niedziela, 18 marca 2012

O (nie)równości kultur (1)


W tym samym czasie, kiedy Mieszko, potężny barbarzyński władca grupy Słowian, utrzymywał swoją drużynę z handlu niewolnikami, w Japonii epoki Heian istniała już wysoko rozwinięta kultura, która nadal pozostawała pod silnym wpływem Chin, ale która już wypracowała własne formy o wysokim stopniu złożoności. Kwitły sztuki plastyczne, muzyka, a przy dworze cesarskim żyła grupa pisarzy i pisarek, poetów i poetek, których teksty pokazują nie tylko wysoki poziom opanowania warsztatu, ale również oryginalność formy.

Był to okres sprzed szogunatu, a więc zanim Yorimoto Minamoto wprowadził system wojskowej dyktatury, odsuwając cesarza (tenno) od faktycznej władzy, który przetrwał do 1868. Co prawda już w czasach Heian potężny ród Fujiwara manipulował cesarzami, m.in. umiejętnie podsuwając mu swoje kobiety za żony, ale generalnie był to czas względnego pokoju. To okres Kamakura, w którym ród Minamoto będzie walczył z Taira i innymi arystokratami o władzę, prowadząc do wykształcenia japońskiego feudalizmu i kultury samurajskiej.

Tymczasem, kiedy w Japonii Murasaki Shikibu nauczycielka języka chińskiego młodej cesarzowej tworzyła swoje poezje i powieści, na terenach dzisiejszej Polski rządził Mieszko ze swoją drużyną, którego nauczyliśmy się kochać i podziwiać, bo założył nasze państwo, dał łupnia Hodonowi, Niemcowi przebrzydłemu oraz przyjął chrzest, wprowadzając nas do klubu cywilizowanych narodów. I w jakimś stopniu to wszystko jest prawda, ale kiedy raduje się nasze serce ze zwycięstwa pod Cedynię, łatwo zapominamy, że Mieszko uznawał zwierzchnictwo i jurysdykcję cesarza rzymskiego (a więc króla niemieckiego). Kiedy z dumą czytamy relację hiszpańskiego Żyda, Ibrahima ibn Jakuba, że był on władcą „najpotężniejszym z nich” tzn. plemion słowiańskich, niespecjalnie mamy ochotę zagłębiać się w tajniki owej potęgi.

Wiadomo, że ziemia w tamtych czasach na ziemiach Słowian nie była dobrem, o które walczyli wojownicy. Musimy pamiętać, że kraj pokryty był puszczami, a wykarczowane tereny były zamieszkałe przez niezbyt liczną ludność. Stąd późniejsze akcje kolonizacyjne w czasach rozbicia dzielnicowego, kiedy to sprowadzano chłopów z Niemiec i dzisiejszej Holandii, nie wspominając już osadników czeskich na Śląsku. Ziemia i rolnictwo w czasach Mieszka I nie były źródłem bogactwa tego władcy. Trzeba bowiem po raz kolejny podkreślić, że zaproponowany przez Marksa podział dziejów na pięć formacji organizacji społeczno-ekonomicznej – wspólnota pierwotna, niewolnictwo, feudalizm, kapitalizm i komunizm, był jedną z wielu prób opracowania jakiejś filozofii historii, która z historii pozwoliłaby uczynić precyzyjne narzędzie do opisu ale też i do przewidywania rozwoju społeczeństw. Jak wiemy, z tym przewidywaniem, to kompletnie nie wyszło, natomiast co do samej precyzji opisu też można mieć szereg zastrzeżeń. M.in. prosty model marksowski nie ujął okresów przejściowych, a przy tym nie brał pod uwagę alternatywnych scenariuszy. Niewolnictwo np. jako podstawa gospodarki w świecie śródziemnomorskim tak naprawdę miało znaczenie w późnej republice i w cesarstwie rzymskim, ale nie było najważniejsze ani na Bliskim Wschodzie, ani nawet w Grecji. Nie znaczy to, że tam nie było niewolników. Chodzi tylko o to, że bez nich gospodarki tamtejszych tworów państwowych nie zawaliłyby się, ponieważ rolnikami byli wolni chłopi, zaś rzemiosło również uprawiali ludzie wolni. To w Rzymie powstały latyfundia oparte o pracę niewolników, którzy stanowili tam główną siłę roboczą (ten system Rzymianie niejako żywcem przejęli po Kartagińczykach, ale to nie znaczy, że był powszechny np. w Fenicji).

Ucząc się o początkach państw germańskich czy słowiańskich można było dojść do wniosku, że społeczności te pominęły okres niewolnictwa i wprost od wspólnoty plemiennej przeszły do feudalizmu. Takie myślenie jest jednak strasznym uproszczeniem i jasno pokazuje, że marksowski model jest całkowicie niedoskonały.

Po pierwsze, w porównaniu z cesarstwem rzymskim, organizacja plemion barbarzyńskich faktycznie wydaje się prymitywna. Niemniej należy pamiętać, że już w tym okresie, nie były to żadne wspólnoty łowiecko-zbierackie rządzone przez rady starców, ale zorganizowane wokół wodzów wojennych społeczeństwa, których źródłem utrzymania było rolnictwo i rabunek. Wodzowie zaś byli wyłaniani niczym szefowie mafii – o ich władzy decydowała więc często siła fizyczna, ale również spryt i coś, co nazywamy charyzmą. Plemiona germańskie wierzyły w szczęście rodu panującego. Jeżeli więc widzieli, że ich władca odnosi sukcesy (np. prowadzi ich do bogatych łupów), oznaczało to, że cieszy się szczęściem. Jeżeli szczęście opuszczało ród panujący, należało go zmienić.

Hojność była jedną z najważniejszych cech dobrego władcy. Jego wojownicy kochali go, jeśli rozdawał im szczodrze prezenty. W anglosaskim eposie Beowulf, dobry władca Hrothgar nazywany jest „ring-giver”, czyli „dawca pierścieni”, a więc ten, który hojnie je rozdaje swoim wiernym wojownikom.

Wiemy od Ibrahima ibn Jakuba, że Mieszko swoim ludziom dawał wszystko, czego potrzebują, a więc nie tylko ich żywił, ale zapewniał im wyposażenie w konie i uzbrojenie. Wiemy też, że nie obdarzał ich ziemią, bo nie był jeszcze władcą feudalnym. Ówcześni wojownicy bardziej od ziemi z pewnością cenili sobie mieszek srebra. Skąd więc Mieszko miał środki na takie wydatki. Wiemy przecież, że system drużyny nie utrzymał się długo, ponieważ jej utrzymanie było (musiało być!) bardzo drogie.

Jedna z bardzo przekonujących teorii mówi, że Mieszko po prostu handlował niewolnikami. Najeżdżał ze swoją drużyną sąsiednie plemiona, albo np. ziemie kontrolowane przez niemieckich margrabiów, porywał ludzi i ich sprzedawał. Nie wiemy, czy sam korzystał z pracy niewolników, natomiast z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć, że jeńców wojennych sprzedawał z dużym zyskiem. Niewolnictwo na szerszą skalę w średniowieczu utrzymało się przede wszystkim w krajach pod panowaniem Arabów, a więc w północnej Afryce, na Bliskim Wschodzie i w muzułmańskiej Hiszpanii. Tam też istniał nieustanny popyt na siłę roboczą z ziem barbarzyńskich.

Ibrahim ibn Jakub, prawdopodobnie mieszkaniec Mauretanii, ale związany ze środowiskiem hiszpańskim, nigdy na ziemiach polskich nie był. Swoją relację o kraju Mieszka napisał na podstawie wiadomości, jakie uzyskał w Pradze, dokąd dotarł. Praga była wówczas potężnym ośrodkiem handlu niewolnikami. Wiemy skądinąd, że biskup Pragi Wojciech, późniejszy polski święty, zasłynął m.in. tym, że wykupił spory transport niewolników od handlarzy, którzy prawdopodobnie zaprowadziliby ich do Hiszpanii.

Handlem niewolnikami zajmowali się w tym czasie Żydzi, którzy posiadali doskonałą siatkę punktów pośrednich, łączących miasta hiszpańskie, Norymbergę i inne miasta niemieckie, Pragę, Wrocław, Kraków, Przemyśl, Kijów aż po państwo Chazarów i Bagdad. Trzeba sobie jasno zdać sprawę, że ówcześni Żydzi mieli olbrzymią przewagę cywilizacyjną nad ówczesnymi władcami nie tylko słowiańskimi, ale i niemieckimi czy francuskimi. Wynikała ona po prostu z ogromnej wiedzy – zarówno ekonomicznej jak i geograficznej. Logistyczne rozwiązania przez nich stosowane, powinny wzbudzać podziw. Niewątpliwie jednak handel „żywym towarem” nie jest niczym godnym pochwały. Niemniej miał miejsce, a to co minęło, musimy po prostu przyjąć.
Źródła żydowskie podają również i taką informację, że Słowianie bardzo chętnie sprzedawali własne dzieci w niewolę. Nigdy się prawdopodobnie nie dowiemy, ile w tych relacjach było prawdy, ale logika wydarzeń oraz podobne zjawiska z innych rejonów świata (Afryka od XV do XIX wieku) każą wierzyć, że władcy plemion barbarzyńskich chętnie bogacili się sprzedając ludzi – być może własnych poddanych, a być może jeńców porwanych z innych plemion.

Niewykluczone, że przyjęcie chrztu, a także spadek zapotrzebowania na niewolników w świecie muzułmańskim, sprawiły, że pierwsi Piastowie musieli zmienić swoją politykę wewnętrzną i zrezygnować z utrzymywania stałej siły zbrojnej, czyli drużyny, zaczynając obdarowywać swoich wojów ziemią, czym ustanowili podwaliny dla rozwoju systemu feudalnego (w tym wypadku pojętego bardzo umownie, bo klasycznego feudalizmu jak w Europie zachodniej, nigdy u nas nie było).

Niemiecka propaganda z czasów nazistowskich kreowała pierwszych Piastów, jako wikingów, a więc Germanów, którzy zorganizowali słowiańskich barbarzyńców, niezdolnych do utworzenia jakiejś organizacji państwowej, w polityczne organizmy. Przykład Rusi i dynastii Rurykowiczów wywodzących się od szwedzkich Waregów, był tutaj argumentem sztandarowym. Na tej samej zasadzie więc Mieszko miał być wikingiem, który ze swoimi wojownikami wywalczył sobie pozycję wśród Słowian. Jako reakcja na propagandę niemiecką polscy historycy, zwłaszcza tuż po II wojnie światowej, przypuścili zmasowaną akcję polemiki z niemieckimi argumentami, absolutnie wykluczając możliwość germańskiego pochodzenia Piastów. Wszystko to świadczy jedynie o tym, jak bardzo bieżąca polityka wpływa na interpretację wydarzeń z nawet zamierzchłej przeszłości.

Źródeł do panowania Mieszka I mamy tak mało, że praktycznie niemożliwe jest ustalenie czegokolwiek pewnego na jego temat. Nawet okoliczności jego chrztu wzbudzają emocje wśród historyków. Akt przyjęcia chrześcijaństwa w 966 roku jest jednak doniosły, ponieważ bardzo możliwe, że przyczynił się do ukrócenia handlu ludźmi, ale przede wszystkim wprowadził naszych przodków na drogę bardziej skomplikowanych form spędzania czasu. Pojawia się pismo, ale zanim Gall Anonim napisze swoją kronikę, to, co świadczy o obecności nowej jakości kulturowej na ziemiach dzisiejszej Polski, to budowle romańskie. Osobiście zawsze się wzruszam na widok czy to kościoła św. Prokopa w Strzelnie, św. Idziego w Inowłodzu, rotundy w Cieszynie, kościoła św. Andrzeja w Krakowie, kolegiaty w Tumie pod Łęczycą, kościoła Zwiastowania NMP w Czerwińsku czy katedry w Płocku. Zawsze wtedy wyobrażam sobie wędrówkę piaszczystym gościńcem przez olbrzymią pierwotną puszczę, kiedy to w końcu docieram do miejsca, gdzie ona się kończy, a budowniczowie niedawno postawili chram nowemu (niemieckiemu) bogu. W kamiennym budynku górującym nad wszystkim, co do tej pory na tych ziemiach znano, pracują cudzoziemscy mnisi, którzy umieją pisać i czytać, oraz generalnie wiedzą o świecie trochę więcej niż mieszkańcy okolicznej wsi. To były początki cywilizacji.

Tymczasem w Japonii w okresie Heian kobiety na dworze cesarskim pisały już wiersze i powieści.

piątek, 16 marca 2012

Dlaczego warto czytać książki z różnych kręgów kulturowych


Czytając pisarzy anglosaskich łatwo wpaść w pewną „pułapkę” polegającą na wczuwaniu się w myślenie wynikające z tego, co nazywamy kulturą. Szczerze mówiąc z definicją słowa kultura mam problem niemały, ponieważ koncepcja kultury traktowana jako jakaś jednostka rządząca zachowaniem jednostek przemawia do mnie nawet nie połowicznie, ale tylko w pewnym ułamku. Niemniej siła przyzwyczajenia jest wielka, więc z pewnością pewne zachowania wyniesione z domu rodzinnego, czy ze środowiska, z którym się spędza najwięcej czasu, można nazwać uwarunkowanymi kulturowo.

Kiedy słyszę tekst na amerykańskim filmie „Dziękuję za drinka, dla mnie jeszcze za wcześnie”, to co to właściwie znaczy? Otóż ni mniej ni więcej, tylko to, że owszem, lubię wypić i piję codziennie, ale jeszcze nie o tej porze, tylko dopiero wieczorem. Taki tekst w amerykańskich filmach oznacza przeważnie jeszcze coś innego, a mianowicie „nie piję o tej porze, tak jak ty, pijaczyno!” Odmowa drinka z taką wymówką jest bowiem w jakimś stopniu okazaniem pogardy częstującemu. Ten tekst nieodparcie przypomina mi dowcip opowiadany przez Aloszę Awdiejewa o parze meneli, w którym mężczyzna częstuje swoją partnerkę winem z butelki, a ta odmawia, mówiąc, że ona „z gwinta” nigdy nie pije. Na to menel-mężczyzna odpowiada „I za to cię, Zocha, szanuję!”

Można odnaleźć i inne różnice kulturowe związane ze spożywaniem alkoholu. W polskich środowiskach, w których spożywa się więcej trunków, niż w innych, często można spotkać się z zastrzeżeniem, że „sam to ja się nigdy nie napiję, bo nie jestem alkoholikiem”. Amerykanie sączą samotnie drinki bez zahamowań. Trudno mi też w Polsce wyobrazić sobie sytuację, w której gospodarz przyjmujący gościa, proponuje mu, żeby się sam obsłużył, nalewając sobie drinka. Jeżeli coś takiego pojawia się w polskim serialu, od razu wyczuwam tutaj zgrzyt, bo od razu widać, że scenarzysta „zna życie” tylko z amerykańskich filmów, albo, że jest to tylko adaptacja amerykańskiego scenariusza.

Na jednym z kanałów telewizyjnych dla dzieci nadawali (może nadal nadają) polski serial, którego akcja dzieje się w szkole. Moja córka, wówczas dziesięcioletnia, od razu wyczuła jakiś potworny fałsz w całej historii, ponieważ zachowania, odzywki i struktura społeczności szkolnej były kompletnie oderwane od polskiej rzeczywistości. Amerykański scenariusz był prawdopodobnie żywcem przetłumaczony na język polski, a zmieniono jedynie imiona i nazwy własne. Niewykluczone, że jakieś dzieciaki kupują coś takiego, ale od tego serialu jedzie fałszem na kilometr.

Wracając do literatury. Czytając z powodów zawodowych książki autorów anglosaskich, wpada się w pewną pułapkę już nie tylko w sensie odbioru kultury szeroko pojętej (zawartej w tematyce), ale wręcz ulega się pewnym gustom literackim, które zaczyna się uważać, za awangardę literatury światowej. Anglojęzyczni krytycy i literaturoznawcy bowiem swoje teorie również opierają przede wszystkim na tym, co obserwują w literaturze anglojęzycznej.

Ponieważ anglojęzyczni akademicy są jednocześnie najbardziej aktywnymi na swoim polu, zaczynamy myśleć ich kategoriami, które bardzo często są wynikiem szybko przemijających mód. Owszem, swoją obecność i to czasem bardzo silnie, zaznaczają literaturoznawcy francuscy czy niemieccy, ale nie ma się co oszukiwać – do głównego nurtu można się dostać tylko przez język angielski.

Zajmując się wyłącznie literaturą amerykańską czy angielską, można oczywiście zdobyć szeroką wiedzę na jej temat, ale w pewnym momencie zaczyna u czytelnika zanikać poczucie, że historię, nawet bardzo podobną, można opowiedzieć zupełnie inaczej, z innej pozycji i z akcentami na kompletnie inne elementy. Fascynująca i jakże odświeżająca jest lektura powieści autorów spoza kręgu języka angielskiego. Warto też poświęcić nieco czasu lekturze książek spoza zachodniego kręgu kulturowego (cokolwiek to jest – znowu użyłem sformułowania mało precyzyjnego, ale które jakoś tam intuicyjnie odczuwamy) zbudowanego na podwalinach klasyczno-judeo-chrześcijańskich.

Jestem w trakcie czytania Złotej Pagody Yukio Mishimy i jak dotąd jestem pod wielkim wrażeniem. Po pierwsze w każdej dobrej powieści przede wszystkim uderza mnie uniwersalność przesłania, to znaczy fakt, że doskonale jestem w stanie wczuć się w sposób myślenia narratora czy też protagonisty (w tym wypadku to to samo), a równocześnie doskonale zdaję sobie sprawę z kulturowej odmienności kontekstu. O wrażeniach z lektury powieści tego wielkiego pisarza, kandydata do nagrody Nobla, wnikliwego obserwatora natury ludzkiej, homoseksualisty, a przy tym fanatycznego japońskiego nacjonalisty napiszę niebawem.

środa, 14 marca 2012

Melodia z dzieciństwa

12 września 2009 roku napisałem: „Internet ciągle się rozwija, ale nadal wyszukiwarki nastawione są wyłącznie na tekst. Nie ma możliwości zaśpiewania kawałka melodii, której całość chciałoby się znaleźć w necie, a google na podstawie naszego krótkiego nagrania odnalazłyby ten utwór. Być może powinienem napisać "jeszcze nie ma możliwości". Może ktoś nad tym myśli, a jeśli nie, to ja w każdym razie taki pomysł podsuwam.”

Całe szczęście, że istnieją ludzie, którzy mają nie tylko podobne pomysły, ale jeszcze możliwości ich realizacji. Oto wczoraj bowiem coś mnie natknęło, żeby wpisać w google „tune search” i pierwszy link, jaki się pojawił to www.musipedia.org . Dzięki tej wyszukiwarce, która pozwala wystukać melodię na wirtualnej klawiaturze, a można też poszukiwaną melodię zagwizdać lub zaśpiewać, choć ta metoda jest zawodna, gdyż albo mój mikrofon, albo ich procesor zniekształca „nutki” (wiem, wiem, złośliwi powiedzą, że to z pewnością ja fałszuję, ale jeśli nawet, to to, co można potem odsłuchać, mało przypomina nawet sfałszowany oryginał). Niemniej na klawiaturze można wgrać fragment, a po chwili pojawia się kilkadziesiąt utworów, które choć trochę pasują do podanej przez nas linii melodycznej.

Dzięki temu znalazłem amerykański oryginał pieśni negro spirituals, której uczyłem się w szkole podstawowej, a która wywarła na mnie takie „magiczne” wrażenie, że ją zapamiętałem i często sobie śpiewałem. Polski tekst z podręcznika do wychowania muzycznego (nie pamiętam do której klasy) to:

A kiedy już urośniesz synu
Przygotuj wóz, solidny wóz,
A przy nim koń niech silny stanie
I do wrót oceanu jedź.

Pojedź na wschód, bo stamtąd nasz ród,
Bo tam ze snu dzień budzi się,
I w oceanie wóz swój zatrzymaj,
Zmyj z konia kurz i synu wróć.

W pierwszej klasie liceum zacząłem trochę brzdąkać na gitarze, ale nie były to łatwe początki. Kiedy pojechałem na obóz przysposobienia obronnego do Głowna, poznałem tam Maćka Pawłowskiego, syna kompozytora z Teatru Powszechnego w Łodzi, który „muzykę wyniósł z domu”, więc żaden instrument nie był dla niego tajemnicą. Kiedy zaśpiewałem „Pojedź na wschód”, szybko zaaranżował akompaniament na gitarze, którego ja się z kolei od razu nauczyłem. Maciek jest dzisiaj dobrze znanym dyrygentem z Teatru „Roma” w Warszawie i w ogóle nie wiem, czy pamięta ten epizod. Niemniej to jego sekwencja akordów towarzyszyła odtąd mojemu wykonaniu tej pieśni, dzięki której później zdobyłem sympatię publiczności przy różnych obozowych ogniskach.

Wiedziałem jednak, że przecież ten utwór musiał mieć jakąś wersję oryginalną śpiewaną po angielsku. Kiedy pojawił się google.com i youtube, zacząłem szukać i odsłuchiwać wszelkich melodii spirituals, ale ani razu nie trafiłem na tę, której szukałem. W latach 80. ubiegłego stulecia przy jednym z epizodów amerykańskiego serialu „Północ-Południe” moje serce zabiło mocniej, ponieważ w jednej ze scen, w której niewolnicy opuszczają majątek dobrych państwa – rodziców Patricka Swayzee (mimo wszystko woleli wolność), usłyszałem „moją melodię” w wersji mormorando. Kiedy więc odkryłem, że praktycznie cały ten serial jest dostępny pocięty na krótkie kawałki na YouTube, przestudiowalem na Wikipedii opis poszczególnych odcinków i doszedłem do wniosku, że muszę znaleźć fragment odcinka 3. księgi II. (Book II, Episode 3). Dzięki YouTube udało się to bez trudu i faktycznie znowu usłyszałem znajome dźwięki. Na próżno jednak przekopywałem się przez wszelkie opisy melodii wykorzystywanych w serialu. Nadal nie miałem tytułu, ani angielskiego tekstu. Zapisałem się więc do internetowego amerykańskiego fanklubu tego serialu, żeby tam zadać pytanie na forum. Też nie doczekałem się odpowiedzi.

Na Wykopie znalazłem wątek, na którym ktoś jeszcze chciał znaleźć oryginał (dzisiaj to ja umieściłem tam odpowiedź), zaś nagranie, które tam umieścił w wykonaniu grupy Imo Pectoris, przypomina raczej chór harcerek niż zgnębionych ciężkim życiem niewolników.

Wczoraj, dzięki www.musipedia.org mi się wreszcie udało. Na „flashowym” pianinku wystukałem melodię, i pomiędzy szeregiem innych wyników, znalazłem wreszcie „I’m just a poor wayfaring stranger”, zaś YouTube zaoferował mi kilkanaście różnych wykonań tego utworu. Na Wikipedii zaś znalazłem tekst, który wcale nie mówi o nostalgicznej podróży do regionu, skąd pochodzili przodkowie, ale o pośmiertnej wędrówce do nieba (jak zresztą niejedna pieśń negro spirituals):

The Wayfaring Stranger

I'm just a poor wayfaring stranger
I'm traveling through this world of woe
Yet there's no sickness, toil nor danger
In that bright land to which I go
I'm going there to see my mother/father
I'm going there no more to roam
I'm only going over Jordan
I'm only going over home

I know dark clouds will gather 'round me
I know my way is rough and steep
Yet golden fields lie just before me
Where God's redeemed shall ever sleep
I'm going there to see my father/mother
S/he said he'd/she'd meet me when I come
I'm only going over Jordan
I'm only going over home

I want to wear a crown of glory
When I get home to that good land
I want to shout salvation's story
In concert with the blood-washed band
I'm going there to meet my Saviour
To sing his praise forever more
I'm just a going over Jordan
I'm just a going over home


śpiewa Yolanda Adams

 






a to Jack White i "biała" wersja bluegrassowa

Niestety próba znalezienia innej melodii, która bardzo często pojawiała się w telewizji przy okazji różnych rzeczy związanych z Wielką Brytanią (ja ją pamiętam z dzieciństwa z telewizyjnych lekcji j. angielskiego nadawanych w latach 70. ubiegłego stulecia, w których nadawano angielski serial „Slim John”). Melodyjka jest bardzo prosta i jej zagranie na wirtualnej klawiaturze nie sprawia żadnych problemów, ale niestety rezultaty poszukiwań są wysoce niezadowalające. Żaden z nich nie jest tą melodią, o którą mi chodzi. Mam nadzieję, że w końcu się uda!

wtorek, 13 marca 2012

O motywacji i jej paraliżu


Podczas zajęć z przedmiotu, który się nazywał Second Language Acquisition (SLA), omawialiśmy różne metody nauczania języków obcych. Problem z całościowymi metodami jest taki sam jak z ortodoksyjnymi szkołami kung-fu. Jak już twórca systemu uznał, że jego/jej metoda zapewnia sukces w osiągnięciu sukcesu w nabyciu wiedzy i umiejętności językowych, to na żadne modyfikacje nie ma już miejsca, bo tylko trzymanie się tej metody przynosi efekty, podczas, gdy wszystko inne jest stratą czasu. Nauczyciele języka dobrze wiedzą, że w praktyce wykorzystywanie elementów z różnych szkół metodycznych pozwala na uniknięcie monotonii, natomiast nigdy nie ma pewności, czy dany element trafi do wszystkich. Doskonale wiemy, że są różne typy uczących się, do których przemawiają zupełnie odmienne bodźce, więc np. metoda TPR (total physical response) jest doskonała dla tzw. kinestetyków, czyli tych, którzy uczą się, przez skojarzenie nowej porcji wiedzy z ruchem ciała, ale niekoniecznie musi być tak atrakcyjna dla słuchowców.

Na jednych z zajęć z SLA prowadząca zarządziła debatę, w której jedna grupa miała bronić TPR, a druga jakiejś innej metody. TPR pamiętam bardzo dobrze, bo akurat mnie przypadło jej bronić, a ta druga umknęła mojej pamięci. Debata – sam charakter tej wymiany zdań – powoduje, że ludzie zaczynają się w pewnym momencie zapalać i stają się agresywni. Ja, w tym wypadku „niestety”, nie umiem w sobie wzbudzić takiej postawy. Choć zdawałem sobie sprawę, że TPR potrafi zaoferować pewne ciekawe rozwiązania, nie potrafiłem w sobie wywołać jakiejś fanatycznej wiary w całość tej metody, co pozwoliłoby mi przyjąć w dyskusji postawy bardziej ofensywnej. Kiedy więc koledzy z grupy przeciwnej zaczęli wysuwać ciężkie działa pod adresem TPR, krytykując słabe punkty tej metody, trudno mi było się nie zgodzić. Oczywiście w odwecie atakowaliśmy wady tej drugiej metody, ale znowu trudno było się nie zgodzić, że posiada ona również elementy bardzo wartościowe. W końcu wyszło na to, ze debatę (chyba) przegraliśmy.

Zajęcia te były dla mnie pewną lekcją, choć wcale niekoniecznie lekcją na temat metod nauczania. Nauczyły mnie przede wszystkim czegoś na temat charakteru debat publicznych, w których wytrawny, agresywny, ale przy tym sprytnie tę agresję „sprzedający” publiczności, zawodnik potrafi postawić na swoim, tylko dlatego, że tak bardzo był zdeterminowany, żeby na swoim postawić. Obiektywna słuszność tezy, której bronił, ma znaczenie drugorzędne, jeśli w ogóle jakieś ma. To dlatego politycy przed kamerami nie mogą się ze sobą zgodzić, choćby w rzeczywistości przyznawali przeciwnikowi rację, ponieważ liczy się tylko wyrazista tożsamość i zwycięstwo. Prawda i wspólne dobro są tutaj praktycznie nieważne.

Kolejna nauka, jaką wyciągnąłem z tamtych zajęć, z praktycznego i indywidualnego punktu widzenia jest nawet ważniejsza. O ile z publicznymi debatami prawdopodobnie nic nie zrobimy, bo od tysiącleci ich zasady praktycznie się nie zmieniają (od wieków liczy się zwycięstwo i pokonanie przeciwnika, a nie przekonanie do najlepszego rozwiązania, a więc najważniejsze okazuje się ego dyskutanta), to sami mamy szansę zmienić swoją postawę wobec otaczającej nas rzeczywistości, czy też, mówiąc górnolotnie, życia. Chodzi o to, żeby nie angażować się w coś, w co nie wierzymy, albo nie wierzymy do końca. Ile razy robimy coś, żeby zrobić przyjemność, albo, co gorsza,  żeby nie robić przykrości rodzicom, teściom, nauczycielom, przełożonym, a co do czego wcale nie mamy przekonania.

Jeżeli robimy to bezpośrednio z takiego powodu, to jeszcze nie jest tak źle, ponieważ doskonale zdajemy sobie z tego sprawę, więc jesteśmy w stanie ten problem sobie zracjonalizować i postawić jasne granice między własnymi pragnieniami a tym, co zrobiliśmy z konieczności. Gorzej jednak, jeżeli jakieś nasze decyzje i działania spowodowane są całym kodem wprowadzonym do programu operacyjnego naszego umysłu przez innych ludzi. Jeżeli komuś się wydaje, że chce zostać świetnym lekarzem i wkuwa po nocach grube medyczne księgi straszne przy tym cierpiąc katusze, nie dlatego, że rodzice lekarze tego bezpośrednio od niego wymagali, ale dlatego, że „rozsądek” (czyt. przykład udanych karier finansowych rodziców) nakazuje studiować medycynę. W świadomości takiego człowieka związek między jego kierunkiem studiów a rodzicami może się nie pojawić, ale on istnieje. Istnieje też jakaś druga część osobowości delikwenta, która ciągnie go do czegoś zupełnie innego. Jest ona spychana w świadomościowy niebyt tak skutecznie, że „rozsądny” student w końcu przestaje o tym myśleć skupiając się na nauce, ale tylko pozornie. Od czasu do czasu bowiem zaskoczy go jego własne zachowanie, które objawi się tym, że któregoś wieczora pójdzie na film, zamiast wkuwać kolejną porcję wiedzy, a potem będzie miał straszne wyrzuty sumienia, że zmarnował czas. Paraliżowanie własnych „mądrych” planów i zamiarów to przecież nasz powszechny problem!

Wynikiem takich przypadków jest życie w ciągłym stanie zaniżenia własnej wartości, poczucia winy („jestem niestety tylko śmierdzącym leniem”) i w rezultacie przygnębienie i nieszczęście. Gdyby to jednak było takie proste, niewątpliwie po odkryciu tej prawidłowości natychmiast byśmy się rzucili do robienia tego, czego chcemy i osiągnęli stan idealnej integralności osobowości, a w rezultacie prawdziwe szczęście. Takie proste to jednak nie jest, ponieważ często sami nie wiemy czego chcemy i niekoniecznie jest to wina narzuconych nam z zewnątrz (mniej lub bardziej świadomie) sposobów myślenia. Często bywa bowiem tak, że „napalimy” się na coś. Wydaje nam się, ze bardzo chcemy to robić, ale po pierwszych dniach/tygodniach entuzjazmu i szybkiego postępu, okazuje się, że nasz zapał osłabł i że „to chyba nie to”. Znowu niektórzy mogą w tym momencie zacząć cierpieć na wyrzuty sumienia, ale równocześnie poczują też ulgę z tego powodu, że już nie muszą tego robić. I gdyby na tym się skończyło, wszystko byłoby proste i bardzo racjonalnie wytłumaczalne.

Tymczasem może się zdarzyć tak, że coś, co nas na pewnym etapie życia tak znudziło, albo potwornie zmęczyło, że uznaliśmy, że to „nie na moją głowę” i że „nie chcę się tym już zajmować”, wraca do nas po dwóch, a nawet pięciu czy dziesięciu latach, zabieramy się do tego z nowym entuzjazmem, a w dodatku okazuje się, że „ściana”, do której dotarliśmy uprzednio, a która zniechęciła nas wtedy do dalszych wysiłków, teraz okazała się przeszkodą tak banalną, że pokonujemy ją bez trudu. Takie rzeczy się zdarzają, więc problem polega na tym, że nigdy nie wiadomo, czy należy łatwo rezygnować z czegoś, co nas przyprawia o poczucie nieszczęścia. Nie muszę oczywiście nawet wspominać, że rzucenie się w coś, co nam w danym momencie daje poczucie szczęścia, bardzo często bywa tragiczne w skutkach.

Niemniej, to co jest warte zachodu, to wyrobienie w swojej najgłębszej warstwie świadomości wiary, czy też przekonania do tego, co chcemy robić. Jeżeli jakiejś jej części wydaje się, że chce osiągnąć coś w danej dziedzinie, a ta głębsza i najczęściej nieuświadomiona nie jest do tego przekonana, będziemy mieli do czynienia ze swoistą schizofrenią, której wynikiem będzie porażka na całej linii. Jak dotrzeć do tej najgłębszej warstwy świadomości i jak wzbudzić w niej entuzjazm do naszego działania, to tajemnica, za zdradzenie której fachowcy (często też pseudofachowcy) od motywacji każą sobie płacić duże pieniądze. Gdyby jednak ich metody okazały się skuteczne, byłyby to najlepiej wydane pieniądze w życiu.

piątek, 9 marca 2012

O wróżeniu z fusów na sali sądowej, czyli o testach projekcyjnych


Czasami miewam satysfakcję z tego, że ktoś z autorytetem naukowym głośno się wypowie na temat, który od dawna chodził mi po głowie i to wypowie się tak, jak ja bym to zrobił.

Jeszcze jako student historii nabrałem podejrzeń co do psychologii jako nauki, kiedy się dowiedziałem, że istnieje kilka wykluczających się nawzajem szkół (wówczas podręczniki wymieniały trzy główne: psychologię behawioralną, psychoanalizę i psychologię humanistyczną; teraz jest ich chyba więcej, ale nie śledzę tego tematu na bieżąco), nabrałem podejrzeń, że obiektywna naukowa wartość badań psychologicznych, jest dość wątpliwa. O ile psychologia behawioralna wydawała się najbardziej weryfikowalna empirycznie, to psychoanaliza, zarówno freudowska jak i jungowska, mimo wielkiej atrakcyjności, wydawała się raczej literaturą fantasy niż poważnym dyskursem naukowym. Najbardziej polubiłem psychologię humanistyczną, ale ta z kolei była najbliższa spekulacjom filozoficznym ludzi dobrej woli. Nie twierdzę bynajmniej, że psychologię jako naukę należy spisać na straty. Wręcz przeciwnie. Myślę jednak, że psychologom należy się duża lekcja pokory, ponieważ dalecy są od wyjaśnienia tajników ludzkich zachowań i ludzkiego sposobu myślenia.

W filmie Good Will Hunting (Buntownik z wyboru, 1997), tytułowy bohater, super-inteligentny woźny (Mat Damon), bez problemu manipuluje psychologami, którzy przyszli go zbadać. Tylko ostatniemu z nich (Robin Williams) udaje się nawiązać z nim jakąś dłuższą współpracę. Psycholog ten podejmuje grę polegającą na obopólnej szczerości i przyjaźni. I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie wrażenie, że aby w ten sposób dotrzeć do człowieka, wcale nie trzeba być psychologiem. To się bowiem jakoś intuicyjnie wie. Nie twierdzę, że przestudiowanie setek, czy nawet tysięcy przykładów ludzkich zachowań, jest bezużyteczne (ha! wracamy do tematu, czy można uczyć się od historii), bo przecież każdy nowy przypadek może okazać się zupełnie inny. Jakieś ogólne wnioski jednak można wyciągnąć, skoro potrafią to zrobić pospolici cwaniacy naciągający uczciwych ludzi na pieniądze – oni przecież wykorzystują pewne stałe mechanizmy, które poznali z obserwacji i bez studiów psychologicznych. Nie potępiam więc dążenia do zgłębiania wiedzy o psychice ludzkiej.

W wątpliwość natomiast należy poddać pewne metody, które zostały przyjęte niejako przez siłę bezwładu i przyzwyczajenia, roszczące sobie pretensje do niezawodnych narzędzi diagnostycznych, ale których wartości nikt nigdy nie weryfikował naukowo, a więc krytycznie. I teraz się okazuje, że tzw. testy projekcyjne, czyli pokazywanie ludziom plam i pytanie o ich z nimi skojarzenia, jest szeroko krytykowane przez środowiska naukowe, a dzieje się tak, że na ich podstawie skrzywdzono na całym świecie wielu ludzi oskarżając ich o np. molestowanie seksualne dzieci. Sędziowie nauczyli się brać wyniki takich testów za wyrocznię, podczas gdy inni psychologowie obecnie twierdzą, że taki test przede wszystkim odsłania postrzeganie świata przez interpretującego (czyli biegłego psychologa), a na dodatek cała metoda jest tyle warta, co wróżenie z fusów. ( http://www.medonet.pl/zdrowie-na-co-dzien,artykul,1657495,1,zainfekowana-psychologia,index.html ). Całe szczęście, że zajęło się tym wreszcie środowisko naukowe, co daje nadzieję na to, że zostaniemy ostatecznie wyzwoleni od nowoczesnej religii zwanej psychoanalizą.

Tymczasem psychoanaliza ma się całkiem dobrze wśród teoretyków literatury. Bawi mnie nieco fascynacja młodszych kolegów tym podejściem do tekstów literackich, ale pewne etapy trzeba w życiu przejść. Nie twierdzę, że psychologia w ogóle jest bezużyteczna w zdiagnozowaniu stanu psychiki autora tekstu, ale czy to jest jeszcze literaturoznawstwo? Czy jeżeli ktoś pisze, że bohaterowie schronili się przed deszczem w górskiej jaskini, oznacza to, że zeszli w głąb waginy? Tego typu interpretacje (znowu trochę sprowadzam ad absurdum) mogą się pojawić. Na całe szczęście w przeciwieństwie do sądowych testów projekcyjnych psychoanaliza w teorii literatury nikogo nie jest w stanie skrzywdzić.

czwartek, 8 marca 2012

8 marca (tekst okolicznościowy), czyli kilka refleksji wcale niewesołych

Dzięki znajomym z Facebooka czytam czasem bardzo ciekawe i pouczające teksty. Dzisiaj, chyba z racji tego szczególnego dnia, trafiłem na taki wywiad: http://pietkundudek.nowyekran.pl/post/55322,feministki-szykuja-rzez, z którego dowiadujemy się, że feministki to wściekłe baby myślące tylko o tym, żeby zgotować mężczyznom holokaust. Jak zwykle mam problemy ze słownictwem, bo słowo „feministka” nie jest wg mnie doprecyzowane, gdyż ideologii związanych z płcią, a konkretnie z płcią żeńską jest co najmniej kilka, a wiele z nich używa na swoje określenie przymiotnika „feministyczny”.


Przemoc wobec kobiet nie jest oczywiście polską „specjalnością”. Poznajemy ją przecież najlepiej z hollywoodzkich filmów. Wszyscy oczywiście wiemy z doniesień prasowych o traktowaniu kobiet i dziewczynek w Afganistanie, do opuszczenia którego i zostawienia go w rękach fanatyków religijnych wzywają wszyscy „postępowcy” świata. W Ameryce, kiedy maltretowana kobieta się przełamie i zgłosi przestępstwo policji i wymiarowi sprawiedliwości, sąd jeśli nie wsadza drania do więzienia, to przynajmniej nakazuje mu trzymać się od swojej ofiary z daleka. I ta decyzja jest egzekwowana!

W Polsce jest to sytuacja praktycznie nie do wyobrażenia. Kobieta i mężczyzna często mieszkają pod jednym dachem nawet po rozwodzie, bo po prostu nie ma takiej możliwości (przede wszystkim finansowej), że któreś z ex-małżonków się wyprowadziło. Maltretowana żona jest więc skazana na życie z bydlakiem, który ją bił, potem żałował, potem znowu bił itd.

Niedawno mogliśmy przeczytać o maltretowanej żonie policjanta, za którego w sądzie poręczyli wszyscy koledzy z posterunku, więc łobuz wyszedł do domu i będzie odpowiadał z wolnej stopy. Problem prawdopodobnie polega na tym, że w Polsce takich rzeczy jak prawo nie traktuje się zbyt poważnie, czego jest kilka przyczyn (m.in. jego nieżyciowość, a wręcz antyobywatelskość), a to powoduje, że praktycznie wszyscy żyjemy w jakiejś jednej wielkiej zmowie, puszczamy do siebie oko i mówimy „prawo prawem, ale przecież znamy życie”. Wszystkie chłopy wiedzą, że „baby są jakieś inne”, a „my w policji to same bycze chłopy przecież jesteśmy i wiemy jak jest.” Decyzje sądów potrafią być zadziwiające (to taki eufemizm), w związku z czym wiele kobiet czuje się w swojej beznadziejnej sytuacji osamotnione.

Kiedy kobieta pochodzi z tzw. normalnego domu, może przynajmniej liczyć na swoich rodziców, co oczywiście stawia ją w lepszej sytuacji od Afganek, które od dziecka traktowane są jako coś gorszego a ojcowie nie wykazują jakichś więzi z córkami.Oczywiście gorzej jest, jeśli kobieta nie chce się zwrócić do rodziców (jeśli jeszcze żyją) o pomoc, bo jest bez pamięci zakochana w mężu, albo w inny patologiczny sposób od niego uzależniona.

Jeszcze kilka lat temu myślałem, że przemoc wobec kobiet to przede wszystkim kwestia marginesu społecznego. Zmieniłem zdanie, kiedy się dowiedziałem o rozwodzie pewnego lekarza, którego znalem jako niezwykle ujmującego i kulturalnego faceta, który, jak się okazało regularnie tłukł żonę. Ta wiadomość przez kilka dni nie pozwoliła mi dojść do siebie, bo po prostu zwątpiłem w swoją zdolność pojmowania świata.

Jako mężczyzna chciałbym coś wrzucić dla równowagi. Znałem bowiem facetów, których kobiety nie tylko wykorzystywały finansowo, ale potrafiły podnieść krzyk w celu wywołania wrażenia u sąsiadów, że są maltretowane. Takie rzeczy się zdarzają. Nie stanowią jednak równowagi dla zjawiska bicia żon przez mężów, więc nic mi z tego retorycznego zabiegu nie wyjdzie.

Kobiety w Europie i w Ameryce mają pełnię praw obywatelskich. Możemy być dumni z tego, że Polska była jednym z pierwszych państw świata, które zapewniło kobietom prawo do głosowania w wyborach (warto to porównać z często stawianą za wzór Szwajcarią). Modele życia codziennego wynikające z długoletniej tradycji to jednak coś innego. Mimo praw obywatelskich, kobiety z trudem przebijały się do niektórych zawodów (oczywiście lata powojenne wsadziły je na traktory, skąd czym prędzej same zeszły). Doskonale pamiętam uwagi starych profesorów uniwersyteckich, z których prawie każdy był mizoginem, którzy bez skrępowania twierdzili na wykładach, że kobiety przychodzą na studia, żeby znaleźć mężów. Protekcjonalne traktowanie kobiet, czyli niby „jestem po twojej stronie, ale przecież zdajesz sobie sprawę, że beze mnie byś zginęła” (w domyśle „bo jesteś głupiutka”) to wręcz stały element czegoś, co nazwałbym swoistym rodzajem flirtu, czy też gry erotycznej. Znam kobiety, które rozkosznie wchodzą w narzuconą im w tej grze rolę i być może są nawet szczęśliwe.

Na szczęście żyjemy w czasach, w których o wszystkim można głośno mówić. Zdecydowana większość kobiet, które znam, to świadomi swojej wartości ludzie, którzy nie pozwolą sobie na złe traktowanie. Od czasu do czasu jednak dowiadujemy się o tym, że środowisko, w którym żyjemy, niekoniecznie odzwierciedla całość społeczeństwa. Jest jeszcze mnóstwo do zrobienia.

W tym kontekście artykuł straszący jakimiś nawiedzonymi idiotkami dążącymi do eksterminacji mężczyzn wygląda jak jakaś kpina. Prawdopodobnie chodzi o wywołanie w mózgu czytelnika sprzężenia słowa "feministka" z "potwór", albo "idiotka".

Komuniści ustanowili 8 marca Dniem Kobiet, co różne odłamy feministek przyjmują różnie. Jedne uważają, że tak, taki dzień, przynajmniej jeden w roku, im się należy. Inne wręcz przeciwnie, twierdzą, że to jakiś „dzień litości dla zwierząt” i jeżeli faceci myślą, że tego dnia odkupią swoje winy z całego roku, to się grubo mylą i „niech się wypchają”. Myślę, że w tym wypadku każde z podejść jest w jakimś stopniu uzasadnione.

Trzeba przede wszystkim szukać pozytywów. Dzięki temu, że ludzie pamiętają o 8 marca, zagadnienie sytuacji kobiet jest podnoszone, czasem „odgrzebywane” i dyskutowane. Niewątpliwie dobrze by było, gdyby dyskusja nie wygasała po Dniu Kobiet i wciągnęła więcej ludzi podejmujących ważne decyzje. Tego przede wszystkim życzę wszystkim Kobietom z okazji ich Dnia.

wtorek, 6 marca 2012

O znajomościach i koneksjach


The Persuit of Happyness (W pogoni za szczęściem, 2006), to film, którego tytuł nawiązuje oczywiście do fragmentu Deklaracji Niepodległości, dokumentu zredagowanego przez polityka, który był też artystą, jak powie bohater filmu. „Y” w angielskim słowie oznaczającym szczęście to oczywiście błąd popełniony przez autorów graffiti na chińskim przedszkolu, do którego chodzi syn bohatera, Chrisa Gardnera. Jest to postać autentyczna, obecnie multimilioner.

Oczywiście można skwitować całą opowieść jednym zdaniem: to typowa amerykańska produkcja promująca ciężką pracę i wytrwałość. Byłoby tak, gdybyśmy przez praktycznie cały film nie oglądali najgorszych rzeczy, jakie mogą się przytrafić człowiekowi z powodu braku pieniędzy. Przy okazji możemy zaobserwować życie tych, którym się nie powiodło we wspaniałej Ameryce. Perypetii Gardnera i jego synka z pewnością nikomu byśmy nie życzyli. Sukces przychodzi na sam koniec i jest on w pełni zasłużony.

Bohater bowiem zamarzył sobie, że zostanie maklerem finansowym. Cudem dostaje się na staż, za który nie otrzymuje się żadnego wynagrodzenia, a dodatku wiadomo, że pracę dostanie tylko jeden kandydat. Na koniec stażu jest egzamin pisemny, ale decyduje liczba pozyskanych klientów i oczywiście ich pieniędzy.

I tutaj dochodzę do sedna sprawy, bo wzruszająca historia życia człowieka szlachetnego, dobrego ojca, pracowitego i ambitnego, to oczywiście piękna nauka dla młodych pokoleń, ale to, na co ja bym chciał młodym ludziom zwrócić uwagę, jest czysto techniczny aspekt sukcesu Chrisa.

Otóż naszedłszy, niby to przypadkiem, prezesa funduszu emerytalnego, zabrał się z nim (przy okazji wziął też swojego synka) na mecz futbolu amerykańskiego, ponieważ prezes ów zaprosił go do loży dla VIPów. Już tam dowiedział się, że nic nie będzie z wymarzonej transakcji, ale za to wymienił się wizytówkami ze sporą grupą biznesmenów z wysokiej półki. To dzięki umowom z nimi zarabia najwięcej i dostaje wymarzoną pracę.

Rzeczywistość nieco odbiegała od opowieści filmowej, ale zasadnicza rzecz się nie zmienia. Znajomości to rzecz niezwykle ważna. Nie chodzi oczywiście o to, żeby były to znajomości w takim sensie, jakie je znamy z Polski, czyli, że szwagier wsadza szwagra na stanowisko, choć ten nie ma pojęcia o wymaganej na nim pracy. Brak kompetencji w twardym kapitalizmie mści się bardzo szybko, więc nie mówimy o nieudacznikach z wpływową rodziną lub kolesiami (choć pewnie i w Ameryce takie zjawiska występują, nie ma co się łudzić).

Zakładamy więc, że jest trzydziestu kandydatów o równie wysokich kompetencjach. Kogo przyjmie szef firmy? Oczywiście kogoś, kogo albo sam już zna, albo kogo polecił mu ktoś, komu on ufa. Biadolenie nad tą sytuacją nie ma najmniejszego sensu, bo tak to po prostu działa. Proponuję zresztą każdemu wczuć się w rolę szefa firmy, który musi wybrać spośród kilku kandydatów, spośród których kilku zna, a kilku nie. Trudno zaufać komuś nieznajomemu nawet z dobrym dyplomem.

Networking to zjawisko znane i szanowane w krajach anglosaskich. Ważną rolę odgrywają tutaj „old school ties”, czyli więzi nawiązane jeszcze w szkole lub na uczelni. Oczywiście możemy się oburzać, krzyczeć i tupać nogami, że „kolesie rządzą”, ale to jest po prostu normalny mechanizm. Każda instytucja, czy to prywatna czy państwowa, opiera się na pracy zespołów. Owszem, są zespoły stworzone „sztucznie” przy pomocy rekrutacji ludzi z ulicy, których tak czy inaczej trzeba stworzyć zespół. Nie wolno się jednak dziwić, że człowiek obejmujący wyższe stanowisko ciągnie za sobą zespół swoich starych i zaufanych współpracowników.

Rzecz sprowadza się więc nie do tego, że ludzie dzięki znajomościom robią kariery, ale czy ten, który taką karierę robi, jest kompetentny. Jeśli jest, to wszystko jest w porządku. Z doświadczenia znamy oczywiście szereg przypadków klik niekompetentnych, ale za to trzymających się „w kupie” miernot. To jest oczywiście jedna z przyczyn nieustannych problemów naszego kraju.

Tak czy inaczej, znajomości to ogromny kapitał. Musimy jednak pamiętać, że żyjemy w nieco innej kulturze, niż amerykańska. Wiele rzeczy, które doradza się młodym kandydatom na ludzi sukcesu, w Polsce mogłoby być przyjęte co najmniej z podejrzliwością. Kto z nas nie był choć raz w życiu nagabywany przez przyjaciela lub dobrego znajomego o kupno polisy lub jakiegoś towaru z firm prowadzących marketing bezpośredni? Zazwyczaj reagujemy irytacją, a w skrajnych przypadkach zerwaniem znajomości. W Polsce znajomość musi być przede wszystkim bezinteresowna i każdy najdrobniejszy sygnał interesowności odbierany jest jako próba jeśli nie oszustwa, to przynajmniej wykorzystania nas do czegoś, na co nie mamy ochoty. Nikt z nas nie jest przygotowany na próby robienia interesów przez naszych znajomych. Jako adresaci takich zabiegów zupełnie nie, zaś jako początkujący biznesmeni też bywamy tragicznie toporni. Biznes z ludźmi wymaga bowiem niezwykłej delikatności i wyczucia sytuacji.

Jeżeli jednak chcemy cokolwiek osiągnąć, dobrze jest, jeżeli mamy szeroki krąg znajomych, którzy nas lubią i szanują. Bez tego możemy sobie radzić tylko wtedy, kiedy mamy towar najbardziej pożądany i to w bardzo przystępnej cenie. Nikt jednak nie działa w próżni i dlatego bez znajomości nie możemy liczyć na oszałamiający sukces.