Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szekspir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szekspir. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 stycznia 2013

Czy Szekspir napisał dzieła Szekspira, czyli "Anonimus"



Kilka lat temu, z okazji polskiej publikacji pewnej popularnej powieści, wygrałem rower. Stało się tak, ponieważ wydawnictwo Świat Książki z okazji wydanie Szyfru Szekspira Jennifer Lee Carrell ogłosiło konkurs na dwuwiersz poświęcony mistrzowi ze Stratfordu. Napisałem, wysłałem i wygrałem rzeczony rower. Odtąd Szekspir zawsze będzie mi się kojarzył z cyklizmem (taki żarcik!).

Książkę przeczytałem bardzo szybko, ale ponieważ popularne powieści sensacyjne, jeśli już czytam, to robię to z nastawieniem na czystą rozrywkę i nie staram się specjalnie zapamiętywać wszystkich wątków, niewiele z niej dziś pamiętam, ale chyba sięgnę do nie ponownie, ponieważ w bardzo przystępny sposób (jak to powieść popularna właśnie), bez setek przypisów i naukowego słownictwa przestawia wszystkie „alternatywne szkoły” na temat autorstwa dzieł Szekspira. Wiemy bowiem nie od dziś, że przez wieki aż po dzień dzisiejszy wielu podważa geniusz londyńskiego aktora, absolwenta szkoły parafialnej w prowincjonalnym miasteczku, który nie mógłby wszak posiąść tak rozległej wiedzy na temat nazw geograficznych, dworskich obyczajów czy mitologii. Niemniej ci, którzy wątpią w Szekspira, nie są jedną zwartą grupą, a dzielą się na szereg „sekt”, czy też „szkół”, z których każda przypisuje autorstwo dzieł wielkiego Williama komuś innemu.

Jedną z nich są tzw. oksfordczycy, którzy uważają, że autorem wszystkich dzieł Szekspira jest Edward de Vere, 17. hrabia Oxford. Teoria ta, dość popularna w latach 20. ubiegłego stulecia, nie znalazła zrozumienia wśród szekspirologów głównego nurtu, ale nie przeszkadzało to reżyserowi Rollandowi Emmerichowi uczynić z niej osnowę do swojego filmu na ten temat.pt. Anonimus (2011).

Dobrze zrobione filmy historyczne mają to do siebie, że potrafią widzowi nieźle namącić w głowie. Co z tego, że człowiek coś tam przeczytał i coś tam wie, skoro na ekranie dzieją się rzeczy tak sugestywne, a jeśli na dodatek scenograf dobrze oddaje realia epoki, poddajemy się magii obrazu do tego stopnia, że nasza wiedza wydaje się jakaś szara, nudna i w rezultacie mniej prawdziwa od filmowych bajek. Zakochany Szekspir Johna Maddena z 1998 r. jest przykładem tego, jak zręcznie wymyślona opowieść oraz wartko poprowadzona akcja, a przy tym świetna gra aktorów, potrafią zrobić widzowi wodę z mózgu. (Oczywiście nie mam tutaj na myśli zimnokrwistych krytyków, którzy filmowym emocjom nigdy się nie poddają).

Anonimus jako dzieło sztuki filmowej ma swoje niedociągnięcia, zaś fakty historyczne interpretuje nader swobodnie. Elżbieta I, „królowa-dziewica”, która faktycznie nie gardziła cielesnymi pokusami i posiadała kochanków, w filmie okazuje się matką wcale niemałej czeladki bękartów. Na dodatek Oxford okazuje się nie tylko ojcem jednego z nich, ale równocześnie pierwszym z nieślubnych dzieci królowej. Mamy więc do czynienia z nieświadomym kazirodczym związkiem typu Edyp-Jokasta.

Edward de Vere w filmie Emmericha to człowiek całkowicie poświęcony pisaniu poezji i dramatów. Purytański teść sir William Cecil nie potrafi wybić mu miłości do literatury z głowy, zaś zakompleksiony szwagier, sir Robert Cecil nieustannie mu bruździ. Wszystkie interpretacje sztuk Szekspira w świetle Anonimusa muszą zblednąć, bo chodziło przecież o bieżące komentarze polityczne (np. Ryszard III zostaje garbusem, bo Robert Cecil jest garbaty). Szlachetny hrabia Oxford tylko poprzez sztukę może wyrazić swoje gorzkie obserwacje dworskich intryg. Ponieważ pod żadnym pozorem nie może publikować swoich sztuk pod własnym nazwiskiem, uwalnia z więzienia nie kogo innego, ale Bena Johnsona (dramaturga współczesnego Szekspirowi), aby ten je wystawił jako swoje. Johnson jednak nie ma na tyle odwagi. Na wywołanie przez publiczność autora na koniec sztuki, spontaniczną decyzję podejmuje pyszałkowaty półanalfabeta, aktorzyna Will Shakespeare i tak się zaczyna kariera tego nazwiska. De Vere początkowo jest nieco rozczarowany, ale później już świadomie podpisuje swoje kolejne sztuki nazwiskiem zarozumiałego idioty.

Oczywiście o ile zapomnimy o tym, że teoria oksfordzka w szekspirologii się nie przyjęła, że tyle nieślubnych dzieci i związek kazirodczy Elżbiety Wielkiej wydaje się jakimś freudowskim toposem, dość łatwo możemy dać się „wkręcić” w sprawnie zrealizowaną opowieść. Na tym przecież polega magia kina.

Nie mogę jednak darować scenarzyście (John Orloff) i reżyserowi, że z Williama zrobili aż tak nieciekawą kreaturę. Choćby i prawdą było, że w pisaniu dramatów pomagał mu ktoś lepiej wykształcony i z życiem dworskim bardziej obeznany, można było tego fikcyjnego Szekspira zrobić cwaniaczkiem nieco bardziej rozgarniętym.

Co do samego mistrza ze Stratfordu, to gdybyśmy nie zrobili założenia, że jednak sam napisał to, co napisał, tysiące debat i miliony stron tekstu poświęconych jego dziełom i jemu samemu należałoby uznać za działalność na polu fantastyki. Wtedy jednak należałoby się na poważnie zająć dokładnym zbadaniem autorstwa dzieł mu przypisywanych. Obawiam się jednak, że to raczej nie nastąpi, natomiast możemy się liczyć z tym, że kolejni twórcy filmów wezmą na warsztat inne alternatywne teorie dotyczące autorstwa dzieł Szekspira.

piątek, 7 grudnia 2012

Szekspir, czyli do czego zainspirowała mnie debata na temat "Burzy", czyli o Kalibanie słów kilka



Doktor Piotr Nowak podczas debaty na temat „Burzy” Szekspira zdecydowanie przyjął założenie, że Kaliban, (postać, która w dyskusji pojawiła się dość późno – aż się nie mogłem doczekać) dzikie monstrum zmuszane przez Prospera do ciężkiej pracy i boleśnie karane przezeń za każde najmniejsze przewinienie, to po prostu personifikacja cielesności samego Prospera. Głęboko to freudowska interpretacja, zwłaszcza w świetle próby gwałtu na Mirandzie, córce Prospera, po której Kaliban stracił łaskę tegoż.

Piotr Kamiński, autor najnowszego tłumaczenia „Burzy” przy okazji rozmowy o Kalibanie bardzo krótko potraktował post-kolonialną interpretację tej postaci jako prymitywną i najwyraźniej niewartą dyskusji. Kiedy później zabrałem głos i mu to wypomniałem, całkiem słusznie stwierdził, ze chodziło mu o to, żeby nie przenosić naszego myślenia wynikającego z czterech stuleci kolonializmu i okresu post-kolonialnego na czasy Szekspira i nie przypisywać mu takiego myślenia. Niewątpliwie jest to racja, ale generalnie ta odpowiedź mnie nie zadowoliła i nadal nie zadawala, bowiem wcale nie trzeba mieć wiedzy na temat kolonializmu oraz wcale nie trzeba myśleć jak liberalny demokrata XXI wieku, żeby docenić geniusz obserwacyjny Szekspira.

„Burza” została napisana w 1612 roku, a więc pięć lat po założeniu osady Jamestown w Wirginii, przed którym zresztą żeglarze angielscy zdobyli już niemałe doświadczenie w kontaktach z ludnością tubylczą Ameryki i nie tylko. W 1584 kapitanowie Philip Amadas i Arthur Barlow zabiorą do Londynu dwóch Indian z wysp Hatteras i Roanoke o imionach zapisanych jako Manteo i Wanchese. W „Burzy” zresztą wspomina się Indian jako atrakcji dla ludu. Pojawia się arcyciekawe zagadnienie do przemyślenia – problem człowieka nieskażonego cywilizacją. Konfrontacja społeczeństwa żyjącego na innym poziomie rozwoju kultury materialnej z ludźmi, którzy żyli tak, jak być może przodkowie tych pierwszych, musiało zmuszać inteligentne i wrażliwe jednostki do refleksji. Nie oszukujmy się jednak, ludność Anglii, tak samo zresztą jak i innych europejskich krajów, nie była w stanie myśleć o ludności tubylczej Afryki czy Ameryki inaczej niż jako o dzikusach. Naturalnie anachronicznym przeniesieniem naszego sposobu myślenia na początek XVII wieku byłoby wystąpienie z pretensjami do ówczesnych Europejczyków, że nie byli bardziej szlachetni, empatyczni czy z powodu tego, że nie traktowali mieszkańców kolonizowanych kontynentów jak równych sobie. Niemniej pogardliwe odrzucenie koncepcji, ze Szekspir wypowiedział się na temat kontaktu ludzi cywilizacji europejskiej z pierwotnymi mieszkańcami podbijanych ziem, wydaje się nieuzasadnione.

Doktor Nowak, który z uporem godnym lepszej sprawy forsował ideę Kalibana jako cielesności (może powinniśmy od razu użyć jungowskiego konceptu „cienia”), również z pogardą skwitował interpretację stosunków Prospero-Kaliban jako kolonisty, który bije biednego mieszkańca kolonii. Oczywiście debaty mają to do siebie, że przy pomocy chwytów erystycznych można wznieść na wyżyny najbardziej wydumaną i naciąganą koncepcję, a logiczną przedstawić jako niewartą dyskusji i właśnie coś takiego udało się doktorowi Piotrowi Nowakowi (przedtem panu Piotrowi Kamińskiemu) – krótkie zdanie wypowiedziane odpowiednim tonem przez postaci, które już zdobyły pozycję autorytetu (mam tu na myśli trójkę dyskutantów) i publiczność już wie, że taką a taką koncepcją nie ma sobie nawet co głowy zawracać.

Tymczasem pomysł, że Kaliban jest jednak pierwotnym mieszkańcem wyspy rządzonej przy pomocy magii przez Prospera, jest najbardziej naturalny ze wszystkim możliwych interpretacji tej postaci, co nie znaczy, że jest prymitywny. Problem ludzi „dzikich”, a zwłaszcza koncepcja „szlachetnego dzikusa” jest o wiele starsza od Jana Jakuba Rousseau, ponieważ już sto lat przed Szekspirem Montaigne wymyślił „szlachetnego kanibala”. Szekspirowski Kaliban to nie tylko anagram słowa „kanibal”, ale możliwe, że satyra na tę rzekomą szlachetność pierwotnych mieszkańców terenów zamorskich, jaką przypisyał im Montaigne. Być może mamy tu do czynienia z trzeźwym pragmatyzmem przeciwstawionym europejskiemu idealizmowi zblazowanemu własną cywilizacją.

Kiedy Kaliban wypomina Prosperowi, że przecież kiedyś ten traktował go bardzo dobrze, a potem sprowadził go do roli okrutnie wykorzystywanego niewolnika, to przecież mamy sytuację, którą Szekspir bardzo łatwo mógł sobie wyobrazić. Pierwsze kontakty z ludnością miejscową prawie zawsze były przyjazne, zaś kiedy tylko biali czuli się pewniej na nowym gruncie stosunki się pogarszały – nawet niekoniecznie z powodu agresywnych zachowań ze strony Europejczyków, ale po prostu z poczucia zagrożenia rodzimych mieszkańców kolonii przez rozrastające się osady kolonistów. Tak przecież było z plemieniem Powhatan, z którego pochodziła Pocahontas, o czym wieści mogły już do Szekspira dojść.

Nawet jeśli założymy, że Szekspir nie interesował się bezpośrednio doniesieniami z kolonii, jako człowiek o niezwykłej przenikliwości mógł wręcz antycypować pewne schematy zachowań na styku odmiennych kultur, z których jedna uważana jest za wyraźnie gorszą od drugiej. Osiem lat po wystawieniu „Burzy” do Ameryki wyruszy „Mayflower”, zaś w kolejnych latach purytańscy „pielgrzymi” przejdą te same etapy w kontaktach z tubylcami (zwłaszcza plemieniem Wampanoag) – od przyjaźni i wzajemnej pomocy (stąd przecież tradycja Dnia Dziękczynienia) do jawnej wrogości, kiedy to Indianie przeklinają swoich ojców, że nie wyrżnęli białych, kiedy tych było jeszcze mało.

Żeby było wszystko jasne, to sympatia Szekspira pozostaje jednak po stronie Prospera, pomimo pewnych cech, które pozwalają nam na jego krytykę. Kaliban jest dzikusem i to w tym jak najbardziej negatywnym znaczeniu tego słowa (żadnym tam „szlachetnym”). Owszem, autor rozumie jego punkt widzenia – pięknie go wykłada w formie monologu Kalibana, który skarży się na swój niesprawiedliwy los, bo oto przecież miał być jedynym władcą wyspy po śmierci swojej matki, a tu zjawił się jakiś Prospero, najpierw go obłaskawił, a potem zniewolił. Podczas tego monologu widz/czytelnik może nawet zacząć współczuć nieszczęśnikowi, ale przecież nie pozostajemy w tym stanie zbyt długo, ponieważ wiemy, że Kaliban jest synem czarownicy, a więc jest niejako z góry skazany na potępienie. Naturę ma nieokiełznaną, bo przecież chciał zgwałcić niewinne dziewczę (jedyną kobietę na wyspie, jeśli nie liczyć istot bezcielesnych), za co jej ojciec miał prawo brzydala ukarać. Właśnie, bo na dodatek Kaliban jest brzydki.

Przypisanie Szekspirowi prostego rasizmu byłoby niewątpliwie projektowaniem pojęć współczesnych na czasy nam odległe, co nie miałoby większego sensu. Nie ma się co oszukiwać – do całkiem niedawna (a zresztą i dzisiaj) ludzie jak najbardziej życzliwi przedstawicielom innych typów antropologicznych i grup językowych nie mieli wątpliwości, że sami stoją na wyższym poziomie cywilizacji. Dla Anglika początku XVII wieku ludność pierwotna terytoriów zamorskich to były okrutne dzikusy, wśród których może trafiały się jednostki szlachetne, ale generalnie niczego pozytywnego nie można się było w nich doszukać, ponieważ zła była ich natura. Taki właśnie jest Kaliban.

Przychodzi mi przy okazji na myśl Shylock, żydowski kupiec z Wenecji, bohater innego dramatu stradfordczyka. On również wygłasza monolog, w którym bardzo logicznie wykłada przyczyny swojego systemu wartości – odrzucanie i pogarda ze strony ludności chrześcijańskiej kształtuje taką a nie inną postawę Żydów. Szekspir rozumie, ale nie pochwala, bo Shylock jest i tak postacią negatywną. Nazwanie Szekspira antysemitą jest znowu rzutowaniem naszej siatki pojęciowej na czasy sprzed czterystu lat.  Niewątpliwie jego stosunek do Żydów nie jest życzliwy. Jednakowoż fakt, że w usta Kalibana i Shylocka wkłada monologi, w których ci wykładają swój punkt widzenia, to ogromny wkład Szekspira do rozwoju literatury opartej na pogłębionej analizie sytuacji. Szekspir nie przełamuje jeszcze pewnych stereotypów, ale przygląda im się bardzo uważnie i kładzie podwaliny pod refleksję na ich temat, co jest krokiem niezbędnym do rozwoju naszego podejścia do nich w kierunku humanitarnej empatii. Zasiewa w widzu pewne wątpliwości, choć moralnie ocenia jednoznacznie. To, na tle tradycji literackiej, która rozwinie się jeszcze po nim, stanowi wielką wartość i świadczy o geniuszu twórcy komercyjnych hitów teatralnych znanego jako William Szekspir.

czwartek, 6 grudnia 2012

Szekspir, czyli do czego zainspirowała mnie debata na temat "Burzy" (wcale nie o "Burzy")



Moja miłość do Szekspira nie jest bezwarunkowa. Nie jestem tak krytyczny wobec niego jak George Lord Byron czy George Bernard Shaw, którzy go uważali za miernego dramaturga, ale też nie padam na kolana przed wszystkim co ów producent tekstów użytkowych stworzył. Te „teksty użytkowe” to taka trochę prowokacja z mojej strony, ponieważ takie określenie niby od razu zawiera nutkę pogardy, ale nic z tych rzeczy. Napisać dobry tekst użytkowy to wielka sztuka, tak samo jak zrobić dobry film komercyjny. Czasami kompletny niskobudżetowy chłam pretenduje do miana wielkiej sztuki tylko i wyłącznie na tej podstawie, że stanowi kontrast dla hollywoodzkiej produkcji wymagającej wielkich nakładów finansowych. Możemy sfilmować parę rozwieszonych płacht. dwoje aktorów, którzy będą coś bełkotać z nawiedzonymi minami, a już ambitni krytycy zrobią z tego arcydzieło, a rzesze pretensjonalnych panienek i młodzieńców prześcigać się będą w bogactwie interpretacyjnym tej jakże „oszczędnej” sztuki. Tymczasem naprawdę wielką sztuką jest dysponować potężnymi środkami i ich nie zmarnować, ale zrobić z tego coś naprawdę wartościowego.

Szekspir pisał komercyjne hity i robił to bardzo dobrze, a czasami po prostu genialnie. Nie wszystko mu się jednak udawało, bo np. jego komedie są dzisiaj jakoś mało zabawne, choć oczywiście zdarzają się fragmenty ponadczasowe. Dłuższe fragmenty śpiewane (nie mówię tutaj o krótkich pieśniach) to zapowiedź sztuki znanej w XVII wieku jako „maska”, które, mówiąc szczerze, są potwornie nudne. Wszystko to jednak można mu wybaczyć, skoro skądinąd w każdej sztuce dostarcza nam tak bogatego materiału do przemyślenia.

Niektóre sztuki są genialne z powodu ponadczasowości poruszanych problemów. Namiętności związane z seksem czy żądzą władzy pojawiają się w każdej epoce i nic nie wskazuje na to, by ktoś wymyślił w tych kwestiach jakieś sensowne rozwiązania. Dlatego właśnie zawsze będę wielkim fanem „Makbeta” i, w nieco mniejszym stopniu, „Hamleta”, ponieważ zawiązanie samego głównego problemu jest wiarygodne (nie mam tutaj na myśli wiedźm czy ducha starego Hamleta, bo te mogły być równie dobrze metaforami lub tworami wyobraźni bohaterów).

W zeszły piątek wziąłem udział w bardzo pouczającej debacie (Piotr Kamiński – tłumacz, prof. Anna Cetera – szekspirolożka i Piotr Nowak – filozof) na temat nowego przekładu „Burzy”, w której bardziej dyskutowano samego Szekspira niż nowy przekład Piotra Kamińskiego (którego chyba nikt z widowni jeszcze nie zdążył przeczytać), podczas której padł problem „nieudanych abdykacji”, albo „udawanych abdykacji”. Księciem zmuszonym do abdykacji w rodzinnym Mediolanie jest Prospero, królem, który nie umie rzeczywiście abdykować jest Lear, a książę Wiednia Vincentio w „Miarce za miarkę” w ogóle nie abdykuje, tylko udaje, że udaje się w podróż do Polski.

Postanowiłem w związku z tym przypomnieć sobie „Miarkę za miarkę”, a ponieważ posiadam kolekcję swego czasu wydawaną jako dodatek do Gazety Wyborczej z przekładami Macieja Słomczyńskiego i DVD z produkcjami BBC, włączyłem sobie płytkę i z przyjemnością obejrzałem. Wersja BBC z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego stulecia to niestety nie jest szczyt teatralnych możliwości interpretacyjnych, ale akurat „Miarka za miarkę” została zrobiona całkiem przyzwoicie.

Uważam, że ta poważna komedia jest skonstruowana dość wiarygodnie, ale samo zawiązanie akcji jest potwornie naciągane. Książę, który udaje, że wyjeżdża do Polski, ale tak naprawdę w przebraniu mnicha obserwuje konsekwencje swojej „nieobecności” w Wiedniu, robi to w celu, który jest naprawdę mało wiarygodny. Oto bowiem stwierdza, że są pewne surowe prawa,, których on sam nie stosował od dawna, a więc jakoś mu chyba głupio nagle do nich wracać, ale jeśli odda władzę na jakiś czas komuś innemu, to tenże zastępca nie będzie się wahał zrobić z nich użytku.

Gdybym chciał ten gest zinterpretować zgodnie z dzisiejszą praktyką państw demokratycznych, zrozumiałbym go tak, ze oto polityk będący u władzy ma problem z egzekucją pewnych praw, ponieważ jest populistą i obawia się utraty popularności, jeśli te prawa zastosuje. Współczesne partie rządzące, kiedy popadają w tarapaty z ulgą oddają władzę w kolejnych wyborach swoim oponentom, żeby to oni się męczyli z problemami, które to one spowodowały. Czy Vincentio musi jednak wrabiać młodego Angela w taką sytuację? A może znając ambicję swojego zastępcy, z góry zakłada, że ten narobi kłopotów, zaś on sam się pojawi jako mąż opatrznościowy, który naród z owych kłopotów wybawi? Być może tak właśnie jest, ale to są oczywiście moje domysły. Gdyby jednak tak nie było, cała koncepcja czasowego oddania władzy w celu przywrócenia starych surowych praw świadczyłaby tylko o braku cywilnej i politycznej odwagi ze strony księcia.

Potem wszystko toczy się już logicznie. Młody ambitny (kto nie zna młodych ambitnych nauczycieli, którzy chcą się wydać bardziej groźni od wszystkich swoich koleżanek i kolegów razem wziętych), który na dodatek jest potwornym formalistą i nie dopuszcza do siebie dylematów typu większa czy mniejsza szkodliwość czynu, wydaje surowy wyrok. Oczywiście dobry książę czuwa i nie dopuszcza do tragedii, przy okazji robiąc wiele dobrego dla wszystkich dookoła.

Wiarygodność, tzn. przedstawienie postaci i ich sytuacji w taki sposób, które jesteśmy sobie w stanie łatwo wyobrazić, ponieważ przypominają rzeczywistość, podtrzymuje w całej sztuce Lucio (tak na marginesie, te włoskie imiona w całej Europie są trochę drażniące u Szekspira), żołdak, który jest generalnie dobrym człowiekiem, ale posiada typowe przywary bywalca szynków i domów rozpusty – jest samochwałą i niepoprawnym gadułą. To on doradza Izabelli, siostrze skazanego Claudia, udanie się do Angela i błaganie go o litość dla brata, w czym dzielnie jej sekunduje. Niestety później w rozmowie z księciem przebranym za mnicha przechwala się swoją dobrą znajomością samego księcia, a dla dodania wiarygodności swoim przechwałkom opowiada niestworzone rzeczy na temat przywar księcia, w tym jego przygód z płcią przeciwną. Na koniec o mało nie okazuje się, że Lucio zostanie jedyną postacią surowo przez księcia ukaraną, ponieważ wszystkim Vincentio wspaniałomyślnie wybacza lub ułaskawia. Pojawia się tutaj ironia losu, która jest wynikiem ludzkiego sposobu myślenia prowadzącego do wybaczenia potwornego błędu i wydania wyroku za przewinę stosunkowo niewielką. Na szczęście jest to jednak komedia (choć niewiele znajdziemy w niej momentów do śmiechu), więc kara dla Lucia zmienia się tylko w jego pohańbienie małżeństwem z prostytutką (Szekspir wkłada Luciowi w usta słowo „punk” jako synonim „whore”, czyli „kurwa”).

Szczegółowa analiza „Miarki za miarkę” nie jest celem niniejszego wpisu, choć właśnie to, że teksty Szekspira są tak bardzo wdzięcznym materiałem do tego typu analiz sprawia, że nadal go kochamy, oglądamy i czytamy. Czasami trąci myszką, a czasami drażni pewną przesadą czy mało wiarygodnym sposobem zawiązania intrygi. Kiedy jednak wejdziemy już w wewnętrzny świat jego sztuki, znajdziemy się w przebogatym uniwersum ludzkich emocji, myśli, dylematów i namiętności, z którym cały czas mamy do czynienia w codziennym życiu, ponieważ Szekspir był doskonałym obserwatorem praw rządzących ludzkim zachowaniem. Choć z pewnymi zastrzeżeniami, nie bezwarunkowo, ale jednak za to Szekspira kocham.

czwartek, 22 grudnia 2011

"Król Lear", czyli sztuka o bandzie łajdaków, wiernym dworzaninie i o starych idiotach

Kiedy w liceum omawialiśmy „Makbeta”, wypożyczyłem sobie ten tekst z biblioteki w jednym tomie z „Królem Learem” i „Romeo i Julią”. Skoro już czytałem „szkocką sztukę” (aktorzy podobno nigdy nie wymawiają głośno tytułu tej tragedii, gdyż istnieje przesąd, że przynosi to pecha), to i przy okazji dwie pozostałe. Szczerze mówiąc „Makbet” do dziś pozostaje moim ulubionym dziełem Szekspira. Być może dlatego, że jeszcze w głębokiej podstawówce obejrzałem „Tron we krwi” Akiry Kurosawy i film ten zrobił na mnie ogromne wrażenie? A może jednak dlatego, że dialogi w „Makbecie” są najbardziej „normalne” i wiarygodne? Namiętności i wątpliwości targające szkockim dostojnikiem, chore ambicje jego żony, walka o władzę ze wszystkimi jej konsekwencjami, bezwzględne okrucieństwo, a w końcu bunt poddanych i przegrana dla głównego bohatera bitwa, sprawiały, że praktycznie wszystko rozumiałem jako 8-9-latek (przy okazji oglądania „Tronu we krwi”, jak i później przy czytaniu polskiego przekładu tekstu sztuki).

„Król Lear” od samego początku wydawał mi się naciągany, postaci mówiące nienaturalnym językiem, a sam początek wprost niewiarygodny. Otóż stary król wpada w zupełnie nieuzasadniony gniew na najmłodszą córkę, Kordelię, z tego tylko względu, że ta nie potrafi w odpowiednio gładkich słowach wyrazić miłości do niego. Jego starsze córki wypowiadają gładkie słówka o miłości do starego ojca, za co spotyka je nagroda w postaci ziem dla nich i ich mężów, zaś najmłodszą spotyka niełaska. Tylko dlatego, że wysławia się zbyt prosto i nie przechodzą jej przez usta górnolotne komunały, które w dodatku w ustach starszych sióstr były po prostu bezczelnymi kłamstwami.

Nie mogłem uwierzyć, że w świecie dorosłych mogą istnieć ludzie tak głupi i małostkowi, którzy umiejętność wypowiadania pięknych kłamstw biorą za dobrą monetę, zaś nie potrafią dostrzec prawdziwych i szczerych uczuć tych, których przecież bardzo dobrze znają. Jedna chwila i cała miłość do ukochanej córki (jak się dowiadujemy, Kordelia była dotąd najukochańszą córką starego Leara), ulatuje w niebyt, zaś król wzbudza w sobie niepohamowany gniew. Stwierdziłem, że Szekspir tak naciągnął ten początek, że cała reszta dramatu musi być równie kiepska. Na szczęście dalsze intrygi dwóch złych córek tak mnie wciągnęły w lekturę tego dramatu, że na zupełne jego potępienie się nie zdobyłem.

Prawdopodobnie moja błędna ocena początku tragedii Szekspira brała się z mojej naiwnej wiary, że dorośli ludzie nie są przecież idiotami. Ogromną rolę w tym przeświadczeniu odgrywała moja nastoletnia zarozumiałość. Uważałem bowiem, że pozjadałem wszystkie rozumy i doskonale rozumiem mechanizmy rządzące ludzkimi zachowaniami. Dopiero późniejsze doświadczenia życiowe jasno mi ukazały i głupotę i małostkowość wielu ludzi, i tych w sile wieku i tych całkiem starych, do których szacunku byłem nauczony. Przykrym odkryciem był dla mnie fakt, że niektórym ludziom z wiekiem rozumu wcale nie przybywa, a często bywa wręcz odwrotnie.

Kolejnym starym idiotą, jest hrabia Gloucester, który niczym naiwne dziecko ulega intrydze swojego nieślubnego syna Edmunda i daje wiarę oskarżeniom tegoż skierowanym przeciwko jego prawowitemu dziedzicowi, Edgarowi. Ponieważ język Szekspira jest poetycki i nazbyt wyszukany, by brzmieć naturalnie, sposób, w jaki Edmund kierował swoim niecnym przedsięwzięciem wydawał mi się tak „grubymi nićmi szyty”, że w normalnej sytuacji kochający ojciec kilka razy by się zastanowił i rzecz całą prześwietlił, nimby skierował swą nienawiść przeciwko swemu legalnemu synowi.

Życie również niejednokrotnie pokazało, ze ludzie bywają po stokroć bardziej naiwni, niż nam się to wydaje, i bez problemu dają się „wkręcać” w intrygi. Osobiście jednak miałem pretensje do Leara i Gloucestera o to, że nie wykazali się żadną intuicją, żadnym przeczuciem czy też szóstym zmysłem, który kazałby im ostrożniej oceniać sytuację. Rzeczywistość, w której owi starcy tkwią, jest od początku do końca rzeczywistością językową, opartą o logikę i gramatykę. Żadnych pierwotnych instynktów, które choć prymitywne, często w sytuacjach faktycznego zagrożenia ratują życie. Czysta logika. Kordelia nie umie wysłowić swojej miłości do ojca, co w tym wypadku jest tym bardziej tragiczne, gdyż prawdziwe uczucia ubrane w słowa stają się nagle jakieś trywialne, więc przegrywa. Stary Gloucester przyjmuje rzekome dowody winy Edgara nagle wyrzucając z serca uczucie ojcowskie do dotąd umiłowanego syna. Ulega pozorom logiki. I choć obiektywnie trudno powiedzieć, że nie powinien, to jednak gdzieś podświadomie czujemy, że powinien był jednak posłuchać serca, a nie rozumu.

Tak to mi się wszystko wydawało, a mówiąc szczerze tak samo wydaje mi się i dzisiaj, choć z tą różnicą, że choć wiem, że wśród nas jest całe mnóstwo ludzi, którymi można łatwo manipulować pozorami logiki, to nadal mi się to nie mieści w głowie. Nie rozumiem takich ludzi tak samo jak nie rozumiem Leara i Gloucestera. Niemniej pojmuję już zamysł Szekspira, że takich ludzi właśnie chciał pokazać swojej publiczności.

„Król Lear”, jak zresztą kilka innych dramatów Szekspira, posiada prawdziwe słabe punkty. Koncept „przebieranki”, eksploatowany jeszcze do niedawna (a kto wie, czy znowu jakiś scenarzysta go nie wykorzysta), nigdy do mnie nie przemawiał. Kent, przegnany z dworu Leara za to, ze się ujął za Kordelią, który jest jednak wierny staremu królowi jak pies i mimo odrzucenia, nadal mu służy, robi to w przebraniu. Nie jestem w stanie uwierzyć, że zastosował tak doskonałe środki charakteryzatorskie, tudzież zmienił swój głos, a przede wszystkim sposób wysławiania się, żeby nikt ze świty starego króla go nie rozpoznał. Z technicznego punktu widzenia, ten nierozpoznany Kent, to koncepcja strasznie naciągana. Pomijając jednak ten czysto techniczny aspekt, o wiele ważniejsza jest niezłomna wierność dworzanina. W dzisiejszych czasach każde odtrącenie przez przywódcę powoduje rzucenie jego szeregów i działanie na własną rękę, a jest to działanie wobec niewdzięcznego wodza wręcz wrogie. W przypadku Kenta mamy do czynienia z wiernością aż do wyparcia własnego ego. Król i tryumf sprawiedliwości (czyli przywrócenie do łask Kordelii) to dla niego priorytety pozwalające mu zapomnieć o własnej zniewadze i upokorzeniu. Z dzisiejszego punktu widzenia postawa taka wydaje się tak heroiczna, że wręcz naiwna. Obawiam się, że taka postawa w każdych czasach musiała się taką wydawać wszelkiego rodzaju specjalistom od politycznego marketingu. Niemniej pocieszające jest, że Szekspir stworzył taką postać dlatego właśnie, żeby przywrócić swoim widzom wiarę w człowieka. Wiara w to, że istnieją ludzie niezłomni w swojej szlachetności, działający w imię dobra wyższego poświęcając nie tylko własny interes, ale wręcz wyrzekając się swojej indywidualnej odrębności, potrzebna jest zawsze. Niewielu z nas na taką postawę stać, ale świadomość istnienia ludzi o takim podejściu do świata, sprawia, że czujemy się lepiej.

Dramaty Szekspira to rozprawy filozoficzne traktujące o ogólnych prawdach o życiu (genialny monolog Jacques’a z „Jak wam się podoba” o etapach ludzkiego życia), o mechanizmach władzy, co występuje praktycznie w każdym jego dramacie, czy psychologii. Pod względem teatralnym uważam, że dla współczesnego widza techniki dramatyczne przezeń stosowane, mogą być nieco ciężkostrawne. Nad humorem komedii Szekspira lepiej spuścić litościwą zasłonę milczenia. Niemniej z każdej z jego sztuk możemy wyciągnąć dziesiątki elementów, które mogą stanowić dla nas przebogaty materiał do przemyślenia, bo problemy poruszał naprawdę istotne i ponadczasowe, a więc wydaje się, że dotarł do samego sedna problematyki człowieczeństwa. Za to go podziwiamy i mam nadzieję, że za to będą go również podziwiać pokolenia następne. Będzie tak między innymi dlatego, że nic nie wskazuje na to, żeby ludzkość jako całość miała nagle zmądrzeć, a doświadczenie przyniesione przez wiek, automatycznie zapewni wszystkim starym ludziom mądrość. Niestety nigdy nie zabraknie podstępnych łajdaków, tak samo jak nigdy nie zabraknie naiwnych starców jak król Lear czy stary hrabia Gloucester.