Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2013

Czy "nadzieję radykalną" możemy odnieść do zmian w tzw. społeczeństwach rozwiniętych? (1)



Amerykański współczesny filozof, Jonathan Lear, w swojej książce Radical Hope (Nadzieja radykalna) podjął próbę wyjaśnienia mechanizmu pojawienia się optymistycznego myślenia na temat przyszłości narodu (plemienia), który utracił własną kulturę, a przez to podstawę swojego poczucia tożsamości. Lear zbudował całą swoją konstrukcję myślową wokół wodza indiańskiego plemienia Wron (Crows) Plenty Coups (z tego, co wiem, w polskim przekładzie, który ma się dopiero ukazać, oddano jego imię jako „Wiele Przewag”), który jako dziecko w inicjacyjnym śnie ujrzał zniknięcie bizonów i pojawienie się w ich miejsce krów (których wcześniej nigdy był nie widział). Dostał tam też wskazówkę od swojego ducha-przewodnika, żeby uczył się mądrości od sikory, ptaka uważanego przez jego współplemieńców za istotę niezwykle utalentowaną w kierunku właśnie uczenia się od otoczenia.

Wszystko stało się tak, jak Wiele Przewag przewidział. Biali wybili bizony i zakazali walk między plemionami. To pierwsze podcięło podstawy fizycznej egzystencji wielu szczepów rodzimych Amerykanów, zaś to drugie pozbawiło tę egzystencję resztek sensu. Kiedy wódz opowiadał historię swojego plemienia, potrafił dojść w swojej narracji do dnia zamieszkania w rezerwacie, ponieważ po tej dacie „nic się już nie zdarzyło”. Z jednej strony więc mądry przywódca praktycznie bezboleśnie (w odróżnieniu od Siuksów czy Czejenów, którzy toczyli z białymi krwawe wojny) poddał się dyktatowi białych, zalecając swoim ludziom naukę angielskiego, pisania, czytania i zdobywania dalszego wykształcenia, a nawet przyjmowania chrześcijaństwa, przez co uważał, że ocala swój naród, a z drugiej sam doskonale czuje, że w dniu zamieszkania w rezerwacie nastąpił „koniec historii”, przynajmniej w kontekście jego rodzimej kultury, a więc w kontekście wszystkiego tego, co stanowiło jakiś sens. Wrony, idąc za przykładem mądrej sikory, zaczęły uprawiać ziemię (choć sam Wiele Przewag sprzeciwił się parcelacji ziemi rezerwatu na prywatne działki, bo obawiał się, że wtedy jego rodacy szybko je wyprzedadzą białym – skąd my to znamy? ), zaś mężczyźni plemienia w każdym pokoleniu zasilali szeregi armii Stanów Zjednoczonych (walczyli m.in. w obu wojnach światowych). Wrony biorą udział w ogólnoindiańskcih uroczystościach i rytuałach, które tak naprawdę są sztuczną (re)konstrukcją obyczajów różnych plemion, których mieszanie przed podbojem przez białych żadnemu Indianinowi nie przyszłoby do głowy, ale również zachowują swoje poczucie odrębności plemiennej, ponieważ wykształcili zupełnie inne podstawy swojej tożsamości (m.in. tradycja służby w US Army, choć Siuksowie z tego powodu nazywali ich zdrajcami).

To właśnie wypracowanie nowej tożsamości, nowej przestrzeni kulturowej, w obliczu całkowitego zniszczenia starego sposobu życia, dokonało się dzięki mądrej polityce wodza Wiele Przewag, wypływającej dzięki jego „nadziei radykalnej”.

Jonathan Lear rozważa m.in. różne podejścia do definicji pojęcia „męstwo”, bo to, jako jedna z cnót promowanych przez wiele kultur, wymaga doprecyzowania. U Wron w czasach bizonów sprawa była dość prosta. Życie wojownika toczyło się wokół jego „laski przewag”, które to narzędzie służyło dotykania przeciwnika przed jego zabiciem i oskalpowaniem (żeby tenże przeciwnik nie zginął nieświadomie w ferworze walki, ale żeby wiedział, że za sekundę zostanie pozbawiony życia przez wielkiego wojownika). Szczytem męstwa zaś było wbicie laski przewag w ziemię i jej pilnowanie, czyli nie pozwolenie, by wrogowie przekroczyli granicę przez nią wyznaczoną, co najczęściej wiązało się z wysokim ryzykiem utraty życia, jeżeli przeciwnicy mieli przewagę liczebną.

Kiedy Wronom zabroniono walczyć z Siuksami, laska przewag nagle straciła jakiekolwiek znaczenie, a wraz z nią cały sens życia mężczyzny-Wrony. To dlatego właśnie, mimo swojej „nadziei radykalnej” wódz Wiele Przewag nie umie opowiadać o ostatnim, dłuższym odcinku swojego życia, ponieważ dla niego historia skończyła się wraz z końcem roli laski przewag. Później z Wronami działo się to samo, co ze wszystkimi, a więc jego biały rozmówca mógł sobie sam dopowiedzieć dalszą historię Wron, która niczym się nie różniła od historii innych Amerykanów (choć to oczywiście nie do końca prawda).

Ilekroć czytam takie historie mam nieodparte wrażenie, że opowiadając o plemionach „pierwotnych”, czyli o grupach ludzi o bardzo konkretnym i przejrzystym poczuciu tożsamości zbiorowej, łatwo jest nam i o współczucie i o zadumę nad losem przemijających kultur. Gdybyśmy jednak spróbowali ten sam rodzaj refleksji zastosować wobec narodów o dość długiej historii tzw. cywilizacji, cały dość jasny wywód Jonathana Leara musiałby ulec rozwodnieniu, zmąceniu, a następnie musiałby się zamienić w burą breję, w której wszyscy stracili orientację i nikt nie wie o co chodzi.

Tam gdzie jedno plemię, a tak naprawdę jego warstwa rządząca, potrafiła narzucić swoją władzę i dyskurs innym plemionom tworząc w ten sposób zręby cywilizacji, tam siłą rzeczy zaczęły się procesy, które trwają do dziś, czyli nieustannej dekonstrukcji starych systemów wartości i zastępowania ich nowymi. Koniec wieku osiemnastego przyniósł w tym względzie duże przyspieszenie, tak że każde schodzące pokolenie zaczęło mieć poczucie totalnej klęski spowodowanej kulturową katastrofą. Za życia jednego pokolenia może dojść do trzech (a co najmniej dwóch) zmian w sposobie myślenia o wartościach. Oczywiście ludzie tak szybko poglądów nie zmieniają, ale przez to również muszą żyć w ogromnym stresie i umierać w poczuciu frustracji, ponieważ ich światy giną jeszcze za ich fizycznego życia. Niektórzy potrafią sobie z tym jakoś radzić, z rezygnacją godząc się na zmiany wprowadzane zarówno przez ich rówieśników, jak i pokolenie ich dzieci i wnuków, ale doprawdy wahałbym się nadać temu nazwę „nadziei”, a już na pewno nie „nadziei radykalnej”.

Osobiście uważam, że jedynym źródłem tej nadziei jest po prostu fakt istnienia naszych fizycznie funkcjonujących ciał, oraz istnienia naszych potomków, którzy przekażą dalej nasze geny, ponieważ o przekazaniu naszych „memów” już raczej boimy się marzyć.

wtorek, 18 grudnia 2012

Trauma i cud, czyli o chłopcu, któremu pomogły delfiny



Obejrzałem wczoraj film dokumentalny pod polskim tytułem „Przyjaciel delfinów”, który opowiadał o arabskim chłopcu z Izraela (czyli Palestyńczyku, ale z tych Palestyńczyków, którzy nie opuścili granic państwa Izrael, są jego obywatelami i z nim nie walczą), którego z potwornej traumy wyleczyła delfinoterapia.

Morad z powodu niewinnego smsa do szkolnej koleżanki, został bestialsko pobity przez jej starszego brata przy asyście reszty jej braci i kuzynów. Szesnastolatek doznał takiego szoku, że przestał się w ogóle odzywać. Jedyną różnicę od kompletnej katatonii stanowiły wybuchy agresji wobec młodszej siostry. Dla rodziców i całej rodziny była to oczywiście nieopisana tragedia. Ojciec chłopca nie zgodził się jednak na propozycję sąsiadów dokonania samosądu na całej rodzinie winnych tragedii Morada, samosądu który prawdopodobnie polegałby na równie bestialskim mordzie.

Generalnie ta arabska wieś na północy Izraela raczej nie przypominała palestyńskich osiedli znanych z telewizji. Dom Murada i jego rodziny przypominał raczej dom bogatego Amerykanina lub Europejczyka. Jak się można było zorientować, rodzina prowadzi hodowlę koni. Wszyscy ubierają się również po zachodniemu.

Ojciec Morada dowiedział się, że niejaki dr Kutz jest doskonałym psychiatrą, który może pomóc jego synowi. Sprzedał, co mógł i udał się wraz z chłopcem do nadmorskiego Elatu, gdzie Morad został poddany terapii polegającej na kontakcie z delfinami. Jak się okazało, nastolatek od razu go nawiązał. Widać było, że pływając z tymi morskimi ssakami, czuł się dobrze, bezpiecznie. Niemniej niemal 3 lata zajęło stopniowe przywracanie chłopca światu. Stopniowo zaczął reagować na ojca, który przez pierwszy okres w Ejlacie cały czas był z nim. Potem zaczął mówić. Poznał dziewczynę - Żydówkę, z którą się spotykał. Długo jednak nie mógł, czy też nie chciał przypomnieć sobie swojego życia sprzed delfinoterapii. Nie chciał się np. widywać z matką, która od czasu do czasu przyjeżdżała odwiedzić syna i męża. Wytworzył sobie niejako nową osobowość, osobowość, która narodziła się w wodzie między delfinami.

W końcu jednak psychika chłopca unormowała się do tego stopnia, że gotów był powrócić do domu (niestety zerwał ze swoją izraelską dziewczyną), stanąć przed sądem i doprowadzić do skazania drani, którzy go skrzywdzili.

Ponieważ kamera śledziła losy Morda i Asada, jego ojca, na bieżąco, widz mógł obserwować, oczywiście w reporterskim skrócie, fazy wychodzenia młodego człowieka z choroby, co dla mnie osobiście było czymś na kształt obserwacji działania cudu. Działanie kontaktu z łagodnymi morskimi ssakami ukazywało niezwykłą tajemnicę działania ludzkiego umysłu. Odnoszę wrażenie, że Morad odbudował swoją osobowość dzięki temu, że „cofnął” się do jakiegoś pierwotnego poziomu ewolucji, do poziomu zwierząt, których jedynym sensem istnienia jest samo istnienie manifestujące się w swobodnym pływaniu w wodzie.

Nie byłbym sobą, gdybym w pierwszym odruchu, zaraz po obejrzeniu początku filmu, nie miał ochoty przyklasnąć przyjaciołom Asada, którzy proponowali mu pomoc w krwawej zemście. Kiedy w dodatku pokazali młodocianych bandytów, którzy nie zabiwszy go, pozbawili swojego rówieśnika wszystkiego tego, co kojarzymy z życiem, agresywne uczucia powróciły. Ich agresywne zachowanie wobec operatora kamery nie mogło wzbudzić choćby cienia zrozumienia.

Jedną z pierwszych myśli, jaka przecisnęła mi się do głowy, to skojarzenie z powieścią Gautama Malkaniego, Londonistan, w której narrator opowiada, jak to niebezpiecznie próbować poderwać jedną ze szkolnych koleżanek, bo „jej bracia to hardcorowi muzułmanie”. Oczywiście myśl, że to kultura wyrosła na gruncie islamu powoduje takie sytuacje, nie jest zupełnie pozbawiona sensu. Niemniej widok tych młodych ludzi przywiódł zupełnie inne skojarzenia. Cała ta wieś, w której mieszka Morad i jego oprawcy, nie przypomina osad, jakie można zobaczyć w telewizji, kiedy ta pokazuje Zachodni Brzeg Jordanu albo Strefę Gazy. Nikt tam nie nosi tradycyjnych strojów arabskich, ani nawet chustki-arafatki. Dlatego skojarzenia z agresywnym islamem ustąpiły tym związanym ze środowiskiem młodzieżowym (oczywiście tez nie całym), znanym na całym świecie. Agresywnych łobuzów bowiem nigdzie nie brakuje. Nie brakuje też sytuacji, w której agresywne łobuzy dostają niejako pretekst do wyładowania swojej agresji. Pretekstem dla łobuza może być dosłownie wszystko.

Nie lubię teleologicznych komentarzy do pewnych wydarzeń. Zakładanie dalekiego celu w jakimś wydarzeniu to zabieg poznawczo wątpliwy i niestety naukowo nieweryfikowalny. Pięknie byłoby powiedzieć, że oto młody chłopak dlatego doznał wielkiego cierpienia, żeby oto dokonał się cud i pokazał jak wielką mocą obdarzyła nas natura (w wersji religijnej Bóg). Niestety tak możemy mówić zawsze już po tym, jak już ten cud się dokona. Jako człowiek nigdy nie pogodzę się z faktem, że banda zwyrodnialców daje upust swojej zwierzęcej agresji na bezbronnym rówieśniku. Równocześnie oczywiście nie mogę wyjść z podziwu nad faktem, że po prostu pływanie z delfinami jest w stanie dokonać tak pozytywnych terapeutycznych zmian. Niestety dla ogólnego obrazu świata jest to niewielkie pocieszenie. Nadal bowiem o wiele większe jest prawdopodobieństwo, że człowiek trafi na drugiego człowieka, który go skrzywdzi, niż na delfiny, które pozwolą mu odzyskać radość życia.

"Przyjaciel delfinów" to również film o wspaniałej miłości ojca do syna, który robi dosłownie wszystko, co w jego mocy, by przywrócić chłopaka światu żywych ludzi. Wspaniała historia. 

środa, 17 października 2012

O buńczucznym chrześcijaninie, który dał się złamać presji kolegów



Może niektórzy pamiętają mój wpis sprzed dwóch lat na temat posła Godsona, który wówczas jeszcze posłem nie był, ale miał nim zostać? Spodziewałem się wówczas, że pewne środowiska zrobią wielką sensację z faktu pierwszego czarnoskórego polityka w Sejmie. Nic takiego nie nastąpiło – nie było żadnej Godsonomanii i bardzo zresztą dobrze. John Abraham Godson okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem, który zaskarbił sobie ciepłe uczucia łodzian i to wcale nie tylko tradycyjnego elektoratu PO.

Nadal uważam, że poseł Godson to miły facet i naprawdę próbujący uprawiać politykę w stylu cywilizowanych krajów anglosaskich, gdzie politycy naprawdę angażują się w działania na rzecz swojej lokalnej społeczności. Moi łódzcy znajomi, którzy go wybrali na posła (na drugą kadencję, bo na pierwszą wszedł „z automatu”, kiedy Hanna Zdanowska obejmując urząd prezydenta Łodzi musiała zrezygnować z mandatu poselskiego), bardzo go chwalą i twierdzą, że naprawdę robi coś dla ludzi.

Korzystając z możliwości współczesnej techniki zostałem fejsbukowym znajomym posła Godsona. Wiedziałem już wcześniej, że jest duchownym jednego z protestanckich kościołów, ale przecież nie jestem paranoicznym religiożercą czy antyklerykałem. Ja mam swoje poglądy, ludzie religijni swoje i dopóki nie próbujemy sobie wchodzić w drogę, można bez problemu żyć nawet na tej samej ulicy, ba, nawet pod jednym dachem.

Kiedy więc w fejsbukowych statusach Johna Godsona zaczęły się pojawiać hasła ewangelizacyjne, uśmiechałem się lekko, wychodząc z założenia, że skoro wierzy w to, co pisze, to niech mu idzie na zdrowie, a jeśli na dodatek dzięki temu planuje robić dobre rzeczy dla ludzi i w dodatku je robi, to jest wręcz świetnie. Wychodzę bowiem z założenia, że bardzo wiele zależy od konkretnych ludzi i ich nastawienia do realnego świata i żywych ludzi. Jeżeli bowiem ktoś potrafi położyć akcent w wyznawanej przez siebie religii na aspekty humanitarne i konstruktywne, to ja się tylko cieszę. Problemy pojawiają się, kiedy ktoś próbuje z racji tego, w co sam wierzy, piętnować, wykluczać, czy wręcz eliminować tych, którzy wierzą w coś innego, albo w zgoła nic.

Na co dzień wszyscy popełniamy mniej lub bardziej rażące gafy. Wszyscy też kłamiemy, jak twierdzi scenarzysta Dra House’a. Politycy drażnią nas wszystkich do granic możliwości bo kłamią na potęgę a potem w żywe oczy nam mówią, że od początku twierdzili tak, jak twierdzą teraz. W swojej bezczelności potrafią odwrócić kota ogonem nawet, kiedy im się pokaże nagranie video z ich wypowiedziami sprzed jakiegoś czasu.

Dlatego właśnie tak bardzo wszyscy jesteśmy spragnieni choć odrobiny szczerości i uczciwości ze strony tych, którzy decydują o naszym losie. Czasami gotowi jesteśmy już przyjąć jakąś nieprzyjemną dla nas prawdę, niż mieć tę bolesną świadomość, że ktoś ma nas za idiotów, że ktoś nie ma dla nas elementarnego szacunku, jaki się należy każdemu człowiekowi. Choć wszyscy wiemy, że politycy kłamią częściej niż inni oraz że kłamstwo jest immanentnym elementem ich zawodu, to jednak cały czas, mnie lub bardziej skrycie, łudzimy się nadzieją, że pojawi się ktoś, z kim może nie będziemy się nawet zgadzać, ale kto nie będzie nam próbował robić wody z mózgu.

Kiedy poseł Marek Jurek odchodził z PiSu z powodu zbyt liberalnego podejścia tej partii do kwestii penalizacji aborcji, kiwałem głową z dwóch powodów. Raz z politowania, bo uważałem, że człowiek ten zaangażował się w przegraną sprawę, w dodatku opartą na przesłankach religijnych, a więc naukowo słabo weryfikowalnych (chodzi o człowieczeństwo embrionu, w którym jeszcze nie wykształciła się głowa). W dodatku Marka Jurka pamiętam jako tego marszałka Sejmu, który zainicjował modlitwę o deszcz, co wprawiło mnie w pewne zażenowanie. Z drugiej strony jednak, człowiekowi temu należy się absolutnie szacunek za wierność swoim poglądom (w tym wypadku wierze) i za to, że żyje z nimi w zgodzie i nie daje się zmiękczyć ani posłuszeństwem wobec szefostwa, ani pokusą utrzymania eksponowanego stanowiska państwowego.

John Godson postanowił się jednak rozdwoić i raz być posłem Godsonem, a raz pastorem Godsonem. W tym zresztą nie byłoby niczego nienormalnego, gdyby nie doszło do spraw fundamentalnych. Co więcej, nie byłoby też jakiegoś problemu, gdyby pastor Godson miał inne, np. bardziej liberalne poglądy na temat aborcji niż katolicy.

Tymczasem Solidarna Polska przy okazji, jak mi się zdaje, pozyskiwania błogosławieństwa toruńskiej rozgłośni, złożyła prowokacyjną propozycję zaostrzenia penalizacji aborcji. SP to przecież klon PiS, więc takich rzeczy można się po jej przywódcach spodziewać, choć wyskoczyli akurat w takim momencie, w którym wiadomo, że na żadną większość w Sejmie liczyć nie mogą. Zostawmy więc makiaweliczne zakamarki duszy Zbigniewa Ziobro i Jacka Kurskiego i wróćmy do posła Godsona.

Tymczasem poseł/pastor Godson buńczucznie zapowiedział, że w tej sprawie może się wyłamać z dyscypliny partyjnej, bo jako chrześcijańskiemu duchownemu sumienie nie pozwoliłoby mu głosować przeciwko projektowi zakazującemu „zabijania”. Po tej heroicznej deklaracji na miarę pierwszych chrześcijan rzucanych lwom na pożarcie, w internecie rozpętała się wściekła nagonka ze strony środowisk lewicowych i antyklerykalnych. Kazano mu spadać, wypier… do Rydzyka, dołączyć do PiSu itd. itp. Na wątkach fejsbukowych zrobiło się dokładnie tak chamsko jak na forum Onetu, a ludzi nie hamowało nawet to, że przy tych wypowiedziach pojawiało się ich własne imię i nazwisko.

Trochę mi się zrobiło żal posła Godsona, jak zresztą każdego, który jest obiektem niewybrednych, głupich i wulgarnych ataków. Oczywiście projekt SP był beznadziejny, ale gdyby akurat poseł Godson w tej sprawie wyłamał się spod dyscypliny PO, w pełni bym go zrozumiał jako człowieka (niekoniecznie jego wybór i poglądy). Pomimo odmiennego zdania szanowałem integralność osobowości posła-pastora.

Następnego dnia poseł Godson złożył kolejne oświadczenie, o czym nie omieszkał poinformować swoich znajomych na facebooku, a mianowicie, że nie będzie jednak w sprawie tej aborcji tak pryncypialny, no bo on to on, jego poglądy to jego poglądy, ale przecież on reprezentuje swoich wyborców, i nie może się przeciwstawiać woli tych, którzy mu zaufali. Czy błyskawicznie przeprowadził badanie środowiskowe swoich wyborców i dowiedział się od nich, że wszyscy oni są za zachowaniem obecnej ustawy o aborcji? Nie sądzę. O wiele bardziej prawdopodobny wydaje mi się scenariusz taki oto, że poseł Godson dostał wyraźny sygnał od swoich partyjnych liderów, że ma się przestać wygłupiać z tym swoim chrześcijańskim heroizmem i ma głosować tak, jak wszyscy, czyli przeciwko pomysłom „oszołomów” z Solidarnej Polski.

Komentarze pod wątkiem posła, który zmienił zdanie, były oczywiście dwojakiego rodzaju. Jedni zaczęli mu dziękować, bo przywrócił im wiarę (sic!). Nie wiem, w co, ale prawdopodobnie wiarę w posła Godsona, wiernego polityka Platformy Obywatelskiej. Inni zaczęli krytykować, że oto przyłączył się do zabójców dzieci itp. Jak dla mnie problem tkwi zupełnie poza meritum sporu. Na temat aborcji każdy ma takie poglądy jakie ma i oczywiście spór jest tutaj nie do uniknięcia.

Problem polega jednak na tym, że John Abraham Godson dał się złamać, a jego bohaterskie deklaracje okazały się śmiechu wartą hucpą. Wpisałem się nawet na jego wątku, choć wkrótce mój wpis zniknął, co oznacza, że i cenzura nie jest pastorowi Godsonowi obca. Napisałem mniej więcej coś takiego, że jako ateista śmieję się satanistycznym śmiechem z jego zmiany zdania.

Jako ateista właśnie, a nie człowiek religijny, uważam, że aborcja jest potwornym złem, ponieważ jako ludzie powinniśmy chronić życie, bo innego niż to ziemskie raczej nie ma. Niemniej pewnych rzeczy nie da się uregulować groźbą surowej kary. Po prostu się nie da i nie należy. Mniej więcej wiemy jak boli zdrada kochanej osoby, jakie spustoszenie sieje w umyśle strony zdradzonej, ale niestety nie da się tego uregulować przy pomocy prawa i surowych kar. Podobnie jest, jak uważam, z aborcją.

Jednakże powtarzam, chodzi mi tutaj wcale nie o aborcję, ale o szacunek dla posła Godsona, który wyrobiwszy sobie wizerunek człowieka uczciwego, transparentnego i o zintegrowanej osobowości, który żyje swoimi zasadami i postępuje wg nich, nagle jednego dnia wszystko obrócił wniwecz. Satanistą ani w ogóle czcicielem zła z pewnością nie jestem, ale chciałem nieco wstrząsnąć sumieniem posła, choć nie ukrywam, że pewna cholerna złośliwość również przyświecała mojemu wpisowi. Nic mnie tak bowiem nie drażni jak buńczuczne deklaracje, które okazują się nic nie warte. Poseł/pastor John A. Godson wolał jednak mój wpis wykasować. I chyba ma problem z głowy… ;)

sobota, 13 października 2012

O etyce w literaturze (2), czyli o literackiej reprezentacji zjawisk niewyrażalnych językowo



Nigdy nie wiemy, kiedy będziemy postawieni przed trudnym wyborem. W szkole co prawda czytamy nie tylko proste lektury z czarno-białym modelem dobra i zła, ale czasami również teksty dające wiele do myślenia i to myślenia bolesnego. Kiedy w ósmej klasie, o ile dobrze pamiętam, omawialiśmy na lekcjach języka polskiego opowiadania Tadeusza Borowskiego (Pożegnanie z Marią, Proszę państwa do gazu – te omawialiśmy, a inne przeczytałem „z rozpędu”, bo wówczas czytałem wszystko, co mi wpadło do ręki). Po raz pierwszy w swojej może niezbyt długiej, ale jak na 14-latka całkiem bogatej karierze czytelniczej, stanąłem przed autentycznym dylematem przyprawiającym o ból głowy (dlatego do znudzenia powtarzam, że myślenie jednak boli).

Tadeusz, narrator opowiadań, który nosi imię samego autora (zabieg postmodernistyczny? w latach 40. XX wieku?), to cyniczny drań i cwaniak świetnie radzący sobie w obozowych warunkach Oświęcimia. Od pierwszej klasy podstawówki byliśmy uczeni o potwornościach niemieckich obozów koncentracyjnych, o głodzie, biciu, okrutnych doświadczeniach medycznych, zagazowywaniu pod prysznicem i paleniu zwłok (przez to palenie zwłok w obozach zagłady do dziś w Polsce mamy jeszcze sporą liczbę ludzi, dla których kremacja kojarzy się jednoznacznie z hitlerowskimi Niemcami i przez to są jej przeciwnikami). Pokazywano nam filmy dokumentalne ze zwłokami przypominającymi szkielety z powodu wygłodzenia zrzucanymi przy pomocy spychaczy do olbrzymich dołów mających im służyć za groby – efekt dla siedmo-, a nawet dwunastolatka traumatyczny. Z drugiej strony pamiętam również, że niektórzy koledzy, zarówno nieco starsi, jak i rówieśnicy i młodsi, rzucali jakieś kretyńskie teksty, po czym grupka siedzących obok nich wybuchała śmiechem. To z kolei doprowadzało nauczycielki do białej gorączki, a były to czasy, kiedy pedagodzy specjalnie się nie krępowali w okazywaniu własnej wściekłości.

Po powrocie z kina można było jeszcze długo podlegać piętnowaniu jako debil pozbawiony w dodatku ludzkich uczuć. Kiedy sobie to dzisiaj przypominam, próbuję sobie uświadomić własną reakcję na te obrazy, ale też zrozumieć kolegów-dowcipnisiów. Obraz wychudzonych ciał spychanych niczym jakieś odpady do utylizacji to było coś, co mi zburzyło kompletnie bezpieczny obraz świata budowany przez troskliwych rodziców i dziadków. Co prawda już wtedy byłem na kilku pogrzebach z otwieraniem trumny, więc widok nieboszczyka nie był mi obcy, ale dlatego też właśnie grzebanie zmarłych kojarzyło mi się z czymś z jednej strony bardzo smutnym, a z drugiej niezwykle wzniosłym. A na filmie dokumentalnym, na który zaprowadzono nas ze szkołą takie rzeczy – ciała ludzkie traktowane gorzej niż śmieci. Jako małe dziecko nie miałem na to nazwy, więc był to dla mnie problem. Jak pewnie niejeden z Was w swoim życiu zauważył, język bardzo nam pomaga w oswajaniu rzeczywistości. Nadanie czemuś nazwy często prowadzi nas do jakiegoś spokoju ducha, choć tak naprawdę nie ma to żadnego uzasadnienia, bo przecież traumatyczne zjawisko nadal jest traumatycznym zjawiskiem.

Niektórzy moi koledzy reagowali głupim śmiechem, bo to chyba jedyny mechanizm obronny, jaki im wówczas podsunęła podświadomość, dla której zjawisko na kinowym ekranie też było nowe i zaskakujące. Rzeczy nowe, w tym takie, które instynktownie każą nam włączyć mechanizmy obronne, mogą powodować strach, agresję lub pusty śmiech. Nauczyliśmy się takie reakcje potępiać, ale zrobiliśmy to przy pomocy presji kulturowej. Kiedy stykamy się po raz pierwszy z traumatycznym zjawiskiem narzędzia wypracowane przez wychowanie i proces uczenia się, a więc przez kulturę, mogą zwyczajnie zawieść.

Do dziś mam mieszane uczucia co do celowości karmienia małych dzieci okrucieństwem obozów koncentracyjnych, ponieważ mechanizmy racjonalizacji wypracowane w (pod)świadomości małego człowieka mogą się okazać zupełnie inne od oczekiwanych. Niektórzy mogą po prostu zacząć zachowywać się tak samo, jak większość odbiorców mediów karmionych katastrofami – „Ach, przestańcie wreszcie o tym mówić! Ile można?” Sam nie jestem zwolennikiem nieustannego wystawiania ludzi na zjawiska traumatyczne, bo doskonale wiem, że w rezultacie wywołają one albo śmiech, albo właśnie agresję – nie przeciwko sprawcom zła, ale tym, którzy o tym mówią. Czy jednak powinniśmy takie tematy wyeliminować całkowicie i oddać się radosnej konsumpcji „Bitew na głosy” i innych produkcji dających nam poczucie przyjemnej błogiej głupawki?

Tak czy inaczej, po traumatycznych obrazach obozów w Auschwitz i Birkenau z opowieści nauczycieli, szkolnych czytanek, czy filmów dokumentalnych, przy których najlepiej robione horrory bladły jako kompletne błazeństwa, przyszły opowiadania Borowskiego.

Jeżeli dzisiaj co jakiś czas podnoszą się głosy, że przecież w tych obozach nie mogło być tak źle, jak się to przedstawia, to obawiam się, że może to być m.in. wynik lektury narracji Tadeusza, który otrzymuje paczki z zewnątrz i przyrządza sobie np. sałatkę z pomidorów i cebuli. Gdzie więc osławiona „wasserzupka”/wassersuppe („pół kartofla w litrze wody”)? – ciśnie się pytanie. Cwaniactwo i wychodzenie na powierzchnię najniższych instynktów ludzi dzielących ten sam los w obliczu walki o przetrwanie, gdzie tym razem niemal wprost pokazano, że znowu wartości kulturowe, w jakich się nas wychowuje od starożytności, w pewnych warunkach tracą kompletnie swoje znaczenie (ratowanie życia kosztem kogoś innego, w tym własnego dziecka). Trzeba bowiem pamiętać, ze oprócz traumy obozów koncentracyjnych (tudzież innych miejsc urządzonych przez Niemców w celu więzienia, torturowania i zabijania ludzi, jak np. Radogoszcz w Łodzi, gdzie też nas zabierano już w klasach I-III szkoły podstawowej), karmiono nas również wzniosłymi historiami na temat bohaterstwa naszych niedalekich przodków, którzy dzielnie się niemieckim okupantom przeciwstawiali. A jeżeli do tego dodamy „Czterech pancernych i psa” tudzież „Stawkę większą niż życie” (kapitana Klossa), na których byliśmy wychowani, to przecież było dla nas wszystkich jasne, że z Niemcami trzeba było po prostu bohatersko walczyć, bo wroga się przecież zabija i przepędza.

Tymczasem opowiadania Borowskiego się czytało, czytało, a tam żadnego bohaterstwa. Heroizmu ani za grosz. Upodlenie człowieka za życia, czyli kompletna degradacja jego godności, co faktycznie równało się przecież zmianą jego tożsamości, było dla mnie kolejnym szokiem, porównywalnym z tym, które w młodszych klasach wywoływały filmy i zdjęcia wychudzonych do granic możliwości ciał żywych i pomordowanych więźniów obozu.

Czytając opowiadania Borowskiego miało się wrażenie, że w Oświęcimiu mówienie o jakimś heroizmie było w ogóle czymś nie na miejscu, ponieważ nie było nań żadnej przestrzeni emocjonalnej. Nie było się przed kim popisywać swoją zuchowatością, ponieważ nie wzbudziłaby ona niczyjego podziwu. Współwięźniowie byli zbyt wycieńczeni i skoncentrowani na przetrwaniu, lub kompletnie zrezygnowani, a ze strony oprawców nie można było liczyć na żaden przejaw szacunku. Tak to zresztą było zaplanowane i tak to realizowano.

Pojawia się teraz pytanie w świetle tego, o czym pisałem w swoim poprzednim wpisie, a mianowicie, jak pisarz powinien przedstawiać rzeczywistość, o której pisze? Borowski specjalnie nie wdawał się w głębię mechanizmów psychologicznych swoich postaci. Żydowska matka bez szemrania rzuca swoje dziecko na platformę z innymi niemowlętami przeznaczonymi na śmierć, licząc na nagrodę za posłuszeństwo rosyjskiego strażnika (sic!), ale ten okazuje oburzenie na brak elementarnych uczuć matczynych i pakuje ją na tą samą platformę. (Zastrzegam, że mogę się mylić co do pewnych szczegółów, ponieważ od czasów szkoły podstawowej do Borowskiego nie wróciłem). Narrator na zimno relacjonuje jedynie wydarzenia, a można prawie powiedzieć, że Borowski realizuje postulat Elfride Jelinek, żeby postaci były płaskie, zaś czytelnik przyparty do muru i pozbawiony komfortu grzebania się ich psychice. Na dodatek Tadeusz-narrator to człowiek zimny, wyrachowany i okrutny, co w ogóle nie sprzyja zagłębianiu się w psychologiczne dylematy, czy też analizę motywów zachowań współwięźniów i strażników.

Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę efekt, jaki artysta (bo powieściopisarz mimo wszystko jest jednak artystą, a nie dokumentalistą) osiąga swoją „płaską” perspektywą, może się okazać, że  doprowadzi do tego, że czytelnik, zgodnie z postulatem Elfride Jelinek, faktycznie będzie się przyglądał z obojętnością. Tylko, czy jest to efekt, który pragnęlibyśmy osiągnąć każąc młodemu człowiekowi czytać opowiadania o Auschwitz? Myślę, że tutaj dochodzimy do pewnych granic ludzkiej emocjonalności. Podobnie jak bohaterstwo pojmowane romantycznie byłoby w obozie groteskowe, tak samo czysta pensjonarska egzaltacja („ach jak tam było strasznie!”) wydaje się zupełnie nie na miejscu. Dotykamy tutaj bowiem zjawiska, na które tak naprawdę do dziś nie znaleźliśmy (przynajmniej nie ja) narzędzi językowych, czyli słów do ich wyrażenia.

piątek, 12 października 2012

O etyce w literaturze, czyli o tym, czy zagłębiać się psychikę zbrodniarzy



Lubię obejrzeć coś Brechta, mimo, że nie jestem ani komunistą, oraz mimo, że sztuki Brechta w ogóle nie są przyjemne w odbiorze. Wręcz przeciwnie cała konwencja, konstrukcja postaci, a na dodatek muzyka Kurta Weila, jeżeli mówimy o musicalach, od razu dają widzowi do zrozumienia, że znajdujemy się w świecie sztucznym, karykaturalnie drewnianym i czarno-białym. Brecht nie budował pogłębionych postaci, a jedynie ilustrował zjawiska społeczne, które rozgrywały się przy pomocy postaci, które z kolei odgrywały sztywno przypisane sobie role, bo jak się wydaje, innych ról odegrać nie mogły. Widza zresztą nie musi obchodzić głęboka analiza psychologiczna postaci, ponieważ ta mogłaby rozmyć wymiar zła, jaki taki np. Arturo Ui popełnia. Pozostaje więc postacią potworną w swojej groteskowości, bowiem jakaś lalkowa, czy też mechaniczna groteskowość to narzędzie, które się do przedstawienia takiej potworności świetnie nadaje.

Z drugiej strony jednak, widz, nawet ten, który nigdy wcześniej o Brechcie nie czytał, ani w ogóle nic nie wie o jego metodzie, po pierwszych dziesięciu minutach sztuki wg jego tekstu wyczuwa, że nie ma do czynienia z żadnym realizmem, ale ze swego rodzaju czarno-białym komiksem z wyraźnym przesłaniem. Z artystycznego punktu widzenia jest to zabieg bardzo interesujący bo oryginalny (tzn. w czasach Brechta był oryginalny, bo teraz byłby tylko naśladownictwem Brechta), wskazujący na świadomy zabieg o naturze właśnie czysto artystycznej, ale z drugiej strony wszyscy wiemy, że teksty Brechta miały bardzo konkretny cel polityczny, ponieważ jego sztuka była świadomie sztuką zaangażowaną.

Od czasu do czasu forma Brechta potrafi bardzo dobrze trafić ze swoim przesłaniem do odbiorcy. Niemniej Brechta nie da się oglądać czy czytać na okrągło, ponieważ w pewnym momencie następuje zmęczenie konwencją. Nie można przez dłuższy czas żyć w matriksie, w którym wszystko narysowane jest tak grubą kreską (no, chyba że ktoś może, nie znam wszystkich ludzi na świecie). Choć większość odbiorców nie przepada też wcale za dogłębnymi wglądami w mechanizmy psychiki bohatera dzieła literackiego, teatralnego czy filmowego, o czym świadczy popularność tego, co czyta czy ogląda większość statystycznych odbiorców na całym świecie, to jednak konwencja polegająca na takich właśnie zabiegach przez wielu bardziej wyrobionych czytelników czy widzów uważana jest za oznakę twórczości o najwyższej jakości.

Piszę o tym znowu zainspirowany fragmentem z książki Sławoja Žižka, Od tragedii do farsy, w której stawia on m.in. tezę, że przedstawianie pogłębionej analizy psychologicznej zbrodniarzy hitlerowskich jest zabiegiem złym, ponieważ mógłby wywołać u odbiorcy zrozumienie dla tychże zbrodniarzy, a w rezultacie do samej zbrodni. Fragment ten odnosi się do książki Jonathana Littela, Łaskawe (będę musiał przeczytać), której narratorem jest oficer SS, Maximilian Aue. Poprzez włożenie całej historii w usta niemieckiego zbrodniarza, całość nabiera perspektywy tegoż bandyty, a ten wszak będzie opowiadał o swoim życiu, jak każdy inny człowiek opowiedziałby o swoim, a więc czytelnik pozna być może jego dzieciństwo, jego drogę do kariery, relacje z innymi ludźmi, stosunek do pracy i obowiązków służbowych itd. itp., z czego wyłoniłby się pewien logicznie spójny obraz człowieka, którego działanie jakoś można zrozumieć. A przecież potwornych zbrodni nie należy rozumieć, tylko zdecydowanie potępić.

Žižek cytuje austriacką noblistę, Elfride Jelinek, która stawia pewne wytyczne co do artystycznej reprezentacji rzeczywistości. Pozwolę sobie przepisać ten cytat:

Postaci na scenie powinny być płaskie jak ubrania na pokazie mody: dostajesz tylko to co widzisz. Realizm psychologiczny jest odrażający, bo pozwala nam uciec od nieznośnej rzeczywistości i schronić się w „luksusach” osobowości, zatracić się w głębi pojedynczej postaci. Zadaniem pisarza jest zablokowanie tego wykrętu i zagonienie nas w miejsce, gdzie będziemy potrafili patrzeć na zgrozę bez emocji.

(w książce Žižka jest to cytat za Up from the Cellar, „London Review of Books”, 5 czerwca 2008)

Szczerze mówiąc doprawdy się dziwię, dlaczego Žižek nie odwołał się do Brechta, który ww wytyczne stosował zanim Elfride Jelinek się urodziła.

Dylemat polega jednak na tym, czy można się bezkrytycznie zgodzić z Brechtem, Jelinek i Žižkiem. Przedstawianie płaskich postaci w powieści, teatrze czy filmie to przecież zabieg starszy niż powieść i film, (choć może nie teatr). Jest to bowiem metoda wzięta prosto z religii. Religie przeciwstawiają się relatywizmowi, a przecież grzebanie się w psychice bohaterów narracji i próby zrozumienia ich motywacji mogą niestety do relatywizmu doprowadzić. Poszedłbym wręcz dalej – dobrze skonstruowana narracja ma sobie taką moc przyciągania, że wręcz może co poniektóre, zwłaszcza młode umysły, wręcz przeciągnąć na „ciemną stronę mocy”. Czy nie uważacie, że piosenka niemieckiego dzieciaka zaczynająca się od jelonka, a przechodząca w pełen nadziei refren „Tomorrow belongs to me” (jutro należy do mnie), ze swoją świetnie skomponowaną melodią mogłaby wpłynąć na współczesnego widza? Oczywiście oglądając „Cabaret” po raz pierwszy zdawałem sobie już doskonale sprawę z tego jak zbrodniczym systemem był niemiecki nazizm i jak podstępną metodą było przyciąganie młodych ludzi przez tę nieludzką ideologię, ale melodyjka i „Tomorrow belongs to me” na kilka dni uczepiły się mojego umysłu.

Tak na marginesie, trafiłem niedawno na stronę „Frondy”, czyli na katolicki prawicowy portal, na łamach którego pewna pani opublikowała artykuł pełen oburzenia na temat treści pornograficznych, od których w dzisiejszym świecie trudno się opędzić, m.in. w kolorowych czasopismach o profilach zgoła niepornograficznych. Zacytowała kilka co pikantniejszych fragmentów, opatrując je oczywiście odpowiednio krytycznym komentarzem. Jak to z portalami internetowymi teraz jest, również czytelnicy mają okazję komentować przeczytany artykuł. No i się zaczęło! Na biedną obrończynię czystości myśli posypały się gromy w stylu, że chyba sama lubuje się w tego typu tekstach, skoro takie cytaty publikuje na takim portalu, że przy okazji krytyki przemyciła po prostu teksty pornograficzne, a jakiś szczery facet przyznał, że zamiast się oburzyć na niecną pornografię wdzierającą się wszędzie w nasze niewinne życie, przy czytaniu tekstu tej pani po prostu się podniecił.

Pojawia się teraz bardzo ważne, a wręcz fundamentalne pytanie – co pisać, o czym pisać i jak, żeby osiągnąć swój cel, a przy okazji nie wywołać efektów ubocznych, czy też wręcz naszemu celowi przeciwnych. Osobiście uważam, że jest to zgoła  niemożliwe, ponieważ spektrum możliwości interpretacyjnych ze strony czytelnika jest doprawdy nieograniczone i nie jesteśmy w stanie wziąć odpowiedzialności za wszystkie reakcje, jakie dana interpretacja naszego tekstu wywoła. Swego czasu wspominałem o tym, jak to odczytałem Brideshead Revisited Evelyna Waugh jako zjadliwą krytykę katolicyzmu, podczas gdy intencją autora było coś absolutnie przeciwnego – jako katolicki konwertyta, Waugh chciał napisać apologię katolicyzmu.

Tak samo jak autor nie może odpowiadać za emocje i reakcje, jakie jego tekst wywoła u czytelnika, nie można też bezkrytycznie podchodzić do celowych zabiegów autora, którego intencje nie są jednak do końca uczciwe. Doskonale wiemy, że każdy tekst, cokolwiek byśmy nie myśleli na ten temat, ma na celu wywołanie pewnych konkretnych emocji i refleksji, bo inaczej po prostu nie byłoby sensu takiego tekstu pisać.

W filmie dokumentalnym o Williamie S. Burroughsie (tym od Nagiego lunchu), na który trafiłem na TVP Kultura kilka, czy już kilkanaście tygodni temu, a żałuję, że nie nagrałem a następnie nie sporządziłem z niego notatek, bo jest tego wart, jeden z wypowiadających się (niestety nie zapamiętałem nazwiska), powiedział, że artystyczny tekst może być absolutnie wszystkim i nie ma żadnych ograniczeń typu etycznego, które nie pozwalałyby takiego tekstu napisać. Ktoś może np. popełnić straszliwą zbrodnię i ją opisać i może to być świetny tekst literacki.

W tym momencie prawie podskoczyłem, bo przecież taki tekst powstał i to na dodatek na gruncie polskim. Mam tu na myśli Amok Krystiana Bali, który obecnie odsiaduje wyrok 25 lat więzienia za popełnienie morderstwa ze szczególnym okrucieństwem. Bala, który zamordował kochanka swojej byłej żony, opisał ze szczegółami zbrodnię w powieści, która po wyjściu na jaw jego zbrodni została wycofana z księgarń. Obecnie stanowi wielki rarytas kolekcjonerski. Miałem okazję swego czasu przeczytać jakieś fragmenty w Internecie, ale nie doszedłem do samego opisu zbrodni, ponieważ od samego początku styl uderza taką kiczowatością, polegającą na egzaltacji i przeładowaniu przymiotnikami, że normalnie nie dało się tego czytać. Jak podaje Wikipedia, podobno Roman Polański jest zainteresowany „ekranizacją historii pisarza-mordercy”.

Dochodzimy do punktu, w którym nieuchronnie pojawia się pytanie o etykę pisarza i pisarstwa. Niejeden artysta czy krytyk może się oburzyć i stwierdzić, że artysty nic takiego nie obowiązuje. Z drugiej strony jednak pojawia się ostra krytyka Marka Twaina za jego Przygody Huckelberry’ego Finna czy Josepha Conrada za jego Jądro ciemności z powodu rzekomego rasizmu, jakiego doszukali się w tych tekstach wrażliwi krytycy.

Osobiście uważam, że artystę przede wszystkim obowiązuje szczerość wobec siebie samego. Nic nie warte są prace napisane na zamówienie jakiejś potrzeby politycznej, co znamy przecież bardzo dobrze z czasów komuny, choć z drugiej strony istnieją teksty komunistyczne pisane ze szczerej wiary pisarza-komunisty, któremu jeszcze nic nie otworzyło oczu.

Nie jest to temat łatwy, ponieważ grzęźniemy w pułapce językowej, której na imię „sztuka”. Przed czasami angielskich romantyków właściwie takiego dylematu by nie było, ponieważ nikt nie przypisywał artystom nieograniczonego prawa do robienia tego, co im się tylko podoba. To od początku XIX wieku artysta staje się wieszczem, demiurgiem, twórcą równym Stwórcy.

Tymczasem, gdybyśmy usunęli cudzysłowy oznaczające, że teraz to już nie jest zwykłe życie, tylko „sztuka”, co zresztą obecnie artyści sami dość często robią, i zaczęli traktować teksty artystyczne tak samo jak każde inne, moglibyśmy je oceniać z punktu widzenia ogólnie przyjętych w społeczeństwie norm etycznych (no, tutaj ostatnio też wiele uległo relatywizacji). Niestety wtedy pokusa nałożenia na sztukę cenzury byłaby tak potężna, że tak naprawdę nie pozostałoby nam nic innego, tylko ponakładać sobie kneble na usta tudzież poniszczyć wszelkie przyrządy służące do tworzenia tekstów, bo wszak tak już jesteśmy skonstruowani, że cokolwiek byśmy nie powiedzieli, od razu znajdzie się kilka osób, którym się to nie spodoba. Wszystkim nigdy nie dogodzimy i to jest pewne.

Z tych szerokich wód, na które jednak nie odważam się na razie wypłynąć ze względu na strach przed nieznanym, wróćmy na akwen węższy, o którym wydaje mi się, że mogę coś powiedzieć, a mianowicie do dylematu, czy postaci przedstawiać jako grubą kreską zarysowane kontury ich postaw społecznych, czy też kusić się o jakąś głębszą analizę ich psychiki.

Oczywiście od czasu do czasu Brechta z przyjemnością (dość perwersyjną, bo jego sztuki wcale nie mają wywoływać przyjemności) obejrzę. Opis postaci „płaskich” też czasami zniosę, jeżeli ilustracja problemu tego wymaga. Na dłuższą metę będę się jednak obawiał, że ktoś próbuje zrobić ze mnie idiotę zdolną jedynie do odbioru schematów czarno-białych. Zawsze istnieje obawa, że czytając narrację zbrodniarza, który przedstawia siebie samego jako zwykłego człowieka, a najbardziej przerażające jest, że on faktycznie może być takim zwykłym człowiekiem, jak wielu niemieckich zbrodniarzy hitlerowskich, którzy „po prostu wykonywali swoją pracę”, możemy przytępić własną wrażliwość na zbrodnie, jakich dokonali. Niemniej obawiam się, że propozycja Sławoja Žižka jest równie niebezpieczna, jak groźba popadnięcia w skrajny relatywizm.

Žižek wychodzi bowiem z założenia, że zrozumieć znaczy zaakceptować. Tak oczywiście bywa. Ba, lubimy wierzyć, że poznanie Innego może zdjąć z niego odium naszego przed nim strachu, stąd częste założenie, że należy poznawać inne kultury i systemy wartości w celu przełamywania własnych fobii. Całkiem słusznie zresztą. Istnieją jednak granice takiego zabiegu i chyba każdy człowiek o zdrowym instynkcie samozachowawczym (nie mam tutaj wcale na myśli jakichś paranoi) a przy tym zdolności rozpoznawania zjawisk jest w stanie wiele zrozumieć, ale przy tym wcale tego nie akceptować.

Jestem w stanie doskonale zrozumieć to, że np. czeczeński chłopiec wychowany w kulturze islamu może czuć się strasznie upokorzony uwagą zwróconą mu przez polską nauczycielkę, a więc kobietę (jak szkolą polskich nauczycieli specjaliści od kultury czeczeńskiej), ale z drugiej strony co mnie to właściwie obchodzi, skoro w naszym kręgu kulturowym przyjęliśmy za wzór dążenie do równego traktowania kobiet i mężczyzn (z praktyką bywa jeszcze bardzo różnie, ale ideał jest jasno nakreślony). Niemniej, gdybym jednak od razu bezrefleksyjnie takiego czeczeńskiego chłopca potępił i nazwał prymitywną męską szowinistyczną świnią, sam okazałbym się człowiekiem ograniczonym.

Nie wolno relatywizować zbrodni, nie wolno relatywizować Holokaustu, ale nie wydaje mi się, że przedstawiania świata w postaci groteskowych czarno-białych karykatur miało zbawienny wpływ na naszą postawę moralną. Zbrodni hitlerowskich nie wolno w żaden sposób usprawiedliwiać, ale bez wniknięcia w psychikę ich sprawców nigdy nie pojmiemy, dlaczego coś takiego w ogóle miało miejsce. Sam nie lubię, kiedy „nawiedzeni” publicyści rozpływają się nad subtelnym wnętrzem młodocianego bandyty, który właśnie zamordował z zimną krwią kolegę, bo zbrodnia jest zbrodnią i wymaga kary i potępienia. Natomiast poznanie mechanizmów myślenia, czyli badanie mentalnej patologii, chyba jednak nadal ma swoją wartość poznawczą, a być może przyczyni się do rozwoju narzędzi pozwalającym na powstrzymanie takich patologii w przyszłości.

Žižka będę czytał dalej i jego również spróbuję lepiej zrozumieć. Z fragmentu, o którym pisałem, wyłonił się na moment dość prosty doktryner, którego rozumowanie można postawić obok tego, jakim pewnie kierowali się cenzorzy kościelni i komunistyczni.

wtorek, 4 września 2012

Człowiek jako czynnik ostateczny



Jednym z największych błędów, jakie popełniamy w myśleniu o polityce jest wiara, że taki lub inny system będzie tak świetnie działał, że właściwie nie ma znaczenia, jacy ludzie go tworzą. Doskonały system, jak nam się wydaje, dlatego jest doskonały, że działa niczym samograj i żadna jednostka nie jest w stanie go zepsuć.

Sytuacje z życia codziennego pokazują, że systemy polityczne wcale nie muszą się przekładać na nasze osobiste poczucie szczęścia, harmonii czy bezpieczeństwa. Tymczasem, jak wspominali niektórzy wyzwoleni amerykańscy czarni niewolnicy, na okropnym Południu można było spotkać czasami dobrych, czasami złych ludzi, podczas gdy na liberalnej i demokratycznej Północy wyłącznie łajdaków. Oczywiście taka relacja była dość subiektywna, ale dobrze ilustruje fakt, że człowiek jest naprawdę najważniejszym i ostatecznym czynnikiem decydującym o tym, czy będziemy się czuć dobrze, czy źle.

W czasach komuny tworzyliśmy przecież całe enklawy „wolne od komunizmu” i to wcale nie dlatego, że wszyscy byliśmy jakimiś wielkimi bohaterskimi opozycjonistami, tylko po prostu było nam to potrzebne do normalnego życia. Wystarczył czyjś pokoik w bloku, płyta lub kaseta z zachodnią muzyką rockową, papieros kupiony w prywatnym sklepiku lub Peweksie i Moskwy wraz z jej namiestnikami i szpiclami po prostu nie było! O Breżniewie, Andropowie czy Czernience to można było od czasu do czasu kawał opowiedzieć. To, że czasami oni byli bliżej nas niż nam się wydawało, to już zupełnie inny problem. Mieliśmy w każdym razie poczucie, że żyjemy w świecie, który jest nasz własny i nikt nie może do niego wleźć i nam go popsuć.

Przy załatwianiu spraw w urzędzie, na uczelni czy choćby w sklepie wszystko zależało od konkretnych ludzi. Owszem, z całą pewnością systemy mogą albo demoralizować albo wymuszać pewne działania pozytywne. Nie fetyszyzujmy ich jednak. Za komuny faktycznie za ladą, za kierownicą autobusu czy w urzędzie panowało dość często chamstwo. Tym milej wspominam ekspedientki czy panią z biblioteki w Warszawie, które były uśmiechnięte, uprzejme i miłe (niestety norma była zupełnie inna, a obsługa Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego w latach 80. traktowała każdego studenta jak zło konieczne). Z kolei piętnaście lat minęło od upadku komuny, a właściciel sklepu w okolicy, gdzie mieszkam, ciągle zatrudniał dziewczyny, które były opryskliwe a czasami wręcz wulgarne wobec klientów (nie chcę zapeszyć, ale od kilku lat ma więcej szczęścia do zatrudnianych sprzedawczyń). Ustrój się zmienił, pewne zachowania nie.

Bawią mnie nieustanne krytyki demokracji ze strony korwinowców. Wierzą bowiem, że monarchia automatycznie zapewniłaby powszechne szczęście. Jest to o tyle śmieszne, że przecież nie trzeba być nawet historykiem, żeby się orientować, że monarchie bywały bardzo różne, a stopień zadowolenia poddanych zależał od szeregu czynników, które wcale nie musiały mieć wiele wspólnego z systemem przewidującym dziedzicznego władcę. Niemniej np. w drugiej połowie XIX wieku całkiem spora liczba mieszkańców Europy mogła przeżyć szczęśliwe życie w ustroju monarchicznym, czy to w zbiurokratyzowanych Niemczech, czy to w samodzierżawnej Rosji. W tym samym czasie ludzie mogli również szczęśliwie żyć w demokratycznej Francji czy w demokratycznej monarchii brytyjskiej. Na tej samej zasadzie możemy rachować liczbę ludzi nieszczęśliwych. Czy więc ustrój polityczny naprawdę determinuje poczucie dobrostanu obywateli? W dużej mierze z pewnością tak, bo przecież systemy totalitarne starały się kontrolować wszystkie aspekty życia obywatela, a to raczej do szczęścia tego ostatniego się nie przyczynia, ale jeżeli odrzucimy skrajności, może się okazać że dla naszego osobistego szczęścia najwięcej ważą konkretni ludzie, których w życiu spotykamy.

Dlatego uważam, że demokracja może być wspaniałym ustrojem, jeżeli będą ją tworzyć wspaniali ludzie. Do tego potrzebny jest nie tylko jakiś wydumany w zaciszu gabinetu model powszechnego wychowania, ale przykłady z codziennego życia. Jeżeli od dziecka natykamy się na niesprawiedliwych nauczycieli, jeżeli ciągle przyłapujemy rodziców na robieniu czegoś innego niż mówią, to nie ma się co dziwić, że sami stajemy się ludźmi o dość chwiejnym poczuciu różnicy między dobrem a złem. Nie wdaję się tutaj w filozoficzną dyskusję natury ontologicznej (ponieważ osobiście uważam, że w sensie najbardziej ogólnym i obiektywnym kategorie te, jak i w ogóle wartościowanie, nie mają żadnego znaczenia), ale poruszam się tutaj na gruncie czysto społecznym. Żebyśmy nie wiem jakimi byli buntownikami, żyjemy w społeczeństwie i musimy robić jakieś założenia, żeby sobie zrobić jak najmniej krzywdy. W związku z tym roboczo przyjmuję te, jak się zdaje, powszechnie zrozumiałe terminy.

Polska młodzież, kiedy ściąga na klasówce czy egzaminie, nie ma nawet poczucia robienia czegoś niewłaściwego. Nauczyciele przepuszczający ucznia z klasy do klasy bez żadnego wysiłku z jego strony, całkowicie niszczą jego kręgosłup moralny. To samo zresztą dotyczy współczesnych wyższych uczelni. Wychodzi bowiem na to, że robimy na początek ambitne założenia – wymagamy takiego a takiego zakresu materiału – a na koniec się okazuje, że ten kto ciężko pracował próbując go opanować i dostał zasłużoną trójkę jest jakimś frajerem, bo oto nierób i cwaniaczek dostaje dokładnie taką samą ocenę. W niektórych przypadkach nauczyciel wiedziony wyrzutami sumienia temu pierwszemu podwyższa ocenę do czwórki, ale w ten sposób dewaluuje cały system oceniania.

Rodzic, który może sam do końca zepsuty nie jest (choć to rzadkie zjawisko), też przymyka oko na nieuczciwe postępowanie dziecka. „No nie radzi sobie z tą fizykę, niech więc ściągnie i ma to z głowy. W końcu ludzie gorsze przekręty robią w tym kraju.” Na dodatek „kochający” rodzic nie postawi przecież własnego dziecka w gorszej pozycji w stosunku do reszty dzieci, które przed cwaniactwem się nie wzdragają.

Jednym z zadań obecnej matury ustnej z języka polskiego jest ok. 15-20-minutowa prezentacja opracowanego przez siebie tematu na podstawie wybranych pozycji literackich. Oczywiście nasłuchałem się dziesiątek głosów krytycznych jakie to „głupie”, „bez sensu”, „nikomu niepotrzebne” itd. Na tego typu głosy należy się uodpornić, bo one zawsze będą. Cały zamysł, jak mi się przynajmniej wydaje, polega na tym, żeby młody inteligent (kiedyś matura uprawniała do określania się tym mianem) umiał z sensem skonstruować nieco dłuższą wypowiedź ustną. Oglądając telewizję nader często widzimy jakie kłopoty mają z tym nawet ludzie, dla których publiczne wypowiadanie się jest niejako częścią ich życia zawodowego. Uczeń musi więc wybrać sobie temat, przeczytać kilka pozycji dotyczących owego zagadnienia, rozplanować swoją wypowiedź, a następnie na egzaminie ją wygłosić. Niestety prawie od samego początku utrwalił się zwyczaj, że maturzyści po wyborze tematu piszą ogromne wypracowanie (niczym referat na konferencję naukową), a następnie uczą się go na pamięć. Dobrze jeszcze, jeśli ten tekst sami przygotują, bo jakiś proces myślowy przy jego opracowywaniu ma miejsce, ale gorzej jeżeli bierze prezentację cudzą i tejże się uczy niczym papuga na pamięć. Niewykluczone, że nawet niewiele z niej rozumie.

Handel prezentacjami maturalnymi stał się intratnym procederem, bo „leniwych” i „tych którzy zapomnieli przeczytać lektury” mamy w kraju chyba więcej niż tych, którzy po prostu postępują zgodnie z instrukcją nauczyciela. Te cytaty pochodzą z odpowiedzi jakiej na uwagi mojej koleżanki i moją udzieliła pewna absolwentka liceum oferująca gotowe prezentacje maturalne na forum naszej-klasy. Moja koleżanka spytała retorycznie, czy taka oferta jest aby uczciwa. Ja zarzuciłem dziewczynie cynizm i brak poczucia przyzwoitości, ponieważ z czymś z gruntu nieuczciwym wystąpiła oficjalnie i bez cienia skrępowania. Na to ona właśnie odpowiedziała, że nie czuje by robiła coś złego, ponieważ na jej towar jest zapotrzebowanie, zaś moje uwagi niewiele ją wzruszają. To ostatnie akurat specjalnie mnie nie zdziwiło, bo nie sądzę, żeby jakiekolwiek moralizatorskie teksty mogły wzruszyć swego czasu panów Grobelnego, Baksika i Gąsiorowskiego, czy też bardziej współcześnie pana Mariusza Plichtę. Nie wiem zresztą, czy ktoś próbował ich „umoralniać”. Gdyby jednak ktoś taki się znalazł, odpowiedzieliby pewnie podobnie – „niewiele nas to wzrusza, przecież są chętni na nasze usługi, sami się nam pchają w łapy, więc o co chodzi?”

Nie mam oczywiście złudzeń co do tego, że w każdej epoce i w każdym państwie ten, który potrafi oszukać innych, przez jakiś czas może osiągać swoje niecne cele, podczas gdy ktoś naiwnie wierzący w wartości społeczne, może wiecznie cierpieć i nie rozumieć nawet dlaczego. Jeżeli ktoś na dodatek wierzy w jakąś „sprawiedliwość dziejową”, czy „opatrznościową”, tego rozczarowania mogą doprowadzić na skraj rozpaczy. Dlatego trzeba po pierwsze się umówić, czy zależy nam na tym, żeby było przejrzyście i uczciwie. Jeżeli już takie założenie przyjmiemy, spróbujmy je wcielać w życie. Robota to syzyfowa i nie przynosząca natychmiastowych profitów, ale jest nadzieja, że po latach konsekwentnego stosowania wypracujemy coś, co się nazywa kapitałem społecznym. Oznaczałoby to, że zaczniemy żyć w społecznościach, w których będziemy mogli sobie nawzajem ufać i wspólnie coś budować, a nie tkwić w wiecznej frustracji, nieufności i strachu przed sąsiadem, kolegą z pracy, a nawet szwagrem. To, że dzisiaj tak niechętnie działamy razem, że brakuje obywatelskich inicjatyw, choćby w tak prostej sprawie jak urządzenie kwietnika przed blokiem, wynika właśnie z nieufności czy wręcz niechęci wobec bliźniego..

Jesteśmy nauczeni oglądać się na władzę i to tę w samej Warszawie, podczas gdy wiele moglibyśmy zrobić sami. Nie jest to jednak do końca nasza własna wina, choć wybielać się zbytnio nie powinniśmy, bo jakikolwiek gang (partia) dorwie się do władzy i poobsadza stanowiska, obywatel traktowany jest najwyżej jako odbiorca komunikatu od owej władzy, a nie jako partner, czy broń Boże inicjator jakichś działań na forum publicznym. Obywatel partiom po prostu przeszkadza, bo one przecież wiedzą najlepiej, co dla obywatela najlepsze.

Współpraca i wzajemne zaufanie to conditio sine qua non, które oczywiście znowu niczego samo z siebie nie załatwi, ale stanowi punkt wyjścia do wszelkich dalszych działań. Żeby te warunki zaistniały, musimy kształtować młodych ludzi w kierunku świata prostych zasad – przyczyna i skutek. Zachowanie właściwe powoduje pożądane efekty, niewłaściwe efekty opłakane. Jeżeli ktoś od dziecka jest wychowywany w świecie, gdzie ta prosta logika nie obowiązuje, w dorosłym życiu musi być przygotowany na życie bez żadnych reguł, w którym każdy jest wrogiem każdego. Wydaje mi się, że tego nie chcemy.

wtorek, 10 kwietnia 2012

O braku porozumienia w "Trzpiotce" Czechowa i "Malowanym welonie" Johna Currana

Antona Czechowa uważa się za jednego z największych geniuszy literatury światowej. Doskonale jednak wiadomo, że sposobu, w jaki pisał, nie da się już naśladować, jeżeli ma się jakieś literackie ambicje. Jego opowiadania np. to krótkie moralitety, napisane w stylu felietonu prasowego. Czyta się świetnie, przesłanie odczytuje bez trudu, treść zapada w pamięć, ale dzisiaj tak już się nie da, ponieważ moralizowanie przy pomocy tekstu, który wprost mówi o problemie, jest dla nas dzisiaj oznaką literatury pośledniej kategorii.

Film jeszcze może sobie pozwolić na prostą opowieść o draństwie, które należałoby ukarać, ale i tutaj gromada intelektualistów wdarła się na łamy prasy i na fora internetowe poświęcone sztuce filmowej, żeby domagać się czegoś ambitniejszego, bardziej zawoalowanego, a przy tym opowiedzianego przy pomocy coraz to nowszych środków filmowej narracji.

Tak czy inaczej, intelektualni masochiści potrafią każdą dobrą opowieść skrytykować za niezbyt ambitne czy nowatorskie środki przekazu, ale wiedząc o tym możemy sobie pozwolić na to, żeby się specjalnie tym nie przejmować.

Oglądając chińsko-amerykański melodramat „Malowany welon” Johna Currana z Edwardem Nortonem i Naomi Watts nie mogłem się oprzeć skojarzeniu z opowiadaniem Antona Czechowa pod tytułem „Trzpiotka” (Попрыгунья), w którym to prawdziwy lekarz z powołania, Osip Stiepanycz Dymow (31) żeni się z dwudziestodwuletnią Olgą Iwanowną. Obie historie są bardzo różne, ale łączy je kilka elementów. Obaj mężowie to lekarze całkowicie oddani swojej pracy. Obie żony zdradzają swoich mężów. Obaj mężowie na końcu umierają, zaś żony mają wyrzuty sumienia.

O ile jednak Olga Iwanowna czuje się znudzona życiem z zapracowanym mężem i szuka wrażeń, które prawdopodobnie uważa za doznania wyższej natury w świecie artystycznym. Mąż jest niezwykle tolerancyjny i wyrozumiały, zaś Olga przeżywa romans z chimerycznym i egoistycznym malarzem. Moralizatorstwo Czechowa wychodzi w każdym zdaniu, zaś postaci narysowane są bardzo wyraźną kreską. Riabow to nic nie warty egoista, Olga Iwanowna to głupia gęś goniąca za złudzeniami i nie potrafiąca docenić mężczyzny, który ją naprawdę kocha, zaś „szary i nudny” Osip Stiepanycz to tak naprawdę postać pomnikowa, tytan pracy, geniusz w swoim fachu ceniony przez przełożonych i cieszący się szacunkiem i autorytetem wśród kolegów. Przed pogrzebem ci ostatni nie odmówią sobie gorzkich komentarzy wobec „trzpiotki”, bo to na jej modne ubrania Osip Stiepanycz tak bardzo się zaharowywał, nie tylko pracując w szpitalu, ale również dodatkowo tłumacząc artykuły medyczne z obcych języków.

W „Malowanym welonie” młody ale już ambitny i całkowicie oddany swojej pracy lekarz, Walter Fane (Edward Norton) poślubia z wielkiej miłości Kitty, dziewczynę z angielskiej klasy średniej, której rodzice, których podstawowym zmartwieniem jest wydanie córek za mąż, są zachwyceni przyszłym zięciem. On jest w niej bez pamięci zakochany, ale ma ogromny problem z okazaniem swoich uczuć. Owszem, wyznaje Kitty miłość, oświadcza się jej i zostaje przyjęty, ale nadal jest zdystansowany a przede wszystkim jest pochłonięty swoją pracą. Walter i Kitty przeprowadzają się do Szanghaju, gdzie przy pierwszej okazji zaniedbana „trzpiotka” wdaje się w romans z żonatym uwodzicielem. Początkowo nie ma złudzeń co do charakteru swojego związku z Charliem Townsendem (Liev Schreiber), ale kiedy ten zapewnia, że się w niej zakochał, ulega temu złudzeniu.

Walter praktycznie przyłapuje kochanków in flagranti, ale nie otwiera drzwi za którymi odbywa się akt zdrady. Stawia żonie wyraźne ultimatum – albo pojedzie z nim do rejonu opanowanego przez cholerę, albo on wnosi o rozwód. Są lata dwudzieste XX wieku, rozwody są oczywiście już znane, ale dla angielskiej klasy średniej zawsze wiążą się ze skandalem, a wszak skandal to coś, czego należy za wszelką cenę uniknąć. Przy okazji wychodzi na jaw beznadziejna postawa Charliego, który twierdzi, że nie może się rozwieść z żoną i oczywiście naiwność Kitty, która liczyła na jego pomoc i opiekę. Wyjeżdża z mężem do prowincji rządzonej przez miejscowego watażkę, gdzie ludzie masowo umierają na cholerę. Tam poznaje zakonnice, a przez pracę z nimi wydaje się, że zaczyna dostrzegać świat poza swoim własnym i wartości wyższe niż zaspokajanie jedynie własnych potrzeb w zakresie życia emocjonalnego i seksualnego. Ostateczną nauczką jest dla niej jednak śmierć męża, który się zaraził chorobą, którą przyjechał leczyć.

W obydwu historiach wszystko wydaje się jasne, zaś surowa acz piękna w swojej straszliwej wymowie nauka moralna wydaje się nie pozostawiać żadnych wątpliwości co do tego, kogo należy podziwiać, a kogo potępiać. Tutaj jednak między opowiadaniem Czechowa a filmem Johna Currana pojawiają się różnice. O ile bowiem Osip Stiepanycz do końca pozostaje biednym safandułą w sprawach małżeńskich, pozostając gigantem w swojej profesji, to Walter Fane nie jest postacią tak pomnikowo jednoznaczną. W chwili pewnego zbliżenia małżonków Kitty pyta go, dlaczego nie wszedł do tego pokoju, w którym zdradzała go z Charliem, dlaczego o nią nie walczył. Zamiast prostych rozwiązań, ułożył cały plan w celu ukarania niewiernej żony, ponieważ prawdopodobnie obserwowanie jej cierpienia i upokorzenia miało mu dać jakąś perwersyjną satysfakcję.

W obydwu historiach jednak mamy do czynienia z ogromnym problemem z komunikacją międzyludzką. „Pomnikowi” lekarze, oddani bez reszty ratowaniu ludzkiego zdrowia i życia, niezbyt się interesują emocjonalnymi potrzebami swoich kobiet. Prawdopodobnie wychodzą z założenia, że ich uczucie wobec nich jest tak wszechpotężne, zaś oni sami są postaciami tak szlachetnymi, że ono samo wystarczy do podtrzymania więzi małżeńskich. Praktycznie obydwu lekarzom nie bardzo nawet zależy na kontakcie ze swoimi żonami. One zaś czują się osamotnione, a ponieważ inteligencja nie jest ich najmocniejszą stroną, popełniają beznadziejne błędy.

Żyjemy w czasach, w których prosty podział na dobro i zło przestał być już taki zrozumiały. Owszem, nadal lubimy mieć do czynienia z jasnymi sytuacjami, bo wtedy wiemy jaką postawę przyjąć i jak się zachować. Wiemy jednak, że od zarania ludzkiej kultury musimy się zmagać ze zjawiskami, w których nie ma ani jasnych wytłumaczeń, ani prostych rozwiązań. Greckie tragedie, o ile były dobrze napisane, pokazywały właśnie takie sytuacje, gdzie nie tyle dobro walczyło ze złem, ale następował konflikt pomiędzy równorzędnymi racjami, które widz doskonale rozumiał, a między którymi nie było możliwości dojścia do kompromisu czy porozumienia.

Trudno pochwalać zdradę kogoś, kto już przyjął pewne zobowiązania. Z drugiej strony jednak postawa „pomnikowa” bohaterów, którzy nie potrafią rozmawiać i okazywać uczuć oczekiwanych przez partnerki, wcale nie jest godna podziwu. Miłość w przypadku obu lekarzy doprawiona była olbrzymią dozą poczucia protekcjonalnej wyższości, zaś potrzeba porozumienia z kobietą nie wydawała się priorytetem. Żony obu doktorów były niewątpliwie kobietami z temperamentem, ale przede wszystkim z własnymi oczekiwaniami wobec życia emocjonalnego, którymi ich mężowie zdawali się nie interesować, przez co one miały prawo czuć się samotne. Zupełnie innym zagadnieniem są ich próby znalezienia własnego miejsca u boku kochanków, z których każdy był po prostu nędzną kreaturą.

Zarówno „Trzpiotka” jak i „Malowany welon” mogą nadal być materiałem do przemyśleń na tematy etyki i relacji międzyludzkich, szczególnie męsko-damskich. Warto jednak oderwać się od schematu „głupia dziwka zdradziła porządnego faceta”, bo choć i takie przypadki się zdarzają, może się okazać, że pomnikowa postawa „szlachetnego” mężczyzny w równym stopniu staje się przyczyną tragedii, co zagubienie i głupota (w tym wypadku) kobiety.

Dążenie do porozumienia nie musi przynieść dobrych rezultatów, jeżeli się okaże, że partnerzy do siebie mimo wszystko nie pasują. Niemniej, brak tego dążenia, brak prostego przekazu we wzajemnych relacjach, prowadzi do dwóch osobnych gier, jakie oboje prowadzą, co musi się skończyć katastrofą związku.

niedziela, 1 kwietnia 2012

O dwóch starych filmach i problemach jak najbardziej współczesnych

Uwielbiam filmy z lat 50. i wczesnych 60. ubiegłego stulecia. Nie wszystkie, bo na przykład filmy historyczne z tamtego okresu są dziś dla mnie nie do strawienia, ale generalnie uwielbiam te często czarno-białe produkcje za to, że wydają mi się strasznie realistyczne. Cały dowcip polega jednak na tym, że one w ogóle realistyczne nie są! Gra aktorów to już nie koturnowe recytacje z lat 30., ale z pewnością jeszcze nie bełkot pod nosem, jaki zaczął się pojawiać pod koniec lat 60. Aktorzy lat 50. XX wieku mówią z piękną dykcją (cudzoziemcy mogą się od nich uczyć języka), ale przy tym grają z fantastyczną ekspresją twarzy i całego ciała, tak że całość wygląda bardzo spójnie i przekonująco. Oczywiście, kiedy się zastanowimy, bez trudu dojdziemy do wniosku, że w rzeczywistości nikt tak się nie zachowuje, nikt tak nie gestykuluje ani nie wypowiada kwestii z takim zaangażowaniem. Gra aktorów jest sztuczna, ale fakt ten nie tylko nie przeszkadza w odbiorze, nie tylko nie wydaje się nienaturalna, ale wręcz przeciwnie. To świat realny po takim seansie wydaje się jakiś byle jaki i tandetny, zaś nasze zachowania i sposób mówienia godne pożałowania.

Alexander Mackendrick nakręcił w 1957 roku Słodki zapach sukcesu (Sweet Smell of Success), film o Sidneyu Falco (Tony Curtis), agencie prasowym, drobnym cwaniaczku podlizującym się możnym tego świata, a przede wszystkim J. J. Hunseckerowi (Burt Lancaster), redaktorowi rubryki towarzyskiej, który wydaje się ogromnym autorytetem nie tylko dla Falco i płotek jego pokroju, ale również dla kolegów po fachu, polityków, muzyków itd. Trzy lata później na ekrany film wchodzi Słodkie życie (La Dolce Vita) Federico Felliniego, obraz o Marcello Rubinim (Marcello Mastroianni), dziennikarzynie piszącym dla faszyzujących brukowców, oraz również drobnym cwaniaczku żyjącym rozlicznymi romansami oraz ocieraniem się o możnych tego świata.

Sidney Falco żyje w świecie kreatorów rzeczywistości. Felietony J.J. Hunseckera mają tak potężną moc, że potrafią z dnia na dzień wynieść kogoś na piedestał lub na zawsze zakończyć karierę polityka czy artysty. Falco jest oczywiście płotką z aspiracjami, ale metoda jaką obrał w swojej drodze na szczyt, to wysługiwanie się silniejszym, którzy z kolei ten fakt wykorzystują w sposób właściwy możnym tego świata, a przy tym w podobnym sposób gardzą młodym przystojniakiem bez moralnego kręgosłupa i praktycznie bez żadnych zasad. Hunsecker, którego potęga jest tak wielka, że nie tylko uważa się za nieomylnego w ocenie ludzi, ale uzurpuje sobie prawo do kierowania ich losami dla ich własnego dobra, nie jest zadowolony z miłości swojej młodszej siostry (Susan Harrisom), której jest opiekunem, z młodym muzykiem jazzowym grającym w zespole o obiecującej karierze. Wykorzystując Falco, nie cofnie się przed żadnym świństwem, łącznie ze złamaniem chłopakowi kariery przy pomocy kampanii oszczerstw w prasie, żeby teoretycznie ustrzec swoją młodą siostrę (jest jeszcze uczennicą szkoły średniej) przed związaniem się z muzykiem. Sam Falco również wykorzysta najpodlejsze metody, żeby w swoich działaniach pozyskać przychylność innych starszych dziennikarzy z ugruntowaną pozycją, włącznie ze stręczeniem swojej znajomej jednemu z nich. Kobiety zrobią dla niego wszystko, ponieważ jest młodym przystojniakiem. Ponieważ, jak to w produkcji hollywoodzkiej, dobro musi zwyciężyć, Sydney Falco zostaje bez skrupułów wydany policji przez Hunseckera.

Jak już wspomniałem, uwielbiam grę aktorów z tamtych czasów. Lubię też strukturalną spójność tamtych obrazów. Akcja Słodkiego zapachu sukcesu jest dramatyczna, wartka i opowiedziana ze swego rodzaju reporterskim nerwem, co zresztą bardzo pasuje do samej tematyki filmu. Oczywiście jest sporo dydaktyki i moralizowania, ale właśnie dzięki tej wartkiej narracji, widz przyjmuje wszystko w sposób jak najbardziej naturalny, bez poczucia przytłoczenia naukami moralnymi. Można rzec – samo życie, a w dodatku dobrze tak draniowi.
Film Felliniego to zupełnie inna poetyka. Przez cały film również towarzyszymy przystojnemu podrywaczowi, karierowiczowi bez żadnych zasad moralnych, który buduje swoją pozycję poprzez przestawanie z towarzystwem, które jest tak samo amoralne, jak on. Owa amoralność jest w tym wypadku gorsza od niemoralności, która byłaby jakąś postawą wobec życia. Amoralność Marcella Rubiniego (Mastroianni) i jego „przyjaciół” to główny problem po mistrzowsku zilustrowany przez włoskiego mistrza.

Akcja nie jest zwarta, ponieważ film można podzielić na kilka autonomicznych epizodów, takich jak noc z Maddaleną (Anouk Aimée) w mieszkaniu przypadkiem spotkanej prostytutki, spotkanie Marcella z ojcem, towarzyskie spotkania w arystokratycznym zamku czy w to w mieszkaniu Steinera, przygoda ze szwedzką aktorką Sylvią (Anita Ekberg), czy reportaż z miejsca objawienia Madonny. Każdy z tych epizodów to niemal oddzielna historia, odrębny dramat. To co je jednak łączy, to postać Marcella, który we wszystkich jest obecny.

Gdyby ktoś oglądał La Dolce Vita bezpośrednio po Sweet Smell of Success, odniósłby pewnie wrażenie, że film się miejscami wlecze, że pewne sceny można byłoby sobie z powodzeniem darować bez uszczerbku dla opowieści. W rzeczywistości jednak to te „dłużyzny” pokazują właśnie mistrzostwo Felliniego, jego wyczucie klimatu historii, którą opowiada. A, jak przecież już wiemy, opowiada o świecie ludzi próżnych i pustych, którzy wymyślają rozmaite rozrywki, które momentalnie zaczynają ich śmiertelnie nudzić.

Od czasu pojawiają się pewne sygnały wskazujące, że niektórzy z nich poszukują czegoś głębszego, ważniejszego. Magdalena wyznaje Marcello miłość, ale w odległym pomieszczeniu w zamku arystokratycznej rodziny, u której się oboje znaleźli, z wykorzystaniem efektu akustycznego, dzięki któremu Marcello, pozostający w pomieszczeniu oddalonym wszystko słyszy. Kiedy jednak on zdobywa się na równie szczere (lub przynajmniej w tym momencie Marcello wierzy w swoje słowa) wyznanie miłości, Maddalena oddaje się przypadkowemu mężczyźnie, który znalazł się w miejscu, w którym przebywała.

Marcello odrzuca oddaną miłość Emmy (Yvonne Furneaux), dziewczyny, z którą żyje, ponieważ wydaje mu się, że jest to uczucie zbyt zaborcze i tłamsi jego wolność osobistą. Przez moment jest do szaleństwa zauroczony płochą szwedzką gwiazdą filmową. To wszystko jednak nie ma żadnego znaczenia, żadnych szans na zbudowanie czegoś trwałego.
Na tle tego świata pewną przystanią, ostoją życia pięknego – estetycznego i etycznego, jest intelektualista Steiner (Alain Cuny), postać pomnikowa, człowiek swobodnie grający na kościelnych organach Bacha, pisarz i filozof, otoczony gronem wybitnych przyjaciół, również intelektualistów, a przy tym kochający mąż pięknej żony oraz ojciec dwójki uroczych dzieci. Steiner jest jak „gotycka wieża”, która ze swojej wysokości niczego nie słyszy, jak określiła go jedna z jego znajomych artystek. Dla Marcella jest jednak wzorem, kimś, kim sam chciałby kiedyś zostać. I to jednak okazuje się blagą i grą pozorów. Z niewiadomych powodów jego pomnikowy przyjaciel morduje własne dzieci i popełnia samobójstwo.

Dla Marcella nie ma właściwie ratunku. Nigdy się nie wyrwie ze swojego światka, goniących za nowymi wrażeniami zblazowanych bogaczy i pseudo-intelektualistów. Religia w żadnym wypadku nie wchodzi w rachubę, po pierwsze dlatego, że światek Marcella jest już zbyt sceptyczny i cyniczny, żeby przyjąć jakiekolwiek z góry narzucone reguły postępowania, a po drugie, chyba ważniejsze, dlatego, że Kościół katolicki nie oferuje żadnej solidnej podstawy moralnej, a jedynie zwodniczą nadzieję dla prostych ludzi. Scena rzekomego objawienia Matki Boskiej parze dzieci, które wyraźnie stroją sobie żarty z biednych dorosłych opętanych wiarą i nadzieją, wodząc ich po polu we wszystkie możliwe strony w strugach rzęsistego deszczu, jest bardzo znamienna i, można powiedzieć, typowo surrealistyczno-groteskowa właściwa Felliniemu. Oparciem dla Marcella nie może być też ojciec (Annibale Ninchi), którego w dzieciństwie nigdy nie było w domu, gdyż przebywał na wielodniowych delegacjach, a i teraz gdyby nie nagła niedyspozycja organizmu (być może serce) być może doszłoby do romansu z jedną z młodych przyjaciółek Marcella, Funny (Magali Noël). Ojciec nie chce odwiedzić Marcella w jego mieszkaniu, jak najszybciej pragnąc udać się do własnego domu. Odrzuciwszy miłość Emmy, Marcello pozostaje sam.

Nie spotyka go kara, jak Sydneya Falco w Słodkim zapachu sukcesu. Symboliczna scena z końca filmu, kiedy po drugiej stronie niewielkiej rzeki wpadającej do morza, nad którym znajduje się Marcello wraz z całym towarzystwem, widzi go dziewczynka z prowincji, którą poznał jako barmankę w małej osterii, pokazuje, że jest on skazany na pozostanie na swoim brzegu. Kiedy dziewczynka krzyczy do niego i gestami prawdopodobnie pokazuje mu, żeby do niej przyszedł, on z powodu szumu morza i wiatru jej nie słyszy, zaś gestów nie rozumie. Musi zostać tam, gdzie jest, w swoim pustym światku, z którego nie ma ucieczki.

Filmy amerykańskie generalnie nie wymagają większego napięcia poznawczego. Owszem, mistrzowie amerykańskiego kina potrafią opowiedzieć historię intrygującą, która nie będzie prostym wykładem etyki, ale dzięki stosunkowo linearnej narracji i mimo wszystko prostemu przesłaniu, wszystkie one są dość przewidywalne. To, co możemy w nich podziwiać, to wielka sprawność warsztatowa reżysera, aktorów, kompozytora muzyki, scenografa, kamerzystów i całej ekipy. W tym wypadku film Mackendricka jest świetnie, z nerwem, opowiedzianą historią drobnego gnojka, który w końcu dostał za swoje, i dobrze mu tak.

Film Felliniego, to dzieło „totalne”, próbujące ogarnąć całość zjawiska, całość kryzysu życia społecznego, podejścia do rzeczywistości i do drugiego człowieka. Jego sposób budowania obrazów, łączenia ich w sekwencje jest specyficzny i charakterystyczny tylko dla niego. Jego styl, niby jak najbardziej realistyczny, a równocześnie surrealistyczny, częściowo groteskowy a częściowo tragiczny, nie pozwala widzowi na samozadowolenie po zakończeniu seansu. Jest to film, który zostawia go natłokiem myśli i poczuciem niemożności znalezienia jednoznacznej oceny sytuacji.

Próbuję zestawić oba te stare filmy, ponieważ pomimo szeregu zmian w technice i poetyce filmów, jakie nastąpiły w przeciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, ich siła przekazu oraz samo przesłanie nie zestarzały się ani trochę. Świat wszechwładnych dziennikarzy, którzy tzw. obiektywną prawdę mają za nic, ponieważ uważają się za jej kreatorów, jak się okazuje, wcale nie jest plagą ostatnich lat, ponieważ był doskonale znany pół stulecia temu. Niezależnie od ustroju, bo nawet w siermiężnej rzeczywistości PRLu, zawsze istnieją światki ludzi „pięknych” i amoralnych – atrakcyjnych fizycznie, w miarę bystrych i zamożnych, którzy toną w rozrywkach, które z kolei dają im coraz mniej satysfakcji, pogłębiając stan zblazowania i pustki. Taki światek istniał np. w Łodzi pod koniec lat 60., na pewno istniał też w Warszawie, skoro ilustrowały go filmy ze Zbyszkiem Cybulskim. Takie światki istnieją również dzisiaj – samo słowo „celebryta” automatycznie przywodzi na myśl środowisko żyjące „słodkim życiem” w stylu bohaterów filmu Felliniego.

Oczywiście Federico Fellini odegrał ogromną rolę kulturotwórczą. Odegrał ogromny wpływ na Andrzeja Wajdę i całe pokolenie aktorów. Zbigniew Cybulski praktycznie zawsze (z nielicznymi wyjątkami) „grał Mastroiannim”, zaś dla Daniela Olbrychskiego Fellini był „ojcem duchowym”, jak sam przyznaje. Do wielu języków świata wszedł termin „paparazzi”, ale nie każdy wie, że Paparazzo to nazwisko przyjaciela Marcello Rubiniego, fotoreportera, który wraz z podobnymi sobie na skuterach ganiał za każdą sensacją nie szanując nawet największej tragedii (w jakimś stopniu makabryczna scena obfotografowania żony Steinera tuż przed powiadomieniem jej o śmierci dzieci i męża). W ten sposób Federico Fellini przyczynił się do wzbogacenia słownictwa języka angielskiego, francuskiego, polskiego i szeregu innych.

Oba filmy, amerykański i włoski, doskonale pokazują mechanizm socjologiczny działania pewnych grup, które składają się wyłącznie z egoistów, mechanizm tłamszenia czy wręcz niszczenia odruchów, które jeszcze nazywamy ludzkimi. Pokazują też, że w tym mechanizmie liczą się ci, którzy już zdobyli sobie mocną pozycję i bezwzględnie umieją ją utrzymać. Zdobywanie takiej pozycji może wymagać różnych umiejętności, których tak naprawdę nikt z góry nie zna, ale jest wielu takich, którym się wydaje, że do zwycięstwa potrzebne są bezwzględność, brak uczuć, przede wszystkim miłości i empatii, prymitywne cwaniactwo, lizusostwo wobec silniejszych i brak kręgosłupa moralnego. Problem w tym, że mimo tego, że wielu takich drobnych cwaniaczków dostaje od życia bolesną nauczkę, że są nienawidzeni, a czasami publicznie piętnowani, nigdy do końca nie wiemy, czy ich droga to nie jest jedyna droga na szczyty. Miejmy nadzieję, że nie.

sobota, 19 lutego 2011

Luźna myśl na temat polskiej emigracji zarobkowej

W celu zebrania materiałów do doktoratu wybrałem się do Londynu. Mogę już chyba powiedzieć, że pod względem kwerendy w British Library, jestem naprawdę zadowolony. Oczywiście przydałby się na to nie tydzień, ale co najmniej miesiąc, ale nie mogę narzekać. Znalazłem kilka bardzo użytecznych artykułów i książek, z których porobiłem notatki, więc mam nadzieję, że po powrocie je wykorzystam w postaci cytatów popierających moje tezy.

Mieszkając u Polaków z najnowszej fali imigracyjnej, tej "unijnej", siłą rzeczy człowiek poznaje cienie i ... cienie z pewnymi przebłyskami ich życia. Oczywiście są tacy, którym się udało zdobyć dobrą pracę, sprowadzić rodzinę, zapewnić dzieciom szkołę i osiągnąć pewną stabilizację. Na postronnego widza napierają jenak informacje o tych, którzy żyją "okrakiem" w obu krajach. To znaczy od wielu lat mieszkają w Anglii, ale wydaje im się, albo chce im się wydawać, że do Polski wrócą lada moment. Niektórzy oczywiście odwiedzają rodziny w Polsce, żeby zaraz wrócić i zarabiać. Rozpadają się związki i małżeństwa, nawiązują się nowe, mniej lub bardziej tymczasowe. Moją uwagę zwrócił pewien fenomen, który zwykło się przypisywać wychowaniu katolickiemu.

W Polsce od lat obserwowano maltertowane żony, które jednak uporczywie i wiernie trzymały się swoich mężów-pijaków i łajdaków. Wytłumaczenie, że bierze się to z wpojenia konieczności wytrwania w małżeństwie "póki śmierć nas nie rozłączy", było w miarę zadawalające i wzbudzało tylko pewne poczucie politowania nad kobietami, które pozwalały sobą pomiatać, żeby tylko nie złamać religijnego przykazania.

Patrząc na to, co się dzieje w pewnych polskich środowiskach, takie "kościelne" wytłumaczenie traci sens. Kobieta, która się związuje z żonatym facetem, który bez przerwy się z nią kłóci, a czasem bije, nie musi przecież być mu wierna. Wierność małżeńska pojmowana religijnie nie wchodzi tu w rachubę, bo wszyscy wiedzą, jaki jest układ. Poza tym generalnie więzi z religią bardzo się rozluźniają (wyrażając się eufemistycznie). Co więc każe tym kobietom trzymać się łobuzów? Prawdopodobnie chodzi o desperacką potrzebę czyjejś bliskości. Generalnie ludzie nie są stworzeni do samotności ani abstynencji seksualnej. W obcym środowisku potrzeba posiadania partnera/ki staje się obsesją.

Ciężka praca, ostre picie w weekend i poszukiwanie substytutu męża/żony to, można powiedzieć, w pewnych (bo oczywiście nie wszystkich) środowiskach norma. Kiedy o tym opowiada się w Polsce, większość rozdziawia gęby i kiwa głową w niemym oburzeniu. Sodoma i Gomora normalnie! Cytując klasyka, nie rzucałbym jednak pierwszy kamieniem, bo nikt nie wie, jak by się zachował w danej sytucji. Nawet niektórzy Anglicy, których normy moralne wydają się dość dalekie od polsko-katolickich, czasami wyrażają zdziwienie ("Czy wśród Polaków są jakieś normalne związki?"). Rzeczywistość jest taka, jaka jest i zdziwienie, ani potępianie niczego do sprawy nie wnoszą. Prawda jest taka, że rozłąka i poczucie osamotnienia robią swoje, a małżeństwa na odległość wymagają heroizmu po obu stronach.

To, nad czym warto się zastanowić, to raczej fakt, że Polacy nadal muszą wyjeżdżać do innych krajów w poszukiwaniu pracy. Rząd z rozbrajającym cynizmem wyraża natomiast wielkie zadowolenie z faktu, że oto Niemcy otwierają swój rynek pracy dla Polaków. Politykom otwiera się znowu "wentyl bezpieczeństwa", odsetek bezrobotnych w krajowych statystykach spadnie, czym się będzie można głośno pochwalić w telewizji, a losy konkretnych ludzi, rodzin, dzieci, nikogo z działaczy tej czy innej partii nie obchodzi.