środa, 13 kwietnia 2011

Odkrycie

There are more things in heaven and earth, Horatio,
Than are dreamt of in your philosophy. (W.Shakespeare, Hamlet)

Przeczytałem dziś krótki artykuł w Onecie, który od razu poprawił mi humor. Odkrycia naukowe, odkrycie czegoś, czego człowiek wcześniej nie wiedział, a teraz już będzie wiedział, zawsze napawają mnie optymizmem. Oczywiście pisząc "człowiek" używam uogólniającej metafory, bo przecież wiedział będzie tylko ten cżłowiek, który o tym przeczyta, albo ktoś mu o tym powie. Dobrze, że przynajmniej wiedzą już uczeni.

http://wiadomosci.onet.pl/swiat/rozwiazano-ponad-300-letnia-zagadke,1,4240271,wiadomosc.html

Szkoda, że nie napisano w jakis sposób śnią niewidomi od urodzenia. Umysł ludzki nadal jest niesamowitą zagadką. Jak napisano, "jest plastyczny" i z pewnością ma możliwości, o których nawet nie mamy wyobrażenia.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Meandry demokracji

Niedawno pisałem o tym, że demokracja to system wbrew naturze ludzkiej. O ile wszyscy powtarzają wyświechtany slogan będący zdaniem wypowiedzianym przez Winstona Churchilla, że demokracja jest zła, ale nikt nie wymyślił lepszego ustroju, z czymj się nawet zgadzam, to tylko potwierdza tezę, że demokracja jest wynikiem kompromisu, czasem „zgniłego” w imię tego, żebyśmy się nie wzięli za łby i nie zaczęli mordować swoich przeciwników politycznych niczym Sulla w starożytnej rzeczypospolitej rzymskiej.

Demokracja jest nienaturalna, ponieważ naturalna jest dążność do narzucenia wszystkim własnego punktu widzenia i urządzenia życia wszystkim dookoła wg tegoż właśnie. Jeśli ktoś twierdzi, że jest inaczej, to jest albo hipokrytą albo człowiekiem chwiejnym bez własnego zdania.

Decydując się na ten ustrój zgniłych kompromisów musimy jednak przestrzegać podstawowych zasad, takich jak np. poszanowanie wyników wyborów. Każda ze stron wojny polsko-polskiej w chwili, kiedy akurat nie obrzuca przeciwników wyzwiskami, z żalem stwierdza „że też my, Polacy, nie potrafimy uszanować autorytetów/ludzi wykształconych/patriotów/Polaków, którzy coś znaczą w świecie”, itd. itp. Wszystkie strony konfliktu ogarnia taka refleksja i żadnej nie przyjdzie do głowy, że robi dokładnie to, co krytykuje.

W pierwszych wyborach prezydenckich głosowałem na Tadeusza Mazowieckiego, bo za Wałęsą nigdy nie przepadałem, uważając go, jak wielu innych „wykształciuchów” za zarozumiałego prostaka. Niemniej był symbolem odzyskania niepodległości po latach komunizmu i był legalnie wybranym prezydentem Polski, a więc i moim prezydentem.

Kiedy kolejne wybory wygrał Aleksander Kwaśniewski, przeżyłem to niemal jak jakąś osobistą klęskę. To po to były te wszystkie strajki, te zmiany ustrojowe, żeby teraz bez żadnego przymusu wybierać komucha na prezydenta niepodległej Rzeczypospolitej. Najbardziej mnie wtedy bolało, że na Kwaśniewskiego głosowali moi właśni uczniowie, którzy akurat pokończyli 18 lat i dostali dowody osobiste. Po kilku tygodniach emocje opadły i trzeba się było przyzwyczaić do byłego aparatczyka PZPR na najwyższym stanowisku w kraju. Trzeba było jednak sobie wytłumaczyć tę sytuację tak, że oto taka była wola większości narodu i koniec. Nie podoba mi się, ale mam prezydenta-komucha. I jest to między innymi mój prezydent, bo uważając się za demokratę, wybór większości muszę akceptować.

Na Lecha Kaczyńskiego nie głosowałem. Co prawda liczyłem na koalicję partii nazywających się centro-prawicowymi (czyli na POPiS), a braci Kaczyńskich, mimo dorabianej im gęby, uważałem za dość umiarkowanych prawicowców, a więc takich, którzy będą mieli odwagę powiedzieć głośno to, co wielu z nas myśli, ale co do tej pory było uważane za „niepoprawne politycznie”. Po tym jak Jacek Kuroń przed śmiercią przyznał, że wiele rzeczy, m.in. prywatyzację, obóz z którym był związany, zrobiono źle, jeśli nie fatalnie, uważałem, że ktoś o zdecydowanie propaństwowych poglądach przypilnuje, żeby nie rozprzedano strategicznych gałęzi gospodarki za bezcen. Nie jestem panikarzem krzyczącym, że każda sprzedaż firmy obcemu kapitałowi jest zła. Pewne rzeczy, np. sektor energetyczny czy trzon bankowości powinny pozostać pod kontrolą rodzimego rządu, bo inaczej podważamy samą definicję niepodległej państwowości. Niemniej, uważając się za liberała i pamiętając pewne, jak mi się zdawało, rozsądne propozycje Donalda Tuska, zagłosowałem na niego, wierząc, że trochę prawdziwego wolnego rynku nam się przyda. Na tym tle PiS ze swoimi pomysłami rodem z PRLu wydał mi się jakimś anachronizmem. Niemniej, uważałem, że obie partie będą się świetnie uzupełniać. PiS zrobi porządek ze złodziejami i przypilnuje siły państwa, a PO wprowadzi nieco ożywczego liberalizmu w postaci uproszczenia przepisów, ograniczenia biurokracji itp. Potem, kiedy pojawił się spot z ludźmi, którym wynoszą dywan, wiedziałem, że z sojuszu nie będzie. Wybrałem Tuska, bo bracia Kaczyńscy działali mi na nerwy swoim agresywnym zachowaniem i retoryką przemawiającą do elektoratu o nienajwyższym stopniu wyrobienia politycznego.

Wygrał PiS i to tak, że obaj bracia mogli objąć najwyższe stanowiska w kraju. No, najpierw był Marcinkiewicz, który potem dostał kopa w d… i.. No właśnie, a potem kopy w d… ze strony Jarosława Kaczyńskiego zaczęły się sypać lawinowo.

Bracia Kaczyńscy nigdy nie byli medialni. Musieli cmoknąć (złośliwcy nazywali to mlaskaniem), żeby sobie dać kilka sekund do namysłu, co odpowiedzieć dziennikarzowi. Wypowiadali się nieskładnie, długo szukając odpowiedniego słowa, co robiło fatalne wrażenie. Demostenes czy Cyceron zadusiliby ich chyba gołymi rękami za taki brak kunsztu budowania wypowiedzi publicznej. To, co za nimi zawsze przemawiało, to uczciwość rozumiana brak zamieszania w jakiekolwiek złodziejskie afery. Co prawda próbowano ich wrobić w aferę FOZu, ale chyba nikt tego nie traktował poważnie. Szczery, dość anachroniczny patriotyzm i osobista uczciwość to były plusy. W programie mieli też jeden element liberalny, mianowicie zwiększenie dostępu do zawodów prawniczych, co mi się podobało. Niemniej na wizji wypadali fatalnie i to nie tylko dlatego, że tak ich przedstawiały media, bo to oczywiście też, ale często wypowiedzi w Sejmie czy po wizycie Benedykta XVI wzbudzały żal, że niby człowiek wykształcony, jeden doktor a drugi profesor, a wypowiedzi publiczne na poziomie Wałęsy.

Błąd PiSu był przede wszystkim błędem w sztuce. Nadal uważam, że interesów państwa polskiego i jego obywateli to najwyższa powinność władz. Niemniej rozdając kopniaki swoim sojusznikom, a do tego grożąc wszem i wobec wszystkim dookoła, nie ma się co dziwić, że trudno było w ten sposób zaskarbiać sobie sympatię szerokich mas. Prawdą jest, że PO często robi wrażenie, że skupia się bardziej na public relations niż na rzetelnym rozwiązywaniu problemów, ale jawne lekceważenie pozytywnego wizerunku przez Jarosława Kaczyńskiego, nie przysparzało mu zwolenników. Jarosław Kaczyński postawił bowiem na retorykę agresji i pogróżek wobec wszelkich łajdaków. W kraju, gdzie prawie każdy kombinuje, bo inaczej by nie przeżył, to nie jest najlepsza strategia. To tak jakby do jakiegoś baru na Dzikim Zachodzie wpadł jakiś fanatyk prohibicji, wyjął spluwę i zaczął krzyczeć, że ze wszystkimi zaraz zrobi porządek i niech pijacy się boją. Oczywiście dobrze, że przestraszyły się największe łobuzy w mieście, ale gorzej że stracha dostali też skądinąd porządni ludzie, którzy od czasu do czasu wpadali na piwko.

Wracając do tematu, nie głosowałem na Lecha Kaczyńskiego, ale wybór większości narodu bez szemrania uszanowałem, bo na tym polega demokracja. I Lech Kaczyński był moim prezydentem. A panią Marię uwielbiałem za to, że była tak wspaniałą normalną Polką.

Rok temu wydarzyła się tragedia, obowiązki prezydenta zgodnie z konstytucją objął Bronisław Komorowski, a potem został legalnie wybrany. Donald Tusk i jego ekipa z PO od dawna już wtedy działała mi na nerwy, a zachowanie posła Sekuły jako przewodniczącego komisji ds. afery hazardowej wyraźnie pokazało, na jakich ludziach opiera się ta partia. Sam Bronisław Komorowski wzbudza wiele kontrowersji i to wcale nie przez swoje gafy czy braki w ortografii. Niemniej znowu, albo przyjmujemy zasady demokracji, albo nie. Wynik wyborów trzeba szanować i dlatego B.Komorowski jest moim prezydentem, czy mi się to podoba czy nie. Publiczne obnoszenie się z nowym przymiotnikiem„niemój” świadczy tylko o tym, że ci, którzy go używają mają gdzieś demokrację. Jarosław Kaczyński jest dla nich wzorcem Polaka niczym wzorzec metra z Sevres pod Paryżem, i nie podlega weryfikacji przez instrumenty demokracji.

PiS ma za sobą z pewnością ok. 20% narodu, w porywach 30%. Zadziwia tupet ludzi, którzy próbują zawłaszczyć wyłączność na polskość, którzy obecnemu lokatorowi Pałacu Prezydenckiego urządzają co miesiąc cmentarz na Wszystkich Świętych i dziwią się, że ktoś ma im to za złe.

Cieszę się, że wczorajszą rocznicę mamy za sobą. Nie mam złudzeń co do tego, że teraz emocje opadną i będzie można spokojnie zająć się codziennymi obowiązkami. Zbliżają się wybory, więc wojna się zaczęła. Gorzej, że słowo „wojna” w tym wypadku przestaje być niewinną metaforą oznaczającą rywalizację przeciwników politycznych o stanowiska w państwie. To jest zajadła nienawiść, która może się źle skończyć. Obawiam się, że w ferworze walki, żałobnicy sprzed Pałacu po rozprawieniu się z Platformą, komuchami i inną swołoczą (m.in. żydowsko-masońską) ruszą wprost na Moskwę w celu zrównania Kremla z ziemią. Nie, nie uważam Jarosława Kaczyńskiego ani za antysemitę ani tym bardziej za idiotę. Niemniej, jak to powiedział jeden z polityków PiS, tego typu działania „mają swoją dynamikę”. Oby nie wymknęła się spod kontroli, bo wtedy biada nam wszystkim.

Największe pretensje do PiSu mam jednak o to, że uważam, że rząd tworzony przez PO jest naprawdę kiepski, w wielu sprawach nieudolny, z szeregiem pomysłów wręcz szkodliwych i należałoby go zmienić. Przy słabości SLD i praktycznym niebycie innych partii, większość znowu opowie się za PO, bo się przestraszy PiSu. I to jest odpowiedź dla wszystkich tych, którzy ironizują, że wszelkie zło zwala się na PiS, mimo, że PiS już dawno nie rządzi. Przez głupotę PiS merytoryczni przeciwnicy rządu Donalda Tuska czują się w obowiązku ratować kraj przed szaleństwem i popierają opcję dla Polski nie najlepszą.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Wyznania ekonomicznego ignoranta

Niestety studiowanie ekonomii w młodości kojarzyło mi się z czymś niezmiernie nudnym i jestem żywym przykładem tego, jak błędy młodości odbijają się głupotą na stare lata. Jako zawód wybrałem coś od ekonomii różnego, więc na studiowanie opracowań z zakresu gospodarki, finansów, handlu i przemysłu nie bardzo mam czas, czego niezmiernie żałuję, ale jak to powiedziała żaba w znanym dowcipie, "przecież się nie rozdwoję". Ponieważ nie mam ambicji do tytułu ekonomisty, bardzo chętnie pytam tych, którzy są ode mnie w tej dziedzinie mądrzejsi. Kiedy piszę o tym np. na blogu, prawdopodobnie jest to brane za swoistą kokieterię. Tak nie jest. W swoich przemyśleniach na tematy gospodarcze jestem totalnym amatorem i kieruję się tylko i wyłącznie czymś, co sam nazywam zdrowym rozsądkiem. Czytelnicy mają jednak pełne prawo kwestionować przymiotnik z tego zwrotu. Jeżeli jednak kwestionują, to prosiłbym o wytłumaczenie na poziomie elementarnym, gdzie tkwi błąd w moim rozumowaniu.

Ogólnie uważam, że wejście do Unii Europejskiej było konkretnie dla Polski dobre, a wyniki naszej przynależności do owego tworu są widoczne gołym okiem w postaci nie tylko rozkopanych dróg, ale również tych już wybudowanych. Jesteśmy w swojej masie wiecznymi malkontentami, więc zawsze będziemy szukać dziury w całym, bo najszczęśliwiej czujemy się w nieszczęściu, które nas łączy i spaja, tudzież daje poczucie wspólnoty (w cierpieniu). Fakt, że przed 2004 polscy politycy nie mieli pomysłu na dalszy rozwój Polski i że pozytywny "kop", jaki otrzymaliśmy dzięki funduszom unijnym, sprawił, że nasza gospodarka się ożywiła, do wielu nie przemawia. Do mnie z kolei nie przemawiają katastroficzne teksty typu: "wkładamy do Unii więcej, niż dostajemy", bo uważam, że to jakaś bzdura (ale mogę się mylić, bo dokładnie danych finansowych na ten temat nie studiowałem), a nawet jeśli nie, to widząc jak były wydawane nasze wspólne państwowe pieniądze przed 2004, a jak po tej dacie, twierdzę, że jeśli nawet tak, to może i dobrze. Kilometry asfaltu na szerokich drogach bardzo konkretnie do mnie przemawiają. Trochę mniej to, że zaraz po zbudowaniu trzeba je remontować. To już jest kwestia kryminalna i wcale mi się nie podoba.

Nie jestem jednak człowiekiem wiary, choć w ekonomii częściej kieruję się wiarą niż wiedzą (tzn. wierzę pewnym ludziom, których rozumowanie mi się podoba, ale nie jestem na tyle zdeterminowany, żeby podjąć się fachowej weryfikacji tegoż). Nie przyjmuję więc wszystkiego, co proponuje Unia za dobrą monetę. Nie chcę wspominać całego steku bzdurnych przepisów, o których pisano już niejednokrotnie.

To, co mnie ostatnio przyprawia o umysłowe katusze to kompletny brak zrozumienia dla tzw. paktu dla konkurencyjności. Konkurencyjność pojmuję jako możliwość konkurowania na wolnym rynku. Okazuje się jednak, że w znajomości ekonomicznej nomenklatury jestem jeszcze głupszy niż w samej ekonomii. Pakt dla konkurencyjności, popierany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego i premiera Donalda Tuska, to dla mnie czarna magia. Rozumiem, że kiedy do Warszawy przyleciał prezydent Francji Nicolas Sarkozy i kanclerz Niemiec Angela Merkel, żeby namawiać nasze władze do przystąpienia do owego paktu, nasi goście bardzo dobrze rozumieli znaczenie tego słowa. Mam jednak obawy, rządzący Polską w pełni ogarnęli pole semantyczne tego zwrotu. Są w końcu historykami, a więc nieco ekonomii musieli kiedyś liznąć, więc słowo "konkurencja" powinno być im znane.

Ja niestety nie wiem, jak ma wzrosnąć konkurencyjność polskiej gospodarki w warunkach, kiedy podnosi się podatek CIT (zdaje się o 10%). No, giganty sobie jak zwykle poradzą, ale gospodarka Polski opiera się na przedsiębiorstwach średnich i małych, które mogą zacząć się zwijać, jeżeli odczują kolejny środek punitywny nałożony na przesiębiorczość. Narzucenie jednolitych standardów unijnych w dziedzinie podatków i finansowych świadczeń na rzecz państwa, jak w ogóle narzucanie jakichkolwiek standardów, to moim skromnym zdaniem zaprzeczenie samej idei stojącej za słowem "konkurencyjność". Moża ja i głupi jestem, ale dlatego błagam o oświecenie!

Konkurencyjność, jak mi się wydaje, z definicji nie jest zjawiskiem, które jest rozłożone równo. Jeżeli wszyscy mają narzucone te same zasady, stawki podatkowe, ceny, to konkurencyjność spadnie do zera. Przerabialiśmy to przecież za komuny. Po co do tego wracać. Inna sprawa, że ten, komu wyrosła konkurencja w postaci tańszego dostawcy dóbr i usług, chce coś z tą sytuacją zrobić. Francja i Niemcy chcą i wcale im się nie dziwię. To, że my też chcemy, dziwi mnie z kolei niepomiernie! Nasza konkurencyjność spadnie do zera, biznesy się zwiną (no, tutaj po cichu liczę jednak na czynnik psychologiczny, który jest w stanie pokonać wszelkie przeszkody, a mianowicie na zdrową ludzką chciwość, która pozwoli przetrwać przedsiębiorcom wszelkie szkodliwe nowinki; gorzej będzie z robotnikami, ale kto tam by się nimi przejmował /taki sarkazm/), a Polska pozostanie bezkonkurencyjna tylko w jednej dziedzinie - w eksporcie taniej siły roboczej do krajów, którym konkurencyjność się znacznie poprawi.

Jakaś paranoja! Tylko czyja? Znowu moja? Dajcie znać, co o tym myślicie.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Little Dorrit - Soundtrack

Today something soothing and relaxing. Just some notes from the soundtrack of the beautiful TV drama Little Dorrit based on Charles Dickens' novel. Enjoy!

sobota, 2 kwietnia 2011

Przedsiębiorstwo uczelni, uczelnia przedsiębiorstwu, czyli tak jak być powinno

Początek kwietnia przywitał nas na Podlasiu pogodą pochmurną i deszczową, ale nie chciałbym, żeby wiosna 2011 kojarzyła się tylko z tym dość ponurym widokiem za oknem. Postanowiłem napisać o czymś optymistycznym.

Czytelnicy tego bloga mogli się pewnie zorientować, że podziwiam pewne rozwiązania z krajów anglosaskich jeśli chodzi o wykorzystanie talentów młodych ludzi. Dobrzy studenci czołowych amerykańskich uczelni nie muszą szukać pracy, bo przeważnie praca znajduje ich, gdyż na ostatnim roku studiów już mogą przebierać w ofertach pracy przysłanych przez firmy z branż związanych z danym kierunkiem studiów. Stoi to w kontraście wobec naszej rzeczywistości, gdzie zdolną młodzieżą zdaje się nikt nie interesować.

Okazuje się jednak, że mój pesymizm co do Polski ma szansę zostać wyparty przy pomocy pewnych faktów, o których się niedawno dowiedziałem. Otóż wśród moich słuchaczy mam osobę na wysokim stanowisku kierowniczym w pewnej potężnej firmie budowlanej. Firma jest naprawdę prężna i świetnie działająca, ponieważ buduje domy nie tylko w kraju, ale również w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. Niemcy to tak naprawdę największy rynek zbytu dla domów tejże firmy. Zamówień z tego kraju omawiana firma ma najwięcej. Z tego też względu potrzebna jest wielka rzesza pracowników znająca język niemiecki. Okazuje się bowiem, że wg szacunków mojego znajomego, firma nadal potrzebuje inżynierów budownictwa ze znajomością języka naszych zachodnich sąsiadów na stanowiska kierowników budów.

W związku z tym mój słuchacz wybrał się na wydział budownictwa Politechniki Białostockiej w celu „zapolowania” na dobrych studentów. Wywiady, jakie z nimi przeprowadził, nie wywołały w nim zbytniego entuzjazmu, ponieważ po pierwsze zauważył zupełnie niedojrzałe podejście do życia, a po drugie, żaden z kandydatów nie wykazał się wystarczającą znajomością języka niemieckiego.

Tutaj mała dygresja. Otóż moi koledzy-germaniści od kilku lat zauważyli na swoim rynku straszliwy zastój, co skłania ich do myślenia, że popyt na język niemiecki bezpowrotnie minął. Z pewnością trudno mu konkurować z angielskim, zwłaszcza w warunkach otwartego rynku pracy dla Polaków w krajach anglojęzycznych. Tymczasem pojawia się perspektywa analogicznego otwarcia rynków pracy w Niemczech, co każe się spodziewać odrodzenia zainteresowaniem językiem Goethego, Kanta czy Schillera.

Trzech studentów, którzy właśnie już swoją edukację ukończyli, mimo wielu zastrzeżeń znajomy mój jednak zatrudnił, a przy okazji zafundował im intensywny kurs języka niemieckiego. Na tym polu jednak młodzi inżynierowie nadal pozostawiają wiele do życzenia. Nie dlatego, że po prostu nie znają języka, tylko dlatego, że się do jego nauki słabo przykładają. Jest jednak nadzieja, że będą z nich ludzie.

Obserwując kolejne roczniki studentów budownictwa, znajomy mój odkrył jak niewielu z nich wybrało lektorat języka niemieckiego. Niemniej nawiązał ścisłą współpracę z panią dziekan (która była jego wykładowczynią w jego czasach studenckich). Jego firma sponsoruje różne imprezy organizowane przez Politechnikę, a także nagrody dla najlepszych absolwentów. Współpraca ma jednak polegać również i na tym, że białostocka uczelnia wykształci inżynierów na konkretne potrzeby tejże firmy, która w dodatku oferuje bardzo dobre warunki pracy i płacy.

To, co mnie cieszy, to fakt, że i u nas w Polsce, i u nas konkretnie w Białymstoku, robi się „normalnie”. Że pojawia się szansa, że uczelnia techniczna nie będzie produkowała bezrobotnych magistrów-inżynierów, ale zdobędzie bardziej realne rozeznanie w potrzebach rynku pracy. W tej sprawie nie ma lepszego rozwiązania, niż bezpośrednie kontakty z przedsiębiorstwami.

Istnieje też szansa, że sami młodzi ludzie, widząc konkretne perspektywy w zasięgu ręki, zmienią swój beztroski stosunek do studiów i zdobędą solidne kwalifikacje. Nic bowiem tak nie motywuje jak namacalny sukces, dający się zaobserwować na przykładzie kolegów.

czwartek, 31 marca 2011

Stefan Niesiołowski na WSAPie, czyli problemy demokracji

Byłem wczoraj na wykładzie profesora Stefana Niesiołowskiego. Nikomu nie muszę chyba przedstawiać tego polityka rządzącej partii. Wykład był na temat mocnych i słabych stron demokracji. Znając Stefana Niesiołowskiego z telewizji, spodziewałem się jakichś kontrowersji, czy ataków politycznych na przeciwników, ale profesor wykazał się zdrowym rozsądkiem, ponieważ od razu zastrzegł, że jego wystąpienie ma charakter ogólny i choć nie da się uciec od nawiązań do bieżącej sytuacji politycznej, będzie się starał tego nie robić. I faktycznie się postarał, choć oczywiście nie obyło się bez kilku przykładów (senator Stokłosa, Radio Maryja).

Profesor Niesiołowski mówił m.in. o tym, że polska demokracja wbrew temu, co mówią niektórzy, ma się dobrze i idzie w dobrym kierunku, natomiast wszelkie oskarżenia wszystkich polityków danej partii (oczywiście miał na myśli swoją) są bezpodstawne i podłe. Przez długi czas bowiem demokracja dlatego funkcjonowała dobrze, że był pewien konsensus wobec zasad ustrojowych, np. nigdy nie kwestionowano wyników wyborów i jakkolwiek ktoś mógł nie lubić swoich przeciwników, to wynik wyborów szanował. Wszystkie partie również prowadziły spójną politykę zagraniczną. No, przynajmniej nie było wokół niej sporów. Nie kwestionowano też racji bytu innych partii niż własna. Obecnie to się nieco zmieniło na gorsze, a mianowicie pojawili się politycy, którzy jawnie nie uznają swoich przeciwników i dążą do zepchnięcia ich w polityczny niebyt. Nie trzeba być orłem, żeby się zorientować, że pan marszałek pił do PiSu. Niemniej mnie przekornie od razu przypomniała się scena, kiedy to on sam z tak znaną z telewizji zaciekłością w formie wypowiedzi krzyczał przed kamerą, że Kaczyńscy powinni całkowicie zniknąć ze sceny politycznej.

Nigdy na braci Kaczyńskich nie głosowałem, ale też na pewno nigdy żadnemu z nich nie życzyłem, żeby go spotkał tak tragiczny koniec, jak Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ani retoryka ani sztuka budowania wizerunku Jarosława Kaczyńskiego nigdy mnie nie przekonywały, więc gdyby sam przeszedł na polityczną emeryturę, specjalnie nie odczułbym jakiejś pustki na arenie politycznej Polski. Niemniej od czasu do czasu musi się pojawić ktoś, kto po prostu powie, że król jest nagi. Dlatego jeśli dzisiaj Jarosław Kaczyński jako jedyny głośno krzyczy, żeby nie sprzedawać Lotosu kapitałowi rosyjskiemu, to choćby się we wszystkim innym mylił, to akurat tutaj ma rację. Argumenty „prawdziwych liberałów” (niekoniecznie tych z PO), że państwowe firmy to tylko miejsce synekur dla partyjnych kolesi, są w tym wypadku bez znaczenia. Oddanie w obce ręce kluczowych gałęzi gospodarki podważa samą zasadę suwerenności, choćby nie wiem jak pokrętną filozofię wysunięto w celu udowodnienia czegoś przeciwnego.

Z całą pewnością wielu polityków PO zdaje sobie sprawę z szeregu zagrożeń, o których mówi Kaczyński i również jestem prawie pewien, że wielu polityków PO to ludzie odpowiedzialni i rozumiejący polską rację stanu. Ostatnia odpowiedź Radosława Sikorskiego na argumenty amerykańskich środowisk żydowskich domagających się zwrotu majątków skonfiskowanych przez władze komunistyczne, jest bardzo wyważona, a powiedziałbym, że wręcz mądra, choć nie jestem jakimś fanem profesjonalizmu ministra Sikorskiego. Powiedzenie otwarcie, że państwo polskie nie odróżnia majątku żydowskiego od nieżydowskiego i że w odpowiednim czasie zajmie się wszystkimi roszczeniami, jest wypowiedzią w duchu państwowym i obywatelskim, co powinno być dobrym argumentem w dyskusjach z przedstawicielami krajów zachodnich. W tym świetle roszczenia żydowskie wydają się małostkowe i nacjonalistyczne.

Nie wiem, jak jest z Prezydentem Komorowskim, ani jego powiązaniami lub ich brakiem z WSI, ale nie dopuszczam do siebie myśli o jakichś antypolskich spiskach ze strony kierownictwa PO. Z całą pewnością natomiast można stwierdzić, że partia ta ma w swoich szeregach całą masę karierowiczów oraz nie do końca uczciwych biznesmenów, którzy psują jej wizerunek.

Najgorszy jednak zarzut wobec PO to wg mnie nie tyle zła wola, ile nieudacznictwo. Mając sojusznika w postaci PSL i w ten sposób de facto większość w Sejmie, można było zrobić więcej, żeby cały szereg przepisów uprościć i stworzyć „przyjazne państwo”. Ten, który miał się tym zajmować, zajmował się komedianctwem i budowaniem własnego wizerunku popularnego błazna. O sukcesach innej polityk tej partii, która ma walczyć z korupcją, lepiej nie wspominać.

Wracając do wykładu Stefana Niesiołowskiego, rozczarowało mnie nieco dość płytkie potraktowanie zagrożeń, jakie są integralną częścią samej demokracji. Owszem, wspomniał senatora Stokłosę, który mają ponad dwadzieścia spraw w sądzie zostaje wybrany w wyborach uzupełniających przy frekwencji ok. 5%. Bardzo słusznie przytoczył tutaj przykład USA, gdzie ktoś z kilkoma toczącymi się przeciw niemu sprawami w sądzie nie byłby wybrany na żadne stanowisko państwowe dlatego, że sąd zdążyłby go już skazać za jedną, tę najmniejszą i najłatwiejszą do udowodnienia. Reszta mogłaby się dopiero toczyć, ale takiemu człowiekowi zablokowałoby drogę do kariery politycznej. Genialnie proste, ale znowu pytanie do PO – dlaczego u nas to nie tak nie działa?

Marszałek Niesiołowski przyznał również, że Hitlera (i Łukaszenkę, choć oczywiście nie można porównać skali ich przestępstw) wybrano w demokratycznych wyborach, wolą większości narodu. To są oczywiście słabości demokracji.

Na pewno zgadzam się ze Stefanem Niesiołowskim, że jednak demokracja jest wartością, bo choć co jakiś czas lubię poprzeć jakiś pojedynczy argument Janusza Korwina-Mikke przeciwko temu systemowi, to zasadniczo uważam, że lepszego jednak nie ma, a więc na zasadzie mniejszego zła tę demokrację jednak popieram.

W kontekście tego, co gość WSAPu powiedział na temat Muammara Kaddafiego, narodziła się jednak nowa wątpliwość. To znaczy nie ma chyba nikogo, kto nie wiedziałby o tym, że reżim Kaddafiego był reżimem zbrodniczym, gdzie opozycjonistów zabijano bez sądu i gdzie dyktator rządził w sposób absolutny wiedziony własnymi paranojami. Pojawia się jednak delikatne pytanie: co będzie w Libii bez Kaddafiego? Nie miałem wątpliwości, że w Iraku należało obalić Saddama Husseina, ale przecież zbrodniczą tyranię, w której ludzie mimo wszystko nie bali się wychodzić rano do pracy, zastąpił chaos, w którym każdy boi się każdego, bo cały kraj jest rozdarty między zaciekle się zwalczające frakcje religijne i polityczne, czego najbardziej ogólny obraz to szyici, sunnici i Kurdowie, a przecież te wszystkie grupy dzielą się na mniejsze rywalizujące wzajemnie ugrupowania.

Gdyby demokracja w czystej formie zapanowała w Turcji albo w Algierii, to po prostu większością głosów wygraliby jeśli nie fanatyczni islamiści to na pewno bardzo pobożni muzułmanie, a ci czym prędzej zamieniliby demokrację na szariat. Takiego scenariusza obawiam się dla Libii i Egiptu.

Przy okazji, wątpliwość budzi też oczywiście „eksport” demokracji. Stany Zjednoczone próbują narzucić ten system tam, gdzie mało kto w ogóle wie o co w niej chodzi, a jeszcze mniej jej chce. Dodajmy do tego, że wcale się nie kwapią do jej wprowadzania w Arabii Saudyjskiej, ostatniej klasycznie feudalnej i skrajnie religijnej monarchii świata.

W demokracji wątpliwość budzi oczywiście fakt, że demokratycznie wybrany idiota ma potencjalnie szansę rządzić krajem, podczas gdy do kierowania niewielką fabryką wymaga się wysokich kwalifikacji. Coś tutaj wydaje się nie w porządku.

Inny istotny problem z demokracją to jej zakres terytorialny. Mam tutaj na myśli krajowe kontra regionalne, czy np. europejskiej kontra narodowe. Wyobraźmy sobie, że oto demokratycznie większość Polaków głosuje za tym, żeby na Podlasiu zakazać ruchu zmotoryzowanego, bo oni chcieliby mieć sobie taki region kompletnie czysty, ekologiczny i wolny od wszelkich spalin. Mieszkańcy Podlasia, załóżmy, są w stu procentach przeciwni temu projektowi, ale nic nie mogą poradzić, bo oto demokratycznie reszta społeczeństwa tak zadecydowała. Oczywiście jest to przykład wymyślony i naciągany, ale chyba dobrze obrazuje na czym polegałby problem.

O wiele częściej mamy do czynienia z odwrotnością tej sytuacji. Mianowicie jacyś miejscowi „kacykowie” rządzą np. gminą przy poparciu większości mieszkańców w sposób, który urąga zasadom cywilizacji. Przecież gdyby nie rząd federalny w USA, do tej pory na Południu istniałaby segregacja rasowa. W Bangladeszu niedawno ubiczowano na śmierć czternastoletnią dziewczynkę z powodu rzekomego romansu z żonatym mężczyzną (jemu udało się uciec). Tak zadecydowała starszyzna i imam, a większość się skwapliwie na to zgodziła, bo w tej wiosce panuje prawo szarłatu za zgodą większości mieszkańców. Skądinąd wiadomo, że Bangladesz jako państwo jest organizmem wysoce niedoskonałym, ale jednak demokratycznym, którego władze centralne takich praktyk nie akceptują. Co to jednak znaczy demokracja? Czy prawo lokalnych społeczności do samostanowienia, czy też prawo większości z innych regionów do decydowaniu o tym co się dzieje w kolejnym?

Z tego punktu widzenia wysoce problematyczna jest struktura Unii Europejskiej. Nie jest ona jeszcze państwem, choć wiele czynników do tego zmierza. Wszyscy czołowi urzędnicy Unii deklarują wielki szacunek dla demokracji, stawiając ją jako główny cel i zasadę działania. Jak dotąd nie ma mechanizmów, może oprócz wyborów do Parlamentu Europejskiego, które dawałyby obywatelom państw Unii złudzenie, że współdecydują o losach całości. Wszyscy doskonale wiedzą, że jest to instytucja, w której kraje najsilniejsze decydują o losach całego kontynentu, o tym kto ma prawo coś produkować i sprzedawać. Jeśli w jednym z krajów ludzie demokratycznie wybiorą na stanowisko państwowe kogoś, czyje poglądy są kontrowersyjne (Heider w Austrii), władze Unii nie wahają się wtrącić w suwerenne decyzje jednego z państw członkowskich przy pomocy sankcji.

Jeśli chodzi o wyłonienie tak ważnych stanowisk Unii jak jej przewodniczący Rady Europejskiej Hermann Van Rompuy, czy unijna „minister spraw zagranicznych” Catherine Ashton, odbyły się one z kompletnym pominięciem procedur demokratycznych. Przeciętny obywatel w ogóle nie wie, skąd oni się wzięli. (Inna sprawa, że przeciętny obywatel prawdopodobnie jest nieświadomy ich istnienia). Jeśli można mówić o demokracji w UE, to ma ona miejsce tylko w granicach poszczególnych państw członkowskich. Na razie sama Unia wydaje się organizmem dość mało demokratycznym i niezwykle mało przejrzystym.

Stefanowi Niesiołowskiemu zadałem tylko jedno pytanie, mianowicie jaki jest jego stosunek do okręgów jednomandatowych. Był to przecież jeden z czołowych postulatów Donalda Tuska i jego ekipy. Profesor Niesiołowski odpowiedział, że owszem, w trybie długofalowym jest za, ale ich wprowadzenie wymagałoby zmiany konstytucji, a do tego potrzeba 2/3 głosów w Sejmie, co jest praktycznie niemożliwe. Osobiście śmiem twierdzić, że obecnie żadnej partii, z PO włącznie, nie zależy na zmianie systemu wyborczego. Byłoby dla wszelkiego rodzaju „zawodowych polityków” poważne zagrożenie ich egzystencji. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przycina gałęzi, na której siedzi.

Niemocą również wyjaśnił gość WSAPu wątpliwość wyrażoną przez jednego ze studentów na temat polityki władz litewskich wobec mniejszości polskiej.

Niestety studenci okazali się dość niemrawi w zadawaniu pytań, a ja stwierdziłem, że nie będę denerwował wszystkich dookoła swoimi pytaniami-wątpliwościami, których trochę by się znalazło. Generalnie spotkanie przebiegło w pozytywnej atmosferze, choć do mojej wiedzy o demokracji niewiele wnoszącej.

sobota, 26 marca 2011

O poziomie edukacji

Bardzo lubię amerykański film Gusa Van Santa „Finding Forester” (polski tytuł „Szukając siebie”). Rzecz jest o czarnoskórym uczniu szkoły średniej, niezwykle zdolnym i, w przeciwieństwie do wszystkich swoich kolegów, oczytanym, którego polubił stary pisarz, który po napisaniu ponadczasowego dzieła, wycofał się z życia niemal zupełnie (oprócz kontaktów z dostawcą zakupów). Ponieważ nie potrafię się wyzwolić z nawyku narzucania własnego gustu młodemu pokoleniu (to okropny błąd, wiem o tym doskonale!), co jakiś czas albo każę ten film obejrzeć, albo organizuję jego projekcję. Prawie zawsze narażam się na zarzut, że zmuszam do oglądania jakiejś „nudy”. Nawet doskonała kreacja Seana Connery’ego nic nie pomaga. Faktycznie film ten nie porywa wartkością akcji, czy nowatorstwem formy (to całe osobne zagadnienie – niedawno przekomarzałem się na ten temat z młodszym kolegą, facetem oczytanym, znającym wiele filmów, a przy tym inteligentnym, czyli takim, który pozwala mojemu pokoleniu być spokojnym o przyszłe losy świata). Ja jednak traktuję tego typu obrazy jako niezwykle ważne ze względu na ich przesłanie dydaktyczne. No i tu oczywiście od razu wiem, że „zamordowałem” reputację tego filmu, bo przecież jak coś jest „dydaktyczne”, to jest skazane na potępienie.

Polecam ten film tym, którzy chcą się nauczyć pisać. Jedna z rad Seana Connery’ego to „punch the keys”, czyli „wal w klawisze”, ponieważ przy pisaniu pierwszej wersji (brudnopisu), powinno się wyłączyć myślenie. Sam często powtarzam studentom (przez co wywołuję niejednokrotnie wybuchy wesołości), że pisanie to nie jest myślenie. Pisanie to po prostu pisanie. Na myślenie przychodzi czas przy obróbce brudnopisu. Jest to o tyle wspaniałe, że kiedy już masz taką pierwszą wersję, to w ogóle masz o czym myśleć i co udoskonalać. Tutaj dopiero przychodzi czas na działanie intelektu. Kto próbuje robić odwrotnie, ten „tworzy w bólu” i „cierpi na twórcze katusze”. To z kolei odbiera wszelką przyjemność z pisania i kończy się zarzuceniem kariery pisarskiej.

Jak zwykle jednak piszę ogromny wstęp o rzeczach pobocznych, podczas, gdy chcę pisać o czymś innym. Na swoje wytłumaczenie mam tylko to, że swój blog traktuje jako pewnego rodzaju zapis „strumienia (nie)świadomości”.

Otóż Jamal, główny bohater (ten czarnoskóry nastoletni geniusz) dostaje propozycję, żeby przyjąć stypendium i pójść do świetnej prywatnej szkoły. Oczywiście chłopak jest zżyty ze swoim środowiskiem, ale nawet jego starszy brat, typowy cwaniaczek z getta, uważa, że chłopak powinien się wyrwać z tego g… (tzn. ze szkoły publicznej). Co więcej, w podobnym duchu wypowiadają się jego starzy nauczyciele (ergo nie szanują miejsca, w którym pracują). Stary pisarz, od którego można byłoby się spodziewać poglądów lewicowych (jak to w zachodnich filmach – jak pozytywny inteligent, to koniecznie szlachetny egalitarysta), otwarcie i okrutnie, żeby nie powiedzieć „cynicznie”, tłumaczy chłopakowi, że oto dostał szansę, której jego koledzy są pozbawieni, i że trzymanie się jakiejś „solidarności klasowej” (Connery ujął to jakoś inaczej, ale w każdym razie w tym duchu) jest czystą głupotą. Jamal idzie do prywatnej szkoły.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Otóż proces dydaktyczny w prywatnej szkole różni się od tego ze szkoły państwowej, że nauczyciele po prostu wymagają, nie cierpią pytań ze strony uczniów, a tylko domagają się posłuszeństwa. Nauczyciel literatury jest nie tylko apodyktyczny, a wobec Jamala wręcz podły, ale generalnie jego permanentną cechą jest sarkazm wobec uczniów. Nauczyciel w szkole prywatnej, w przeciwieństwie do czarnej nauczycielki w szkole publicznej, nawet nie próbuje być przyjazny. Oczywiście ten literaturoznawca nie wzbudza sympatii ani widza, ani uczniów, ani Seana Connery’ego. Wszyscy możemy oczywiście krytykować metody stosowane w tej prywatnej szkole, że sztywniactwo i nieludzkie podejście do człowieka (ucznia), ale generalne przesłanie jest przecież jasne, choć wcale nie to było intencją scenarzysty, ani reżysera). Otóż te szkoły, które przygotowują najlepszych kandydatów na studia, to nie te, które „ucząc bawią”, ale te które wymuszają samodzielne uczenie się.

Czytając rankingi (po angielsku „league lists”) i polskich szkół średnich, a przy tym znając nieco ich realia (relacje uczniów i zaprzyjaźnionych nauczycieli), łatwo zaobserwować, że poziom śrubuje się przy pomocy wysokich wymagań. Jeśli chodzi o to, co nauczyciele dają z siebie, opinie bywają bardzo krytyczne. Bardzo często, żeby sprostać ich wymaganiom, uczniowie biorą korepetycje. A propos korepetycji, przypomniało mi się to, co mówił w latach 80. ubiegłego stulecia sąsiad mojego kolegi z klasy, Adama, znany wśród łódzkich japonistów Masakatsu Yoshida. W Japonii nauka szkolna nigdy nie była zabawą. Zakuwano (i chyba nadal się zakuwa) ostro i długo, ale nawet najlepsi uczniowie brali korepetycje niedowierzając własnym zdolnościom.

Podczas swojego ostatniego pobytu w Londynie wziąłem do ręki wypracowanie syna mojej koleżanki, za które dostał pochwałę ze strony nauczyciela. Ani jedno zdanie nie było złożone po angielsku. Po roku pobytu w Anglii nie spodziewałbym się rewelacji i dlatego uważam, że to nie jest problem chłopaka. Problem natomiast leży po stronie nauczycieli. Tej pracy nikt nie poprawił! Żadnej krytycznej uwagi, żadnego wskazania błędów! A trzeba dodać, że jest to szkoła stojąca dość wysoko w rankingu londyńskich szkół publicznych.

Gdybym się kompletnie poddał paranoi, uznałbym, że jest jakiś spisek bogatych, którzy celowo ogłupiają masy wmawiając im, że ich dzieciom należy się jak najmniej stresu, a jak najwięcej przyjemności i zabawy w szkole. W tym samym czasie sami posyłają własne dzieci do szkół, gdzie stresu jest dużo, a zabawy mało. W Polsce ludzie wypatrujący wszędzie antypolskich spisków, uważają, że ktoś celowo ogłupia polskie społeczeństwo. Jak jednak widać, obniżanie poziomu edukacji to nie jest tylko polska specjalność.

Dzisiaj zainicjowałem wśród studentów uczelni państwowej dyskusję na temat pożądanych zmian w polskiej edukacji. Niestety niczym mnie nie zaskoczyli. Powtarzali te same teksty, jakie sam wygłaszałem w ich wieku – że za duże obciążenie, że za dużo teorii a mało praktyki, że każą się uczyć tego, co nam się „w życiu nie przyda”. Szczerze mówiąc jestem już trochę znudzony takimi tekstami, bo jak napisałem, moi koledzy i ja wygłaszaliśmy je już w latach 80. Kiedy w dodatku ktoś mówi, że dzisiaj są zbyt wysokie wymagania jeśli chodzi o wiedzę akademicką, to wzbudza to we mnie tylko smutny uśmiech. W porównaniu z wymaganiami szkolnymi z lat komuny, dzisiejsze wydają się niezwykle okrojone. Ten tekst z mojej strony jest też pewnym wyświechtanym sloganem, bo pokolenie przedwojenne wygłaszało dokładnie te same zarzuty wobec pokoleń powojennych. Być może więc kieruje mną myślenie starego dziada, który wygłasza „mądrości” z pozycji „za moich czasów…”. Być może.

Rzecz jednak cały czas w tym, że człowiek, istota ekonomiczna, chciałby robić mało, a korzyści z tego mieć wiele. Niewątpliwie niektórym się to udaje, a przypadki takie mają dobre publicity, no bo przecież kto by nie opowiadał z wypiekami na twarzy o gościu, który nie był ani zdolny ani się nie uczył, ale na pietruszce zrobił miliony. Pamiętam pewną „czytankę” z podręcznika do języka angielskiego (chyba to było „Matters”), która opisywała losy dwóch dziewczyn – jednej z dobrego domu, która skończyła elitarną szkołę średnią i dobry uniwersytet z honorami, a obecnie zarabia kilkadziesiąt tysięcy dolarów rocznie, zaś druga ze środowiska niezbyt zamożnego, która porzuciła szkołę, wdała się po drodze w narkotyki, ale również zaczęła śpiewać w kapeli rockowej i dzięki temu dzisiaj (tzn. wtedy, kiedy pisano podręcznik) zarabia rocznie miliony! No fajnie, ale ile jest takich przypadków? W dodatku, kariera w muzyce nie bierze się z niczego – ona też wymaga pracy.

Podsumowując, choć oczywiście bez poczucia wyczerpania tematu, nigdy nie wiadomo, co się w życiu przyda. Oczywiście są ludzie, którzy już w młodym wieku doskonale wiedzą, co będą robić, mają bardzo precyzyjny plan własnego rozwoju i oni faktycznie mogą sobie pozwolić na to, żeby powiedzieć „to mi się w życiu nie przyda”, a chcę się skupić na tym, z czego będę żył. Takich ludzi jest może jeden na tysiąc. Większość z nas nie ma pojęcia co w życiu będzie przydatne, a co nie. Generalnie nie uważam, że przyswajanie wiedzy musi być zdeterminowane jakąś przydatnością mierzoną pieniędzmi. Czytanie i poznawanie nowych rzeczy jest dla mnie osobiście wartością samą w sobie i przyjemnością. Dlatego nie uczę się, żeby więcej zarabiać, ale chciałbym tyle zarabiać, żeby mieć więcej czasu na uczenie się. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że takie podejście nie ma szans na zdobycie większej popularności. Tak czy inaczej, reguła jest dość prosta – szkoły, które są znane z „wysokiego poziomu” niekoniecznie słyną z bezstresowych metod nauki. O tym trzeba pamiętać. Niemal na 100% można stwierdzić, że ci, którzy sami odnieśli sukces, dobrze wiedzą, że chcąc aby ich dzieci ten sukces powtórzyły, poślą dzieci do takich szkół, gdzie konsekwentnie egzekwuje się przyswajanie kolejnych porcji konkretnej wiedzy.