sobota, 9 maja 2009

Lech Wałęsa i Libertas

Jedną z największych sprzeczności, z jakimi spotykamy się codziennie, jest wiara w bezinteresowność działań w przestrzeni społecznej. Oczywiście cokolwiek człowiek robi, jest w sposób mniej lub bardziej świadomy umotywowane perspektywą zamierzonego celu, więc każde, nawet z pozoru bezsensowne działanie, ma swoją przyczynę i pewnie jakiś skutek (choć niekoniecznie pozytywny czy sensowny właśnie), w związku z tym o żadnej absolutnej bezinteresowności mowy być nie może. Niemniej lubimy wierzyć, że są pewne pola działania, w których samo na niego wstąpienie jest już nagrodą. Działanie samo w sobie, z powodu swojej szlachetności i wielkości, daje satysfakcję, która służy za najwyższe wynagrodzenie. Często nagrodą bywa sam rozgłos, podziw szerokiej publiczności czy uznanie społeczne. Wchodzimy tu jednak na bardzo niebezpieczny grunt, bo od satysfakcji zrobienia czegoś dobrego dla ogółu (a co to w ogóle jest ów ogół? Może to tylko kolesie, albo tylko połowa zainteresowanych?) do karmienia własnego ego dzieli nas niezwykle krótki dystans. Wszystko te niuanse dotyczące ludzkiej motywacji są niezwykle ciekawe i często wydają się skomplikowane, ale niestety nader często się zdarza, że wszystkie tego typu rozważania okazują się funta kłaków niewarte, bo oto wychodzi na jaw, że najprawdziwsze okazują się banały. Powiedzonko, że jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze, jeśli się sprawdza w przypadku „autorytetów” czy „legend”, okazuje się niezwykle bolesne i prowadzi wprost do stanu, który najbardziej przypomina kaca. 

Przypadek Lecha Wałęsy, który pojechał na zjazd eurosceptycznej partii Libertas irlandzkiego milionera Declana Ganleya, pokazuje jasno, że Lech Wałęsa jest po prostu zwyczajnym człowiekiem pragnącym zarobić kupę szmalu, a nie żadnym mężem opatrznościowym, mędrcem europejskim, czy legendą wolnego świata. Kiedy historycy z IPN opublikowali swoje rewelacje na temat współpracy Lecha Wałęsy z SB w latach 70., wzruszyłem ramionami. Takie rzeczy w tamtych czasach się zdarzały i nie sądzę, żeby ludzie potem nie mogli się z takiej współpracy otrząsnąć i działać w jak najlepszej wierze w celu obalenia komuny. Z lat 1980-81 pamiętam, że Wałęsa nie robił na mnie zbyt wielkiego wrażenia z tym swoim obciachowym długopisem i swoimi koślawymi wypowiedziami (to ostatnie nie zmieniło się zresztą do dziś), ale kiedy trochę dorosłem, zrobiło mi się wstyd za tamtą szczeniacką krytykę „człowieka prostego”, który wszak nie bał się przeciwstawić całej potędze światowego bolszewizmu. 

Jako prezydent wolnej Rzeczypospolitej niestety znowu nie wywierał dobrego wrażenia. Przez jakiś czas uważano, że jest marionetką w rękach braci Kaczyńskich (jakże wtedy młodych!), ale to się okazało nieprawdą, bo nie wahał się ich pozbyć. Być może większy wpływ na niego miał Mieczysław Wachowski, ale nie mogę się na takie tematy wypowiadać. Mogę natomiast napisać, jakie Wałęsa robił i robi wrażenie na mnie jako przeciętnym wyborcy i obywatelu. 

Potem wybory wygrali postkomuniści, a prezydentem został Aleksander Kwaśniewski, człowiek, którego, podobnie jak Muniek Staszczyk, uważałem w latach 80. ubiegłego stulecia, za „obciachowca”, bo jaki normalny młody człowiek wówczas zapisywał się do PZPR? Ale to on wygrał z „legendą Solidarności”, noblistą i jedynym polskim politykiem rozpoznawalnym zagranicą. Legendzie po prostu naród podziękował. 

Uważam, że narodowi legendy są potrzebne, ponieważ dostarczają tego irracjonalnego czynnika, który pozwala utrzymać go w jedności bez konieczności uciekania się do działań administracyjnych. Gdyby Wałęsa poświęcił się pisaniu pamiętników i pozostał na politycznej emeryturze, pewnie nikt by się go nie czepiał, ale tak się nie stało. 

Jego wystawne przyjęcia z udziałem czołowych polityków kraju chroniły go przed pogrążeniem się w politycznym niebycie. Potem romans z PO (syn w tej partii) oraz publiczne wypowiedzi na temat braci Kaczyńskich (niepochlebne oczywiście) sprowokowały reakcję tych ostatnich, którzy sprawę Wałęsy rozdmuchali do rozmiarów godnych lepszej sprawy. Książka Cenckiewicza, czy praca magisterska Zyzaka to tylko pokłosie całej antywałęsowskiej nagonki, w której od dawna brali udział nie tylko bracia Kaczyńscy, ale starzy znajomi Wałęsy jeszcze sprzed Sierpnia 1980 – Anna Walentynowicz, Gwiazda czy Wyszkowski. Pomyślałem sobie wówczas, że to jest jakieś szaleństwo taki atak na legendę (nawet wszystkie zarzuty na Wałęsę były uzasadnione), na jedynego współczesnego Polaka (po śmierci Jana Pawła II), którego znają przeciętni zjadacze chleba (ryżu) na całym świecie. Działanie takie wydało mi się po prostu krótkowzroczne, małostkowe i dla całości interesów Polski szkodliwe. 

Tymczasem pojawia się w świadomości publicznej partia Declana Ganleya, człowieka, który doprowadził do odrzucenia traktatu lizbońskiego przez Irlandię. Krytyka samowolnej Komisji Europejskiej, ciała, którego nikt nie kontroluje, a które wydaje często kompletnie idiotyczne dyrektywy, bardzo mi się podoba, bo podoba mi się piętnowanie głupoty i zła, co chyba jest oczywiste. Partia Libertas rozszerza się na Polskę. Wcale się nie zdziwiłem, że znalazła u nas swoich zwolenników, ale kiedy się zorientowałem, kto się do niej przygarnął – posłanka Grześkowiak, czy Wojciech Wierzejski – zacząłem ją traktować jako swego rodzaju folklor polityczny. Ponieważ nie odczuwam afiliacji do żadnego ugrupowania politycznego, nie wykluczam, że działaniom Libertas na pewnych polach będę kibicował! Oczywiście chodzi o wszelkie działania zwalczające samowolę unijnych komisarzy i głupotę ich dyrektyw. Obawiam się jednak, że jako całość Libertas wkrótce na własne życzenie stanie się obiektem powszechnych kpin. Czas pokaże. 

Co ma Lech Wałęsa wspólnego z Libertas? Z Wojciechem Wierzejskim z LPR? Nie wiem, ale „legenda Sierpnia” uwierzytelniła i niejako „namaściła” tę partię swoim wystąpieniem, co Wojciech Wierzejski odnotował w swoim blogu z wielką satysfakcją. Oto jedyny rozpoznawalny zagranicą polski polityk, „mędrzec europejski” jest na kongresie partii, którą do tej pory mało kto się przejmował, traktując ją jako egzotyczny wybryk. Można oczywiście się dopytywać, co w tym złego. Jeśli Wałęsa ma poglądy zbliżone do Ganleya, to nikt nie ma prawa zabronić mu ich głosić! Czy to jest jednak do końca prawda? 

Okazuje się, że Lech Wałęsa otrzymał od irlandzkiego milionera 100 tysięcy euro za to wystąpienie. Sam Wałęsa, kiedy mu zarzucono, że wziął na pewno z 50 tysięcy, oburzył się, że się go tak nisko ceni. O czym to wszystko świadczy? Czy człowiek nie ma prawa zarobić sobie na czymś, na czym zrobić może? Uważam, że tak, jak najbardziej. Czy jednak mamy prawo wierzyć w szczerość wypowiedzi takiego człowieka? Tutaj wątpliwości są bardziej niż duże. 

Wałęsa, podobnie jak Kwaśniewski, nie gardzą zaproszeniami zachodnich uniwersytetów, w których wygłaszają za pieniądze odczyty. Nie wydaje mi się, żeby mówili tam rzeczy, które dana instytucja specjalnie u nich zamawia, ale też nie sądzę, żeby wypowiadali się tam w duchu owym instytucjom niewygodnym. Wydaje mi się, że poza banałami o demokracji, prawach człowieka i walce z totalitaryzmem, czy terroryzmem, oraz opowieściach ze swojego życia, niczego ciekawego tam nie mówią. U Ganleya jednak było to przemówienie wyraźnie poglądy Irlandczyka popierające, co oczywiście może być takim miłym zbiegiem okoliczności, ale te niebagatelne pieniądze zasiewają to ziarno wątpliwości. 

Oczywiście są w świecie polityki ludzie, którzy dopuszczają się po prostu bezczelnych przekrętów. Były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder będąc na swoim państwowym stanowisku działał tak, żeby sobie potem umościć świetnie płatną posadkę w rosyjskiej firmie! Niemiec, moi drodzy! Przecież my, Polacy, uważamy, że to my mamy najbardziej skorumpowaną klasę polityczną na świecie. Z pewnością nie mylimy się sądząc, że wzajemne wpływy świata biznesu i świata polityki są w naszym kraju ogromne, ale chyba czegoś tak bezczelnego, jak kanclerz kraju stawianego innym za przykład praworządności, żaden nie odważyłby się zrobić. Choćby z czystej hipokryzji. 

Wróćmy jednak do „żywej legendy”. O tym, co jest dla narodu ważniejsze, prawda czy legenda, mam zamiar napisać w najbliższym czasie. Casus Lecha Wałęsy w świetle owych 100 tysięcy euro od leadera partii Libertas wskazuje na jedno. Tacy ludzie, jak ja, którzy przejmują się całością jego mitu, drżą na myśl, że image Polski może ucierpieć przez niewybredne ataki na wielkiego przywódcę „Solidarności”, który obalił komunę w Polsce, a pośrednio przyczynił się do rozmontowania systemu sowieckiego, kompletnie nie mają się czym przejmować. Lech Wałęsa posunął się nawet do moralnego szantażu obliczonego na wrażliwość takich jak ja, grożąc opuszczeniem kraju, jeżeli IPN i jego współpracownicy się od niego nie odczepią. „Legenda” ma prawo do kabotyńskich gestów, ponieważ kabotynizm jest nierozłącznym elementem myślenia w kategoriach legend. Tymczasem Lech Wałęsa to po prostu zaradny facet, twardo stąpający po ziemi; facet, który umie zarobić na siebie i rodzinę. Przestępstwa, ani niczego nawet moralnie nagannego, nie popełnił. Cała ta sprawa spowodowała tylko jedno – zaczynam się skłaniać do poglądu, że mit jako spoiwo narodu bywa zawodny, bo nie każdy dorasta do własnej legendy. Czy to oznacza, że mamy zrezygnować z ideałów i nawet od święta myśleć tylko w cynicznych kategoriach materialnych zysków? Czy nie jest to triumf Karola Marksa zza grobu?

środa, 6 maja 2009

O postępie

„Postęp” to było wszędobylskie słowo czasów komuny. Za Gierka dochodziła do tego wszechobecna „nowoczesność”, bo wszystko w czasach jego rządów miało być i było „nowoczesne”. Prawda jest taka, że nic się tak szybko nie starzeje, jak nowoczesność. Po niej teoretycy literatury wymyślili „ponowoczesność”, co jest już samo w sobie zabiegiem głupim a nieodpowiedzialnym, bo co dalej? „Popopopopopo-nowoczesność”? Ponieważ język ma ogromny wpływ na naszą rzeczywistość, ale nigdy nie posunę się tak daleko jak hermeneutycy, którzy poza nim w ogóle rzeczywistości zdają się nie dostrzegać, odłóżmy zabawy słowne (choćby nie wiem jak śmiertelnie poważnie traktowane) i skupmy się przynajmniej na słowie, które się tak szybko nie dewaluuje, ponieważ oznacza proces, a nie jakąś rzekomą stałą. Skupmy się na postępie. 

Komuniści, jako że uważali się za awangardę wszelkiego postępu, uważali go za wielką wartość. Kiedy pisano książkę z pozycji komunistycznych o jakichś ugrupowaniach, które trudno było nazwać komunistycznymi, ale z którymi komuniści z jakichś względów sympatyzowali, nazywali je postępowymi. Niektóre ruchy chłopskie były postępowe, ale już np. PSL „Piast” był ugrupowaniem wstecznym. Socjalistom do komunistów wiele brakowało, ale nie można im było odmówić postępowości. 

Samo pojęcie zakłada jakiś teleologiczny porządek świata. Jeśli mówimy o postępie, to znaczy, że jest jakiś cel, do którego się dąży, i to, co nas do owego celu przybliża jest postępem, to co nas wstrzymuje, jest zachowawcze, a to co nas cofa na tej drodze jest wstecznictwem. Jednakowoż niewiele jest ugrupowań (niekoniecznie tylko politycznych), które nie stawiałyby sobie jakichś celów do osiągnięcia, a na drodze do nich nie następowałby progres lub regres. Dla narodowych socjalistów oznaką postępu było ludobójstwo dokonane na Żydach i Cyganach, tudzież wysiedlenia ludności polskiej z terenów przeznaczonych do zasiedlenia przez Niemców, ponieważ ich celem były wielkie Niemcy rządzone przez „czystych aryjczyków”. Nawet konserwatyści (choć może to zakrawać na oksymoron) mogą używać słowa postęp o ile oznacza przybliżenie ich ideału, czyli powrotu do np. poszanowania instytucji kościelnych, albo ograniczenia zatrudnienia kobiet. Oczywiście wszystko zależy od stopnia i rodzaju konserwatyzmu. 

Partie lewicowe, w tym komuniści, straciły „pazur”, czy też „jaja”, a to z tego prostego względu, że przestały walczyć o prawa ubogich do dostatniego życia, przestały walczyć z kapitalizmem, bo ich członkowie zrozumieli, że nie bardzo jest jak walczyć z chciwą naturą ludzką, a w dodatku świetnie sobie w tym kapitalizmie radzą. Dzięki temu systemowi zarabiają niezłe pieniądze. W związku z tym szukają innej tożsamości. Marksa zastępują walką o prawa innych „wykluczonych” – imigrantów, kobiet czy homoseksualistów. Wszystko dobrze, ale w takim wypadku nie bardzo mogą liczyć na poparcie „mas”, które aż tak „postępowe” nie są. 

No właśnie. Bo teraz walka z ksenofobią, antyfeminizmem czy homofonią to jest awangarda postępu pojmowanego przez współczesną lewicę (niekoniecznie w Polsce, bo tutaj w ogóle nie wiadomo o co lewicy chodzi). Natomiast postęp w znaczeniu lepsze życie dla każdej ludzkiej jednostki, ale także każdej rodziny, stał się domeną partii pogardliwie zwanych populistycznymi. A do tego worka można już wpakować zarówno faktycznie jakichś epigonów starej lewicy, jak i faszystów, nazistów, liberałów, chadeków i wszystkich tych, którym zależy na pozyskaniu popularności wśród „ludu”. 

Nie prowadziłem na ten temat kwantytatywnych badań, więc nie mogę stanowczo twierdzić, że większość ludzi podziela moje pojmowanie postępu. Wydaje mi się jednak, że spora część Europejczyków, kiedy myśli „postęp”, ma na myśli to, co ja, czyli przede wszystkim wszelkie kroki w kierunku uczynienia życia ludzkiego znośniejszym. Co to znaczy? Nie wymaga dodatkowych definicji postęp techniczny. Oto dwadzieścia lat temu ludzie musieli szukać czynnej budki telefonicznej, jeśli chcieli się z kimś nagle skomunikować. Obecnie mamy telefony komórkowe. Czysty postęp. 

Postęp wg mnie, to również podnoszenie standardów życia wszystkich ludzi, a więc zapewnienie im wystarczającej ilości jedzenia, opieki zdrowotnej na dobrym poziomie oraz zapewnienia im równości wobec prawa (sprawiedliwych sądów) oraz dostępu do najwyższej jakości edukacji. Te czynniki (z pewnością kilka pominąłem), czyli wszystko to, co pozwala ludziom godnie żyć i dobrze się czuć to jest postęp. Drogi do osiągnięcia tych celów mogą być jednak bardzo różne. 

W służbie zdrowia Amerykanie przodują jeśli chodzi o postęp medycyny w technicznym znaczeniu tego słowa. Co do organizacji i powszechnej dostępności usług medycznych, wiele pozostaje do życzenia. W Polsce, jak się okazuje, lekarze pierwszego kontaktu nie są aż tak źli (są to oceny porównawcze, więc nie popadajmy w samozachwyt, bo do ideału nam brakuje), bo w krajach zachodnich podobno większość dolegliwości leczą środkami przeciwbólowymi. Nie wolno oczywiście generalizować, bo gmina gminie nierówna, lekarz lekarzowi itd. 

Chodzi jednak o to, że dla jednych powszechna opieka zdrowotna jest wyznacznikiem postępu, podczas gdy dla innych będzie nim prywatyzacja całej służby zdrowia w wierze, że tylko ludzie pracujący na swoim zapewnią postęp. 

Podobnie jest we wszystkich innych dziedzinach. Realizacja postępu pojmowanego tak, jak przedstawiłem powyżej jest niestety często mylona z samym postępem. Od czasów rewolucji francuskiej ideologie głoszące pewne ustroje polityczne, czy też same te ustroje, pojmowane są jako synonimy postępu, a to jest błąd w rozumowaniu. 

Ustrój republikański często przedstawia się jako postępowy w porównaniu z monarchią. Nie jest to wcale takie jasne. Bywają bardzo represyjne republiki (Rosja), jak i bardzo demokratyczne monarchie (Wielka Brytania, Holandia, kraje skandynawskie). W takim razie pewnie demokracja jest bardziej postępowa od rządów autorytarnych? Też wcale niekoniecznie, ponieważ jeśli dany kraj składa się z ludzi o agresywnych poglądach, to będą demokratycznie tę agresję realizować. Nie ma to nic wspólnego z postępem. 

Konstytucja 3 maja z 1791 roku nie była wcale dokumentem ubezpieczającym demokrację. Ba, projekt Szczęsnego Potockiego zastąpienia monarchy rotacyjnym zarządem kraju przez poszczególne województwa to byłby dopiero „demokratyczny” eksperyment! Niemniej do dziś szanujemy dokument, który wprowadzał w Polsce scentralizowaną (zlikwidowano odrębność Wielkiego Księstwa Litewskiego) monarchię dziedziczną. Doskonale wiemy, że w tamtych czasach w otoczeniu świetnie zorganizowanych i zcentralizowanych mocarstw, była to jedyna rozsądna propozycja. Konstytucja amerykańska też zresztą była krokiem w kierunku centralizacji kraju, ponieważ poprzedni dokument, wg którego młoda konfederacja amerykańska miała się rządzić (Artykuły Konfederacji) nie przewidywał praktycznie żadnej władzy wykonawczej. Centralną władzą miał być tylko Kongres. Cała reszta prerogatyw należała do poszczególnych stanów, czyli państw (state – państwo). Alexander Hamilton doskonale wiedział, że w takim kształcie młode państwo nie będzie się w stanie ostać następnemu atakowi Anglii, albo Francji, która w tym czasie zdążyła się na USA pogniewać. 

Thomas Jefferson był przeciwny zbytniej centralizacji, dlatego stał na straży praw poszczególnych stanów, jak i poszczególnych obywateli przeciw nadużyciom władz federalnych. Kiedy jednak sam został prezydentem nie mógł nie bronić interesów kraju jako całości. 

Wiele się dziś mówi o deregulacji i decentralizacji, wychodząc z częściowo słusznego założenia, że ludzie z danego terenu najlepiej wiedzą jak wydać własne pieniądze. Trochę jest to dziwne w świetle tego, że funkcjonujemy w Unii Europejskiej, która najpierw pieniądze zbiera, a później dopiero rozdziela, ale dobrze wiemy, że chodzi tu o równomierne rozłożenie postępu. Kraje biedne na postęp techniczny (np. infrastruktura drogowa) nigdy by sobie nie mogły bez pomocy z Brukseli pozwolić. 

Jakobini, którzy uważali się za największych „postępowców” i „demokratów” wprowadzili we Francji system o wiele bardziej scentralizowanej władzy, niż w czasach świetności monarchii absolutnej. Napoleon, jeszcze jako generał republikański, wszędzie gdzie się pojawił ze swoją armią, likwidował nie tylko stare monarchie, ale i stare republiki (Wenecja, Szwajcaria), zastępując je „klonami” republiki francuskiej. Później z równym zapałem zmieniał je wszędzie w „nowoczesne” monarchie. 

I właśnie! Napoleona Bonapartego trudno nazwać demokratą. Był despotycznym dyktatorem, przez monarchistów zwanym uzurpatorem i tyranem, ale był człowiekiem postępu! Właściwie trudno sobie wyobrazić Europę bez zmian wprowadzanych przez tego jednego człowieka! Obywatelska równość wobec prawa stała się normą we wszystkich krajach, które podbił, a więc likwidacja różnic stanowych. Krok ku demokracji? Skądże, ale jednak ludzie z warstw najniższych mogli poczuć osobistą godność. Podobnie było z emancypacją Żydów, którzy teraz mieli prawo wyjść z gett i być traktowani jak wszyscy inni obywatele. 

Rok 1815 (Kongres Wiedeński) miał na celu przywrócenie starych porządków, ale nic już nie mogło być takie jak przed Napoleonem. Co prawda w niektórych państwach włoskich tak nienawidzono tego człowieka, że zlikwidowano nawet oświetlenie gazowe ulic, tylko dlatego, że to on je wprowadził, a w Państwie Kościelnym zlikwidowano szczepienia przeciwko ospie (z tych samych powodów), ale zmian w myśleniu nie można było cofnąć. Można uwierzyć w jakąś opatrznościową rolę Napoleona, który narobił wiele bałaganu, sam był despotą, ale pozostawił po sobie „postępowe” myślenie. 

Przed nim byli zresztą inni „postępowcy”. W Rosji do dziś szanuje się Piotra Wielkiego, który system przywilejów z racji urodzenia zastąpił systemem „czynowym”, czyli stopniami awansu urzędniczego. Przynajmniej w teorii oznaczało to, że człowiek z nizin mógł się dosłużyć wysokiego stanowiska dzięki swojej pracy. W Prusach Fryderyk II również zorganizował „nowoczesne” państwo, w którym poszczególni poddani wcale nie czuli się nieszczęśliwi z powodu absolutyzmu monarchy. 

Z przykładów bliższych nam czasowo można przypomnieć szacha Iranu Rezę Pahlavie’go, który demokratą z pewnością nie był, opór opozycji krwawo potrafił tłumić, ale próbował wprowadzić postęp – techniczny i organizacyjny. Obecna demokracja, bo Iran jest dziś niewątpliwie krajem o wiele bardziej demokratycznym, niż za rządów szacha, wydaje się krokiem w kierunku średniowiecza. 

Ale teraz właśnie trzeba sobie zadać pytanie. Skoro „postęp” to działania w kierunku zapewnienia ludziom szczęścia, a nowinki techniczne, ani zachodnia demokracja, czy zachodnie prawa człowieka tego szczęścia ludziom nie dają, to co wtedy? Co, jeśli ludzie (w każdym razie zdecydowana ich większość) w „średniowieczu” czują się szczęśliwi? 

Co jeśli „postęp” idzie tak daleko, że wzbudza strach większości i to do tego stopnia, że nawet nazwanie tej większości „Ciemnogrodem” już nie działa? Oto są dylematy współczesności. 

„Postęp” mimo wszystko nie jest precyzyjnie zdefiniowany. Nawet jeśli jest, to okazuje się że dla wielu nie jest niczym dobrym. Z drugiej strony pojawia się pytanie, czy nie lepiej się żyje w kraju autorytarnym, który co prawda bez demokratycznego mandatu, ale stara się zapewnić wszystkim względne zadowolenie i gdzie tłamsi się np. ksenofobię, czy w demokracji, gdzie poszczególne grupy dyszą nienawiścią do siebie? Irak Saddam Husseina był rządzony twardą ręką, a rodzinka dyktatora pozwalała sobie na szereg świństw, ale ogół żył bezpiecznie, kwitły interesy a ludzie mieli pracę. Amerykańska „demokracja” doprowadziła do tego, że wylazły stare krwawe antagonizmy między szyitami, sunnitami i Kurdami. W dodatku krwawych porachunków między nimi nikt nie jest w stanie powstrzymać. 

Broń Boże nie tęsknię za zbrodniarzem Saddamem w Iraku, ale tam to akurat on gwarantował „postęp”. Wiem, że narażę się wielu, ale śmiem twierdzić, że w Czeczenii to Rosja była gwarantem postępu. Kiedy na krótko (po pierwszej wojnie czeczeńskiej) Rosjanie zostawili ten kraj sam sobie, okazało się, że Czeczeni nie umieli sami sobą rządzić, bo się pogrążyli w wewnętrznych waśniach. Nie ma co nawet wspominać współczesnych krajów Afryki, które po opuszczeniu ich przez byłych władców kolonialnych, pogrążyły się we wzajemnych krwawych waśniach, zaś jedyny „postęp”, jaki daje się tam zaobserwować, to zakup coraz nowocześniejszej broni od cynicznych biznesmenów z krajów o wyższym zaawansowaniu naukowo-technicznym. 

Wiele jest do zarzucenia Unii Europejskiej. Kretyńskie szczegółowe dyrektywy Komisji Europejskiej często robią wrażenie, jakby pochodziły z jakiejś surrealistycznej ponurej baśni. Niemniej w Polsce dzięki Unii zbudowano szereg dobrych dróg. A to jest postęp i to jak w najlepszym znaczeniu tego słowa. 

Czy musimy wybierać między „demokracją” a „postępem”? Najlepiej byłoby oczywiście, gdyby takiej potrzeby nie było. Specjalnie nie dotykam tutaj czasów komuny, ponieważ jest to temat u nas dość bolesny. Niewątpliwie był to system zbrodniczy. W wielu dziedzinach jednak „postęp” dokonany w tym ustroju jest niezaprzeczalny. W roku 1939 w rocznicę konstytucji 3 maja zwrócono się do obywateli Rzeczypospolitej o datki na walkę z analfabetyzmem. Komuniści po II wojnie światowej po prostu zorganizowali za państwowe pieniądze kursy, które faktycznie analfabetyzm zlikwidowały. Dostęp do szkolnictwa średniego i wyższego to też był postęp, choć oczywiście inną sprawą jest zakres i treści nauczanego materiału. 

Nigdy nie powiem, że komuna była lepsza od demokracji. Postęp wprowadzany na siłę bywa gorszy od jego braku. Ale czy hamowanie postępu, albo wręcz milowe kroki wstecz, w imię demokratycznej woli większości to jest coś godnego polecenia? 

niedziela, 3 maja 2009

Trzeciomajowy festyn na Plantach

Jeden z moich wujków kiedyś stwierdził (w latach 80. poprzedniego stulecia), że przed wojną w Polsce "bida aż piszczała", ale ludzie potrafili cieszyć się życiem. Wiem z opowiadań ś.p.  babci, że robotnicy w sobotę po południu (w soboty praca kończyła się o 12.00 a nie jak zwykle o 14.00)  zabierali patefony z olbrzymimi tubami, akordeony i bałałajki, oraz beczki piwa i udawali się na piknik,  do którego wykorzystywano każdy skrawek zieleni. Jednym z takich miejsc był zagajnik, gdzie dziś w Łodzi znajduje się park 3 Maja.  

Dlaczego akurat to mi się przypomniało? Otóż dzisiaj wybrałem się z rodziną na krótki spacer do białostockiego parku, czyli "na Planty". A tam z okazji święta państwowego festyn. Jako dziecko bardzo lubiłem festyny i pieczoną kiełbasę z grilla z musztardą w czasach, kiedy grillowanie nie stało się jeszcze tak powszechną "plagą".  Jako dziecko lubiłem też pochody pierwszomajowe, które powodowały we mnie żadnych skojarzeń politycznych, ale barwny przemarsz Piotrkowską malowniczych grup cudzoziemskich studentów (w Łodzi była przecież "Wieża Babel", czyli Studium Języka Polskiego dla cudzoziemców, którzy po opanowaniu podstaw naszego języka albo zostawali na studiach w Łodzi, albo rozjeżdżali się po uczelniach w innych miastach ), olbrzymie kukły światowych polityków, np. ówczesnego prezydenta USA, Richarda Nixona. Mnie do dziś utkwiła w pamięci olbrzymia głowa Mosze Dajana, izraelskiego generała z opaską na miejscu po oku. Grały orkiestry - od tramwajarskich po dixielandowe. Maszerowali lub jechali malowniczymi powozami i dorożkami wszyscy aktorzy łódzkich teatrów, z których wielu znało się z telewizji. To było przeżycie. To był dotyk świata, który stanowił odskocznię monotonii gierkowskiej rzeczywistości. Ustawialiśmy się z rodzicami najczęściej przy sklepie z odzieżą dziecięcą  "Jacek i Agatka", którego już dawno nie ma, i chłonąłem wrażenia barw i niezwykłych ludzi. 

W starszych klasach podstawówki przestałem chodzić oglądać pochód, bo jakoś straciły dla mnie swoją siłę przyciągania. W liceum natomiast jakiekolwiek zainteresowanie pochodem byłoby obciachem, bo do IV LO w Łodzi poszedłem w roku 1980, a więc "Solidarność". Od tego czasu nic już nie było takie jak przedtem. Pochody (podobno) stały się faktycznie tylko manifestacjami poglądów politycznych związanych z PZPR, a więc demonstracjami czegoś, z czym normalny nastolatek nie chciał mieć nic wspólnego.    

Niedawno usłyszałem w radio wypowiedź mojego rówieśnika, albo człowieka nieco młodszego, który wspominał przymus, pod jakim uczniowie szkół musieli brać udział w pochodach pierwszomajowych.  Być może było tak w innych miastach, a może w innych szkołach, ale ani szkoła podstawowa nr 32 na Kopcińskiego, ani IV LO nigdy od nas czegoś takiego nie wymagały. 
Wiem, że niektórzy z moich nauczycieli zarówno w podstawówce, jak i w liceum byli partyjni, a niektórzy nawet bardzo, ale manifestacji wierności partii komunistycznej typu uczestnictwa w pochodzie od uczniów nikt nie żądał.      

Rozpisałem się o tym 1 maja, ale to wcale nie o to święto chodzi. Rzecz w tym rodzinnym świętowaniu. W każdych czasach bywały chwile, w których ludzie chodzili z rodzinami na spacer, na którym wydawali pieniądze na różne atrakcje dla dzieci. Dla tych ostatnich to bardzo miłe wspomnienia. Dla dorosłych zresztą też takie spacery i spotkania ze znajomymi na festynie, to doświadczenia wielce sympatyczne. Często jest tak, że takie miłe chwile docenia się po jakimś czasie, m.in. jako reminiscencje szczęśliwego dzieciństwa. Na codzień poddajemy się paskudnemu nałogowi, jaki został Polakom zaszczepiony w czasach komuny - narzekania na wszystkich i wszystko dookoła. Często nie umiemy sami przed sobą się przyznać, że oto jest fajnie. Ja nie mówię, żeby popaść w jakieś kretyńskie samozadowolenie, ale docenienie tego, co jest dobre. 

Dzisiaj na białostockich Plantach była olbrzymia scena z najrozmaitszymi zespołami muzycznymi i  tanecznymi, były konkursy wiedzy, wzdłuż alejek przedstawiciele ościennych gmin wiejskich wystawili swoje smakołyki - chleby, kiełbasy, miody, sękacze i inne ciasta. Były oczywiście lody i wata na patyku, bez której żaden festyn obejść się nie może. Swój sprzęt pokazywała policja, saperzy i żadnarmeria wojskowa. Wystawiono dziesiątki ogródków piwnych, w których ludzie popijając złocisty napój uśmiechali się do siebie. Jestem przekonany, że na nic nie narzekali. 

Po latach zakazu obchodów święta 3 maja, już w wolnej Polsce podnosiły się głosy, że ten dzień nadal nie dociera do świadomości Polaków, że się go należycie nie obchodzi. Mogę dziś zaświadczyć, że się obchodzi i to obchodzi tak, jak obchodzić się powinno. Jest to jeden z nielicznych dni w roku, kiedy ludzie mogą poczuć się zrelaksowani, a może nawet szczęśliwi. Jest to bardzo cenne. 

Przed wojną "bida aż piszczała", ale ludzie potrafili się cieszyć tym co mieli, drobnymi przyjemnościami, a festyn to już była wielka przyjemność. Ta sielanka długo nie trwała. Po wojnie często nie pamiętano tej "bidy", ale te wesołe chwile. Nie chciałbym, żebyśmy doceniali to, co się teraz dzieje, kiedyś, kiedy być może będzie inaczej. Mam nadzieję, że będziemy w Polsce żyć coraz lepiej, bo bez takiej nadziei trudno w ogóle żyć. Mimo to chciałbym, żebyśmy już teraz umieli dostrzec, że dzisiejszy dzień na Plantach był chwilą dobrą, która świadczy o tym, że mimo paniki, jaką w związku ze światowym kryzysem gospodarczym rozsiewają media, są momenty, w których żyje się fajnie.               

Konstytucja 3 Maja w ujęciu profesora Andrzeja Chwalby

Dzisiaj obchodzimy rocznicę uchwalenia pierwszej polskiej konstytucji, a drugiej, po amerykańskiej, na świecie. W związku z tym Onet opublikował "kontrowersyjny" wywiad z profesorem Andrzejem Chwalbą z Uniwersytetu Jagiellońskiego. 

http://wiadomosci.onet.pl/1555223,1292,1,konstytucja_3_maja_zgubila_rzeczpospolita,kioskart.html

Czytając ten tekst, a także komentarze studentów historii pod nim, zastanawiam się, czy istnieje coś takiego, jak liczba lat poświęcona studiowaniu jakiegoś przedmiotu, która gwarantowałaby wydawanie mądrych wyroków na jego temat. Jestem coraz bardziej pesymistyczny w tym względzie. Oto człowiek z tytułem profesorskim popisuje się koncepcją, że gdyby nie konstytucja 3 maja, nie byłoby rozbiorów, a lepiej byłoby przetrwać Polsce jako protektorat rosyjski, niż w ogóle nie przetrwać. W dodatku, dodaje profesor, nowoczesność w naszym państwie wprowadziłby nam kilka lat potem Napoleon, więc wyskakiwanie z rewolucyjnym aktem (bo tak konstytucja była postrzegana przez państwa ościenne) było polityczną nierozstropnością. 

Sojusz z Prusami, o który oparli się reformatorzy, był oczywiście wielką naiwnością i tu trzeba się z profesorem Chwalbą zgodzić. Prusy nie były zainteresowane wzmacnianiem Rzeczypospolitej, a wręcz przeciwnie, na jej rozbiorze mogły najwięcej zyskać. To jest prawda. Stawianie jednak zarzutu twórcom konstytucji, że ośmielili się ją uchwalić, czym sprowokowali rozbiory, to jakaś kosmiczna bzdura. 

Może zarówno profesor Chwalba jak i studenci popierający jego tezy powinni użyć więcej wyobraźni i "wejść" w umysły roformatorów z okresu Sejmu Wielkiego? Oto Hugo Kołłątaj i jego koledzy zbierają się i myślą tak: "Konstytucja? Dobry pomysł, ale lepiej nie. Nie drażnijmy carycy. A nuż się pogniewa i tupnie nogą? Lepiej zaczekajmy 20 lat z reformą państwa. Załatwi ją nam cesarz Francuzów, Napoleon". Kto w 1791 roku mógł przewidzieć, że pojawi się ktoś taki, jak Napoleon Bonaparte? Kto mógł przewidzieć, że wypowie wojnę całej Europie i zacznie w niej wprowadzać nowoczesne porządki? Kto mógł przewidzieć, że zdecyduje się na wyprawę na Rosję? Kto mógł przewidzieć, jak się zachowa wobec Polski i Polaków. Być może bracia sarmaci w obawie przed jego niebezpiecznymi nowinkami, murem stanęliby przy carze Rosji, który gwarantowałby stary porządek. 

To, co proponuje profesor Chwalba, to rzeczywistość PRLu, a może bardziej Królestwa Kongresowego, tylko już w latach 90. XVIII wieku. Wszyscy krytycy powstań (które faktycznie były obliczone "na zamiary" i przez to przegrane) wychodzą z założenia, że lepiej było siedzieć cicho, słuchać obcych władz, a potem ewentualnie poczekać na zmianę sytuacji międzynarodowej. Tak przecież po setkach lat zniemczenia pojawili się na arenie politycznej Czesi czy Słoweńcy. Czy Polacy powinni iść tą drogą?  Czy można stawiać naszym przodkom zarzut z tego, że chcieli być historii podmiotem a nie biernym przedmiotem?  

Twórców "Solidarności" też można oskarżyć z pozycji filisterskich o to, że sprowokowali stan wojenny. Można by ich oskarżyć o igranie z ogniem, bo przecież istniał Związek Sowiecki. Zamiast "Solidarności" i okrągłego stołu, powinniśmy poczekać na to, aż Gorbaczow sam zdemontuje swoje państwo (ostatnio redaktor Rafał Ziemkiewicz razem z doktorem Antonim Dudkiem wypowiadali się w telewizji, że rozpad bloku wschodniego i ZSRR był wpisany w politykę władz  tego ostatniego co najmniej od 1986 roku, jeśli nie już 1983).

Błędów popełniamy w historii co nie miara i to jest prawda, ale nóż się w kieszeni otwiera, kiedy z ust profesora historii słyszy się dokładnie to, co powtarzała kołtuńska szlachta w XVIII wieku, że "nierządem Rzeczpospolita stoi", czyli niech Polska będzie słaba, a rządy w niej chaotyczne i niestabilne, bo nikt wtedy nie będzie miał interesu na nią napaść.  Silna natomiast stałaby się zagrożeniem dla sąsiadów, którzy wtedy zechcą ją we własnym interesie osłabić. Ten typ myślenia zawsze był pokazywany w szkolnych podręcznikach jako przykład głupoty w najczystszej postaci. Tym razem pojawia się w ustach człowieka z tytułem profesorskim. Tylko pogratulować. 

Podczas jednych z zajęć z historii dwudziestolecia międzywojennego z doktorem (wówczas) Andrzejem Harasimowiczem na Uniwersytecie Łódzkim, pewien nasz kolega (oryginał i dziwoląg zresztą) stwierdził, że polskie próby dozbrojenia armii przyspieszyły napaść Niemiec na nasz kraj. Dr Harasimowicz odpowiedział, że "jeżeli uważa pan, że kupno kożucha powoduje nadejście zimy, to ma pan rację".  Taką odpowiedź dedykuję również profesorowi Chwalbie i zwolennikom jego "nauk". 

niedziela, 26 kwietnia 2009

Bar "U Wołodzi" a sowieckie zbrodnie

Podczas wielkanocnego śniadanio-obiadu w którym towarzyszyła nam rodzina żony z Hajnówki, zahaczyliśmy o „Bar u Wołodzi”, turystyczną atrakcję tego miasta. Właściwie byłą atrakcję, ponieważ właściciel rzeczonego lokalu popadł w kłopoty różnego rodzaju i praktycznie jego słynny bar już nie funkcjonuje.
Wujek, który pamięta obie sowieckie okupacje (1939-41 i 1944-45, jeśli nie liczyć 44 lat PRLu), i na bolszewików strasznie jest cięty, nie może się nadziwić, jak to możliwe, że można przyozdabiać bar sowieckimi gadżetami (popiersia Lenina, czerwone gwiazdy i flagi itd.), obnosić się w sowieckim mundurze, podczas gdy byłoby to nie do wyobrażenia, gdyby ktokolwiek paradował w mundurze SS, albo umieścił w lokalu gastronomicznym w widocznym miejscu hitlerowską swastykę. Jak to się dzieje, że symbole jednego krwawego totalitaryzmu, który ma na sumieniu miliony istnień ludzkich, a który był wrogi wobec wszystkiego, co polskie, jest tolerowany, podczas gdy sama myśl o symbolach tego drugiego wzbudza w nas dreszcze wręcz irracjonalnego strachu?
Mówiąc szczerze, znalezienie odpowiedzi na to pytanie nie jest łatwe. Na opisany stan rzeczy może się składać szereg czynników. Jednym z nich jest niewątpliwie skuteczniejsza propaganda sowiecka. Komuniści przez dziesiątki lat zwodzili cały świat humanizmem swojego przesłania. Nie jest żadną tajemnicą, że pod wielkim wpływem Stalina pozostawali zarówno intelektualiści (np. G.B.Shaw), jak i czołowi politycy ówczesnego świata (F.D.Roosevelt, choć ten komunistą ani socjalistą w europejskim znaczeniu tego słowa nie był). Jeśli nawet docierało coś do nich o okrucieństwach stalinowskiego reżimu, to zachodni lewicujący mądrale traktowali je jako konieczność wynikającą z logiki rewolucji społecznej.
Nawet dzisiaj, kiedy wydawałoby się, że wiele już odkryto i podano do publicznej wiadomości, ładnych parę lat po „Archipelagu Gułag” Sołżenicyna, czy „Innym świecie” Herlinga-Grudzińskiego, nadal uważa się, że komunizm nie był ideologią tak zbrodniczą jak nazizm. Pamiętam wypowiedź Szewacha Weissa (byłego ambasadora Izraela w Polsce), w której stanowczo odmówił postawienia znaku równości między nazizmem a komunizmem. Można powiedzieć, nic dziwnego, skoro Hitler jawnie wzywał do eksterminacji Żydów, podczas gdy w sowieckim aparacie Żydzi często odnajdywali swoje miejsce na ziemi. Jak na ironię, Stalin od czasu do czasu organizował antysemickie nagonki, ale zawsze robił to tak sprytnie, że nigdy nie nazwał swoich działań po imieniu, podczas gdy dla nazistowskich Niemców antysemityzm był imperatywem ideologicznym.
Skuteczność sowieckiej propagandy niczego jeszcze nie tłumaczy. Mimo wszystko, miliony ludzi w Polsce dobrze wiedziały, czym jest bolszewizm. Szczególnie mieszkańcy kresów wschodnich, którzy niekiedy czekali na nadejście Niemców (w 1941 r.), ponieważ okupacja sowiecka była nie do zniesienia. Deportacje, aresztowania i egzekucje, głód i poniżenie, to były codzienne doświadczenia tych ludzi. Czy nie potrafili przekazać prawdy o tych czasach młodszym pokoleniom? No może i potrafili, ale żyjąc przez 45 lat pod władzą, która nie pozwoliła złego słowa powiedzieć na Związek Sowiecki, może dla świętego spokoju pozwalali dzieciom oglądać „Czterech pancernych i psa” i nasiąkać podziwem dla koleżeńskich sołdatów i pięknej Marusi? Część Polaków znalazła swoje miejsce w komunistycznym aparacie, a ich potomkowie dziś mówią, żeby jak najszybciej zapomnieć o tym, co było kilkadziesiąt lat temu. W ten sposób wzmacniają relatywizm w ocenie zbrodni sowieckich wobec zbrodni hitlerowskich.
Czy to już tłumaczy wszystko? Przecież w ciągu 45 lat ludzie w jakimś stopniu tak się przyzwyczaili do komunizmu w codziennym życiu, tak pewne jego elementy weszły ludziom w głowę, że nawet najwięksi opozycjoniści i bojownicy o demokrację nie byli (i nadal nie są) wolni od pewnego sposobu myślenia, w którym wyrośli. Nie mówię tu o wierze w ideały komunizmu (choć oczywiście idealna „sprawiedliwość społeczna” marzy się wszystkim, no, może oprócz Unii Polityki Realnej Korwina-Mikke), ale o tym, że obecność pewnych ludzi w świecie polityki zawsze będzie czymś normalnym. Co więcej, ci sami ludzie, którzy swego czasu głosili komunizm i wierność sojuszowi ze Związkiem Sowieckim, sami podchodzili do tych „ideałów” cynicznie i koniunkturalnie. Dzisiaj od 20 lat robią oko do opinii publicznej i mówią, że nigdy nie byli zwolennikami sowieckiego totalitaryzmu. Głośno się śmieją z własnej komunistycznej przeszłości i w tym są podobni do tych, którzy śmiech uczynili bronią w walce z totalitaryzmem.
Kabaret Pietrzaka czy Laskowika to w latach 80. były potężne głosy, w których społeczeństwo odnajdowało swoją godność, mogąc pośmiać się z idiotyzmów komunizmu. Przez półtora roku (od sierpnia 1980 do 13 grudnia 1981 r.) wyśmiewano głośno komunizm i komunistów, wyśmiewano sojusz ze Związkiem Sowieckim i sam Związek Sowiecki. Ten śmiech pozwalał żyć, pozwalał się zdystansować od totalitarnej rzeczywistości i poczuć własną przewagę nad ową rzeczywistością. Kto się potrafi z kogoś śmiać, ten się go nie boi i okazuje mu pogardę. Śmiech przemawia do większości ludzi o wiele szybciej niż wykłady z historii na temat zbrodni. To dlatego o nieszczęściach wolimy nie myśleć i przewdziewamy błazeńskie maski.
Kolejny czynnik, który jest w pewnym stopniu związany z poprzednim, to nasza historyczna pogarda wobec naszych wschodnich sąsiadów. Już u Galla Anonima znajdziemy wzmiankę, w której wysłannicy polskiego księcia zastając księcia ruskiego nad rzeką z wędką, zaczynają przemowę od „jużci nasi książęta nigdy tego nie czynili”. Wyśmiewają się z wędkarstwa jako zajęcia niegodnego wojownika, a tym bardziej władcy. Jeśli poczytamy pamiętniki czy to Paska, czy Poczobutta-Odlanickiego, bez trudu odnajdziemy pogardę wobec Moskali, jako ludzi stojących na niższym stopniu rozwoju cywilizacyjnego. Henryk Rzewuski w „Pamiątkach Soplicy” przeciwstawi „kacapów”, czyli Moskali, „naszym” Rusinom, czyli Ukraińcom. Ci ostatni są piękni i zadbani, podczas gdy ci pierwsi noszą długie nieestetyczne brody. Pogarda wobec Rosjan pomagała przetrwać zabory i utrzymać narodową tożsamość, chociaż akurat w wieku XIX Rosjanie reprezentowali bardzo wysoki stopień rozwoju kultury i nauki. Rosyjska literatura drugiej połowy XIX w. nie ma sobie równych (co jako Polak i ślepy miłośnik Sienkiewicza, Prusa i Żeromskiego przyznaję z niechęcią, ale takie są fakty). To „spojrzenie z góry” na „wschodnią dzicz” stanowiło m.in. czynnik, który nie pozwolił na rusyfikację, ponieważ równałaby się ona z cywilizacyjną degradacją.
O bosej bolszewickiej armii z karabinami na sznurkach wiadomo było w Polsce zarówno w roku 1920 jak i w 1939 (wujek zapamiętał sowieckich dowódców w oficerkach z brezentu zamiast skóry). Ludzie cierpieli, ale m.in. siłę do przetrwania czerpali z myśli, że coś tak mało cywilizowanego, coś tak po prostu głupiego nie może przetrwać. Jak wiemy, tragicznie się mylili, ale myśl o własnej wyższości ich nie opuszczała i paradoksalnie to ona dała nam nie tyle siłę, ale w ogóle motywację do wykrzesania tej siły. Myślenie typu „wy nas zabijacie i niszczycie, ale my i tak się z was śmiejemy” przetrwała przez pół wieku sowieckiej dominacji. Czy takie rozumowanie było zawsze słuszne, to sprawa dyskusyjna. Rosjanie, obok bijącej w oczy głupoty pewnych rozwiązań ustrojowych, mieli zawsze grupę ludzi niezwykle inteligentnych – z jednej strony funkcjonariuszy tajnych służb, a z drugiej mniej lub bardziej prześladowanych intelektualistów. My w swojej prześmiewczości nie zawsze potrafiliśmy odróżnić jednych od drugich (i nadal nie potrafimy).
Teraz przyjrzyjmy się Niemcom. Przecież my od samego początku naszego istnienia jako byt państwowy, żyjemy w kompleksie niższości wobec Niemców. Piastowie od początku do końca panowania dynastii sprowadzają Niemców do Polski, żeby budowali nam cywilizację. Jakkolwiek może mnie to boleć jako polskiego patriotę, takie są fakty. Szereg rzemiosł, a przede wszystkim organizację rzemiosła (system cechowy), organizację miejską, innowacje w rolnictwie itd. przynieśli przybysze z zachodu sprowadzeni przez naszych kochanych Piastów. Na Śląsku doszło do tego, że dzielnica ta w praktyce prawie całkowicie uległa zniemczeniu. To samo jednak groziło Poznaniowi i Krakowowi. Gdyby nie „czystka etniczna” czy wręcz „ludobójstwo” (używając dzisiejszej nomenklatury) Władysława Łokietka, być może uleglibyśmy zniemczeniu tak jak to się w tamtym czasie stało z Czechami. Wrogość wobec Krzyżaków za ostatnich Piastów i za Jagiellonów splatała z podziwem dla ich sprawności organizacyjnej, umiejętności budowy zamków i techniki wojskowej. Okres Rzeczypospolitej królów elekcyjnych to okres braku wyraźnych wrogich stosunków z Niemcami. Przy okazji z Niemiec przyszedł do nas druk, a Kopernik wydaje swoje dzieło w Norymberdze. Veitowi Stossowi (Witowi Stwoszowi) z Norymbergi zawdzięczamy jeden z najpiękniejszych zabytków polskiej sztuki – ołtarz mariacki. W wieku XVIII wybieramy niemieckojęzycznych władców Saksonii na naszych królów. Ba, szlachta ich uwielbia.
Pod zaborami uczymy się od Prusaków skutecznej organizacji, samorządności i gospodarności. Wielkopolanie nie chcąc być wykupieni przez „obcy kapitał” (że znowu użyję dzisiejszej nomenklatury) sami zorganizowali się tak skutecznie, że z powodzeniem konkurowali gospodarczo z Niemcami. Niemiec w powszechnej świadomości nie był człowiekiem, którym można było gardzić. Można było się go bać, albo nienawidzić, ale nie gardzić.
Podczas okupacji niemieckiej podziemie oczywiści rozpowszechniało dowcipy o Hitlerze, Goeringu czy Goebbelsie, ale z opowieści ludzi, którzy te czasy pamiętają, wiem, że do roku 1940, kiedy Niemcy rozpętali bezprzykładny terror wobec polskiej ludności cywilnej, podziwiali ich z doskonałą i sprawną organizację, która często była lepsza od przedwojennej polskiej. Tych ludzi znowu można było się panicznie bać, i z głębi serca nienawidzić, ale śmiać się nie bardzo było jak.
Mało kto potrafi śmiać się ze śmierci (o ile ktoś sobie zdaje sprawę z jej powagi). Hitlerowska okupacja trwała krótko i jest postrzegana jako zło absolutne, zło w czystej postaci. Zbrodnie sowieckie zdążyły się rozmyć w komunistycznej propagandzie otumaniających szereg „intelektualistów”, w stosukowo długim czasie, w którym trzeba było jakoś żyć, i w śmiechu, który w ogóle pozwalał żyć.
To dlatego (zamknięty już) hajnowski „Bar u Wołodzi” kojarzył się ze śmiechem z bolszewickiego absurdu, a nie z sowieckimi zbrodniami. Czy to dobrze? Nie wiem, bo niewątpliwie zbrodnie sowieckie dorównywały niemieckim, ale czy to źle, że ludzie się dzisiaj z tego śmieją? Ani przez moment bowiem nikomu nie powinno przyjść do głowy, że Wołodzia z Hajnówki chciał na poważnie wskrzesić ducha Związku Sowieckiego!

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Obyczaje starsze niż islam

Ponieważ ten blog jest z założenia "głośnym myśleniem",  wpisy na nim nie pretendują do wiedzy ostatecznej, a jedynie reprezentują obecny stan wiedzy i emocji autora. Poniższy podcast jest częściowo odpowiedzią na moje wątpliwości. 


Często lokalne przedislamskie obyczaje, które niestety przetrwały, utożsamiane są błędnie z samym islamem, przez co często niesprawiedliwie wrzuca się do jednego worka zwolenników wycinania kobietom łechtaczek (Afryka), czy  "morderstw honorowych" (obyczaj azjatycki) z normalnymi ludźmi chcącymi żyć według zasad, które uważają za dobre i które w większości pokrywają się z zasadami innych systemów etycznych. 


niedziela, 19 kwietnia 2009

Granice wolności religijnej

Temat kontrowersyjny i budzący wiele emocji (często niezdrowych). Problem religii w cywilizowanych krajach został sprowadzony do sfery prywatności i bardzo dobrze, ale kwestie tożsamości, a przede wszystkim sposobu i organizacji życia społecznego nie pozwalają religiom spokojnie sobie trwać w owej prywatności. Nie wystarczy ogłosić, że państwo jest oddzielone od Kościoła/ów. Państwo niejednokrotnie jest stawiane w obliczu konieczności podjęcia konkretnych decyzji dotyczących granic wolności religii, wolności jednostek i wolności innych od "molestowania religijnego". Jak widzimy, współczesne państwa europejskie nie prowadzą spójnej polityki w tym względzie. Francja (i Turcja)prowadzą politykę obowiązkowej laicyzacji sfery publicznej. Brytyjczycy chcą naśladować Amerykanów w budowie społeczeństwa wielokulturowego. Warto tutaj przyjrzeć się rozwiązaniom wypracowywanym przez tych ostatnich.

Oto ciekawy podcast z radiowej "Dwójki".



Europa idzie w kierunku sekularyzacji. Stany Zjednoczone podobno nie, chociaż ci Amerykanie, których znam osobiście, i których artykuły czytam, to akurat agnostycy lub ateiści.

Ciekawy jest fragment wywiadu, w którym dr Potz mówi o nawiedzaniu domów przez świadków Jehowy jako "czynności kultowej". Generalnie religie monoteistyczne (oprócz judaizmu, który nie dopuszcza do siebie łatwo ludzi z zewnątrz) prowadzą działalność misyjną. Jeżeli do tego dodamy, że w niektórych "czynność kultową" trudno odróżnić od czynności politycznej czy prawnej, to władze kraju, który ma wśród swoich obywateli wyznawców takiej religii, mają spory dylemat.