poniedziałek, 20 września 2010
Wyznania ekonomicznego ignoranta (reaktywacja)
niedziela, 19 września 2010
Polskie miejskie mity
sobota, 11 września 2010
Gall Anonim raz jeszcze
Gall Anonim był nadwornym kronikarzaem Bolesława Krzywoustego. Pisząc swoją kronikę (po łacinie oczywiście) wzorował się na klasykach i to nie tylko w warstwie lingwistycznej, ale w aparacie pojęciowym. Gall jest pierwszym rejestratorem polskiej rzeczywistości, który używa słowa "ojczyzna" (patria) i buduje pewną legendę Królestwa Polskiego, które królestwem było tylko pod koniec życia Bolesława Chrobrego, na początku panowania Mieszka II i pod koniec rządów Bolesława Szczodrego (Śmiałego). Od Mieszka I mija dopiero nieco ponad sto lat, a kronikarz-cudzoziemiec pisze o Polsce jakby to było utrwalone wielowiekową tradycją państwo.
Gall stosuje wstawki rymowane. Musimy pamiętać, że w XII wieku rymy dopiero przenikają do europejskiej poezji ze świata arabskiego. Ani w poezji greckiej, ani w rzymskiej, ani w germańskiej to zjawisko nie występowało. A w Polsce nieznany z imienia ani nawet z pochodzenia (to "Gall" jest raczej umowne), wstawia rymowane pieśni w swoją Kronikę i to od razu pieśni ważne, utrwalające, a wręcz tworzące legendy.
Dwa posty temu napisałem, że obecnie dla Polski nie chciałbym więcej legend. Nie oszukujmy się jednak - nasza rzeczywistość jest tworzona przez język w tak wielkim stopniu, że legenda dla pewnych bardzo konkretnych zjawisk jest może nawet ważniejsza od suchych faktów historycznych. Jak te legendy są potem wykorzystywane dla bieżących celów politycznych, to już inna sprawa. Inną też sprawą jest jak dalece twórca legendy posuwa się ku granicy ze śmiesznością. Tutaj niestety kochany Mistrz Wincenty (zwany Kadłubkiem) przekroczył granice przyzwoitości, choć jego intencje były równie szlachetne, jak Galla Anonima.
Jak by nie patrzył, to właśnie czytając Galla wnikamy w tę Polskę, która dopiero się kształtowała. Studiując kroniki obserwujemy z jednej strony okruchy faktów, a z drugiej ulegamy urokowi narracji twórcy tekstu. Warto je studiować z obu względów.
Idąc dalej tokiem moich skojarzeń, przypomniałem sobie widowisko telewizyjne z czasów Gierka o Bolesławie Krzywoustym i jego pokonaniu Niemców cesarza Henryka V. Czesław Niemen napisał wtedy do tekstu (przetłumaczonego na polski, oczywiście) Galla Anonima melodię i zrobił z niego monumentalną pieśń.
Gall napisał, że taką oto pieśń śpiewali woje Bolesława po zdobyciu Pomorza. Trudno sobie jednak wyobrazić upojonych zwycięstwem (a pewnie miodem i piwem) mężczyzn wykonujących tak monumentalny utwór. Istnieje zresztą podejrzenie, że Gall sam tę pieśń zmyślił, bo skąd u niepiśmiennych tarczowników Bolesława taka znajomość słownictwa marynistycznego. W ten sposób, jak to zwykle ja, dokonuję dekonstrukcji tego, co sam tak bardzo podziwiam. Zapomnijmy jednak przez moment o wiwisekcji utworu literackiego, a tym bardziej muzycznego. Proponuję jeszcze raz się wsłuchać w głos nieodżałowanego Czesława Wydrzyckiego, szerzej znanego jako Czesław Niemen.
środa, 8 września 2010
O postmodernizmie inaczej
Postmodernizm jest określeniem na tyle nieprecyzyjnym sam w sobie, że prowadzi do najrozmaitszych interpretacji, czyli do jakiegoś meta-postmodernizmu. Jacek Kaczmarski zinterpretował go jako totalny nihilizm. Nie czuję się nihilistą w sensie relatywnym, bo w świecie wzajemnych relacji musimy się kierować jakimiś założeniami i wypływającymi z nich zasadami, natomiast w sensie absolutnym... Na temat prawd absolutnych niczego nie da się powiedzieć...
czwartek, 2 września 2010
O postmodernizmie w dniu świętego Stefana
Kiedy moje koleżanki na konferencjach literaturoznawczych odmieniają na różne sposoby słowo „postmodernizm”, nie mogę się powstrzymać od sarkastycznego uśmieszku. Kiedy biskupi polscy, łącznie z „liberalnym” biskupem Życińskim, zgodnie potępiali postmodernizm, wzruszałem ramionami, bo nie bardzo rozumiałem, na czym polega ich problem. Dlaczego jednak tak się działo? Oto jest pytanie.
Kiedy na czwartym roku anglistyki na jednym z proseminariów omawialiśmy teksty postmodernistyczne, też nie mogłem zrozumieć zachwytu krytyków utworami, które wg mnie były albo banalne, albo … przypominały moją radosną twórczość z czasów liceum. Po pewnym czasie zrozumiałem, dlaczego nie jestem w stanie pojąć zachwytu jednych i oburzenia innych na zjawisko, które próbuje się ująć w jednym słowie „postmodernizm”. Otóż postmodernistą jestem odkąd pamiętam. I’m a natural-born postmodernist! Cały jestem zbudowany z wątpliwości, z przewrotnego myślenia typu „a z drugiej strony”, z braku zaufania do nadętych głosicieli prawd jedynie słusznych. Niewątpliwie moja postawa wynika z faktu wychowania w domu, gdzie kobiety były praktykującymi katoliczkami, choć o dość sceptycznym podejściu do kleru, a mężczyźni ateistami? No, siostra mojego ojca była ateistką i przekonaną komunistką. Może więc wpływ na moją rozchwianą postawę światopoglądową (z którą się czuję bardzo dobrze – i to jest stuprocentowy dowód na naturalność mojego postmodernizmu) miał fakt, że równolegle ze Starym Testamentem czytałem „Opowieści biblijne” Zenona Kosidowskiego, czołowego bezbożnika PRLu? Jakkolwiek nieskromnie to zabrzmi, lektura ta miała miejsce w drugiej klasie podstawówki. W pierwszej klasie siostra Krystyna, moja katechetka (kobieta o fantastycznym podejściu do dzieci – kiedy dziś porównuję katechetki moich dzieci do niej, to mi szczerze żal moich dzieci) zaleciła kupno Pisma Świętego, bo to była moda na to, żeby było w każdym katolickim domu. (Hmm, były czasy w historii KRK, że posiadanie Biblii było zakazane, bo narażało „prostaczków” na „błędną interpretację”). Kupiliśmy więc Nowy Testament, który fragment po fragmencie przeczytałem. W salce katechetycznej była jednak Biblia Tysiąclecia z całym Starym Testamentem, a u ciotki „Opowieści biblijne” Kosidowskiego! Przychodziłem więc na lekcję religii możliwie jak najwcześniej – czasami do pół godziny przed rozpoczęciem i czytałem Stary Testament. Z kolei podczas wizyt u ciotki czytałem Kosidowskiego i jego interpretację tych ociekających krwią i seksem opowieści. Ponieważ potrzeba wiary była chyba we mnie silna, byłem dzieckiem pobożnym, ale równocześnie doskonale wiedziałem, że „it ain’t necessarily so”.
Niektórzy uważali i uważają mnie za cynika, ponieważ nie potrafię się podniecić jakimś „problemem”, którym żyją miliony telewidzów, a tylko spokojnie czekam na to, aż moda na ten problem przeminie. Nie jestem relatywistą moralnym, ponieważ imperatyw nie czynienia ludziom krzywdy i działania dla ich dobra ma dla mnie nadal wielką moc przekonującą, ale równocześnie jestem przekonany o względności praktycznie wszystkiego, co znam.
Odkąd pamiętam ludzie w wieku, w który sam obecnie wchodzę, narzekali na młodzież, że nie jest już ideowa, że cyniczna wręcz jest i nie uznaje żadnych autorytetów moralnych. Nie jest to do końca prawda, bo młodzież była i jest bardzo zróżnicowana. Mam olbrzymi szacunek i szczerze podziwiam młodych ludzi wychowanych przed II wojną światową, którzy nie miali gombrowiczowskich wątpliwości co do sensu istnienia Polski. Ale ten Gombrowicz tkwi we mnie tak samo jak inni „-icze” – Mickiewicz, Sienkiewicz i Wańkowicz. Cała ta czwórka w jakiś paradoksalny sposób kształtowała moje poczucie polskości. Może gdybym tak od razu nie „kupił” Gombrowicza, miałbym szansę zostać Syfonem z „Ferdydurke”, cnotą czystą i patriotyczną, bez cienia wątpliwości i może nawet zgoła bez jungowskiego Cienia.
W czasach pierwszej „Solidarności” miałem lat 15 i tkwiłem wśród sprzecznych ocen sytuacji, ponieważ podział polityczny przebiegał w tym czasie nie tylko przez cały kraj, ale również przez rodziny. Część moich krewnych krytykowała tych, którzy chcieli obalić ich ukochany ustrój, który dał dzieciom z robotniczych rodzin szansę studiowania i awansu społecznego, a część gorąco ich popierała powołując się na Boga, Honor i Ojczyznę. Z jednej strony przemawiały do mnie argumenty tych, którzy mi tłumaczyli, że socjalizm to najdoskonalszy ustrój na świecie, a z drugiej czułem nieodparty pociąg do tego całego ruchu, który odważył się rzucić wyzwanie reżimowi komunistycznemu popieranemu przez potężną Moskwę. Do wydarzeń sierpniowych byłem w jakiś sposób przygotowany, bo przez całą siódmą i ósmą klasę podstawówki codziennie słuchałem „Głosu Ameryki”, który odkryłem zupełnie przypadkiem. Ameryka to był świat znany z filmów i opowieści ludzi, którzy tam spędzili jakiś czas pracując, albo tych, którzy tam już mieszkali od lat. Opowieści amerykańskie chyba najmocniej podważyły moją wiarę w doskonałość ustroju inspirowanego marksizmem.
Potem były szare lata osiemdziesiąte, gdzie nieco starsi koledzy zaangażowali się w politykę, a ja w muzykę rockową. Na studiach byliśmy rocznikiem praktycznie apolitycznym. Stosując porównanie z okresu rewolucji francuskiej, stanowiliśmy „bagno”, bo roczniki starsze było pałowane za politykę, a ludzie o rok od nas młodsi byli już bez pamięci zaangażowani w nową rzeczywistość polityczną. Cały ten rocznik był w dodatku tragicznie podzielony na członków ZSP i odrodzonego NZS. Ich szczera wzajemna niechęć była dla ludzi z mojego rocznika praktycznie niepojęta. Myślę, że wszyscy w sposób naturalny wiedzieliśmy, że koniec komuny jest nieunikniony, ale jeśli ktoś miał poglądy odmienne, nie wzbudzało to w nas większego podniecenia. Dyskutowaliśmy namiętnie, ale na tym się kończyło.
Potem przyszła debata Wałęsa-Miodowicz, gdzie Wałęsa, uważany dość powszechnie za człowieka niezbyt rozgarniętego, okazał się lepiej przygotowany od przedstawiciela OPZZ, następnie Okrągły Stół i zapowiedź poważnych zmian i wybory z 4 czerwca. To było coś niesamowitego! Zmiany były niby powolne, ale nikt nie miał wątpliwości, że komuna już padła, choć teoretycznie był „consensus”, kompromis i tego typu dyrdymały. Potem Wałęsa powiedział, że „Okrągły Stół się już dawno przewrócił” (na zarzut, że strona solidarnościowa nie szanuje jego porozumień i roli PZPR, która nadal miała jakaś być). W wyborach prezydenckich głosowałem na Mazowieckiego, bo Wałęsę uważałem za prostaka, który każdym słowem kompromituje cały wielki ruch, a nie chciałem, żeby kompromitował całą Polskę. Dużą rolę odgrywało w tym moje podejście do religii. W trzeciej klasie liceum przestałem chodzić do kościoła i bałem się klerykałów w polityce. Uważałem, że nie po to obalono jedną „jedynie słuszną drogę”, żeby ją zastąpić inną, tylko starszą. Będąc postmodernistą chciałem po prostu tego stanu balansowania na linie, który nie dawał żadnych gwarancji na zbawienie, ani to marksistowskie doczesne, ani chrześcijańskie w niebie, ale zapewniał wolność i godność człowieka z całym jego prawem do błędu.
Lata dziewięćdziesiąte to były „moje lata”, w których założyłem rodzinę, urodziły się moje dzieci, kupiłem mieszkanie i pierwszy samochód. Zdecydowałem się na podjęcie nowego fakultetu i odejście z państwowej szkoły na własną działalność gospodarczą. Byłem ideowym liberałem, który pracę na państwowym i mentalność etatowego pracownika państwowego uważał za niemoralne! W jakimś stopniu nadal tak uważam, ale to jest cały osobny temat.
Studia historyczne (rozpoczęte jeszcze za komuny) otworzyły mi oczy nie tylko na banalny fakt, że komuna wciska ludziom kit, bo to akurat wszyscy wiedzieli od dawna, ale że nie ma obiektywnego przedstawiania historii. Na własny użytek odkryłem, że historia to tylko sztuka narracji i że na dobrą sprawę wszystko można podważyć, nawet fakty! Nazwisko Hayden White poznałem dopiero pięć lat temu, ale już 20 lat temu byłem jego gorącym wyznawcą! Oczywiście żartuję pisząc o podważaniu faktów, bo nie uważam się za moralnego szarlatana, ale doskonale wiem, że można to zrobić przy pomocy kilku prostych sztuczek językowych.
Obecnie żyjemy tym, co nam podsuną media. Nie jest bowiem prawdą, ze Polacy żyją przeszłością. Żyją nią tylko wtedy, kiedy politycy wzmocnieni przez dziennikarzy nam ten temat mniej lub bardziej sprytnie podsuną. Jak może zauważyliście, obrońcy krzyża spod Pałacu Prezydenckiego nadal tam tkwią, ale szeroka opinia publiczna tym już nie żyje, bo akurat media podsunęły wystąpienie pani Henryki Krzywonos. IPN twierdzi, a w tym wypadku nie ma powodu mu nie wierzyć, że pani Henryka strajku tramwajarzy nie rozpoczęła, a tylko po pewnym czasie postanowiła się do niego przyłączyć, a traf chciał, że po opuszczeniu tramwaju ruszyła prosto do Stoczni i znalazła się w samym centrum historii, kiedy jej koledzy, którzy faktycznie rano strajk rozpoczęli, tkwili w zajezdni.
Od początku lat 90. wszystkie strony sceny politycznej robiły wszystko, żeby nie dopuścić do wypracowania jakiejś wspólnej legendy. Kiedy świat żył Lechem Wałęsą, bracia Kaczyńscy już go opuścili i zaczęli odsądzać od czci i wiary. Ten nie pozostał dłużny. A przecież był czas, że Wałęsa i Kaczyńscy wydawali się jednością. M.in. dlatego wielu ludzi się wówczas Wałęsy bało, bo mieli obawy wobec radykalizmu Kaczyńskich, którzy chcieli działać po prostu tak, jakby rokiem bezpośrednio poprzedzającym rok 1990 był 1939. Tacy politycy wydawali się szaleńcami wówczas i wydają mi się takimi nadal. Tak czy inaczej mimo całej dekady ideologicznej dyktatury Gazety Wyborczej, mocno wewnętrznie zróżnicowana „przedwojenna” strona sceny politycznej istniała i powoli się umacniała. Zwycięstwo PiSu i braci Kaczyńskich pokazało, że tej siły nie można lekceważyć.
Nie chcę się powtarzać, ale jeszcze raz wyrażam opinię, że osobiste intencje braci Kaczyńskich zawsze uważałem za czyste, choć błędne, czego nie mogę powiedzieć o politykach PO, których decyzje są również błędne, natomiast intencje mocno podejrzane.
To, co jednak zrobili bracia Kaczyńscy, to silne przyczynienie się do utrwalenia postaw postmodernistycznych wśród Polaków. Otóż systematycznie podważając autorytet tzw. „autorytetów moralnych” (cholerka, od podstawówki nie miałem autorytetów!) lansowanych przez Gazetę Wyborczą i z kolei lansując własne modele do naśladowania często mocno koloryzując ich rolę w obalaniu komunizmu, sprawili, że tacy urodzeni postmoderniści jak ja, a i młodzi raczkujący zwolennicy relatywizmu powszechnego, znaleźli potwierdzenie na to, że nikomu i niczemu ufać nie można, a jak ktoś buduje „legendę” to należy go/ją od razu sprowadzić na ziemię i wszelkie bajki wybić z głowy. Zwolennicy legendy Wałęsy, pani Krzywonos, i in. mogą się oburzać. Również Jarosław Kaczyński może się oburzać na to, że ktoś podważa legendę jego brata, którą on sam tak usilnie tworzy. Dobrze jest, że różne strony sceny politycznej szachują się nawzajem i neutralizują nadęcie i patos. Uważam bowiem, że ludziom potrzebne jest myślenie i twarde stąpanie po ziemi a nie żadne mity. Nie bójmy się prawdy historycznej, bo historia już była i nic z nią nie jesteśmy w stanie zrobić (oprócz tworzenia fałszywej opowieści). Zajmijmy się raczej przyszłością a wyzwań, jakie ona stawia, naprawdę nie brakuje. Ostatnią polską legendą niech może pozostanie ta o smoku wawelskim.
A mój patron, król węgierski Wajk, któremu dano na chrzcie Stefan (to po świętym Szczepanie!), był władcą krwawym i okrutnym. I o tym też wyczytałem jeszcze w drugiej klasie podstawówki.
środa, 1 września 2010
METRO W KAŻDYM MIEŚCIE
Musimy budować metro!
Ja wiem, że Warszawa ma problem z pieniędzmi na drugą nitkę. Nawet nie wiem, czy absolwent mojego liceum, minister Cezary Grabarczyk podjął już decyzję, czy dać państwowe pieniądze na drugą nitkę metra w Warszawie, czy też na dworzec Łódź Fabryczna w naszym rodzinnym mieście, ale tak czy inaczej, rozbudowana sieć metra jest niezbędna w Warszawie, Łodzi, Poznaniu, Krakowie i również w Białymstoku!
To brzmi jak szaleństwo, choć plany łódzkiego metra były opracowne już w latach 70. ubiegłego stulecia. Nadchodzą jednak takie czasy, że jeżeli sieci metra nie powstaną w dużych miastach, zostaną one totalnie sparaliżowane!
Obok poszukiwania, opracowywania technologii i wykorzystania nowych źródeł energii, metro w każdym polskim mieście staje się po prostu palącą koniecznością. Na to pieniądze MUSZĄ się znaleźć. Jeśli polityk ubiegający się o głosy obywateli miast nie ma w planach metra, niech się da postawić za życia w muzeum, bo tylko tam będzie z niego pożytek.
Jeżeli czytają to ludzie młodzi, niech już kierują swoje myśli, uczucia i energię zarówno fizyczną jak i emocjonalną na ten projekt. Fajnie mieć stadiony, świetnie mieć teatry dramatyczne i operowe, a nawet gmach jakiegoś ekstrawanganckiego architekta z Toronto, ale bez metra w mieście, to miasto umrze na zator! Na to nie możemy pozwolić.
"Spontan" w polityce, czyli śmiechu warte
Politycy, choćby chcieli, obiektywni być nie mogą, bo czasami musieliby przyznać rację stronie przeciwnej, a to oznaczałoby utratę własnej politycznej tożsamości i politycznej racji (odrębnego) bytu. Jarosław Kaczyński, żeby nie wiem jak Paweł Poncyliusz przekonywał do zmiany retoryki na bardziej pojednawczą, na takie rozwiązanie zgodzić się nie może, bo wtedy musiałby chyba przyjąć zaproszenie (myślę, że cholernie obłudne) Bronisława Komorowskiego do „zgodnej współpracy”, w której PO robiłoby, co chciało i posługiwało się przedstawicielem niedawnej opozycji jako dowodem, że ich polityka jest słuszna. Jarosław Kaczyński musi więc rząd krytykować i to krytykować ostro.
Nie widzę niczego nagannego w krytyce rządu Donalda Tuska, który, jak się okazuje wpędził nas w niezłe tarapaty gospodarcze. Mamy olbrzymi deficyt budżetowy, zadłużenie przekraczające słynne długi Gierka, autostrady i stadiony w proszku, i perspektywę drożyzny spowodowanej podwyższeniem VATu. Biurokracja ma się dobrze, a liczba posłów pozostaje niezmieniona. Rząd, który się mienił liberalnym, z liberalizmem nic wspólnego nie ma, więc jego krytyka jest jak najbardziej uzasadniona.
Problem w tym, że Jarosław Kaczyński atakował PO za liberalizm właśnie, a nie za cokolwiek innego. Pozycja, z której krytykuje rządzącą partię, jest wg mnie błędna i nie jest dla rządu Tuska żadną alternatywą. Hipokryzja i kolesiostwo PO zostałoby zastąpione klerykalno-urzędniczą dyktaturą i powszechną atmosferą podejrzliwości i szukania wrogów.
Próbki myślenia Jarosława Kaczyńskiego cały czas dostają się przy różnych okazjach do mediów. Ostatnio przy przedstawianiu roli swojego brata w strajku sierpniowym. Nie od dziś zresztą połowa ludności mieszkającej w Polsce stoi tam, „gdzie stało ZOMO”, a Bolek nie obalił komuny, tylko się z nią zbratał. Jedynym prawdziwie komunę zwalczającym politykiem w sierpniu 1980 okazuje się być ś.p. Lech Kaczyński. Nigdy się nie posunę do totalnej negacji jego roli w tamtych wydarzeniach, jak to często robią zaciekli wrogowie PiSu, ale w wystąpieniach Jarosława Kaczyńskiego proporcje ulegają wyraźnemu zachwianiu. Nie mam dowodów na to, że przywódcy opozycyjni z końca lat 80. ubiegłego stulecia nie mieli epizodów współpracy z SB, albo że się potem nie dogadywali z komunistami co do podziału wpływów w postkomunistycznej Polsce. Uważam, że dzięki temu uniknęliśmy rozlewu krwi. Zmiana ustroju nastąpiła więc niejako w umysłach wszystkich, natomiast personalnie faktycznie czołówka PZPR przedzierzgnęła się w kapitalistów, a ideowi gołodupcy pozostali gołodupcami. O tym trzeba mówić i pisać, ale historią należy się posługiwać bardzo ostrożnie. Jeżeli ktoś nawet w najlepszej wierze mija się z prawdą, to tym boleśniejsze jest tego faktu zdemaskowanie, bo ośmiesza samego obrońcę szlachetnych wartości. Cel bowiem uświęca środki tylko wtedy, kiedy jesteśmy pewni zwycięstwa. Kiedy gra się toczy, nigdy nie wiemy, kto i kiedy nas sprawdzi.
Zmierzam oczywiście ku wystąpieniu Henryki Krzywonos, która dała Jarosławowi Kaczyńskiemu prztyczka w nos wytykając mu gadanie „pierdół”. Cała pro-peowska Polska zapiała z zachwytu, jak ta „prosta kobieta”, która w sierpniu 1980 roku odważnie zatrzymała tramwaj i przystąpiła do stoczniowego strajku, tak samo odważnie i tak samo spontanicznie (!) przeciwstawiła się wielkiemu Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ze strony zwolenników PiS z kolei posypały się głosy gwałtownej krytyki od oskarżeń o działanie na zlecenie, przez zarzut głupoty po niewybredne wycieczki pod adresem wyglądu zewnętrznego pani Henryki. Podobno niedługo ma się ukazać jej książka ze wspomnieniami, więc niektórzy oskarżyli ją o chęć wypromowania swojej osoby a przez to swojego towaru na rynku czytelniczym.
Pierwszą moją reakcją był spontaniczny podziw dla dzielnej tramwajarki, a obecnie zastępczej matki, ponieważ jej wystąpienie faktycznie zrobiło wrażenie zaimprowizowanego. Telewizja ma jednak to do siebie, że daje i odbiera. W południe wydawało się, że świetnie się stało, że „prosta kobieta” utarła nosa nadętemu Kaczyńskiemu. Wieczorem jednak cała Polska mogła zobaczyć panią Krzywonos w towarzystwie Jolanty Kwaśniewskiej, która otwartym tekstem przyznała się do zainspirowania Henryki, z którą jest na „ty” (od jak dawna?) do owego „spontanicznego” wystąpienia. Kto tu z kim pogrywa i w co? Chyba mimo wszystko wszyscy wiemy kto i w co. Partia władzy przechwytująca ludzi lewicy. Jawna współpraca pseudoliberałów z postkomunistami i takie prymitywne sztuczki jak wystąpienie pani Krzywonos. Wcale się nie dziwię zwolennikom PiSu, że opisują polską rzeczywistość polityczną jako postkomunistyczny spisek. Problem jednak tym, że Jarosław Kaczyński ani jego partia nie stanowią żadnej poważnej alternatywy dla tego bagna. PiS deklaruje się jako obrońca ekonomicznie wykluczonych i zarzuca PO poświęcenie zbyt małych środków na cele socjalne. Tymczasem prawda jest taka, że nadchodzą ciężkie czasy i wydatki trzeba ciąć, a pieniędzmi gospodarować oszczędnie, a nie miłosiernie. Tego jednak głośno nie powie żadna partia – ani ta utrzymująca się przy władzy, ani ta o nią się ubiegająca. To są niestety „uroki” systemu, polegającego na okresowym podlizywaniu się wyborcom.