Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia tłumu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia tłumu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2013

Kiedy tłum czuje swoją siłę (6)



W rozmowie z niektórymi znajomymi, kiedy wspominam o konieczności większych wysiłków edukacyjnych, ale mądrych, bo propaganda, co do której nie ma wątpliwości, że jest tylko propagandą, się nie sprawdza i zarówno młodzi, jak i starzy od razu wyczuwają „ściemę”, owi znajomi mówią mi „Że niby co? Że niby mam takiego łobuza przytulić?” Odpowiedź nie jest jednak na tyle skomplikowana, żeby jej nie udzielić „TAKIEGO łobuza” oczywiście nie, ale jego bezmyślnych naśladowców może jednak tak!

Rzecz w tym, że kiedy idzie tłum kierowany takimi, czy innymi pobudkami, ale przede wszystkim jest pełen agresji, ponieważ wierzy w słuszność swojego gniewu, trzeba sobie zdać sprawę z tego, że chyba jednak nie wszyscy w takim tłumie to krwiożercze łobuzy. Poza tłumem wielu z nich może się okazać całkiem reformowalna. Ba, to w ogóle mogą być skądinąd ludzie cieszący się sympatią swojego najbliższego otoczenia.

Jest oczywiście druga strona medalu, a raczej spojrzenie odwrotne na ten sam problem. Otóż ci, powiedzmy, że skądinąd sympatyczni ludzie w tłumie zaczynają myśleć zupełnie inaczej i chętnie podporządkują się jednostką najbardziej inicjatywnym, które mają najmniej skrupułów.

W wyczuciu intencji tłumu również należy kierować się ostrożnością. Marsze niepodległości z okazji 11 listopada, które są przez lewicowe media wkładane do jednego worka z przemarszami najbardziej agresywnych narodowców, niekoniecznie takie są, ponieważ często biorą w nich udział ludzie zupełnie spokojni, często rodziny z dziećmi. Przedstawianie ich przez lewicowe media jako faszystów budzi z kolei ich frustrację i w rezultacie gniew skierowany przede wszystkim wobec tychże lewicowych mediów. Ale znowu, argument, że takiej czy innej imprezie biorą udział ojcowie rodzin, nie do końca tłumaczy całą sytuację jako nieporozumienie. Jeżeli na forach internetowych możemy przeczytać teksty jawnie i agresywnie antysemickie, a potem te same osoby przedstawiają się jako porządni ojcowie (czasami matki też) rodzin, to pojawia się pytanie, jaka jest różnica między nimi, a najbardziej agresywnymi kibolami, którzy otwarcie wykrzykują hasła faszystowskie?

Co z tego, że ten i ów święcie się oburzy, że się go porównuje do nazisty, podczas gdy on jest po prostu „patriotą”, skoro od nazistów różni się praktycznie tylko tym, że nie czci Adolfa Hitlera? Trzeba sobie bowiem uświadomić ten prosty fakt, że NSDAP wygrała wybory zupełnie legalnie, co znaczy, że większość społeczeństwa niemieckiego oddała na tę partię swoje głosy. Należy pamiętać, że do partii nazistowskiej oraz do bojówek SA wstępowali również ojcowie rodzi, którzy się uważali po prostu za niemieckich patriotów, którzy muszą bronić ojczyzny przed Żydami, komunistami i międzynarodowym kapitałem. Nie sensu deklaracja „nie jestem faszystą/nazistą”, jeżeli  z nią idzie wyjaśnienie typu „a tylko polskim patriotą, który musi bronić Polski przed Żydami, komunistami i międzynarodowym kapitałem”.

Mądra polityka, zarówno ze strony najwyższych władz, tak ze strony władz lokalnych, policji, szkół i szeregu innych organizacji, musi polegać na pożytecznym zagospodarowaniu energii młodych ludzi, których pozytywne uczucia wobec własnego kraju są jak najbardziej godne pochwały. Jeżeli będą odrzucani przez tych, którzy z góry nałożą na nich stygmat faszyzmu, niewykluczone, że wpadną w otwarte ramiona tych, którym taki stygmat wcale nie przeszkadza, a jak się okazuje, takich jest coraz więcej.

Jeżeli setki młodych ludzi potrafi pracować po kilkanaście godzin, żeby przygotować „oprawę” meczu w postaci olbrzymiej tkaniny pokrytej namalowaną kompozycją o agresywnej treści politycznej, ale którym nie można odmówić walorów profesjonalizmu, to znaczy, że ktoś gdzieś zaniedbał ważne zadanie. Ci ludzie mogliby robić wspaniałe rzeczy, bo jak się okazuje, nie są leniami, a ludźmi twórczymi gotowymi do poświęcenia swojego czasu i wysiłku dla sprawy, która jest dla nich ważna. Po raz kolejny okazuje się, że „grzech zaniedbania” w polityce społecznej jest niewybaczalną zbrodnią.

Józef Piłsudski miał cały szereg wrogów. Śmiem twierdzić, że dla przedwojennych endeków, w tym młodych narodowych radykałów, uosabiał wcielone zło stojące na przeszkodzie przeprowadzenie polityki prawdziwie „narodowej”. Józef Piłsudski nie należał do tych, którzy agresywnych wrogów chcieliby przytulać. Dlatego też w niesławnym obozie w Berezie Kartuskiej osadzał wszelkich radykałów i wywrotowców – zarówno komunistów (bo to byli po prostu ludzie Stalina, mimo, że być może niektórzy nieświadomie), jak i endeków i oenerowców! Nie powiem, żebym był wielkim zwolennikiem takich miejsc odosobnienia, jak Bereza, ale ta polityka Piłsudskiego pokazuje przynajmniej jakąś strategię wobec grup o skrajnych i niebezpiecznych poglądach politycznych. Jak wiemy, Marszałek miał jeden bardzo silny argument – armię.

Kiedy zaniedbało się sprawę propagandy i edukacji, lub jeśli prowadziło się ją tak nieudolnie, że doszło do radykalizacji całych tłumów (obojętnie czy to w kierunku faszyzmu czy komunizmu), niektórzy przywódcy, zwłaszcza ci o silnej osobowości, stosują środki siłowe, włącznie z wykorzystaniem wojska. Gdyby w Polsce jakikolwiek polityk umiał sięgnąć myślą poza horyzont kilku miesięcy, pewnie by zrozumiał, że albo trzeba zrobić wszystko, żeby nie doszło do radykalizacji nastrojów (i „przytulić” kilku potencjalnych łobuzów, żeby się nimi faktycznie nie stali), albo i mieć po swojej stronie taką siłę, która w razie ostateczności byłaby w stanie opanować sytuację. Jak wiemy, nie ma żadnej mądrej polityki wychowawczej (więc zamiast jakąś zaproponować, pewien profesor proponuje w ogóle „rozwalić” cały system oświatowy). Same „orliki” to jeszcze za mało. Potrzebni są m.in. zaangażowani ludzie, którzy na te boiska przyciągną młodzież i pozytywnie zagospodarują ich energię. Władze nie mogą też liczyć na czynnik, po który zawsze mógł sięgnąć Piłsudski, czyli armię, bo nasza armia jest obecnie w Afganistanie, a na dodatek wcale za obecnymi władzami nie przepada – też przez pewne „inteligentne” posunięcia rządzących.

piątek, 10 maja 2013

Kiedy tłum czuje swoją siłę (5)



Dziś postanowiłem zacytować niewielki fragment książki Jonathana Littela, Łaskawe. Narrator, doktor prawa, znawca muzyki biegle posługujący się klasyczną greką (w mowie!), a zarazem oficer SS, Maksymilian Aue opowiada swoje życie. W tysiącstronicowym tomie poznajemy losy człowieka, który przy okazji opisu swoich osobistych doświadczeń (jest po prostu, choć może nie tak zupełnie „po prostu”, niemieckim zbrodniarzem wojennym) pozwala sobie na obserwacje rzeczywistości społecznej. Ciekawa jest np. scena przesłuchania stalinowskiego komisarza, z którym narrator wymienia się poglądami na temat bolszewizmu i nazizmu.

Fragment, który wybrałem,  ma miejsce jeszcze długo przed wojną w Paryżu, gdzie młody Aue wówczas mieszkał.

„Po lekcjach biegłem nad Sekwanę myszkować u bukinistów, albo spotykałem się z kolegami w małej knajpce w Dzielnicy Łacińskiej, gdzie przy podłym czerwonym winie zmienialiśmy bieg świata. Ale koledzy z klasy trochę mnie nudzili. Prawie wszyscy należeli do wielkiej burżuazji i przygotowywali się, by ślepo pójść w ślady swoich ojców. Mieli pieniądze, więc szybko nauczono ich, jak urządzony jest świat i jaka jest w tym świecie ich rola: dominująca. Wobec robotników czuli wyłącznie pogardę albo strach. Idee, którymi przesiąknąłem w czasie pierwszej podróży do Niemiec, że robotnicy stanowią tak samo jak burżuazja część Narodu, że porządek społeczny powinien być ustanowiony w sposób organiczny, ku korzyści wszystkich, a nie tylko kilku bogaczy, że ludu pracującego nie należy uciskać, lecz oferować mu godziwe życie i miejsce w tym porządku, aby uśmierzyć pokusę bolszewizmu – wszystko to było im obce. Ich opinie polityczne były równie krótkowzroczne, co ich dobre burżujskie samopoczucie, więc dyskutowanie z nimi na temat faszyzmu czy niemieckiej partii narodowosocjalistycznej (która właśnie we wrześniu tamtego roku odniosła miażdżące zwycięstwo w wyborach, stając się tym samym drugą partią w kraju, a fala uderzeniowa tego zwycięstwa rozprzestrzeniła się na całą Europę) wydawało mi się jeszcze mniej sensowne od rozmów na temat ruchu młodzieżowego rozpowszechnianego przez Hansa Blühera.”

Czytając ten fragment książki Littela nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że dokładnie to samo, co o młodych burżuazyjnych kolegach narratora, można powiedzieć o pewnych działaczach, zwłaszcza młodych, obecnie rządzącej w Polsce Platformy Obywatelskiej. Da się jednak zauważyć zasadniczą różnicę. O ile w powieści ludźmi ślepymi na sytuację i nastroje społeczne są młodzi „burżuje”, którzy przejmą wielkie majątki po swoich ojcach, we współczesnej Polsce są to często ludzie dość mało zamożni, którzy dopiero aspirują do pozycji człowieka sukcesu. Ludzie ci wobec zarabiających grosze robotników lub bezrobotnych również czują albo pogardę albo strach. Mają to szczęście, że tych ostatnich jeszcze żaden sprytny demagog pokroju Hitlera nie zorganizował w wielki tłum dyszących nienawiścią do władzy i wszystkiego, co z nią związane. Niemniej symptomy są widoczne. Rasistowskie ataki na cudzoziemców (ostatnie dwa głośne podpalenia drzwi do mieszkań w Białymstoku – jednego rodziny czeczeńskiej, a drugiego polskiej rodziny, którą odwiedziła córka z mężem Hindusem) pokazują, że sytuacja nie jest zdrowa. Wspominany już przeze mnie „Bunt stadionów” to z kolei przykład ogromnych grup ludzi, którymi samozwańczy „burżuje” sympatyzujący z partią rządzącą, gardzą lub się boją, albo jedno i drugie naraz.

Hitler jest przecież modelowym przykładem tego, co inteligentny fanatyczny drań potrafi zrobić z tłumem ludzi sfrustrowanych swoim życiem. Poczucie upodlenia, upokorzenia przegraną wojną, ale również bezrobociem czy niskimi zarobkami, doprowadziło do spadku zaufania do „zwykłych” partii politycznych i masowego poparcia hitlerowskich zbrodniarzy. W takich przypadkach nie można sobie odmówić refleksji, że przy ustanawianiu populistycznych tyranii najgorszym grzechem jest grzech zaniedbania. Burżuazja z powieści Littela, czy współcześnie nami rządzący stali się tak wyobcowani z rzeczywistości, że chyba nawet do głowy im nie przychodzi, że żeby pewnych grup przestać się bać, trzeba je jakoś zagospodarować. Prywatny przedsiębiorca tego nie zrobi, bo po pierwsze nie ma takiego zapotrzebowania, a po drugie nie ma poczucia takiego obowiązku. W końcu nie jest zakładem wychowawczym. Pracownicy aparatu państwowego, w tym politycy, prawdopodobnie by chcieli, żeby to jednak prywatni przedsiębiorcy robili coś w tym względzie, bo państwo nie jest od tego, a najlepiej jakby się w ogóle mogło wycofać z rządzenia i odpowiedzialności za cokolwiek. W ten sposób narasta niezadowolenie społeczne, który może przybrać niezwykle niebezpieczną postać, o ile znajdzie się jakich przywódca, który wie, co się z tłumami robi.

czwartek, 9 maja 2013

Kiedy tlum czuje swoją siłę (4)



Zręcznie kierowany przez arystokratów tłum rzymski osadzał papieży na Stolicy Apostolskiej, tłum potrafił ich również z niej wypędzić. Zmieniło się to z wprowadzeniem instytucji konklawe, ale papieże jeszcze długo, podobnie jak rzymscy cesarze, musieli się liczyć z jego nastrojami.

Rewolucja francuska, jak wiemy, jest przykładem samonakręcającej się spirali wydarzeń, które doprowadziły, że machiny sterowania tłumem nie można było zatrzymać i że jego dzisiejsi idole, jutro mogli paść ofiarą jego nienawiści. Z rewolucją francuską jest jednak pewien problem, jeśli chodzi o jej wywołanie i przyczyny. Zaczęło się przecież niewinnie – od deficytu w królewskiej kasie. Król potrzebuje pieniędzy, więc zwołuje Stany Generalne, żeby uchwaliły podatki. Były to czasy, kiedy podatek nie był czymś naturalnym i regularnym. Król i jego urzędnicy byli generalnie uposażeni na rozmaitych dobrach, a minister finansów miał zapewnić inne dochody. Ponieważ nieustanne wojny, zwłaszcza te prowadzone w imię prestiżu Ludwika XIV wpędziły francuski skarb w problemy trwające przez kolejne stulecie.Niemniej opisy życia francuskich mieszczan czy nawet chłopów z czasów sprzed rewolucji nie pokazują jakiejś skrajnej biedy doprowadzającej masy ludzi do rozpaczy. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Mieszczanie żyli niejednokrotnie lepiej od wiejskiej szlachty, zaś chłopi po opłaceniu czynszu i kościelnej dziesięciny również z głodu nie marli.

Słynne pytanie zawarte w tytule politycznego pamfletu Nicholasa-Josepha Sieyèsa, Czym jest stan trzeci? i odpowiedzi w formie krótkiego „katechizmu” praktycznie wyjaśnia sam fakt, że rewolucja w ogóle wybuchła. Wygląda bowiem na to, że chodziło o polityczne ambicje mieszczaństwa. (1. Czy jest stan trzeci? – Wszystkim. 2. Czym był dotychczas w ustroju politycznym? – Niczym. 3/ Czego żąda? – Ażeby stał się czymś).  Pamflet  Sieyèsa doprowadził do radykalizacji nastrojów Stanów Generalnych, które przekształciły się w Zgromadzenie Narodowe. Polityczne ambicje paryskich mieszczan doprowadziły do poderwania paryskiego tłumu, a w końcu do zamordowania Bogu ducha winnego niezbyt rozgarniętego króla i jego małżonki, która również nie była mistrzynią intelektu. Sankiuloci (czyli faceci „bez spodenek”, bo chodzili w długich proletariackich spodniach) stanowili paryską tłuszczę, którą sprytni demagodzy potrafili łatwo kierować, zwłaszcza przy odpowiednio kierowanej „mowie nienawiści”. Jak pamiętamy ze szkoły, rewolucja zaczęła „zjadać własne dzieci”, a radykalni przywódcy zostali przy aplauzie motłochu, który niedawno ich wielbił, zgilotynowani tak samo, jak przedtem monarsza para.

Co ciekawe, Napoleon Bonaparte, który w przyspieszonym tempie „przerobił” historię starożytnego Rzymu, pomagając ustanawiać republiki we Włoszech i Szwajcarii jako francuski rewolucyjny generał, ową republikę obalił, wprowadzając dość fikcyjny triumwirat (trzech konsulów), a następnie obwołując się imperatorem. Władzę swoją opierał przede wszystkim na armii, która jest tłumem z definicji (przynajmniej w założeniu) zdyscyplinowanym, a słuchanie wodza jest jej obowiązkiem. Motłoch paryskich golców nie był mu do niczego potrzebny, a zresztą władzę objął m.in. dlatego, że już rządzy Dyrektoriatu pokazały, że energia tłumu się wyczerpała. Zabrakło bodźców w postaci politycznych ambicji mieszczańskich przywódców.

Co ciekawe, słynną „bostońską herbatkę”, czyli zatopienie ładunku herbaty należącej do Kampanii Wschodnioindyjskiej przez tłum bostończyków przebranych (niezwykle nieudolnie zresztą, skoro bez trudu ich rozpoznano) za Indian. W polskich podręcznikach szkolnych najczęściej pisze się, że chodziło o wysoką cenę tej herbaty oraz o cło, jakie na nią nałożyli Brytyjczycy. Niemniej podręczniki amerykańskie (no może nie te dla szkół podstawowych) podają, że ceny monopolisty, czyli Kampanii Wschodnioindyjskiej popieranej przez rząd w Londynie, były niższe, niż te, które amerykańscy koloniści płacili do tej pory przemytnikom. Przemytem herbaty z innych źródeł niż brytyjskie zajmowali się bowiem bostońscy biznesmeni. Wprowadzenie monopolu firmy brytyjskiej, który w ogóle na jakiejś dziwnej zasadzie, doprowadził do niższych cen herbaty, doprowadziło do podpuszczenia bostońskiego tłumu i aktu wandalizmu, który w konsekwencji doprowadził do opresyjnych ustaw, jakie przeciwko Amerykanom wprowadzili ich rodacy ze starego kraju, a te z kolei do buntu amerykańskich kolonii. I znowu, jak pamiętamy, umiejętnie skierowana nienawiść do króla Jerzego III (jak wiemy, Deklaracja Niepodległości zredagowana praktycznie w większości przez Thomasa Jeffersona, to w ogromnej części „litania” oskarżeń przeciwko monarsze, który tak naprawdę pewnie o „swoich przewinach” w ogóle nie wiedział).

Tłum jest groźny, ponieważ sam potrafi się nakręcić, ale tak naprawdę praktycznie sam się raczej nie nakręca. Robią to ludzie, którzy potrafią nad nim zapanować. Umieli to robić jakobini, umieli to robić przywódcy komuny paryskiej, czy później bolszewicy. Do tego trzeba znać zasady działania tłumu, ale również znać jego nastroje. Nie każde hasło rzucone „na chybił trafił” poderwie tłum. Przywódcy tłumu to najczęściej prawdziwe „zwierzęta polityczne” posiadające genialne wyczucie nastrojów. Niekiedy nad takimi nastrojami wcześniej pracują.  Mikołaj II nie był jakimś krwiożerczym potworem. Co prawda to nie tłum doprowadził do śmierci cara i jego rodziny, a wyrok bolszewików, który był zbrodnią z premedytacją, ale tłum był czynnikiem, który doprowadził go do abdykacji (podczas rewolucji lutowej). Tłum kierowany przez marynarzy i przywódców bolszewickich (Czym jest prawdziwe przywództwo? – pytają poradniki dla menadżerów. Odpowiedzią jest pociąganie za sobą przy pomocy osobistego przykładu) skierował swoją nienawiść przeciwko władzy, którą nie tak dawno sam sobie wybrał. Oczywiście potem, kiedy władza okrzepła, a część żuli będących przywódcami tłumu wciągnięto do aparatu partyjnego, z całą resztą sobie już poradzono. Bolszewicy doskonale wiedzieli, jak potężny potrafi być tłum, więc opracowali metody panowania nad nim, które były dość proste i też psychologicznie uzasadnione. Sterroryzowane jednostki nie myślą bowiem nawet, żeby się zbierać w tłum. Kiedy zaś się je jednak w tłum zbiera, są już na tyle zastraszone, że swoją nienawiść skierują ku każdemu, kogo im wskaże wódz. Na tej zasadzie Kraj Rad musiał opuścić Lew Trocki, zaś cały szereg innych straciło życie przy poklasku zebranych delegatów robotniczo-chłopskich. Ze sterowania posłusznym tłumem Stalin uczynił sztukę, w której był niedościgłym mistrzem. Z jednej strony terroryzował jednostki w tłumie, a z drugiej wlewał w ten tłum dumę z tego, co tenże tłum rzekomo (a czasami faktycznie) osiągnął.

poniedziałek, 6 maja 2013

Kiedy tłum czuje swoją siłę (3)



Kiedy zbiera się tłum porwany jakimś chwytliwym hasłem, tam nie ma już miejsca na dyskusje i cywilizowane spory polityczne czy światopoglądowe. Działanie tłumu doskonale pokazał Henryk Sienkiewicz w „Ogniem i mieczem” opisując natychmiastowy wyrok, jaki na rzekomych zdrajcach wykonali zgromadzeni Kozacy, roznosząc ich na szablach. Ekranizacja tej powieści w reżyserii Jerzego Hoffmana do szczytów sztuki filmowej nie należy, ale akurat ta scena została świetnie oddana. Zgromadzony tłum nie myśli, a tylko podchwytuje hasła ogłaszane przez przywódców, którzy z kolei wynoszą na zewnątrz słowa Chmielnickiego. Jeżeli ten uznaje atamana koszowego za uczciwego Kozaka, wszyscy podchwytują i powtarzają jego słowa „koszowy brat nasz!” Kiedy Chmielnicki arbitralnie uznaje, Tatarczuk i Barabasz to zdrajcy, tłum się nad niczym już nie zastanawia, bo już dyszy nienawiścią do swoich dwóch byłych towarzyszy.

Kiedy zbiera się gromada ludzi i ktoś podrzuci hasło, z którym większość się utożsamia, ludzie ci je podchwytują i stają się podatni na kolejne hasła tego samego człowieka, choć niektórzy, gdyby przysłuchiwali się im gdzieś przed telewizorem, pewnie zechcieliby z nimi polemizować. Kiedy ten, który pierwszy takie hasło rzucił, widzi pozytywną reakcję tłumu, nabiera pewności siebie a później staje się przywódcą owego tłumu. Dzieje się to niemal na zasadzie indukcji hipnotycznej.

Święty Cyryl, ale nie brat świętego Metodego, a żyjący cztery stulecia wcześniej biskup Aleksandrii, znany był jako człowiek bezkompromisowy, a przy tym mówca umiejący trafić do tłumów wiernych. Przy pomocy 500 mnichów i tłumu aleksandryjskich chrześcijan wypędził z miasta Żydów, którzy do tej pory stanowili tam jedną z najliczniejszych diaspor ówczesnego świata. Egipscy Żydzi byli siłą o dużym znaczeniu w Aleksandrii. Ponieważ ze względów doktrynalnych nie byli zadowoleni z rozwoju chrześcijaństwa, dopuszczali się przemocy wobec chrześcijan, a nawet podpalali ich kościoły. Cyryl, zebrawszy tłum, doprowadził do całkowitej zmiany oblicza miasta, stając się faktycznym jego władcą, co doprowadziło do konfliktu z oficjalnym cesarskim prefektem. Przy jego okazji, fanatyczny tłum pod wodzą diakona Piotra zamordował aleksandryjską uczoną, matematyczkę i filozofkę, Hypatię. Wcześniej była ona obiektem ataków z ambon jako czarownica i satanistka. Jakbyśmy to dziś powiedzieli, „mowa nienawiści” zrobiła swoje. Motłoch wywlekł uczoną z powozu, zdarł z niej ubranie, wyłupił oczy i ukamienował. Historycy twierdzą, że za wszystkim stała zazdrość biskupa Cyryla o popularność w mieście. Nie pomogła jej bierność wobec niszczenia pogańskich świątyń (sama nie praktykowała żadnej religii). Odpowiednio skierowany tłum zrobił swoje.

Warto się przy tej okazji zastanowić, dlaczego na początku V wieku n.e. w ogóle było możliwe zorganizowanie takiego fanatycznego tłumu i skierowanie go przeciwko intelektualistce. To ostatnie może aż tak dziwne nie jest, ponieważ mechanizm szczucia jednych ludzi na drugich jest znany od zarania dziejów, ale jak było możliwe przyciągnięcie takich tłumów na stronę chrześcijaństwa? Ten mechanizm chyba nie najgorzej pokazuje Alejandro Amenábar w swoim skądinąd niezbyt porywająco zrealizowanym filmie „Agora” poświęconym właśnie męczeństwu Hypatii. Aleksandria, jak zresztą każde inne miasto czy to w tamtej, czy w wielu innych epokach, pełna była biedoty. Kalectwo z kolei skazywało człowieka na żebranie lub śmierć głodową. Tymi starożytnymi „wykluczonymi” aktywnie zajmuje się Kościół, organizując dla nich rodzaj szpitali lub przytułków oraz karmiąc ich. Za ogromną wdzięcznością wobec dobroczyńców idzie wiara w Ewangelię, czyli optymistyczną „dobrą nowinę”. Kiedy gromady biedaków nauczyły się wierzyć, w to, co im mówią chrześcijańscy duchowni, ci ostatni mogli już nimi dowolnie sterować. Ten mechanizm nazywamy dziś populizmem.

Generalnie słowo „populizm” stało się dzisiaj słowem-pałką, którym bije się po głowie wszelkie argumenty, które trafiają do szerokich mas społeczeństwa. Ludzie, którzy uważają się za przedstawicieli elit, czy to intelektualnych, politycznych czy ekonomicznych, z pogardą odnoszą się do większości obywateli, którzy się „nie znają”, „nie rozumieją złożoności sytuacji” itd. itp. Oczywiście to wszystko może być prawda, ale bardzo często za przypięciem komuś łatki „populisty” stoi egoizm własnej grupy, albo wręcz zła wola. Nie mówię tutaj o rzeszach tzw. „młodych wykształconych z wielkich miast”, bo ci tak samo nic nie rozumieją, tylko wierzą, że powtarzając za swoimi „guru” krytykę „populistów” sami stają się członkami „wtajemniczonej elity”.

Przykład bestialskiego morderstwa dokonanego przez  rozfanatyzowany tłum podpuszczony przez biskupa, pokazuje, jak fatalne skutki może mieć zaniedbanie. Aleksandryjska społeczność żydowska nie interesowała się miejską biedotą, uczeni z Serapejonu i Biblioteki Aleksandryjskiej również nie wykazywali się jakąś wrażliwością społeczną. A tymczasem wystarczyło zagospodarować te doły społeczne, żeby stać się polityczną potęgą. Zadziałał więc prosty mechanizm, który w okresie Hellady klasycznej oddawał władzę tyranom.

sobota, 4 maja 2013

Kiedy tłum czuje swoją siłę (1)



Mimo, że niektórzy „intelektualiści” okrzyknęło historię jako dziedzinę wiedzy, od której niczego nie można się nauczyć, na najprostszym poziomie rozumowania pozostanie ona nauczycielką życia. Historia jest bowiem kopalnią przykładów często dość prostych mechanizmów, w których jak na dłoni widać błędy w postępowaniu jednych i ich wykorzystanie przez innych.

Wszystkie sposoby politycznego rozumowania jednostek i tłumów znane już były w starożytności. Miasta greckie powinny być przez nas traktowane jak minilaboratoria polityki. Ich dzieje pokazują np., że tam, gdzie ludzie, nazwijmy ich „dobrej woli”, popełniają błędy, w tym dopuszczają się zaniedbań, o co jest dość łatwo, bo nie wszystko człowiek jest w stanie ogarnąć (że posłużę się tym modnym dziś słowem), tam często władzę przejmują ludzie, których starożytni nazywali tyranami.

Pizystrat, który przejął władzę w Atenach po Solonie, oparł się na attyckiej biedocie, choć sam akurat był właścicielem kopalń złota. Solon, postać stawiana za przykład reformatora wprowadzającego zmiany w ustroju państwa, które później przyjęło formę demokratyczną (ustrojowi Solona do demokracji było jeszcze daleko), nie wziął pod uwagę sytuacji niezadowolonych warstw społecznych, co skrzętnie wykorzystał żądny władzy Pizystrat. Ten ostatni urządził fałszywy zamach na swoją osobę, po czym poprosił o przyznanie mu gromady ochroniarzy. Kiedy pozwolono mu ją zorganizować, przejął w 561 r. władzę w Atenach i nawet udało ją mu się przekazać swoim synom.

Tyrani generalnie tym się różnili od greckich monarchii i oligarchii, że o ile te ostatnie opierały się na arystokracji, ci byli typowymi przywódcami niezadowolonego tłumu. Dzisiaj nazwalibyśmy ich populistami, choć oczywiście w żadnym wypadku nie byli to demokraci. Przy pomocy uzbrojonych gromad niezadowolonego tłumu zdobywali władzę dyktatorską. Niektórzy tyrani mieli pewna wizję rządzenia państwem, jak wspomniany Pizystrat, wprowadzali reformy pozwalające budować lepsze zaplecze dla swojej władzy niż tylko gromada pałkarzy. I tak np. wprowadził system państwowych pożyczek dla ubogich rolników, czy też ulgi podatkowe. Na dodatek był wielkim mecenasem kultury! Niemniej swoją władzę opierał na sile, jaką mu dawała grupa początkowo niezadowolonych ze swojego losu obywateli, których reformy wielkiego Solona jakoś nie uszczęśliwiły.

Starożytny Rzym to z kolei przykład utrzymywania się u władzy polityków, którzy sprytnie umieli manipulować tłumem plebsu. Ponieważ państwo to nie posiadało konstytucji, która wyraźnie określałaby zakres praw i obowiązków poszczególnych urzędników państwowych, praktycznie każdy z nich mógł wystąpić z inicjatywą ustawodawczą. Dawało to szerokie pole do popisu dla trybunów ludowych, którzy, jeżeli byli dobrymi mówcami, porywali za sobą tłumy plebsu obietnicami dostaw taniego zboża i oliwy. Można zaryzykować tezę, że podlizywanie się proletariuszom rzymskim stało się, paradoksalnie w mieście rządzonym jednak przez arystokratów, podstawą działania warstw rządzących. Pod koniec ustroju republikańskiego miasto terroryzowały agresywne gromady młodych ludzi kierowanych przez pozbawionych skrupułów politycznych awanturników typu Klodiusz czy Milon. Republikę obalono przy pomocy wojska i to wojsko pozostanie już do końca istnienia tego państwa ostatecznym czynnikiem władzy, ale nadal nawet najpotężniejsi cesarze podlizywali się rzymskiemu tłumowi. Trzeba przy tym zaznaczyć, że rzymscy proletariusze wcale nie byli po prostu ubogimi ciężko pracującymi ludźmi wyzyskiwanymi przez bogaczy. Były to raczej biedne nieroby przyzwyczajone do życia na koszt państwa.

Nie znaczy to, że nie było w starożytnym Rzymie ludzi, którzy nie myśleliby o mądrych rozwiązaniach kwestii miejskiej biedoty. M.in. próbowano rozdać im ziemię publiczną na wsi, której Rzym miał bardzo dużo po swoich podbojach, żeby z miejskich nierobów uczynić pracowitych rolników. Zamysł szlachetny, ale wielce utopijny. Na domiar złego, tę ziemię publiczną często już zagarnęli bogacze, którym teraz trzeba było odebrać. Trybun Tyberiusz Grakchus przypłacił to życiem, zaś młodszy brat, który dekadę później również objął władzę trybuńską, tak się zapędził w zwalczaniu arystokratów, że doprowadził m.in. do patologicznego wyzysku prowincji przez pozbawionych skrupułów przedstawicieli warstwy bankierów i biznesmenów. Niedobrze jest, kiedy motywacją polityka jest zemsta.

wtorek, 15 maja 2012

O ochlosie i sloganach (3)


Pamiętne wydarzenia związane z obroną krzyża postawionego przez harcerzy po katastrofie smoleńskiej pokazały, jak działają ludzie w tłumie. Jakie instynkty może wywołać samo przebywanie w grupie ludzi, którzy kierują się podobnymi emocjami. Sam zwrot „obrońca krzyża” to w tym wypadku dość perwersyjna gra słów, ponieważ w sensie dosłownym broniono pozostawienia na miejscu konkretnego krzyża, czyli konkretnego przedmiotu (oczywiście o znaczeniu symbolicznym, to jasne), który chrześcijanie zwykle umieszczają na grobach i w miejscach upamiętniających zmarłych, ale w umysłach tłumu nastąpiła transformacja tego krzyża przyniesionego przez harcerzy już nie tylko w symbol chrześcijaństwa, ale w samo chrześcijaństwo, a może w samego Chrystusa. W związku z tym nastąpiło proste skojarzenie – kto chce usunąć krzyż z Krakowskiego Przedmieścia, ten jest wrogiem chrześcijaństwa, a więc wrogiem samego Boga! Tak oto przebywając w tłumie można wpaść w zbiorową paranoję.

Tymczasem niejeden Polak krytykował i samą obecność wielkiego cmentarza przed pałacem prezydenckim, oraz demonstracji obrońców krzyża. Ci, którzy wysuwali logiczne argumenty, byli automatycznie odsądzani od czci i wiary, bo tłum nie dyskutuje – albo jesteś z nim, albo przeciw niemu. Nie trzeba było długo czekać, aż pojawił się ochlos innego rodzaju. Mianowicie zaczęli przychodzić oglądać i kpić z katolickich demonstrantów „młodzi wykształceni z dużych miast”, czyli często podchmielona młodzież, choć również i rozrywkowo nastawieni starsi, którzy w sposób wulgarny i chamski dokuczali modlącym się fanatykom harcerskiego krzyża. Ochlos to ochlos i w tym wypadku, choć od początku byłem absolutnie za zniknięciem demonstracji z centrum Warszawy, to jednak większą niechęcią zacząłem w tym momencie pałać do pijanych pajaców, którzy zachowywali się właśnie jak typowa tłuszcza, jak banda lumpów, która tak naprawdę niczego nie reprezentuje oprócz wulgarnych słów i obscenicznych gestów.

Drugą stroną medalu jest bowiem faktyczne istnienie olbrzymiej części polskiego społeczeństwa, która tak naprawdę wcale nie jest świetnie wykształcona, ale wystarczy, że postawi się naprzeciw fanatyków religijnych i od razu wzrasta jej poczucie własnej wartości. Działa bowiem prosty mechanizm – tamci to ciemnogród, a my to właśnie „młodzi wykształceni”. To niestety takie proste nie jest.

Jak już w poprzedniej części wspomniałem, wielu ludzi zaczyna alergicznie reagować na hasła patriotyczne, ponieważ są one nadużywane przez środowiska prawicowe. Oczywiście są też tacy, którzy jawnie i wprost deklarują się jako kosmopolici, dla których wszelkie związki z własnym krajem są wynikiem przypadkowego urodzenia się w tymże kraju. Co więcej, ludzie tacy często przyjmują taką postawę jako wynik przekonania, że w cywilizowanym świecie (pojmowanym jako przeciwieństwo naszego zaścianka) taka postawa jest obecnie obowiązująca. Wielkim rozczarowanie może być dla nich faktyczne zetknięcie się z cudzoziemcami z owego cywilizowanego świata, którzy będą się do nich odnosić najpierw jako cudzoziemców z postsowieckiej strefy wpływów, potem jako konkretnie Polaków, a dopiero na końcu jako potencjalnych kandydatów do przyjęcia do swojego grona. Trudno jest pojąć rzeczywistość, w której cywilizowani, tolerancyjni i europejscy Niemcy deklarują, że muszą przede wszystkim jednak pilnować własnej gospodarki, w której demokratyczni i kosmopolityczni Anglicy dochodzą do wniosku, że na integracji z Europą Wielka Brytania wcale dobrze nie wychodzi, w której Flamandowie czy Szkoci okazują tendencje separatystyczne w imię węziej pojmowanej wspólnoty narodowej. To się wszystko dzieje w tym zachodnim „cywilizowanym” świecie.

Dobrze, tutaj możemy stwierdzić, że wszędzie są jacyś nacjonaliści i każdy naród ma swoje ciemnogrody, ale my, ludzie światli, zawsze się odnajdziemy i ze sobą dogadamy. Niestety to nie zawsze tak jest. Wbrew pozorom nasze narodowe idiosynkrazje są poprzez proces dorastania w konkretnym środowisku tak silne, że nigdy nie wiemy, kiedy nas coś zaszokuje w innym „cywilizowanym” kraju. W Belgii mogą nas zaskoczyć otwarte pisuary na ulicach i choć tak naprawdę w oddawaniu moczu nie ma niczego dziwnego, a my jesteśmy otwarci na cywilizację, w tym wypadku niejeden z nas dozna co najmniej pewnego wewnętrznego zgrzytu, bo przecież wprost na ulicy sikać może tylko ktoś kompletnie pijany. No i bingo – z tych pisuarów korzystają przecież piwosze! Co ciekawe, nie spotkałem w Belgii otwartych pisuarów dla kobiet. Co jest do diaska? Czyżby tamtejszy ciemnogród nie słyszał o równouprawnieniu kobiet? No a w takiej Szwecji, gdzie chłopcom w przedszkolu nakazuje się siusiać na siedząco, żeby nie wykształcać w nich „kulturowej stereotypizacji roli płci”, te belgijskie pisuary to chyba symbol najgorszego męskiego szowinizmu.

Wyższość cywilizacyjna, bo o kulturowej nie ma co dyskutować, gdyż jest to pojęcie bardzo relatywne i kontrowersyjne, w jednej dziedzinie nie musi się wiązać z innymi aspektami życia. Tymczasem, ktoś, kto bezkrytycznie kupuje całość stylu życia jakiegoś kraju zachodniego, wychodząc z założenia, że na tym polega cywilizacja, jest po prostu śmieszny. Polscy emigranci, którzy np. zmieniali raz lub kilkakrotnie państwo zamieszkania, doskonale wiedzą, że nie ma czegoś takiego jak jednolita kosmopolityczna kultura europejska. Co więcej, gdziekolwiek się pojawią, będą wszędzie odbierani jako Polacy, choćby nie wiem jak się odżegnywali od swoich korzeni.

Kiedy ktoś wszem i wobec deklaruje, że ma alergię na hasła patriotyczne, to warto się zastanowić, jak to zostanie odebrane. Taką deklarację można bowiem zinterpretować tak, że oto te szczytne hasła są tak często nadużywane przez środowiska bardziej lub mniej inteligentnej prawicy, że faktycznie zaczynają się one kojarzyć wyłącznie z tymi właśnie ugrupowaniami, z którymi ktoś o poglądach lewicowych się nie zgadza. Nie znaczy to, że nie kocha Polski, albo że ma coś przeciwko honorowi, ale że po prostu nie chce, żeby mu jakiś polityczny przeciwnik narzucał sposób okazywania patriotyzmu. Niestety taka prosta deklaracja może też być odebrana jako manifestacja wrogości wobec własnego kraju i jego symboli. I oczywiście nie ulega wątpliwości, że ugrupowania prawicowe skwapliwie taką deklarację tak właśnie zinterpretują i chętnie publicznie człowieka głoszącego ową deklarację alergii na hasła patriotyczne napiętnują i potępią. W dodatku przybędzie im kolejny argument na to, że środowiska lewicowe są z gruntu antypolskie.

W Białymstoku środowiska prawicowe zorganizowały akcję znaną w krajach zachodnich jako „miejska partyzantka”, ale w naszym przypadku nie było to np. urządzenie trawnika w miejscu, gdzie władze miejskie przez lata utrzymywały stan pustego bezpańskiego placu, tylko o adaptacji komunistycznego pomnika, „oswojenia” go i przyjęcia do grona symboli patriotycznych. Na Placu Uniwersyteckim, na terenie parku, który w XVIII wieku był cmentarzem żydowskim (zamkniętym już w wieku XIX), stoi olbrzymi pomnik poświęcony Bohaterom Ziemi Białostockiej odsłonięty w 1975 roku. Na szczęście nie przedstawia on żadnych figur, a więc nie ma też sowieckiego sołdata niosącego „wyzwolenie” białostoczanom, przez niejednego może zostać ominięty obojętnie. Ponieważ jednak mimo wszystko był symbolem władzy komunistów nad miastem, Związek Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego, Klub Więzionych Internowanych i Represjonowanych oraz Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych postanowiły pomnik „odkomunizować”  poprzez umieszczenie na nim wielkiego napisu „Bóg Honor Ojczyzna”. Co do tego, że co w granicach rozsądku odkomunizować można, to odkomunizować należy, nie mam wątpliwości, bo wbrew choć jestem fanatykiem wypowiadania się w duchu stanu faktycznego, a więc jestem za tym, żeby doceniać to, co dobrego dokonało się w Polsce w czasach PRLu, to jednak co do idei szerzenia sowieckiej dominacji pod lewicowymi hasłami oraz co do samej jej realizacji w postaci totalitarnego reżimu, nie mam żadnych wątpliwości. Ten system był zbrodniczy i symbole z nim związane powinny być usuwane, tak samo jak swastyki.

Problem teraz w tym, że białostoccy działacze związków kombatanckich napis umieścili po cichu i nielegalnie. Władze, jak to władze, na pewno najpierw się oburzyły, ale postanowiły pójść na kompromis i umieścić napis o tej samej treści, ale mniejszy, u podstawy pomnika. Na to nie zgodzili się inicjatorzy akcji. Ostatecznie prezydent miasta ustąpił i napis umieszczony przez „partyzantów” zostaje. Autor pomnika, profesor Bohdan Chmielewski, zgodził się na dorobienie orłu korony, ale sam nie chce się przyczynić do przeprojektowania całości. Białostocka „Gazeta Wyborcza” krytykuje prezydenta Truskolaskiego (PO), że „dał się zakrzyczeć”, sugerując, że powinien twardo przeciwstawić się samowolce.

Całość jest kontrowersyjna w niemal każdym aspekcie. Na gruncie prawa samowolka jest niedopuszczalna. Z drugiej strony jestem wielkim zwolennikiem podążania prawa w niektórych sprawach za rzeczywistością, tak jak to często obserwujemy w krajach anglosaskich. Działalność „partyzantki miejskiej” na Zachodzie często załatwia coś, co władze miasta zaniedbywały i jest to działalność bardzo pozytywna. Uważam np., że młodzież adaptująca stare budynki na squaty i urządzająca w nich happeningi i inne imprezy artystyczne, tworząc niezależny obieg alternatywnej (wobec tej lansowanej przez media) kultury, to piękna inicjatywa, a władze powinny w takich wypadkach okazywać większą elastyczność wobec inicjatyw obywatelskich. W przypadku „odkomunizowania” pomnika, prezydent Truskolaski wykazał się, jak mi się wydaje, dużą dozą zdrowego rozsądku. Wielkość napisu może drażnić  Dziennikarze GW nazwali go „szpetnym”. Wydaje mi się jednak, że prezydent Białegostoku wykazał się dużym rozsądkiem, nie dając pretekstu do jakiegoś regularnego zbierania się tłumów. Uważam, że nie potrzebujemy w Białymstoku kolejnego Krakowskiego Przedmieścia. Czy należy to jednak uznać tylko za przegraną legalnych władz wobec „terrorystów”? W tym wypadku nie stawiałbym sprawy w ten sposób, ponieważ wymowa pomnika komunistycznego jest jasna – był on symbolem komunistycznego totalitaryzmu. Że napis olbrzymi i artystycznie do całości jakoś tak niezbyt pasujący – to fakt. Dodatkowe natomiast pytanie to czy sama jego treść jest odpowiednia, skoro, jak starałem się pokazać, wywołuje tyle kontrowersji.

Uważam, że hasło „Bóg Honor Ojczyzna”, z którym ktoś się może nie zgadzać ze względów światopoglądowych, należy potraktować jako symbol historyczny, hasło Polskich Sił Zbrojnych z czasów II wojny światowej, które jak najbardziej do „odkomunizowania” się nadaje, a niekoniecznie musi być odbierany jako nawoływanie ateistów do nawracania się na katolicyzm. To, że na banknotach mamy książąt i królów Polski, nie znaczy że sami jesteśmy monarchistami.

Oczywiście z tymi ukłonami w stronę historii też należy zachować ostrożność, ponieważ wczorajsza wiadomość o decyzji prezydenta Gdańska o przywróceniu napisu na Stoczni „im. Lenina” nieco mnie zmroziła. Zabawa symbolami, walka na symbole i o symbole pokazała, jak wiele wewnętrznych sprzeczności implikuje. W 1980 i 1989 walka toczyła się m.in. o to, żeby usunąć symbole zniewolenia, czyli symbole sowieckiego totalitaryzmu. Kiedy to się udało, one wracają, w imię odtworzenia muzealnej wierności rzeczywistości sprzed lat. Na podobnej zasadzie prezydent Gdańska mógłby poobwieszać Długi Targ czerwonymi flagami z białymi kołami w środku, na tle których czerniłyby się hakenkreuze, no bo przecież był taki okres w historii, w którym Długi Targ tak właśnie wyglądał. Nie widzę tutaj łatwych i prostych rozwiązań, ale opowiadam się jednak za zdrowym rozsądkiem.

Przeciwnikom tych, którzy walą nas po głowie hasłami, doradzam, żeby sami wypowiadali się nieco obszerniej i nie poprzestawali jedynie na przeciwstawieniu jednego hasła innemu hasłu, albo na prostej deklaracji, że jakiegoś hasła nie lubią. Jeżeli bowiem tylko na tym poprzestaną, może się okazać, że są przeciwnikami nie tyle grup, które tych haseł nadużywają, nie tylko samej formuły hasła, ale również tego, co mają symbolizować.  

poniedziałek, 14 maja 2012

O ochlosie i sloganach (2)


Pewne rzeczy trzeba sobie wyjaśniać możliwie szybko, bo tylko wtedy zachowamy podstawową uczciwość we wzajemnych stosunkach. Chodzi o to, że przemilczanie czy to z powodów politycznej poprawności, czy nadmiernej delikatności, czy też uprzejmości, po pewnym czasie odbije nam się czkawką, ponieważ ktoś może być naszą postawą wprowadzony w błąd, a kiedy do niego dotrze, co naprawdę na jakiś temat myślimy, okażemy się hipokrytami albo, co gorsza, oportunistami.

Otóż moich lewicowo/lewacko (niepotrzebne skreślić) przyjaciół (i ile takich mam) i znajomych, muszę z góry uprzedzić, że myśląc, mówiąc czy pisząc o sprawach społecznych, ekonomicznych czy międzynarodowych, Polska jest dla mnie jedynym punktem odniesienia, na którym buduję całą swoją wypowiedź. Jestem otwarty na wszelkie poglądy i pomysły, ale czy w żadnej sytuacji od Polski nie będę się wymigiwał (choć od decyzji konkretnych rządów jak najbardziej tak!), ani się jej wyrzekał.

Niejednokrotnie zresztą podkreślałem swoje lewicowe korzenie. Pochodzę z łódzkiej robotniczej rodziny. Dziadek ze strony ojca był członkiem przedwojennych lewicowych związków zawodowych, które pozostawały w politycznym ścisłym kontakcie z Polską Partią Socjalistyczną, zaś ojciec w młodości pozostawał pod wpływem propagandy stalinowskiej, zaś później, mimo braku przynależności partyjnej, twardo popierał socjalistyczny ustrój PRL i sojusz z ZSRR.

Poglądy ojca uważam za wynik młodzieńczego zaczadzenia propagandą sprawiedliwości społecznej, której siły oddziaływania doradzałbym nie lekceważyć swoim prawicowym przyjaciołom (jeśli takich mam) i znajomym. Jednakowoż polityczne sympatie dziadka całkowicie rozumiem. Jako robotnik, a przy tym człowiek bardzo inteligentny, pojętny i oczytany, praktycznie na politycznej arenie przedwojennej Polski nie miał alternatywy – chyba że wśród endecji, która była też ruchem populistycznym i wśród polskich robotników również znajdującą poparcie. Dziadek chyba członkiem PPSu nie był (choć babcia twierdziła, że tak), ale przedwojennego „Robotnika” prenumerował.

Komunistyczna propaganda dorobiła przedwojennym socjalistom taką gębę, że ktoś nieuświadomiony w latach rządów komunistów mógłby pomyśleć, że była to partia praktycznie prawicowa (ha! skoro tyle potrzeba było rozłamów w tej partii, żeby w końcu znaleźć grupkę, która pójdzie na współpracę z komunistami, a więc z agentami Moskwy, bo taka była prawda, choć oczywiście nie każdy członek przedwojennej KPP był tego świadomy). Jeśli ktoś zadał sobie trud i przestudiował przedwojenny program PPS, ten wie, że była to partia niezwykle lewicowa, a w programie miała m.in. reformę rolną, która faktycznie nie różniła się od tej wprowadzonej w życie przez komunistów po wojnie. Nie wdaję się tutaj w ideologiczne niuanse różnych nurtów w polskim ruchu socjalistycznym związanych z frakcjami związanymi z Józefem Piłsudskim i później zwolennikami jego koncepcji polskiego socjalizmu oraz tymi od piłsudczykowskiego nurtu o wiele bardziej na lewo. Tak naprawdę piszę o tych ostatnich. Otóż nawet ci najbardziej radykalni polscy przedwojenni socjaliści byli do samego końca przeciwnikami sowieckiego bolszewizmu. Sztandar mieli czerwony, byli antyklerykałami, a przede wszystkim zwolennikami sprawiedliwego i godnego traktowania robotnika, ale zawsze pamiętali o tym, że sowiecki bolszewizm jest tak naprawdę zaprzeczeniem humanistycznych idei europejskiej lewicy.

To był jeden przydługi wstęp, a teraz będzie drugi, nieco krótszy. Wbrew pozorom hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” nie jest tak stare jak się niektórym wydaje. Zostało wprowadzone jako dewiza Wojska Polskiego, a konkretnie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w roku 1943. Oficjalnie ponownie przyjęto ją w Wojsku Polskim w roku 1993. Co ciekawe, to nie komuniści odjęli Boga z tego hasła, jak czasami myśleliśmy w młodości czytając teksty historyczne, ale faktycznie wcześniejsze było hasło „Honor i Ojczyzna”, bo wywodziło się z dewizy napoleońskiej armii francuskiej z 1802 roku. Co więcej, w II Rzeczypospolitej oficjalną dewizą były "Honor i Ojczyzna" (art. 1 pkt 6 oraz wzór nr 10 do Ustawy z dnia 1 sierpnia 1919 r. o godłach i barwach Rzeczypospolitej Polskiej — Dz.U. Nr 69, poz. 416; art. 7 ust. 3 oraz wzór nr 5 do Rozporządzenia Prezydenta  (Wikipedia).

Jeżeli więc ktoś uważa, że „Bóg, Honor, Ojczyzna”, to hasło sięgające Polski przedrozbiorowej, to jest w błędzie, ono nie obowiązywało nawet w Polsce międzywojennej.
W pewnym okresie naszej historii było dewizą Wojska Polskiego i teraz znowu jest. Gdybyśmy się zabrali do logicznej analizy jego poszczególnych części składowych, moglibyśmy znaleźć niejeden punkt spowodowany różnicami światopoglądowymi i politycznymi. Grupy prawicowe szermują tym hasłem na zasadzie wymachiwania pałką. Oto pewna znajoma swego czasu pisała na pewnym portalu społecznościowym, że „są jeszcze ludzie, dla których Bóg, Honor, Ojczyzna coś jeszcze znaczy”. Co jakiś czas ktoś mnie „uderza” takim stwierdzeniem, co oznacza, że są też inni, być może w tym ja, dla których to hasło niewiele albo nic nie znaczy. Na walkę hasłami niewiele da się poradzić, bo jak już poprzednio wspomniałem, posłużenie się taką gotową formułką niejako zwalnia tego, który ją wypowiada, z logicznego uzasadnienia swoich poglądów.

Nie ma się co oszukiwać, najbardziej kontrowersyjny jest tutaj „Bóg”, ponieważ niejako narzuca religijną interpretację patriotyzmu. De facto implikuje konieczność przyjęcia światopoglądu religijnego, co tam religijnego, powiedzmy wprost – katolickiego, w celu zasłużenia na nazwę Polaka i patrioty. Innymi słowy, musisz uwierzyć w madianicko-kanaanejską koncepcję Boga i teologię wypracowaną przez starożytnych Żydów i Greków, jeżeli chcesz, żeby cię uznano za Polaka.

Co do honoru, to wbrew pozorom, też można by polemizować. Czym innym był honor rycerski, a czym innym kupiecki. Sycylijscy mafiosi również nazywają się ludźmi honoru. Oznacza to w tym wypadku, że nie przepuszczą nawet najmniejszej obrazy, albo raczej tego, co sami za obrazę uznają, i kogoś, kto obraźliwe słowa wypowiedział, po prostu zabiją. Adam Mickiewicz w Księgach Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego honor uczynił bożkiem Francuzów. O ile bowiem kiedyś ludzie gotowi byli umierać za Boga i wiarę, to w jego czasach narody uczyniły sobie innych bogów, no i Francuzi właśnie takim bogiem uczynili honor i za honor gotowi byli umierać. Honor w tym wypadku można interpretować jako rozdętą do granic przyzwoitości pychę.

Nie przesadzajmy jednak. Intuicyjnie wiemy o co chodzi. Józef Beck w swoim przemówieniu sejmowym, w którym zdecydowanie postawił się Niemcom, stwierdził, że najważniejszą wartością w życiu narodu jest honor, co oznaczało ni mniej ni więcej, tylko to, że nie wolno ustępować silniejszemu, który czyha na naszą godność, czyli poczucie własnej wartości. W tym wypadku Czechy okazały się mało honorowe, a Polska bardzo. Nie chcę tutaj wchodzić w dalszą dyskusję na ten temat, bo znowu jedni powiedzą, że Czesi na tym swoim braku honoru zawsze wychodzili lepiej niż Polacy, natomiast inni stwierdzą, że dzięki naszemu honorowi, w ogóle cokolwiek znaczymy, bo w przeciwnym razie bylibyśmy kompletnie nikim, skoro skądinąd nie celujemy w nauce, przemyśle czy handlu.

Tak zupełnie poważnie, to honor, jeżeli jest właściwie pojęty, jest niezwykle ważnym czynnikiem w naszym „być albo nie być”, ponieważ jest niczym innym jak gotowością obrony własnej godności. Nie wolno przyjmować postawy „plują mi w twarz, a ja mówię że deszcz pada”, ale nie wolno też krzyczeć, że oto „w twarz mi napluto”, skoro naprawdę tylko deszcz padał. Ale tak przy okazji, jak to się ma z chrześcijańską (a raczej Jezusową) zasadą nadstawiania drugiego policzka? Tak naprawdę honor nie ma z nauką Jezusa nic wspólnego. W tym miejscu przypomina to trochę logiczną sprzeczność między wolnością i równością w haśle rewolucji francuskiej.

Ojczyzna, mimo, że znowu intuicyjnie niby wszyscy wiemy, o co chodzi, może wzbudzać szereg kontrowersji, jeśli zapytamy poszczególnych Polaków, czym dla nich jest. Dla niektórych jest to po prostu kraj, w którym się urodzili i w którym żyją. Dla innych będzie to miejsce, gdzie nie tylko oni sami się urodzili, ale gdzie żyli i pochowani są ich przodkowie. Jeszcze inni cynicznie stwierdzą, że „tam ojczyzna, gdzie chleb”, zaś ich skrajną przeciwnością będą tacy, dla których ojczyzna będzie czymś równie świętym jak Bóg, przed czym czasami w historii niektórzy katoliccy księża Polaków przestrzegali. Dla jednego będą to mazurki Chopina, dla innego ludowe oberki i kujawiaki, ale u kogoś innego na taką muzykę mogą wystąpić objawy alergiczne, ale w żadnym wypadku za gorszego patriotę się nie będzie uważał. Dla pewnych grup z kolei ojczyzna najlepiej się będzie manifestować w postaci klubu piłkarskiego, któremu kibicują. Ale znowu, nie przesadzajmy z tą daleko idącą relatywizacją, bo mniej więcej wszyscy wiemy, że ojczyzną jest kraj, w którym się urodziliśmy, dorastaliśmy, gdzie mieszkają ludzie, których język nie tylko rozumiemy, ale którym myślimy, gdzie wszystkie niuanse, symbole i archetypy są dla nas w lot zrozumiałe. Ponieważ tak właśnie jest, czujemy się z tym krajem związani emocjonalnie. Czujemy się też w jakiś sposób związani ze wspólnotą ludzi, którzy w nim mieszkają, choćbyśmy prywatnie każdego z nich nie cierpieli. Jest w tym niewątpliwie czynnik irracjonalny, którego prostą logiką trudno rozebrać. Niemniej ciepłe uczucia wobec własnego kraju, to rzecz, jak mi się wydaje, naturalna, pozytywna i zdrowa.

Zakładamy więc, że w imię tolerancji wobec innych światopoglądów zgadzamy się na Boga, co do honoru i ojczyzny żadnych zastrzeżeń nie mamy (no możemy oczywiście pofilozofować, ale z grubsza się zgadzamy), to w czym problem? Otóż właśnie w tych ludziach, którzy hasło to wykorzystują w celu piętnowania innych. Oto my, jedyni, którzy rozumiemy i, co najważniejsze, naprawdę czujemy, co znaczy hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna”, mamy prawo wytykać wszystkim innym brak takiego zrozumienia i wyczucia. Nie trzeba tutaj dodawać, że bardzo często za takim szczytnym hasłem mogą się skryć kompletne miernoty, które nie mają żadnego pomysłu na politykę, ale to się da właśnie załatać wielkim hasłem.

Tak przy okazji przypomniała mi się sceny z rozmaitych sztuk i filmów opisujących międzywojenne Niemcy, kiedy to nastoletni „patrioci” w brunatnych mundurach wchodzili np. do gospody i zmuszali wszystkich do odśpiewania hymnu narodowego, w tym weteranów I wojny światowej, którzy czynem i często zdrowiem udowodnili, że poświęcenie dla kraju nie było im obce. Kiedy więc młodzi ludzie, którzy jeszcze w ogóle niewiele rozumieją z otaczającej ich rzeczywistości, gorliwie chcą nakłaniać wszystkich dookoła do swojej wizji patriotyzmu i robią to przy pomocy sloganów typu „Bóg, Honor, Ojczyzna”, sytuacja robi się bardzo podobna.

Kiedy sprytni demagodzy, czyli przywódcy ochlosu, najpierw wmówią ochlosowi, że nie jest żadnym ochlosem, ale wręcz przeciwnie, „solą tej ziemi”, jedynym prawdziwym demosem, zaczynają się rzeczy co najmniej nieprzyjemne. Jeżeli człowiekowi, który w swoim życiu przeczytał kilka książek i je zrozumiał, rozhisteryzowany ochlos zechce udzielać nauk patriotyzmu przy pomocy skandowania szczytnego hasła, tenże człowiek może poczuć wewnętrzny bunt, który zaczyna się kierować już nie tylko przeciwko ochlosowi, ale samemu hasłu.

Istnieje jednak druga strona medalu, ponieważ istnieją ochlosy o innych poglądach, które też często kierują się samymi sloganami bez głębszego zrozumienia. Co więcej, pojawiają się ochlosy, które nawet własnych haseł nie mają, ale łączą się przeciwko hasłom innej grupy. Tutaj trzeba być bardzo ostrożnym przy ocenie sytuacji i przy tym, co się publicznie deklaruje. Grupy, które występują przeciwko pewnym hasłom, ponieważ używa ich ochlos jednego rodzaju, bardzo łatwo mogą wpaść najpierw w metodologiczny błąd w rozumowaniu, a potem w zidiocenie, niczym maoistyczna młodzież w Europie Zachodniej w 1968 roku.

CDN

czwartek, 10 maja 2012

O ochlosie i o sloganach (1)


Czy się to nam podoba, czy nie, ale my, ludzie urodzeni i wychowani w PRLu jesteśmy przesiąknięci pewnymi „memami” i pewnym sposobem myślenia, który sączono nam do mózgów w środkach masowego rażenia informacją, od których byliśmy uzależnieni niemniej niż dzisiejsza młodzież od komputerów i konsol. No, może trochę mniej, bo programy w telewizji leciały dopiero od 16.00. Mimo tego, że później, studiując historię, pewne schematy myślowe udało mi się szczęśliwie w mojej głowie zdemontować, ale niektóre pojęcia trzymają się mocno. Jednym z nich jest „lewactwo”. Nie „lewicowość”, ale „lewactwo” właśnie. Jeżeli komuś się wydaje, że słowo to zostało wymyślone przez Janusza Korwina-Mikke, to spieszę wyjaśnić, że nie, ponieważ pochodzi ono wprost z języka komunistycznej propagandy.

Ruchy lewackie to były w języku komunistycznej telewizji wszelkie ugrupowania, które stawiały się na lewo od komunistów, albo takie, które daleko odbiegały od komunistycznej ortodoksji. Bardzo ciekawą sprawą jest np. to, że o ile jeszcze na początku lat 20. ubiegłego stulecia upojeni zwycięstwem nad carskim systemem bolszewicy próbowali rozmaitych eksperymentów społeczno-obyczajowych, w tym np. wolnych związków partnerskich (heteroseksualnych oczywiście, bo na jawność homoseksualizmu nawet ci najbardziej postępowi raczej gotowi nie byli), to już wkrótce polityka obyczajowa Kraju Rad przybrała bardzo purytański kierunek, przystosowując się niejako automatycznie do rosyjskiej mentalności przez wieki kształtowanej przez prawosławie. Oczywiście były rozwody, a np. Beria był znanym uwodzicielem i gwałcicielem, ale oficjalnie państwo sprzyjało tradycyjnej rodzinie. Dlatego też lewicowe ruchy na Zachodzie, które oprócz inspiracji trockizmem (Lew Trocki, gdyby to on stanął na czele Związku Sowieckiego, byłby prawdopodobnie takim samym zbrodniarzem, a przy okazji już wcześniej rozpętałby wojnę przeciwko całemu światu, ponieważ za misję uważał szerzenie rewolucji po całym świecie, a nie budowanie socjalizmu tylko w jednym państwie), czy maoizmem, co generalnie świadczy o kompletnym zidioceniu zachodniej młodzieży w latach 60. ubiegłego stulecia, postulowały posunięcia zdecydowanie bardziej w kierunku wolności seksualnej (a więc rozluźnienia tradycyjnych więzi rodzinnych), w tym tolerancję wobec homoseksualizmu, co akurat ortodoksyjni komuniści uważali za przejaw zdegenerowanego popierania dewiacji.

Myślenie antylewackie w szeregach komunistów i ich spadkobierców co jakiś czas się objawia, a to np. gdy posłanka SLD mówi o tym, że w kolorowych skarpetkach chodziły „pedały”, a to gdy lider tej partii nazywa swoich „lewackich” konkurentów „naćpaną hołotą”.

Oczywiście dla młodzieńca zaczadzonego utopiami Janusza Korwina-Mikke, „lewakiem” jest każdy, kto mówi o państwie czy o społeczeństwie, ale to są naprawdę skrajne przykłady przyjęcia bałamutnej nomenklatury.

Po wyjaśnieniu aparatu pojęciowego, jakim się posługuję, przechodzę do osobistych zwierzeń. Otóż, podobnie jak pewien młodzieniec z bogatej ateńskiej rodziny o imieniu Arystokles, którego wszyscy znamy dzięki jego pseudonimowi, którym był Platon, mam zdecydowaną alergię na ochlos. Ochlos to z greki tlum/motłoch (ang. mob). Ateńczycy, którzy widzieli szereg słabych punktów demokratycznego ustroju swojego państwa, demokrację nazywali „ochlokracją”, czyli władzą motłochu. I tak byli bardziej eleganccy, niż wspomniany wyżej pan Janusz K.-M., który oprócz pretensji do wyższości kulturowej nad resztą polskiej sceny politycznej, nie gardzi takim słownictwem jak „dupokracja”. Ale zostawmy pana Janusza.

Zawsze się boję psychologii tłumu. Gustave le Bon już w XIX wieku opisał podstawową prawdę, że jeśli liczba ludzi zebranych w jednym miejscu przekracza 3, zaczyna się tłum i jego psychologia, a oznacza to ni mniej ni więcej, że inteligencja takiego ciała zbiorowego zdecydowanie się obniża w stosunku do inteligencji każdego uczestnika tłumu z osobna. To dlatego m.in. gabinety fachowców, albo gremia złożone z profesorów akademickich i to tych najwyższej próby, podejmują często głupie decyzje. Tak naprawdę już na etapie dyskusji, kiedy do głosu dochodzi psychologia tłumu, inteligencja i wiedza tych osób ulega drastycznej redukcji, co oznacza, że w rezultacie ich zachowania nie różnią się niczym od zachowań najgorszych prostaków. Jak pokazują przykłady rozmaitych parlamentów, wcale nie tylko polskiego, poziom dyskusji tych skądinąd wykształconych i inteligentnych ludzi (no dobra, nie wszystkich) sięga poziomu rynsztokowego. We Włoszech i na Tajwanie posłowie lubią sobie w dodatku dać po buzi przy pomocy zaciśniętych pięści.

Z tego powodu wszelkie demonstracje uliczne budzą we mnie poważne obawy, ponieważ wiem, że w każdej chwili sytuacja może się wymknąć spod kontroli. W tłumie nikt nie myśli, ale poddaje się jakiejś dziwnej zbiorowej emocji, która tak naprawdę w ogóle nie wiadomo skąd pochodzi. Raz w życiu, w II klasie liceum byłem na meczu Widzewa z Legią, i pamiętam, że dałem się ogarnąć jakiemuś zbiorowemu szaleństwu. Ha, pamiętam, że mi się to bardzo podobało, choć ani nie brałem wówczas jakichś środków pobudzających, ani nawet nie piłem wtedy alkoholu. Było coś, co sprawiło, że pobiegłem z kolegami i całym tłumem w poszukiwaniu kibiców drużyny przeciwnej w celu uczynienia im krzywdy. Nie były to jeszcze czasy ustawek i krwawych jatek, ale kibice okazywali agresję wobec kibiców „wrogich” zespołów. To są fakty. Jak już wspomniałem, był to mój jedyny mecz, na którym byłem na stadionie, ale to uczucie uniesienia, bezpieczeństwa (sic! bo przecież jesteś wśród tylu „swoich”) i bezkarności pamiętam do dziś. Dziś wiem, że na trybunach są przywódcy grup kibiców (kiboli), którzy tymi emocjami sterują. Ale generalnie mało kto się nad tym zastanawia. Na tym jedynym meczu, na jakim byłem najpierw gwizdaliśmy przeciwko milicji, wykrzykując wobec funkcjonariuszy niewybredne epitety, ale kiedy milicjanci zaczęli pałować kibiców Legii, którzy z niewiadomych przyczyn wylegli na murawę boiska w trakcie meczu, nagle nasze sympatie zmieniły się o 180 stopni. Teraz skandowaliśmy „brawo milicja!”. Kiedy sobie o tym dzisiaj myślę, jest mi głupio, że do tego stopnia wyłączyłem wówczas swój mózg i pozwoliłem się sterować jakimś nieznanym siłom.

Tłumy kibiców są nieobliczalne, tłumy demonstrantów z „Solidarności” mogą być nieobliczalne, nieobliczalne mogą być w końcu gromady feministek na manifie. Orientacja polityczna nie ma tutaj najmniejszego znaczenia. Ochlos jest ochlos i rządzi się swoimi prawami. W tłumie często wystarczy, że jakiś jeden człowiek rzuci hasło i zaraz sam się schowa, a tłum może nie tylko podchwycić samo hasło, ale również zacząć wcielać je w czyn.

Tłumy lubią proste i chwytliwe hasła-slogany. W czasie manifestacji nie ma oczywiście mowy jakimś myśleniu, więc hasła-symbole zastępują jakieś konkrety. Kiedy więc nie bardzo wiemy, o co nam chodzi, bo przecież znajdujemy się w tłumie, którym być może ktoś kieruje, ale na pewno nie my, i gdyby nas ktoś spytał, to musielibyśmy pomyśleć, zanim byśmy odpowiedzieli, to gotowe hasło/slogan/symbol zastępują nam logikę. Wykrzykujemy go np. dziennikarzowi do mikrofonu i mamy problem z głowy.

Demagodzy kierujący tłumami to swego rodzaju mistrzowie świata. Trybuni ludowi podsuwający tłumowi hasła powinni otrzymywać Noble dla copywriterów. Czasami jednak wcale nie muszą. We Francji prawie każdego można złapać na wolność-równość-braterstwo, choć są to trzy słowa, które w wielu interpretacjach tak naprawdę się wykluczają, ale w tłumie nikt przecież o tym nie myśli. Nie znaczy to wcale, że takie wartości jak wolność, równość czy braterstwo są z gruntu złe i że nie należą do kanonu wartości, którymi ludzie powinni się kierować. Problem w tym, że takie uniwersalne hasło może zostać zawłaszczone zarówno przez zwolennika monarchii konstytucyjnej czy umiarkowanego republikanina, jak też przez krwiożerczego jakobina.

Podobnie jest z hasłem, które ma swoją całkiem już długą tradycję w Polsce, a mianowicie „Bóg-Honor-Ojczyzna”.

CDN