sobota, 29 sierpnia 2009

O podziałach

Bardzo częstą, a kto wie, czy nie jedyną metodą zdefiniowania własnej tożsamości, jest znalezienie sobie wroga, jako kogoś, kto będzie stanowił dla nas kontrast i na tle którego będziemy taką a nie inną jednostką/grupą/organizacją/partią polityczną/plemieniem/narodem itd. itp. Dążenie do określenia własnej tożsamości bywa bardzo silne, ale wcale nie konieczne. W okresach względnego dobrobytu i pokoju, konieczność myślenia o własnej tożsamości zanika. Skoro nikt nam nie zagraża, to po co się samookreślać? Nie ma wobec czego. Mem, który nam mówi „jestem warszawiakem/katolikiem/Polakiem” itd. może pozostawać w stanie uśpienia aż do momentu zagrożenia z zewnątrz, albo odwrotnie w momencie, kiedy chcemy innym okazać swoją i wyższość i wtedy to my stanowimy zagrożenie dla innych tożsamości.

Stalin twierdził, że największą przyjemnością jest dla niego określić wroga, znaleźć go, osaczyć i zniszczyć. Najważniejsze z tego toku rozumowania jest czasownik „określić”. W ogóle, kiedy już sobie coś w głowie określimy, nadamy temu czemuś (lub komuś) definicję, nasz świat nabiera nagle sensu, staje się zbiorem harmonijnych (wbrew pozorom) przeciwieństw, który w dodatku dąży do jakiegoś celu. Warto jednak zauważyć, że porządkowanie świata odbywa się głównie w naszych umysłach i nie musi się pokrywać z porządkiem ustalonym przez inny umysł.

Nie można lekceważąco podejść do tematu i po prostu stwierdzić, że ci, którzy bez przerwy szukają wrogów, doszukują się spisków zorganizowanych przez określone grupy etniczne czy religijne, to ludzie prymitywni i sfrustrowani. Oczywiście w większości przypadków to również jest ważne, ale przede wszystkim bez określenia siebie w „sieci czasoprzestrzennej”, nie byłoby żadnych „nas”. To znaczy moglibyśmy istnieć, jako zjadacze schabowych i bigosu w odróżnieniu od zjadaczy knedli z gulaszem, ale to jednak za mało, zwłaszcza, że kultury kulinarne w dzisiejszej dobie bardzo się przemieszały. Nie chcę się dzisiaj zajmować tożsamością narodową i etniczną, bo to temat niezwykle szeroki i skomplikowany. Chodzi mi tylko o istotę potrzeby budowania tożsamości w oparciu o określeniu swojej odrębności od innych.

Pokrótce teraz przedstawię Wam trasę mojego strumienia świadomości, który doprowadził mnie do problematyki wroga jako wyznacznika własnej tożsamości. Otóż dziś rano przypomniałem sobie kilka sztuk Andrzeja Strzeleckiego wystawianych w Teatrze 77 przy ulicy Zachodniej w Łodzi. Był to mój teatr kultowy. Sztuki Strzeleckiego („Clowni”, „Kazanie”) w drugiej połowie lat 80. XX wieku natomiast wydawały się bardzo awangardowe, choć patrząc z perspektywy czasu, były po prostu dobrze napisanymi utworami na bieżące tematy polityczne, choć w sposób artystyczny nie wprost. Lata 80. XX w. to był zresztą taki dziwny czas, kiedy praktycznie nikt z grona moich znajomych nie miał wątpliwości, że komuna w końcu upadnie. W sztukach teatralnych i w filmach było tyle podtekstów prawie jawnie krytykujących ustrój, że można było się dziwić, że działo się to w kraju, gdzie ZOMO pałowało strajkujących robotników. Wracając do tematu, Teatr 77 był „moim” teatrem, do którego chodziłem chętnie i często. Panowała w nim swobodna acz (jakbyśmy to dziś powiedzieli) lanserska atmosfera. Chodzi mi o takich młodziaków, którzy się lansowali na artystów lub ludzi ze sztuką związanych. (No nietrudno zgadnąć, że sam się do takich śmiesznych młodziaków zaliczałem).

Nie ma już Teatru 77 w Łodzi, a szkoda, bo był okres, w którym twierdziłem stanowczo, że jest to jedyny teatr w mieście, do którego w ogóle warto chodzić, ponieważ pozostałe oferowały „zestaw lektur szkolnych” i rzadko kiedy wysilały się na coś więcej.

Tymczasem Teatr 77 wywodził się z ruchu studenckiego lat 70. Nazwa „77” wzięła się od adresu (znowu kultowego) klubu studenckiego o tej samej nazwie przy Piotrkowskiej 77.

Otóż za „moich” czasów (czyli w latach 80.) łódzkie „siódemki” miały już okres świetności za sobą. Kiedy słyszałem opowieści starszych o dekadę kolegów, nie mogłem uwierzyć, że mówią o tej wielkiej, ale raczej mało ciekawej knajpie. Nie wiem, co się teraz dzieje przy Piotrkowskiej 77. Prawdopodobnie lokal znajduje się w rękach prywatnych i z ruchem studenckim nie ma wiele wspólnego, jeśli w dzisiejszych czasach w ogóle można mówić o jakimś ruchu studenckim.

Jeden z dość licznej grupy moich sporo starszych ode mnie kolegów opowiedział mi pewnego razu historię związaną z klubem „77”. On wówczas działał w Zrzeszeniu Studentów Polskich (ZSP), który, jak mu się wówczas wydawało, był organizacją całkowicie apolityczną, natomiast jego członkowie to byli zwykli studenci, którym zależało na tym, żeby organizować fajne imprezy. Pewnego dnia na zebranie łódzkiego ZSP przyszła grupa smutnych młodzieńców w marynarkach i krawatach, którzy okazali się działaczami Związku Młodzieży Socjalistycznej. Celem tej wizyty było połączenie organizacji młodzieżowych w Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Od tej pory podobno „siódemki” zaczęły schodzić na psy, bo choć potem ZSP się odrodził, nic nie przywróciło dawnej świetności klubu.

ZSP to znany z moich czasów „zsyp”, jak pogardliwie nazywaliśmy tę organizację. Pogardliwie, choć wydaje mi się, że częściowo niesprawiedliwie. Nadal było tam wielu naszych rówieśników, którzy organizowali np. rajdy turystyczne i z polityką nie mieli nic wspólnego. Niestety trafiali się tam również młodzi karierowicze, którzy poprzez ZSP torowali sobie drogę do kariery partyjnej. Jednego takiego kiedyś poznałem osobiście, kiedy zamieszkał z moimi kolegami z roku w akademiku. Generalnie nie uprzedzam się do ludzi, a w latach studenckich imprezowałem w różnych kompaniach, ale od tego człowieka wolałem się trzymać z daleka.

Po urlopie dziekańskim, który sobie wziąłem po trzecim roku (nie byłem zresztą sam, w tamtych czasach było wielu takich, którym się do końca studiów nie spieszyło, czym się bynajmniej nie chwalę, ale kładę na karb swojej ówczesnej niedojrzałości i głupoty po prostu), znalazłem się z kilkoma kolegami i koleżankami wśród ludzi, którzy kierowali się zupełnie innymi zasadami współżycia niż mój „stary” rok. Ludzie, z którymi zaczynałem studia, byli przede wszystkim otwarci na siebie nawzajem. Łodzianie, do których się zaliczałem, spędzali mnóstwo czasu w akademikach w odwiedzinach u koleżanek i kolegów. Dyskutowaliśmy o wszystkim, mieliśmy często diametralnie odmienne poglądy polityczne, ale i tak się chyba lubiliśmy. W każdym razie nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby odmówić wypicia flaszki wódki z powodów różnic poglądów.

Tymczasem rok, na którym się znalazłem po urlopie dziekańskim, dzielił się wyraźnie na „łódzkie psy”, jak ich nazywali ci z akademików i „wieśniaków”, czyli właśnie tych z akademików. Ponieważ raczej nie miałem problemu z nawiązaniem rozmowy z nowymi koleżankami i kolegami, wkrótce znałem ich wszystkich (wielu znałem już zresztą wcześniej) i nie mogłem się nadziwić, skąd tyle jadu we wzajemnych relacjach. Każdy z nich z osobna był całkiem fajnym człowiekiem, a tu się okazywało, że nie potrafią ze sobą gadać. Do dziś do końca nie wiem, czy moja interpretacja tego konfliktu jest słuszna, ale wszystko wskazuje na to, że podział miał charakter polityczny. Otóż łodzianie należeli do odrodzonego Niezależnego Zrzeszenia Studentów (NZS), natomiast ludzie z akademików pozapisywali się do ZSP (czyli pogardzanego „zsypu”). Do dziś nie mieści mi się w głowie, jak młodzi ludzie, wszyscy dorastający w PRLu, nagle w dobie transformacji ustrojowej, stanęli naprzeciwko siebie z takim zacietrzewieniem.

Mówiąc szczerze, jednym z moich ulubionych dylematów jest kwestia pierwszeństwa jaja lub kury. Zastanawiam się, czy ci ludzie od początku studiów tak się nienawidzili. Wcześniej znałem ich tylko z widzenia, ale później dowiedziałem się, że łodzianie od pierwszego roku chodzili do jednej grupy ćwiczeniowej. Na moim starym roku, kiedy tylko dowiedzieliśmy się, że wcale nie trzeba się trzymać jednej grupy, mieszaliśmy się ile wlezie. Praktycznie na każde zajęcia chodziłem z inną grupą. Być może kiedy odrodził się NZS, a zadzierający nosa łodzianie się do niego gremialnie zapisali, ci z akademika zareagowali zapisami do organizacji konkurencyjnej. A może było odwrotnie, młodzież z małych miast i wsi od początku garnęła się do ZSP widząc w tej organizacji odskocznię do dalszej kariery, czego łodzianie nie mogli im darować? Nie wiem, co było pierwsze. Ten dylemat pozostanie chyba nierozstrzygnięty, natomiast w konsekwencji naszła mnie właśnie refleksja na temat tożsamości. Być może ludzie, którzy na początku się poznali i może nawet trochę polubili, kiedy przystąpili do konkurencyjnych organizacji studenckich o wówczas już wyraźnych afiliacjach politycznych, po prostu „musieli” się znienawidzić. Być może członkowie NZS uważali, że straciliby świeżo zbudowaną tożsamość, gdyby nagle znowu zaczęli się zadawać z ludźmi z akademika. Być może ci z ZSP myśleli podobnie. W ten sposób zbudowano nowe grupowe tożsamości. Pozostaje tylko pytanie „po co?”

czwartek, 27 sierpnia 2009

Wyznania ekonomicznego ignoranta (4)

Dzisiejszy krótki wpis zacznę od czegoś, co na codzień w ogóle mnie nie interesuje, a mianowicie od piłki nożnej. Wbrew pozorom nie chodzi mi jednak o sport dla sportu, ale znowu o pewną refleksję natury ogólniejszej na tematy ekonomiczne.
Otóż dzisiejsze media podały wiadomość o zwycięstwie czwartoligowej drużyny Piast Kobylin z Zagłębiem Lubin, które gra w ekstraklasie. Na razie wyleciał trener upokorzonego "giganta", bo jakaś ofiara musiała być - kogoś trzeba było rzucić na pożarcie... (no nie bardzo wiadomo przez kogo, ale to w tym wypadku jest nieważne). Zwycięstwo 3:1 odniósł zespół ludzi, którzy piłką nożną zajmują się naprawdę po amatorsku (w pozytywnym znaczeniu tego słowa), tzn. grają w nią po pracy i nie dostają za to pieniędzy. Zawodnicy Zagłębia Lubin, jak to piłkarze z ekstraklasy zarabiają krocie tylko za to, żeby doskonalić swoją formę i dostarczać emocji kibicom sportowym. Okazuje się, że "amatorzy" okazali się bardziej profesjonalni od piłkarzy zawodowych. O co tu chodzi?
Odkąd pamiętam, w Polsce zawsze na coś brakowało pieniędzy. Już w latach 70. ubiegłego stulecia nauczyciele narzekali, że zarabiają mniej niż niewykwalifikowani robotnicy. Dzisiaj relatywnie dobrze zarabiający lekarze potrafią zastrajkować żądając wyższych poborów. Rządy, czy to komunistyczne, czy potem demokratyczne, zawsze tłumaczą niedociągnięcia w oświacie, służbie zdrowia czy w wymiarze sprawiedliwości brakiem pieniędzy. Od 1989 roku natomiast zaczęliśmy wierzyć, że pieniądze potrafią czynić cuda. Oczywiście wiem, że cudów nie czynią, natomiast ich brak powoduje katastrofy, ale czy aby na pewno? Żyję już na tyle długo, żeby wątpić, że gdyby nagle władze podwyższyły pensje nauczycielom, ci automatycznie zaczęliby pracować lepiej. Mam poważne wątpliwości co do tego, że opryskliwa pielęgniarka po podwyżce w takiej wysokości, jaka jej się marzy, nagle stanie się miłą i troskliwą opiekunką chorych. Brak pieniędzy powoduje zgorzknienie, ale ich wystarczająca ilość nie zmienia tak łatwo ludzi na lepsze. Piłkarze w Polsce zarabiają kilkakrotnie więcej niż wysoko wykwalifikowani fachowcy, a poziom naszej piłki jaki jest, każdy widzi. W maleńkim Kobylinie ludzie zajmujący się sportem "z doskoku" dokopali tym, którzy za swoje wątpliwe umiejętności każą sobie nieźle płacić.
Pieniądze są ważne. Rozmowy o nich nie da się uniknąć nawet wśród dżentelmenów. Myślę jednak, że przypisawanie im roli jedynego stymulatora postępu i wysokiej jakości jest poważnym błędem. Polska jest krajem tragicznie marnowanych szans. Wierzę, że zarówno państwo, jak i przedsiębiorcy nie są na tyle bogaci, żeby płacić np. młodym ludziom więcej niż teraz (rezultat może być taki, że w końcu wszyscy wyjadą do krajów bogatych, na emeryturze osiedlą się w Hiszpanii, a Polska zostanie wielkim pustostanem). Skoro jednak nie mamy pieniędzy, to może warto byłoby wydawać je mądrzej i dawać je tym, którzy bardziej na nie zasługują. Do tego warto, żeby zarówno państwowi jak i prywatni pracodawcy w większym stopniu pomyśleli o pozafinansowym systemie motywowania pracowników. Gdzieś bowiem, w jakichś Kobylinach, istnieją ludzie, którzy nie tylko są świetni w tym, co robią, ale nie są na tyle zdemoralizowani, żeby wymagać za to olbrzymich pieniędzy. Wierzę, że ten potencjał w narodzie jest. Trzeba go umiejętnie uruchomić.

środa, 26 sierpnia 2009

Młodzieży chowanie (8)

W jutrzejszym Guardianie ukaże się artykuł Eda Ballsa krytykujący konserwatystów, którzy proponują przywrócenie starego systemu, w którym występowały dwa typy egzaminów – tych dla wybierających się na studia i tych dla pozostałych. Jutro również wyniki egzaminu GCSE pozna pierwsze pokolenie młodych Brytyjczyków, którzy odbyli całą swoją edukację pod rządami laburzystów. To, że w latach poprzednich te wyniki nie napawały optymizmem, dla lewicowych ideologów oświaty z Guardiana specjalnie nic nie znaczy. Nadal uważają, że wszystkim nastolatkom należą się takie same standardy wymagań i taka sama oferta oświatowa, choć na szczęście dla całości życia społecznego Wielkiej Brytanii, nadal funkcjonują tam szkoły elitarne.

Szczerze mówiąc, mimo całej sympatii wobec Zjednoczonego Królestwa, jego problemy interesują mnie o tyle, o ile stanowią pewien materiał poglądowy, który może posłużyć nam w Polsce jako przykład – czy pozytywny, czy negatywny, to już inna sprawa. Osobiście uważam, że zarówno w Wielkiej Brytanii przekształcenie dawnych szkół pomaturalnych (polytechnics, ale nie należy ich mylić z politechnikami kontynentalnymi) w uniwersytety w 1992 roku przyniosło taki sam skutek, jak powstanie setek nowych wyższych uczelni w Polsce. Skutkiem tym jest ogólna dewaluacja oświaty i nauki, drastyczne obniżenie poziomu wymagań, a w rezultacie wartości absolwenta na rynku pracy. Pod względem wychowawczym można zaobserwować stromą pochyłą ku katastrofie. Jak można wymagać wysokich kwalifikacji od kogoś, kto w ogóle nie rozumie etosu pracy, konieczności włożenia jakiegoś wysiłku w to, co się robi? Jak tacy ludzie pokierują krajem?

Byłem kiedyś na spotkaniu z „werbownikiem” z Wielkiej Brytanii, który namawiał studentów z jednaj z prywatnych uczelni, w której pracuję, do kontynuacji studiów na jednym z kilku uniwersytetów brytyjskich. Uczelnie te założyły coś w rodzaju ligi lub stowarzyszenia (nie podaję nazwy, bo nie chcę im robić reklamy), i jako taka już większa grupa wynajmują tego typu „łowców głów” i rozsyłają po całym świecie w celu pozyskania studentów – czytaj pieniędzy na swoje utrzymanie. Nie jestem zresztą przeciwnikiem tego typu działań. Ba, uważam, że polskie uczelnie są pod tym względem jakieś niemrawe. Jeszcze wiele nasi specjaliści od uczelnianego marketingu będą musieli się nauczyć. Nie w tym rzecz jednak.

Otóż mężczyzna wabiący naszą młodzież na uczelnie brytyjskie przy nazwie jednej z nich od razu zastrzegł, że tam sobie postawili bardzo wysokie ambicje akademickie i chyba chcą konkurować z Oxfordem albo Cambridge, tak że on lojalnie ostrzegł naszą młodzież, którą (prawidłowo zresztą) oceniał jako niezbyt ambitną.

W jakim kierunku pójdzie oświata i nauka w Europie, tego nie wiem. Wiem jednak, że pakowanie wszystkich do jednego worka zakładając, że wszyscy mają szansę ukończyć wyższą uczelnię, prowadzi do jakiegoś tragicznego zakłamania rzeczywistości. W Stanach Zjednoczonych system szkolnictwa średniego to najlepszy przykład hipokryzji. Ze względów ideologicznych teoretycznie tłumaczy się, że wszystkie szkoły średnie są takie same dla wszystkich. Oczywiście wiadomo, że prywatne high schools są lepsze, ale to trochę inny temat. Rzeczywistość wygląda tak, że wszyscy mieszkańcy danego miasta doskonale wiedzą, które szkoły naprawdę realizują program akademicki przygotowujące do studiów, a które są tak naprawdę zawodówkami. Mój kolega, który skończył szkołę średnią w Nowym Jorku, chodził do high school w innej dzielnicy, ponieważ ta najbliższa oferowała świetny program przygotowujący do pracy mechanika samochodowego, a on w tym kierunku nie przejawiał większych zainteresowań. Teoretycznie jednak każdy high school jest taki sam.

Nasi ideolodzy oświatowi natomiast „łykają” wszystko, co podpatrzą u Anglosasów. Sami wykazują się olbrzymią naiwnością i robią wodę z mózgu całemu społeczeństwu.

W PRLu pójście do zasadniczej szkoły zawodowej zapewniało ludziom konkretny fach. Wcale nie oznaczało zamknięcia drogi do kariery akademickiej. Kto chciał, mógł zrobić maturę albo w technikum, albo w tzw. Centrum Kształcenia Ustawicznego i pójść na studia.

Teraz też na studia idzie każdy, kto chce, i nie wymaga to większego wysiłku. Chętnie przeczytam jutrzejsze argumenty Eda Ballsa. Jeżeli Brytyjczycy w imię wątpliwej ideologii dążą do obniżenia ogólnego poziomu oświaty, to ich sprawa. My nie musimy iść tą drogą. Marzę, żebyśmy choć w tej sprawie pokierowali się zdrowym rozsądkiem a nie chwytliwym hasełkiem o równości szans, które jest z gruntu fałszywe.

niedziela, 23 sierpnia 2009

SaxEuforia

Jedną z rzeczy, które szalenie mi się podobają w miastach Europy zachodniej, ale również w Krakowie, Gdańsku czy Wrocławiu, to liczne imprezy na świeżym powietrzu, które, o dziwo, zawsze znajdują publiczność i to liczną. Białostoczanie często narzekają, że u nas "nic się nie dzieje", ale to nie jest do końca tak. Może faktycznie wielkie wydarzenia muzyczne, czy artystyczne nie przytrafiają nam się zbyt często, ale nie jest prawdą, że ich nie ma. Problem w tym, że nawet kiedy są, niewielu ludziom chce się ruszyć z domu. W Polsce (ale nie tylko!) daje się zauważyć pewien model "męskości", który polega na tym, że "prawdziwy mężczyzna"
1. nie chodzi do teatru
2. nie chodzi do opery
3. nie chodzi do muzeum
4. do kina chodzi niezwykle rzadko, żeby zrobić kobiecie przyjemność (ale tak już ostatecznie)
5. chodzi na piwo z kumplami
6. ogląda sport w telewizji
7. interesuje się motoryzacją
8. nie czyta wcale, lub czyta niewiele, a broń Boże nie książki.

O tym ostatnim punkcie dowiedziałem się jakieś kilka lat temu, kiedy na pierwszych zajęciach pewnego kursu j. angielskiego dla dorosłych, w ramach "ice-breaking activities" ludzie zadawali sobie pytania na temat zainteresowań. W pewnym momencie usłyszałem pełen oburzenia szept (po polsku) pewnego skądinąd sympatycznego jegomościa: "No co ty? Gdzie chłop ci będzie książki czytał?!"

Mój tata różnił się do tego ośmiopunktowego schematu tylko tym, że nie interesował się motoryzacją i bardzo dużo czytał. Przede wszystkim jednak spędzał dzień przed telewizorem. Ponieważ założyłem sobie w pewnym wieku (nie pamiętam, czy miałem wtedy 10 czy 12 lat), że będę robił prawie wszystko inaczej niż moi rodzice, praktycznie żaden z tych ośmiu punktów nie odnosi się do mnie. W związku z tym chyba "prawdziwym mężczyzną" nie jestem, ale nie czuję się z tego powodu nieszczęśliwy. Problem w tym, że wielu moich kolegów i mężów koleżanek mojej żony lubi raczej posiedzieć w domu niż pójść na jakąś imprezę plenerową, więc czasami czuję się trochę osamotniony.

Ta cała refleksja naszła mnie po powrocie z koncertu kwartetu młodych facetów o nazwie SaxEuforia. Jak sama nazwa wskazuje, jest to kwartet saksofonowy. Przypomniałem sobie o tym koncercie dosłownie w ostatniej chwili, zmobilizowałem żonę i ruszyliśmy na białostockie Planty. Młodzi muzycy grali standardy i nieco nowsze utwory jazzowe. Oczywiście Gershwin jak zwykle sprawił, że się "rozpłynąłem" - uwielbiam utwory na bazie "blue notes" w synkopowanym rytmie. Był Henry Mancini, ragtime Scotta Joplina, a nawet tango Astora Piazzolli. Czasami brakowało mi sekcji rytmicznej, a przynajmniej perkusji, ale i bez tego SaxEuforia byli świetni. Wiał chłodny wiaterek, który zwiewał nuty muzykom sprzed nosa, ale nie wydaje mi się, żeby ich gra na tym ucierpiała. Największym wrogiem był chłód. Niestety to już smutny koniec wakacji. Słuchaczy nie było zbyt wielu, a spora liczba wykruszyła się w trakcie koncertu, właśnie z powodu zimna. Wytrwaliśmy z żoną do końca, a wróciliśmy bardzo zadowoleni. Marcinowi Odyńcowi, Maksymilianowi Młynkowi, Michałowi Kryńskiemu i Arielowi Lichaczewskiemu życzę sukcesów i dalszego owocnego rozwoju muzycznego. Białostoczanom natomiast życzę większego otwarcia na to, co oferują im artyści!

sobota, 22 sierpnia 2009

Kumka Olik

Jak już kilkakrotnie wspomniałem, radia słucham głównie w samochodzie i właśnie dzięki trzeciemu programowi Polskiego Radia usłyszałem pewną piosenkę. Wydawało mi się, że kochane "zgredy" z Trójki odgrzały jakiś wcześniej nieznany kawałek Oddziału Zamkniętego, ale nie! Piosenkę o grzecznej dziewczynce gra i śpiewa grupa o nazwie Kumka Olik. Nie wiem, jaki jest odbiór tych chłopaków przez rówieśników, ale jeśli chodzi o mnie, są super! Jak sie zorientowałem na YouTube, poruszają problemy, jakie od co najmniej kilku pokoleń nurtują młodych ludzi, ale nie jest to hip hop, ale zbuntowany rock, żeby nie powiedzieć punk rock! Aż mi sie ciepło w okolicach serca zrobiło! Rock rules!

Życzę im tylko tego, żeby nie spotkał ich los ludzi z Oddziału Zamkniętego, bo rock to niestety również pokusa przyjęcia pewnego stylu życia, z którego potem trudno się wygrzebać. Na razie brzmią fantastycznie i niech tak zostanie!







piątek, 21 sierpnia 2009

Po co zajmować się historią?

Dlaczego w ogóle interesuje mnie kultura polityczna innych krajów? Dlaczego porównuję ją z Polską? Historia jako dziedzina wiedzy jest dla pewnych typów osobowości (włączając mnie) bardzo atrakcyjna ze względu na swój narracyjny charakter. Historia jest bowiem niczym innym jak opowieścią o przeszłości. Niemniej traktowanie tylko w kategoriach rozrywki intelektualnej (bardzo miłej zresztą) mijałoby się z celem zajmowania się nią.
Oczywiście ironiczną prawdą jest również i to, że „historia uczy jednego – że jeszcze nikogo niczego nie nauczyła”, choć przecież „już starożytni Rzymianie” mawiali, że „historia magistra vitae est”. Dlaczego tak się dzieje? Wydaje się, że po prostu dlatego, że w ogóle istnieje bardzo znikomy odsetek ludzi, którzy w ogóle wyciągają wnioski, natomiast spośród tego odsetka należy wyłączyć kolejny ułamek tych, którzy wyciągają wnioski błędne. Musimy bowiem wziąć i to pod uwagę, że nie uczymy się historii (jeśli w ogóle się jej uczymy) jako tabula rasa, ale od razu podchodzimy do wiadomości z przeszłości z jakimś nastawieniem. Tutaj oczywiście mógłbym się rozpisać na temat koła hermeneutycznego itd., ale nie o to mi dzisiaj chodzi.
Założenia, z których wychodzimy, a konkretnie cel, w którym zabieramy się do analizowania historii, są niezwykle istotne. Jeżeli chcemy zostać tylko kronikarzami przepisującymi po raz kolejny te same fakty z tych samych źródeł (a tych często wcale nie przybywa), to oczywiście możemy, ale po co? Mnie osobiście interesuje konkretnie przyszłość! Oczywiście przypisywanie znajomości historii mocy kreowania przyszłości byłoby dużą naiwnością. Niemniej bez takiej znajomości, planowanie dalszych losów kraju i świata jest jak poruszanie się we mgle.
Od założenia zależy praktycznie cały sens parania się doświadczeniami przeszłości. Jeśli ktoś chce zbudować silną organizację państwową opartą na micie więzów krwi i spójności plemiennej, to może to zrobić i nawet znamy szereg opracowań tego typu, zwłaszcza niemieckich z okresu III Rzeszy. Jeśli ktoś opiera swoją wizję świata na wierze we władzę klasy uciśnionej, to też jest to możliwe. Znamy to z okresu komunizmu. Mogą powstawać nawet całkiem ciekawe dzieła historyczne oparte na takich założeniach, bo w umysłach różnych historyków (narratorów) te same fakty układają się w pewną całkiem logiczną całość. Jeżeli jednak nie odpowiemy sobie na pytanie, z jakich założeń wychodzi historyk i do czego zmierza, możemy w naiwności swojej uwierzyć, że oto obiektywnie nam „czarno na białym” wykazał, że świat jest taki a nie inny. I nie mam tutaj na myśli tych, którzy ewidentnie fałszują wiedzę o faktach. Ci w ogóle mnie nie interesują.
Historia porównawcza polityki, ekonomii, kultury czy oświaty w Polsce i w innych krajach interesuje mnie wyłącznie dlatego, że chciałbym, żeby ktoś wreszcie w naszym kraju zastosował rozwiązania najlepsze dla rozwoju Polaków (narodu jako całości i poszczególnych jednostek) i ich kraju. Historia uczy nas, że bez przerwy obrywamy, bo albo jesteśmy potwornie opóźnieni w pewnych dziedzinach, albo wyrywamy się z czynem tam, gdzie nas na niego nie stać. Kierujemy się albo prymitywny cwaniactwem, albo dziecinną naiwnością. Żeby być skutecznym należy nauczyć się chodzić po ziemi. Do tego, uważam, potrzebne jest solidne przestudiowanie materiału, jakiego dostarcza nam historia i wyciąganie wniosków. Pisząc „solidne” mam na myśli przeciwieństwo podniecania się własną erudycją dla samej erudycji.
Alexis de Tocqeville i Gustave le Bon fascynowali się anglosaską mentalnością polityczną. Nie ukrywam, że również podziwiam rozwiązania brytyjskie i amerykańskie. Ponieważ one również nie są doskonałe, nie uważam, że powinniśmy bezmyślnie przyjmować wszystko, co przychodzi z krajów anglojęzycznych. System szkolnictwa podstawowego i średniego, jak już dzisiaj możemy powiedzieć z perspektywy doświadczenia, wcale nie jest godny naśladowania. (Gimnazja w Polsce okazały się niewypałem). Szkolnictwo wyższe natomiast zasługuje na głęboką analizę i przeszczepienie najlepszych rozwiązań na nasz grunt.
Interesuje mnie punkt, od którego można zacząć zmiany na lepsze. Chodzi mi o zmiany w mentalności, bo bez tego nawet najlepsze pomysły zostaną zmarnowane, w czym jesteśmy specjalistami. Na początku lat 90. wielu z nas wierzyło, że kapitalizm jest lepszy od socjalizmu bo prywatne jest lepsze od państwowego. Jako przykład od razu nasuwają się na myśl puste półki w komunistycznych sklepach. Tymczasem przy takim samym ustroju na Węgrzech czy w Czechosłowacji pustych półek nie było. Kołchozy w Związku Sowieckim uważaliśmy za najlepszy przykład, jak można zdemoralizować rolnika, niszcząc w nim etos pracy i w rezultacie całe rolnictwo. Tymczasem izraelskie kibuce to nic innego, jak socjalistyczne spółdzielnie produkcyjne, które bez prywatnego właściciela świetnie sobie radzą w warunkach gospodarki rynkowej.
Gdzie jest przyczyna tego, że jednym cokolwiek robią, najczęściej się udaje, a innym prawie nigdy? Nad tym warto się zastanawiać i z tego powodu studiować przeszłość.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Kultura polityczna (2)

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej nie mogłyby zaistnieć, gdyby uprzednio nie były koloniami angielskimi. Ten fenomen polityczno-społeczny byłby po prostu niemożliwy w koloniach francuskich, czy hiszpańskich. Jedną z najważniejszych przyczyn tego stanu rzeczy, była mentalność polityczna kolonistów. Francuzi w Kanadzie, którzy zapuszczali się odważnie w dół Mississippi, nie wytworzyli w swoich umysłach tego stanu zadomowienia, tego poczucia się "u siebie", co Anglicy w Wirginii, Massachusetts czy Pensylwanii. Jezuiccy misjonarze, którym udało się ochrzcić Huronów, nie byli farmerami czy rzemieślnikami z rozrastającymi się rodzinami. Gospodarka Quebeku opierała się w dużej mierze na handlu futrami, a zajmujący się nim myśliwi i kupcy, po zdobyciu przezwoitego majątku marzyli o powrocie do Francji.

Wiemy, że Hiszpanie budowali trwałe latyfundia w Ameryce. Gromadzili majątki (nie wszyscy oczywiście), mieli mniej przesądów rasowych od Anglików, więc często żenili się z Indiankami, które wydawały potomstwo mieszane stanowiące obecnie zdecydowaną większość obywateli Meksyku. Nieustannie jednak odczuwali własną prowincjonalność. Bogaci właściciele ziemscy wysyłali swoje dzieci na nauki do Madrytu, skąd ci przywozili najnowsze trendy w modzie i stylu życia. Co prawda w końcu te więzy zostały zerwane (najpóźniej zrobiła to Kuba w wyniku wojny ze swoim krajem macierzystym w 1898 r.), ale przez dziesięciolecia kraje latynoamerykańskie miotały się między rządami oligarchicznymi, zwalczającymi się wojskowymi watażkami, lewicowymi rewolucjami i krwawymi dyktaturami osobników na tyle sprytnych, żeby utrzymać prze sobie armię, ale na tyle tępych (lub leniwych), żeby nawet dorabiać jakąś ideologię do swoich rządów (Oczywiście przesadziłem, bo każdy jakieś tam uzasadnienie swojej władzy próbował przedstawić, ale często bardzo nieudolnie). Oficjalna nazwa Meksyku to Stany Zjednoczone Meksyku, czyli od razu widać, skąd czerpano inpsirację. Nie da się jednak zrozumieć wewnętrznej sytuacji polityczno-ekonomiczno-społecznej tego kraju bez sięgnięcia do hiszpańskiej spuścizny przemieszanej z tradycjami lokalnymi.

Tymczasem Anglicy w Ameryce Północnej w każdej kolonii od razu organizowali sobie jakieś ciało przedstawicielskie. Tego typu rady, czy to w Wirginii będącej pierwotnie własnością prywatnej firmy, czy w Massachusetts, gdzie purytanie próbowali zbudować swój "raj na ziemi", nie miały początkowo wiele do powiedzenia - wobec gubernatorów pełniły funkcje co najwyżej doradcze, ale sam fakt, że oto grupa świeżo przybyłych chłopów (wolnych i zamożnych w porównaniu z chłopami w Europie), rzemieślników, kupców i szlachty, od razu organizuje sobie jakiś organ przedstawicielski, jest znamienny. Do tego bowiem przywykli jeszcze w Anglii.

Kiedy Cecil Calvert lord Baltimore organizował kolonię Maryland, miał to być azyl dla angielskich katolików. Wkrótce okazało się, że osadników protestanckich jest na jej terenie znacznie więcej niż katolików i bracia Calvertowie musieli się z tym liczyć. Nie ośmielili się narzucać katolicyzmu wszystkim mieszkańcom Maryland. Szukano konsensusu - działanie znane z Anglii.

Przyczyną wojny o niepodległość było zlekceważenie przez Parlament w Londynie jednej z podstawowych zasad angielskiego obyczaju politycznego, że należy opodatkowanych pytać o zgodę na podatek.

Co jest istotne, to to, że koloniści angielscy w Ameryce od razu budowali sobie tam normalne codzienne życie. Nie liczyli na to, że kiedyś wrócą do Anglii, albo że w dodatku osiedlą się kiedyś w Londynie. Ameryka była ich miejscem na ziemi, skąd gotowi byli bezwględnie wyeliminować ludność miejscową (to też jest istotna różnica w porównaniu z koloniami "katolickimi"). W Ameryce zorganizowali sobie "małe Anglie", nie oglądając się na decyzje "centrali" - sami zbudowali miasta i zorganizowali sobie władzę w nich. Nie oglądali się na Londyn, bo by im to chyba do głowy nie przyszło. Myśleli tak, bo tak po prostu myśleli Anglicy!