podsuwa rozwiązanie dające nadzieję, ludowy poeta hołduje raczej fatalistycznej wizji świata. Jak ma ci się stać krzywda, to ci się stanie i żadne modlitwy nie pomogą. Nieuchronność katastrofy w mrocznej balladzie jest elementem bardzo istotnym. Wcale nie ma się co dziwić, ze w czasie, kiedy na salonach panuje jeszcze kult oświeceniowego racjonalizmu, Mickiewicz ze swoimi chłopskimi „horrorami” uznawany był za uosobienie złego gustu. Mało kto lubi być drażniony narracjami, które nie są zgodne z jego ustabilizowanym poglądem na rzeczywistość, a już zwłaszcza takimi, którymi karmi się jakaś pogardzana grupa społeczna.

Z dzisiejszego punktu widzenia uważam, że romantykom należy się od naszego pokolenia szacunek z powodu zapisania i przekazania nam pewnego stanu myślenia polskich twórców ludowych minionych epok, ponieważ autentyczne oryginały jeśli już nie zniknęły z ustnego przekazu, to znikają na naszych oczach. Owszem, wiem, że nadal istnieją współcześni „Kolbergowie”, a na uniwersytetach powstają rozprawy naukowe na temat kultury ludowej. Niestety szersza opinia publiczna niewiele o takich pracach wie, i, co smutniejsze, niewiele się tym zagadnieniem interesuje. Wielka szkoda, ponieważ badania nad ludowym dziedzictwem muzycznym w Stanach Zjednoczonych jest nie tylko szanowaną dziedziną badań akademickich, ale jest na bieżąco wykorzystywana przez jak najbardziej współczesnych i wcale nie zapatrzonych jedynie w przeszłość muzyków.

W ten sposób, kiedy my pogardzamy naszym folklorem, a zachwycamy się np. utworem wykorzystanym w reklamie pewnego batonu, nie zdajemy sobie często sprawy, że zachwycamy się cudzym folklorem, który jest równie „wsiowy” jak nasz.

Gorąco polecam przypomnienie sobie „Lilii” Adama Mickiewicza z prostym rymami, infantylnymi onomatopejami („stuk, stuk, stuk”), z unicką cerkwią (stąd wymiennie nazywaną kościołem) i wszystkimi elementami świata, którego generalnie już nie ma, ale którego ślady znajdziemy bez trudu, jeśli tylko wybierzemy się na długi spacer za miasto. Spróbujmy przez moment wyczyścić umysł z naszej współczesnej wiedzy i wczuć się w rolę niepiśmiennego wieśniaka, któremu wędrowny gęślarz opowiada taką „mrożącą krew w żyłach” historię:


Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana;
Zabiwszy grzebie w gaju,
a łączce przy ruczaju,
Grób liliją zasiewa,
Zasiewając tak śpiewa:
"Rośnij kwiecie wysoko,
Jak pan leży głęboko;
Jak pan leży głęboko,
Tak ty rośnij wysoko ".

Potem cała skrwawiona,
Męża zbójczyniżona,
Bieży przez łąki, przez knieje,
I górą, i dołem, i górą;
Zmrok pada, wietrzyk wieje;
Ciemno, wietrzno, ponuro.
Wrona gdzieniegdzie kracze
I puchają puchacze.

Bieży w dół do strumyka,
Gdzie stary rośnie buk,
Do chatki pustelnika,
Stuk stuk, stuk stuk.

"Kto tam?" - spadła zapora,
Wychodzi starzec, świeci;
Pani na kształt upiora
z krzykiem do chatki leci.
"Ha! ha!" - zsiniałe usta,
Oczy przewraca w słup,
Drżąca, zbladła jak chusta:
"Ha! mąż, ha! trup!"

"Niewiasto, Pan Bóg z tobą,
Co ciebie tutaj niesie,
ieczorną słotną dobą,
Co robisz sama w lesie ? "

"Tu za lasem, za stawem,
Błyszczą mych zamków ściany,
Mąż z królem Bolesławem
Poszedł na Kijowiany,
Lato za latem! bieży,
Nie masz go z bojowiska;
Ja młoda śród młodzieży,
A droga cnoty śliska!
Nie dochowałam wiary,
Ach! biada mojej głowie!
Król srogie głosi kary;
Powrócili mężowie.

"Ha! ha! mąż się nie dowie!
Oto krew! oto nóż!
Po nim już, po nim już!
Starcze, wyznałam szczerze.
Ty głoś świętymi usty,
Jakie mówić pacierze,
Gdzie mam iść na odpusty.
Ach, pójdę aż do piekła,
Zniosę bicze, pochodnie,
Byleby moję zbrodnię
Wieczysta noc powlekła ".

"Niewiasto - rzecze stary -
Więc ci nieżal rozboju,
Ale tylko strach kary ?
Idźże sobie w pokoju,
Rzuć bojaźń, rozjaśń lica,
Wieczna twa tajemnica.
Bo takie sądy boże,
Iż co ty zrobisz skrycie,
Mąż tylko wydać może;
A mąż twój straciłżycie ".

Pani z wyroku rada,
Jak wpadła, tak wypada.
Bieży nocą do domu
Nic nie mówiąc nikomu.
Stoją dzieci przed bramą.
"Mamo - wołają - Mamo!
A gdzie został nasz tato ?"
"Nieboszczyk? co? wasz tato? " --
Nie wie, co mówić na to.
"Został w lesie za dworem,
Powróci dziś wieczorem ".

Czekają wieczor dzieci;
Czekają drugi, trzeci,
Czekają tydzień cały;
Nareszcie zapomniały.

Pani zapomnieć trudno,
Nie wygnać z myśli grzechu.
Zawsze na sercu nudno,
Nigdy na ustach śmiechu,
Nigdy snu na źrenicy!
Bo często w nocnej porze
Coś stuka się na dworze,
Coś chodzi po świetlicy.
"Dzieci - woła - to ja to,
To ja, dzieci, wasz tato! "

Noc przeszła, zasnąć trudno.
Nie wygnać z myśli grzechu.
Zawsze na sercu nudno,
Nigdy na ustach śmiechu!

"Idź, Hanko, przez dziedziniec.
Słyszę tętent na moście
I kurzy się gościniec;
Czy nie jadą tu goście?
Idź na gościniec i w las,
Czy kto nie jedzie do nas?"

"Jadą, jadą w tę stronę,
Tuman na drodze wielki,
Rżą, rżą koniki wrone,
Ostre błyszczą szabelki.
Jadą, jadą panowie,
Nieboszczyka bratowie! "

"A witajże, czy zdrowa?
Witajże nam, bratowa.
Gdzie brat? " -"Nieboszczyk brat,
Już pożegnał ten świat ".
"Kiedy ?" -"Dawno, rok minął,
Umarł... na wojnie zginął" -
"To kłamstwo, bądź spokojna,
Już skończyła się wojna;
Brat zdrowy i ochoczy,
Ujrzysz go na twe oczy ".

Pani ze strachu zbladła,
Zemdlała i upadła,
Oczy przewraca w słup,
Z trwogą dokoła rzuca.
"Gdzie on? gdzie mąż? gdzie trup?"
Powoli się ocuca;
Mdlała niby z radości
I pytała u gości:
"Gdzie mąż, gdzie me kochanie,
Kiedy przede mną stanie?"

"Powracał razem z nami,
Lecz przodem chciał pośpieszyć,
Nas przyjąć z rycerzami
I twoje łzy pocieszyć.
Dziś, jutro pewnie będzie,
Pewnie kędyś w obłędzie
Ubite minął szlaki.
Zaczekajmy dzień jaki,
Poszlemy szukać wszędzie,
Dziś, jutro pewnie będzie".

Posłali wszędzie sługi,
Czekali dzień i drugi,
Gdy nic nie doczekali,
Z płaczem chcą jechać dalej.

Zachodzi drogę pani;
"Bracia moi kochani,
Jesień zła do podróży,
Wiatry, słoty i deszcze,
Wszak czekaliście dłużej,
Czekajcie trochę jeszcze ".

Czekają. Przyszła zima,
Brata nie ma i nie ma.
Czekają; myślą sobie:
Może powróci z wiosną?
A on już leży w grobie,
A nad nim kwiatki rosną,
A rosną tak wysoko,
Jak on leży głęboko.
I wiosnę przeczekali,
I już nie jadą dalej.

Do smaku im gospoda,
Bo gospodyni młoda;
Że chcą jechać, udają,
A tym czasem czekają,
Czekają aż do lata,
Zapominają brata.

Do smaku im gospoda
I gospodyni młoda.
Jak dwaj u niej gościli,
Tak ją dwaj polubili.
Obu nadzieja. łechce,
Obadwaj zjęci trwogą,
Żyć bez niejżaden nie chce,
Żyć z nią obaj nie mogą.
Wreszcie na jedno zdani,
Idą razem do pani.

"Słuchaj, pani bratowo,
Przyjm dobrze nasze słowo.
My tu próżno siedzimy,
Brata nie zobaczymy.
Ty jeszcze jesteś młoda,
Młodości twojej szkoda.
Nie wiąż dla siebie świata,
Wybierz brata za brata ".

To rzekli i stanęli,
Gniew ich i zazdrość piecze.
Ten to ów okiem strzeli,
Ten to ów słówko rzecze;
Usta sine przycięli,
W ręku ściskają miecze.

Pani ich widzi w gniewie,
Co mówić, sama nie wie.
Prosi o chwilkę czasu,
Bieży zaraz do lasu.
Bieży w dół do strumyka,
Gdzie stary rośnie buk,
Do chatki pustelnika,
Stuk stuk, stuk stuk!
Całą mu rzecz wykłada,
Pyta się, co za rada?

"Ach, jak pogodzić braci?
Chcą mojej ręki oba;
Ten i ten się podoba:
Lecz kto weźmie ? kto straci ?
Ja mam maleńkie dziatki,
I wioski, i dostatki,
Dostatek się zmitręża,
Gdy zostałam bez męża.
Lecz, ach! nie dla mnie szczęście!
Nie dla mnie już zamęście!
Boża nade mną kara,
Ściga mnie nocna mara,
Zaledwie przymknę oczy,
Traf, traf, klamka odskoczy;
Budzę się, widzę, słyszę,
Jak idzie i jak dysze,
Jak dysze i jak tupa,
Ach, widzę, słyszę trupa!
Skrzyp, skrzyp, i już nad łożem
Skrwawionym sięga nożem,
I iskry z gęby sypie,
I ciągnie mię, i szczypie.
Ach, dosyć, dosyć strachu,
Nie siedzieć mnie w tym gmachu,
Nie dla mnie świat i szczęście,
Nie dla mnie już zamęście!"

"Nie masz zbrodni bez kary.
Lecz jeśli szczera skrucha,
Zbrodniarzów Pan Bóg słucha.
Znam ja tajnie wyroku,
Miłą ci rzecz obwieszczę:
Choć mąż zginął od roku,
Ja go wskrzeszę dziś jeszcze".

"Co, co? jak, jak? mój ojcze!
Nie czas już, ach, nie czas!
To żelazo zabojcze
Na wieki dzieli nas!
Ach, znam, żem warta kary,
I zniosę wszelkie kary,
Byle się pozbyć mary.
Zrzekę się mego zbioru
I pójdę do klasztoru,
I pójdę w ciemny las.
Nie, nie wskrzeszaj, mój ojcze!
Nie czas już, ach, nie czas,
To żelazo zabojcze
Na wieki dzieli nas! "

Starzec westchnął głęboko
I łzami zalał oko,
Oblicze skrył w zasłonie,
Drżące załamał dłonie.
"Idź za mąż, póki pora,
Nie lękaj się upiora.
Martwy się nie ocuci,
Twarda wieczności brama;
I mąż twój nie powróci,
Chyba zawołasz sama ".

"Lecz jak pogodzić braci?
Kto weźmie, a kto straci ?" -
"Najlepsza będzie droga
Zdać się na los i Boga.
Niechajże z ranną rosą
Pójdą i kwiecie zniosą.
Niech każdy weźmie kwiecie
I wianek tobie splecie,
I niechaj doda znaki,
Żeby poznać, czyj jaki,
I pójdzie w kościół boży,
I na ołtarzu złoży.
Czyj pierwszy weźmiesz wianek,
Ten mąż twój, ten kochanek ".

Pani z przestrogi rada,
już do małżeństwa skora,
Nie boi się upiora;
Bo w myśli swej układa
Nigdy w żadnej potrzebie
Nie wołać go do siebie.
I z tych układów rada,
Jak wpadła, tak wypada.
Bieży prosto do domu
Nic nie mówiąc nikomu.
Bieży przez łąki, przez gaje,
I bieży, i staje,
I staje, i myśli, i słucha:
Zda się,że ją ktoś goni
I że coś szepce do niej,
Wokoło ciemność głucha:

"To ja, twój mąż, twój mąż!"

I staje, i myśli, i słucha,
Słucha, zrywa się, bieży,
Włos się na głowie jeży,
W tył obejrzeć się lęka,
Coś wciąż po krzakach stęka,
Echo powtarza wciąż:
"To ja, twój mąż, twój mąż!"

Lecz zbliża się niedziela,
Zbliża się czas wesela,
Zaledwie słońce wschodzi,
Wybiegają dwaj młodzi.
Pani, śród dziewic grona
Do ślubu prowadzona,
Wystąpi śród kościoła
I bierze pierwszy wianek,
Obnosi go dokoła:
"Oto w wieńcu lilije,
Ach, czyjeż to są, czyje ?
Kto mój mąż, kto kochanek?"

Wybiega starszy brat,
Radość na licach płonie,
Skacze i klaszcze w dłonie:
"Tyś moja, mój to kwiat!
Między liliji kręgi
Uplotłem wstążek zwój,
To znak, to moje wstęgi!
To mój, to mój, to mój!"

"Kłamstwo! - drugi zawoła -
Wyjdźcie tylko z kościoła,
Miejsce widzieć możecie,
Kędy rwałem to kwiecie.
Rwałem na łączce w gaju,
Na grobie przy ruczaju,
Okażę grób i zdrój,
To mój, to mój, to mój!"

Kłócą się źli młodzieńce,
Ten mówi, ten zaprzecza;
Dobyli z pochew miecza;
Wszczyna się srogi bój,
Szarpią do siebie wieńce:
"To mój, to mój, to mój !"

Wtem drzwi kościoła trzasły,
Wiatr zawiał, świece zgasły,
Wchodzi osoba w bieli,
Znany chód, znana zbroja,
Staje, wszyscy zadrżeli,
Staje, patrzy ukosem,
Podziemnym woła głosem:
"Mój wieniec i ty moja!
Kwiat na mym rwany grobie,
Mnie, księże, stułą wiąż;
Złażono, biada tobie!
To ja, twój mąż, twój mąż!
?li bracia, biada obu!
Z mego rwaliście grobu,
Zawieście krwawy bój,
To ja, twój mąż, wasz brat,
Wy moi, wieniec mój,
Dalej na tamten świat!"

Wstrzęsła się cerkwi posada,
Z zrębu wysuwa się zrąb,
Sklep trzeszczy, głąb zapada,
Cerkiew zapada w głąb.
Ziemia ją z wierzchu kryje,
Na niej rosną lilije,
A rosną tak wysoko,
Jak pan leżał głęboko.