Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sens. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sens. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 stycznia 2011

We Are Here: The Pale Blue Dot

Anonimowy czytelnik mojego bloga podał w komentarzu do mojego wczorajszego postu link do poniższego filmiku:



Przesłanie tego krótkiego obrazu jest proste i czytelne. Jesteśmy tylko bladym niebieskim punkcikiem w nieskończonym kosmosie i wszystkie nasze problemy, namiętności, nacjonalizmy itd. itp. w tym kontekście są tak naprawdę bez znaczenia.

Jest to prawda z jednej strony oczywista i banalna, ale z drugiej na niewiele się zdaje w codziennym życiu. Nasze codzienne życie nie może polegać na nieustannej kontemplacji nieskończoności wszechświata i znikomości naszego bytu. Nasze umysły muszą się czymś zajmować. Trzeba być wybitnym mistrzem zen, żeby tego nie robić. Każdy człowiek wypełnia czas nieustannym myśleniem. Myślenie jest wynikiem porównywania. Jest pochodną różnicowania. Gdyby człowiek przestał nieustannie porównywać, gdyby przestał myśleć w kategoriach prostych, a potem coraz bardziej skomplikowanych, opozycji, prawdopodobnie osiągnąłby nirwanę i roztopiłby się we wszechświecie. Pojawia się pytanie, czy wtedy byłby jeszcze człowiekiem, a jeżeli tak, to po co miałby być człowiekiem. Istotą naszej natury jest różnicowanie, myślenie w kategoriach nasze ego kontra wszystko, co jest od niego inne. Niewątpliwie prowadzi to do całej serii nieporozumień, bo jeśli dodamy do tego fakt, że niedoskonałość naszego języka (każdego ziemskiego języka) zmusza nas do myślenia metaforami, gdyż nie jesteśmy w stanie dotykać przy pomocy słów istoty rzeczy, to okaże się, że poza struktury językowe nie jesteśmy w stanie wyjść i to język kształtuje w nas to, o czym myślimy, że jest rzeczywistością.

Spory polityczne, namiętności i uniesienia narodowe, wszystko to, co uważamy za święte lub pogardy godne, to są oczywiście rzeczy nie mające żadnego znaczenia dla wielkiego kosmosu. Można jednak przewrotnie zadać inne pytanie. Jakie znaczenie ma cały wielki kosmos dla naszego jednostkowego życia? Co nas obchodzi to, że jakieś miliardy lat świetlnych stąd akurat powstała nowa czarna dziura, bo jakaś gwiazda zakończyła swój żywot? W jakiś sposób być może wszystkie wydarzenia w kosmosie mają jakiś wpływ na naszą planetę, a nawet na nas samych, ale nie jesteśmy tego na razie w stanie zweryfikować.

To, co w człowieku piękne, ale i śmieszne zarazem, to to, że często myślimy w kategoriach całościowych. Jako obywatele czujemy się odpowiedzialni za cały kraj. Cierpimy, kiedy widzimy, że jest źle rządzony. No, tutaj jest to często związane z konkretnymi dolegliwościami gospodarki, która każdego z nas dotyka osobiście. Jednakże w wielu przypadkach podniecamy się czymś, na co osobiście nie mamy żadnego wpływu. Przeżywamy klęskę drużyny, której kibicujemy, choć sami nie umiemy grać w piłkę tak dobrze, żeby wystąpić na boisku. Co więcej, przejmujemy się problemami ogólnoświatowymi, choć na decyzje Stanów Zjednoczonych czy Chin nie mamy najmniejszego wpływu. Lubimy sobie jednak o tym podyskutować i taka dyskusja potrafi nam zająć całkiem dużo czasu.

Tymczasem często przegapiamy lub lekceważymy to, co możemy faktycznie zrobić we własnym zakresie. Wielu drobnych biznesmenów robi z kolei coś odwrotnego. Zajmuje się właśnie tym, czym realnie mogą się zająć i zbierają tego owoce. To dlatego ich tak nie lubimy, bo oto my myślimy o całym kraju, o całej planecie lub o całym wszechświecie i nie mamy czasu na jakieś marności typu groszoróbstwo, a takie "typy o ograniczonych horyzontach" myślą tylko o sobie i o tym, żeby sobie kabzę nabić.

Myślę, że potrzebne jest pewne wyrównanie w myśleniu. Faktycznie wielu ludzi przedsiębiorczych czy twórczych niemal celowo zawęża swoje horyzonty i osiąga sukces w swojej wąskiej dziedzinie tracąc być może z pola widzenia jakąś szerszą perspektywę. Niestety wielu z nas o ambicjach intelektualnych popełnia błąd idąc w drugą stronę. Tak dalece ulegamy złudzeniu, że jesteśmy odpowiedzialni za cały wszechświat, że w rezultacie ulegamy totalnej niemocy. Brakuje nam chęci zrobienia czegokolwiek, no bo przecież jakie to miałoby znaczenie przy nieskończoności wszechświata?

Jeżeli ktoś nadyma balon metafor wmawiając ludziom absolutyzm wymyślonych przez siebie lub bezmyślnie od kogoś przejętych systemów myślowych, to oczywiście należałoby mu od czasu do czasu pokazać bezmiar kosmosu, żeby przestał się podniecać czymś, co jest wynikiem jedynie spiętrzenia przenośni, porównań i innych środków retorycznych.

Jeżeli jednak ktoś tylko gapi się w gwiazdy i dochodzi do wniosku, że będzie nierobem czekającym na śmierć, bo przecież "to wszystko i tak nie ma sensu", to... no tutaj niech każdy już sam sobie odpowie na pytanie, co sądzić o kimś takim.

Człowiek pojawił się tu, na tej planecie i z chwilą narodzin każdego z nas zaczyna się definiowanie jego miejsca. Definiują je inni, definiujemy je w jakimś stopniu sami. Dobrze jest od czasu do czasu zrobić pewien bilans, a przy tym zdać sobie sprawę z własnej znikomości naprzeciw kosmosu. Siddharta Gautama, znany szerzej jako Budda, po latach surowej ascezy, zdał sobie sprawę, że ta metoda, podobnie jak uleganie przyjemnościom i pragnieniom, też do niczego nie prowadzi. Zaproponował "drogę środka". Nie należę do żadnej grupy buddyjskiej, ale podpisuję się pod tym, że nasze miejsce jest tu, gdzie jest i złem jest zarówno uleganie wąskiemu myśleniu, które nas więzi we własnej siatce pojęciowej, a w rezultacie prowadzi do szeregu indywidualnych i zbiorowych paranoi (np. wojen, czy zamachów terrorystycznych), ale zaprzestanie działania tu, gdzie się znajdujemy, jest równie szkodliwe i głupie. Wyświechtane hasło "myśl globalnie, działaj lokalnie" ma jednak jakiś sens. "Wiedz, że jesteś pyłkiem w nieskończonym kosmosie, ale swój kawałek świata urządź sobie tak, żeby pyłkom żyło się w nim dobrze."

środa, 24 lutego 2010

O internecie i Dostojewskim z inspiracji Jana Nowickiego

Obejrzałem sobie wczoraj onetowy klip (trudno to nazwać czymkolwiek innym) pokazującym Jana Nowickiego (aktora), który czatował z internautami. Na koniec podsumował całe to przedsięwzięcie jako bezsensowne, ponieważ głupie jest samo gadanie z kimś, kogo się nie widzi (hmmm, telefon wynaleziono ponad sto lat temu), ale najgorsze jest to, że żadne z pytań zadanych przez czatujących nie wydało mu się w najmniejszym stopniu zajmujące. Wszyscy pytali go o aktorstwo, karierę, gwiazdorstwo i inne tego typu rzeczy, które wg Jana Nowickiego nie są warte rozmowy. Stwierdził, że nikt nie zadał mu istotnego pytania, jakie można zadać facetowi w jego wieku, mianowicie, czy boi się śmierci. Zakończył apelem do młodych ludzi „Pieprznijcie ten Internet i zajmijcie się Dostojewskim!”

Ten krótki materiał skłonił mnie do kilku refleksji natury ogólnej, pomijając akcydentalne szczegóły związane z Janem Nowickim. Ten doskonały aktor, jak wielu wybitnych artystów, prawdopodobnie chciałby się zapisać w pamięci widzów jako filozof, znawca życia. Nie jest moralizatorem, więc nauczycielem raczej nie chce być, ale filozofem, który popycha, czasami brutalnie, młodych ludzi do jakiegoś myślenia. Ja takie myślenie nazywam byciem prawdziwym człowiekiem, a nie konstrukcją składającą się ze słów i dyskursów.

Internet faktycznie czasami warto „pieprznąć” i spróbować się skoncentrować na zwartym tekście w formie kodeksu (mam na myśli książkę ;)) . Inna sprawa, że w Internecie często można znaleźć pozycje, o które trudno w miejscowej bibliotece. Gdyby ktoś chciał poczytać Dostojewskiego w oryginale, albo po angielsku, to jest on dostępny właśnie w Internecie. Internet ma jednak to do siebie, że rozprasza, kusi jakimiś pobocznymi atrakcjami itd. itp.

Dlaczego warto czytać Dostojewskiego. Powiem otwarcie, że tego rosyjskiego pisarza zacząłem czytać już po liceum (chyba za moich czasów nie było „Zbrodni i kary” w lekturze, a szkoda). Nastąpiło to tak późno z powodu kompleksów, jakie młody człowiek miewa pod natłokiem opinii tych, których uważa za mądrzejszych od siebie. Myśląc, że Dostojewski to nudne ponuractwa, odkładałem lekturę jego książek w nieskończoność. Kiedy jednak przeczytałem w końcu „Zbrodnię i karę”, nie mogłem się oderwać. Rzecz w tym, że Dostojewskiego czyta się fantastycznie, lekko i gładko, ponieważ ów gardzący Polakami Rosjanin był mistrzem słowa. Nie oznacza to, że przy jego lekturze doznajemy przyjemnych uczuć. Praktycznie ciągle czytelnik stoi wobec jakichś poważnych dylematów. Z przyjemnością jednak próbuje się z nimi zmierzyć, bo nie męczy go narracja. Nie musi się wgryzać w niuansiki typu „co w tym momencie autor miał na myśli”, bo to wiadomo. Nie ma u Dostojewskiego gierek językowych i pułapek semantycznych czyhających na czytelnika. Są po prostu problemy ogólnoludzkie, same „bebechy rzeczywistości”.

Świat Dostojewskiego jest niesamowity, bo choć przez cały tekst obcujemy z kloaką ludzkiej egzystencji, ani przez moment nie opuszcza nas nadzieja, że w tym wszystkim jest jakiś sens i że to szambo staje się nawozem dla rozkwitu czegoś pięknego. Oczywiście wiemy, że Dostojewski wierzącym i praktykującym wyznawcą prawosławia. Z chrześcijańskiej etyki czerpał więc całymi garściami, a w dodatku daleki był od protestanckiej fascynacji potępieniem, ale skupiał się na nadziei, najbardziej pozytywnym aspekcie chrześcijaństwa. Oczywiście była w tym jakaś naiwność, ale bilans psychiczny czytelnika po jego lekturze jest pozytywny. Ba, ma się wrażenie, że czytając powieść Dostojewskiego przechodzi się jakąś inicjację, ciężką i trudną, ale przynoszącą nową, lepszą jakość.

Niedawno na jednym z blogów, które obserwuję, autorka zachwycała się „Betonowym ogrodem” Iana McEwana. „The Cement Garden” czytałem już jakiś czas temu, ale do dziś na wspomnienie tej książki odczuwam bunt organizmu. Otóż czyta się ją bardzo lekko i łatwo, bo język jest prosty, zwłaszcza, że jest to narracja nastoletniego i niezbyt rozgarniętego Anglika. Jest nawet kilka fragmentów, które można zakwalifikować jako zabawne. W pewnym momencie człowiek uświadamia sobie, że świat w niej opisywany to totalne szambo. Postaci nie kierują się żadnymi wartościami, każdy ma każdego gdzieś, każdy żyje własnym życiem i umiera w samotności pośród doskonałej obojętności. Jeśli u Dostojewskiego jest gdzieś nadzieja, McEwan chyba ambicjonalnie postanowił odebrać czytelnikowi wszelką nadzieję. Szambo to szambo i nic więcej, porzuć wszelką nadzieję. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że od modernizmu, jeśli nie wcześniej, moralizowanie uważane jest za warsztatową słabość pisarza, nie ma się co dziwić, że literatura, a za nią krytyka i teoria, idzie w kierunku obdzierania czytelnika z nadziei i wszelkich złudzeń. Czytając niektóre recenzje tzw. intelektualistów, odnoszę wrażenie, że wartość książki mierzy się stopniem depresji wywołanej u czytelnika. Sprowadzając rzecz ad absurdum, można zaryzykować twierdzenie, że najlepszym dziełem literackim świata będzie książka, po przeczytaniu której największa liczba czytelników popełni samobójstwo w poczuciu beznadziejności egzystencji.

To dlatego po dawce współczesnej literatury anglosaskiej lubię wrócić do rosyjskich klasyków z drugiej połowy XIX wieku. I dlatego Dostojewski jest nadal jednym z najwybitniejszych autorów wszechczasów.

Wracając do Jana Nowickiego i czatujących z nim internautów. Dzieje cywilizacji to również dzieje konwencji. Przyjęło się, że nie wypada włazić ludziom z butami w duszę, interesować się ich życiem prywatnym, zarobkami, religia itd. Proporcje tematów tabu zmieniały się w zależności od epoki. Obecnie nie wypada rozmawiać o religii, ani generalnie o sensie egzystencji, ponieważ zagadnięci o te sprawy ludzie czują się atakowani, przyparci do muru, albo co najmniej zażenowani. Wszyscy śmiejemy się ze starych Anglików i ich mistrzostwa prowadzenie półgodzinnej konwersacji o pogodnie. Tak naprawdę śmiejemy się ze sztuki unikania wymiany zmian na tematy, które tak naprawdę każdego z nas nurtują, a o których nie potrafimy rozmawiać. Będą niewolnikami konwencji czatujący z Janem Nowickim prawdopodobnie nie dopuścili nawet do głowy takiej myśli, żeby zapytać go od tak intymną sprawę, jak jego stosunek do śmierci. Co do życia osobistego gwiazd nie mamy już takich oporów. Kiedyś nie wypadało pytać o czyjeś życie seksualne. Nadal zresztą nie wypada, chyba że jest się gwiazdą właśnie. Wtedy trzeba się liczyć z tym, że wpuściło się do łóżka całą bandę dziennikarzy.

Internauci pytali o to, co uważali, że aktora wypada zapytać, czyli o jego robotę. A tymczasem Jan Nowicki chciałby się podzielić swoimi refleksjami na temat życia w ogóle, bo uważa, że jego przemyślenia i odczucia są tego warte. Niestety na co dzień nie spotykamy ludzi „prawdziwych”. Nawet nasze codzienne i te prywatne rozmowy sprowadzają się do zdawkowych konwencjonalnych formułek, a jeśli nie formułek, to do bezpiecznych i „neutralnych” tematów. Chowamy się za maskami i dyskursami, a z czasem zaczynamy wierzyć, że nimi faktycznie jesteśmy. No, zresztą tak do końca bym się z tym ostatnim twierdzeniem nie spierał. Rzecz w tym, że wszystkich nas nurtują pytania o sens egzystencji i na dnie umysłu każdego z nas czai się strach. O tym niestety nie chcemy rozmawiać. Naukowcy chowają się za własnym bełkotem, nazywanym „językiem naukowym”, za którym często po prostu nie ma nic. Artyści muszą wszystko schować za formę, bo inaczej stracą prawo do nazywania siebie artystami. Kto ma więc mówić wprost o prawdziwym życiu?

Gdybym miał okazję spotkać Jana Nowickiego i pogadać z nim twarzą w twarz (żadne tam czaty internetowe), chętnie bym go zapytał o jego stosunek do śmierci. Ciekawe jednak, na ile jego odpowiedź byłaby szczera, a na ile wygrałaby osobowość artysty, aktora, czyli człowieka, który bez pozy czy maski nie potrafi żyć.