Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lutego 2013

O deklamujących staruszkach, czyli tajemnice pamięci



Przypomniała mi się pewna scena z dzieciństwa, która wydarzyła się podczas jednych z moich wakacji u dziadków we wsi, skąd pochodziła moja Mama. Mój wujek (najmłodszy brat Mamy), który był tylko 9 lat ode mnie starszy (niestety zmarł na zawał w wieku 35 lat), kiedy miałem jakieś 7-8 lat wziął mnie do swojego kolegi, który mieszkał po sąsiedzku. Siedzimy sobie na ławce przed domem, ja oczywiście dumny, że jestem tam jak równy z równym z „dorosłymi” chłopakami, owe chłopaki gadają o jakichś interesujących ich sprawach (najczęściej były to komentarze dotyczące miejscowych dziewczyn, albo wspomnienia ze młodzieżowych libacji alkoholowych), aż podchodzi do nas staruszka. Nie pamiętam już, czy była to babcia Janusza, kolegi wujka, czy babka cioteczna. W każdym razie była to jakaś jego krewna.

Szczuplutka kobiecina w typowej chustce na głowie zagaiła bardzo uprzejmą rozmowę. Tak, na marginesie, moje częste wizyty na wsi pozwalają mi nie myśleć o jej mieszkańcach stereotypowo – choć niewątpliwie spotkać tam można mnóstwo tzw. „typowych wiejskich bab”, bardzo pyskatych a przy tym o nienajszerszych horyzontach, miałem szczęście spotkać naprawdę wspaniałych ludzi. Owa starsza pani, mimo że mówiła dialektem typowym dla tego regionu kielecczyzny, słowa wypowiadała tak delikatnie i elegancko (przepraszam, ale nie przychodzi mi do głowy lepsze słowo), że owa wiejska gwara brzmiała jak najpiękniejsza polszczyzna, której nie powstydziłby się przedwojenny profesor. Nie o naszym języku ojczystym chcę tu jednak wspomnieć, ale o języku zaborców. Otóż starsza pani zaczęła nam w pewnym momencie opowiadać o czasach sprzed I wojny światowej, kiedy to chodziła do szkoły, gdzie uczono ją rosyjskich wierszyków i piosenek. Nie czekając na zachętę z naszej strony, zaczęła śpiewać jakąś piosenkę po rosyjsku, której niestety nie pamiętam. Następnie wyrecytowała jakiś wiersz w tymże języku. Po czym uśmiechnęła się do nas bardzo miło, podsumowała swój monolog czymś w rodzaju „tak to właśnie było” i poszła w kierunku domu. Starsi chłopcy, którzy faktycznie byli dość typowymi wiejskimi łobuziakami, skorymi do złośliwości, również, a może zwłaszcza wobec ludzi starszych, nie śmiali się ze zdziwaczałej staruszki. Pamiętam natomiast, że mój wujek wyraził szczery podziw dla jej pamięci. Po tylu latach pamiętała całkiem długie fragmenty tekstów w obcym języku! Chłopcy, jak i ja później, uczyli się przecież rosyjskiego w szkole – był to wszak język obowiązkowy w czasach komuny, ale chyba nie potrafili się nawet przedstawić w tym języku.

Wielu moich znajomych już później, po upadku komuny, twierdziło, że rosyjskiego się nie uczyło, bo nie go nie lubiło. Na spotkaniu poświęconym „Uczcie” Platona, coś takiego powiedział nawet wielki polski historyk filozofii, profesor Tadeusz Gadacz. No cóż, pewnie i tak bywało, choć gdybym miał możliwość weryfikacji swoich podejrzeń, co najmniej 50% tych, którzy twierdzą, że nie opanowali rosyjskiego, ponieważ był to język znienawidzonych wrogów, racjonalizuje własne nieuctwo. Wydaje mi się, że jeżeli nawet pałamy szczerą abominacją wobec wrogów, powinniśmy się kierować raczej zasadą, że „język przyjaciół trzeba znać bardzo dobrze, a język wrogów jeszcze lepiej”. To już jednak jest inny temat.

O staruszce z Lasocina przypomniałem sobie później w 1997 roku, kiedy to wracaliśmy z żoną i synem z wakacji na Słowacji. Nie mieliśmy wtedy jeszcze samochodu, więc do Zakopanego dojechaliśmy pociągiem, potem na Łysą Polanę autobusem, a stamtąd odebrał nas samochodem kolega, który dojechał do celu wcześniej. Powrót ze Starej Leśnej, gdzie kwaterowaliśmy, wymyśliłem jednak nieco okrężny, ponieważ zależało mi, żeby się przejechać słowackimi i czeskimi kolejami, a przy okazji podziwiać widoki z okien pociągu. Ponieważ mam rodzinę w Cieszynie, zaplanowałem przejazd pociągiem z Popradu do Czeskiego Cieszyna, a stamtąd już piechotą przejście przez granicę do mieszkania wujostwa.

W przedziale pociągu z Popradu do Čadcy, gdzie mieliśmy przesiadkę na pociąg już do samego Cieszyna, oprócz dwóch nastolatków, siedział siwy chudziutki starszy pan, który słysząc język polski, zagadał do nas. Ponieważ słowacki jest językiem polskiemu dość bliskim (a śmiem twierdzić, że w równym stopniu językom ruskim, jeśli chodzi o słownictwo, choć z zupełnie innym akcentem), zaś już po tygodniu robienia zakupów, czy rozmów z właścicielką kwatery, byliśmy doń przyzwyczajeni, nie mieliśmy problemu z porozumieniem ze starym Słowakiem. Bardzo go interesowała sytuacja polityczna w Polsce. Pamiętam, że nie mógł się nadziwić, że Polacy wybrali komunistę (Aleksandra Kwaśniewskiego) na prezydenta. Był to, o ile dobrze pamiętam, koniec lipca lub początek sierpnia, więc była to pora żniw. Nie wiem, już w jakim kontekście padło to słowo, ale starszy pan tym razem nie zrozumiał po polsku. Kiedy mu zacząłem opisywać zbiór zboża na polu, z radością wykrzyknął „A, žatva!”, po czym wyraził entuzjastyczny podziw dla podobieństw słowiańskich języków.

Starszy pan, w kontekście tłumaczenia nam historii Słowacji, oczywiście sięgnął do czasów austro-węgierskich, co w kontekście tego kraju, znaczyło po prostu węgierskich. W pewnym momencie zaczął wspominać swoje dzieciństwo i szkołę, w której uczono go wierszyków po węgiersku, po czym przeszedł do demonstracji tego, co z owej szkoły wyniósł, deklamując dziecięcy wierszyk po węgiersku! Kiedy go spytałem, o czym on był, miły staruszek odpowiedział, że nie ma zielonego pojęcia, bo choć owszem, kiedyś rozumiał treść tej rymowanki, obecnie nie pamięta znaczenia ani jednego z tych węgierskich słów. Po czym się zmitygował i, o ile dobrze pamiętam, jedno czy dwa sobie przypomniał. Brzmienie wierszyka było jednak zapisane w jego mózgu niczym na płycie CD.

Pamięć ludzka jest zjawiskiem złożonym i chyba nadal nie do końca wyjaśnionym. Podobno „pamiętamy” wszystko, cokolwiek przydarzyło się w naszym życiu, tzn. mamy to gdzieś w mózgu zapisane. Problem polega na odnalezieniu właściwego „folderu” i „pliku”, bo niestety mamy w tych naszych mózgach straszny bałagan. Może tak właśnie jest – trudno mi się wypowiadać na ten temat nie posiadając dostatecznej wiedzy. Jeżeli tak, to jakimże „ważnym” dla mózgów tych starszych ludzi, których wspomniałem, musiały być te teksty w obcych dla nich językach, które nauczyciele kazali im przyswoić. Piszę „ważne” w cudzysłowie z braku lepszego słowa, bo przecież obiektywnie te rymowanki nie mogły być na tyle istotne, żeby je przechowywać w pamięci przez dziesiątki lat do późnej starości i „odnajdywać” je w jej pokładach bez najmniejszego trudu. Czym kieruje się nasz umysł selekcjonując dane, które zapamiętuje, a odrzucając te, które z obiektywnego punktu widzenia wydają się bardzo ważne? Gdybyśmy potrafili odpowiedzieć na te pytania, stworzylibyśmy idealny system oświaty kształcący geniuszy. Na razie jednak niewiele wskazuje na to, że nam się to uda.

Kiedy tylko zaczynam myśleć o mechanizmach pamięci zawsze przychodzi mi do głowy starsza pani z Lasocina i starszy pan ze słowackiego pociągu. Zawsze będę ciepło wspominał tych uroczych staruszków recytujących wiersze w obcych językach, jakie narzucił im zaborca.

sobota, 16 maja 2009

O przyjaźni (z Bohumilem Hrabalem w tle)

Trzy lata temu zmarł mój przyjaciel, Wojtek Polcyn. Mam wielu znajomych, a nawet bardzo dobrych znajomych, natomiast ludzi, których bez wahania nazwałbym swoimi przyjaciółmi, mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Wszystkie definicje przyjaźni, jakie podaje literatura, są kompletnie bezużyteczne. Nie jest wcale prawdą, że przyjaciół poznaje się w biedzie, bo w biedzie, ku twojemu zaskoczeniu, może ci przyjść z pomocą nawet ktoś, kto w normalnych okolicznościach jest ci wrogi (to, skądinąd, bardzo optymistyczne zjawisko). Nie jest wcale tak, że przyjaźnie nawiązują się na zasadzie podobieństw zainteresowań, choć może w tym być wiele prawdy. Amerykanie lubią w swoich serialach pokazywać przyjaźń na zasadzie jakiegoś związku o charakterze quasi-erotycznym z zazdrością, zaborczością i zjawiskami ocierającymi się o homoseksualizm, albo będące samym homoseksualizmem, z czym też nie można się zgodzić.   

Osobiście przyjaźń pojmuję zupełnie inaczej. To jest ten rodzaj bliskości między ludźmi, który właśnie od seksualności jest jak najdalszy. To taki rodzaj relacji, w której ludzie bez  żadnego zażenowania gadają sobie o wszystkim, bo wiedzą, że druga strona po prostu nic z tym nie zrobi.  Jeżeli zaczyna być inaczej, przyjaźń zaczyna być toksyczna i po prostu przyjaźnią być przestaje. Czym się taki człowiek różni od kogoś obojętnego? Tym, że cierpliwie z tobą gada – słucha cię i sam coś opowiada. Czasami może dać dobrą radę, ale to nie jest warunek przyjaźni, ponieważ „dobre rady” mogą okazać się niedobre i wtedy tworzą się problemy. 

Wojtek, podobnie jak ja, lubił czytać, ale jego gusta literackie były bardzo odmienne od moich. „Don Kichota” znał na pamięć i się z nim utożsamiał. Dla mnie była to jedna z  najnudniejszych i najbardziej irytujących książek na świecie (choć podzielałem jego podziw dla musicalu „Człowiek z La Manczy” Mitche’a Leigha, Dale’a Wassermana i Joe Darriona.)  Ale to od niego pożyczyłem i  przeczytałem i „Dyla Sowizdrzała” Costera, którego uwielbiam. W gustach literackich łączyło nas zamiłowanie do Jaroslava Haska i jego późnego epigona, Bohumila Hrabala. W zamiłowaniu do czeskiej literatury i kultury Wojtek wyprzedzał mnie o lata świetlne. Kiedy tylko miał okazję i kilka groszy, pakował się i jechał do Pragi. Nauczył się czeskiego, którym władał doskonale w mowie i piśmie. Komu się wydaje, że czeski, jako polskiemu bliski, jest językiem łatwym do zrozumienia bez uczenia się, dedykuję poniższy wywiad z Bohumilem Hrabalem. 

Zanim zmarł nasz kochany Bohumil Hrabal, Wojtek miał…, ha! O mało nie napisałem „szczęście”! Miał okazję odwiedzić go w jego prywatnym mieszkaniu.  Było to wielkie rozczarowanie, ponieważ wielki Hrabal, jak zrelacjonował mój przyjaciel, „potraktował mnie jak jakiegoś gościa, z którym przed chwilą przestał chlać”. Mistrz był jeszcze pijany po niedawnym powrocie z gospody i to nie tak pijany, jak jakiś alkoholik-mądrala z powieści Marka Hłaski, ale po prostu jak bełkoczący staruszek.  

Nie piszę tego w kontekście jakiegoś potępienia. Po śmierci swojej żony, Hrabal coraz bardziej tonął w odmętach piwa, przed którym nigdy nie stronił i wcześniej. Jako fizyczna istota kończył swoją egzystencję mało ciekawie. Kochamy go za to, co wymyślił i zapisał w czasach, kiedy jego umysł był wyostrzony jak rzadko który. 

Do śmierci mojego przyjaciela, Wojtka, również przyczynił się alkohol. I tak samo, jak w przypadku Hrabala, nie chcę pamiętać tego aspektu jego życia, ale to, żeśmy się zaśmiewali z wujka Pepina z „Postrzyżyn”, albo kiedyśmy przeklinali po serbsko-chorwacku (wujek Pepin był na froncie I wojny światowej gdzieś na terenie późniejszej Jugosławii) „jebem ti czurce nadrebno” (cytuję z pamięci), i że godzinami dyskutowaliśmy polską rzeczywistość lat 80. XX wieku wraz z teatrem, literaturą, malarstwem, polityką i życiem codziennym. 

W zeszłym roku zahaczywszy o Cieszyn, wybrałem się z rodziną na czeską stronę i kupiłem sobie „Mestecko, kde se zastavil cas” (Hrabala oczywiście), książeczkę krótką – taką w sam raz, żeby się nauczyć czeskiego, póki jest jeszcze do tego zapał. Niestety, olbrzymie pokrewieństwo naszych języków nie okazało się wystarczające do tego, żebym ją przeczytał. Ale pewnego dnia przeczytam. Przeczytam po czesku! 

Dla tych, którzy myślą, że Czechów rozumie się bez tłumacza dedykuję wywiad z Bohumilem Hrabalem.