Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 października 2014

O trudnej sztuce oceniania


Idę sobie dziś rano ulicą, a z naprzeciwka nadjeżdżają dwie dziewczyny w wieku licealnym na rowerach. Do moich uszu dobiega  ich rozmowa, a właściwie kwestia jednej z nich. Dzieliła się z koleżanką obserwacją na temat oceniania na lekcjach wychowania fizycznego. 

- Musisz zaliczyć np. bieg na 100 m, albo na kilometr, i za to dostajesz stopnie, a nikt nie patrzy na to, jak pracujesz na wuefie…. 

Dalszej części rozmowy już nie słyszałem, ponieważ obie rowerzystki były już kilkadziesiąt metrów za mną.
Przypadkowo przypomniały mi problem, nad którym się zastanawiam praktycznie przez całe swoje życie zawodowe. Co nauczyciel powinien oceniać? Czy osiągnięcie z góry założonego wyniku, czy też wkład pracy i indywidualny postęp ucznia? Intuicyjnie prawie każdy opowie się za tym drugim. Dobry nauczyciel powinien premiować pracowitość i dążenie do doskonalenia, nawet, jeżeli droga do doskonałości u danego ucznia jest o wiele dłuższa, niż u innych. Tak jest wychowawczo i szlachetnie, bo kształtuje właściwą postawę wobec wyzwań rzeczywistości opartą na wierze, że ciężka praca popłaca. 

Zetknięcie z „prawdziwym życiem”, tzn. nie z tym szkolnym, potrafi być jednak bolesne. Szefowie, jeżeli są ludzcy, doceniają starania pracownika, ale jeżeli tenże pracownik nie osiągnie wymaganego wyniku, taki ludzki szef będzie musiał go w najgorszym wypadku zwolnić, a w najlepszym przesunąć na mniej odpowiedzialne i mniej płatne stanowisko. Generalnie bowiem wychodzimy z założenia, że firma nie jest od wychowywania ani od pomocy słabszym, ale od osiągania wyników finansowych. 

Od czasów starożytnych (z przerwą na nieco przedłużone średniowiecze) lubimy uważać sport za wspaniałe narzędzie wychowawcze kształtujące u młodych ludzi właściwe postawy wobec życia. Niestety w sporcie (bo mowa o sporcie, a nie w ogóle o aktywności fizyczno-rekreacyjnej) z założenia jest tak, że ktoś musi przegrać, żeby ktoś inny mógł wygrać. Porażki są same w sobie bardzo bolesne, ale jeszcze bardziej bolą, jeżeli włożyliśmy mnóstwo ciężkiego wysiłku w trening przed zawodami, a przeciwnik, który wygrał, jak się okazuje, tyle pracy nie włożył, bo ma po prostu od urodzenia lepsze warunki fizyczne.  Nikt medali nie daje za wysiłek, ale za zwycięstwo. 

Podobnie jest zresztą z wszelkimi innymi konkursami. Lata pracy człowieka przeciętnie uzdolnionego matematycznie mogą nie zrównoważyć umiejętności kogoś, kto ma np. lepszą zdolność koncentracji i to, na osiągnięcie czego złożyło się przewalenie setek zadań, jemu wystarczyła tylko obserwacja nauczyciela, kiedy dane zagadnienie tłumaczył. 

Nauczyciel powinien doceniać wkład pracy. Tak nam podpowiada poczucie przyzwoitości i chyba tak jest istotnie słusznie, ale z drugiej strony nie ma prawa stawiać niższych ocen uczniowi, któremu wyniki przychodzą bez trudu. Młody człowiek nie zrozumie bowiem, że nauczyciel chciał mu dać bodziec do wykształcenia w sobie nawyku pracy. Wręcz przeciwnie. Pomyśli, że to coś z tym nauczycielem jest nie tak (np., że go osobiście nie lubi, bo zazdrości mu geniuszu). 

Chyba każdy z nas miał okazję obserwować kogoś, czy to wśród własnej rodziny, czy wśród znajomych, kto w młodości robił wrażenie geniusza, a kto w dorosłym życiu niczego nie osiągnął, bo po prostu nigdy nie wyrobił w sobie nawyku systematycznego doskonalenia się. W czasach, kiedy jest młody, nauczyciele mówią o nim „zdolny, ale leń”, a on wcale nie bierze tego za przyganę, ale wręcz za komplement.  Dla niego jest to przesłanie, które brzmi  „Co z tego, że jestem leń, skoro jestem zdolny?” Co więcej, taki młody człowiek z pogardą podchodzi do koleżanek i kolegów, którzy muszą na swój wynik zapracować.  Niestety nauczyciel, żeby nie wiem jak bardzo chciał takiego człowieka ukarać za pychę, która już wkrótce w dorosłym życiu może mu się odbić czkawką, nie powinien tego robić, ponieważ taka kara nie osiągnie żadnego efektu, albo będzie to efekt wręcz negatywny. 

Co w takim razie robić? Byłaby oczywiście metoda. Zdolniejszemu należałoby mianowicie zaproponować dodatkowe, trudniejsze zadania i za nie go oceniać.  Tutaj jednak pojawia się niebezpieczeństwo, że ten obciążony dodatkowymi zadaniami uczeń może poczytać takie postępowanie nauczyciela, jako szczególną dyskryminację i chęć pognębienia.  Dodajmy od razu, że w systemie, gdzie wszyscy mają być traktowani „sprawiedliwie” (ale nie jest to żadna sprawiedliwość, bo tak naprawdę chodzi, żeby było równo), stosowanie indywidualizacji w podejściu do ucznia sprawia dużo problemów.
Nie oszukujmy się, nie znalazłem dobrego rozwiązania tego dylematu i nie bardzo wierzę, że w najbliższym czasie ktoś się z tym problemem upora.  W końcu nikt nie mówił, że będzie łatwo!

poniedziałek, 28 października 2013

O sadystycznych ojcach, czyli o tym, że taki sam bodziec nie zawsze wywołuje taką samą reakcję



Przeczytałem wczoraj dwa teksty mówiące m.in. o sadystycznych ojcach. Jeden to był wywiad z Władysławem Kozakiewiczem, złotym medalistą z Igrzysk Olimpijskich w Moskwie, który z pokazania „wała” sowieckiej publiczności, zaś drugi traktował o Richardzie Kuklinskim (nie mylić z Ryszardem Kuklińskim), zawodowym mordercy i socjopacie.

Co łączy fenomenalnego tyczkarza z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego stulecia z profesjonalnym zabójcą? Właśnie to, że obaj mieli sadystycznych ojców i obaj z tego powodu w dzieciństwie przeszli piekło. Kontrast między dwoma bohaterami artykułu jest jednak tak wielki, że po raz kolejny możemy się przekonać, że podobne warunki w okresie dojrzewania wcale nie muszą prowadzić do takich samych rezultatów wychowawczych.

Ojciec Kozakiewicza był, jak mówi sam zainteresowany, „czerstwym chamem”, do którego nie docierały żadne argumenty i którego nie można było niczym wzruszyć, natomiast kiedy zaczynał bić, to tak, że krew tryskała po ścianach – synów i żony. Ojciec Kiklinskiego również katował swoją rodzinę. O ile jednak Władysław Kozakiewicz dostrzega jeden punkt pozytywny obcowania ze starym sadystą (broń Boże go nie usprawiedliwia, ani w żadnym momencie nie pochwala bicia), to amerykański  płatny zabójca w „metodach wychowawczych” swoich rodziców nie widzi niczego, co by pozytywnie wpłynęło na rozwój jego osobowości, czy osobowości jego brata, który również był sadystycznym psychopatą.

Otóż Władysław Kozakiewicz twierdzi, że dzięki ojcu – „czerstwemu chamowi” sam również jest po części „czerstwym chamem”, a więc człowiekiem nie do złamania. Z pewnością zbawienny wpływ na obranie dalszej drogi życiowej i postawy wobec życia słynnego tyczkarza miał sport. Cechy „twardziela” w tej dziedzinie bardzo mu się przydały, ponieważ wkrótce dostrzegł, że tam, gdzie inni się załamują niepowodzeniami i poddają się, on potrafił zacisnąć zęby i po prostu ciężej trenować, ale nie przychodziło mu do głowy poczucie własnej niższej wartości.

Richard Kukliński, kiedy sam założył rodzinę, starał się być jak najlepszym mężem i ojcem, choć jak sam przyznaje, nie zawsze mu się to udawało. Natomiast wobec ludzi, których mordował, był bezlitosny. Czasami lubił się nad nimi pastwić, dając im przed śmiercią jakiś cień nadziei, np. pozwalając ofierze na modlitwę. Jak z perwersyjną satysfakcją twierdził, Bóg nigdy nie przychodził z pomocą.

Człowiek nie rodzi się jako „tabula rasa”. Doskonale wiemy, że dzieci tych samych rodziców i wychowywane w identyczny sposób potrafią w sobie rozwinąć zupełnie odmienne cechy charakteru, zainteresowania i maniery. Wychowanie z całą pewnością ma wpływ na późniejszy stosunek do świata, ale obawiam się, że nawet najgenialniejszy pedagog nie jest w stanie opracować uniwersalnej metody wychowawczej, która by oddziaływała tak samo na każdego. Niewątpliwie po wychowaniu w rodzinie patologicznej trudno się spodziewać, że ktoś wyrośnie na wynalazcę lub lekarza, ale równocześnie bardzo łatwo o fatalny w skutkach błąd oceniając dziecko po tym, z jakiego wywodzi się środowiska. Sam znałem jeszcze chodząc do szkoły podstawowej rodzinę, w której kilku z licznych braci już w dzieciństwie popadło w konflikt z prawem, podczas gdy inni wyrośli na porządnych ludzi. Jako nauczyciel również obserwuję dzieci z tzw. rodzin patologicznych, które są wrażliwe, miłe i uprzejme.

Bodźce wychowawcze bowiem, jak każde zresztą bodźce, przychodzą z zewnątrz. To, jak na nie reagujemy świadczy o tym, jak nas potem postrzegają. Jest dla mnie wielką zagadką dlaczego ludzie poddawani tym samym czynnikom stymulującym, potrafią wyciągnąć z nich tak odmienne wnioski i dokonać tak odmiennych wyborów własnych reakcji. Być może wpływ mają tutaj również czynniki pozornie przypadkowe, ale pozwalające na znalezienie azylu w innym niepatologicznym środowisku? Być może Władysław Kozakiewicz nie wyrósłby na porządnego człowieka, gdyby pewnego dnia brat nie wyciągnął go na trening? Tego oczywiście nigdy się nie dowiemy. Równie dobrze jednak osobowość młodego Kozakiewicza od dziecka kształtowała się w opozycji do złego postępowania ojca. Odczuwając zło na własnej skórze, być może od małego wyrobił sobie krytyczne podejście do takich zachowań, zaś „czerstwe chamstwo” ojca utrwalało i utwardzało w nim potrzebę skierowania się ku zachowaniom pozytywnym?

Richard Kuklinski, można powiedzieć, wyrobił sobie pewien idealny obraz rodziny zupełnie odmienny od tego, który wyniósł z domu, ale równocześnie nauczył się, jak bardzo skuteczna potrafi być przemoc. W stosowaniu jej wobec ludzi, których uważał za wrogów (w czasach, kiedy był nastolatkiem), a później wobec celów wskazanych mu przez mafijnych zleceniodawców, nie miał żadnych skrupułów. Być może więc psychopatyczne zachowanie miało jakąś głębszą (genetyczną?) przyczynę, skoro samym wystawieniem na bolesne bodźce nie wszystko da się wytłumaczyć?

Istnieją zjawiska, których nauka z pewnością tak szybko i prosto nie wytłumaczy. Owszem, możemy prześledzić kilka, a nawet kilka tysięcy przypadków, i spróbować wyciągnąć z nich jakieś wnioski ogólne. Niemniej nie zapominajmy, że w nauce (odwrotnie niż w polskim powiedzonku) wyjątek zaprzecza regule. A gdzie brakuje reguły (ogólnego prawa), tam trudno mówić o naukowości.

Wywiad z Władysławem Kozakiewiczem:  http://eurosport.onet.pl/lekkoatletyka/wladyslaw-kozakiewicz-jak-ojciec-mnie-bil-krew-byla-na-scianach/dnrrm
Artykuł o Richardzie Kuklinskim:  http://film.onet.pl/artykuly-i-wywiady/polak-na-uslugach-mafii/qf3ek

sobota, 14 września 2013

O pewnym eksperymencie wychowawczym, czyli głupota w działaniu



W obliczu niżu demograficznego, który potwornie daje się we znaki szkolnictwu wyższemu, a mnie, jako wolnemu strzelcowi, nie stwarza specjalnego poczucia bezpieczeństwa bytowego, zatrudniłem się na zastępstwo (na niepełny etat) w szkole podstawowej. To bardzo ciekawe doświadczenie dla kogoś, kto 14 lat pozostawał poza państwowym systemem powszechnej oświaty, a ostatni raz pracował w szkole podstawowej 20 lat temu.

Pierwsza rzecz, którą da się zaobserwować na przerwach, to zachowanie dzieci. Za moich czasów szkolnych kazano nam spacerować w parach dookoła szkolnego korytarza, co w późniejszych latach zarzucono, gdyż był to wymóg kompletnie nierealny do wyegzekwowania. W każdym momencie, kiedy dyżurujący nauczyciel odwracał się w drugą stronę, pary się rozsypywały, a chłopcy zaczynali walczyć, lub grać w kapsle od mleka (były takie!), a potem w monety (najczęściej w „dmuchankę”). Kiedy zaczynałem pracę jako nauczyciel dzieci i młodzież szkolna przechodziła różne mody na zabawy w czasie przerwy. Jedno było niezmienne – chłopcy albo się bili, choć prawdziwe bójki odbywały się stosunkowo rzadko, albo walkę symulowali. Praktycznie robili to wszyscy. Za moich czasów imponował nam każdy, kto trenował judo, więc Zbyszek, mój kolega z klasy, cieszył się niemałym szacunkiem. Na dodatek nie był jednym z tych, którzy tylko na jakąś sztukę walki „chodzili”, ale autentycznie był w judo dobry. Symulowaliśmy więc rzuty, które nam pokazywał, albo walki z filmów. Pod koniec podstawówki w modę weszło karate, więc wszyscy na żarty się kopaliśmy i okładali pięściami i kantem dłoni (uderzenie „shuto”, czyli kantem dłoni właśnie w latach 70. uchodziło za esencję karate, choć niewiele to miało wspólnego z prawdą).

Kiedy sam zaczynałem pracę, o ile dobrze pamiętam, nikt już nawet nie miał ambicji, żeby uczniów ustawiać na przerwie w pary i kazać im maszerować. Nauczyciel dyżurujący miał po prostu pilnować, żeby dzieci sobie nie zrobiły krzywdy i to wszystko. Zabawy większości chłopców polegały na wzajemnych zmaganiach, które były albo symulacją karate, albo zapasów, albo przynajmniej polegały na bezurazowych przepychankach. W każdym razie znowu miało to związek z walką.

Po dwudziestu latach korytarz szkoły podstawowej wydał mi się niezmieniony. Dziewczynki siedzące na podłodze pod ścianą i grzecznie jedzące drugie śniadanie, lub spokojnie stojące przy ścianie i rozmawiające o interesujących je sprawach i chłopcy, którzy albo się kopią i udają, że uderzają pięściami, albo mocują się w swego rodzaju zapasach. Niektórzy nie przestają nawet na widok patrzącego na nich nauczyciela, który musi dopiero wydać wyraźne polecenie zaprzestania takiej zabawy, by chłopcy od siebie odstąpili. Tymczasem za plecami nauczyciela toczą się trzy inne walki, zaś jego odwrócenie się w ich stronę powoduje, że rozdzieleni przez niego chłopcy jak gdyby nigdy nic wracają do swojego „treningu”.

Ogólne wrażenie jest więc takie, że młode pewnego gatunku naczelnych, zwanego po łacinie homo sapiens, podobnie jak młode innych gatunków (kapitalna jest np. obserwacja małych kotów!), od małego uczą się walki. Od czasu do czasu trafia się dziewczynka z temperamentem, która również bierze udział w takiej zabawie, a czasami są i takie, które w niej wyraźnie celują. Zdarza się to jednak rzadko.

Piszę o tym w kontekście pewnego „genderowego” eksperymentu, jakie wojujące feministki postanowiły przeprowadzić w kilku polskich przedszkolach. Ich założeniem jest wykształcenie wśród dziewczynek takich postaw, które pozwolą im w dorosłym życiu śmiało ubiegać się o kierownicze stanowiska lub przynajmniej takie, które dziś uważane są za zarezerwowane dla mężczyzn. Schemat działania jest więc takie, że w przedszkolu w ramach specjalnych zajęć chłopców przebierze się w sukienki lub spódniczki i nauczy się piec ciasteczka, tudzież zabawy w ubieranie lalek, podczas gdy dziewczynki zostaną ubrane w spodnie lub kombinezony i skłonione do zabawy samochodami. Tego typu działaniom przyświeca założenie, że nie ma czegoś takiego, jak zajęcia typowo męskie i typowo kobiece (w dużym stopniu słuszne, ale o tym za chwilę), oraz że dziewczynki, nabrawszy zapału do mechaniki i motoryzacji, tudzież do wbijania gwoździ i rozkręcania pralki przy pomocy śrubokręta, nabiorą cech dziś stereotypowo przypisywanych mężczyznom, które pozwolą im w przyszłości skutecznie sięgać po kierownicze stanowiska w firmach i urzędach.

W sprawach obyczajowych uważam się za człowieka tolerancyjnego i w jakimś stopniu nawet postępowego. Sam realizuję się raczej w dość tradycyjnym związku małżeńskim, ale jeśli chodzi o czynności „typowo męskie” czy „kobiece” nie mam żadnych przesądów. Niejednokrotnie znajomi kpili ze mnie, że to moja żona szybciej chwyci za śrubokręt, żeby coś naprawić. Osobiście z prac domowych natomiast najbardziej lubię gotowanie. Przy tym nie czuję się ani trochę mniej męsko, ani nie uważam, że moja żona ze śrubokrętem jest mniej kobieca. To nie ma nic do rzeczy. Nigdy nie ustalaliśmy żadnych podziałów obowiązków. Po prostu jeżeli trzeba w domu coś zrobić, wykonuje to pierwsza osoba, której przyjdzie do głowy się tym zająć. A że mnie najczęściej przychodzą do głowy pomysły na jakieś potrawy, to już inna sprawa.

Jak doskonale wszyscy wiemy, najsłynniejsi kucharze na świecie to mężczyźni. Słynni są też krawcy i cukiernicy. Z obserwacji kobiet, które znam lub znałem, wiem, że choć niektóre z nich potrafią świetnie gotować, w kuchni bywają mało twórcze. Nie mam na myśli jakiegoś lenistwa czy braku chęci przygotowania czegoś nowego, ale po prostu brak zaufania do własnej inwencji. Znajome i koleżanki potrafią zbierać setki przepisów i je nawet realizować, ale nigdy nie wychodzą poza polecenia w nich podane. Moje potrawy najczęściej smakują zarówno mojej rodzinie i gościom, choć rzadko kiedy jestem w stanie podać koleżankom przepis, ponieważ nie znam proporcji. Potrafię powtórzyć swoją własną potrawę (nie jest więc tak, że wszystkie są tylko i wyłącznie wynikiem jednorazowej improwizacji), ale proporcje dobieram na wyczucie i w 90% są one dobre. Przepraszam za ten samochwalczy wtręt, bo przecież nie o tym chcę pisać.

Rzecz w tym, że gotować potrafią czasami najwięksi macho. Kto oglądał Ojca chrzestnego, ten pewnie pamięta jak mafiosi sobie gotowali w warunkach „wojny” z inną rodziną mafijną, albo Chłopców z ferajny, gdzie mafiosi w więzieniu z nudów zajmowali się gotowaniem wymyślnych potraw.

W czasach wczesnej polskiej komuny masowo chciano wsadzić kobiety na traktory oraz tworzyć kobiece trójki murarskie. Po kilku latach się z tego wycofano, ponieważ okazało się, że praca pewnego typu prowadzi do uszczerbku na zdrowiu. Kobiece ciało, jakby do niego nie podchodzić jest zazwyczaj od męskiego delikatniejsze (choć oczywiście są silne kobiety i mężczyźni-chucherka) i pewne warunki znoszą gorzej. Jeżeli jednak ktoś naukowo udowodni, że to nieprawda, to prawdopodobnie te polskie traktorzystki i murarki zostały „skorumpowane”, a mianowicie za ofertę pracy lżejszej, wygodniejszej i bez wystawiania się na warunki atmosferyczne, zrezygnowały z ambitnych planów dorównania mężczyznom w tych dziedzinach. Trzeba przy tym dodać, że niejeden murarz czy traktorzysta pracujący po kilka godzin dziennie w ciężkich warunkach też by chętnie się zamienił na jakąś inną pracę, ale im raczej tego nie proponowano.

Motoryzacja i majsterkowanie, wg zamysłu inicjatorek przedszkolnego projektu, wydaje się kluczem do wyrobienia w dziewczynkach woli ubiegania się o kierownicze stanowiska w zdominowanym przez mężczyzn świecie. Gdyby rzeczywiście kierowanie samochodem lub praca młotkiem było wyznacznikiem roli w społeczeństwie, nikt by nie chciał zostać dyrektorem firmy czy prezesem banku, bo każdy by się ubiegał o stanowisko kierowcy, mechanika lub budowlańca. Tak się jednak nie dzieje, więc zamysł wojujących feministek wydaje się cokolwiek chybiony. Takie nastawienie to wręcz zachęta do wprowadzenia stosunków między płciami znanych do dziś w wioskach środkowej Afryki, gdzie kobiety wykonują najcięższe prace polowe (w Europie od dawna uważane za „typowo” męskie), a mężczyźni niczym trutnie całe dnie przesiadują przed swoimi chatami lub w jakimś miejscu publicznym oddając się słodkiemu nieróbstwu. Myślę, że niejeden „macho” nie miałby nic przeciwko temu, żeby zatrudnić atrakcyjną kobietę w charakterze kierowcy.

No dobrze, zapominam, że przecież równolegle w tych wyżej wspomnianych przedszkolach uczy się chłopców ról uznanych za „kobiece”. Chłopcy nie mają więc być trutniami, tylko w czasie, kiedy kobieta pracuje w warsztacie, przygotowywać dla niej obiad i ciasteczka na deser.

W czasach, kiedy sam chodziłem do szkoły podstawowej zajęcia praktyczno-techniczne były osobne dla chłopców i dziewcząt. Od razu przyznam się szczerze, że podobało mi się robienie gwintów, choć jakoś nie chciały mi wyjść zbyt równo (aha, mała uwaga – w latach 70. pracownie techniczne w szkołach podstawowych były świetnie wyposażone), czy wypalanie wzrorów gwoździem na drewnianej szkatułce; nauczyłem się przymocować wtyczkę do kabla (i to była umiejętność, którą autentycznie wykorzystałem w praktyce kilkanaście lat później, będąc już żonatym człowiekiem i autentycznie dlatego umiałem to zrobić, bo pamiętałem ze szkoły!), ale już zupełnie nie wyszło mi sklejenie latającego modelu samolotu, do czego w ogóle nie miałem serca. Tymczasem dziewczyny robiły ze swoją panią kanapki, sałatki, szyły, cerowały (była kiedyś taka sztuka) i haftowały. Osobiście uważam, że już wtedy o wiele lepiej bym się sprawdził jako kucharz (choć na pewno nie jako krawiec czy hafciarz), niż modelarz, ale cóż, takie to były czasy.

Kiedy jednak sięgam pamięcią nieco wcześniej, do klas I-IV, przypominam sobie, że wówczas nas jeszcze na zajęcia praktyczno-techniczne jeszcze nie podzielono i wszyscy przyszywaliśmy guziki (jedna z najstarszych umiejętności, jakie w życiu nabyłem), cerowaliśmy dziury w skarpetkach (czasami trzeba było taką specjalnie na potrzeby zpt-ów zrobić) i coś wyszywaliśmy na lnianych chusteczkach. Była to przy tym świetna zabawa i choć my, chłopcy, już wtedy byliśmy fanatykami swojej męskości, nie uważaliśmy tych robót jako coś, co by nam uwłaczało.

W latach późniejszych, kiedy sam byłem już nauczycielem, szkoły nie miały już pieniędzy na pracownie techniczne i chłopcy wraz z dziewczętami przygotowywali sałatki i pasty kanapkowe, z którymi później chodzili po całej szkole i obczęstowywali zarówno nauczycieli, jak i kolegów z innych klas – bardzo słusznie zresztą, bo szkoda byłoby marnować tyle jedzenia.

Zainteresowanie dzieci różnymi zajęciami jest niezwykle istotne. Budowanie w dziewczynkach pewności siebie pozwalającej zdobywać wysokie stanowiska w hierarchii społecznej jest również ważne, bo wcale nie uważam, że każda kobieta ma być gospodynią domową i matką. Z drugiej strony za kompletny idiotyzm uważam jakąś presję na to, by kobieta, która się realizuje w roli żony, matki i menadżerki gospodarstwa domowego (co przecież można porównać do swego rodzaju firmy), koniecznie robiła karierę poza domem. Która chce, niech robi, a która nie chce niech nie robi i to wszystko.

Jeżeli jednak wojujące feministki chcą, żeby dziewczynki wyrastały na przebojowe kobiety, doradzam, żeby skupiły się na czymś zupełnie innym. To nie majsterkowanie czy motoryzacja sprawiają, że mężczyźni wygrywają w wyścigu szczurów. Tym czynnikiem jest instynkt walki (oczywiście istnieją miliony mężczyzn, którzy go wcale nie posiadają, ale w ramach brutalnej „socjalizacji” w wieku szkolnym, w jakimś stopniu się go uczą). Jeżeli więc chcą, by dziewczynki wygrywały, niech sprawią, żeby, kiedy nauczycielki nie patrzą, zaczęły się bić. To nie umiejętność posługiwania się narzędziami ślusarskimi, ale umiejętność „pokazania kto tu rządzi” czyni z jednostki samca alfa.

Jeżeli chcemy natomiast wychować chłopców tak, by wyrośli na mężczyzn szanujących wszelką pracę, w tym tę dziś uważaną stereotypowo za kobiecą, wystarczy, że ich zachęcimy do spróbowania się w takiej dziedzinie. Jestem przekonany, że bardzo szybko wyłonią się chłopcy, którzy będą chcieli pokazać, że są najlepsi i osiągną dobre wyniki zarówno w gotowaniu jak i w hafcie krzyżykowym.

Po jaką cholerę jednak ubierać małych chłopców w sukienki? Dlaczego jakieś obce kobiety dokonują gwałtu na poczuciu tożsamości wyniesionym z domu?  Czy celem tego całego eksperymentu jest aby to, co deklarują jego inicjatorki? Czy ktoś pod pretekstem ideologii „gender” nie realizuje ideologii „queer”?

poniedziałek, 13 maja 2013

Kiedy tłum czuje swoją siłę (6)



W rozmowie z niektórymi znajomymi, kiedy wspominam o konieczności większych wysiłków edukacyjnych, ale mądrych, bo propaganda, co do której nie ma wątpliwości, że jest tylko propagandą, się nie sprawdza i zarówno młodzi, jak i starzy od razu wyczuwają „ściemę”, owi znajomi mówią mi „Że niby co? Że niby mam takiego łobuza przytulić?” Odpowiedź nie jest jednak na tyle skomplikowana, żeby jej nie udzielić „TAKIEGO łobuza” oczywiście nie, ale jego bezmyślnych naśladowców może jednak tak!

Rzecz w tym, że kiedy idzie tłum kierowany takimi, czy innymi pobudkami, ale przede wszystkim jest pełen agresji, ponieważ wierzy w słuszność swojego gniewu, trzeba sobie zdać sprawę z tego, że chyba jednak nie wszyscy w takim tłumie to krwiożercze łobuzy. Poza tłumem wielu z nich może się okazać całkiem reformowalna. Ba, to w ogóle mogą być skądinąd ludzie cieszący się sympatią swojego najbliższego otoczenia.

Jest oczywiście druga strona medalu, a raczej spojrzenie odwrotne na ten sam problem. Otóż ci, powiedzmy, że skądinąd sympatyczni ludzie w tłumie zaczynają myśleć zupełnie inaczej i chętnie podporządkują się jednostką najbardziej inicjatywnym, które mają najmniej skrupułów.

W wyczuciu intencji tłumu również należy kierować się ostrożnością. Marsze niepodległości z okazji 11 listopada, które są przez lewicowe media wkładane do jednego worka z przemarszami najbardziej agresywnych narodowców, niekoniecznie takie są, ponieważ często biorą w nich udział ludzie zupełnie spokojni, często rodziny z dziećmi. Przedstawianie ich przez lewicowe media jako faszystów budzi z kolei ich frustrację i w rezultacie gniew skierowany przede wszystkim wobec tychże lewicowych mediów. Ale znowu, argument, że takiej czy innej imprezie biorą udział ojcowie rodzin, nie do końca tłumaczy całą sytuację jako nieporozumienie. Jeżeli na forach internetowych możemy przeczytać teksty jawnie i agresywnie antysemickie, a potem te same osoby przedstawiają się jako porządni ojcowie (czasami matki też) rodzin, to pojawia się pytanie, jaka jest różnica między nimi, a najbardziej agresywnymi kibolami, którzy otwarcie wykrzykują hasła faszystowskie?

Co z tego, że ten i ów święcie się oburzy, że się go porównuje do nazisty, podczas gdy on jest po prostu „patriotą”, skoro od nazistów różni się praktycznie tylko tym, że nie czci Adolfa Hitlera? Trzeba sobie bowiem uświadomić ten prosty fakt, że NSDAP wygrała wybory zupełnie legalnie, co znaczy, że większość społeczeństwa niemieckiego oddała na tę partię swoje głosy. Należy pamiętać, że do partii nazistowskiej oraz do bojówek SA wstępowali również ojcowie rodzi, którzy się uważali po prostu za niemieckich patriotów, którzy muszą bronić ojczyzny przed Żydami, komunistami i międzynarodowym kapitałem. Nie sensu deklaracja „nie jestem faszystą/nazistą”, jeżeli  z nią idzie wyjaśnienie typu „a tylko polskim patriotą, który musi bronić Polski przed Żydami, komunistami i międzynarodowym kapitałem”.

Mądra polityka, zarówno ze strony najwyższych władz, tak ze strony władz lokalnych, policji, szkół i szeregu innych organizacji, musi polegać na pożytecznym zagospodarowaniu energii młodych ludzi, których pozytywne uczucia wobec własnego kraju są jak najbardziej godne pochwały. Jeżeli będą odrzucani przez tych, którzy z góry nałożą na nich stygmat faszyzmu, niewykluczone, że wpadną w otwarte ramiona tych, którym taki stygmat wcale nie przeszkadza, a jak się okazuje, takich jest coraz więcej.

Jeżeli setki młodych ludzi potrafi pracować po kilkanaście godzin, żeby przygotować „oprawę” meczu w postaci olbrzymiej tkaniny pokrytej namalowaną kompozycją o agresywnej treści politycznej, ale którym nie można odmówić walorów profesjonalizmu, to znaczy, że ktoś gdzieś zaniedbał ważne zadanie. Ci ludzie mogliby robić wspaniałe rzeczy, bo jak się okazuje, nie są leniami, a ludźmi twórczymi gotowymi do poświęcenia swojego czasu i wysiłku dla sprawy, która jest dla nich ważna. Po raz kolejny okazuje się, że „grzech zaniedbania” w polityce społecznej jest niewybaczalną zbrodnią.

Józef Piłsudski miał cały szereg wrogów. Śmiem twierdzić, że dla przedwojennych endeków, w tym młodych narodowych radykałów, uosabiał wcielone zło stojące na przeszkodzie przeprowadzenie polityki prawdziwie „narodowej”. Józef Piłsudski nie należał do tych, którzy agresywnych wrogów chcieliby przytulać. Dlatego też w niesławnym obozie w Berezie Kartuskiej osadzał wszelkich radykałów i wywrotowców – zarówno komunistów (bo to byli po prostu ludzie Stalina, mimo, że być może niektórzy nieświadomie), jak i endeków i oenerowców! Nie powiem, żebym był wielkim zwolennikiem takich miejsc odosobnienia, jak Bereza, ale ta polityka Piłsudskiego pokazuje przynajmniej jakąś strategię wobec grup o skrajnych i niebezpiecznych poglądach politycznych. Jak wiemy, Marszałek miał jeden bardzo silny argument – armię.

Kiedy zaniedbało się sprawę propagandy i edukacji, lub jeśli prowadziło się ją tak nieudolnie, że doszło do radykalizacji całych tłumów (obojętnie czy to w kierunku faszyzmu czy komunizmu), niektórzy przywódcy, zwłaszcza ci o silnej osobowości, stosują środki siłowe, włącznie z wykorzystaniem wojska. Gdyby w Polsce jakikolwiek polityk umiał sięgnąć myślą poza horyzont kilku miesięcy, pewnie by zrozumiał, że albo trzeba zrobić wszystko, żeby nie doszło do radykalizacji nastrojów (i „przytulić” kilku potencjalnych łobuzów, żeby się nimi faktycznie nie stali), albo i mieć po swojej stronie taką siłę, która w razie ostateczności byłaby w stanie opanować sytuację. Jak wiemy, nie ma żadnej mądrej polityki wychowawczej (więc zamiast jakąś zaproponować, pewien profesor proponuje w ogóle „rozwalić” cały system oświatowy). Same „orliki” to jeszcze za mało. Potrzebni są m.in. zaangażowani ludzie, którzy na te boiska przyciągną młodzież i pozytywnie zagospodarują ich energię. Władze nie mogą też liczyć na czynnik, po który zawsze mógł sięgnąć Piłsudski, czyli armię, bo nasza armia jest obecnie w Afganistanie, a na dodatek wcale za obecnymi władzami nie przepada – też przez pewne „inteligentne” posunięcia rządzących.

wtorek, 4 września 2012

Człowiek jako czynnik ostateczny



Jednym z największych błędów, jakie popełniamy w myśleniu o polityce jest wiara, że taki lub inny system będzie tak świetnie działał, że właściwie nie ma znaczenia, jacy ludzie go tworzą. Doskonały system, jak nam się wydaje, dlatego jest doskonały, że działa niczym samograj i żadna jednostka nie jest w stanie go zepsuć.

Sytuacje z życia codziennego pokazują, że systemy polityczne wcale nie muszą się przekładać na nasze osobiste poczucie szczęścia, harmonii czy bezpieczeństwa. Tymczasem, jak wspominali niektórzy wyzwoleni amerykańscy czarni niewolnicy, na okropnym Południu można było spotkać czasami dobrych, czasami złych ludzi, podczas gdy na liberalnej i demokratycznej Północy wyłącznie łajdaków. Oczywiście taka relacja była dość subiektywna, ale dobrze ilustruje fakt, że człowiek jest naprawdę najważniejszym i ostatecznym czynnikiem decydującym o tym, czy będziemy się czuć dobrze, czy źle.

W czasach komuny tworzyliśmy przecież całe enklawy „wolne od komunizmu” i to wcale nie dlatego, że wszyscy byliśmy jakimiś wielkimi bohaterskimi opozycjonistami, tylko po prostu było nam to potrzebne do normalnego życia. Wystarczył czyjś pokoik w bloku, płyta lub kaseta z zachodnią muzyką rockową, papieros kupiony w prywatnym sklepiku lub Peweksie i Moskwy wraz z jej namiestnikami i szpiclami po prostu nie było! O Breżniewie, Andropowie czy Czernience to można było od czasu do czasu kawał opowiedzieć. To, że czasami oni byli bliżej nas niż nam się wydawało, to już zupełnie inny problem. Mieliśmy w każdym razie poczucie, że żyjemy w świecie, który jest nasz własny i nikt nie może do niego wleźć i nam go popsuć.

Przy załatwianiu spraw w urzędzie, na uczelni czy choćby w sklepie wszystko zależało od konkretnych ludzi. Owszem, z całą pewnością systemy mogą albo demoralizować albo wymuszać pewne działania pozytywne. Nie fetyszyzujmy ich jednak. Za komuny faktycznie za ladą, za kierownicą autobusu czy w urzędzie panowało dość często chamstwo. Tym milej wspominam ekspedientki czy panią z biblioteki w Warszawie, które były uśmiechnięte, uprzejme i miłe (niestety norma była zupełnie inna, a obsługa Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego w latach 80. traktowała każdego studenta jak zło konieczne). Z kolei piętnaście lat minęło od upadku komuny, a właściciel sklepu w okolicy, gdzie mieszkam, ciągle zatrudniał dziewczyny, które były opryskliwe a czasami wręcz wulgarne wobec klientów (nie chcę zapeszyć, ale od kilku lat ma więcej szczęścia do zatrudnianych sprzedawczyń). Ustrój się zmienił, pewne zachowania nie.

Bawią mnie nieustanne krytyki demokracji ze strony korwinowców. Wierzą bowiem, że monarchia automatycznie zapewniłaby powszechne szczęście. Jest to o tyle śmieszne, że przecież nie trzeba być nawet historykiem, żeby się orientować, że monarchie bywały bardzo różne, a stopień zadowolenia poddanych zależał od szeregu czynników, które wcale nie musiały mieć wiele wspólnego z systemem przewidującym dziedzicznego władcę. Niemniej np. w drugiej połowie XIX wieku całkiem spora liczba mieszkańców Europy mogła przeżyć szczęśliwe życie w ustroju monarchicznym, czy to w zbiurokratyzowanych Niemczech, czy to w samodzierżawnej Rosji. W tym samym czasie ludzie mogli również szczęśliwie żyć w demokratycznej Francji czy w demokratycznej monarchii brytyjskiej. Na tej samej zasadzie możemy rachować liczbę ludzi nieszczęśliwych. Czy więc ustrój polityczny naprawdę determinuje poczucie dobrostanu obywateli? W dużej mierze z pewnością tak, bo przecież systemy totalitarne starały się kontrolować wszystkie aspekty życia obywatela, a to raczej do szczęścia tego ostatniego się nie przyczynia, ale jeżeli odrzucimy skrajności, może się okazać że dla naszego osobistego szczęścia najwięcej ważą konkretni ludzie, których w życiu spotykamy.

Dlatego uważam, że demokracja może być wspaniałym ustrojem, jeżeli będą ją tworzyć wspaniali ludzie. Do tego potrzebny jest nie tylko jakiś wydumany w zaciszu gabinetu model powszechnego wychowania, ale przykłady z codziennego życia. Jeżeli od dziecka natykamy się na niesprawiedliwych nauczycieli, jeżeli ciągle przyłapujemy rodziców na robieniu czegoś innego niż mówią, to nie ma się co dziwić, że sami stajemy się ludźmi o dość chwiejnym poczuciu różnicy między dobrem a złem. Nie wdaję się tutaj w filozoficzną dyskusję natury ontologicznej (ponieważ osobiście uważam, że w sensie najbardziej ogólnym i obiektywnym kategorie te, jak i w ogóle wartościowanie, nie mają żadnego znaczenia), ale poruszam się tutaj na gruncie czysto społecznym. Żebyśmy nie wiem jakimi byli buntownikami, żyjemy w społeczeństwie i musimy robić jakieś założenia, żeby sobie zrobić jak najmniej krzywdy. W związku z tym roboczo przyjmuję te, jak się zdaje, powszechnie zrozumiałe terminy.

Polska młodzież, kiedy ściąga na klasówce czy egzaminie, nie ma nawet poczucia robienia czegoś niewłaściwego. Nauczyciele przepuszczający ucznia z klasy do klasy bez żadnego wysiłku z jego strony, całkowicie niszczą jego kręgosłup moralny. To samo zresztą dotyczy współczesnych wyższych uczelni. Wychodzi bowiem na to, że robimy na początek ambitne założenia – wymagamy takiego a takiego zakresu materiału – a na koniec się okazuje, że ten kto ciężko pracował próbując go opanować i dostał zasłużoną trójkę jest jakimś frajerem, bo oto nierób i cwaniaczek dostaje dokładnie taką samą ocenę. W niektórych przypadkach nauczyciel wiedziony wyrzutami sumienia temu pierwszemu podwyższa ocenę do czwórki, ale w ten sposób dewaluuje cały system oceniania.

Rodzic, który może sam do końca zepsuty nie jest (choć to rzadkie zjawisko), też przymyka oko na nieuczciwe postępowanie dziecka. „No nie radzi sobie z tą fizykę, niech więc ściągnie i ma to z głowy. W końcu ludzie gorsze przekręty robią w tym kraju.” Na dodatek „kochający” rodzic nie postawi przecież własnego dziecka w gorszej pozycji w stosunku do reszty dzieci, które przed cwaniactwem się nie wzdragają.

Jednym z zadań obecnej matury ustnej z języka polskiego jest ok. 15-20-minutowa prezentacja opracowanego przez siebie tematu na podstawie wybranych pozycji literackich. Oczywiście nasłuchałem się dziesiątek głosów krytycznych jakie to „głupie”, „bez sensu”, „nikomu niepotrzebne” itd. Na tego typu głosy należy się uodpornić, bo one zawsze będą. Cały zamysł, jak mi się przynajmniej wydaje, polega na tym, żeby młody inteligent (kiedyś matura uprawniała do określania się tym mianem) umiał z sensem skonstruować nieco dłuższą wypowiedź ustną. Oglądając telewizję nader często widzimy jakie kłopoty mają z tym nawet ludzie, dla których publiczne wypowiadanie się jest niejako częścią ich życia zawodowego. Uczeń musi więc wybrać sobie temat, przeczytać kilka pozycji dotyczących owego zagadnienia, rozplanować swoją wypowiedź, a następnie na egzaminie ją wygłosić. Niestety prawie od samego początku utrwalił się zwyczaj, że maturzyści po wyborze tematu piszą ogromne wypracowanie (niczym referat na konferencję naukową), a następnie uczą się go na pamięć. Dobrze jeszcze, jeśli ten tekst sami przygotują, bo jakiś proces myślowy przy jego opracowywaniu ma miejsce, ale gorzej jeżeli bierze prezentację cudzą i tejże się uczy niczym papuga na pamięć. Niewykluczone, że nawet niewiele z niej rozumie.

Handel prezentacjami maturalnymi stał się intratnym procederem, bo „leniwych” i „tych którzy zapomnieli przeczytać lektury” mamy w kraju chyba więcej niż tych, którzy po prostu postępują zgodnie z instrukcją nauczyciela. Te cytaty pochodzą z odpowiedzi jakiej na uwagi mojej koleżanki i moją udzieliła pewna absolwentka liceum oferująca gotowe prezentacje maturalne na forum naszej-klasy. Moja koleżanka spytała retorycznie, czy taka oferta jest aby uczciwa. Ja zarzuciłem dziewczynie cynizm i brak poczucia przyzwoitości, ponieważ z czymś z gruntu nieuczciwym wystąpiła oficjalnie i bez cienia skrępowania. Na to ona właśnie odpowiedziała, że nie czuje by robiła coś złego, ponieważ na jej towar jest zapotrzebowanie, zaś moje uwagi niewiele ją wzruszają. To ostatnie akurat specjalnie mnie nie zdziwiło, bo nie sądzę, żeby jakiekolwiek moralizatorskie teksty mogły wzruszyć swego czasu panów Grobelnego, Baksika i Gąsiorowskiego, czy też bardziej współcześnie pana Mariusza Plichtę. Nie wiem zresztą, czy ktoś próbował ich „umoralniać”. Gdyby jednak ktoś taki się znalazł, odpowiedzieliby pewnie podobnie – „niewiele nas to wzrusza, przecież są chętni na nasze usługi, sami się nam pchają w łapy, więc o co chodzi?”

Nie mam oczywiście złudzeń co do tego, że w każdej epoce i w każdym państwie ten, który potrafi oszukać innych, przez jakiś czas może osiągać swoje niecne cele, podczas gdy ktoś naiwnie wierzący w wartości społeczne, może wiecznie cierpieć i nie rozumieć nawet dlaczego. Jeżeli ktoś na dodatek wierzy w jakąś „sprawiedliwość dziejową”, czy „opatrznościową”, tego rozczarowania mogą doprowadzić na skraj rozpaczy. Dlatego trzeba po pierwsze się umówić, czy zależy nam na tym, żeby było przejrzyście i uczciwie. Jeżeli już takie założenie przyjmiemy, spróbujmy je wcielać w życie. Robota to syzyfowa i nie przynosząca natychmiastowych profitów, ale jest nadzieja, że po latach konsekwentnego stosowania wypracujemy coś, co się nazywa kapitałem społecznym. Oznaczałoby to, że zaczniemy żyć w społecznościach, w których będziemy mogli sobie nawzajem ufać i wspólnie coś budować, a nie tkwić w wiecznej frustracji, nieufności i strachu przed sąsiadem, kolegą z pracy, a nawet szwagrem. To, że dzisiaj tak niechętnie działamy razem, że brakuje obywatelskich inicjatyw, choćby w tak prostej sprawie jak urządzenie kwietnika przed blokiem, wynika właśnie z nieufności czy wręcz niechęci wobec bliźniego..

Jesteśmy nauczeni oglądać się na władzę i to tę w samej Warszawie, podczas gdy wiele moglibyśmy zrobić sami. Nie jest to jednak do końca nasza własna wina, choć wybielać się zbytnio nie powinniśmy, bo jakikolwiek gang (partia) dorwie się do władzy i poobsadza stanowiska, obywatel traktowany jest najwyżej jako odbiorca komunikatu od owej władzy, a nie jako partner, czy broń Boże inicjator jakichś działań na forum publicznym. Obywatel partiom po prostu przeszkadza, bo one przecież wiedzą najlepiej, co dla obywatela najlepsze.

Współpraca i wzajemne zaufanie to conditio sine qua non, które oczywiście znowu niczego samo z siebie nie załatwi, ale stanowi punkt wyjścia do wszelkich dalszych działań. Żeby te warunki zaistniały, musimy kształtować młodych ludzi w kierunku świata prostych zasad – przyczyna i skutek. Zachowanie właściwe powoduje pożądane efekty, niewłaściwe efekty opłakane. Jeżeli ktoś od dziecka jest wychowywany w świecie, gdzie ta prosta logika nie obowiązuje, w dorosłym życiu musi być przygotowany na życie bez żadnych reguł, w którym każdy jest wrogiem każdego. Wydaje mi się, że tego nie chcemy.

czwartek, 31 maja 2012

Reagować czy nie reagować, czyli pomyłka amerykańskiego prezydenta a rosyjscy kibice


Wczoraj pisałem o ciekawych powiązaniach studiowanych przedmiotów i poglądach politycznych. Oczywiście sam wykorzystałem pewien stereotyp, a więc historyk-polski tradycjonalista, anglista-zachodni liberał/lewak. Oczywiście takie postawienie sprawy byłoby strasznym uproszczeniem. Tymczasem dzieją się wokół nas takie rzeczy, czy też pojawiają takie problemy, które jednym się wydają błahe i niewarte uwagi, bo przy odrobinie dobrej woli i chęci porozumienia można by je wszystkie wyjaśnić, zaś dla drugich są sprawą życia i śmierci.

Jednym z takich problemów jest kwesta „Polish death camps”, którego to terminu użył ostatnio niefortunnie amerykański prezydent Barack Obama. Historycy i hurra patrioci szaty rozdzierają z okrzykiem „pamięć narodu naszego mordują i bezczeszczą!”, „o zbrodnie nie popełnione oskarżają!” itd. itp. Angliści, którzy posiadają jednak pewną świadomość językową, mogą wzruszyć ramionami i powiedzieć, że jest to określenie czysto geograficzne. Oświęcim czy Sobibór leżą na terenie Polski, więc są polskie. Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto się interesuje problemem holokaustu, nie wiedział, że były to obozy założone i prowadzone przez Niemców. Sławomir Sierakowski stwierdził nawet, że zwrotu „polski obóz” użyła sama Zofia Nałkowska w „Medalionach”, co skrzętnie sprawdziłem i faktycznie ten lewicowy publicysta się nie myli. W rozdziale „Dorośli i dzieci w Oświęcimiu” pisarka użyła słów:

Nie dziesiątki tysięcy i nie setki tysięcy, ale miliony istnień człowieczych uległy przeróbce na surowiec i towar w polskich obozach śmierci. Oprócz szeroko znanych miejscowości, jak Majdanek, Oświęcim, Brzezinki, Treblinka, raz po raz odkrywamy nowe, mniej głośne.

Z całą pewnością chodziło więc o obozy znajdujące się na terenie Polski, w odróżnieniu od „austriackiego obozu” w Mauthausen-Gusen, czy „niemieckiego” w Dachau. Grupa publicystów i polityków już ogłosiła, że pomyłka Obamy niczym wielkim nie jest, a strona polska reaguje histerycznie.

Generalnie już bym się nawet z takim podejściem zgodził, gdyby nie fakt, że nie wszyscy na świecie są historykami, nie wszyscy interesują się holokaustem i fraza „polski obóz koncentracyjny” czy „polski obóz zagłady” tworzy natychmiastowe skojarzenie – „Zagłada Żydów-Polacy”. Sławomir Sierakowski ma rację mówiąc, że istniał polski antysemityzm przed wojną, podczas wojny oraz, że istnieje dzisiaj. Prawdziwy jest przytoczony przezeń fragment sprawozdania Jana Karskiego, który wyraźnie wspomina o bezdusznej postawie wielu Polaków wobec zagłady swoich żydowskich współobywateli. O tym, podejrzewam, będziemy jeszcze w Polsce nieraz dyskutować. Rzecz jednak w tym, żeby nie tworzyć skojarzenia, że regularne „fabryki śmierci” jakimi były zorganizowane z niemiecką precyzją obozy zagłady, były tworami polskimi. Nie były i nikt nie powinien ich z Polakami kojarzyć.

Na ironię zakrawa fakt, że Amerykanie wcale nie są tacy „cool” jeśli chodzi o precyzję pewnych zwrotów językowych. Śmiertelnym grzechem jest użycie słowa „negro” – murzyn, które niegdyś było słowem neutralnym („nigger” było zawsze obraźliwe), bardzo nieładnie jest też użyć słowa „black”, choć jeszcze w latach 60. amerykańscy czarnoskórzy tak właśnie chcieli, żeby ich nazywano. Obecnie trzeba mówić „African American” lub „Afro-American” bo inaczej jest po chamsku.

Bardzo nietaktowne jest użycie „niemiecki obóz koncentracyjny”, bo to mogłoby urazić cały naród niemiecki, a przecież nie wszyscy byli hitlerowcami. Stąd używa się przymiotnika „nazi”, ale nigdy „German”. To też jest temat na bardzo długą dyskusję na temat współodpowiedzialności całego narodu niemieckiego za hitlerowskie zbrodnie, ale dla spójności tekstu, zostawmy ten problem.

Tymczasem do Polski przyjedzie niedługo niemała rzesza rosyjskich kibiców piłkarskich, których jeden z liderów oświadczył niedawno, że  „[m]y inaczej traktujemy radzieckie symbole, nasi ojcowie i dziadowie walczyli z faszystami i między innymi wyzwalali tę Polskę”. No właśnie, oni to robią inaczej, bo tak ich wychowano i nauczono. W Rosji nie ani o jotę nie zmieniono polityki wobec edukacji historycznej. Pomimo carskiego sztafażu, jaki stosuje Władimir Putin, jest to kraj nawiązujący przede wszystkim do tradycji sowieckiej i wychowujący nowe pokolenia w duchu uwielbienia dla legendy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. W zeszłym tygodniu kanał HBO pokazał dokument o miłośnikach internetowych gier polegających na wcielaniu się w role pilotów z czasów II wojny światowej. Grają w nie Polacy, Anglicy, Niemcy, Rosjanie i inne nacje. Co jakiś czas pokazywano wywiady z poszczególnymi graczami, którzy przy okazji obnażali swoje poglądy polityczne. Jeden z Rosjan oburzał się, że młode pokolenie Niemców mówi, że to przecież nie oni zabijali w czasie II wojny światowej. „Nu kak nie ty, kak nie wy?” pyta oburzonym głosem młody Rosjanin, który domaga się od kolejnego pokolenia Niemców wzięcia odpowiedzialności za zbrodnie dziadków i pradziadków. A kto jej nie bierze, to wg niego człowiek bez honoru. No i gadaj tu z takim.

Tymczasem o ile Niemcy ze wstydem uczą kolejne pokolenia o zbrodniach, jakie ich naród popełnił pod wpływem zbrodniczej ideologii Hitlera, to kolejne młode pokolenia Rosjan nie wiedzą nic o zbrodniczym charakterze sowieckiego komunizmu. Nie wiedzą o zbrodniach wobec własnego narodu, o łagrach czy o Wielkim Głodzie specjalnie wywołanym na Ukrainie przez Stalina, tak samo jak nie wiedzą o zbrodniach wobec Polaków, począwszy od zdradliwej napaści na spółkę z Niemcami, poprzez Katyń i zwalczanie partyzantki Akowskiej. Młodzi Rosjanie nie znają faktów. Gdyby to była kwestia interpretacji historii, sprawa byłaby dość skomplikowana, bo oczywiście każdy ma swój punkt widzenia, ale wtedy można byłoby przynajmniej jakoś dyskutować. Gdybyśmy mogli powiedzieć, że ci Rosjanie to podłe dranie, którzy nas zawsze nienawidzili i nienawidzą teraz, sprawa byłaby z kolei prosta i nie byłoby się nad czym zastanawiać. Tymczasem problem polega na tym, że ci młodzi Rosjanie w większości święcie wierzą, że to oni mają rację, bo tak im od dziecka wbijano do głowy. Oni naprawdę wierzą w to, co komunistyczne władze bezskutecznie chciały nam wpoić za PRLu. U nas to się nie udało, a u nich i owszem. Jeśli przyjadą młodzi Rosjanie i będą u nas robić zadymy wynikające ze szlachetnych acz kompletnie błędnie założonych pobudek, to niestety nie będzie już czasu na ich reedukację.

Tą rosyjską zsowietyzowaną młodzież wspominam w tym momencie m.in. z tego powodu, że naprawdę nie wolno lekceważyć nauk płynących z historii. Nie można wygadywać głupot, że jakiś tam szczegół mi się nie przyda, bo oto można oberwać bardzo konkretnie po łbie i nie wiedzieć nawet dlaczego.

Jestem przekonany, że Barack Obama przeczytał, to co mu napisano i z pewnością przyjął przymiotnik „polskie” jako termin geograficzny. Najprawdopodobniej ten, który mu to pisał, również tak to traktował. Niemniej później z takich nieświadomych (a przecież w niektórych przypadkach z pewnością świadomych) „przejęzyczeń” rodzą się pokolenia młodych ludzi, Żydów i nie tylko, którzy do historii się specjalnie nie przykładali, ale w telewizji wpadł im w ucho zwrot „polski obóz śmierci”, więc pewnie ci Polacy to naród zbrodniarzy.

Uważam, że polski rząd, tak samo jak wcześniej niejednokrotnie Fundacja Kościuszkowska, zrobił dobrze domagając się od prezydenta Obamy sprostowania, tak samo jak wcześniej niejednokrotnie Fundacja Kościuszkowska domagała się zakazu używania zwrotu „polskie obozy koncentracyjne” od amerykańskich organizacji dziennikarskich. Nie jesteśmy w stanie wymóc na prezydencie Obamie, żeby sam publicznie się pokajał i przeprosił Polaków za tę pomyłkę. Sprostowania, jakie nastąpiło powinno nam na razie wystarczyć i nie ma się co wygłupiać eskalując żądania przypierające amerykańskiego prezydenta do muru. Nie zgadzam się natomiast z tezą, że ten problem można sobie lekceważyć. Na każdą wzmiankę o „polskich obozach” należy grzecznie, ale stanowczo reagować, tak samo jak na słowo „nigger” czy nawet „negro”. Jest to akcja przeciwko zniesławianiu Polski, taka sama, jakie przeprowadzają organizacje żydowskie przeciwko zniesławianiu ich narodu. To nie powinny być wybuchy histerii z wielkimi słowami, typu „hańba”, czy „antypolski spisek”, ale stanowcze protesty przeciwko zwrotowi, którego sobie nie życzymy. Słowo „negro” też nie było obraźliwe, ale kiedy sami zainteresowani stwierdzili, że go sobie nie życzą, to czynniki oficjalne, w tym władze i media, to uznały. Domaganie się usunięcia z przestrzeni publicznej zwrotu zwodniczego i budzącego zdecydowanie złe skojarzenia powinno się stać naszym wkładem w amerykańską, i nie tylko, poprawność polityczną, którą kiedyś nazywano po prostu dobrymi manierami.

poniedziałek, 19 września 2011

O szkole i wychowaniu (3), czyli uczeń nie zawsze ma rację

Ktoś, kto należy do mojego pokolenia i lubił oglądać poniedziałkowy „Zwierzyniec” z niezapomnianymi pogadankami o lesie pana Sumińskiego, ten powinien pamiętać seriale animowane, które puszczano na koniec programu. Tak naprawdę, kiedy jeszcze nie chodziłem do szkoły, oglądałem „Zwierzyniec” głównie dla tych seriali. Były to więc przygody psa Huckleberry, misia Yogi, kota Jinksa prześladującego dwie sprytne myszki Pixie i Dixie oraz perypetie dwóch psów – ojca i syna, pt. Ogie Doggie. Schemat każdego odcinka polegał na tym, że Ogie-syn zaskakiwał ojca, który najbardziej lubił czytać prasę w fotelu, różnymi przygodami, jakie mu się przytrafiały, zaś Ogie-senior oczywiście im nie wierzył i wszystko próbował sobie wyjaśnić za pomocą „Psychologii dziecka”, książki po którą sięgał na półkę w każdym odcinku. „Zajrzyjmy do ‘Psychologii dziecka’”, mawiał, po czym bez trudu znajdował odpowiedni ustęp, który mówił dokładnie o przypadku, jaki przytrafiał się małemu Ogie’mu.
            Dlaczego piszę o kreskówkach z lat mojego dzieciństwa? Tylko z jednego powodu, a mianowicie tej „Psychologii dziecka”. Dziedzina wiedzy, którą wielu nazywa hucznie „nauką”, a którą wszyscy znamy pod nazwą „psychologii”, zakłada uniwersalny zestaw prawidłowości w zachowaniu i myśleniu, który można przypisać dosłownie wszystkim. Bo jeśli uniwersalne, to ogólne, a więc naukowe. Oczywiście nietrudno zauważyć, że przedstawiciele naszego gatunku do pewnego wieku zachowują się nieco inaczej niż po jego osiągnięciu, więc nie ma się co dziwić, że taki dział psychologii, jak „psychologia dziecka” w ogóle się wyodrębnił. Kim, a raczej czym było dziecko w książce Ogie’go-ojca? To było jakieś dziecko abstrakcyjne, reprezentacja wszystkich dzieci na świecie, których modele zachowania zostały dokładnie zbadane i opisane. Oczywiście książka z kreskówki to wymysł jej autorów, ale jeżeli pomyślimy o podejściu do dzieci przeciętnego dorosłego mieszkańca naszej planety, to wcale nas nie zaskoczy fakt, wielu z nas uważa dzieci za bezkształtną gromadę podobnych do siebie słodkich (jeżeli dzieci lubimy) lub nieznośnych (jeżeli nie lubimy) naiwnych małych głupoli.
            Kiedy przyjrzymy się średniowiecznym obrazom dzieci, dostrzeżemy, że malarze tamtego czasu nie zadawali sobie zbytniego trudu w studiowaniu odrębności anatomicznych dziecka od dorosłego. Dzieci były przedstawiane z proporcjami głowy w stosunku do reszty ciała takimi samymi jak u osobników dorosłych, czyli jako małych dorosłych. Malarze mieli na szczęście tyle przyzwoitości, że nie malowali im zarostu. Bardzo wcześnie dzieci zresztą za dorosłych uznawano, że wspomnimy tylko 12-letnie dziewczynki wydawane za mąż za starych dziadów. W zachowaniu Hamleta możemy dostrzec wiele cech niedojrzałości nastolatka, co da się też powiedzieć o Romeo i Julii, ale przecież od wieków mało kto się zastanawia nad wiekiem tych szekspirowskich bohaterów, przeżywając ich tragiczne losy jak losy młodych, ale jednak dorosłych.
            Czytając choćby powieści dziewiętnastowieczne, żeby nie sięgać głębiej do historii, a choćby i te dziejące się w dwudziestoleciu międzywojennym, z pewnością dostrzeżemy, że do uczniów gimnazjum nauczyciele zwracali się per „pan”. Co więcej, często oni sami między sobą używali tego tytułu. Traktowano ich jak dorosłych i oni sami tak się traktowali. Oczywiście nie oznacza to, że ich rozwój emocjonalny faktycznie był równy, ale był tak stymulowany, że młody człowiek musiał w młodym wieku odczuwać odpowiedzialność za samego siebie, a nic tak nie świadczy o dojrzałości jak właśnie poczucie odpowiedzialności.
            Dzieci biedne miały ciężkie życie, bo musiały jak najszybciej odciążyć rodziców i jak najwcześniej zacząć na siebie zarabiać. To oczywiście również nie sprzyjało beztroskiemu dzieciństwu. Wydaje się, że to dopiero mieszczańska pedagogika drugiej połowy XIX w. zaczyna dostrzegać w dziecku istotę różną od dorosłego nie tylko ilościowo ale również jakościowo. Ostatnia zaś ćwiartka XX wieku to okres coraz większego ulegania złudzeniu, że dzieci należy utrzymywać jak najdłużej w ich stanie „dziecięctwa”, a w dodatku utrzymanie szczęścia dziecka zaczęto pojmować jako pobłażanie wszelkim jego zachowaniom, co doprowadziło do absurdów w szkołach, przede wszystkim zachodnich, ale z tendencją do rozszerzania się na byłe kraje komunistyczne, polegających na oszczędzaniu młodym ludziom krytycznych uwag na jakikolwiek temat.
            Nie jestem wcale zwolennikiem spartańskich metod wychowania, w tym celowego stwarzania sztucznych i niepotrzebnych sytuacji stresowych, ale nie sądzę, żeby oszczędzanie młodym ludziom stresu za wszelką cenę przyniosło im korzyść. Jeżeli młody człowiek w angielskiej szkole państwowej jest chwalony za to, że w ogóle zrobił pracę domową, a nauczyciel nie kwapi się, żeby porozmawiać o błędach do wyeliminowania, to staje się jasne, że młody człowiek zacznie sobie wyobrażać, że tak jest właśnie w porządku, bo przecież to sam nauczyciel go pochwalił, a więc jego praca nie mogła być niewiele warta. W ten sposób utwierdza się w dziecku nie tylko brak wiedzy, ale wręcz brak wiedzy o brakującej wiedzy! A to przecież podstawa, żeby z czymkolwiek ruszyć z miejsca.
            Jeżeli dziecko jest z kolei utwierdzane przez rodzica, że wszystko robi dobrze, a nauczyciel nie podziela tej opinii, rodzi się naturalna niechęć dziecka do nauczyciela. Jeżeli do szkoły przychodzi matka mówiąc, że jej dziecko wszystko świetnie umie, a nauczyciele stawiają mu złe oceny, to niestety często (oczywiście są sytuacje wyjątkowe, kiedy mamy do czynienia ze złą wolą, albo brakiem kompetencji nauczyciela) jest tak, że dziecko, całkowicie w dobrej wierze, przedstawia rodzicowi sytuację w korzystnym dla siebie świetle. Trzeba bowiem zgodzić się z doktorem Housem, że „wszyscy kłamią”, choć nie wszyscy robią to świadomie. Dziecko i rodzic mogą zupełnie szczerze wierzyć, że się nie mylą, ale szkolna klasówka potrafi boleśnie zweryfikować ich przeświadczenie.
            Rodzice przychodzący z pretensjami do nauczyciela twierdzący, że znają swoje dziecko bardzo dobrze i wiedzą doskonale, że ono nie kłamie, mogą być święcie o tym przekonani. Jeśli chodzi o np. interpretację szkolnych bójek, dziecko, które bójkę wszczęło, może zupełnie szczerze wierzyć, że to nie była jego wina, bo przecież zawsze jakiś powód do uderzenia kolegi był, ponieważ wydaje się, że tak działa nasz umysł. Nastawia się na „kłamstwo doskonałe”, które polega na tym, że kłamca zaczyna momentalnie sam wierzyć w swoją interpretację wydarzeń. A kiedy rodzic widzi „szczerą buzię” własnego dziecka, nie może nie uwierzyć. Znowu zastrzegam, że w żadnym wypadku, nie wyciągam z tego wniosku ogólnego, a mianowicie, że wszystkie dzieci zawsze kłamią. Oczywiście, że może się zdarzyć, że dziecko mówi prawdę, a nauczyciele i złośliwi koledzy mogą być przeciwko niemu. Tak może być np. w przypadku młodego człowieka o określonej „opinii”. Dodajmy, że nawet dzieci w wieku wczesnoszkolnym potrafią być doskonałymi manipulatorami. Traktowanie ich wszystkich z upupiającym chrześcijańskim podejściem, jako „niewinne dziateczki” to kompletna pomyłka. Z drugiej strony stosowanie dziewiętnastowiecznego założenia znanego z powieści Dickensa, że „wszyscy ci chłopcy są źli” fałszuje rzeczywistość od drugiej strony. Dlatego każdą sprawę należy rozpatrywać jako osobny przypadek i wcale nie jest to robota łatwa. Policja i sądy sobie z tym nie radzą, a wszyscy wymagają tego od nauczyciela.
            W swojej pracy z młodzieżą szkolną spotkałem się, jak mi się wydaje ze wszystkimi typami uczniów, z małym zastrzeżeniem, że posługiwanie się tak szerokim terminem jak „typ” może być oczywiście zwodnicze. Nigdy bowiem nie wiemy do końca z jaką jednostką mamy do czynienia. Są dzieci dobrze ułożone i mądre. Są dzieci inteligentne i źle wychowane. Można spotkać dzieci o słabych zdolnościach, czy też o znikomej umiejętności kojarzenia, ale za to spokojne, albo kierujące się dobrą wolą i zasadami współżycia społecznego. Często stykamy się też z dziećmi niezbyt inteligentnymi i do tego o skłonnościach destrukcyjnych. Wszystkie te kategorie można, jak mi się wydaje, dość łatwo zdiagnozować i, jak uważam, w olbrzymiej większości przypadków można tych młodych ludzi zakwalifikować do ludzi dobrej woli, mimo skandalicznego nieraz zachowania. To ostatnie może wynikać z bardzo wielu przyczyn, czasami z nieświadomości wyrządzanego zła, czasami z chęci zwrócenia na siebie uwagi lub popisania się przed rówieśnikami etc. etc.
            Czasami jednak, a w moim przypadku, o ile się nie mylę 3 razy na 15 lat, trafiają się „gady”, jak to mawiał pewien mój nieco starszy kolega z mojej pierwszej pracy. Jest to osobnik, który z całą premedytacją „niszczy” nauczyciela, bo może. Są to osobniki o specyficznej inteligencji, być może socjopaci, jeśli nie psychopaci, których bawi samo wprowadzenie nauczyciela w stan zakłopotania lub wytrącenia go z równowagi. Takich ludzi naprawdę nie jest wiele, ale kiedy się już trafią, faktycznie potrafią zniszczyć nauczyciela i tak naprawdę nie ma na nich metody, ponieważ dopóki osobnik taki nie popełni czynu podpadającego pod jakiś paragraf kodeksu karnego, praktycznie nikt z nim nic nie może zrobić. Są to silne osobowości, więc w zetknięciu z nauczycielem o mniej asertywnym nastawieniu do rzeczywistości ten ostatni nie ma szans. Jeżeli natomiast wokół takiego osobnika zbierze się grupa, dochodzi do tragedii podobnych do tej w Toruniu, kiedy to grupa rozwydrzonych łobuzów włożyła nauczycielowi kubeł na śmieci na głowę. Jeżeli taki młody socjopata nie posunie się zbyt daleko i kogoś poważnie nie pobije lub nie naubliża nauczycielowi otwartym tekstem przy użyciu wulgarnych słów, jest praktycznie bezkarny. Kiedy natomiast trafi na nauczyciela, który próbuje jednak w jakiś sposób przeciwstawić się złemu zachowaniu, sam potrafi zagrozić pójściem na skargę do dyrekcji lub kuratorium. Jeżeli w dodatku taki „gad” postanowi zniszczyć jednego nauczyciela, potrafi bez problemu uśpić czujność innych, w tym pedagoga szkolnego. (Pedagodzy szkolni to cały osobny rozdział – trafiają się wśród nich oprócz tych rzetelnie wykonujących swoją pracę i lenie na „ciepłej posadce” i tchórze, a także ludzie z bogatą wiedzą książkową, ale o dziecięcej naiwności, że użyję eufemizmu).
            Praca z dziećmi da się porównać z jakąkolwiek pracą z zespołem ludzkim. Każdy nauczyciel powinien więc mieć talenty przywódcze. W odróżnieniu od dyrektora firmy, lub kierownika jakiegoś działu w firmie, co pięćdziesiąt pięć minut spotyka się z innym zespołem i musi sobie z nim radzić. Dzieci i młodzież to zbiór indywidualności o odmiennych oczekiwaniach i ambicjach. Nauczyciele muszą to brać pod uwagę, choć, mówiąc najprościej, najczęściej nie ma na to czasu. Każda klasa składająca się z wielu osobowości, razem staje się jeszcze jedną, zbiorową „osobowością”. Ta sama lekcja, świetnie przygotowana przez nauczyciela, w jednej klasie spotka się z zainteresowaniem i pozytywną aktywnością uczniów, a już poprowadzona identycznie w innej grupie zostanie oceniona jako kompletna nuda! To dlatego o tym samym nauczycielu krąży tak wiele sprzecznych opinii nawet po wielu latach.  Uczeń oceniający nauczyciela wygłasza tylko własną subiektywną opinię. Przełożony nauczyciela dając posłuch skardze jednego ucznia nie badając sprawy szczegółowo, nie tylko krzywdzi nauczyciela i zniechęca go do pozytywnego działania, ale również wprost demoralizuje zarówno tego ucznia, jak i wszystkich innych, którzy bacznie się przypatrują takiemu przykładowi. Jeszcze nie tak dawno kiedy nauczyciel nie potrafił sobie poradzić z krnąbrnym uczniem, wysyłał go do dyrektora, który często samym swoim autorytetem potrafił go zdyscyplinować. Obecnie często zdarza się, że to uczeń szantażuje nauczyciela przy każdej próbie przywołania go do porządku.
            W Wielkiej Brytanii uposażenie nauczyciela jest bez porównania wyższe niż w Polsce i to nie tylko w sumach bezwzględnych, ale i w relacji z zarobkami innych grup zawodowych. Niemniej nawet tam spotyka się szereg przypadków, że nauczyciele rezygnują z zawodu na zasadzie „bierzcie sobie te pieniądze i dajcie mi spokój z waszymi dziećmi”. Kiedy dziesięć lat temu rezygnowałem z pracy w państwowej (potem też i w prywatnej) szkole średniej, zrobiłem to, żeby przy o wiele mniejszym stresie zarabiać więcej pieniędzy. Były wtedy takie możliwości. Skargi rodziców na to, że do zawodu nauczycielskiego idą ludzie, którzy się nie nadają gdzie indziej są przezabawne, bo przecież bierze się to z tego, że do zawodu przysparzającego tyle stresu przy relatywnie niskich zarobkach, nie będzie się pchał wybitny fachowiec. Niemniej nadal w każdej szkole można znaleźć ludzi, dla których praca nauczyciela jest powołaniem. Za ich istnienie rodzice powinni być wdzięczni losowi (lub Bogu, jeśli są wierzący). Tak się często niestety nie dzieje, ponieważ rodzice już jako dorośli ludzie często sami są efektem błędów wychowawczych – przede wszystkim demoralizacji jakiej ulegli w młodym wieku, która polega na braku podstawowej umiejętności odróżniania tego, co dla ich dzieci dobre od tego co złe. Bo rodzic też nie zawsze ma rację. .

środa, 14 września 2011

O szkole i wychowaniu (2), czyli nauczyciel nie zawsze ma rację

Istnieje pewien, ale wbrew pozorom, nie aż tak wielki,  odsetek nauczycieli, którzy chcieliby być obiektami czołobitnego szacunku z samej racji wykonywania swojego zawodu. Jest to jedna z najbardziej beznadziejnych postaw, jaką można sobie wyobrazić i jest szczególnie niebezpieczna dla samego nauczyciela, który w ten sposób naraża na śmieszność nie tylko siebie, ale całą swoją profesję. Co gorsza, najczęściej takie postawy występują u tych przedstawicieli zawodu, którzy sami (szukam tutaj możliwie łagodnego eufemizmu) nie reprezentują zbyt wielkiej zdolności sądzenia. Ponieważ mało kto chce otwartych konfliktów w miejscu pracy, a ta reguła stosuje się również do pokoju nauczycielskiego, koleżanki i koledzy zarozumiałego bufona żądającego nieustannych dowodów szacunku nie są skłonni do zwracania uwagi takiej osobie. Zazwyczaj osoby takie po kolejnej kompromitacji w oczach uczniów, co zaowocowało słowną utarczką (w tym wypadku afektowaną perorą rzeczonego nauczyciela – no powiedzmy sobie otwarcie, częściej nauczycielki – na temat chamstwa dzisiejszej młodzieży), w pokoju nauczycielskim dają popis mieszaniny przechwałek jak to sobie taka osoba poradziła z uczniami z wielkim żalem na temat braku wychowania uczniów.
      Mało kto ma chęć takiej koleżance powiedzieć, że nie ma racji i że w ogóle mówi od rzeczy. Najczęściej jest wręcz przeciwnie. Przez grzeczność i współczucie wszyscy potakują i w ten sposób tworzy się ta specyficzna atmosfera pokoju nauczycielskiego, która robi wrażenie jednolitego frontu przeciwko uczniom. Jeżeli na dodatek w pokoju znajdują się nauczyciele młodzi, którzy sami dopiero uczą się wypracowywać relacje z uczniami, a w dodatku nie są zbyt pewni siebie, przyjmują słowa starszych koleżanek nie tylko za prawdę, ale za cenną lekcję postępowania z uczniami, których zaczynają traktować jak samo zło!  Pracując w ciągu swojego życia zawodowego w wielu szkołach wszystkich szczebli (oprócz gimnazjum, bo kiedy opuściłem państwową oświatę gimnazjów jeszcze nie było), mogę jednak stwierdzić, że takich nauczycieli w każdej szkole naprawdę nie jest wielu. To oni jednak swoją panikarską postawą narzucają pewien sposób rozmowy wśród grona pedagogicznego, a sposób rozmowy rzutuje w jakimś stopniu na sposób myślenia.
            Łatwo jest na przykład samym sposobem prowadzenia rozmowy „zahipnotyzować” innych i przy pomocy fałszywej logiki i odpowiedniej intonacji głosu sprawić, że zaczynają myśleć tak samo. „Ale bo to doczekasz się od takiego (chodzi o ucznia) wdzięczności?” – takie pytanie wypowiedziane z odpowiednią modulacją głosu sugerującą szlachetną rezygnację sprawia, że interlokutorzy też zaczynają wzdychać i utwierdzać się w przekonaniu, że faktycznie „nie masz prawdziwej wdzięczności na świecie”. Wszystkich w tym momencie ogarnia atmosfera błogiej solidarności w niemocy wobec zła, na które nic się nie da poradzić. Taka piękna polska klęska. Nikt w takiej chwili nie śmie nawet wspomnieć o absolwentach, którzy ich przyszli niedawno odwiedzić, albo o miłym emailu, którego dostali od byłego ucznia. Kwiaty i bombonierki na dzień nauczyciela czy na zakończenie roku w ogóle nie są traktowane jako dowody wdzięczności, co po części nie jest pozbawione racji, gdyż jest to po prostu zwyczaj. Często rodzice uczniów organizują zbiórki pieniędzy na kwiaty dla nauczyciela, więc trudno w tychże kwiatach wyczuć procent prawdziwej wdzięczności. Są jednak uczniowie, którzy potrafią okazać wdzięczność indywidualnie – miłymi słowami przy odbiorze świadectwa. Wielu jednak nie potrafi wyrażać uczuć publicznie, co nie znaczy, że wdzięczni nie są. Oczywiście to wszystko nie znaczy, że nie ma wśród uczniów autentycznych niewdzięczników, którzy wszelkie wysiłki ze strony nauczyciela mające na celu ich edukację traktują jako akt wobec siebie wrogi. Nie w tym jednak rzecz.
            Zastanawiam się czasem, czy pracownicy linii montażowej w fabryce samochodu myślą o tym, jak potencjalni nabywcy ich produktu finalnego będą im wdzięczni za świetnie wykonany pojazd. Ilu z nas w ogóle o tym myśli. A czy gryząc rano smaczną bułkę myślimy z wdzięcznością o piekarzu, albo o młynarzu i rolniku? W świecie natury wdzięczność w ogóle nie występuje. Jest ona bowiem pochodną myślenia posługującego się czasem. Jest czyn z naszego punktu widzenia dobry, następnie go sobie przypominamy, oceniamy, że był on dobry i to, co odczuwamy w wyniku tego przypomnienia, to wdzięczność. Oczywiście mało wiemy o sposobie myślenia zwierząt, ale nie wydaje się żeby odczuwały wdzięczność. Zapamiętawszy przyjemną sytuację (np. rzucony kawałek kiełbasy) będącą zasługą  człowieka, będą najwyżej szukać towarzystwa tego człowieka oczekując kolejnej przyjemnej sytuacji (kawałka kiełbasy rzuconego ponownie). Żyje się bowiem „do przodu” bez abstrakcyjnego analizowania przeszłości. Uważam, że człowiek na swoim najgłębszym poziomie odczuwania, działa podobnie. Wdzięczności się uczymy. Jeżeli więc kogoś nie nauczono wdzięczności w domu czy w szkole właśnie (ale mądrze, nie przy pomocy żałosnego domagania się dowodów), to po prostu dziecko ma prawo nie wpaść na to, że trzeba cokolwiek okazać. Dodajmy do tego, że wiedza szkolna przynosi wymierne korzyści dopiero po dość długim czasie, a więc są one zbyt abstrakcyjne do odczucia przez młode osoby. Dlatego też wymaganie wdzięczności od dzieci czy młodzieży wobec nauczyciela za to, że ten czegoś ich nauczył, nie ma zbyt wiele sensu. Dodajmy do tego, że nauczyciel otrzymuje za pracę wynagrodzenie, takie samo jak mechanik z taśmy montażowej w fabryce samochodów, czy piekarz.
            Znowu jednak muszę zaznaczyć, że tych żądnych wdzięczności nauczycieli nie ma znowu tak wielu, ale wielu poddaje się temu specyficznemu „urokowi” wzdychającej koleżanki. Wystarczy nie oczekiwać wdzięczności za coś, za co ma się zapłacone, i może się okazać, że ma się jeden z nauczycielskich „problemów” mniej.
            Z doświadczenia wiem, że uczniowie potrafią okazać i szacunek i wdzięczność, natomiast nauczyciele często nie potrafią tego dostrzec, ponieważ mają inne wyobrażenie na temat manifestacji tych uczuć. Niemniej, trzeba to również otwarcie powiedzieć, młodzi ludzie doskonale wyczuwają słabość ze strony nauczyciela. Największą słabością jest brak merytorycznego przygotowania. Można je co prawda do pewnego stopnia pokryć metodyką nauczania, ale jeżeli na pewne tematy brakuje wiedzy, traci się szacunek momentalnie.
            W szkole, do której chodziły moje dzieci był pewien nauczyciel, który ze śmiertelną powagą i wiarą we własne słowa potrafił powiedzieć, że „gaz nie dociera powyżej czwartego piętra, ponieważ ma zbyt małe ciśnienie”. Świadectwa dzieci, które twierdziły, że mieszkają na piętrach wyższych i że w ich kuchni wszystko gotuje się na gazie, nie miały dla tego człowieka żadnego znaczenia. Innym razem pokłócił się z chłopcami z czwartej klasy (szkoła podstawowa) o to, czy w Japonii jest ruch lewostronny. Jako argument przeciwko wiedzy dzieci wytoczył fakt, iż wszystkie japońskie samochody, jakie widział, a więc Toyoty, Hondy czy Nissany, mają przecież kierownice po lewej stronie, a więc są przystosowane do ruchu prawostronnego. Nauczyciel ten jest pośmiewiskiem kolejnych pokoleń uczniów. Nie chce mi się wierzyć, że wieści o jego wiedzy „fachowej” nigdy nie dotarły do dyrekcji, bo do rodziców na pewno. I w takiej sytuacji teza mojego teścia o zbawienności jednolitego frontu szkoły (nauczycieli) i rodziców zostaje obalona przez samo życie, bo przecież żaden normalny rodzic nie poprze głupstw wygadywanych przez nauczyciela. Z drugiej strony większość z nas to chyba jednak miłe misie, nikomu źle nie życzymy, a już zwłaszcza utraty pracy w dzisiejszych czasach i zamiast domagać się zwolnienia niekompetentnego nauczyciela wolimy sprostować jego „rewelacje” i pośmiać się z niego razem z dziećmi. Okrutne to co prawda i zapewne całkowicie apedagogiczne, ale chyba najlepsze w tej sytuacji.
            Osobiście wierzę, że z nauczycielami i uczniami jest tak samo jak w przypadku każdych innych grup ludzi. Chodzi mianowicie o spotkanie osobowości. Istnieją ludzie, którzy nigdy nie powinni się spotykać, ani tym bardziej potem przebywać ze sobą. Są też tacy, którzy od razu przypadają sobie nawzajem do gustu. Dodajmy do tego, że kiedy mamy do czynienia ze zbiorowością sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje. Np. klasa składająca się z uczniów, z których każdy z osobna bardzo dobrze potrafiłby się porozumieć z nauczycielem (i vice versa), jako grupa stają się nową jakością, która do takiego porozumienia dojść nie może.
            Nauczyciele sami są wynikiem danego systemu wychowania (w domu, w szkole) oraz reprezentują różne typy osobowości. Grzeczne uczennice, zawsze chwalone przez swoje „panie”, kiedy same stają się nauczycielkami, oczywiście najbardziej cenią dzieci grzeczne, potulne i nieco nieśmiałe. Takie dzieci są nie tylko posłuszne, ale u takiej nauczycielki wzbudzają instynkt opiekuńczy. Uczniowie czasami tylko nieco bardziej samodzielni, albo po prostu potrafiące śmiało wypowiedzieć własne zdanie, mogą u takiej pani wywołać wręcz panikę (przypadek skrajny oczywiście).
            Pani, która sama była grzeczną uczennicą może np. uważać, że wyrażanie swoich myśli głosem pewnym jest objawem nieprzyzwoitej arogancji. Syn znajomych był uważany przez jedną z nauczycielek za niemal przedstawiciela patologii społecznej, a wszystko przez to, że z jej przedmiotu nie był orłem, a przy tym nie potrafił skromnie spuścić głowy i udawać skruszonego za winy, do których się nie poczuwał, a wg nauczycielki poczuwać się powinien. Oczywiście, w wyobraźni tej pani był chłopcem straconym dla przyszłości. Dostał się do szkoły morskiej, gdzie o miejsca nie jest wcale łatwo.
Istnieje jeszcze jeden aspekt powiązany z tym zagadnieniem. Ludzki umysł lubi różnicować. Bez znajdowania różnic i ich wartościującej gradacji praktycznie nie potrafi funkcjonować. Będąc na zebraniu rodzicielskim z wychowawczynią mojego syna, usłyszałem, co prawda nie o moim synu, ale o jego kolegach, że się źle zachowują. W ustach skądinąd bardzo mądrej nauczycielki zabrzmiało to tak, jakbyśmy mieli do czynienia niemal z czynem na skraju kryminału. Nie wytrzymałem i zabrałem głos. Poznałem tych chłopców podczas ich wizyt u mojego syna i byłem nimi naprawdę pozytywnie zaskoczony. W porównaniu do uczniów, czy studentów, których uczyłem i uczę, ci młodzi ludzie najbardziej przypominali mi młodych dżentelmenów z dwudziestolecia międzywojennego. Ani trochę nie przesadzam. Rozmawiając ze mną, jako z ojcem kolegi, wykazywali się nie tylko dobrym wychowaniem, ale i pewnością siebie. Bo i niby dlaczego nie mieliby? Są naprawdę wartościowymi ludźmi i są tego świadomi. Jestem przekonany, że jeśli nawet w jakiejś sytuacji trochę „rozrabiali”, robili to z klasą. Z całą pewnością nie popełnili czegoś karygodnego. Jak się okazało, faktycznie nie było to nic wielkiego, a nauczycielka przyznała mi rację. Nie muszę dodawać, jak podniosłem na duchu pozostałych rodziców, którzy już gotowi byli ogniem i żelazem we wspólnym froncie ze szkołą wypalać zło ze swych latorośli. Nie mając do czynienia z autentycznymi łobuzami, różnicuje się grupę, z którą się ma do czynienia i demonizuje się tych, którzy najmniej odpowiadają wyobrażeniu nauczyciela o ideale. (Bywa oczywiście i odwrotnie. W szkołach, gdzie wszyscy uczniowie reprezentują niski stopień kultury osobistej i zainteresowania pogłębianiem wiedzy, nauczyciele automatycznie doszukują się w niektórych przejawów czegoś pozytywnego.)
Nauczyciel, jak każdy człowiek, myli się. W odróżnieniu od sapera, wcale nie raz. Nie jest to jakaś tragedia, o ile jego błędy nie mają tragicznych konsekwencji dla ucznia. Dlatego dobrze jest, jeżeli oprócz wiedzy merytorycznej (bardzo ważnej), metodycznej (o tym przy innej okazji), posiada umiejętności psychologa, ale takiego, który swoją wiedzę nabył przez praktykę życia. Nie mam więc na myśli studiów psychologicznych (z kretyńskimi a przy tym uczonymi diagnozami zawodowych psychologów też się zetknąłem), ale po prostu znajomość różnych sytuacji życiowych, w tym patologicznych. Do tego potrzeba pewnej otwartości na to, co przynosi życie. Jeżeli ktoś taką otwartość posiada, będzie również próbował zrozumieć ucznia. Jeśli natomiast będzie próbował, to jest szansa, że będzie w tym coraz lepszy. Niestety, kiedy się zamknie w świecie swoich ideałów, rzeczywistość ten świat boleśnie zweryfikuje.
Nie wolno jednak popaść w drugą skrajność. Nie wolno z ideałów rezygnować, bo to oznaczałoby totalne poddanie się nie zawsze pozytywnym prądom, jakim ulegają uczniowie. No niestety, trzeba czasami powiedzieć coś, co nie brzmi przyjemnie w uszach ucznia. Powtarzam jednak co jakiś czas – tutaj najważniejsze jest to, żeby obiekt słusznej represji zdawał sobie cały czas sprawę, że nauczyciel działa dla jego dobra, że jest po jego stronie. O! To nie jest z pewnością łatwe. Mało kto potrafi czuć sympatię do kogoś, kto mówi mu przykre rzeczy. Nie wolno się jednak zniechęcać, bo poddanie się w takiej sytuacji działa destrukcyjnie nie tylko na ucznia ale i na nauczyciela. Jeżeli natomiast nauczyciel ma problem z działaniem stanowczym, ale przy całej dobrej woli wobec ucznia, to rada jest tylko jedna. Żeby uczeń wiedział, że nauczyciel jest w gruncie rzeczy po jego stronie, ten nauczyciel autentycznie powinien być po jego stronie. Nie ma większej klęski, jeśli nauczyciel poczuje się osobiście znieważony zachowaniem ucznia i rozpocznie z nim osobistą walkę. Wtedy niestety stawia siebie na równej pozycji z tym uczniem i już nie ma szansy, żeby zadziałał jako wychowawca. Jeżeli już dochodzi do osobistego konfliktu z uczniem, nauczyciel faktycznie musi stanąć wobec problemu już nie jako nauczyciel, ale jako człowiek prywatny. Jest to skrajność, do której nigdy nie powinno dochodzić, ale niestety zdarza się. Natomiast nie ma nic bardziej podłego i żałosnego zarazem, jak próba zniszczenia ucznia (nie wnikając kto był przyczyną konfliktu) korzystając i kryjąc się za pozycją nauczyciela. Chciałbym powiedzieć, że to się na szczęście nie zdarza, ale byłaby to nieprawda. Nie jest to problem całej populacji nauczycielskiej i uczniowskiej, ale zdarza się praktycznie w każdej szkole. Większości uczniów on nie dotyka, ale ten, który wszedł w ostry konflikt z nauczycielem przeżywa koszmar. Koszmar przeżywa też ten nauczyciel.
Uczniowie oczywiście nie są „czystymi tablicami”. Ich osobowości są już w jakimś stopniu ukształtowane, kiedy przychodzą do szkoły, ale mimo to nie wolno dorosłemu człowiekowi, zwłaszcza nauczycielowi, na dziecko się obrażać. Może tu bowiem być tak samo, jak ze wspomnianą wyżej wdzięcznością. To nauczyciel wie, że tak a tak się należy zachować. Uczeń, który się nigdy w danej sytuacji nie znalazł, może po prostu nie wiedzieć, że zachował się niewłaściwie. Dlaczego nauczyciele nie tłumaczą zasad właściwego zachowania, tylko od razu chcą karać to złe? Bo nie uruchamiają wyobraźni. Zapominają, że mają do czynienia z dzieckiem, a nie np. złośliwym sąsiadem. Oczywiście osobnym zagadnieniem jest to, że pewni młodzi ludzie wydają się impregnowani na wielokrotne próby uświadomienia im niewłaściwości ich zachowania, ale o tym we wpisie poświęconym uczniom.

CDN