czwartek, 12 listopada 2009

Jose Torres w białostockiej Wyższej Szkole Administracji Publicznej

Byłem dziś rano na spotkaniu ze znanym z naszej telewizji kubańskim perkusistą Jose Torresem, który od ponad dwudziestu lat mieszka w Polsce. Wczoraj w Białymstoku był jego koncert, o którym nawet nie wiedziałem. O dzisiejszym spotkaniu też bym nic nie wiedział, gdyby nie studenci.

Jose opowiadał o muzykach na Kubie, których podzielił na trzy grupy: „reżimowych”, „opozycyjnych” i tych, którzy grają neutralną politycznie tradycyjną muzykę kubańską. Mówił o nędzy, w jakiej żyją Kubańczycy, o propagandzie komunistycznego reżimu, o tym, że ludzie zarabiają 20 dolarów miesięcznie, a najtańszy syrop na kaszel kosztuje 8 dolarów. Wszystko jest państwowe, niczego nie wolno sprzedawać (tzn. prywatni ludzie nie mogą kupić nowego mieszkania, albo sprzedać starego samochodu). Mówił tez o zaradności Kubańczyków – nigdzie nie można kupić benzyny, a samochody sprzed 30-50 lat nadal jeżdżą jak „nówki”. (Jose doskonale mówi po polsku. Używa języka kolokwialnego z całym bogactwem idiomów.) Krytykował bezmyślną młodzież w Europie, również w Polsce, noszącą koszulki z podobiznami Che Guevary, nie zdającą sobie sprawy z potworności reżimu komunistycznego, który ten człowiek budował.

Jak zwykle najbardziej irytujące były pytania z sali, które tak naprawdę nie były pytaniami, a popisami „erudycji” tych, którzy pytania zadawali. Czasami pytania były sformułowane dość koślawo, ponieważ już zawierały odpowiedź. Np. pewien pan spytał, czy Jose uważa, że to dobrze, że Białystok jest wielokulturowy, czy może jednak byłoby lepiej żeby był etnicznie jednolity. Ciekawe jakiej odpowiedzi spodziewał się po Kubańczyku mieszkającym większość życia w Polsce. Całe szczęście, że Jose rozbudował swoją odpowiedź o własne doświadczenia. Stwierdził, że będąc i Kubańczykiem i Polakiem (bo czuje się Polakiem mając polską żonę i dzieci, a na wyjazdach zagranicznych tęskniąc do Polski jako do swojego domu) czuje się bogatszy. Dla pewnych problemów znajduje potencjalnie więcej rozwiązań, bo może czasami pomyśleć jak Polak, a czasami jak Kubańczyk. Do tego stwierdził, że charaktery naszych narodów są bardzo podobne. Wracając do pytania – ta wielokulturowość Białegostoku to chyba jakiś żart. Oprócz ludzi spieszących w niedzielę do cerkwi, nie widać tu żadnej różnorodności.

Jose zaobserwował też ciekawe i potencjalnie niebezpieczne zjawisko na Kubie. Wspomniał pewnego historyka Hawany (nie zanotowałem nazwiska), któremu władze udzieliły „błogosławieństwa” na organizowanie wycieczek z zagranicy (np. USA), ale który postawił warunek, że jakiś procent (też nie zapamiętałem, czy 50% czy mniej) należy się tylko jemu. Okazuje się, że „sprzedał się” komunistycznemu reżimowi za kapitalistyczny profit. Rzecz doskonale znana z czasów Gierka i późniejszych. Co więcej, Jose podejrzewa, że przy zmianie ustroju tenże historyk od razu stanie się rekinem kapitału, ponieważ zadziała niczym komunistyczna nomenklatura w Polsce, która od razu po upadku komuny, przekształciła się w pierwszych biznesmenów Rzeczypospolitej. Ponieważ historyk ten zna Hawanę jak własną kieszeń, będzie zbijał kapitał na działkach i pustostanach do zagospodarowania w tym mieście. Może tak się stanie. Tego na razie wiedzieć nie możemy.

Nie należę do zwolenników masowego sprowadzania imigrantów do Polski. Nie chodzi o to, że jestem rasistą, bo nie jestem, ale o pewien strach przed potencjalnymi konfliktami. Gdyby jednak każdy imigrant był jak Jose Torres, witałbym ich z otwartymi ramionami. Jest to człowiek pogodny, wnoszący olbrzymią dawkę optymizmu, a przy tym po pierwszych kilku zdaniach widać, że oprócz tego, że ma olbrzymie poczucie humoru, jest człowiekiem poważnym i godnym zaufania. Jeśli jeszcze raz przyjedzie do Białegostoku (a ja będę wiedział o jego wizycie odpowiednio wcześniej), na pewno sam chętnie na takie spotkanie przyjdę i namówię wszystkich moich znajomych, którzy fascynują się Kubą i jej kulturą (a jest ich, jak się okazuje, niemało).

Podsumowując, Jose Torres wprawił mnie dziś rano w fantastyczny nastrój na resztę dnia, za co jestem mu niezwykle wdzięczny. Tacy ludzie to skarby!

środa, 11 listopada 2009

Independence Day



Professor Davies's contribution to restoring Poland in a mainstream historical discourse both in Europe and America is undeniable. The admiration and warm feelings towards our country is really exceptional among Western scholars. However, his final conclusions seem somewhat far-fetched. It is definitely true that now we live in relatively ethnically homogenous a country, which resulted from the atrocities of WW II, but to say that the situation is 'artificial' or even bad to us, is disputable. I don't mind ethnic or religious minorites but is it better to have a permanent conflict inside the country. I don't analyze who to blame for them but still they were facts.

We are probably not able to live without conflicts, so if there are really few ethnic minorities to blame for our failures, we attack each other, but anyway it seems better than to have a 'ready-to-use' enemy (true or imaginary, that's not a point) next door. This is just thinking aloud. I'm not quite sure about it. I realize that multicultural environment is a good teacher of tolerance and problem-solving.

Businesspeople know it very well that one should avoid competitors as long as possible. On the other hand, they realize that if someone opens a business the appearence of competitors is inevitable. We have to learn how to cope with them in a civilized way. However, longing for them is a kind of perversion.

Today it's the 91st anniversary of our Independence. The situation is somewhat new, however, because our authorities finally approved of the Treaty of Lisbon. How should we interpret the word 'independence' in this context? Are we just independent from Russia and that's all? Benefits from the EU are evident at the moment, but in a long-term perspective the very word 'independence' will have to be revised. We are all facing a serious dilemma.

wtorek, 10 listopada 2009

Ougenweide and their Tourdion

It is obvious that one of the harshest barriers between human beings is that of language. Surprisingly, even those who, for example, are prejudiced against, let's say, Germans, may change their mind having learnt German. Immersion in a foreign culture through its language may be a good lesson for someone biased.

There's, however, a 'shorcut'. In my opinion it's definitely music. Listening to miraculous strings of sounds, regardless of the language or the culture of their origins, makes me feel really good. This stems from the universality of music. I was brought up in fear and hatred towards Germany and its inhabitants. It took me some time to overcome my bias. The piece I really recommend is Tourdion by the German group Ougenweide. They are really great and, in my opinion, their song is perfect.


sobota, 7 listopada 2009

Fajny film niedawno widziałem...

Przedwczoraj po raz pierwszy obejrzałem dzięki kablówce film o Beatlesach "Backbeat". No niestety mam olbrzymie zaległości w filmach i w lekturach. Doszedłem jednak już jakiś czas temu do wniosku, że robienie sobie z tego powodu wyrzutów nie prowadzi do niczego dobrego. Obserwując blogi poświęcone literaturze i komentarze na nich, często zauważam wpisy typu "wpędziłeś mnie w kompleksy, jeszcze tego nie czytałam/em", albo "muszę nadrobić zaległości". Wszyscy wiemy, że jest fizycznie niemożliwe przeczytać wszystkich książek wartych przeczytania, a do tego ocena ich wartości jest tak arbitralna, że wypada się zastanowić, kim są ci ludzie, którzy narzucają kanony. Ktoś gdzieś, kiedyś wpadł na pomysł, że będzie czytał książki i oceniał je i mówił innym, które z nich są dobre, a które złe. Studiujący literaturę wiedzą, że ta dziedzina jest wręcz gałęzią nauki. Można się temu poddać i wejść do tzw. środowiska, czyli do pewnej zuniformizowanej grupy myślących podobnie a różniących się między sobą tylko w nieistotnych szczegółach, ale jeżeli z tego nie żyjemy, to tak naprawdę wcale nie musimy.

Podobnie jest z filmami. Młodzi inteligentni ludzie chłoną to, co "wypada" zobaczyć, a wiedzą co "wypada" albo od kolegów, albo z czasopism poświęconych kinu, albo z programów telewizyjnych. Potrafią godzinami rozprawiać o wartościach jakiegoś filmu, podczas gdy w tym samym czasie inne "środowisko filmoznawców" na tym "dziele" nie pozostawi suchej nitki. Nie ma tu miejsca na żadne systemowy i strukturalny obiektywizm. Nie ma żadnej meta-estetyki.

Każdy z nas rości sobie pretensje do posiadania dobrego gustu, ale ten reprezentowany przez nas jest tylko pewną wypadkową własnych upodobań i ludzi, z których zdaniem się liczymy. Doszedłem do wniosku, że ten ostatni element na własny użytek można sobie darować. Czasami lepiej poddać się własnym odczuciom i po prostu dobrze się poczuć.

Czytałem kiedyś jakieś recenzje na temat "Backbeat" i, o ile dobrze pamiętam, nie były zbyt przychylne. W moim liceum (IV LO w Łodzi) panowała swego rodzaju beatlemania, co bardzo skutecznie mnie odstraszało od tego zespołu - zawsze buntowałem się przed robieniem tego, co wszyscy. Niemniej The Beatles to zjawisko wielowymiarowe i niezwykle ciekawe. Film w czwartkowy wieczór właśnie mi o tym przypomniał. Jedną z kluczowych postaci jest w nim Stuart Sutcliffe, przyjaciel Lennona i pierwszy basista zespołu. W Hamburgu zdaje sobie sprawę, że jego prawdziwym powołaniem jest malarstwo i miłość do Astrid Kirchner. Tymczasem John Lennon już wtedy wie, że jego zespół wejdzie na wyżyny. Nie wstydzę się przyznać, że film mnie wzruszył - częściowo z powodu samej fabuły, częściowo z sentymentu do lat 60. XX stulecia, oraz z fascynacji zjawiskiem zwanym The Beatles. Odczytuję go jako opowieść o przeznaczeniu, a może o pisaniu własnej legendy, choć ta ostatnia nie może od przeznaczenia odbiec zbyt daleko - historia Stuarta daje do myślenia. A wiara Lennona w sukces, podbój świata? Czy to już było gdzieś zapisane? Nie sądzę, ale on to już wiedział.

Jest to m.in. film o młodzieńczej przyjaźni, której siła ulega weryfikacji pod naporem rozwoju wydarzeń. Nie obchodzą mnie krytycy, ani to, że ktoś może mnie posądzić o tani sentymentalizm - mnie ten film był bardzo potrzebny.

piątek, 30 października 2009

Typy motywacji a polityka

Specjaliści od NLP dzielą motywację na ‘toward’ i ‘away from’, co oznacza, że ludzi motywują albo cele pozytywne – osiągnięcia, ekspansja, rozwój, albo cele negatywne – unikanie biedy, cierpienia, poczucia zagrożenia itd. Uczą, że jeśli ktoś chce skutecznie coś tym ludziom sprzedać, zaoferować lub przekonać do czegoś, powinien najpierw rozpoznać jaki typ motywacji reprezentują. Bardzo dobrze to widać w świecie polityki, kiedy skądinąd inteligentni i wykształceni ludzie nie trafiają do potencjalnego elektoratu, ponieważ kompletnie rozmijają się z owego elektoratu systemem motywacyjnym. 

Kiedy skończyła się komuna często na ulicy można było usłyszeć głosy „Ja tam nie chcę rządzić, tylko żeby mną dobrze rządzili”. Wielu ludzi nie było kompletnie przygotowanych do demokracji, która wymaga samodzielnego myślenia, działania i współdziałania z takimi, którzy myślą podobnie. Powiedzmy sobie otwarcie – większość z nas nadal nie jest do tego przygotowana. Tymczasem politycy, jako to politycy na całym świecie, próbują zgromadzić jak największą liczbę nas, wyborców, wokół siebie, a robią to metodami również starymi jak świat, chwytami retorycznymi opracowanymi już w starożytnej Grecji, z tą tylko różnicą, że najczęściej jest to czysta amatorszczyzna. To dlatego na „rynku” politycznym pozostało dwóch najsilniejszych graczy. To te dwie partie wykształciły najlepsze metody kształtowania myślenia swoich wyborców. Manipulacja słowem to wielka sztuka i wcale niełatwa. Stosuje ją każdy, kiedy tylko otwiera usta, więc nie można od razu samej czynności zakwalifikować jako moralnie nagannej, a że najczęściej media karmią się przykładami negatywnymi, samo słowo „manipulacja” kojarzy nam się z czystym złem. Mądry rodzic, nauczyciel czy ksiądz również często stosuje manipulację słowną w celach jak najbardziej szlachetnych. 

Jeśli chodzi o polityków i ich uczciwość lub jej brak, to najtrudniej jest oczywiście dociec ich celów. Gdybyśmy je znali, cała gra słowna, jaką stosują, wszystkie sztuczki erystyczne i perswazyjne byłyby dla nas przejrzyste. Wiemy jednak, że przecież właśnie o to chodzi, że stosuje się różnego rodzaju tricki, żeby pewnych celów nie ujawniać. Oficjalnie niech ktoś wierzy, że chodzi o wolny rynek, a w rzeczywistości chodzi o to, żebyśmy się z kolegami wzbogacili dzięki powszechnie niedostępnym informacjom. Inni każą oficjalnie wierzyć, że chodzi o wartości, takie jak ojczyzna, rodzina itd., a tak naprawdę chodzi, żeby to nasi ludzie utrzymali się przy władzy i zarabiali na państwowych posadach. Czy aby nie przesadzam? Pewnie trochę tak. Wierzę, że istnieją ludzie kryształowo uczciwi, a nawet jeśli nie kryształowo, to ich uczciwość daleko wyrasta ponad krajową normę (w swojej masie nie jesteśmy niestety święci), ale to nie zmienia faktu, że żeby rządzić, muszą stosować wszystkie brudne chwyty, których niemoralna natura rzuca poważny cień na ową kryształowość. 

Wracając do meritum, nasi rodzimi manipulatorzy polityczni dzielą się na tych, którzy adresują swoje przemówienia do tych, którzy są nastawieni „toward” oraz tych, którzy są nastawieni „away from”. Komunę obaliły solidarnie obie grupy. Ci pierwsi chcieli zakładać biznesy, bogacić się, zakosztować życia znanego z zachodnich filmów lub (nieliczni) z wyjazdów zagranicznych. Ci pozostali chcieli oddalić od siebie groźbę represji, drożyzny i narzucania ideologii i światopoglądu, który był im obcy. Nic dziwnego, że w okresie transformacji te różnice musiały się ujawnić i w poważny sposób zaważyć na sposobie prowadzenia polityki w naszym kraju. Politycy najpierw UW, a potem PO próbowali i próbują kreować się na tych nastawionych „toward”, czyli chcą pokazać, że są otwarci na zmiany, a z kolei same zmiany są dobre, bo prowadzą do realizacji marzeń i aspiracji ludzi ambitnych i przedsiębiorczych. Przedstawiciele szeregu partii „narodowych” czy „niepodległościowych”, a także takich nieokreślonych ideologicznie populistów jak „Samoobrona” zdecydowali się prezentować swoje cele jako „obronę przed” – komunistami/liberałami/Żydami/Niemcami/Rosjanami/zachodnim kapitałem/ateistami itd. itp. 

Wystarczy wejść na jakiekolwiek forum internetowe, z osławionym forum Onetu na czele, żeby się przekonać, jak wielu ludzi reprezentuje ten ostatni typ myślenia. Ba, wśród zwolenników PO stanowią oni również niemały odsetek, ponieważ ich głównym celem jest uniknięcie rządów PiSu.
Na forum naszej-klasy, gdzie od trzech lat dyskutuję ze swoimi Koleżankami i Kolegami – Absolwentami IV LO w Łodzi, da się zauważyć bardzo prosta prawidłowość. Kiedy tylko zaproponuje się temat typu: „Co zrobić żeby…?”, albo „Jakie rozwiązanie proponujesz w sprawie…?”, nagle drastycznie spada aktywność uczestników forum. Na tydzień albo i na dłużej zapada martwa cisza. Ponieważ odczuwam pewną osobistą ambicję, żeby aktywizować ludzi na tym forum (jak mi się wydaje dla naszego wspólnego dobra, bo kontakty międzyludzkie uważam za wartość samą w sobie), bez skrupułów wykorzystuję drugą stronę tej prawidłowości i co jakiś czas podrzucam takie tematy polityczno-gospodarcze, które na sto procent zapewnią gorącą dyskusję. Kiedy tylko można kogoś skrytykować, ludzie nie potrafią się powstrzymać od wpisu, wtedy pojawiają się obrońcy krytykowanej osoby lub tezy i polemika nabiera rozpędu. Najczęściej nie prowadzi donikąd, bo też i donikąd ludzie nie chcą dojść. Myślenie nakierowane na budowanie – zarówno czegoś materialnego jak i np. stosunków międzyludzkich, eksplorację nowych obszarów, czy próbę wyjścia naprzeciw nowym wyzwaniom, jest dla wielu z nas po prostu nienaturalne. Jeśli ktoś nas zagaduje z takiej strony, to najczęściej w ogóle nie wiemy nawet jak zareagować. Z góry ustawiamy się na pozycji tych, którzy nie są od decydowania. A potem się dziwimy, że wszyscy dookoła nami kręcą, jak chcą. Jeśli będziemy się nastawiać tylko na to jak unikać zła, to nadal temu złu pozostawiamy inicjatywę (że posłużę się pewną metaforą, bo wiadomo, że „zło” w tym wypadku jest wynikiem hipostazowania). Kiedy podejmujemy działania „ku czemuś” to oczywiście nie ma gwarancji, że nam się uda i że unikniemy przeszkód i działań nam wrogich. Zmieni nam się jednak perspektywa w podejściu do wszystkich problemów. Istnieje bowiem o wiele większa szansa, że to my będziemy przynajmniej w części narzucać reguły gry. Bierność i ograniczenie swojej aktywności do unikania czegoś dla nas negatywnego prowadzi z jednej strony do zgorzknienia – bo oto my „robimy co możemy”, a zło jakoś nie chce zniknąć, a z drugiej do zaparcia się własnej podmiotowości, co jest jeszcze gorsze. Od razu przyznajemy sobie rolę liści na wietrze, a przecież wiadomo, co ten ostatni z nimi robi. 

Dużą rolę w kształtowaniu postawy biernej odgrywa myślenie narzucane przez pewnych duchownych (różnych wyznań). Inicjatywność przedstawiana jako pycha prowadząca do złych skutków staje się jakimś absolutem utożsamianym z szatanem, podczas gdy sama inicjatywność nie ma żadnego zabarwienia moralnego, natomiast ma jej kierunek. Bierne poddanie się woli Boga/Jehowy/Allacha, to najczęściej poddanie się inicjatywie bardzo konkretnych i całkowicie materialnych ziemskich przywódców podających się za wysłanników Najwyższego Dobra. Dobrze znamy skutki takich działań (np. talibowie, czy terroryści islamscy). W Polsce ks. Tadeusz Rydzyk, genialny specjalista od technik programowania (nie wiem, czy studiował NLP) ludzkich umysłów, zgromadził wokół siebie tych, którzy zdecydowanie reprezentują motywację typu „away from”. Doskonale wie, jak do nich przemawiać, jak podsycać ich negatywną motywację i utrzymywać ją na odpowiednim poziomie. 

Obserwuję moich studentów z różnych uczelni i widzę różne postawy. Często są one wynikiem wychowania w domu rodzinnym. Równie często kształtowały się w grupie rówieśniczej – w szkole, w rodzinnej wsi, przed blokiem itd. To już tam ludzie uczą się tego sposobu myślenia, który każe im doskonalić strategie unikania pewnych rzeczy/zjawisk/ludzi, zamiast inicjowania własnych działań. Nie twierdzę, że to jest cecha wyłącznie polska. Podejrzewam, że tak się dzieje na całym świecie. Człowiek jest istotą ekonomiczną, a w dodatku, wbrew obiegowemu powiedzonku, wielu ludzi myślenie boli. To dlatego od zarania dziejów nasz gatunek składa się z inicjatywnych przywódców (niekoniecznie najmądrzejszych i najlepszych) i z olbrzymiej masy biernych narzekaczy, którzy z racji swojej bierności są (cytat z „U Pana Boga za piecem”) „w dupę biorący”. Nie ma co tutaj rozdzierać szat – tak to po prostu działa i nic nie wskazuje na to, żeby się kiedykolwiek zmieniło.

czwartek, 29 października 2009

"Cudownie ocalony"

Kiedy Kościół mówi o "prawach naturalnych", uśmiecham się pod nosem, bo prawa panujące w naturze dalekie są wzajemnej miłości. Naturalny jest pęd do przekazania genów, obrony ich i zapewnienie sobie i swoim genom pożywienia. Tylko to się liczy i nie ma tu miejsca na żadną etykę. Czasami jednak przyroda potrafi nas zaskoczyć.

W przyrodzie nie ma "zmiłuj się", ale zdarzają się "cuda". Przygoda małego bawoła, który przetrwał atak gromady lwów i krokodyla, żeby w końcu zostać odbitym przez własne stado daje do myślenia. Uważam, że to wręcz metafora stosunków międzyludzkich, choć w rzeczywistości jest odwrotnie - stosunki międzyludzkie pojawiły się dużo później niż takie sytuacje. Nie to jest ważne. Wniosek jest jeden - solidarność wobec agresywnego wroga i przełamanie strachu daje efekty. Z drugiej strony widać jasno na jakiej zasadzie działają lwy - czyhają na najsłabszego osobnika w stadzie. Jeśli w stadzie zabraknie solidarności, garstka kotów może zrobić z bawołami wszystko. Do tego jeszcze, jak to w życiu, rywal naszego wroga, ale niestety również nasz wróg (w tym wypadku krokodyl), może cię zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Czasami "oczy dookoła głowy" nie wystarczą, ale trzeba umieć się postawić, a w ten sposób zmobilizować innych do właściwej postawy i obrony swojego.


środa, 28 października 2009

Państwo a społeczeństwo czyli o dobrobycie i jego niekoniecznie dobrych skutkach

Coraz rzadsze stają się moje wpisy na blogu, a to z tego względu, że zajęć przybyło, a między nimi zająłem się tym, czym od dawna zająć się powinienem byłem, a co jest nieco czasochłonne.

Tymczasem spraw, które się dookoła dzieją, informacji, które człowieka zewsząd bombardują, oraz refleksji, które się na powierzchnię świadomości wydobywają i domagają się uzewnętrznienia w postaci tekstu pisanego mnoży się ponad wyobrażenie i oczywiście zadziałać musi ostre prawo selekcji, bo inaczej pisałoby się o wszystkim naraz (co nieraz pewni "życzliwi" mi zarzucali), a z czego niewiele by wynikało.

Ostatnio obejrzałem "dokument" o Szwecji na YouTube. Ten cudzysłów nie jest przypadkowy, bo do obiektywności jest mu daleko. Jednakowoż jego tendencyjność nie przejawia się w kłamstwach, ale w specyficznej selekcji faktów.

http://www.youtube.com/watch?v=EFIwFnrNX1M;
http://www.youtube.com/watch?v=j5_uHLDfUwk&feature=related;
http://www.youtube.com/watch?v=nLponZVOwig&feature=related

To, że filmik nakręcony jest z pozycji katolickich nie ulega wątpliwości. Kwestia obecności gejów w szwedzkim Kościele Luterańskim i fakt, że duchowna tego Kościoła twierdzi, że Biblia nie jest tekstem objawionym, czy też zesłanym przez Boga, specjalnie mnie nie interesuje, ale śmieszy. Jest to trochę tak, jakby ktoś zapisywał się do jakiejś organizacji o ściśle określonym statucie napisanym pod ściśle określoną ideologię i od razu podważał zarówno statut jak i samą ideologię. To trochę tak, jakby do Ligi Polskich Rodzin zapisało się całe grono nihilistów, zmieniło ideologię tej partii o 180 stopni, ale twardo kazałoby się nazywać partią prawicową. Nikt normalny tak nie robi, tylko zakłada własną organizację spełniającą kryteria zgodne z własnymi oczekiwaniami. Szwedzcy geje postanowili jednak pozostać chrześcijanami, z tym że robiącymi wszystko dokładnie odwrotnie, niż od chrześcijan się oczekuje. Ich sprawa.

Kwestii "pajdokracji", czy też dyktatu rozwydrzonych dzieciaków, które mogą wsadzić rodzica za kratki, albo sąsiadów-donosicieli, którzy są w stanie sprawić, że państwo pozbawi biologicznych rodziców praw rodzicielskich jest o wiele poważniejsza. Ludzie, którzy w Szwecji mieszkają, twierdzą, że przykłady z filmiku na YouTube są skrajne. Wiele polskich rodzin żyje w tym kraju i nikt im na siłę dzieci nie odbiera. Natomiast faktem jest, że ludzie starzy są bardzo samotni. Znajomy, który wyemigrował za Morze Bałtyckie jeszcze na początku lat 80. ubiegłego stulecia, zaczynał pracę w ojczyźnie Wazów jako pracownik socjalny odwiedzający staruszków. Już wtedy sprawa ta wzbudzała pewne emocje. Opowiadał, że często dzieci tych jego podopiecznych mieszkają na tej samej ulicy, ale nigdy ich nie odwiedzają. Do obowiązków opiekuna społecznego należało m.in. posprzątanie mieszkania takiej osoby. Często zdarzało się, że ci starsi ludzie sami sobie wysprzątali wszystkie pokoje, tylko po to, żeby opiekun mógł poświęcić więcej czasu na zwyczajną rozmowę.

Problem jaki się wyłania, to kwestia na ile rola państwa w życiu jednostki może być pożyteczna, a na ile szkodliwa. Wielu z nas zazdrościło Szwedom ich dobrobytu już w czasach Gierka. (W Szwecji już wtedy rządzili socjaldemokraci). Potem, po upadku komunizmu, znowu Szwecja była przykładem państwa o gospodarce rynkowej, które nie jest areną rozpasanego a bandyckiego kapitalizmu, ale "sprawiedliwie" obdziela swoich obywateli dobrobytem. I wszystko to jest prawda. Rzecz w tym, czy powszechny dobrobyt zapewniany przez państwo jest dobrodziejstwem dla jednostek, a skoro społeczeństwo składa się z jednostek, to czy jest dobry dla społeczeństwa?

Tam, gdzie państwo bierze na siebie odpowiedzialność za wszystko, a nie mówię o totalitaryzmie policyjno-militarnym, jak w krajach faszystowskich czy komunistycznych, choć w nich występowało to samo zjawisko, osłabieniu ulegają więzy na poziomie jednostek. Oczywiście przede wszystkim chodzi o rodzinę, jako podstawową formę więzów zbudowanych na genach i związkach emocjonalnych. Zawsze uważałem, że ultra-katolicy przesadzają z tą obroną rodziny, bo przecież nikt tej instytucji na poważnie nie atakuje. Okazuje się, że są ludzie, którym model naturalni rodzice plus dzieci żyjące razem i kochające się nawzajem, przeszkadza ze względów ideologicznych. Myślę jednak, że znowu filmik z YouTube'a nieco przesadza. Nie chodzi mi bowiem o jawną walkę z rodziną jako zjawiskiem społecznym, ale właśnie rolą dobrobytu materialnego niezależnego od współpracy na poziomie jednostek, w rozbijaniu więzów społecznych.

Życie z drugim człowiekiem, a tym bardziej z kilkoma innymi osobami nie jest rzeczą prostą ani łatwą. Na pewno nie składa się z samych przyjemności i często dalekie jest od sielanki. Wiedząc jednak, że tylko razem jesteśmy w stanie przetrwać w zdrowiu fizycznym i psychicznym, uczymy się wzajemnej tolerancji, drogi kompromisu i porozumienia, negocjacji. W rezultacie staramy się przezwyciężać kryzysy, co potem owocuje w poczuciu czegoś, co definiujemy jako szczęście. Biologia pełni tu rolę dwuznaczną, ponieważ raz może być sojusznikiem rodziny, a raz jej przeciwnikiem. Homo sapiens wybrał model rodziny jako formę przetrwania społecznego. Długi okres wychowania dzieci przez rodziców, a do tego opieka nad niedołężnymi sprawiły, że jako gatunek jesteśmy wyjątkowi w przyrodzie. Niemniej biologia również często wydobywa strategie starsze, te z okresu bardziej prymitywnego, na jakim do dziś pozostają inne gatunki, choćby najbliższych nam małp człekokształtnych. Jesteśmy istotami ekonomicznymi, czyli tłumacząc to na język cywilizacji - leniwymi. Na każdym kroku mamy tendencję do oszczędzania energii, w tym tej emocjonalnej. Każdy z nas miał i ma takie momenty, kiedy chciałby zostawić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, albo do Tobolska. Niektórzy ulegają tym impulsom i układają sobie życie na nowo w innym miejscu i z innymi osobami. Niektórzy potem bardzo tego żałują. Niemniej sytuacja, kiedy takie uleganie negatywnym impulsom jest społecznie niezbyt mile widziane sprzyja próbom naprawienia wzajemnych relacji. Doskonałym czynnikiem jest tutaj właśnie konieczność przetrwania, która najlepiej się udaje jednak w gronie najbliższych. O tym wiedzą nawet szympansy i goryle.

Tymczasem poczucie bezpieczeństwa, jakie daje "doskonałe" państwo opiekuńcze, sprawia, że jednostka przestaje się starać, bo nie musi. Przy pierwszym kryzysie małżeńskim, mówi partnerowi/partnerce adieu i szuka sobie innego miejsca na ziemi. Może to robić spokojnie, bo państwo i tak jej zapewni przetrwanie. Tymczasem prawda jest też taka, że żadne państwo, najlepszy nawet urzędnik nie będzie odczuwał biologicznych więzów z jednostką. Poświęcenie matek dla dzieci jest znane, choć oczywiście coraz częściej czytamy i słyszymy o matkach, które nie odczuwają z dziećmi żadnych więzów emocjonalnych (kiedy taka matka pojawia się w literaturze, krytycy są zachwyceni, bo oto "odważnie ktoś przedstawił kobietę, która odrzuciła swoje dziecko", czyli autor przełamał społeczne "tabu", więc książka jest "arcydziełem"). Mimo tych ostatnich, to te pierwsze, nawet jeśli nie stanowią większości, zdarzają się, natomiast nie zdarza się w ogóle, żeby urzędnik pracujący od - do jakiejś godziny wykazał się takim poświęceniem.

Kiedyś pewien prawicowy polityk, a może nawet dwóch, powiedzieli, że nieważne, czy Polska osiągnie dobrobyt, ważne, żeby pozostała katolicka. Ten skrajny wyraz ideologicznego zaślepienia wzbudzał we mnie bunt w latach 90. XX wieku, i wzbudzałby teraz, gdyby go ktoś nadal głosił. Należy jednak odłożyć emocje na bok. Odłożyć ideologie i doktryny zarówno polityczne jak i religijne i zastanowić się, jakie mogą być skutki ulegania hedonizmowi, lenistwu i czystemu egoizmowi. Czy odrobina strachu przed bezrobociem, biedą czy degradacją społeczną nie spełnia jakiejś pozytywnej roli, niczym zarazki w szczepionce?

Generalnie nie lubiłem komuny za to, że jednostce tak ciężko było się przebić z jakimś pomysłem, albo zrobić karierę bez deklaracji lojalności wobec panującej partii i wielkiego państwa na wschód od Polski. Z drugiej strony pamiętam młodzież wiejską z lat 70. XX w., która uległa kompletnej demoralizacji właśnie przez nadmiar bezpieczeństwa socjalnego. Wielu z tych ludzi, którzy dzisiaj mieliby po pięćdziesiąt kilka lat, już nie żyje z powodu alkoholu. A w latach 70. byli królami życia - o pracę było łatwo, więc jej nie szanowali, a co zarobili to wydali na pijaństwo - dodajmy, że pijaństwo "w polskim stylu", ostentacyjne, takie żeby wszyscy sąsiedzi widzieli, jak "młodzież się bawi". Bilans jest smutny i to są nagie fakty. Lata 90. przyniosły jednak zmiany w tym względzie. Pijaństwo nie zniknęło, ale też uległo znacznej redukcji, a wielu ludzi zagrożonych tą pokusą, na wodzy trzyma strach przed głodem, szukają więc jakiegoś, choćby dorywczego zatrudnienia. Byłbym hura-optymistą, gdybym twierdził, że drobni pijaczkowie i lumpy zniknęły z polskich ulic, ale uważam, że obecnie stanowią to, co stanowić powinni, czyli margines społeczeństwa. W okresie względnego bezpieczeństwa socjalnego był to margines o wiele szerszy.

Jako indywidualista (w szkole podstawowej moja wychowawczyni powiedziała mojej mamie, że jestem "antyspołeczny", choć pewnie chciała biedna powiedzieć "aspołeczny"), uważam, że gdzie tylko można uniknąć wtrącania się państwa w życie jednostek i drobnych społeczności, tam unikać tego należy. Opieka nad słabymi jest rzeczą szlachetną, ale równocześnie jej nadmiar sprawia, że wielu ludzi, skądinąd sprawnych, chce żeby ich za słabych uznawać i tę opiekę im zapewniać. Równocześnie wiedząc, że potężny urząd nie da ci zginąć z głodu, możesz sobie pozwolić na zerwanie więzów z matką, ojcem, rodzeństwem, żoną, mężem, czy dziećmi przy pierwszej sprzeczce o niepościelone łóżko.