Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 grudnia 2012

Szekspir, czyli do czego zainspirowała mnie debata na temat "Burzy", czyli o Kalibanie słów kilka



Doktor Piotr Nowak podczas debaty na temat „Burzy” Szekspira zdecydowanie przyjął założenie, że Kaliban, (postać, która w dyskusji pojawiła się dość późno – aż się nie mogłem doczekać) dzikie monstrum zmuszane przez Prospera do ciężkiej pracy i boleśnie karane przezeń za każde najmniejsze przewinienie, to po prostu personifikacja cielesności samego Prospera. Głęboko to freudowska interpretacja, zwłaszcza w świetle próby gwałtu na Mirandzie, córce Prospera, po której Kaliban stracił łaskę tegoż.

Piotr Kamiński, autor najnowszego tłumaczenia „Burzy” przy okazji rozmowy o Kalibanie bardzo krótko potraktował post-kolonialną interpretację tej postaci jako prymitywną i najwyraźniej niewartą dyskusji. Kiedy później zabrałem głos i mu to wypomniałem, całkiem słusznie stwierdził, ze chodziło mu o to, żeby nie przenosić naszego myślenia wynikającego z czterech stuleci kolonializmu i okresu post-kolonialnego na czasy Szekspira i nie przypisywać mu takiego myślenia. Niewątpliwie jest to racja, ale generalnie ta odpowiedź mnie nie zadowoliła i nadal nie zadawala, bowiem wcale nie trzeba mieć wiedzy na temat kolonializmu oraz wcale nie trzeba myśleć jak liberalny demokrata XXI wieku, żeby docenić geniusz obserwacyjny Szekspira.

„Burza” została napisana w 1612 roku, a więc pięć lat po założeniu osady Jamestown w Wirginii, przed którym zresztą żeglarze angielscy zdobyli już niemałe doświadczenie w kontaktach z ludnością tubylczą Ameryki i nie tylko. W 1584 kapitanowie Philip Amadas i Arthur Barlow zabiorą do Londynu dwóch Indian z wysp Hatteras i Roanoke o imionach zapisanych jako Manteo i Wanchese. W „Burzy” zresztą wspomina się Indian jako atrakcji dla ludu. Pojawia się arcyciekawe zagadnienie do przemyślenia – problem człowieka nieskażonego cywilizacją. Konfrontacja społeczeństwa żyjącego na innym poziomie rozwoju kultury materialnej z ludźmi, którzy żyli tak, jak być może przodkowie tych pierwszych, musiało zmuszać inteligentne i wrażliwe jednostki do refleksji. Nie oszukujmy się jednak, ludność Anglii, tak samo zresztą jak i innych europejskich krajów, nie była w stanie myśleć o ludności tubylczej Afryki czy Ameryki inaczej niż jako o dzikusach. Naturalnie anachronicznym przeniesieniem naszego sposobu myślenia na początek XVII wieku byłoby wystąpienie z pretensjami do ówczesnych Europejczyków, że nie byli bardziej szlachetni, empatyczni czy z powodu tego, że nie traktowali mieszkańców kolonizowanych kontynentów jak równych sobie. Niemniej pogardliwe odrzucenie koncepcji, ze Szekspir wypowiedział się na temat kontaktu ludzi cywilizacji europejskiej z pierwotnymi mieszkańcami podbijanych ziem, wydaje się nieuzasadnione.

Doktor Nowak, który z uporem godnym lepszej sprawy forsował ideę Kalibana jako cielesności (może powinniśmy od razu użyć jungowskiego konceptu „cienia”), również z pogardą skwitował interpretację stosunków Prospero-Kaliban jako kolonisty, który bije biednego mieszkańca kolonii. Oczywiście debaty mają to do siebie, że przy pomocy chwytów erystycznych można wznieść na wyżyny najbardziej wydumaną i naciąganą koncepcję, a logiczną przedstawić jako niewartą dyskusji i właśnie coś takiego udało się doktorowi Piotrowi Nowakowi (przedtem panu Piotrowi Kamińskiemu) – krótkie zdanie wypowiedziane odpowiednim tonem przez postaci, które już zdobyły pozycję autorytetu (mam tu na myśli trójkę dyskutantów) i publiczność już wie, że taką a taką koncepcją nie ma sobie nawet co głowy zawracać.

Tymczasem pomysł, że Kaliban jest jednak pierwotnym mieszkańcem wyspy rządzonej przy pomocy magii przez Prospera, jest najbardziej naturalny ze wszystkim możliwych interpretacji tej postaci, co nie znaczy, że jest prymitywny. Problem ludzi „dzikich”, a zwłaszcza koncepcja „szlachetnego dzikusa” jest o wiele starsza od Jana Jakuba Rousseau, ponieważ już sto lat przed Szekspirem Montaigne wymyślił „szlachetnego kanibala”. Szekspirowski Kaliban to nie tylko anagram słowa „kanibal”, ale możliwe, że satyra na tę rzekomą szlachetność pierwotnych mieszkańców terenów zamorskich, jaką przypisyał im Montaigne. Być może mamy tu do czynienia z trzeźwym pragmatyzmem przeciwstawionym europejskiemu idealizmowi zblazowanemu własną cywilizacją.

Kiedy Kaliban wypomina Prosperowi, że przecież kiedyś ten traktował go bardzo dobrze, a potem sprowadził go do roli okrutnie wykorzystywanego niewolnika, to przecież mamy sytuację, którą Szekspir bardzo łatwo mógł sobie wyobrazić. Pierwsze kontakty z ludnością miejscową prawie zawsze były przyjazne, zaś kiedy tylko biali czuli się pewniej na nowym gruncie stosunki się pogarszały – nawet niekoniecznie z powodu agresywnych zachowań ze strony Europejczyków, ale po prostu z poczucia zagrożenia rodzimych mieszkańców kolonii przez rozrastające się osady kolonistów. Tak przecież było z plemieniem Powhatan, z którego pochodziła Pocahontas, o czym wieści mogły już do Szekspira dojść.

Nawet jeśli założymy, że Szekspir nie interesował się bezpośrednio doniesieniami z kolonii, jako człowiek o niezwykłej przenikliwości mógł wręcz antycypować pewne schematy zachowań na styku odmiennych kultur, z których jedna uważana jest za wyraźnie gorszą od drugiej. Osiem lat po wystawieniu „Burzy” do Ameryki wyruszy „Mayflower”, zaś w kolejnych latach purytańscy „pielgrzymi” przejdą te same etapy w kontaktach z tubylcami (zwłaszcza plemieniem Wampanoag) – od przyjaźni i wzajemnej pomocy (stąd przecież tradycja Dnia Dziękczynienia) do jawnej wrogości, kiedy to Indianie przeklinają swoich ojców, że nie wyrżnęli białych, kiedy tych było jeszcze mało.

Żeby było wszystko jasne, to sympatia Szekspira pozostaje jednak po stronie Prospera, pomimo pewnych cech, które pozwalają nam na jego krytykę. Kaliban jest dzikusem i to w tym jak najbardziej negatywnym znaczeniu tego słowa (żadnym tam „szlachetnym”). Owszem, autor rozumie jego punkt widzenia – pięknie go wykłada w formie monologu Kalibana, który skarży się na swój niesprawiedliwy los, bo oto przecież miał być jedynym władcą wyspy po śmierci swojej matki, a tu zjawił się jakiś Prospero, najpierw go obłaskawił, a potem zniewolił. Podczas tego monologu widz/czytelnik może nawet zacząć współczuć nieszczęśnikowi, ale przecież nie pozostajemy w tym stanie zbyt długo, ponieważ wiemy, że Kaliban jest synem czarownicy, a więc jest niejako z góry skazany na potępienie. Naturę ma nieokiełznaną, bo przecież chciał zgwałcić niewinne dziewczę (jedyną kobietę na wyspie, jeśli nie liczyć istot bezcielesnych), za co jej ojciec miał prawo brzydala ukarać. Właśnie, bo na dodatek Kaliban jest brzydki.

Przypisanie Szekspirowi prostego rasizmu byłoby niewątpliwie projektowaniem pojęć współczesnych na czasy nam odległe, co nie miałoby większego sensu. Nie ma się co oszukiwać – do całkiem niedawna (a zresztą i dzisiaj) ludzie jak najbardziej życzliwi przedstawicielom innych typów antropologicznych i grup językowych nie mieli wątpliwości, że sami stoją na wyższym poziomie cywilizacji. Dla Anglika początku XVII wieku ludność pierwotna terytoriów zamorskich to były okrutne dzikusy, wśród których może trafiały się jednostki szlachetne, ale generalnie niczego pozytywnego nie można się było w nich doszukać, ponieważ zła była ich natura. Taki właśnie jest Kaliban.

Przychodzi mi przy okazji na myśl Shylock, żydowski kupiec z Wenecji, bohater innego dramatu stradfordczyka. On również wygłasza monolog, w którym bardzo logicznie wykłada przyczyny swojego systemu wartości – odrzucanie i pogarda ze strony ludności chrześcijańskiej kształtuje taką a nie inną postawę Żydów. Szekspir rozumie, ale nie pochwala, bo Shylock jest i tak postacią negatywną. Nazwanie Szekspira antysemitą jest znowu rzutowaniem naszej siatki pojęciowej na czasy sprzed czterystu lat.  Niewątpliwie jego stosunek do Żydów nie jest życzliwy. Jednakowoż fakt, że w usta Kalibana i Shylocka wkłada monologi, w których ci wykładają swój punkt widzenia, to ogromny wkład Szekspira do rozwoju literatury opartej na pogłębionej analizie sytuacji. Szekspir nie przełamuje jeszcze pewnych stereotypów, ale przygląda im się bardzo uważnie i kładzie podwaliny pod refleksję na ich temat, co jest krokiem niezbędnym do rozwoju naszego podejścia do nich w kierunku humanitarnej empatii. Zasiewa w widzu pewne wątpliwości, choć moralnie ocenia jednoznacznie. To, na tle tradycji literackiej, która rozwinie się jeszcze po nim, stanowi wielką wartość i świadczy o geniuszu twórcy komercyjnych hitów teatralnych znanego jako William Szekspir.

wtorek, 1 maja 2012

"Najweselszy człowiek", czyli o wczorajszym Teatrze Telewizji


Z wielką radością powitałem tryumfalny powrót Teatru Telewizji. Z rozkoszą sadowię się co poniedziałek przed ekranem, czekając na kolejną duchową ucztę. Czasami faktycznie się jej doczekuję, ale zdarzają się też rzeczy, od których domagałbym się nieco wyższego poziomu.

Można zaobserwować trend wśród współczesnych dramaturgów i scenarzystów do sięgania po tematykę okresu stalinowskiego w Polsce. O ile jednak jedni osiągają mistrzostwo słowa poruszając głębokie problemy nie tylko ideologiczne, ale psychologiczne, obserwując mechanizmy działania ludzkiej psychiki w warunkach presji brutalnej siły wspierającej bezwzględną ideologię, o tyle niektórzy zaczęli mylić sztukę dramatopisarską z pisaniem wg z góry określonego przepisu. Nawet i w tym wypadku można jednak pisać sztuki lepiej lub gorzej. Jeżeli ktoś przeczytał dokładnie przepis, a więc nie tylko listę potrzebnych składników, ale również opis przyrządzenia, to może nie stworzy dzieła oryginalnego, ale przynajmniej przyzwoite. Jeżeli jednak dramaturg poprzestał na liście ingrediencji, w dodatku lekceważąc podane ich wagi i miary, naraża się na to, że poplącze proporcje i zrobi z nich potrawę niezbyt jadalną. Nie piszę „trudną do strawienia”, bo to mogłoby oznaczać jakieś ambitne eksperymenty, do których widz nie dojrzał. W tym wypadku mam na myśli coś, co zrozumieć łatwo, zamysł autora widać jak na dłoni, a przy tym od razu widać, że się nie udał.

Wczorajszy spektakl autorstwa Łukasza Wylężałka Najweselszy człowiek o ostatnich latach Kornela Makuszyńskiego, na który tak czekałem (bo telewizja zapowiadała go już wcześniej) i którego początek był tak obiecujący, jako całość mnie rozczarował. Nie mogę mieć tutaj pretensji do świetnych aktorów, ale niestety do samego tekstu. Gdyby komuś się wydawało, że jest to dramat o Kornelu Makuszyńskim, to niestety tak nie jest. Autor bowiem najprawdopodobniej chciał na siłę zrobić spektakl wg przepisu „weźmij trochę absurdu stalinowskiej propagandy, postaw przed nią Bogu ducha winnego polskiego pisarza i patriotę i pokaż jaka ta stalinowska propaganda była głupia.”

W porządku, tylko, że to, że stalinowska propaganda była głupia, a aktywiści ją głoszący często jeszcze bardziej, żadnemu inteligentnemu i w miarę wykształconemu widzowi tłumaczyć nie trzeba, a już na pewno nie w taki prosty i nachalny sposób, zwłaszcza po kilku filmach i dramatach, które zrobiły to mądrzej. Kornel Makuszyński, bardzo oszczędnie, ale w tym wypadku to duża zaleta, zagrany przez Jerzego Schejbala, wypada jednak na tle tej komunistycznej głupoty bardzo blado. Jedyne, co umie odpowiedzieć to „bee”, albo zwierzyć się swojemu dokwaterowanemu sublokatorowi-komuniście, że całe życie lubił dobre alkohole i luksus.

Ja wiem, kim był Kornel Makuszyński, bo się na jego twórczości wychowałem (w końcu tylko kilkanaście lat po Stalinie), ale teraz wyobraźmy sobie, że Najweselszego człowieka ogląda inteligentny kosmita znający język polski, ale nie mający pojęcia ani o komunizmie, ani o Kornelu Makuszyńskim. Mam poważne podejrzenia, że mógłby zacząć sympatyzować z sublokatorem, który szczerze wierzy w to, co głosi, bo jest fanatykiem komunizmu, podczas gdy pisarz nie jest w stanie sprzeciwić mu się żadnym sensownym argumentem. Andrzej Mastalerz stworzył bowiem doskonałą kreację i w całym spektaklu stanowi najwyrazistszą postać. Jego bohater to człowiek prosty, pochodzący z biednej mazowieckiej chaty, który dał się porwać ideologii komunizmu, internacjonalizmu i sprawiedliwości społecznej. Wiemy, że to beznadziejne i głupie, ale jeżeli ktoś do spektaklu podszedł bez uprzedzeń wynikających ze znajomości historii, ten mógł zacząć tego człowieka rozumieć. Makuszyński zaś w wersji Łukasza Wylężałka, cały czas coś marudzi, jakby nie miał żadnych kontrargumentów.

Postać aktywistki granej przez Annę Czartoryską (jak na księżniczkę, nienajgorzej się wczuła w rolę działaczki awangardy proletariatu) dodatkowo przytłacza całość i prowadzi do zachwiania równowagi racji. Problem w tym, że ani sam Makuszyński, ani jego przyjaciel (Mariusz Benoit), który też specjalnie nie ma nic ciekawego do powiedzenia, wydają się nie reprezentować żadnej racji. Być może zamysłem autora było pokazanie niemożności wygrzebania się spod ciężaru zmasowanej propagandy i wydobycia własnego głosu, ale to się niestety nie do końca udało.

Widz oczywiście (ha, mówię za siebie) wie, że komuniści w swoim fanatyzmie nie mieli racji, ale czy dowiedział się tego ze sztuki Najweselszy człowiek, który w tym wypadku nie wypadł ani wesoło, ani dowcipnie i inteligentnie? Aktorzy zrobili co mogli, co do reżyserii samego autora też nie mam większych zastrzeżeń. Zawiodła konstrukcja tekstu.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Zapraszam do Teatru Dramatycznego im. A.Węgierki w Białymstoku

W piątek wybrałem się z żoną do teatru. Tym razem był to Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, zaś sztuki obejrzeliśmy dwie. Jedną była czarna komedia irlandzkiego współczesnego autora Martina McDonagh Samotny zachód (The Lonesome West). Treść i przesłanie powinny być kulturowo nam bardzo bliskie, gdyż katolickie miasteczko na irlandzkim zapadłym zachodzie ma wiele cech, które są doskonale zrozumiałe dla Polaka, który ma nieco pojęcia o życiu w polskim małym miasteczku lub wsi.Akcja toczy się wokół dwóch braci, którzy się nawzajem nienawidzą, ale mieszkają razem. Teoretycznie powinien pogodzić ich ksiądz, ale ten jest słabą osobowością co i rusz przeżywającą kryzys wiary, a do tego nie posiadający szacunku parafian ze względu na swoją skłonność do alkoholu. Ważną rolę odgrywa też młoda dziewczyna…

Nie jest moim celem streszczanie całej historii, ponieważ mam nadzieję, że niejeden Czytelnik tego bloga wybierze się na to przedstawienie, zagrane, moim subiektywnym zdaniem rewelacyjnie. Aktorzy odgrywający role skłóconych braci (rewelacyjni Sławomir Popławski i Rafał Olszewski) są tak realistyczni, że czasami miałem wrażenie, że widzę swoich nieżyjących już wujków, skądinąd całkiem porządnych facetów (w odróżnieniu od bohaterów sztuki), którzy jednak w ferworze „polemiki’ potrafili się tak nakręcić, że wtedy należało się trzymać od nich z daleka, żeby samemu nie oberwać. Co tu dużo gadać, „chłop żywemu nie przepuści”! Ksiądz Welsh (Bernard Maciej Bania) miał właśnie okazję wylądować na podłodze, kiedy próbował interweniować w jedną z braterskich potyczek.

Nie chcę też pisać recenzji, bo znowu nie jestem obiektywny, gdyż mam zbyt duży sentyment do białostockich teatrów i ich zespołów. Subiektywnie jednak jestem zachwycony.

Do czegoś jednak przyczepić się muszę, a będą to fragmenty polskiego tłumaczenia. Tekstu angielskiego w ręku nie miałem, ale w pewnych momentach dość łatwo się zorientować, jakie było oryginalne słówko. Zacząć należy od tego, że w języku angielskim każdego księdza katolickiego tytułuje się „father” (ojciec), podczas gdy w języku polskim takiego zwyczaju nie ma, chyba, że w odniesieniu do zakonników lub podczas spowiedzi. Zwracanie się do zwykłego proboszcza per „ojcze” nie brzmi po polsku zbyt naturalnie.

Kiedy Girleen (Katarzyna Mikiewicz) pyta księdza Welsha, „Jak ojcu na pierwsze?” wskazywałoby, że zna jego drugie chrzestne imię, które jednak ani razu nie padło. Oczywiście chodziło o „first name”, czyli o „imię”. Wersja prawidłowa to „Jak księdzu na imię?”

Kiedy z kolei ksiądz Welsh czytając swój list do braci-kłótników przechodzi „do następnego paragrafu” to po polsku brzmi zupełnie bez sensu, bo kto w prywatnym liście stosuje paragrafy? W polszczyźnie rezerwujemy to słowo do regulacji prawnych. Oczywiście angielskie „paragraph” to po polsku po prostu „akapit”. W tym wypadku tłumaczkę zwiodło zjawisko znane jako „false friend”. Podobnie jak w scenie, kiedy Valene podaje Colemanowi szklankę bimbru mówiąc „medycyna”. „Medicine” w tym wypadku należałoby przetłumaczyć raczej jako „lekarstwo”, ale akurat tutaj bym się nie czepiał, ponieważ ta „medycyna” wywołała salwy śmiechu na sali, więc mimowolnie wzmocniono jeszcze efekt humorystyczny.

Zastrzeżenie mógłbym mieć co do wymowy przezwiska dziewczyny, Girleen. Aktorzy wymawiają je „girlen”, podczas gdy w irlandzkim angielskim, gdzie słowo to jest najczęściej używane („dziewczynka”, „dziewczę”) jest ono wymawiane „gerlin”. Nie wiem, czy nikt tego nie sprawdził, czy świadomie wybrano taką wersję. W angielskich teatrach zatrudnia się tzw. coaches, którzy są specjalistami od języków, a przede wszystkim od dialektów i gwar środowiskowych samego języka angielskiego. Przed każdą premierą trenują aktorów w prawidłowej wymowie i akcencie danej odmiany angielszczyzny. Polskie teatry mogłyby od czasu do czasu przynajmniej zasięgnąć porady językowej, zwłaszcza, że teoretycznie angielski teraz znają wszyscy młodzi ludzie. (Gdybyście mnie teraz słyszeli, wyczulibyście szczyptę ironii ;) ).

Ponieważ teksty mają to do siebie, że można o kilku drobnych sprawach napisać całkiem sporo, wszystko to, co do tej pory napisałem, może robić wrażenie, że strasznie to tłumaczenie krytykuję, ale od razu mówię – dla wielu będą to szczegóły niezauważalne. Całość bowiem jest rewelacyjnie zainscenizowana i zagrana! Przesłanie natomiast samego dramatu (i komedii zarazem), myślę, że zapada w pamięci i nie pozwala poprzestać na zwykłym śmiechu z momentów zabawnych, których jest całe mnóstwo (oczywiście, jeśli ktoś lubi ten rodzaj humoru).

Po Samotnym zachodzie mieliśmy pół godziny na kawę w Mistrzu i Małgorzacie. Kawiarnia bardzo sympatyczna, tylko w mroźny zimowy wieczór okazała się mieć jeden mankament, a mianowicie brak bezpośredniego przejścia z foyer teatru, mimo, że znajduje się tym samym budynku. Musieliśmy więc odebrać nasze wierzchnie okrycia z szatni, udać się do kawiarni, tam również skorzystać z szatni, a po wypiciu kawy powtórzyć wszystkie te czynności, tylko w kolejności odwrotnej. Oczywiście po drodze był też spacerek, na szczęście bardzo krótki, po mrozie.

Po powrocie do teatru zajęliśmy tym razem miejsca na dużej, głównej sali. Zauważam, że chyba nie tylko się starzeję, ale w coraz większym stopniu ulegam mieszczańskim gustom, ponieważ po oszczędnych środkach spektakli, które niedawno widziałem, wielka scena z olbrzymimi dekoracjami po prostu mnie olśniła. Myślę, że oszczędność środków w rozmaitych „eksperymentach” teatralnych (ten cudzysłów to dlatego, że przecież to już żadne eksperymenty, skoro zadomowiły się w teatrze od kilkudziesięciu lat), może być doceniona przez kogoś, kto doznał przesytu teatrem tradycyjnym. U mnie chyba nastąpił proces odwrotny. Zatęskniłem za kolorem, światłem, muzyką i to wcale nie zaskakującymi, ale za takim zwyczajnym teatralnym rzemiosłem. I teraz to dostałem!

Jakieś dwa lata temu koleżanki żony namówiły nas na  wspólne pójście na jeden z komediowych spektakli w tym samym teatrze (pominę tytuł, grają tę sztukę do dziś zresztą), na której potwornie się wynudziłem. Nie dlatego, że źle przygotowane, czy źle zagrane, ale dlatego, że to było takie jedno wielkie świetnie przygotowane NIC. Wyraziłem wtedy zdziwienie, że komuś w ogóle się chce coś takiego pisać. Nieustannie wysoka frekwencja na tymże spektaklu wskazuje jednak na to, że istnieje bardzo duże zapotrzebowanie na tego typu produkcje. Nie ma się co oszukiwać – ludzie w teatrze chcą się przede wszystkim rozerwać, a nie przeżywać dodatkowe dylematy – jakby ich w życiu mieli za mało.

Na Co widział kamerdyner (What the Butler Saw autorstwa Joe Ortona) szedłem więc z nieco mieszanymi uczuciami, bo wiedziałem, że jest to typowa angielska „komedia omyłek”, więc jakiegoś głębszego przesłania z pewnością spodziewać się nie mogłem. Niemniej, jako wielbiciel Monty Pythona, tudzież bzdurnych a kompletnie pustych opowiadanek P.G.Wodehouse’a, postanowiłem dać Kamerdynerowi szansę, spodziewając się po prostu czystego relaksu w tradycyjnym stylu angielskim. Od razu przyznaję – nie zawiodłem się.

Jak już wspomniałem, nie jest moim zamiarem pisać recenzji, bo obiektywny być nie potrafię, ale ujmę to w następujący sposób. Widzieliście może artystów (czy to aktorów, czy muzyków, czy piosenkarzy), którzy „się męczą na scenie”? Jeśli tak, to przyznacie, że się męczycie razem z nimi. Znacie może przypadki, kiedy artyści się świetnie bawią, ale jakoś za nic nie potrafią zarazić swoim entuzjazmem widowni? Odczuwamy wtedy zażenowanie. Myślę, że każdy z nas miał jednak takie oto doświadczenie, że doskonale się bawił jako odbiorca, ponieważ widział, słyszał i czuł, że artystom na scenie wszystko, nawet najbardziej skomplikowane zadania (aktorskie, wirtuozowskie czy wokalne) przychodzą łatwo i bez wysiłku, ponieważ nie tylko podczas prób świetnie je opanowali, ale przede wszystkim im samym sprawia radość to, co robią. Bez żadnej przesady mogę stwierdzić, że właśnie z tym ostatnim przypadkiem mieliśmy do czynienia podczas tych dwóch piątkowych spektakli.

Zgranie zespołu, wzajemne wyczuwanie się, błyskawiczna reakcja na niespodziewane przeszkody (jak się później dowiedziałem, podczas Samotnego zachodu taka przeszkoda nastąpiła, choć my, jako widzowie w ogóle się nie zorientowaliśmy), to wszystko procentuje w postaci wysokiej jakości inscenizacji. Co więcej, zaryzykowałby stwierdzenie, że dobra atmosfera w zespole to połowa sukcesu (i to we wszystkich dziedzinach ludzkiej działalności), ponieważ zapobiega z jednej strony „nadymaniu się” (gwiazdorstwu) jednych i kompleksów ze strony innych.

À propos kompleksów. Nie powiem, że jestem bywalcem teatrów warszawskich, bo byłoby to wierutne kłamstwo, ale na kilku spektaklach w stolicy byłem. Swego czasu często chodziłem do teatrów łódzkich. Na tej podstawie stwierdzam, że aktorzy białostoccy nie mają żadnych kompleksów prowincji i bardzo słusznie, ponieważ mogliby w każdej chwili stanąć na scenie obok „gwiazd” scen stołecznych w niczym nie ustępując im umiejętnościami.

Wracając do Co widział kamerdyner, znowu napiszę kilka słów na temat warstwy treściowej. Otóż Joe Orton napisał ten tekst w 1967, zaś jego premiera teatralna nastąpiła w Queens Theatre w marcu 1969. Jak więc łatwo się domyślić, akcja samej komedii została umieszczona w latach 60., a może nawet 50. ubiegłego stulecia. Autorzy białostockiej wersji pozostali raczej wierni oryginałowi, w kilku miejscach wprowadzając pewne elementy bardziej przemawiające do widza współczesnego. Te polskie grepsy (na angielski nieprzetłumaczalne, a więc tym bardziej niemożliwe, żeby wystąpiły w oryginale)  są tak umiejętnie wplecione w tekst, że kto się nie nastawia na ich wychwytywanie, ten po prostu tylko dobrze się przy nich bawi. I to się liczy jak najbardziej na plus, ponieważ teatr komediowy musi służyć przede wszystkim rozrywce widza. Dr Prentice (doskonały Piotr Dąbrowski) przed próbą uwiedzenia kandydatki na sekretarkę (tryskająca energią Katarzyna Mikiewicz) zażywa najpierw jedną, ale potem dla pewności kilka kolejnych pastylek, a przez cały teatr przetacza się „teatralny szept” widzów „viagra!” Oczywiście w latach 60. nie było to możliwe. To, co mnie naprowadziło (przyznaję się bez bicia, przed pójściem do teatru nie zadałem sobie trudu sprawdzić ani autora tekstu, ani daty jego napisania) mniej więcej na okres powstania samego tekstu komedii, to monologi i dialogi doktora Rance’a, których, jak podejrzewam, żaden współczesny dramaturg angielski nie odważyłby się napisać – no chyba, że ktoś kto nie bałby się narazić na zarzut bigoterii (pojmowanej po angielsku, nie po polsku) i homofobii. To są jednak szczegóły, które na efekt komediowy całego przedsięwzięcia nie mają żadnego wpływu. Białostocki spektakl Co widział kamerdyner to po prostu doskonała rozrywka na wysokim poziomie.

Zachęcam do wejścia na stronę Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku (http://www.dramatyczny.pl/) , wybrania sobie kilku spektakli i zabrania na nie rodziny, znajomych czy koleżanki i kolegów z pracy. Jestem pewien, że nikt nie będzie żałował. Na stronie teatru znajdziecie również informacje o doskonałych białostockich aktorach, których kunszt wart jest zobaczenia!

niedziela, 22 stycznia 2012

Moje spotkania z księżniczką tebańską, Antygoną Edypówną

Tak jak sobie obiecałem, tak zrobiłem, czyli poszedłem wczoraj do Białostockiego Teatru Lalek na „Widmo Antygony” Nicoli Lusuardiego w reżyserii Farbrizio Montecchiego. Na początek może trochę wspomnień dotyczących moich „spotkań” z „Antygoną”. Ludzie mojego pokolenia, i jeszcze kilkanaście roczników później, omawiali tragedię Sofoklesa z bohaterką w tytule w pierwszej klasie liceum. Czytaliśmy więc tłumaczenie tekstu greckiego dramaturga, a potem dyskutowaliśmy na zasadzie „bronię Antygony” kontra „bronię Kreona”.
    Kiedy w budynku mojego liceum zawalił się sufit w auli, przeniesiono nas do budynku Zespołu Szkół Włókienniczych na ulicę Drewnowską w Łodzi. Wspominam o tym w celu ustalenia chronologii mojego kolejnego spotkania z teatrem opartym o grecką tragedię. Na Drewnowskiej chodziłem do III i IV klasy, a więc musiał to być rok 1983, kiedy to do niewielkiej salki „teatralnej” w podziemiach szkoły przybyła trupa aktorów (o ile dobrze pamiętam część z nich z pewnością była z teatru przy ul. Kopernika, który dzisiaj nazywa się Studyjny PWSFTiT, ale ówczesnej nazwy nie pamiętam (będę wdzięczny za przypomnienie), którzy wystawili „Antygonę”, ale Jeana Anouilha, napisaną w 1943 roku. Pamiętam, że grająca bohaterkę młoda aktorka miała nieco sepleniącą wymowę, co stanowiło pewne pocieszenie dla grupy koleżanek i kolegów, którzy marzyli o dostaniu się do szkoły filmowej, a których zgryz i wynikające zeń wady wymowy nie do końca pozwalały rokować nadzieję na sukces. Bo oto proszę, dziewczyna dziwnie „szeleści” przy pewnych dźwiękach, ale aktorką jest i gra na scenie.
    Nie miał to być zwykły spektakl teatralny, bo była to przecież chałtura szkołokrążna, a więc musiał być w tym jakiś element dydaktyczny. Po skończonej inscenizacji, jakiś pan, pewnie reżyser, próbował nas wciągnąć w dyskusję (teatr Studyjny miał wówczas takie zapędy; np. po spektaklu „Doktora Judyma” wg „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, tym razem już na scenie teatru, aktorzy też chcieli wywołać dyskusję, ale z dość miernym skutkiem, jak pamiętam). Niektórzy z nas dali się nawet „wyciągnąć do odpowiedzi”, ale poziom tych naszych wypowiedzi był o wiele gorszy, niż ten, który reprezentowaliśmy w klasie I podczas lekcji. Pan próbował nas zatem zaktywizować w inny sposób, a mianowicie zaproponował, byśmy zapomnieli o tragedii sprzed ponad dwóch tysięcy lat, żebyśmy przestali myśleć o Sofoklesie i starożytnej Grecji, tylko skupili się na „Antygonie” Anouilha, która, o ile dobrze pamiętam, rozgrywała się w czasach nam nowszych. Szczerze mówiąc przesłanie tego „nowego” tekstu nie wydawało nam się specjalnie odbiegać od tego Sofoklesowego i niczego „wpółczesnego” nie potrafiliśmy z niego wydobyć. Poza tym byliśmy cynicznymi siedemnastolatkami, którzy się cieszyli, że mogli posiedzieć na sztuce zamiast na kilku lekcjach i to bynajmniej nie lekcjach polskiego, a kiedy było po wszystkim, chcieliśmy już wyjść. Inaczej rzecz ujmując, ani gra aktorów nie była na tyle porywająca, ani pan zachęcający do dyskusji na tyle prowokacyjny, żebyśmy sobie mieli języki po próżnicy strzępić.
    Potem miałem długą przerwę w swojej znajomości z tebańską księżniczką, aż do czasu, gdy zacząłem pracować w liceum w Białymstoku. Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki, wiedząc, że „Antygona” Sofoklesa jest nadal żelazną pozycją w zestawie licealnych lektur szkolnych, przygotował spektakl tejże tragedii wystawiany na świeżym powietrzu w żwirowni w Ogrodniczkach. Sam pomysł świetny. Wyprawa „do teatru” stawała się wycieczką autokarową. Żwirownia stawała się starogreckim amfiteatrem, więc zapowiadało się naprawdę ciekawie. I może by i było, gdyby nie jakość spektaklu, który nie można było znowu określić inaczej jak chałturą pod określoną publikę. Młodzież z mojej klasy wychowawczej miała bardzo mieszane uczucia, co tym bardziej mnie wówczas utwierdziło, że teatr pod żadnym pozorem nie może być robiony byle jak i z lekceważeniem widza, bo młody człowiek, nawet niewyrobiony w odbiorze sztuki, doskonale wyczuwa, kiedy się go lekceważy. Jedna z moich uczennic wyraziła wówczas podziw dla aktora odgrywającego rolę wróżbity Tejrezjasza (Tyrezjasza), dlatego, że „to był jedyny aktor, który się wczuwał w rolę”, a  która akurat mnie zupełnie do gustu nie przypadła, ponieważ maniera, którą aktor ów zastosował w swoim monologu przywodziła mi na myśl sposób recytacji z dziewiętnastego wieku, lub co najmniej dwudziestolecia międzywojennego (patos, drżenie głosu, wykrzykniki itp.).
    Co jakiś czas sobie przypominałem wersję Anouilha i usiłowałem dociec, dlaczego francuski pisarz stworzył nowy tekst dla z grubsza tego samego przesłania, ale próby moje nie były na tyle intensywne, żeby ten tekst skądś pożyczyć i go przeczytać. Bo i tak na co dzień Antygona i jej sprawy nie zaprzątały głowy mojej.
    Na fali mojego planu nadrobienia zaległości w życiu teatralnym wybrałem się więc na „Widmo Antygony”. Oprócz tego, że po raz kolejny chciałem zobaczyć aktorów BTLu w akcji, bardzo byłem ciekawy, co nowatorskiego wnosi sam tekst autora, który nie jest Sofoklesem. Powiedziałbym, że ilościowo wnosi dość niewiele, ale jakościowo i owszem. Rzecz się bowiem dzieje na dwóch planach a i problemy dziewczyny kochającej brata są też różne, choć niby dość równoległe. Na planie współczesnym mamy oto dylemat taki, że brat leży w śpiączce, a kochająca siostra o silniejszej osobowości podejmuje decyzję o przerwaniu podtrzymywania czynności życiowych. Plan starożytny to Sofokles po prostu. Aktorzy przechodzą od jednego do drugiego przy pomocy masek, kostiumów i scenografii. Sceny współczesne są grane bez masek, we współczesnych strojach. Głównym problemem jest eutanazja, zaś dialogi są bardzo oszczędne. Aktor grający Kreona praktycznie powtarza jedną frazę, w której grozi surową karą tym, którzy popełniają zbrodnię przeciwko życiu. Do tego pojawiają się cytaty z książek medycznych, np. z definicją śmierci.
    Kiedy aktorzy przybierają maski i kostiumy, mamy do czynienia z takim bogactwem technik teatralnych, że o ile przy „Marsz, marsz Gombro…wski” narzekałem na ich brak, to tutaj byłem pod ogromnym wrażeniem. Grają aktorzy, grają maski, grają elektryczne lampki imitujące świece, bo powodują rzucanie przez aktorów cieni, które też grają. Aktorzy świetnie operują rękami, które z jednej strony stosują zasady gestykulacji teatru klasycznego, a równocześnie rzucają cień na białe tło (i nie jest to jednolita biała ściana, ale zmieniające kształty i proporcje białe połacie tkanin, które też się zmieniają i też grają). Do pewnych scen wykorzystano maski równocześnie przedstawiający front twarzy, jak i profil, co znowu daje niesamowity efekt cieni, które niejako grają równocześnie i równolegle do aktorów. Między dialogami mamy sugestywny indyjski teatr cieni rzucanych zza białych „prześcieradeł”, przywodzący z jednej strony Indie właśnie, a z drugiej zupełnie europejski „dance macabre”.
    Monologowi Tejrezjasza (Artur Dwulit) towarzyszy znowu gra światła i cienia, tym razem rzucanego przez piasek położony na szklanym podświetlonym blacie. Wróżbita przesuwając piasek, odsłania światło, które odbija się od białej tkaniny tym razem umieszczonej nad aktorem. Pomysł fantastyczny!
    Warto zwrócić uwagę na dosłownie każdy szczegół gry wszystkich elementów pojawiających się na scenie. Kiedy np. Antygona (Sylwia Janowicz-Dobrowolska) godzi się ze swoim losem, zdejmuje maskę, układa ją przed sobą i „przytula” równocześnie jedną ręką zakrywając jej oczy a drugą usta. Niesamowicie wymowny gest!
    Spektakl jest od początku do końca tragedią, więc tym razem Ryszard Doliński (Kreon) ani razu nie spowodował u mnie choćby zalążka wesołości, ale tak przecież miało być. Doskonale wcielił się w rolę władcy, który uważa, że wszystko co robi jest dobre dla miasta, czyli w przypadku starożytnej Grecji państwa-ojczyzny.
    Podsumowując, dawno nie widziałem tyle „teatru w teatrze”. Każdy widz powinien pozostać pod wrażeniem spektaklu, w którym zastosowano tyle środków typowych jedynie dla tej formy sztuki. Dlatego gorąco namawiam wszystkich znajomych i nieznajomych, zarówno białostoczan jak i mieszkańców innych części Polski do wizyty w Białostockim Teatrze Lalek i obejrzenia „Widma Antygony”. To jest prawdziwe przeżycie.
    Wracając do tego, co mnie zawsze zastanawiało, a mianowicie, dlaczego od czasu do czasu ktoś się zabiera do historii tebańskiej księżniczki i pisze ją na nowo, tak jakby oryginalny tekst Sofoklesa przestał spełniać swoją rolę. Oczywiście sam problem pochówku zmarłego jako złamanie praw boskich, polegającym na niedopuszczeniu duszy niepogrzebanego do Hadesu, nie do końca pewnie przemawia do coraz bardziej laickiego społeczeństwa. Z pewnością dylemat związany z eutanazją jest bliższy naszym czasom. Może szkoda, że został on w „Widmie Antygony” jedynie zaznaczony, bo jednak zdecydowana większość spektaklu to była tragedia starożytna.
    Starożytna tragedia polegała m.in. na tym, że nie tyle ścierało się ze sobą dobro i zło, ile racje równorzędne. Takie postawienie sprawy wzbudza bowiem w odbiorcy poczucie nierozwiązywalnego dylematu, co z kolei powoduje frustrację, która nie jest przyjemnym uczuciem. Zwolennicy prostych rozwiązań bardzo się męczą oglądając dobrze skonstruowaną tragedię. Z Antygoną jest jednak pewien problem. Otóż współczesny widz niejako z definicji opowie się za nią, już nie tyle jako za strażniczką praw boskich sprzeciwiającą się prawom ludzkim, ale jako za młodą dziewczyną prześladowaną przez starego tyrana. Równowaga sił jest więc zachwiana, a Kreon wcale nie wzbudza sympatii widza. Myślę, że jest to postać, którą należałoby lepiej skonstruować.
    W „Antygonie” Kreon jest człowiekiem pysznym, a do tego upartym starcem. Gdyby jednak trochę osłabić akcent na jego „ego”, a przesunąć go na obowiązek wobec prawa i porządku? Gdyby od początku w jego dialogach i monologach było mniej podkreślania jego roli jako prawodawcy, gdyby miał więcej wątpliwości? Ale człowiek na ważnym stanowisku nie może być „Hamletem”. Teby mitologiczne nie były demokracją, więc Kreon Ateńczykom musiał się kojarzyć jako tyran. Rozpatrując więc jego postać z tej perspektywy, można by powiedzieć, że jego postać od początku była źle skonstruowana, od początku była bowiem skazana na potępienie przez widza.
    Nie lubimy się wczuwać w rolę rządzących. Z jednej strony wielu z nas chciałoby, żeby sternicy nawy państwowej podejmowali dobre decyzje i deklarujemy poszanowanie dla prawa, a z drugiej każdą próbę egzekucji tej władzy uważamy za gwałt na naszej wolności, na demokracji itd. Tymczasem przecież, przynajmniej teoretycznie, mogą istnieć ludzie, którzy swoją rolę jako przywódcy traktują służebnie i faktycznie mogą wierzyć w swoją misję obrońców prawa, a przez to dobrobytu obywateli. Gdyby Sofokles napisał lepiej rolę Kreona, a więc gdyby położył większy nacisk nie na pyszałka zaślepionego władzą, ale na rozdartego dylematem człowieka, na którym spoczywają obowiązki wynikające ze stanowiska, dzieciaki w szkole mogłyby przeprowadzać bardziej burzliwe dyskusje w obronie przeciwstawnych sobie bohaterów, zaś widz, czy to starożytny, czy współczesny, doznawałby większej rozterki i frustracji z braku prostego rozwiązania.

sobota, 14 stycznia 2012

O "próbie" "Szczura" Gombrowicza w Białostockim Teatrze Lalek

Jak niedawno napisałem, jestem strasznie wygłodniały jeśli chodzi o teatr. Przez szereg lat pracowałem codziennie głównie wieczorami (łącznie z weekendami), więc automatycznie byłem wyeliminowany z życia kulturalnego miasta. W tym roku pracuję mniej dydaktycznie i okazało się, że mam  wieczorami więcej czasu. Nie świadczy to najlepiej o mojej bystrości, ale trzy miesiące zajęło mi zorientowanie się, że przecież mogę wreszcie pochodzić sobie do teatru! Zacząłem więc przeglądać repertuar dwóch profesjonalnych białostockich teatrów i wybrałem sobie (przy okazji swojej żonie i córce) kilka rzeczy.

Białostocki Teatr Lalek wbrew nazwie wystawia całkiem sporo rzeczy dla dorosłych. Niedawno ktoś w telewizji wspominał swoje studia u Andrzeja Wajdy. To co mi utkwiło w pamięci to uwaga, że ten wspaniały pedagog (wg uznanej aktorki, która o tym opowiadała) potrafił spontanicznie wsadzić swoją grupę studentów do pociągu i pojechać do Białegostoku, bo akurat w BTLu zrobiono jakieś bardzo ciekawe przedstawienie. Muszę przyznać, że wcale się nie dziwię, bo jest to teatr, do którego sam uwielbiałem chodzić, kiedy jeszcze w miarę regularnie odwiedzałem przybytek Melpomeny.

Teraz krótkie wspomnienie. Jest rok 1983, jestem w III klasie liceum (IV LO im. Emilii Sczanieckiej w Łodzi). Robimy z koleżankami i kolegami inscenizację z okazji… no właśnie nie bardzo już pamiętam jakiej, czy to któregoś z powstań narodowych, czy poświęcone Juliuszowi Słowackiemu, ale w każdym razie ja akurat recytowałem wiersz Słowackiego. Ale nie o to, nie o to… Rzecz w tym, że pani profesor odpowiedzialna za tę imprezę rozdała nam jakieś wiersze, ale moja koleżanka Joanna Sz. wpadła na pomysł, jak się do tego zabrać, żeby nie zrobić kolejnej nudnej szkolnej akademii, a myśmy się bardzo chętnie jej pomysłowi poddali. Otóż polegał on na tym, że siedzimy grupą w fotelach wokół stolika i zastanawiamy się, jak zrobić nasze przedstawienie. Niby tak się zastanawiamy i ktoś wpada na pomysł, że „a może by tak…”, wstaje i zaczyna recytować tekst. Dalej poszło jak z płatka. Naprawdę! Wiem, że to robi nieco żałosne wrażenie, kiedy ktoś wspomina jakieś tam szkolne sukcesy, ale prawda jest taka, że naszym kolegom i koleżankom z innych klas bardzo się nasz pomysł podobał, no bo właśnie był zupełnie inny od sztywnych deklamacji typowych dla szkolnych akademii (nie wspominając już tego, że nikt z nas nie miał na sobie białej koszuli czy bluzki, czyli typowego dla ówczesnych akademijnych kostiumów).

Wspominam tę naszą szkolną zabawę w teatr, ponieważ później kilka razy widziałem taki pomysł na deskach profesjonalnych scen łódzkich i nie tylko. Oto reżyser wizję ma taką, że nie robimy przedstawienia wprost, czyli nie podajemy tekstu napisanego przez autora dramatu, ale udajemy, że jest to próba, podczas której wpadamy na fajne pomysły, które stają się dopiero pretekstem do odegrania przez aktorów jakiegoś fragmentu oryginału. Gdzieś tam i jakoś tam taki zabieg może mieć swoje artystyczne uzasadnienie, bo oto tekst zostaje zanurzony w metajęzyku aktorów i reżysera, z czego mogą wyniknąć ciekawe sytuacje (takim zabiegiem był grany 25 lat temu w Łodzi, a chyba współcześnie w Poznaniu, rock-balet „Próba”, który kilka miesięcy temu wspomniałem na blogu). Oczywiście ten pseudo-metajęzyk też staje się częścią tekstu przedstawienia, bo prawdziwy metajęzyk na zawsze pozostaje przed widzem ukryty (na szczęście!).

Ponieważ w liceum, podczas studiów w Łodzi i jeszcze w pierwszych swoich latach pracy nauczycielskiej w Białymstoku, chodziłem do teatru często (dopóki nie zacząłem gonić za pieniądzem pracując w szkołach językowych), włącznie z „tygodniami teatru”, kiedy miałem okazję obserwować przedstawienia z różnych części kraju i z zagranicy, pomysł na sztukę typu „próba” jest mi dość dobrze znany i niestety z czasem zacząłem dochodzić do perfidnego wniosku, że wiele zespołów ucieka się do tej formy tylko z tego względu, że nie mają tak naprawdę pomysłu na porządną interpretację tekstu. Udają wtedy, że tak specjalnie się tym tekstem bawią, a widz w lot chwyci ten zamysł i też się będzie bawił. Pamiętam przedstawienie sprzed jakichś dwunastu lat pewnej grupy studentów szkoły teatralnej z któregoś z polskich miast, które było „próbą Czarodziejskiego fletu” Mozarta. Wszystko szło super do momentu, kiedy np. pewnej młodej aktorce nie wyszła aria Królowej Nocy (no niestety nie ta skala głosu), ale w tym momencie włącza się głos reżyserki-profesorki z „offu”, która krzyczy na biedaczkę z użyciem słowa na „k” (salwy śmiechu na widowni), że się nie przygotowała ze śpiewu. No wspaniale, ale już nie ze mną te numery.

A potem nastąpiła długa, ale to długa przerwa w moim chodzeniem do teatru. W międzyczasie próbowałem to nadrobić oglądając spektakle Teatru Telewizji, tudzież płyty DVD z takimiż przedstawieniami. W międzyczasie, a tak naprawdę podczas jazdy samochodem do pracy, słuchałem sobie II Programu Polskiego Radia, w którym od czasu do czasu trafiałem na bardzo ciekawe rozmowy o teatrze. M.in. z takich „rwanych słuchanek” (podróż do pracy i z pracy nie zajmuje mi zbyt dużo czasu) dowiedziałem się, że to, co robi większość teatrów w Polsce, to ślepe naśladownictwo tego, co się robi w Niemczech. W innej audycji usłyszałem anegdotę o pewnym brytyjskim dramaturgu, który napisał „wypasioną” sztukę na sporą trupę aktorów, wymagającą bogatych dekoracji, muzyki itd., który ucieszył się, że będą jego dzieło wystawiać w Niemczech. Na to ktoś go oblał zimną wodą mówiąc, że w Niemczech wezmą z jego tekstu kilka linijek, dekoracje ograniczą się do kilku rekwizytów, a i to bardzo umownych, natomiast aktorzy będą robić różne cuda-niewidy, w których on sam z pewnością swojej sztuki nie rozpozna.

Wszystko to, co napisałem do tej pory zmierza do jednego celu, a mianowicie do odniesienia się do spektaklu, na jaki dziś wybrałem się z żoną i córką. W Białostockim Teatrze Lalek obejrzeliśmy mianowicie rzecz pt. Marsz, marsz Gombro…wski, na podstawie jednego z wczesnych opowiadań Wiktora Gombrowicza „Szczur”. Z wielką radością szedłem na ten spektakl, bo po pierwsze uwielbiam Gombrowicza, a po drugie pierwsze uwielbiam Białostocki Teatr Lalek.

Tytuł spektaklu, jak na mój gust jest trochę naciągany, bo po nim można by się spodziewać czegoś naprawdę mocnego, czegoś prowokującego i obrazoburczego jak sama proza autora „Trans-Atlantyku” i „Ferdydurke”, a tutaj oprócz interpretacji „Szczura” nie znajdziemy wiele więcej. Całość zrobiona jest w formie „próby”, w której aktorzy niby to wraz z reżyserem przygotowują się do wystawienia tegoż „Szczura”. Dekoracji praktycznie nie ma żadnych (oprócz wniesionego i wyniesionego „drzewa”, które jest chyba raczej rekwizytem niż dekoracją), a rekwizyty dość ograniczone. Aktorzy operują też rekwizytami lalkowymi, typu domek (niby dom zbója Huligana), czy szczur w ręku tęgo popijającej aktorki (Sylwia Janowicz-Dobrowolska). Artyści BTLu to ludzie, którzy takimi gadżetami posługują się po mistrzowsku nawet jakby ich ktoś obudził w środku nocy, więc z pewnością moja wizyta w teatrze była czasem dobrze wykorzystanym, ale mnie się do głowy ciśnie natrętne pytanie: Dlaczego od co najmniej trzydziestu (śmiem twierdzić, że od jakichś pięćdziesięciu co najmniej, ale za te trzydzieści biorę osobistą odpowiedzialność, bo je pamiętam) lat teatr epatuje widza „oszczędnością”? Czy artystom brakuje pomysłów, a może ich repertuar jest po prostu skończony, niczym liczba struktur rosyjskiej bajki i jedyne, na co współczesny widz może liczyć, to ich powtarzanie w możliwie nowej kombinacji? Nie wiem. Wiem na pewno, że kolejna „próba” po ok. dziesięcioletniej przerwie w chodzeniu do teatru, nieco mnie rozczarowała. Ale tylko jako propozycja formalna.

To bowiem, co spektakl czyni godnym obejrzenia, to po prostu aktorzy BTLu. Nie ukrywam, że ja tych ludzi po prostu kocham! Niektórzy z nich w prywatnej rozmowie mogą się przyznać, że w tym czy innym przedstawieniu za wiele z siebie nie dali, ale nie w takim sensie, że się z premedytacją obijali i zlekceważyli widza, ale że w danej sztuce wielki kunszt zawodowy nie był od nich wymagany, więc oni specjalnie się w niej nie nagrali. Jako laik obserwujący to z zewnątrz twierdzę, że aktorom nigdy nie należy wierzyć, ponieważ oni w ogóle nie potrafią nie grać. Oni grają, nawet kiedy sami myślą, że nie grają (vide przykład pana Zielenieckiego wspomnianego przy okazji „Wesela Figara”, w którym on w ogóle nie występował, a i tak skupił na sobie uwagę widza).

Otóż może i reżyser nie dał aktorom zbyt wielu okazji do popisu, ale te, które dał, zostały przez nich doskonale wykorzystane. Oczywiście niewykluczone, że jestem do tego zespołu tak pozytywnie nastawiony, że „kupię” każdy kit, jaki mi ci aktorzy zechcą sprzedać, ale nie wydaje mi się, żebym aż tak bardzo się mylił. Niewątpliwie faktem jest, że kiedy słyszę i widzę Ryszarda Dolińskiego, to automatycznie poprawia mi się humor – w każdej sytuacji. Wystarczy, że ten facet się tylko odezwie, zrobi jakiś gest lub minę. Sylwia Janowicz-Dobrowolska zawsze mnie zaskakuje (w jak najbardziej pozytywnym sensie) swoją osobowością na scenie, mimo tego, że miałem okazję rozmawiać z nią poza teatrem. Zbigniew Litwińczuk w roli sędziego Skorabkowskiego jest z kolei w całym spektaklu najbardziej „gombrowiczowski”, czym „kupił” mnie całkowicie. Izabela Maria Wilczewska (Maryśka) i Artur Dwulit (Ksawery) są tak samo świetni. Szkoda tylko, że nie wykorzystano potencjału tych kapitalnych aktorów w większym stopniu, bo jestem na sto procent przekonany, że można by było!

Dla aktorów BTLu gotów jestem pójść nawet na bajkę dla dzieci. Równocześnie życzę im, i przy okazji sobie, żeby w większym stopniu wykorzystywano ich talent i umiejętności, zaś tak w ogóle to czekam na coś nowego w teatrze. Skromność środków pozaaktorskich z pewnością wydobywa z samych artystów to co najlepsze w ich kunszcie. Przyznam jednak szczerze – jestem nieco znudzony szarością i obszernością pustej sceny. Z kolei na przedstawienia typowo „komercyjne” z bogactwem dekoracji się nie wybieram, bo tam odstrasza mnie sama pustota (nie mylić z pustką, która może budzić skojarzenia buddyjskie) przesłania. Trudno mi doprawdy dogodzić.

Tak czy inaczej w najbliższych kilku tygodniach wybieram się jeszcze kilka razy zarówno do BTLu, jak i do Teatru Dramatycznego im. A.Węgierki. Mam nieustanną nadzieję, że będzie warto!

wtorek, 10 stycznia 2012

Opera w Teatrze Lalek, czyli "Wesele Figara" w Białymstoku

Właśnie wróciłem z Białostockiego Teatru Lalek, gdzie wybrałem się z żoną i córką na operę. Tak tak! Nie mogąc się doczekać na premierę opery w nowym gmachu Opery Białostockiej, zbudowanej zresztą w pobliżu BTLu, wybrałem się do „Lalek”, gdzie absolwenci Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina Wydziału Instrumentalno-Pedagogicznego w Białymstoku wystawili swoje przedstawienie dyplomowe biorąc sobie za zadanie wykonanie dzieła niełatwego acz bardzo popularnego i miłego w odbiorze, a mianowicie „Wesele Figara” Mozarta.

Bardzo chciałem tę inscenizację zobaczyć, ponieważ jestem wygłodniały teatru w ogóle, a opery w szczególności, ale z drugiej strony szedłem z pewnymi obawami – wiadomo, młodzi, dopiero się uczą itd. W dodatku wersja fortepianowa, bo przecież nikt do Małej Sali BTLu nie wepchnie orkiestry operowej, nie mówiąc już o tym, że nikt jej nie zapłaci. Przyznaję od razu, żeby nie tworzyć sztucznego suspensu – bardzo, ale to naprawdę bardzo mi się podobało!

Teraz po kolei. W teatrze, odwrotnie niż w kinie, lubię sobie usiąść jak najbliżej sceny. No może nie w pierwszym rzędzie, bo to nigdy nie wiadomo co aktorom strzeli do głowy i czy człowieka do jakiejś zabawy nie wciągną i nie zrobią sobie jego kosztem jakichś hec. Drugi rząd jest bezpieczny, a przy tym zapewnia doskonałą widoczność i słyszalność.

Przed nami, w pierwszym rzędzie, usiadł natomiast samotnie znany aktor scen białostockich, pan Adam Zieleniecki. Pan Adam jest potężny, a przez to widoczny sam w sobie, ale jak to aktor, ma to skrzywienie zawodowe, że nawet jak nie gra, to musi skupiać na sobie uwagę. Przed pierwszymi dźwiękami uwertury odwrócił się do pani siedzącej w rzędzie trzecim, czyli za nami i zagadnął ją po włosku, na co ona mu odpowiedziała płynnie w tymże samym języku Dantego i Petrarki. Ponieważ, jak to aktor, pan Adam głos ma potężny, więc przez trzy minuty mogliśmy podziwiać jego włoszczyznę. Oczywiście również włoszczyznę tej pani, ale jej głos był zdecydowanie mniej donośny. Tak oto mieliśmy „support” przed głównym występem. Ta włoska rozgrzewka bardzo się przydała, bowiem „Figara” wystawiono w języku oryginału, czyli poszło libretto Lorenzo da Ponte, i kto nie znał całej historii już wcześniej, albo kto, tak jak moja córka, nie przeczytał szybko streszczenia zamieszczonego w programie, mógł mieć pewne kłopoty w połapaniu się kto do kogo śpiewa. Z tyłu doszły mnie wypowiedziane „teatralnym szeptem” uwagi jakichś państwa, którzy nie spodziewali się, że naprawdę będzie tu wszystko śpiewane jak w prawdziwej operze. A było!

Po prawej stronie przed sceną stał fortepian, który akompaniował partiom popisowym, a więc ariom, duetom i ansamblom, podczas gdy klawesyn po stronie lewej „podgrywał” dialogom mniej znaczącym. Klawesyn grał zresztą rolę mu przypisaną przez Mozarta, zaś fortepian zastępował orkiestrę. Rozwiązanie bardzo przyzwoite, biorąc pod uwagę warunki lokalowe.

Najważniejszy w operze jest jednak śpiew, a ten mnie naprawdę pozytywnie zaskoczył. Okazało się, że młodzi ludzie świetnie sobie radzą w tym repertuarze, głosy mają mocne i ciekawe, zaś wykonanie wskazuje, że ich pedagodzy wykonali z nimi świetną robotę. Czy nie było słabych punktów? No były, ale pozostają bez znaczenia. Niektórzy z młodych ludzi już dziś mają świetnie rozwinięty aparat głosowy, niektórzy będą musieli go nieco wzmocnić i popracować nad czystością. Nie napiszę kto, bo nie mam zamiaru nikogo wpędzać w stresy. Tak czy inaczej bowiem uważam, że każdy z tych młodych artystów powinien się rozwijać w kierunku wokalno-aktorskim, ponieważ są zespołem wspaniałych utalentowanych młodych ludzi. O bogactwie głosów już wspomniałem, ale nie należy zapominać o doskonałej mimice artystów, co wskazuje m.in. na talent aktorski.

Oglądając „Wesele Figara” w Białostockim Teatrze Lalek przedstawiłem sobie przed „oczami duszy mojej” ten sam zespół na olbrzymiej scenie teatru operowego w bogatych kostiumach, z pyszną scenografią i z pełną instrumentacją zapewnioną przez wielką orkiestrę w kanale pod sceną. Życzę tym młodym ludziom, by dane im było zaśpiewać na scenach czołowych oper krajowych i światowych. Oczywiście chciałbym kiedyś przeczytać, że mają kontrakt z La Scalą! Nie wybiegajmy jednak zbyt do przodu, żeby nie zapeszyć.

Temu, kto się nie może doczekać opery w Białymstoku, gorąco polecam spektakl dyplomowy białostockich studentów Uniwersytetu Muzycznego. Należą im się naprawdę duże brawa za przygotowanie tak dużego spektaklu tak skromnymi środkami, których umowność nie przeszkadzała, ponieważ wszystko nadrobili swoimi wspaniałymi głosami i kunsztem śpiewaczym. Teraz tylko marzę, żeby znalazł się sponsor i reżyser, który zrobi z nimi kolejne opery, które zobaczymy już na deskach Opery Białostockiej!

 http://www.btl.bialystok.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1314&Itemid=7&limit=1&limitstart=0&lang=pl

Ponieważ nie dysponuję nagraniem z BTLu, przypomnijmy sobie wykonanie Luciano Pavarottiego: