Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2009

Śmierć reżysera (13)

Moi drodzy! Dziś przedostatni odcinek Śmierci reżysera. Niektórzy pewnie się już domyślili, kto jest mordercą, ale ukrywanie tego nie było moim celem. Ważniejsze jest bowiem przesłanie, które odkryję przed Wami jutro ;)

Śmierć reżysera (13)

Woo pobiegł w kierunku toalety. Wewnątrz spotkał kilku zupełnie nieznajomych mężczyzn przy pisuarach. Tylko dwie kabiny były zamknięte. Policjant musiał podjąć szybką decyzję. Stał oto przed dylematem, czy siłą je otworzyć i sprawdzić, czy Gilbert Falcon nie został w którejś z nich pozbawiony życia, czy też spokojnie poczekać, aż obie kabiny się otworzą i ukażą się ich użytkownicy. Gdyby w żadnej z nich nie było Falcona, zachowanie Woo byłoby co najmniej niezrozumiałe. Panika, jaką by wywołał, ściągnęłaby na kłopoty na niego i na powodzenie całej operacji. Musiałby się zdemaskować jako policjant, i jako ochrona Falcona byłby spalony. Gdyby się jednak zdarzyło, że reżyser byłby w którejś z kabin, ale cały i zdrowy, znowu nic by nie usprawiedliwiało wyważenie drzwi do kabiny na oczach kilku facetów oddających się naturalnej potrzebie fizjologicznej.

Na szczęście w przeciągu 30 sekund jedna z kabin się otworzyła i wyszedł z niej jakiś drobny staruszek w eleganckim garniturze i kolorowej apaszce na szyi. Posterunkowy Woo już miał chwycić za klamkę drugiej kabiny i po prostu wyrwać drzwi, kiedy otworzył je od wewnątrz człowiek, którego posterunkowy Woo najmniej by się podziewał w tym miejscu i o tej porze.
– Kiedy pan wrócił?
– Dziesięć minut temu – odpowiedział porucznik Parson kierując się w stronę umywalki.
– I co tam w Toronto?

Wyszli z toalety do hallu. Porucznik Parson zapalił papierosa.

– Nic, ten Karpiel jest poza podejrzeniem. Ma alibi. Od razu po rozmowie z nim zadzwoniłem do starego i poprosiłem, żeby ktoś zweryfikował jego zeznanie. W noc, kiedy zamordowano starego Josha Blumsteina i piękną Cynthię, nasz pisarz był na imprezie z samym gubernatorem.
– Przecież z imprezy można się wymknąć, zamordować człowieka i wrócić.
– Tak, ale nie w przypadku Leszka Karpiela. Tom Cruise twierdzi, że bardziej gadatliwego faceta w życiu nie spotkał. Jak go dorwał, to dwie godziny mu nawijał o wielkim spisku scjentologów, którzy chcą zdobyć władzę nad światem. Z Maryl Streep rozmawiał przez godzinę na temat świadomego macierzyństwa i AIDS. Gubernatora męczył chyba jeszcze dłużej, bo znał każdy szczegół z jego życiorysu. Wypytywał go nawet, czy w dzieciństwie lubił mleko i czy brał koks, kiedy jeszcze pakował na siłowni.
– To musi to być bardzo upierdliwy facet.
– No wiesz, chyba nie. To taki typ, który nawija i nawija, a ty się świetnie bawisz.
– A, rozumiem – odpowiedział nieco zdezorientowany Henry Woo. – Ale nadal nie rozumiem, co pan tu robi.
– Morderca jest gdzieś tutaj, w ekipie Falcona. Ta mała Ramona Rodriguez odwaliła więcej dobrej roboty, niż my dwaj.
– Cholera, tak coś czułem – odpowiedział Woo. – Ale co odkryła Ramona?
– A gdzie jest Falcon? – zainteresował się nagle porucznik ignorując pytanie podwładnego.
– Myślałem, że jest w toalecie, dlatego tam poszedłem.

Falcona nadal nie było przy stole, przy którym siedział Robert Bowler. Teksańczyk czuł się jak dusza towarzystwa. Rozmawiał z otaczającą go gromadką młodych aktorek, którym prawił komplementy i obiecywał złote góry.

– Sprawdź patio, ja wyjrzę na ulicę – Parson wydał polecenie Henry’emu Woo.

Obaj wyszli z sali restauracyjnej. Woo odetchnął z ulgą, kiedy zobaczył Gilberta Falcona stojącego w rogu patio restauracji Il Cielo i wymachującego papierosem trzymanym w prawej ręce. Kiedy policjant przysunął się bliżej, usłyszał, że reżyser był w trakcie niewybrednej kłótni ze zgrabną blondynką w niebieskiej krótkiej sukience.

– Skąd ci coś takiego w ogóle przyszło do głowy? Na jakim ty świecie żyjesz, dziewczyno? Grasz w filmie? Grasz! To czego jeszcze chcesz?
– A ty co sobie myślałeś, wielki panie reżyserze, że można mnie wziąć do łóżka a potem z niego wykopać? Czy ja jestem jakaś pierwsza lepsza panienka idąca do łóżka z każdym, kto jej obieca pomóc w karierze? Nie wiedziałam, że jesteś takim bydlakiem!
– No to było dobre! A za kogo ty się do cholery uważasz? Za jakąś gwiazdę? To, że na Broadway zagrałaś kilka rólek, a może nawet kilka poważnych ról, tutaj gówno znaczy! Jesteś tak samo nikim, jak setki panienek, które się przewinęły przez moje studio.

Dziewczyna była wściekła. Woo od razu poznał, że nie należała do takich, które w takich wypadkach wybuchają płaczem i chcą popełniać samobójstwo. Należała do tego innego typu ludzi Hollywood. Była zdeterminowana osiągnąć to, czego chciała. Czy to ona jest sprawczynią tych wszystkich zabójstw? Woo czuł, że w tym momencie była gotowa zamordować Falcona.

Reżyser jednak nie dał jej szansy ani na atak, ani na żadną inną reakcję, ponieważ gwałtownie się odwrócił i szybkim krokiem udał się w kierunku sali, gdzie zabawa trwała w najlepsze.

– O, Gilbert – usłyszał posterunkowy Woo, którego wzrok nie opuszczał reżysera. – Możemy pogadać?

Policjant spojrzał na dziewczynę, jakby spodziewając się, że ta może zaraz wyjąć pistolet i wymierzyć w kierunku mężczyzny, który ją tak podle potraktował. Natychmiast jednak odwrócił się w stronę, gdzie jeszcze przed dwiema sekundami stał Gilbert Falcon. Woo pomyślał, że reżyser wszedł razem z człowiekiem, który go zawołał do sali, ale kiedy stanął przy wejściu do niej, nie dostrzegł reżysera.

– Widziałeś Gilberta? – spytał jego asystenta, który stał w przejściu rozmawiając z dwiema aktorkami.
– Tak, przed chwilą tędy przechodził. Poszedł chyba w tamtą stronę. Nie wiem, czy szykuje jakąś niespodziankę, bo wszedł do kuchni.
Woo natychmiast przeszedł przez salę pełną gości i omijając kelnera wychodzącego z kuchni wszedł do tego zaparowanego pomieszczenia, w którym kucharze uwijali się przy włoskich potrawach o przyjemnym zapachu. Posterunkowy zastanawiał się, dlaczego Falcon w ogóle tam się znalazł jeśli faktycznie był w kuchni. Po chwili znalazł się na zapleczu, gdzie dostrzegł otwarte drzwi wychodzące prosto na mały parking od strony wąskiej drogi dochodzącej do N Wetherly Drive.

– Czego chcesz? – pytał Falcon. – Chcesz mnie zabić, tak jak Spearsa, Blumsteina i Cynthię? Dlaczego? Co ci strzeliło do głowy? Co myśmy ci zrobili?

Woo nie czekał na odpowiedź człowieka, który trzymał Falcona na muszce Glocka kaliber 9 mm. Korzystając z tego, że ani napastnik ani ofiara nie zdawali sobie sprawy z jego obecności za otwartymi drzwiami zdecydował się na szybki skok wytrącający broń z ręki mężczyzny. Pistolet poszybował na dach jednego ze stojących tam samochodów. Napastnik jednak, szybko się obracając na ziemi wyrwał się z objęć posterunkowego Woo i zdołał się podnieść.
Policjant błyskawicznie skrócił dystans, ale tylko unik, jaki zrobił w ostatniej chwili, pozwolił mu uniknąć potężnego prawego prostego napastnika. Woo spróbował uderzenia prawym hakiem w żołądek przeciwnika, ale ten zręcznym obrotem zszedł z linii ciosu i zaatakował prawym kopnięciem bocznym. Woo udało się zmienić trajektorię stopy przestępcy przy pomocy delikatnego bloku lewą ręką. Prawie w tym samym czasie policjant rzucił się na ziemię blokując lewą nogę przeciwnika swoją prawą stopą, a lewą kopiąc go w kolano. Napastnik upadł. Tym razem Woo nie pozwolił mu na powstanie. W walce w parterze był mistrzem. Przestępca próbował zadawać ciosy rękami i nogami, ale Woo nie pozwolił mu na żadną swobodę ruchów. Po chwili trzymał już przeciwnika leżącego na brzuchu z obiema rękami wykręconymi do tyłu. Przytrzymanie kryminalisty w tej pozycji lewą ręką i sięgniecie prawą po kajdanki było dla posterunkowego Woo sprawą rutynową.

– Tam są – doszedł go głos porucznika Parsona.

Kiedy chłopcy ze wsparcia otoczyli ich mierząc z pistoletów do obezwładnionego napastnika, Woo powiedział:

– Dobra, mam go. Już po wszystkim.

Porucznik Bruce Parson podszedł bliżej nadal mierząc z pistoletu w leżącego.

– Zabezpieczcie broń – rozkazał, wskazując na Glocka, który nadal znajdował się na przedniej masce bordowego Porsche.
– Odwróćcie go – ponownie wydał dyspozycję policjantom, których latarki jasno oświetlały człowieka na ziemi.
– To ty? – ze szczerym zdziwieniem spytał Henry Woo. – Mój Boże! Dlaczego?

sobota, 17 stycznia 2009

Śmierć reżysera (11)

A z gazem będzie tak, że będziemy kupować ten ruski, ale od Niemców za większe pieniądze. Obym był złym prorokiem!
Tymczasem kolejny odcinek opowiadania:

Śmierć reżysera (11)

Kiedy porucznik Parson jadł wraz z inspektorem Rousseau doskonałe polskie pierogi z kapustą w Cafe Polonez przy Roncesvalles 195, posterunkowy Woo od godziny znajdował się na planie filmowym.
Falconowi nie wystarczyły 3 godziny. Kiedy zasnął tuż po odjeździe Parsona, obudził się dopiero o pierwszej po południu. Woo skorzystał z okazji, że jeden z policjantów przydzielonych do ochrony reżysera się obudził i też uciął sobie drzemkę. O pół do drugiej wraz z Falconem pojechał do studia, gdzie na tego ostatniego czekał już jakiś czerstwy siedemdziesięciolatek w białym kapeluszu i cygarem w ustach. Po obecności przy nim dziewczynki, na oko dwunastoletniej, Gilbert Falcon poznał, że to musi być Robert Bowler, właściciel pól naftowych w Teksasie, który na stare lata zwariował na punkcie filmu. Tak naprawdę był zwariowany na punkcie swojej jedynej wnuczki i spadkobierczyni, małej Nathalie, która właśnie przechodziła etap marzeń o zostaniu gwiazdą filmową.
– Gilbert – powiedział Teksańczyk po powitalnych formalnościach. – Musisz wiedzieć, że dla tego dzieciaka zrobię wszystko. Powiedziała „Dziadku, ty wszystko możesz, zrób dla mnie film w Hollywood.” Jesteś jeszcze młody, Gilbert, to masz prawo jeszcze tego nie rozumieć, ale jak się ma siedemdziesiąt lat i taka dama mówi do ciebie „dziadku, ty wszystko możesz”, to czujesz, że twoje życie nie poszło na marne. Ja, widzisz, całe życie harowałem. Zaniedbywałem żonę i córkę, ale teraz stać mnie na to, żeby dać tej małej wszystko, czego sobie życzy.
– Na pewno będzie pan zadowolony, panie Bowler – odpowiedział Falcon.
– Robert, mów mi Robert, synu. Mówię ci, najważniejsze, żeby ta zarozumiała smarkula była zadowolona – ostatnie słowa były wypowiedziane z taką czułością, że nikt nie miał wątpliwości, że ta „zarozumiała smarkula” była jego całym światem.
– Przepraszam bardzo, panie... to znaczy Robert, tylko wydam odpowiednie dyspozycje i jestem cały wasz.
Gilbert Falcon odwrócił się do Henry’ego Woo i lekko kiwnął głową.
– Chodź, przedstawię cię komuś.
Posterunkowy Woo, który do tej pory uważnie przyglądał się ludziom robiącym wrażenie niezwykle zajętych, nie zauważył błysku złośliwości w oku Falcona. Reżyser miał już dosyć policjantów w swoim otoczeniu. Był tchórzem i z pewnością bał się o swoje życie. Wydawało mu się jednak, że w towarzystwie starego Teksańczyka, który (był o tym przekonany) nie rozstaje się z bronią, nic mu nie grozi.

Weszli do hali z dekoracją imitującą wnętrze jakiegoś magazynu. Nie była to droga scenografia, ponieważ poustawianie tekturowych pudeł, ani same pudła nie kosztowały drogo.
– Tak jest! – krzyczał mężczyzna mniej więcej w wieku posterunkowego Woo, a w dodatku nieco do niego podobny. – Teraz złap go za nadgarstek i wsadź mu kopa pod pachę. Bardzo dobrze.

Dwóch czarnych mężczyzn w dresowych spodniach i podkoszulkach posłusznie wykonywało polecenia instruktora o azjatyckim typie urody.
– Henry, pozwól, że ci przedstawię Anthony’ego Longa, naszego specjalistę od wschodnich sztuk walki. Tony jest z Hongkongu – powiedział Falcon. Mężczyźni wymienili formalne zwroty grzecznościowe.
– Skąd jesteś? – spytał instruktor walki. – Czekaj, nie mów nic. Ciekawe, czy zgadnę.
Nagle przeszedł na dialekt kantoński.
– Przepraszam, ale nie rozumiem cię – przerwał mu Woo.
– Czekaj, czekaj! Wiedziałem, że jesteś z północy! Shandong? Nie, czekaj! Henan! Zgadłem?
Niestety ja mówię tylko po kantońsku i angielsku.
– A ja niestety tylko po angielsku – odpowiedział Woo.
– Jak to, to nie jesteś tym mistrzem długiej pięści, który miał dołączyć do naszego zespołu?
Woo musiał podjąć szybką decyzję czy podać się za jakiegoś chińskiego mistrza kung fu, który zaczynał swoją wielką karierę w Hollywood, czy też powiedzieć prawdę omijając tylko fakt, że jest policjantem. Pierwsza opcja odpadała, ponieważ łatwo wyszłoby na jaw, że nie mówi ani po kantońsku, ani po mandaryńsku, a przy tym styl długiej pięści Shaolin znał tylko z filmów.
– On ma dołączyć do naszego zespołu! – wtrącił Falcon ze szczególnym naciskiem na „ma dołączyć” – ale nie jest tym Chińczykiem.
– No właśnie. Jestem Amerykaninem. Czwartym pokoleniem urodzonym i wychowanym w Los Angeles.
– No tak! Ameryka! Przecież ten kraj przyciągał nas już od dawna – ze śmiechem przyznał Anthony Long.
– Dobrze, chłopcy – powiedział Falcon. – Zostawię was na moment samych. Już idę, Robert.
Ostatnie słowa były skierowane do teksańskiego milionera, który wraz ze swoją wnuczką pojawił się w drzwiach studia.
Woo musiał po raz kolejny podjąć szybką decyzję. Uspokoił swoje sumienie myślą, że przecież na oczach tylu ludzi nikt Falcona nie zastrzeli.
– Dobra, chodź tu – powiedział Anthony Long. – Pokaż co potrafisz.
Woo zawahał się.
– No chodź, chodź. Chcesz tę robotę, czy nie?
Policjant podszedł do Longa.
– Uderz mnie – zażądał reżyser scen walki. Posterunkowego Woo trochę to rozśmieszyło. Przypomniały mu się bowiem wszystkie filmy kung fu Jackie Chana i te starsze z Brucem Lee.
– Ile razy? – zapytał.
– Co? – Chińczyk robił wrażenie zdezorientowanego. Zwykle na taką komendę, kandydaci na następców Stevena Seagala, podchodzili i próbowali zadać jakiś niemrawy cios, który Long bez trudu parował, po czym przechodził do szybkiego kontrataku, który rozkładał wschodzącą gwiazdę kung fu na łopatki.
– No ile razy mam cię uderzyć? – wyjaśnił Henry Woo.
– Ha! Spróbuj choć raz!
– Ale mam spróbować tylko raz, czy przynajmniej raz?
– Spróbuj przynajmniej raz!
Henry Woo nie przybrał ani postawy bokserskiej, ani typowej dla judoki. Jednym ledwo zauważalnym skokiem skrócił dystans do Longa. Jego ręce, które do tej pory swobodnie spoczywały w kieszeniach, nagle zadały trzy krótkie ciosy, po czym lewa chwyciła instruktora za prawy nadgarstek, prawa zaś objęła go w pasie. Obracając się w lewo, Woo naciągnął Longa na plecy, po czym rzucił na podłogę.
Chińczyk natychmiast przerzucił nogi ponad swoją głowę, po czym wybił się z pleców, by po chwili powstać efektownie skacząc na stopy i od razu stając w pozycji zaczepno-obronnej. Uśmiechał się, ukazując dwa rzędy zadbanych białych zębów.
– Judo, co? A przedtem jakieś ciosy z aikido, albo może z tai-chi?
– Ale skuteczne, co? – spytał rozbawiony policjant.
– Niewątpliwie skuteczne, ale zupełnie nie filmowe – odpowiedział reżyser scen walki. – Od razu widać, że świetnie umiesz się bić. Na ulicy pewnie doskonale sobie radzisz, albo radziłeś, kiedy byłeś nastolatkiem. Gdybyśmy jednak w filmach pokazywali realną walkę, nikt by ich nie chciał oglądać. To dlatego liczyłem, że Gilbert przyprowadzi gościa od długiej pięści. Wiesz, tam w Shaolin w prowincji Henan uczą długich kopnięć, skoków, ciosów na daleki dystans. Rozumiesz? Ja dobrze wiem, że w walce liczy się skrócenie dystansu i uniemożliwienie ruchów przeciwnikowi, ale na ekranie to fatalnie wygląda.
– No dobra, to w takim razie, pokaż co mam robić, mistrzu – powiedział Woo ironicznie, ale przyjaźnie zarazem.
– Tony – powiedział Chińczyk. – Mów mi po prostu Tony.
Woo mimowolnie poczuł sympatię do człowieka, którego niedawno posłał na deski studia. Widać było, że żyje tym, co robi, że chińskie filmowe kung fu jest dla niego taką samą pasją, jak dla niego praca policjanta.
– Pokażę ci kilka filmowych sztuczek – powiedział Long.

czwartek, 15 stycznia 2009

Śmierć reżysera (10)

Dziś dziesiąty odcinek Śmierci reżysera. Powoli zbliżamy się do końca tego opowiadania. W międzyczasie dzieje się na świecie i w Polsce mnóstwo rzeczy wartych skomentowania!

Śmierć reżysera (10)

Marek Fołtyn zwrócił się do świeżo przybyłego Karpiela.
– Leszku, panowie są z policji, chcą z tobą porozmawiać.
Szeroki uśmiech, jakim obdarzył koleżanki i kolegów po powrocie z Kalifornii, znikł z twarzy chudzielca.
– Słucham panów, o co chodzi?
– Nazywam się Rousseau, inspektor Rousseau z O.P.P., a to jest porucznik Parson z Los Angeles, a konkretnie z Beverly Hills – przedstawił siebie i swojego amerykańskiego kolegę kanadyjski policjant.
– Z Los Angeles, ze Stanów? – zaśmiał się dziennikarz. – Może coś przegapiłem, ale chyba jeszcze nie nastąpiła aneksja Kanady do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Ja wiem, że wam się do marzy od dwustu lat, ale w 1812 roku wam się nie udało. Mam nadzieję, że nadal jestem poddanym jej królewskiej mości.
– Panie Karpiel, na pewno Stany Zjednoczone nie zaanektowały jeszcze Kanady, a już na pewno nie zrobił tego stan Kalifornia – odezwał się Bruce Parson. – Chciałbym jednak, żeby nam pan pomógł w pewnej sprawie.
– Słucham. Proszę pytać. Może usiądziemy? – zaproponował.
– Z przyjemnością – odpowiedział Philip Rousseau.
– Napiją się panowie kawy? – zaproponował redaktor Fołtyn.
– Bardzo chętnie – również odpowiedział Rousseau, a Parson kiwnął głową na znak aprobaty.
Wyciągnął z teczki zdjęcie Cynthii Jay.
– Panie Karpiel, chciałbym panu pokazać pewne zdjęcie, ale zanim to zrobię, chciałbym, żeby mi pan powiedział, gdzie dokładnie pan spędził ten tydzień.
– To nie jest żadna tajemnica. Byłem w Paramount Pictures, na, uwaga, wyraźne zaproszenie firmy, gdzie spędziłem owocny tydzień na spotkaniach z reżyserami i innymi scenarzystami.
– Innymi scenarzystami? – zdziwił się Parson.
– A tak! Wreszcie ktoś docenił moją pracę. Wygrałem internetowy konkurs na scenariusz filmu sensacyjnego. Jak to mówicie w Ameryce: nigdy się nie poddawaj! Od pięciu lat dobijałem się ze swoimi scenariuszami w Hollywood, aż wreszcie przyjęli jeden z nich w Paramount, to chyba nazywa się sukces, co?
– Z pewnością. W takim razie gratuluję panu.
– Muszę się pochwalić, że to jest w tym i moja zasługa – wtrącił Marek Fołtyn, który wrócił, a wraz z nim śliczna filigranowa szatynka z kawą. – Trzeba panom wiedzieć, że Leszek to bardzo zdolny człowiek. Nie tylko rzetelny dziennikarz, ale również doskonały pisarz. To ja pierwszy po przeczytaniu zbiorku jego opowiadań, powiedziałem „Chłopie, ty ruszaj z tym do Hollywood! Filmy powinni kręcić na podstawie twoich historii”.
– Tak było – zgodził się wesoło chudzielec. – Ale przyznasz Marku, że początkowo się naśmiewałeś z moich spiskowych teorii.
– Spiskowe teorie niezbyt się sprawdzają w rzeczywistości, ale w kinie są doskonałe – wtrącił Rousseau.
– Kiedy po raz pierwszy pojechał pan do Hollywood ze swoimi tekstami? – zapytał Parson.
– Jakieś pięć lat temu. Pamiętasz, Marku – zwrócił się do swojego szefa – to chyba było po tym, jak mnie ochrzaniłeś za ten artykuł o jankeskich zakusach na prowincję Ontario?

Marek Fołtyn zaśmiał się.

– No bo wtedy ostro przesadziłeś. Wtedy też przyszedł mi do głowy pomysł, że z taką wyobraźnią nadajesz się do pisania scenariuszy do filmów sensacyjnych.
– Powiedział pan, że wyleciał do Kalifornii tydzień temu. Dokładnie tydzień? – spytał Parson.
– Dokładnie to było sześć dni temu, w zeszłą niedzielę. Dziś jest piątek. Niech pan wreszcie powie, o co chodzi.
– Proszę mi tylko powiedzieć, gdzie pan spędził poprzednią sobotę?
– Był tutaj! – wtrącił wesoło redaktor Fołtyn. – Mieliśmy taką małą imprezę. Imieniny koleżanki Joanny.
– Przepraszam, co świętowaliście? – spytał Parson.
– Imieniny, poruczniku. Imieniny to taki piękny polski zwyczaj. Wziął się z obchodzenia dnia świętego patrona danej osoby.
Parson pokiwał głową wykazując zrozumienie dla egzotycznych obyczajów ludzi pochodzących z innej kultury.
– A wczoraj między siódmą wieczorem a dziewiątą?
– Wczoraj? Wczoraj to była wielka impreza na zakończenie tego mini-stażu.
– Oczywiście może pan powiedzieć, kto pana na nim widział?
– Cha cha cha! Oczywiście, że mogę przedstawić świadków. Dwóch Stevenów, Jodie, Arnie, Meryl, Sylvester...
– Przepraszam, czy to są inni scenarzyści, jak to pan powiedział?
– No, koledzy scenarzyści też byli, ale ludzie, z którymi głównie rozmawiałem, to Steven Spielberg, Steven Seagal, Jodie Foster, Meryl Streep, Sylvester Stalone, a poza tym może pan spytać swojego gubernatora, którego spytałem, czy miałbym szansę zbudować trochę mięśni na tych chudych kościach. I wiecie co? Powiedział, że spokojnie. Trening i odpowiednie odżywki i mam szansę.

Parson patrzył na chudzielca w milczeniu. Na pewno człowiek ten był strasznie zarozumiały, w żaden sposób jednak nie pasował do psychologicznego profilu mordercy. Parson znał ich tysiące.

– No dobra! Gadajcie, o co chodzi. Czy złamałem jakieś kalifornijskie prawo? Ja dobrze wiem, że tam u was człowiek nigdy nie wie, kiedy popełnia przestępstwo. Zastrzelisz sąsiada, jest OK, adwokat cię z tego wyciągnie, a przejedziesz kota to cię posadzą na krzesło.
– Pan naprawdę ma bujną wyobraźnię – powiedział spokojnie porucznik Parson. – W Kalifornii wstrzykuje się truciznę.
– O, jeszcze lepiej. I pewnie myślicie, że jesteście bardziej humanitarni od tych, co smażą ludzi na krześle?
– Leszek, daj spokój – łagodnym głosem wtrącił inspektor Rousseau.
– No to macie coś do mnie, czy nie? – Karpiel uniósł nieco głos.
Porucznik Bruce Parson wziął głęboki oddech.
– Nie, niczego panu nie mam do zarzucenia. Chciałbym tylko spytać, czy poznaje pan tę kobietę – powiedział wręczając dziennikarzowi zdjęcie Cynthii Jay.
Karpiel spojrzał i już otworzył usta, żeby zdecydowanie zaprzeczyć, ale zawahał się i przyjrzał się zdjęciu nieco dokładniej.
– Nie jestem pewny. Usta i nos jakby znajome. Oczy? Nie wiem. Nosiła zawsze przyciemnione okulary... No i włosy. Miała długie blond włosy. Może to więc nie ona.
– Kto, panie Karpiel? Kogo pan rozpoznał na tym zdjęciu?
– Przypomina mi Sylvię Jones. Dyrektorkę działu produkcji jakiegoś małego studia filmowego. Poznałem ją w jakimś barze, kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Kalifornii spróbować szczęścia ze scenariuszami.
– Jaki charakter miała ta znajomość?
– Że co? – zdziwił się Karpiel. – A, rozumiem. Wam tam w Kalifornii wszystko się od razu kojarzy z seksem. Nie, nie. Nic z tych rzeczy. Zachowywała się jak bardzo dobra kumpela. Pani dyrektor, szycha w studio filmowym, a ja chudy kandydat na scenarzystę. Wie pan, była bardzo sympatyczna. Stanowcza, profesjonalna. Rozumie pan, taka pewna siebie suka, ale równocześnie trochę jak opiekuńcza ciocia. Wzięła moje opowiadania, ale na drugi dzień powiedziała, że są gówno warte, więc lepiej, żebym sobie dał spokój z pisaniem.
Parson znał już tę historię. Teraz jednak ciekawiło go, czy Karpiel znał jakieś inne ofiary tego procederu.
– Ja się potem zorientowałem, że to jej studio to jakieś maleństwo produkujące tanie badziewie, a ja mierzyłem wyżej, więc się specjalnie nie przejąłem. Ja, wie pan, łatwo się nie poddaję. Ja nawet teraz wiem, co pan sobie o mnie myśli. Że oto frajer wygrał jakiś konkurs i myśli, że złapał Pana Boga za nogi, a tu gówno, bo w Hollywood trzeba cały czas być obecnym i pilnować swoich interesów. Ale tak się już dzieje. Mam tam już nawet swojego agenta, a przede wszystkim za mój pierwszy scenariusz już mi zapłacono! Kasa jest już na koncie.
– Ależ, ja panu serdecznie gratuluję, panie Karpiel – odpowiedział Parson wcale nie zaskoczony tą tyradą młodego człowieka zachłyśniętego własnym sukcesem. – Proszę mi tylko powiedzieć, czy zna pan jeszcze kogoś, jakichś innych ludzi, od których Sylvia, jak ją pan nazywa, brała scenariusze do przeczytania?
– Nie – zdecydowanie i szybko odpowiedział Leszek Karpiel. – Wie pan, ja, kiedy poznałem Sylvię, byłem zarozumiałym gówniarzem. Poczułem się tak wyjątkowy i ważny, że miałem gdzieś kolesi, którzy tak jak ja dobijali się o swoją szansę.

To akurat było podobne do profilu chudzielca, jaki w swojej głowie naprędce wypracował porucznik Parson.

– I nie wie pan, że Cynthia Jay, bo tak się naprawdę nazywała pańska Sylvia, wraz ze swoimi kolegami, nakręciła film na podstawie pańskiego opowiadania?
– Co? Naprawdę? Którego?
– Specjalnie mnie to nie dziwi – odpowiedział Parson. – Ten film nigdy nie był grany w kinach. Taka tania produkcja na DVD.
Amerykanin wyjął z teczki opakowanie z płytą i podał Karpielowi.
– To prezent od kalifornijskiej policji.
– Hollywoodzki ojciec chrzestny? – zaśmiał się chudzielec. – To jeden z moich najsłabszych tekstów. Wie pan, byłem młody. Ale historia.
Spojrzał na nazwisko scenarzysty.
– Gilbert Falcon? Pierwsze słyszę – Karpiel lekceważąco wydął wargi. – Wie pan, poruczniku. Całe szczęście, że Sylvia ukradła to opowiadanie i że to nie ja jestem autorem scenariusza do tego badziewia. W zawodach artystycznych liczy się reputacja. Wolę, żeby moje nazwisko kojarzono z tym filmem, który zrobi Paramount!

środa, 14 stycznia 2009

Śmierć reżysera (9)

Dziś odwiedzimy inny kraj wraz z bohaterem mojego opowiadania. Mam nadzieję, że prawdziwy redaktor naczelny, prawdziwego czasopisma polonijnego, którego redakcja mieści się w pobliżu miejsca akcji, nie obrazi się za wykorzystanie zbyt wielu szczegółów jego wyglądu zewnętrznego. Przecież wszelkie podobieństwa do osób prawdziwych są zupełnie, ale to zupełnie przypadkowe ;)

Śmierć reżysera (9)

– Słuchaj Gilbert – Parson zwrócił się do Falcona. – Nadal zależy nam, żeby cię nikt nie zastrzelił. Musisz więc współpracować, zgadzasz się.
– Mam was już serdecznie dosyć, ale zgadzam się. Złapcie tego świra i niech się już to wszystko skończy.
– Dobra. Posterunkowy Woo nie będzie cię od tej pory odstępował. Dwaj policjanci, którzy teraz chrapią na całe Los Angeles, będą cię nadal dyskretnie ochraniać, ale Henry będzie cały czas przy tobie, więc musisz wymyślić mu jakąś rolę. Nie wiem, możesz go przedstawiać jako obiecującego scenarzystę, albo aktora. Rób jak chcesz, ale masz się go trzymać.
– Jeżeli posterunkowy jest tak skuteczny, jak ci dwaj dyskretni, to niech nas Bóg ma w swojej opiece – żachnął się Mark Ruben. Przecież od razu było widać, że za nami jadą.
– No i dobrze – odciął się Parson. – Dzięki temu zabójca jeszcze nie zastrzelił twojego klienta. Widział gliniarzy i się do niego nie zbliżył.
– Fajnie w takim razie. Z tego punktu widzenia, na pewno masz rację – odpowiedział sarkastycznie Ruben.
– W porządku – Gilbert Falcon wreszcie doszedł do głosu - posterunkowy Woo będzie kolejnym chińskim aktorem mającym grać w scenach walki. Wezmę go dziś na plan, gdzie pokażę mu niby studio.
– Ja bym wolał, żeby mnie pan nie przedstawiał jako chińskiego aktora kung fu – odezwał się Henry Woo.
– Dlaczego? – zdziwił się Falcon – przecież w policji uczą was chyba jakichś sztuk walki, co?
– Nie chodzi o sztuki walki, ale o moją chińskość. Jestem piątym pokoleniem urodzonym i wychowanym w Stanach Zjednoczonych. Już mój ojciec nie mówił ani słowa po chińsku.
– No dobra, darujemy sobie tę chińszczyznę, ale będziesz specjalistą od sztuki walki.
– Niech będzie – zgodził się posterunkowy Woo.
– Ale teraz dajcie mi się wreszcie zdrzemnąć, chociaż dwie godziny!

Porucznik Parson wyszedł przed dom, żeby bez świadków porozmawiać z lotniskiem, żeby zarezerwować lot do Toronto i ze swoim szefem, żeby uzyskać fundusze na podróż. Poprosił też, żeby ktoś się skontaktował z policją prowincji Ontario w celu zapewnienia sobie ich współpracy. Pół godziny później miał już wszystko. Bilet czekał na niego na Los Angeles Intl. Airport.

W samolocie zajął miejsce obok jakiegoś chudzielca, który jak opętany walił w klawiaturę swojego laptopa. Parson pomyślał o tym, jak to się zmieniają czasy. Jeszcze dziesięć lat temu można było spotkać ludzi, którzy w domu nie mieli nawet komputera stacjonarnego. Teraz każdy młodziak to świr, który z komputerem się nigdy nie rozstaje.

Pięć i pół godziny lotu Bruce Parson wykorzystał na regenerujący sen. Na lotnisku czekał na niego inspektor Rousseau przedstawiciel samego komisarza Juliana Fantino. Towarzyszył mu konstabl Schmidt. Parson kiedyś już współpracował z Kanadyjczykami, miał więc pewne znajomości w Królewskiej Kanadyjskiej Konnej, obsługującej większość prowincji swego kraju. Ontario i Quebec stanowiły wyjątek. Policja Prowincji Ontario była siłą organizacyjnie niezależną.

Jeżeli Parson miał jakieś obawy co do współpracy z Kanadyjczykami, to uśmiechnięty zwalisty brunet około czterdziestki je rozwiał.
– Szuka więc pan niejakiego Leszka Karpiela, z tego, co zdążył powiedzieć mi sam szef – zagadał Rousseau już w samochodzie prowadzonym przez konstabla Schmidta.
– Wie pan, inspektorze..
– Philip – przerwał mu inspektor Rousseau.
– OK, Philip – odpowiedział Parson – Bruce. Nie wiedziałem, że mój stary nawiąże kontakt z samym komisarzem policji Ontario.
– Oni się chyba znają z młodości. Nie pytałem szefa o szczegóły.
– Podejrzewamy Karpiela o wielokrotne morderstwo osób, które ukradły jego opowiadanie i wykorzystały przy kręceniu filmu.
– O, to ciekawe. Myślicie, że z tego powodu człowiek może być tak zdeterminowany, żeby zaraz zabijać kilka osób?
– O, to nie znasz artystów. Są do tego stopnia przewrażliwieni na własnym punkcie, że nie ma chyba innej grupy zawodowej bardziej podatnej na paranoję.
– No dobra, zobaczymy, co wyciągniemy od tego Karpiela.
– Mówiąc szczerze, jeżeli go w ogóle zastaniemy, będzie to oznaczało, że to nie on. Ostatnie morderstwo popełniono dziś w nocy.
– To w takim razie, po co się tłukłeś pół dnia z Kalifornii do nas? Wystarczyło poprosić nas, żebyśmy wszystko sprawdzili.
– No niby tak... – zaczął Parson.
– Nie mamy zaufania do Kanadyjczyków, co, Bruce? – zaśmiał się Rousseau.
– Nie, to nie w tym rzecz. Nawet jeśli Karpiel nie jest zabójcą, to chcę mu zadać kilka pytań, które mogą mnie naprowadzić na dalszy ślad. Nie był bowiem jedynym, od którego ofiary ukradły pomysły na scenariusze.
– Dobra, zobaczymy w takim razie.
Wysiedli z samochodu na Roncesvalles Avenue w pobliżu skrzyżowania z Grafton. Weszli do budynku redakcji Polish News. Nie było żadnej recepcjonistki, jak się spodziewali, ale od razu spore pomieszczenie, w którym siedziało może ok. pięciu osób przy komputerach.
– Czym mogę panom służyć? – zapytał dość wysoki mężczyzna o sympatycznym wyrazie twarzy. Mógł mieć około pięćdziesiątki, ale na pewno nie zdradzała tego jego głowa. Facet nie tylko nie miał śladów przerzedzania się włosów, albo ich siwienia, ale mógł wręcz zaimponować niejednemu nastolatkowi gęstym i ogromnym ciemnoblond afro.
– Inspektor Rousseau, Policja Ontario – przedstawił się Kanadyjczyk. – Pan jest tu może szefem?
– Tak, Marek Fołtyn, redaktor naczelny Polish News.
Facet z afro na głowie wyraźnie czuł lekkie podenerwowanie, które pokrywał miłym uśmiechem.
– O co chodzi panowie?
– Czy pracuje w pańskiej redakcji niejaki Leszek Karpiel?
– Tak, to jeden z moich najlepszych reporterów. Czy Leszek komuś się naraził? Wie pan, to jest bezkompromisowy dziennikarz, tak samo zresztą jak my wszyscy tutaj...
– To między innymi próbujemy ustalić – odpowiedział Rousseau. – Czy to któryś z obecnych tu ludzi?
– Nie – odpowiedział redaktor Fołtyn. – Leszek wyjechał tydzień temu do Kalifornii, ale prawdopodobnie dziś będzie z powrotem w Toronto.

Parson drgnął nieznacznie. Podejrzany jest więc w Kalifornii, zastrzelił Spearsa, Blumsteina i Cynthię Jay, a teraz pewnie zasadza się na Falcona. Cała nadzieja w młodym Woo. Parson całkowicie ufał policyjnym umiejętnościom tego chłopaka.

W tym samym momencie otworzyły się drzwi wejściowe za plecami Parsona i inspektora Rousseau.

– Sie ma, ferajna! Wujek Leszek wrócił z wakacji! – usłyszeli donośny głos naśladujący kalifornijski akcent, który dla Kanadyjczyków z Ontario brzmiał bardzo zabawnie.
– O, to jest właśnie Leszek Karpiel, człowiek, z którym chcecie rozmawiać – powiedział redaktor Marek Fołtyn.
Porucznik Bruce Parson odwrócił się, żeby ze zdziwieniem odkryć, że stał przed nim chudzielec z samolotu.

wtorek, 13 stycznia 2009

Śmierć reżysera (8)

Dziś ósma część opowiadania. Umieszczam ją dopiero po północy, bo zaczęła się już normalna praca, a po pracy jeszcze dodatkowe zajęcia.

Śmierć reżysera (8)

– Jaką rolę w tej twojej karierze filmowej odegrała Cynthia? – spytał posterunkowy Woo.
Falcon zawahał się, ale w końcu zaczął mówić.
– Cynthia przynosiła całe stosy opowiadań, a często gotowych scenariuszy. To była niesamowita dziewczyna. Chodziła po różnych spelunach, żeby, jak mówiła, ćwiczyć swoje umiejętności aktorskie. Przebierała się albo za postrzeloną artystkę, za bizneswoman, albo za znudzoną żonę jakiegoś bogatego dupka, która szuka przygód. To ją kręciło. Przy tym z każdej takiej wyprawy coś przynosiła. Najczęściej wiadomości o tym, co się robi w wielkich studiach. Czasami przyprowadzała jakiegoś frajera, który wykonywał dla nas jakąś robotę za bezcen. Myśmy po prostu cięli koszty na wszystkim, co się dało. Inaczej dawno by nas już tutaj nie było.
– Czy mówi ci coś nazwisko Leszek Karpiel? – spytał porucznik Parson strasznie się krzywiąc przy wymowie tego obcego nazwiska.
– Nie, człowieku, pierwsze słyszę – odpowiedział Falcon. Parson znał się na ludziach. Ponad dwudziestoletnie doświadczenie pracy w policji wyrobiło w nim intuicję, która nigdy go nie zwodziła. Teraz też wiedział, że Falcon nie kłamie.
– Ty, Gilbert, jesteś bezbłędny! Ukradłeś człowiekowi pomysł na scenariusz. Właściwie przepisałeś jego opowiadanie, wprowadzając nieznaczne zmiany, i nawet nie zapamiętałeś jego nazwiska. Oczywiście! Dla ciebie to był jakiś frajer, nieudacznik, który był skazany na porażkę. Za to ty widziałeś się zawsze w roli wielkiego reżysera. Wszystko jasne.
Falcon poczerwieniał na twarzy, ponieważ nawet przeróbka opowiadania autorstwa Karpiela nie była jego dziełem. Na potrzeby filmu tekst zaadoptowała sama Cynthia, która miała świetne wyczucie dialogu.
– Jak ona to robiła?
– Co? – ocknął się nieszczęsny reżyser.
– No jak zdobywała te scenariusze? – spytał Parson.
– Są takie miejsca w Hollywood, gdzie spotykają się różnego rodzaju ludzie filmu. Tam też pojawiają się frajerzy, którzy chcą się wkręcić do tego świata. Chcą wpaść komuś w oko, zawrzeć znajomość, w jakiś sposób zaistnieć. Cynthia bezbłędnie rozpoznawała kandydatów na aktorów, reżyserów czy scenarzystów. Tych ostatnich łatwo było poderwać, bo to przeważnie zakompleksione łajzy. Wobec pisarzy zawsze przyjmowała postawę pewnej siebie kobiety biznesu o szerokich koneksjach w świecie filmu. Do tej pewności siebie dodawała jednak dużą dawkę życzliwości. Taka przyjazna szefowa. Frajerzy od razu oddawali się jej pod opiekę. Ona niby to od niechcenia napomykała, że jak chcą to mogą jej przynieść jakiś scenariusz, albo opowiadanie do przejrzenia, a ona da to do oceny odpowiednim ludziom z branży.
– I co? Facet nigdy jej już nie widział na oczy?
– A nie! Cynthia była profesjonalna we wszystkim, co robiła, ale przede wszystkim doskonale grała swoją rolę. Gdyby się nie pojawiła na kolejnym spotkaniu, ktoś w końcu mógłby zacząć jej szukać, robić jakieś problemy, czy coś w tym stylu. Kserowaliśmy scenariusz, a ona go oddawała autorowi, mówiąc ze współczującą miną, że niestety jej fachowi koledzy ocenili jego pracę bardzo nisko. Wszystko w bardzo przyjaznym tonie. W końcu dawała człowiekowi radę, życzliwą ale stanowczą, żeby lepiej wracał do domu i do swojej poprzedniej pracy, bo do pisania dla filmu się raczej nie nadaje.
– Ale była z was para bydlaków. Nie tylko kradliście ludziom pomysły, ale jeszcze niszczyliście ich samoocenę. Ciekawe ilu popełniło samobójstwo z powodu „życzliwej” rady Cynthii. Tacy artyści to przecież wrażliwi ludzie.
– Parson, nie rozśmieszaj mnie – wydął wargi Gilbert Falcon. – Hollywood jest dla twardzieli. Tutaj mięczaki giną szybciej niż w Chicago w czasach Ala Capone. Krytycy codziennie zabijają ludzi skuteczniej niż gangsterzy ze spluwami. Tutaj trzeba umieć przetrwać.
– No tak, a ty to przecież umiesz doskonale – sarkastycznie wyrzucił z siebie Parson.
– Mnie, poruczniku – wtrącił posterunkowy Henry Woo, który do tej pory spokojnie przysłuchiwał się rozmowie Falcona ze swoim szefem – nie tak bardzo interesuje, ilu niedoszłych scenarzystów popełniło samobójstwo, ale ilu byłoby gotowych się zemścić na złodziejach swoich pomysłów.
– Według ilu ukradzionych scenariuszy nakręciliście filmy? – spytał Parson.
– Nie wiem, może z dziesięć – odpowiedział Falcon.
– I oczywiście nie pamiętasz żadnego z ich autorów?
– Już mówiłem, że nie ci ludzie mnie nie interesowali.
– A faktycznie, mówiłeś. I ja ci od siebie z kolei powiem, że gdyby któryś z tych ludzi chciał cię ukatrupić, to specjalnie bym cię nie żałował.
Falcon wstał i poszedł sobie nalać drinka.
– Poruczniku – Henry Woo zwrócił się do zwierzchnika. – Kiedy przyniosłem do pana opowiadanie tego Karpiela, przeprowadziłem już małe śledztwo.
– No, młody człowieku – odpowiedział Parson – wal śmiało.
– Tak, jak to przed chwilą wyznał pan Falcon, było wielu autorów oszukanych przez Cynthię Jay i przez niego. Zarówno Howard Spears, jak Joshua Blumstein korzystali ze scenariuszy pisanych przez profesjonalistów zrzeszonych w związku, co łatwo było sprawdzić. Tylko pan Falcon nie krępował się przedstawiać jako scenarzysta własnych filmów. W takim razie zemsta oszukanego pisarza powinna objąć jedynie Cynthię Jay i jego. Skąd więc kule z tego samego Glocka, kaliber 9 mm w głowach Spearsa i Blumsteina?
– No właśnie! Skąd? – wykrzyknął porucznik.
– Był tylko jeden film, przy którym pracowała cała czwórka. Joshua Blumstein jako producent, Howard Spears jako reżyser, a Gilbert Falcon jako scenarzysta i asystent reżysera, zaś Cynthia Jay grała główną rolę kobiecą. To był Hollywoodzki ojciec chrzestny z Cynthią w roli kochanki Roberta Colonny.
– Psiakrew! Chyba w końcu obejrzę to dzieło! – mruknął Parson.
– Dlatego właśnie przyniosłem panu opowiadanie tego Karpiela.
– Młody człowieku, mogłeś zaoszczędzić staremu szefowi całej tej nocnej eskapady do domu pana Falcona i opowiedzieć mi o tym w moim biurze.
– No tak, szefie, ale teraz dzięki panu Falconowi, wiem jak się dokładnie odbywała ta kradzież scenariuszy.
– Fajnie – odpowiedział Parson. – Jest tylko mały problem. Taki Leszek Karpiel spławiony przez piękną Cynthię mógł się rozpłynąć w ogromie przestrzeni naszego pięknego kraju, zmienić nazwisko, o ile w ogóle to było prawdziwe i teraz uderza przez nikogo nie rozpoznany, bo jak rozumiem, tylko Cynthia znała go osobiście.
– Ma pan w dużym stopniu rację – Woo przygotowywał miękkie lądowanie dla swojego szefa, zanim wykaże mu podstawowe błędy w rozumowaniu, – ale nikt przy zdrowych zmysłach nie wymyśliłby sobie pseudonimu artystycznego, którego nikt nie jest w stanie wymówić, a tym bardziej zapamiętać.
– No dobra, mądralo, więc załóżmy, że Karpiel to jego prawdziwe nazwisko, ale teraz może działać pod innym.
– Tak robią ludzie, którzy mają mentalność przestępcy, poruczniku – odpowiedział Woo, - a Karpiel to pisarz, który chciał zaistnieć, może więc już wcześniej próbował swoich sił w pisaniu?
– No, mów dalej, Woo, mów dalej. Patrząc na twoją zadowoloną z siebie gębę, wydaje mi się, że ty już dobrze wiesz, gdzie znaleźć naszego nieszczęsnego frajera.
– Jeżeli to on zabija ludzi związanych z Hollywoodzkim ojcem chrzestnym, to nie wiem, gdzie go obecnie szukać. Na pewno gdzieś na terenie Los Angeles. Wiem jednak, gdzie możemy zasięgnąć informacji o nim.
Parson patrzył pytająco, podobnie jak Mark Ruben i Gilbert Falcon. Dwaj policjanci przydzieleni do ochrony tego ostatniego nie przyłączyli się do tej manifestacji ciekawości, ponieważ korzystając z okazji obecności dwóch innych stróżów prawa, ucięli sobie drzemkę na siedząco.
Tymczasem posterunkowy Henry Woo wyciągnął z torby, którą miał na ramieniu, laptopa, rozłożył go, włączył, a po chwili postawił na ławie przed kanapą.
– Co to jest? – spytał Mark Ruben.
– To jest strona internetowa polskiego czasopisma Polish News, gdzie Leszek Karpiel pracuje jako reporter.
– Gdzie oni mają swoją siedzibę? – spytał porucznik Parson.
– Toronto w Kanadzie, Aleja Roncesvalles...

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Śmierć reżysera (7)

Dzisiaj był urozmaicony i nerwowy dzień. Padł mi rano komputer, ale teraz jest OK. Dlatego mogłem dopisać kolejny odcinek mojego opowiadania.

Śmierć reżysera (7)

Jeden z policjantów odpowiedzialnych za ochronę Gilberta Falcona, stawiał na stole dzbanek świeżo zaparzonej kawy. Razem z Markiem Rubenem i samym Falconem czekali na przyjazd porucznika Parsona. Ekipa zabezpieczająca teren i coroner przyjechali wcześniej. Fachowa wiedza tego ostatniego nie była potrzebna, żeby stwierdzić, że podobnie jak w przypadku Howarda Spearsa i Joshuy Blumsteina przyczyną zgonu był strzał w głowę z Glocka, kaliber 9 milimetrów z bliskiej odległości. Prawdopodobnie zabójca używał tłumika, ponieważ w żadnym przypadku sąsiedzi nie usłyszeli strzału.

– Widzisz, Gilbert – mówił Mark Ruben – teraz już nikt nie będzie cię o nic podejrzewał. Kiedy Cynthia została zastrzelona, siedziałeś na posterunku policji w Beverly Hills.
– Daj spokój, Mark! – żachnął się Falcon. – Nie wiem, w co się wplątała i w co oni wszyscy chcieli wplątać mnie, ale nie zasłużyła na taki koniec.

Ruben pociągnął łyk kawy.
– Nalać ci drinka? – spytał, chcąc zatuszować swoją gafę.
– Nie, dzięki! – odpowiedział Falcon. – Która to już godzina? Piąta rano? Muszę zadzwonić do studia, że przyjadę dziś później na plan. To, czego teraz potrzebuję, to ze trzy godziny snu.
– No i bardzo dobrze! – zgodził się Ruben. – Kładź się i śpij. Przypilnujemy, żeby ci nikt nie przeszkadzał, prawda chłopcy?
To pytanie było skierowane do obu policjantów, którzy bez entuzjazmu skinęli głowami. Im na razie nikt nie zaproponował nawet półgodzinnej drzemki.
– Skoro jednak jeszcze jesteśmy na nogach, to może trochę pogadamy?
Wszyscy czterej odwrócili głowy w kierunku drzwi do salonu, w których stał porucznik Bruce Parson.
– O, już jesteś Bruce – Ruben próbował się uśmiechnąć. – Jako prawnik Gilberta muszę stanowczo zaprotestować przeciwko nękaniu mojego klienta. Daj spokój, Bruce, chłopak musi się wyspać.
– Gratuluję silnych nerwów, Gilbert – Parson zwrócił się wprost do Falcona. – Kobieta, z którą łączył cię romans, siedzi z kulką w głowie przed twoim domem, a ty się wybierasz w objęcia Morfeusza, brawo! Nie ma to jak żelazne nerwy.
– Daruj sobie tę ironię, Bruce – wtrącił się Ruben. – Nie widzisz, że facet jest w szoku i jest totalnie wykończony?
– Nie ma się czego obawiać. Przecież wiesz, że dla mnie jest poza podejrzeniem, zwłaszcza po dzisiejszym. Problem w tym, Gilbert, że żeby cię chronić, musimy naprawdę wiedzieć wszystko, a ty nam wszystkiego nie mówisz.
– Mark, nalej mi jednak drinka – zdecydował nagle Falcon. – Dobra, co chcecie wiedzieć?

Bruce Parson usiadł na kanapie, na której zrobili mu miejsce dwaj policjanci.
– Kawy, poruczniku? – zapytał jeden z nich.
– Chętnie, nalejcie też Henry’emu. Też nie spał całą noc.

Posterunkowy Woo wziął filiżankę i przycupnął na parapecie okna.
– Pytajcie, tylko szybko, bo naprawdę muszę za trzy godziny być na planie – niecierpliwił się Falcon. – Nie wiem, czy sobie zdajecie sprawę, ale ja również pracuję i to ciężko. Niestety nie nazywam się Steven Spielberg i muszę wylać trochę potu, żeby zarobić parę centów. Kiedy przyjdzie ekipa, będę tam potrzebny.

Bruce Parson uniósł lekko kąciki ust, a Henry Woo bezbłędnie rozpoznał, że jego szef jest w wyśmienitym humorze. Nie pomylił się też oczekując jakiejś złośliwej odzywki z jego strony.
– Gilbert, to prawda, że praca w twojej branży to ciężki kawałek chleba, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ty.
Falcon nie zrobił wrażenia człowieka, który wyczuwałby jakąś ironię w słowach policjanta.
– Ale jeśli nadal pracujesz takimi sposobami, jak pięć lat temu, to zbytnio się chyba nie przemęczasz?
– Co masz na myśli, Parson? – warknął Falcon, do którego jednak dotarło, że stosunek porucznika nie jest wobec niego zbyt przyjazny.
– No, teraz jest trochę trudniej. Przecież nie da się nikogo wrobić w reżyserowanie, a potem samemu zgarnąć kasę za tę robotę.

Falcon zapalił papierosa, przy czym wyraźnie drżały mu ręce. Zupełnie nie wiedział, w jaki sposób porucznik przejrzał jego styl pracy. Dzisiaj wybierał się na plan, bo miał go tam odwiedzić jeden z najbogatszych sponsorów, ale zwykle kiedy tylko mógł, powierzał swoje obowiązki innym członkom ekipy. Najczęściej młodym aktorom, którzy przejawiali ambicje przywódcze. Nadchodzący dzień miał upłynąć na kręceniu niebezpiecznych scen walki – na fabrycznych rusztowaniach. Od reżyserii takich scen miał prawdziwego Chińczyka z Hongkongu. Tony Long był niczym młody Bruce Lee, niezwykle sprawny fizycznie, prawdziwy pasjonat kung fu, a przy tym niezmordowany w wymyślaniu fantastycznych scen mordobicia. Gilbert Falcon z każdym dniem coraz bardziej doceniał talenty Longa, choć, jak mawiał, nie mógł mu płacić nawet połowy tego, ile ten jest wart, bo jego umiejętności są nieocenione. Gdyby nie spotkanie ze sponsorem, który chciał chyba pokazać swojej wnuczce prawdziwy plan filmowy, Falcon w ogóle by się tam nie pojawił tego dnia.

– Kradzież scenariusza jest chyba łatwiejsza, co Gilbert? - spytał Parson.
– Mów wreszcie, o co ci chodzi, bo o szóstej rano po nieprzespanej nocy, naprawdę nie mam nastroju do zagadek.
– Gilbert, jeśli nie chcesz, nic mu nie mów – wtrącił Ruben.
– Gilbert chyba jednak nam coś powie, bo dobrze wie, że tylko my możemy ochronić jego dupę! – odpowiedział Parson. Falcon zerwał się na równe nogi i zaczął chodzić po pokoju.
– No dobra, zdarzyło mi się ukraść pomysł, ale nie cały scenariusz. Scenariusz napisałem sam... no razem z ...Cynthią.
– O którym scenariuszu mówisz? – spytał Parson.
– No o Losie przybysza. Przyznaję, wykorzystałem opowiadanie jakiegoś gościa. Razem z Cynthią w ciągu dwóch nocy przerobiliśmy je na scenariusz i już. No i co się stało? To aż taka zbrodnia?
– Kto był autorem tego opowiadania?
– Nie wiem. Kogo to obchodzi? Cynthia wiedziała, że chcę zadebiutować jako reżyser. Potrzebny był dobry scenariusz, a ja nie miałem kasy. Zagrali w nim sami moi znajomi, w tym Cynthia. Powinniście to pamiętać.
– Ja pamiętam – wtrącił posterunkowy Woo.
– Henry jest fanem twojej twórczości, Gilbert. Doceń to! – dodał Parson. – Ale nadal, cholera, nie mówisz wszystkiego, Gilbert! A Hollywoodzki ojciec chrzestny? Czy ty w ogóle samodzielnie umiesz sklecić dwa zdania na papierze? Osobiście mam co do tego duże wątpliwości.
– Nie, no w taki sposób nie będziemy rozmawiać! – wrzasnął Falcon. – Mark, powiedz im, że jeśli mnie o nic nie oskarżają, to nie mam obowiązku ich gościć.

Bruce Parson uderzył pięścią w stół.
– Jesteś, Gilbert, większym kretynem niż myślałem. Ja się bardzo chętnie stąd zabiorę i wezmę stąd chłopaków. A Marka poproś lepiej, żeby wyprosił tego gościa, który przyjdzie ci odstrzelić dupę!
Falcon przerwał swoją nerwową wędrówkę po pokoju. Zapalił kolejnego papierosa i usiadł na fotelu.
– No dobra! – powiedział cichym głosem. – Nie mam może zbyt wielu talentów, ale zawsze chciałem robić filmy. Kiedy byłem mały i w domu odwiedzali nas tacy ludzie jak Howard Spears, czy Josh Blumstein, chciałem być taki jak oni. Wtedy wydawali mi się tacy wspaniali, dowcipni, mądrzy i wyluzowani zarazem. Imponował mi Spears, który był mistrzem ciętej riposty. Imponował mi też Josh Blumstein, który mimo swojej urody tłustej ryby z wyłupiastymi oczami, potrafił wyrwać każdą panienkę i żył jak playboy. Nie wiedziałem wtedy, że nie są to żadni wielcy artyści, a drugorzędni chałturnicy, którymi zajmował się mój ojciec razem z setką innych aktorów i reżyserów. Mój ojciec też wydawał mi się Bogiem. Był wielkim agentem, biznesmenem skupiającym w swojej stajni mnóstwo ludzi filmu. Też długo później zrozumiałem, że agent, który odniósł sukces, to nie ten, który ma setkę aktorów pod sobą, ale ten który prowadzi dwóch-trzech, ale za to takich, którzy dla niego zarabiają miliony. Szczytem kariery w tym zawodzie jest wyhodowanie sobie kury znoszącej złote jaja, jednej gwiazdy, z której się żyje długo i dostatnio. Jako dziecko tego nie rozumiałem, ale za to chciałem być aktorem, scenarzystą i reżyserem naraz.

sobota, 10 stycznia 2009

Śmierć reżysera (6)

Szósty odcinek opowiadania umieszczam już teraz. Jest po 24.00, więc to już sobota 10 stycznia. Ponieważ będę pracował praktycznie cały dzień poza domem, nie miałbym czasu wpisać kolejnej części. Oto ona:

Śmierć reżysera (6)

"– Potrafisz wymienić któregoś z sekretarzy tego departamentu?
– Nie powiem panu, kto jest obecnie waszym ministrem propagandy, ale dla jednego z nich był to krok ku prezydenturze.
– Nie, nie zalewaj, Rusku – Roberto aż się zakrztusił z zaskoczenia własną domyślnością. – Kennedy?
– Bożesz ty moj – westchnął Siergiej w swoim ojczystym języku. – Kakoj durak!
Don Pietro aż się zaczerwienił ze wstydu za syna.
– Roberto, będę musiał poważnie porozmawiać z twoją matką – powiedział i dodał zwracając się do Siergieja. – Domyślam się, że chodzi o Ronalda Reagana.
– Oczywiście – odpowiedział Siergiej – ale większość sekretarzy departamentu propagandy to byli ludzie skromni, którzy nigdy nie chcieli obejmować innych stanowisk. Reagan był próżny, więc czym prędzej zrobili go gubernatorem Kalifornii a potem prezydentem. John Wayne, który dwoił się i troił, żeby wskoczyć na to stanowisko, nigdy nie wyszedł poza szeregowego pracownika departamentu, a odwalił kupę roboty dla waszego kraju. Po wojnie mieliśmy u was całą masę agentów. Nie zastanawiało was nigdy dlaczego to w Hollywood przeprowadzano czystki polityczne na skalę większą niż w samym Waszyngtonie? Zarówno Amerykanie jak i my wiedzieliśmy, że front zimnej wojny przebiega właśnie tu w największej machinie propagandowej świata. I niestety przegraliśmy. Potem trochę sobie odbiliśmy pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy nie umieliście sobie poradzić z bandą młodocianych głupoli. Dla uspokojenia nastrojów zgodzono się zrobić w Hollywood kilka filmów w duchu kontestacji wojny itd. Carter w ogóle rozłożył propagandową robotę. Dopuścił wielu pożytecznych idiotów, tzn. pożytecznych dla nas, do pracy w propagandzie. Za Reagana departament odżył, choć nie mógł marzyć o takich sukcesach jak w latach 40. Rok po ustąpieniu starego Busha departament wypuścił doskonały film propagandowy, tak sprytnie zrobiony, że nie wszyscy się początkowo zorientowali, o co chodzi, a chodziło właśnie o to, żeby trafić do serca każdego Amerykanina z pominięciem mózgu.
Don Pietro i Roberto równocześnie spojrzeli na Siergieja pytająco.
– Nie kojarzycie, panowie? – roześmiał się Rosjanin. – Forrest Gump! Przecież to kwintesencja amerykanizmu. Zasadniczo głupek, ale przecież poczciwy i byczy chłop, opiekuńczy i uczuciowy, pracowity i lojalny wobec przyjaciół. W dodatku mimo tej głupkowatości wszystko mu się udaje, bo Bóg go kocha! Bo Bóg kocha poczciwych głupków! Bóg kocha Amerykę! Rozumiecie? O wojnie wietnamskiej nie da się u was mówić dobrze. Już nasi ludzie swoje zrobili, ale w Forreście Gumpie też jest niby pokazana krytycznie, ale przy tym jest pretekstem, żeby pokazać koleżeńskość, odwagę i poświęcenie prostych żołnierzy. I to osiągnięto. Natomiast ten lewicowy chłopak jego Jenny, ten antywojenny aktywista, to cholerna menda i damski bokser, któremu każdy normalny Amerykanin chciałby dać w mordę! Doskonały film! Finezja waszej propagandy odzyskała formę!

Don Pietro klasnął w dłonie. Po czterech sekundach powtórzył klaśnięcie. Potem zrobił to po dwóch sekundach i po sekundzie. W tym momencie dołączył do niego Roberto, a Siergiej poczuł się jakby był bohaterem amerykańskiego filmu.
– Salute, caro Siergiej, salute! – powiedział stary gangster unosząc szklankę bourbona i szeroko się uśmiechając. Siergiej również ujął swoją szklankę. W tej samej chwili poczuł wokół swojej szyi metalową strunę, która w niezwykle szybki sposób zaczęła się na niej zaciskać. Upuszczona szklanka rozbiła się na tysiące drobnych białych kryształków leżących w żółtawej kałuży taniej amerykańskiej whisky. Czując rozluźniający się zwieracz usłyszał ostatnie słowa w swoim życiu.
– Powinieneś był powiedzieć nam coś, czego nie wiemy, głupi Rusku.”

Parson odłożył kserokopie przyniesione przez Woo.
– Fajnie, ale niekoniecznie rozumiem, po co chciałeś, żebym to czytał. Takie dziesięciocentowe książeczki kupuje się na lotnisku, czyta podczas podróży, a po przylocie wyrzuca do kosza. To dlatego mamy największy wskaźnik czytelnictwa na świecie. Nie widzę jednak związku z naszą sprawą.
– Z niczym się panu ten tekst nie kojarzy? – spytał Woo.
– Nie, a powinien? – zdziwił się Parson.
– Poruczniku, wydaje mi się, że trafiłem na nowy ślad, w którym Cynthia Jay również ma swoją rolę, ale nie jako morderczyni. Trzeba przyznać, że to wyrachowana dziwka, ale chyba jednak to nie ona zabija tych gości.
Parson patrzył na swojego podwładnego ze swoją zwykłą znudzoną miną.
– Oświeć mnie wreszcie, młody człowieku, bo nie chcesz mi chyba powiedzieć, że to jakaś mafia załatwia swoje porachunki z drugorzędnymi reżyserami. A może chcesz mi wmówić, że robi to jakiś tajemniczy departament propagandy Stanów Zjednoczonych? Czy może to Ruscy? Co? Henry, to nie jest do cholery jakiś nędzny film, tylko rzeczywistość. Tu giną prawdziwi ludzie, a ty mi tu w środku nocy przynosisz jakieś dyrdymały do czytania.
– Dobra, poruczniku. W jednym ma pan rację. Jestem niepoprawnym fanem kina. Kiedy obejrzałem Gliniarza z Beverly Hills, już wiedziałem, że chcę być policjantem i to właśnie tutaj. Ale mniejsza o to. To opowiadanie znalazłem na biurku Spearsa. Najciekawsze jest jednak to, że było również u Blumsteina. Znajduje się wśród zabezpieczonych dowodów rzeczowych.
– Nadal nie widzę większego związku.
– To jest przecież podstawa scenariusza do Hollywood Godfather!
Hollywoodzki ojciec chrzestny? Pierwsze słyszę.
– No nie dziwię się panu, bo to wielki chłam, który nawet nigdy nie wszedł do kin, tylko od razu rozesłano go do wypożyczalni DVD. Ja jednak oglądam wszystkie filmy, jakie mają coś wspólnego z policją.
Parson nieco wyżej niż zwykle uniósł kąciki ust, co oznaczało, że jest naprawdę rozbawiony.
– W takim razie nie masz czasu na pracę, Woo! Przecież obecnie nie robi się praktycznie innych filmów. W każdym musi być element zbrodni, więc pojawia się też i policja. W dodatku jest to policja całkowicie zmyślona, nie mająca nic wspólnego z codzienną nudną harówą.
– Ma pan rację, poruczniku, trochę przesadzam z oglądaniem filmów, ale to dzięki temu wpadłem na ten pomysł...
– Jaki znowu pomysł?
– Specjalnie obejrzałem Hollywoodzkiego ojca chrzestnego jeszcze raz. Postaci są te same, don Pietro Colonna, jego głupkowaty syn Roberto i rosyjski agent Siergiej. Scenarzysta wywalił te fragmenty, które mówią o tajemniczym departamencie propagandy i zastąpił je tekstami o tajnej organizacji. Coś jak Zakon Syjonu u Dana Browna. Nieważne zresztą. Normalnie w filmach pojawia się informacja, że został nakręcony na motywach powieści lub opowiadania takiego to a takiego autora. A tutaj nic. Często jest tak, że taki autor załapuje się w Hollywood jako scenarzysta i sam przerabia swoje opowiadanie na scenariusz. Jest jednak mały szkopuł. Proszę spojrzeć na nazwisko autora tego opowiadania.

Parson przerzucił kartki do strony tytułowej, którą przy czytaniu zupełnie pominął.
– No, Leszek Karpiel. Co to za dziwne nazwisko? Węgierskie?
– Polskie. Zaraz do tego wrócimy. A teraz proszę spojrzeć na to.
Woo podał porucznikowi opakowanie płyty DVD z wielkimi czerwonymi literami Hollywood Godfather, po czym palcem wskazującym dotknął nazwiska autora scenariusza.
– Gilbert Falcon. Ha! Mogłem się czegoś takiego spodziewać. Przecież to kompletne beztalencie. Sam by niczego nie wymyślił. Dlaczego tacy ludzie siedzą w tym biznesie, a cała masa utalentowanych dzieciaków bezskutecznie dobija się o swoją szansę? Trzeba będzie sobie porozmawiać z panem Falconem, bo o ile dobrze kojarzę, to on nadal jest zagrożony, a nie jest z nami całkowicie szczery. Muszę go porządnie nastraszyć.
– Jedziemy do niego? – spytał posterunkowy Woo.
– O tej porze? Daj się biedakowi wyspać.
W tym momencie zadzwoniła komórka Parsona. Porucznik wysłuchał w milczeniu raportu, po czym schował telefon.
– A jednak zaraz pogadamy z Gilbertem Falconem.
– Co się stało? – zapytał Woo.
– Cynthia Jay została zastrzelona w swoim samochodzie przed domem Falcona.

piątek, 9 stycznia 2009

Śmierć reżysera (5)

Dzisiaj piąta część mojego opowiadania. Tak przy okazji polecam: http://pl.youtube.com/watch?v=QwO6wlUXZeA

Śmierć reżysera (5)

"– No dobrze, Roberto, dobrze. Dochodzimy do pewnego porozumienia. Otóż ci, którzy naprawdę rządzą tym krajem, chcą, żeby było jak najwięcej takich matołków, którym się wydaje, że są wystarczająco mądrzy, żeby swojej edukacji nie pogłębiać. Zaczynając pomagać ojcu, jak to nazwałeś, od razu ustąpiłeś miejsca tym, dla których są przeznaczone najważniejsze stanowiska w tym kraju.
– Ojcze, pozwól mi go zastrzelić – tym razem ton młodego Colonny brzmiał żartobliwie.
– Roberto, zawsze zdążysz zastrzelić Siergieja. – równie żartobliwym tonem odpowiedział stary. – Na razie jest zabawny. Mnie w każdym razie zaintrygował. Mów dalej, Siergiej.
– Macie gówniane szkoły państwowe, gdzie nikomu już nawet nie zależy, żeby kogokolwiek czegoś nauczyć, ale żeby wypuścić kolejnych pożeraczy hamburgerów, obrastających w tłuszcz, podniecających się kretyńskimi spektaklami, które nazywacie wyborami prezydenckimi, którzy nie zajmują się sprawami najważniejszymi, bo nie tylko nie mają do nich dostępu, ale nawet nie mają o nich pojęcia.
– Za to ty, Siergiej, znasz nas lepiej, niż my sami – Roberto próbował być ironiczny, ale natychmiast został uciszony jednym gestem ręki swojego ojca.
– Ty chyba zapominasz, skąd jestem, jakie przeszedłem przeszkolenie i po co się tutaj znalazłem – odpowiedział spokojnie Kowalczuk. – Nie macie więc teoretycznie ministerstwa oświaty, choć jest oczywiste, że ktoś musi to kontrolować i to w tak umiejętny sposób, żeby ludzie wierzyli, że ich podatki idą na doskonały system oświatowy, a w rzeczywistości, pilnują, żeby utrzymać cały naród na poziomie nakarmionych hot-dogami i telewizyjną papką idiotów. Ale nie to jest najważniejsze.... – Siergiej przerwał spokojnie gasząc papierosa w popielniczce. Nalał sobie kolejną szklankę bourbona, ale nie wypił.
– To jest jednak wszystko nic w porównaniu z jeszcze jednym niewidzialnym ministerstwem, albo departamentem, jak tu mówicie. Chodzi tu o ministerstwo propagandy, którego oficjalnie przecież nie ma. W III Rzeszy Joseph Goebbels stał na czele resortu, który miał na celu utrzymać naród w kupie nie tylko za pomocą brutalnej siły, ale dostając im się do umysłów i sprawiając, że Niemcy wierzyli we wszystko, co im naziści podsuwali. Z Niemcami to nie jest takie trudne, bo oni z natury ufają władzy i są posłuszni, ale nawet tam Hitler uznał, że specjalne ministerstwo będzie potrzebne do robienia ludziom wody z mózgu. U nas było podobnie. Mieliśmy cały sztab ludzi w politbiurze KC KPZR, których zadaniem było podsycanie miłości do socjalizmu i do socjalistycznej ojczyzny. Ci ludzie kontrolowali wszystkie media, od wielkiej telewizji państwowej do najmniejszej zakichanej prowincjonalnej gazetki na największym zadupiu Syberii. Mądrzy przywódcy wiedzą bowiem, że bez propagandy ich władza miałaby kruche podstawy. Siłą rządzi się ludzkimi ciałami, ale kto umiejętnie posiądzie dusze obywateli, ten dopiero rządzi naprawdę. Cały świat o tym wie, a tu nagle się okazuje, że Amerykanie nie. Nie ma żadnego ministerstwa do spraw wychowywania narodu w duchu patriotyzmu, uwielbienia własnego ustroju politycznego, miłości do tak zwanego amerykańskiego stylu życia albo w duchu umiłowania konkurencji na wolnym rynku. I niech nikt z was nie wciska mi kitu, że taki departament nie jest potrzebny, bo tu w Ameryce wszyscy sami z siebie są tak bardzo patriotyczni. Są ludzie, którzy widzą i dobrze wiedzą, że w waszym kraju nie wszystko jest tak jak trzeba. Ludzie tracą pracę, są bezrobotni a nawet bezdomni – u was, w bogatej Ameryce, o życiu w której marzą miliony ludzi na całym świecie. Dlaczego zresztą marzą? Skąd się to u nich bierze, że decydują się zostawić normalne życie – może niezbyt bogate, ale normalne właśnie – i jadą do kraju totalnego ryzyka. To jest praktycznie niepojęte, ale myśmy to rozgryźli.
Nawet Roberto przestał robić złośliwe grymasy w kierunku Siergieja i przysłuchiwał się bardzo uważnie.
– Doszliśmy do wniosku, że organizacja prawdziwego rządu Stanów Zjednoczonych jest zbyt sprytna, by koncentrować siedziby wszystkich istotnych dla kraju resortów w jednym miasteczku nad Potomakiem. Wasze ministerstwo szkolnictwa wyższego mieści się na Harvardzie. Co do tego nie mam już wątpliwości. Nie udało nam się zlokalizować departamentu edukacji podstawowej i średniej, ale za to wiemy na 100% gdzie znajduje się wasze ministerstwo propagandy.
– Czy to z tą informacją przyszedłeś do nas, Siergiej? – spytał stary Colonna.
– Tak, don Pietro. Jestem przekonany, że was zainteresuje i że zapłacicie mi za nią ... niewiele przy tym, ile będziecie mogli na tym zarobić.
Widząc pytający wzrok starego bossa, powiedział:
– Dziesięć milionów dolarów na kilka różnych kont na Kajmanach i w Szwajcarii.
Don Pietro znowu uśmiechnął się w ten charakterystyczny dla siebie sposób, widoku którego jego podwładni woleli unikać.
– Dlaczego myślisz, że nas to może zainteresować? Dlaczego mielibyśmy ci płacić dziesięć milionów za wymysły godne pisarzy science-fiction?
– To się chyba nazywa political fiction, tato – wtrącił Roberto, który z jednej strony chciał się popisać przed Siergiejem, że nie jest jakimś kompletnym cymbałem, a z drugiej chciał zaimponować ojcu.
Stary Colonna całkowicie go zignorował.
– To są jakieś bzdury a ty miałeś czelność przyjść do nas z nimi, mając nas za kompletnych głupców. Czym sobie zasłużyliśmy na takie traktowanie, Siergiej?
Kiedy Pietro Colonna mówił takim tonem, ci którzy próbowali go przechytrzyć w negocjacjach wiedzieli, że ich dni są policzone. Rosjanin też czuł zimną wrogość starego Sycylijczyka. Wiedział, że nie ma nic do stracenia, więc energicznie wszedł Włochowi w słowo.
– To nie są bzdury, don Pietro. Proszę mi wierzyć, że nie jestem idiotą i nigdy nie przychodziłbym do człowieka z pańską pozycją i reputacją, żeby żądać pieniędzy za wiadomość niesprawdzoną.
– W jaki sposób więc udowodnisz, że mówisz prawdę, Siergiej?
– Nie mogę powiedzieć wszystkiego, co wiem przed otrzymaniem zapłaty. Mogę panu za to zdradzić, kto pracował w amerykańskim departamencie propagandy.
Stary Sycylijczyk skrzywił się pogardliwie, ale ręką wykonał gest przyzwalający.
– Departament propagandy Stanów Zjednoczonych Ameryki jest starszy i o wiele ważniejszy od CIA. Człowiekiem, który go utworzył był prezydent Woodrow Wilson, który pod wpływem swoich doradców zrozumiał, jaką potęgą jest ruchomy obraz. Zrozumiawszy potęgę kina zainstalował swoich ludzi w rodzącym się Hollywood z jasno wytyczonym celem – propagowaniem amerykańskiego stylu życia. Znając skłonność do cwaniactwa i korupcji swoich rodaków obawiał się, że w obliczu wypłynięcia USA na arenę międzynarodową jako wówczas tylko jedno z kilku, ale jednak mocarstwo światowe, kilku najbogatszych Amerykanów rozpocznie walkę o wpływy, co jeszcze w XIX wieku było normą i nie przynosiło państwu specjalnej szkody, bo była ziemia na zachodzie, na którą zawsze można było skierować najbardziej awanturnicze elementy. Teraz Stany wchodziły do gry o rolę czołowego mocarstwa. Oficjalna dyktatura nie wchodziła w grę, więc wybrał kilku najinteligentniejszych przedsiębiorców, którym powierzył tajną i nieustającą misję trzymania narodu w kupie. To dzięki Hollywood ludzie jeszcze wstępują do policji, albo na ochotnika wstępują do waszej armii. To filmy wszczepiają im wiarę w to, że choćbyś mieszkał w kartonie pod mostem, to jesteś dumnym Amerykaninem, który w dodatku może zostać milionerem. Człowiekiem, który rozwinął działalność departamentu propagandy na niespotykaną dotąd skalę był oczywiście Franklin Delano Roosevelt. Każdy naród przy zdrowych zmysłach w czasie takiej depresji, jaką wy tu mieliście, zrobiłby rewolucję, która zmiotłaby Rockefellerów, Morganów, DuPontów czy Fordów z powierzchni ziemi. Dlaczego tak się nie stało? Ludzie głodowali, tracili dach nad głową, ale chodzili do kina, a tam ich idole tłumaczyli im, że Amerykanie są twardzi, że nieraz już musieli przechodzić przez ciężkie czasy, ale zawsze dzięki pracowitości, uczciwości, modlitwie i wierze w gwiaździsty sztandar, przezwyciężali wszelkie trudności i w rezultacie ze wszystkich katastrof wychodzili jeszcze silniejsi i potężniejsi. Niemcom wystarczy powiedzieć, że władza każe robić to lub tamto i oni to od razu robią. Amerykanom wystarczy pokazać zgrabnie zrobiony film, oni to oglądają i bezkrytycznie łykają. Po wyjściu z kina, no obecnie po wyłączeniu DVD, myślą dokładnie tak samo, jak ich bohater z ekranu. I o to w tym wszystkim chodzi. Potem była oczywiście wojna i rząd już nawet się specjalnie nie krył z oficjalnym finansowaniem hollywoodzkich produkcji podnoszących morale armii i całego narodu.

czwartek, 8 stycznia 2009

Śmierć reżysera (4)

Dziś kolejny odcinek mojego opowiadania sensacyjno-satyrycznego. Mam nadzieję, że potrzymam Was, drodzy Czytelnicy, przez kilka dni w napięciu ;)

Śmierć reżysera (4)
„ – Wy, naród – wymawiając to słowo Siergiej Kowalczuk wykrzywił twarz i wydłużył samogłoski w pogardliwy sposób – nie wiecie na jakim świecie żyjecie. Jesteście ciemni i zdajecie sobie nawet sprawy, jak rządzony jest wasz kraj.
– Ty się lepiej zamknij, Rusku! – warknął Roberto Colonna, syn szefa rodziny G. kontrolującej kryminalny świat Los Angeles. – Żaden komuch nie będzie nas pouczał na temat naszego kraju.
– Waszego kraju? – zaśmiał się Rosjanin. – Przecież twój dziadek posuwał gdzieś kozy na Sycylii, kiedy ten kraj był już potęgą.
– Zabiję cię, skurwielu! – wrzasnął Roberto, sięgając po broń.
– Basta Roberto! Basta! – powiedział siwy mężczyzna siedzący we francuskim fotelu w stylu empire.
– Wybacz, ojcze, ale nie pozwolę gnojowi obrażać naszej rodziny! – syknął młody Colonna.
– Pan Kowalczuk wyraża się zbyt dosadnie, co możemy położyć na karb jego rosyjskiego temperamentu i kultury. Mam nadzieję, że pan Kowalczuk nie miał intencji obrażać twojego dziadka a mojego ojca.
– Wybacz, don Pietro – Siergiej głęboko się ukłonił przed starym gangsterem. – Moje zachowanie było niewybaczalne. To się nie powtórzy.
Stary Pietro Colonna uśmiechnął się łagodnie, choć na widok takiej miny jego podwładnych zwykle paraliżował śmiertelny lęk. Jeszcze pięć lat temu, na takie słowa, jakie padły z ust Rosjanina, sam wyjąłby rewolwer i wykończyłby gnidę bez zmrużenia oka. Teraz jednak zdawał się kierować rozwagą odpowiednią dla jego wieku i pozycji. Człowiek o jego władzy nie musiał już niczego udowadniać. Roberto tak – był miał dopiero 33 lata i chciał pokazać jaki jest twardy.
– Wybacz, Siergiej... Pozwolisz, że cię będę tak nazywał? – spytał stary Colonna.
– Naturalnie, don Pietro! – Kowalczuk znowu skłonił się z szacunkiem.
– Mój syn jest jeszcze młody i musi się wiele nauczyć. Przede wszystkim musi się nauczyć tego, że nie zabija się ludzi, od których można się dowiedzieć czegoś pożytecznego. A od ciebie, Siergiej, chyba można się wiele nauczyć?
Siergiej słuchał z miną wyrażającą szacunek, choć była to umiejętność nabyta podczas szkolenia GRU jeszcze w czasach, kiedy istniał Związek Sowiecki. Tymczasem Roberto nalał sobie szklankę bourbona.
– A ty, Roberto, uspokój się, cokolwiek Siergiej powie, wysłuchaj spokojnie, natomiast decyzję, czy go potem zabić, czy nie, zostaw mnie.
– Oczywiście, ojcze! Zrobię tak, jak mówisz.
– Słuchamy, Siergiej, słuchamy.
Kowalczuk, który ani przez moment nie stracił zimnej krwi również sięgnął po butelkę, z której nalał sobie pół szklanki i wypił jednym haustem.
– Ludzie są jak otwarte książki, don Pietro, a moja słabość polega na tym, że nie tylko umiem je czytać, ale często robię to na głos. Nie jest żadną tajemnicą, że pańska rodzina przybyła tutaj z Brooklynu w Nowym Jorku. Mimo tego, że od dawna cieszy się pan wielkim szacunkiem nie tylko innych Amerykanów włoskiego pochodzenia, ale czołowych polityków tego kraju, pański syn to nadal burak z przedmieścia.
Don Pietro czym prędzej uniósł prawą dłoń z góry uprzedzając kolejny wybuch swojego syna.
– Mimo waszego bogactwa i statusu społecznego, nadal najbardziej lubi wypić ze swoimi koleżkami-jełopami podłego bourbona. Człowieku – tu zwrócił się do Roberta. – Mógłbyś się postarać o jakiś lepszy trunek...
– Siergiej, jesteśmy zwykłymi amerykańskimi biznesmenami i, jak zauważyłeś, potomkami sycylijskich pastuchów, więc nie dziw się, że mamy swoje stare nawyki, które sprawiają nam przyjemność – przerwał mu stary. – Przejdź teraz do rzeczy, jeśli można cię prosić.
– No właśnie usiłowałem przejść do rzeczy, kiedy Roberto uniósł się amerykańskim patriotyzmem.
Don Pietro uśmiechnął się nieznacznie.
– Musisz wiedzieć, Siergiej, że starałem się wychować moje dzieci na dobrych Amerykanów. Niektórzy powiadają, że nie żyjemy zgodnie z prawem tego kraju, ale to nie jest do końca prawda. Prawdziwe prawo Ameryki to „bierz ile możesz i nie daj nikomu sobie tego wyrwać”, oto czym jest prawdziwe prawo, a my go bardzo gorliwie przestrzegamy.
Siergiej Kowalczuk zaśmiał się z cynicznej uwagi starego dona.
– Panu i innym szefom szanowanych sycylijskich rodzin wydaje się, że kontrolujecie ten kraj i w jakimś stopniu jest to prawda, ale nie do końca. Choć macie w kieszeni setki polityków, do prawdziwej kontroli polityki tego kraju jesteście dalecy.
– Siergiej, Siergiej – z jowialnym uśmiechem rozwlekał jego imię stary Colonna. – My się do polityki nie mieszamy. To w ogóle nie jest nasza działka. My chcemy tylko w spokoju prowadzić nasze interesy. Czasami politycy nam pomagają, ale my nie chcemy ich zastąpić. To byłoby już zupełnie nie w naszym stylu.
– Ależ ja o tym wiem, don Pietro. Przyzna pan jednak, że jest wiele departamentów zajmujących się gospodarką, na które chciałby pan uzyskać wpływ.
– Nie przeczę.
– No i właśnie tu dochodzimy do sedna sprawy, don Pietro.
– Cały zamieniam się w słuch, Siergiej.
Rosjanin zapalił papierosa, zaciągnął się, po czym wypuścił z nosa dwie smugi dymu.
– Pańscy ludzie znają wszystkie departamenty w Waszyngtonie i podejrzewam, że mają tam swoje wtyki. Nie musi pan nic mówić, don Pietro, to i tak nie ma znaczenia dla tego, co chcę powiedzieć.
Stary Colonna lekko przymrużył oczy i skinął głową zachęcając Rosjanina do kontynuacji wywodu.
– W normalnych krajach, a mam tu na myśli kraje europejskie, zamiast departamentów są ministerstwa odpowiadające za konkretne resorty gospodarki, polityki i kultury. Gdyby pan zechciał porównać europejskie ministerstwa z amerykańskimi departamentami, to wie pan, co by pana zdziwiło?
– Taaa?
– Otóż każde normalne państwo ma na przykład ministerstwo oświaty, albo ministerstwo szkolnictwa wyższego, czego u was nie ma.
W tym momencie Roberto uznał za stosowne się wtrącić.
– Ale w rankingu najlepszych uczelni świata najwięcej jest uniwersytetów i college’ów amerykańskich, temu nie zaprzeczysz. Po cholerę nam jakiś departament szkolnictwa wyższego. Człowieku, to jest kraj, gdzie wszystko opiera się na inicjatywie ludzi przedsiębiorczych. Moja córka skończy Princeton bez żadnego rządowego departamentu i będzie adwokatem, za to wy po swoich ruskich uniwersytetach możecie u nas śmieci wywozić.
Siergiej zaśmiał się nerwowo.
– Rzeczywiście, jeżeli masz na myśli ludzi w taki sposób przedsiębiorczych jak my, to całkowicie się z tobą zgadzam. Nigdy cię nie zastanawiało, dlaczego oprócz kilku uniwersytetów, które faktycznie są najlepsze na świecie, cała reszta to cholerne badziewie produkujące idiotów. A nie zastanawiało cię, dlaczego macie taki nędzny poziom szkół średnich?
– No mnie to nie zastanawiało, bo w wieku 15 lat rzuciłem szkołę w cholerę i zacząłem pomagać ojcu w interesach. Nie każdy musi być jajogłowym. Ktoś musi prowadzić biznes w tym kraju.
Roberto Colonna zaśmiał się przy tym, jakby powiedział jakiś świetny dowcip.

środa, 7 stycznia 2009

Śmierć reżysera (3)

Dzisiaj pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia obchodzony przez wyznawców prawosławia. Tym, którzy czytają tego bloga, życzę wszystkiego, co najlepsze. Tym, którzy nie czytają też życzę wszystkiego najlepszego, ale jeśli nie przeczytają, to nigdy się o tym nie dowiedzą ;)
A teraz część trzecia opowiadania.

Śmierć reżysera (3)

Parson uniósł lekko kąciki ust, co w jego przypadku było wyraźną oznaką poprawy humoru.
– Podejrzewamy Cynthię Jay o zabójstwo co najmniej czterech mężczyzn. Zasięgnęliśmy trochę informacji o niej. Pochodzi z Garden City w Kansas. Jej ojciec prowadził całkiem duży i nieźle prosperujący warsztat samochodowy. Państwo Jay wiedli więc może nie luksusowe, ale dość dostatnie życie. Brat Cynthii jest pilotem w armii. Cynthia zaś w wieku lat 14 po raz pierwszy została zanotowana na policji za palenie trawki. Ojciec przy pomocy kumpla adwokata załagodził sprawę i córeczka nawet nie wyleciała ze szkoły. Gorzej, że jej ówczesny chłopak zaginął w tym samym czasie w nigdy nie wyjaśnionych okolicznościach. Kiedy miała lat 16 uciekła z domu z niejakim Petem Percy, facetem o dziesięć lat od niej starszym, który wyczuł, że śliczna małolata marzy o tym, żeby się wydostać z Kansas. Nakładł jej do głowy historii o swoich znajomościach w Hollywood, więc dziewczyna niewiele myśląc wskoczyła do jego zdezelowanego Forda i ruszyła po wielką przygodę. Ja myślę, że ona doskonale wiedziała, że Percy to zwykły gnojek i nie ma żadnych znajomych w świecie filmu. Jej się wydawało, że wystarczy tu się znaleźć, a dalej wszystko pójdzie jak z płatka. Nie myliła się zresztą. Percy próbował na niej zarobić podsuwając ją gościom w barach. Miał jednak pecha, bo był tu tak samo nowy jak Cynthia. Miał szczęście, że miejscowi alfonsi nie wyczaili, co robią z Cynthią. Wyglądali jak zwykła para, z tym że dziewczyna była dużo młodsza, ale przecież to akurat nikogo tu nie dziwi. Pete miał jednak pecha, bo już drugim klientem Cynthii okazał się Josh Blumstein, któremu kompletnie zawróciła w głowie.
– Co? Blumsteinowi zawróciła w głowie? Temu cynicznemu gnojkowi? Przecież on miał kobiet na pęczki. – parsknął Gilbert Falcon.
– Nie zapominaj, że stary Josh swojego powodzenia nie zawdzięczał cynizmowi, ale prawdziwej sympatii do dziewczyn. On ich nie wykorzystywał. On je naprawdę lubił. Jeśli już to one go wykorzystywały. Przecież ciągle wydzwaniali do niego jacyś prawnicy szantażując go w taki lub inny sposób. A w Cynthii się zakochał. To się zdarza.
– Nie wierzę. Skąd niby o tym wiesz, Bruce? – Falcon poczuł się już na tyle pewnie, że zaczął mówić do porucznika Parsona po imieniu.
– No mówię ci, że prześwietliliśmy Cynthię Jay bardzo dokładnie po śmierci Howarda Spearsa. Małżeństwo z Blumsteinem nie przetrwało roku, bo Cynthia miała, i chyba ma do dziś, gorący temperament i niezaspokojoną żądzę przygód, ale to nie jest istotne. Informacja z tamtego okresu, która obecnie ma dla nas znaczenie to niezaprzeczalny fakt, że dwa dni po tym, jak Cynthia poznała Josha, Pete Percy został znaleziony w pokoju motelu, w którym mieszkali, z dziurą po kuli w głowie.
– Twoja Cynthia to femme fatale, Gilbert – wtrącił Mark Ruben. – Ciągnie się za nią śmierć jej facetów. Niebezpieczna baba, mówię ci.
W tym momencie do gabinetu Parsona wszedł młody mężczyzna średniego wzrostu o wschodnioazjatyckim typie urody.
– Poznajcie posterunkowego Henry’ego Woo – przedstawił go porucznik Parson.
Falcon i jego adwokat przyjaźnie machnęli rękami.
– Dobra, panowie – powiedział Parson. – Zabieraj go, Mark. Gilbert, przydzieliliśmy ci ochronę. Postaramy się, żeby chroniący cię ludzie nie rzucali się w oczy. Spodziewamy się, że Cynthia może zechcieć zrobić ci krzywdę.
– Chwileczkę – przerwał Falcon. – A motywy? Jakimi motywami kierowała się według was Cynthia mordując tych wszystkich facetów i z jakiej racji miałaby chcieć zabić mnie?
Parson i Woo wymienili znaczące spojrzenia.
– Widzisz, Gilbert, na obecnym etapie śledztwa nie chcieliśmy o tym wspominać, ale skoro sam nalegasz.
– Tak, nalegam! – powiedział Falcon nieuprzejmym tonem. – Nie wiem po jaką cholerę Cynthia miałaby chcieć mnie zabić. Że załatwiła tego alfonsa rozumiem, była wściekła na skurwiela. Na Howarda być może też była wkurzona, bo spodziewała się wyciągnąć od niego więcej przy rozwodzie, a do Josha mogła mieć taki sam żal jak do Howarda. Ale co to ma wspólnego ze mną? Uprawiamy seks, jest nam dobrze. Od początku wiadomo, że nie odejdę od Melindy. O co więc chodzi?
– Czy ten człowiek naprawdę robi filmy, a kiedyś pisał scenariusze? – Parson skierował sarkastyczne pytanie do Rubena, który zrobił taką minę, jakby się wstydził za niskie IQ swojego klienta.
– Tobie się wydaje, że z Cynthią można tak bez zobowiązań? Owszem, z jej strony, ale nie z twojej. Kiedy się tobą znudzi, kopnie cię w tyłek i po wszystkim. Gdybyś jednak próbował ją zatrzymać, szantażować, albo wywierać inną presję, ona zrobi ci krzywdę.
– Nieee, to się wszystko kupy nie trzyma! – wykrzyknął Falcon. – Mark, chodźmy już stąd. Skończmy z tym koszmarem.
– Gilbert – zatrzymał go w drzwiach porucznik Bruce Parson. – Pamiętaj, że od tej strony jesteś przynętą. Uważaj na siebie.
– No cholera, mam nadzieję, że to wy będziecie na mnie uważać.
– Dałem ci swoich najlepszych ludzi. Trzymaj się.

Kiedy Mark Ruben zabrał Gilberta Falcona z posterunku Parson zwrócił się do posterunkowego Woo.
– Masz coś?
– Mam i myślę, że to jest właściwy trop – powiedział Woo. – Cynthia wykańcza wszystkich, którzy mogli coś wiedzieć o jej przestępstwach. Na ogół łączyły ją z nimi różne machlojki. Zresztą sam zobacz. Falcon może być naprawdę zagrożony.

* * *

Mark Ruben jechał Floral Avenue w kierunku Fareholm Drive.
– Swoją drogą, to mógłbyś się przeprowadzić w jakieś lepsze miejsce. Mało ciekawa ta okolica.
– Mnie tam odpowiada. Przynajmniej paparazzi nie koczują ci przed domem dzień i noc.
– Hmmm – mruknął Ruben, co mogło oznaczać pełne zrozumienie dla motywacji Falcona, ale równie dobrze mogło stanowić oznakę powstrzymania się od złośliwej uwagi. Co jak co, ale najazd paparazzi na pewno Gilbertowi Falconowi nie groził. Gdyby tylko któryś z jego filmów wzniósł się na nieco wyższy poziom i pozwolił mu nieco zarobić, z pewnością przeprowadziłby się w sąsiedztwo największych gwiazd. O tym mógł tylko pomarzyć. Na razie każdą grubszą gotówkę, jaką udało mu się zarobić wydawał na samochody, które były jego słabością.

– O jasna cholera! – wykrzyknął Falcon.
– O co chodzi? – zaniepokoił się Ruben.
– To samochód Cynthii.
– Gdzie?
– Tam, po przeciwnej stronie. Może czeka na mnie? Mark, co robimy?
– Spokojnie, jest ciemno, skąd masz pewność, że to ona – odpowiedział adwokat. – Zresztą chłopcy jadą za nami. Dyskretni, cholera jasna!
Falcon uspokoił się nieco. W końcu nie jest sam. Cynthia chyba nie będzie na tyle głupia, żeby zastrzelić również jego prawnika, bo chyba nie zabije swojego kochanka na oczach świadka. Poza tym jadą za nimi policjanci. Napięcie jednak nie ustępowało.
Wjechali na podjazd. Wysiedli z samochodu. Falcon cały czas nerwowo przyglądał się mercedesowi Cynthii. Ona również miała słabość do europejskich samochodów, ale brakowało jej wyrafinowania Gilberta Falcona w tych sprawach. Siedziała w środku, co do tego nie miał żadnych wątpliwości.
Samochód z policjantami mającymi chronić reżysera cicho przesunął się obok nich i zaparkował przy krawężniku jakieś dziesięć metrów dalej.
– Czego ona chce? – warknął Falcon.
– Gilbert, co robisz?! – wykrzyknął Ruben widząc, że jego przyjaciel w przypływie jakiegoś amoku zdecydowanym krokiem kieruje się ku samochodowi Cynthii.
– Czego ode mnie chcesz?!!! - krzyczał na całą ulicę. – O co ci chodzi, suko?!

wtorek, 6 stycznia 2009

Śmierć reżysera (2)

Dziś druga część opowiadania kryminalnego. Dostałem z Niemiec wiadomość: "In der Kürze liegt die Würze". Pojąłem przesłanie. Moje wpisy są za długie. No lubię sobie popisać i nie da się temu zaprzeczyć. Niemcy cenią sobie lapidarność wypowiedzi. To nie są już czasy opasłych tomiszcz Thomasa Manna. To już nawet nie czas Günthera Grassa. Kto by tam tyle czytał? Obecnie najlepszy utwór literacki powinien mieć rozmiar góra trzech sms-ów ;) A teraz zapraszam do lektury drugiej części "Śmierci reżysera".

Śmierć reżysera (2)

„Wsiowy” porucznik, jak go nazwał nieżyjący Blumstein, nazywał się Bruce Parson i faktycznie nie wyglądał zbyt elegancko. Miał rzadkie, siwiejące i przetłuszczone włosy, natomiast jego twarz zdawała się mówić „Jezu, jak wy mnie wszyscy nudzicie. Jestem zmęczony, ale niestety to jest moja praca i muszę się z wami użerać”. Jego słownictwo również nie należało do bogatych. Falcon pomyślał, że taki człowiek nie pasował zupełnie do Beverly Hills. Nie pasował do Hollywood, do Los Angeles, ani nawet do Kalifornii. Ktoś taki powinien być szeryfem w jakiejś zapadłej dziurze w Nowym Meksyku, ale nie tutaj, w stanie, który od prawie stu lat dyktował Amerykanom jak należy się ubierać, co należy pić i palić oraz jakich zwrotów używać we wzajemnych kontaktach, żeby wykazać się luzem i pewnością siebie. Parson nie pasował to tego obrazu zupełnie. Oprócz przetłuszczonych włosów i pesymizmu wypisanego na zaczerwienionej gębie, nosił wąsy w stylu Billa Hickocka i garnitur z wyprzedaży. Falcon wiedział, że próbować reformować takich ludzi na nic się nie zdaje, ponieważ oni po prostu mają gdzieś to, jak są odbierani przez otoczenie. Pewnie w domu miał podobnie flejowatą żonę i trójkę rozwrzeszczanych bachorów kłócących się o dostęp do komputera. Jeszcze bardziej prawdopodobne było, że policjant był alkoholikiem, który niedawno pozbierał się po rozwodzie z kobietą, która miała dość jego nienormowanego czasu pracy i wieczornych popijaw z kolegami.
Po chwili reżyser zdał sobie sprawę, że myśli schematami, do stworzenia których sam się często przyczynia. Porucznik Bruce Parson Gilberta Falcona to typowy filmowy glina. Nikogo by nie zdziwiło, gdyby się jeszcze okazało, że przy tym śledztwie przekroczy przepisy i zabiorą mu odznakę, ale sprawy nie odpuści. Rozwiąże problem morderstwa sam, a wdzięczni zwierzchnicy przywrócą go do pracy.
Snucie takich myśli poprawiło nieco nastrój Falcona. Nadal nie rozumiał, co się stało i dlaczego aresztowano właśnie jego.
– Ma pan prawo do jednego telefonu. Jak się domyślam, zadzwoni pan do swojego adwokata – powiedział Parson.
– Doskonale, poruczniku – sarkastycznie odpowiedział Falcon. – Widzę, że skoro taki inteligentny policjant prowadzi śledztwo, wszystkie kryminalne zagadki tego miasta zostaną wkrótce rozwiązane.
– Dobra, dzwoń już człowieku – spokojnie zareagował policjant podając Falconowi słuchawkę. – Jacy wy jesteście wszyscy nudni z tymi cwaniackimi tekstami. Rzygać się chce.

Falcon właśnie wybierał numer do Marka Rubina, prawnika i starego przyjaciela, kiedy ku swojemu zaskoczeniu usłyszał jego tubalny głos rozlegający się od wejścia do gabinetu Parsona.
– Nic nie mów bez konsultacji ze mną, Gilbert! W ogóle nic nie powinieneś im mówić!
Falcon uśmiechnął się od ucha do ucha.
– Skąd wiedziałeś?
– Może to się wydać dziwne, ale jechałem właśnie do ciebie, kiedy zobaczyłem, te wszystkie radiowozy odjeżdżające sprzed twojego domu.
– O, to ciekawe. A co cię do mnie sprowadzało?
– Może pan załatwić jakąś kawę? – Rubin zwrócił się do porucznika Parsona. – Ale jeśli to możliwe z ekspresu w normalnej filiżance, a nie jakieś gówno z automatu na korytarzu.
– Nie ma problemu, Mark – z uśmiechem odpowiedział Parson. – Zaraz kogoś poślę naprzeciwko.
– Znasz tego wsioka? – zapytał Falcon, kiedy Parson wyszedł, żeby wydać dyspozycje co do kawy.
– Wsioka? A, masz na myśli porucznika Parsona? Oczywiście, że go znam. Studiowaliśmy razem. Po college’u zamiast dalej studiować prawo, poszedł do Akademii Policyjnej. Taki glina z powołania, rozumiesz. Numer dwa na moim roku.
– Numer dwa?
– Domyślasz się chyba, że numerem jeden byłem ja.
Roześmieli się.
– Do rzeczy, Gilbert – spoważniał Rubin. – Czy twoje zatrzymanie ma coś wspólnego z Howardem Spearsem i Cynthią?
– Nie! Oskarżają mnie o zabójstwo Josha Blumsteina!
– Josha? Ktoś załatwił Josha?
– Na to wygląda. A w dodatku ja u niego byłem pół godziny przed moim aresztowaniem. To się w głowie nie mieści. Gadam z facetem, żegnam się z nim, ktoś go zabija, a kilka minut później policja zgarnia właśnie mnie. A w dodatku ty akurat jedziesz mnie odwiedzić.
– No właśnie. Jechałem do ciebie, żeby pogadać o zabójstwie Spearsa. Kiedy przeczytałem o tym w gazetach, od razu pomyślałem, że mogą się czepiać Cynthii.
– Wy chyba wszyscy poszaleliście. Josh przed śmiercią też rzucał podejrzenia na Cynthię.
– To nie jest takie proste. Cynthia mogła mieć motyw. Cokolwiek byś myślał o inteligencji tutejszej policji, bez trudu przez nią dojdą do ciebie.
– Ale jak to...?
Falcon przyglądał się swojemu adwokatowi z przerażeniem.
– Skąd wy... to znaczy skąd ty wiesz...?
– Człowieku, na jakim ty świecie żyjesz. To jest najbardziej plotkarskie miejsce na ziemi. Tutaj ludzie mogą zapomnieć ile kosztuje bochenek chleba, ale doskonale wiedzą kto z kim sypia.
– Ale przecież nigdzie się nie pokazywaliśmy. Cynthii i mnie zależało na dyskrecji. Czysty seks, rozumiesz. Żadnych zobowiązań. Ona potrzebowała jakiejś odskoczni od starego Howarda, a ja...
– A ty co? – ironicznie zapytał Ruben. – Melinda nie jest już taka dobra?
– O, zamknij się Mark. Sam wiesz, jak to jest...
Prawnik nadal przyglądał mu się z ironicznym uśmiechem.
– W każdym razie twoja sytuacja jest bardzo kiepska, Gilbert.
– Czekaj, czekaj. Co ja mam teraz zrobić w takim razie?
– Moim skromnym zdaniem, powinieneś pójść na współpracę z nami, Gilbert – rozległ się głos porucznika Parsona, który wszedł do gabinetu trzymając w ręku tacę z eleganckim porcelanowym serwisem.
– Kawa, panowie – oznajmił spokojnie, stawiając tacę na stole i nalewając czarny aromatyczny napój z eleganckiego dzbanka do filiżanek.
Gilbert Falcon patrzył na porucznika i adwokata w niemym zdumieniu.
– Czy wy jesteście w jakieś zmowie? Mój prawnik i glina. To jakiś koszmar. Nie, to naprawdę musi być jakiś cholerny sen.
– Gilbert – odezwał się Mark Ruben – obawiamy się, że grozi ci niebezpieczeństwo, a Bruce’owi ufam całkowicie.
– I dlatego wystawiasz mu swojego klienta?
– Daj spokój, Gilbert, oni dobrze wiedzą, że nie kropnąłeś starego Josha.
– To po co cały ten cyrk? Po całym dniu pracy spada na mój dom desant jak na Iwodzimę, wywlekają mnie z własnego łóżka, ląduję w zafajdanym komisariacie, żeby się dowiedzieć, że od początku wszyscy wiedzą, że jestem niewinny?
– Uwierz mi, Gilbert, to było konieczne – głos porucznika Parsona był spokojny. – Mogliśmy oczywiście zastawić pułapkę u ciebie, traktując cię jako przynętę, ale nie wolno nam robić takich rzeczy bez zgody zainteresowanego.
– Aha, więc należało mnie aresztować?
– Wiedziałeś o tym, że Cynthia Jay, zanim stała się Cynthią Howard, była przez osiem miesięcy żoną Josha Blumsteina?
– A jednak! – Falcon odruchowo wykrzyknął nie ukrywając tryumfu – Wiedziałem, że coś ich łączyło!

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Śmierć reżysera (1)

Zgodnie z zapowiedzią dziś pierwsza część mojego opowiadania pseudo-sensacyjno-kryminalnego. Życzę dobrej zabawy!

Śmierć reżysera (1)

– Nigdy drania nie lubiłem, ale nie sądzę, żeby sobie zasłużył na taki koniec – powiedział Gilbert Falcon odstawiając szklankę na marmurową półkę nad kominkiem. Trzydziestopięcioletni blondyn średniego wzrostu zapalił papierosa i odwrócił się w kierunku swojego gospodarza, Josha Blumsteina, który siedział rozparty w swoim fotelu sącząc szkocką i delikatnymi ruchami głowy potakując słowom przyjaciela.
– Pytali cię już czy miał wrogów? – ciągnął Falcon.
– Taaa – roześmiał się Blumstein. – A kiedy ten wsiowy porucznik poprosił o przybliżoną ich listę, odpowiedziałem mu, że zajęłaby cały twardy dysk najlepszego komputera w Dolinie Krzemowej.
– No tak, w końcu nikt go nie lubił, ale nie mogę uwierzyć, żeby ktoś zaraz chciał go zabić.
– A Cynthia? – ożywił się Blumstein robiąc minę, która sprawiała, że jego i tak duże oczy sprawiały wrażenie jeszcze większych, zaś ciemnobrązowe tęczówki wydawały się małymi punktami w otoczeniu nienaturalnie rozszerzonych białek.
– Co Cynthia? – w głosie Falcona można było wyczuć zniecierpliwienie. – Cynthia przecież okazała się o wiele sprytniejsza od starego drania, a te 2 miliony, które wyciągnęli od niego jej adwokaci to chyba była suma, która powinna była ją zadowolić.
Blumstein sięgnął po butelkę i nalał sobie kolejnego drinka.
– Czy ty wiesz, czego brakuje twoim filmom? – pytanie to zaskoczyło Falcona.
– Psychologicznej głębi, Gilbert, psychologicznej głębi – wyjaśnił Blumstein, nie czekając na odpowiedź.
– Co to za bzdury? – spokojnym głosem spytał Falcon, który nadal nie rozumiał, o co chodzi staremu znajomemu. – Chcesz mi teraz zasunąć jakąś freudowską bujdę? Dobrze wiesz, czym są nasze filmy, więc nie wstawiaj mi tych głupot o jakiejś głębi. Od głębi to był Bergman. My robimy widowiska dla gawiedzi. Dobrze o tym wiesz.
– Ale chciałbyś czasem zrobić coś na miarę Bergmana. No może nie Bergmana, bo tego nikt by dzisiaj nie oglądał, ale Spielberga. W każdym razie chciałbyś zarabiać taką kasę i cieszyć się taką sławą jak on?
– Dobra, skończ z tymi talmudycznymi zagadkami i mów, o co ci chodzi.
– To raczej pytania w stylu sokratejskim, ale dobra. Chodzi o to, że ludzie nie zawsze popełniają zbrodnie dla pieniędzy. Cynthia mogła się zadowolić dwoma milionami dolarów, ale przecież z jakiegoś powodu odeszła od starego Howarda. Może go po prostu tak nienawidziła, że postanowiła go zniszczyć całkowicie. Wyciągnęła od niego kasę, a następnie wynajęła kogoś, żeby go kropnął.
– No wspaniale po prostu, wspaniale. Dobrze, że powiedziałeś, że kogoś wynajęła, bo już się przestraszyłem, że sama wygarnęła do swojego byłego. Nawet jak na twoje filmy byłoby to zbyt naciągane.
– No dobra – Blumstein zaśmiał się pojednawczo, widząc rozdrażnienie przyjaciela. – Przesadziłem, ale być może coś w tym jest. W każdym razie może być? Nie sądzisz? Kobiety potrafią się zapamiętać w nienawiści. Wiem coś o tym.

Gilbert Falcon spojrzał na Blumsteina. Faktycznie, ten pięćdziesięcioletni reżyser filmów klasy B, wiedział niejedno o kobietach. Mimo swojego wieku, nalanej twarzy i siwiejących kręconych włosów, które niegdyś były kruczo czarne, nadal cieszył się u nich powodzeniem. Pracując w tej branży doskonale jednak zdawał sobie sprawę, że nie atrakcyjny wygląd zewnętrzny był czynnikiem sprawiającym, że zawsze kręciły się wokół niego młode dziewczyny. Słowo reżyser samo w sobie było afrodyzjakiem, pomimo faktu, że gra w jego filmach nie zapewniała oszałamiającej sławy. Kilkakrotnie się jednak zdarzyło, że aktoreczka, która dała się poznać w jego produkcji, dostawała następnie rolę u kogoś o większym uznaniu w świecie kina. Te, którym się to nie udało, a miały już dość Blumsteina, potrafiły być dla niego przykre. Telefony od ich adwokatów należały do jego codziennej rutyny. Czy na podstawie własnych doświadczeń miał jednak prawo podejrzewać Cynthię Jay, byłą żonę podobnego do nich drugo- jeśli nie trzecioligowego reżysera Howarda Spearsa o jego zamordowanie? Falcon miał co do tego wiele wątpliwości.

– A nie był to jakiś latynoski albo murzyński lump?
– Przecież pisali w gazetach, że nic nie zginęło. Wszystkie cenne rzeczy pozostały na miejscu.
– O, wszystkie cenne rzeczy! – pogardliwie wykrzyknął Falcon. – A niby skąd policja, czy ktokolwiek wie, co znajdowało się w domu Howarda. Mieli szczegółowy inwentarz jego rzeczy? Spears miał raczej tandetny gust i kupował mnóstwo drogich drobiazgów, które walały się po całym domu.
– Poprosili Cynthię o pomoc. Ta stwierdziła, że nic nie zginęło.
– To jest w takim razie dziwne o tyle, że gdyby to ona stała za zabójstwem tego starego durnia, zależałoby jej chyba na tym, żeby upozorować napad rabunkowy.
– Dobrze myślisz, ale nie wyobrażasz sobie nawet do jakich rzeczy ludzie potrafią się uciec, żeby jeszcze bardziej pogmatwać ślady.
– Nie, Josh, tu już posuwasz się za daleko. Cynthię znam tylko trochę, ale nie sądzę, żeby była zdolna do jakichś skomplikowanych gierek. Zamordować swojego faceta i nie próbować nawet upozorować napadu rabunkowego, żeby skierować podejrzenia w inną stronę? Tu trzeba być albo tępą idiotką, albo zbyt cwaną idiotką. Innego wyjaśnienia nie widzę.
– Nie wiem, co o tym myśleć, ale ja bym Cynthii nie wykreślał z grona podejrzanych – odpowiedział Blumstein.
– A zresztą uczepiłeś się tej kobiety, jakby ci coś zrobiła – twarz Falcona rozjaśnił na moment obleśny uśmieszek. – Czekaj, stary draniu, a może coś was łączyło? Przyznaj się lepiej.
Blumstein machnął ręką.
– Ja i Cynthia? Nie, mój drogi, to się nigdy nie zdarzyło. Widzisz, mnie nie interesują kobiety po trzydziestce.
Falcon zaśmiał się złośliwie.
– No tak, Josh, no tak, ale Cynthia trzydziestkę przekroczyła nie tak dawno, natomiast twoje przygody seksualne zaczęły się dłuuuugi czas przed jej trzydziestymi urodzinami.
Na twarzy Falcona przez moment zagościł uśmiech triumfu, bo zauważył, że stary podrywacz lekko się zaczerwienił. „Twarz zawsze cię zdradzi”, pomyślał Falcon. „Tego nie da się pozbyć przy pomocy żadnego treningu”.
– Gilbert, ja naprawdę za stary jestem na takie głupstwa. Nigdy nie ukrywałem i nie ukrywam, że lubię młode dziewczyny. Zresztą one, o dziwo, lubią mnie również. Mogę ci jednak solennie przysiąc, że z Cynthią Spears nigdy nic mnie nie łączyło.
– No dobrze, już dobrze – odpowiedział Falcon pojednawczo. – Żartowałem przecież. W każdym razie stary Howard nie żyje, bo ktoś go kropnął zdaje się z rewolweru i tyle można tylko powiedzieć.
– Właśnie, tylko tyle da się powiedzieć – powtórzył Josh Blumstein jakby to była mądrość godna zakodowania w pamięci.

Pięć minut później Gilbert Falcon siedział wewnątrz swojego Jaguara XK sunąc powoli Selma Avenue. Skręciwszy w lewo w North Crescent Heights Boulevard nieznacznie przyspieszył. Kiedy North Crescent Heights przeszła w Laurel Canyon Boulevard, zdecydowanie przycisnął pedał gazu. Po niecałych pięciu minutach był już w swoim domu na Fareholm Drive. Zostawiwszy samochód na podjeździe wszedł do domu. Wiedział, że Melindy nie ma w domu, ponieważ pojechała odwiedzić matkę w Santa Barbara.
Nalał sobie rosyjskiej wódki, wypił jednym haustem, jak się nauczył podczas swojego pobytu w kraju Lenina i ciężko zapadł się w skórzany fotel, którego zresztą nie lubił. Skórzane meble to był pomysł Melindy. Myśl o zamordowanym Howardzie Spearsie nie dawała mu spokoju.
Wydawało mu się, że nie minęło nawet dziesięć minut od jego przyjazdu od Josha Blumsteina, kiedy usłyszał dźwięk przypominający sygnał radiowozu policyjnego. Spojrzał na zegarek. Była 10.50 wieczór, co oznaczało, że prawdopodobnie spał przez pół godziny.
Był zupełnie zdezorientowany, kiedy pokój wypełnił się policjantami świecącymi mu latarkami prosto w oczy i niemiłosiernie wrzeszczącymi.
– Na glebę!
Falcon na wpół przytomnym wzrokiem próbował wyłowić jakieś kształty, ale posłusznie zsunął się z fotela na włochaty dywan, kładąc się twarzą do podłogi.
– Gilbercie Falcon, jest pan aresztowany pod zarzutem zamordowania Joshuy Blumsteina. Może pan zachować milczenie. Wszystko, co pan od tej chwili powie, zostanie zaprotokołowane i może być użyte przeciwko panu. Czy pan zrozumiał?
Reżyser przytaknął.