sobota, 18 kwietnia 2009
Miara cywilizacji
czwartek, 16 kwietnia 2009
Nisze i "mainstream"
Swego czasu dyskutowałem ze znajomymi o tym, jak w świecie muzycznym lansuje się miernoty, podczas gdy ludzie utalentowani nie mogą się przebić. Wyraziłem zdanie, że taka artystka bluesowa jak Magda Piskorczyk potrzebuje dobrego agenta, który dzięki swoim znajomościom w świecie przemysłu rozrywkowego, wepchnąłby ją na ekrany telewizorów, skąd bez skrupułów wyrugowałbym kilka innych „gwiazd”. Jeden ze znajomych, sam muzyk wyrosły z piosenki studenckiej (niegdyś laureat, a teraz jeden z jurorów łódzkiej Japy) uprawiający poezję śpiewaną i piosenkę turystyczną, naprowadził mnie na właściwe tory myślenia, twierdząc, że wpakowanie Magdy Piskorczyk w świat muzycznego establishmentu, świat gwiazd, gwiazdeczek i „celebrytów” (brr, co za słowo!) byłoby zniszczeniem jej jako artystki. O wiele lepiej jest, kiedy pozostaje w swojej niszy, bluesie, i to w tym dość hermetycznym środowisku fanów tego typu muzyki święci triumfy. Tak jest z wieloma innymi gatunkami muzycznymi i wykonawcami osiągającymi w nich artystyczne wyżyny.
Wszystko wskazuje na to, że powoli będzie zanikać coś, co nazywamy głównym nurtem (mainstream) w wielu dziedzinach. Po pierwsze, nikt nie jest w stanie obserwować wszystkiego, co się dzieje nawet we własnej wąskiej specjalności. W związku z tym tworzą się szkoły, których przedstawiciele nie tylko wyważają otwarte drzwi, bo ktoś inny robił to co one wcześniej, ale również tworzą hermetyczne języki, które być może mówią o tym samym, ale używają innej nomenklatury. To się może zdarzyć z literaturą i jej krytyką, tak już się dzieje w wielu dziedzinach nauki i sztuki wizualnej. Z muzyką jest podobnie. Fani jazzu nie słuchają bluesa, a słuchacze hip-hopu nie gustują w poezji śpiewanej (choć ja akurat widzę między tymi dwoma gatunkami wiele wspólnego).
Internet wbrew pozorom nie stał się i prawdopodobnie nigdy się nie stanie nowoczesną wieżą Babel, dzięki której cały świat stanie się faktycznie „globalną wioską”, a wszyscy będą mieć te same gusta we wszystkich dziedzinach. Ktoś, kto tak uważa, nie bierze pod uwagę faktu, że ludzie różnicują się, kiedy tylko mogą. Tworzą grupy i całe konstelacje wzajemnych powiązań, jak i całe skomplikowane systemy wzajemnej niechęci czy wrogości. Jeśli zasypiemy rowy tworzące dzisiejsze podziały (rasa, narodowość, klasa społeczna), ludzie nie omieszkają zorganizować „nowego świata” wg nowych kryteriów podziałów, systemów afiliacji i odrzucenia. To leży w naszej naturze. Nie wyobrażam sobie zresztą, żeby mogło być inaczej. Gdybyśmy przestali różnicować, osiągnęlibyśmy najwyższy stan zjednoczenia ze Uniwersum, a na to się raczej nie zanosi. Internet z jednej strony tworzy nową platformę łączącą ludzi, ale daje kolejną okazję do tworzenia mniej lub bardziej zamkniętych „środowisk”. Platforma porozumienia nie gwarantuje porozumienia, to pewne. W Internecie grupują się więc fani heavy metalu czy muzyki klasycznej, którzy nie wchodzą na strony tej drugiej grupy, bo nie czują, żeby mieli tam czego szukać.
Przy większym dostępie do Internetu, który mógłby zastąpić, albo raczej wchłonąć tradycyjne media (radio i telewizję), tzw. główny nurt mógłby zaniknąć całkowicie, natomiast ludzie koncentrowaliby się tylko na tym, co ich interesuje. Czy to dobrze? W pewnych dziedzinach myślę, że tak. Fani bluesa mogą się integrować wokół stron mu poświęconych (tak samo jak miłośnicy innych gatunków muzyki), natomiast ludzie, którzy się interesują wszystkim po trochu (jak ja np.), mogą sobie wędrować od strony do strony. Jest to o tyle dobre, że uniezależniamy się od narzuconej przez telewizję i radio komercyjnej papki, od której użytkownik tych tradycyjnych mediów nie ma praktycznie ucieczki.
Są też słabe strony tego zjawiska. Ludzie, którzy będą się organizować wokół konkretnych stron WWW, mogą ulec pokusie eskapizmu, natomiast w stosunkach międzyludzkich może nastąpić daleko posunięty relatywizm moralny, gdzie etyki poszczególnych grup przestaną w ogóle do siebie przystawać. Tak się może stać. Osobiście mam jednak nadzieję, że ludzie pozostaną ludźmi, a zdrowy rozsądek nie pozwoli na traktowanie Internetu jak coś więcej, niż tylko kolejnego narzędzia w ich rękach.
środa, 15 kwietnia 2009
sobota, 11 kwietnia 2009
O religiach słów kilka
Jestem agnostykiem, co oznacza, że na takie tematy, jak życie pozagrobowe, rzeczywistość transcendentalna itd. mam za mało danych, żeby cokolwiek o nich twierdzić, natomiast mam zbyt mało wiary, żeby po prostu przyjąć bezkrytycznie to, co głoszą jakiekolwiek religie. Podobnie jak niedawno zmarły profesor Religa nie jestem wojującym ateistą i wśród chrześcijan, podobnie jak wśród innych porządnych ludzi czuję się dobrze. Wcale nie zależy mi, żeby kogokolwiek przekonywać, że moje wątpliwości są lepsze od ich wiary. Ateiści mają z kolei niezachwianą wiarę, że poza światem materialnym nie ma nic. Ja takiej wiary też nie mam. Wbrew temu, co mogą myśleć zarówno ludzie wierzący, jak i zdeklarowani ateiści, nie czuję specjalnego dyskomfortu psychicznego spowodowanego moim nie do końca określonym światopoglądem. Myślę, że kieruję się w życiu kilkoma prostymi zasadami, które uważam za etyczne i jedynie przypadki, kiedy zdarza się, że je łamię, sprawiają, że czuję się źle sam ze sobą.
Co to za zasady? Można powiedzieć uniwersalne. Problem w tym, że uniwersalna jest chęć życia (choć i tu można znaleźć szereg wyjątków spowodowanych zarówno warunkami kulturowymi jak i innymi czynnikami), a co za tym idzie zdobywanie pożywienia, okrycia ciała i dachu nad głową oraz dążenie do rozmnożenia się i związane z nim dążenie do przyjemności. Najlepiej jest przetrwać w grupie, więc dążymy do kontaktów z innymi ludźmi, ale zarówno w sposobie jedzenia, układania stosunków międzyludzkich, zależnościami między partnerami seksualnymi, dziećmi i rodzicami itd. itp., daje o sobie znać kultura, która tworzyła się pierwotnie we w miarę zamkniętych środowiskach, żeby potem na skutek zarówno wojen jak i kontaktów handlowych ulegać modyfikacjom, powolnym lub gwałtownym zmianom, a także mieszaniu się i syntezie.
Orhan Pamuk opisuje siebie jako „kulturowego muzułmanina”, tzn. jest chyba niewierzący (do końca to trudno stwierdzić), ale uważa się za spadkobiercę i w jakimś stopniu część sposobu myślenia, jaki odziedziczył po muzułmańskich przodkach. Oriana Fallaci była zdeklarowaną ateistką, ale przy tym bardzo silnie związana emocjonalnie z chrześcijańską tradycją kultury europejskiej. Chyba odczuwam coś podobnego. Jestem „kulturowym chrześcijaninem” mimo, że nie wierzę ani w kościelne czy w ogóle religijne dogmaty, ani nie odczuwam konieczności uczestniczenia w obrządkach religijnych. Jestem krytyczny wobec kleru katolickiego, ale równocześnie drażni mnie agresywny i często prymitywny antyklerykalizm rozmaitych grup związanych z szeroko pojętą „lewicą”. Sam do kościoła nie chodzę, ale chyba czułbym się nieswojo w Polsce, w której większość obywateli poszłaby w moje ślady. Ludzie religijni to po prostu część kulturowego krajobrazu, wśród którego czuję się dobrze i bezpiecznie. Jakiekolwiek jednak przegięcie w drugą stronę, coraz większa obecność kleru w mediach i oświacie, również odczuwam za trend niebezpieczny. Religia, podobnie zresztą jak inne zjawiska, sama w sobie nie musi być zła. Często wręcz przeciwnie, dla starszych osób, które zostały przez „nowy ład”, jaki nastał w Polsce po roku 1989, "odstawione na boczny tor”, Radio Maryja może mieć bardzo dobry wpływ na stan ich psychiki. Wszelkie działania, które wydobywają człowieka z depresji, są dobre. Równocześnie te same działania mogą u innych ludzi potęgować zgorzknienie i nienawiść do innych, postrzeganych w Radiu Maryja (i przedstawianych) jako wrogowie.
Prawdopodobnie podobnie jest z islamem. Dla wielu ludzi to po prostu busola etycznego postępowania i w tym wypadku jest czynnikiem niezwykle pozytywnym. Inni będą eksponować konieczność walki z niewiernymi i religia stanie się czynnikiem niebezpiecznym. Założywszy jednak, że ludzie pojmujący islam jako nakaz agresji wobec innych znajdują się w mniejszości, pozostaje różnica w samym założeniu doktrynalnym, z którego wypływa cała kultura, która mimo szeregu podobieństw, nosi w sobie poważne różnice. Założenia katolicyzmu, wbrew temu co można obserwować w zachowaniu polityków typu Antoni Macierewicz, czy Jarosław Kaczyński, to tolerancja wobec ludzkich słabości. To nieustanna szansa na wybaczenie. Jasne, że praktyka najczęściej nie miała z tym nic wspólnego. Wiemy też, że ta praktyka jak najściślej była związana ze sposobem sprawowania władzy oraz z zaspokajaniem potrzeb ekonomicznych za pomocą rabunku. Mimo całej rozbudowanej obrzędowości i dewocyjnej stronie kultu, chrześcijaństwo nie jest rygorystyczną relgią-prawem w takim stopniu, jak judaizm czy islam. Od samego początku sfera sacrum była oddzielona od świeckiego aspektu życia społecznego, choć wpływ tej pierwszej bywał niezwykle silny. Z pewnością inkwizytorzy, nakazujący władzom świeckim wykonać „mokrą robotę”, nie kierowali się miłosierdziem, ale my ich właśnie za to potępiamy, bo wiemy, że miłosierdziem kierować się powinni, bo miłosierdzie jest nakazem samego Jezusa.
Niedawno dyskutowaliśmy na forum naszej-klasy o przestrzeganiu prawa. Niewątpliwie prawo jest uchwalane po to, by go przestrzegać (interpretacje typu „żeby je łamać” jest oczywiście żartem i to w dodatku głupawym). Niemniej istnieje sfera naszej świadomości, która prawom przychodzącym do nas z zewnątrz przeciwstawia albo zdrowy rozsądek, albo coś, co nazywamy „bycie ludzkim”, czyli wyrozumiałość i tolerancję wobec słabości innych. Różnicę między chrześcijaństwem a islamem w tym względzie najlepiej ilustrują dwie historie. Jedna pochodzi z Ewangelii wg św. Jana (bardzo dobrze znana, jak mniemam), a druga jest Hadissą, czyli częścią Sunny proroka Muhammada.
Tekst z Ewangelii:
„Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Wszystek lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją na środku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, kobietę tę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz»? Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem». I powtórnie nachyliwszy się, pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych. Pozostał tylko Jezus i kobieta stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: «Niewiasto, gdzie oni są? Nikt cię nie potępił?» a ona odrzekła: «Nikt Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz».”
A teraz dwie opowieści o Muhammadzie:
„Przyszła do Proroka Muhammada PZN kobieta z plemienia Gamid i powiedziała: O Proroku, popełniłam cudzołóstwo i pragnę od ciebie oczyszczenia. Prorok PZN udał, iż nie usłyszał jej. Na drugi dzień owa kobieta znów przybyła do Proroka PZN i zapytała go: Czy chcesz mnie zlekceważyć tak jak Maiza bnu Malika? Na Allaha, cudzołożyłam z tym człowiekiem i jestem w ciąży. Słysząc to Prorok PZN rzekł: Jeśli tak, to wróć tu po urodzeniu dziecka. Po dziewięciu miesiącach kobieta zjawiła się u Proroka PZN z nowonarodzonym dzieckiem. Prorok PZN na to: Idź i wykarm go i wróć gdy minie okres karmienia(dwa lata). Po wykarmieniu dziecka owa kobieta przyszła do Proroka ze swoim dzieckiem trzymającym w dłoni kawałek chleba. Powiedziała: O Proroku już wykarmiłam swoje dziecko. Prorok PZN wziął od niej dziecko i oddał go jednemu z muzułmanów a następnie nakazał ukamienować ową kobietę. Wśród świadków kamienowania był towarzysz Proroka Chalid bnu Łalid(RAA), który rzucając kamieniami w kobietę mówił źle o niej. Prorok PZN słysząc to powiedział: Przestań Chalid! Na Allaha, w którego ręku spoczywa moja dusza, ta kobieta okazała tak dużą skruchę, która wystarczy na przebaczenie dla człowieka, który popełnił największy grzech na świecie. Allah wybaczy mu. Po ukamienowaniu Prorok PZN odmówił modlitwę pogrzebową nad ciałem zmarłej kobiety i kazał ją pochować”.
„Przyszedł do Proroka PZN Maiz bnu Malik i rzekł: O Proroku, oczyść mnie! Wysłannik Allaha odrzekł: Co ty mówisz? Wróć do domu i proś Allaha o wybaczenie i okaż skruchę. Mężczyzna odszedł, ale po pewnym czasie wrócił i powiedział: O Proroku, oczyść mnie! Wysłannik PZN odpowiedział: Biada ci, idź i okaż skruchę! Maiz odszedł, ale zaraz wrócił i powiedział to samo: O Proroku, oczyść mnie! Za czwartym razem Wysłannik PZN zapytał: Z czego mam cię oczyścić? Mężczyzna odpowiedział: Z cudzołóstwa. Prorok pytał się ludzi, czy czasem Maiz bnu Malik nie jest chory psychicznie. Wszyscy zapytani odpowiadali, że nie. Pytał się, zatem czy nie wypił wina? Jeden z towarzyszy wstał by sprawdzić czy nie czuć z jego ust zapachu wina. Okazało się, że nie był pod wpływem alkoholu. Następnie Prorok(AS) zapytał Maiza: Czy cudzołożyłeś? Odrzekł: Tak. Prorok wydał wyrok ukamienowania go… Dwa dni po jego śmierci Prorok PZN przemówił: Proście o przebaczenie dla Maiza bnu Malika. Odpowiedzieli: Niech Allah wybaczy mu. Prorok PZN rzekł: On okazał tak wielką skruchę, że można obdzielić nią całą wspólnotę.”
źródło: http://www.muzulmanka.pl/pytanie.htm
Jak widać, Muhammad nie czuł się panem prawa (choć przecież nim był), a tylko jego wiernym i konsekwentnym wykonawcą, podczas gdy Jezus po prostu doprowadził do tego, że żydowskie prawo nie zostało wyegzekwowane. Można nawet dojść do wniosku, że opowieść o twórcy islamu wskazuje na to, że lepiej już się do grzechu nie przyznawać i nie prosić o wybaczenie, bo żadna łaska nie jest po prostu możliwa. Nie ukrywam, że bliższe jest mi podejście Jezusa do problemu przestępstwa i żalu za niego.
Śmieszy mnie, kiedy Bronisław Wildstein czy inni tropiciele komunistycznych przestępców eksponują swoje chrześcijaństwo. Nie dlatego, że jestem przeciwnikiem rozliczenia esbeckich zbrodniarzy, albo że jestem przeciwnikiem etyki chrześcijańskiej. Śmieszność polega na tym, że te dwa podejścia nie przystają do siebie. Nie jest prawdą, że w chrześcijaństwie, żeby nastąpiło przebaczenie, najpierw musi nastąpić szczere przyznanie się do winy, a następnie żal za grzechy i skrucha. Jezus nie powiedział (wg Ewangelii oczywiście, bo to jedyne nasze źródła), „niechaj moi oprawcy przyznają się do mordu na mnie, potem niech okażą żal i skruchę, a dopiero potem wybacz im, Ojcze”, ale po prostu mówi „wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Biskupi polscy na 1000-lecie chrztu Polski nie wzywali Niemców do skruchy, ale „wybaczyli” i jeszcze w dodatku „poprosili o wybaczenie”, czym narazili się całemu społeczeństwu pamiętającemu zbrodnie niemieckie i podłożyli się gomułkowskim specom od propagandy, którzy nie omieszkali tego faktu wykorzystać. Inna sprawa, że jestem przeciwnikiem wszelkich publicznych, czynionych w imieniu całych narodów, aktów przeprosin czy wybaczeń.
Zgadzam się, że dla oczyszczenia życia publicznego w Polsce, należałoby wyeliminować ludzi skompromitowanych udziałem w totalitarnych zbrodniach. Tutaj powoływałbym się jednak na jakieś rzymskie tradycje swojej postawy („Dura lex sed lex” itp.), bo na muzułmańskie raczej nie. Konsekwentnie i ślepo działające prawo to domena zupełnie odmienna duchem idei nauczyciela z Nazaretu, dlatego wolałbym gdyby się nie powoływano na niego, gdy postępuje się bardziej w duchu XII tablic rzymskich, niż zasadzie „miłuj bliźniego swego”.
Pomimo ogromu zbrodni, jakie popełniono w Europie i na całym świecie w imieniu chrześcijaństwa, były one w świetle podstaw tejże religii czymś złym. Podstawy islamu są mało „ludzkie”. Prezentują żelazną konsekwencję wobec czynów uznanych za grzechy, przy tym prawo, które decyduje co grzechem jest, a co nie jest, nie pozostawia marginesu na ludzkie słabości.
Nie mam nic przeciwko islamowi, ani ludziom go wyznającym. Nie chciałbym tylko, żeby ludzie rozumujący w sposób typowo legalistyczny, narzucali w Europie swój tak odmienny od naszego sposób myślenia.
piątek, 10 kwietnia 2009
Młodzieży chowanie (4)
Praca nauczyciela w szkole podstawowej czy średniej do łatwych nie należy i jest to stwierdzenie banalne. Problem nie tyle polega na merytorycznym przygotowaniu do nauczania przedmiotu (choć z tym również bywa różnie u różnych nauczycieli), ale na tym, że w klasie toczy się walkę. Uczniowie „wyczuwają” nauczyciela, sprawdzają na ile mogą sobie pozwolić. Reakcja tego ostatniego to sprawdzian jego przydatności do zawodu.
Kiedy zaczynałem pracę w szkole, moje wyobrażenie o tym, jaki powinien być dobry nauczyciel, opierało się na pamięci własnych nauczycieli. Na studiach była co prawda dydaktyka i pedagogika, ale traktowało się te przedmioty nieco lekceważąco, a jeśli nawet pewne zagadnienia były ciekawe, to nie kojarzyły się z konkretnymi sytuacjami. Pamięć żywych nauczycieli, którzy nie tak dawno mnie uczyli, była czymś o wiele bardziej „namacalnym” niż papierowe teorie profesorów pedagogiki, którzy nie wiadomo kiedy sami mieli do czynienia z prawdziwymi uczniami ze szkoły podstawowej.
Doszedłem do wniosku, że przede wszystkim muszę swoich uczniów nauczyć historii (było to po skończeniu tego właśnie kierunku), a najprostsza metoda do osiągnięcia tego celu, to materiał „podać” a potem konsekwentnie go „wyegzekwować”. Nie trzeba dużej wyobraźni, żeby zrozumieć, jak bolesne spotkało mnie rozczarowanie. Okazało się, że dzieciaki to nie są komputery, gdzie panuje prosta zasada „input – output”, ale że niektóre mają trudności z pojęciem tego, co się do nich mówi, inne rozumieją bardzo dobrze i na lekcji żywo reagują, natomiast na następnej nic nie pamiętają, bo zapomniały sobie powtórzyć materiału, jeszcze inne natomiast mają tenże materiał w tak głębokiej pogardzie lub co najmniej jest on im tak obojętny, że miałem wrażenie, iż walę głową w betonowy mur.
Zaczęła się „walka”, „żelazna konsekwencja”, dyscyplinowanie itd. itp. Jednym z wyników mojej postawy była ostra reprymenda ze strony dyrekcji, która stwierdziła, że uczniowie jednej z klas spalili dziennik, ponieważ obawiali się kolejnych złych stopni z klasówki z historii. Kiedy okazało się, że ministerstwo oświaty zmniejszyło liczbę godzin historii w szkole podstawowej, zostałem zredukowany i … wszyscy odetchnęli z ulgą – uczniowie, którzy mnie nienawidzili, dyrekcja, która pozbyła się kłopotu i ja, choć utrata pracy w „młodym kapitalizmie” nie była niczym przyjemnym.
Wydaje mi się, że jakieś wnioski z tej mojej pierwszej pracy wyciągnąłem, choć wcale nie tak od razu. Przeszedłem bowiem przez etap drugiej skrajności – maksymalnego wyluzowania. Taka postawa najczęściej kończyła się tym, że uczniowie mnie lubili, ale niezbyt szanowali. Proces dochodzenia do właściwych wniosków uczy pokory. Problem w tym, że on nadal trwa i nie ma żadnej pewności, czy rzeczywistość nie zweryfikuje moich dzisiejszych poglądów. Chodzi nie tylko o jakąś „obiektywną” prawdę, ale i o to, że kolejne roczniki to często zupełnie nowe wyzwania.
Nadal uważałem i uważam, że podstawową rolą nauczyciela-przedmiotowca jest nauczenie jakiegoś zakresu materiału z tego właśnie przedmiotu. Jeśli komuś się wydaje, że jest inaczej (a wielu dyrektorom tak się właśnie wydaje), to potem kolejne etapy nauki, czy to w szkole średniej, czy na studiach, doskonale pokazują, gdzie i kto popełnił błąd.
Kiedy sam chodziłem do szkoły średniej, notatki na lekcjach jeszcze należało sporządzać samemu. Dzisiaj nauczyciele dyktują to, co jest do zapamiętania. Jak więc się spodziewać, że późniejszy student będzie umiał notować na wykładzie? Sztuka sporządzania dobrej notatki powinna być wyćwiczona w liceum, a nawet w gimnazjum. Mój ojciec opowiadał mi, że sporządzania notatek nauczyła go jego polonistka ze szkoły podstawowej (lata 40. XX wieku). Kiedy poszedł do technikum, gdzie nikt niczego nie dyktował, nie miał żadnych problemów z zapisaniem najważniejszych wiadomości z lekcji.
Jeżeli studenci kierunku stosunki międzynarodowe nie znają państw otaczających Polskę i ich stolic, nie mówiąc już o Europie czy świecie, to znaczy, że nauczyciel geografii w szkole średniej zajmował się nie tym, co trzeba. Osobiście nie lubiłem geografii w liceum (geologia np. nie interesowała mnie wcale), ale ze szkoły podstawowej wyniosłem znajomość mapy politycznej świata. Nie tylko zresztą politycznej, bo pamiętam, że musieliśmy się nauczyć rzek, łańcuchów górskich, wysp itd. na i wokół wszystkich kontynentów. Wszystko oczywiście z pokazywaniem na mapie. Naturalnie nie pamiętam wszystkich rzek czy jezior Afryki, ale jeśli ktoś wymienia jakąś nazwę geograficzną, potrafię wyobrazić sobie jej okolice na mapie.
Nauczyciel nie może więc ograniczyć swojej roli do dawania dobrego przykładu wychowawczego. Skoro ma uczyć fizyki, chemii, historii czy biologii, to ma zrobić wszystko, żeby to osiągnąć. Niestety, pojawiają się problemy, o których wspomniałem na początku. Pewne jest, że nie nauczymy wszystkich wszystkiego, czego chcemy. Nie możemy więc popełnić jednego podstawowego błędu, mianowicie potraktować swojej roli jako „walki”. To, że jakiś uczeń (wcale nie większość) traktuje nauczyciela jako wroga, nie może doprowadzić do tego, żeby nauczyciel zaczął żywić podobne uczucia wobec ucznia. To jest tragedia wielokrotna, ponieważ nauczyciel nie tylko naraża na szwank swoje zdrowie, ale również szacunek dla siebie i swojego zawodu stawiając się na równi z niedojrzałym dzieckiem, nie mówiąc już o zaprzepaszczeniu szansy na to, że to dziecko kiedykolwiek zainteresuje się przedmiotem przez tego nauczyciela wykładanym.
Oczywiście ekonomiczna natura człowieka powoduje sytuację nieustannych negocjacji między uczącym się a uczącym na temat zakresu materiału. Oczywiście zdarzają się ambitni uczniowie i studenci, którzy czasem wręcz wymuszają na nauczycielu/wykładowcy przygotowanie ambitniejszego programu. Z reguły jest jednak wręcz przeciwnie. Sztuka polega więc na tym, żeby wymagać dużo, ale nie robić wrażenia, że się to robi uczniowi na złość. Jeżeli tak się dzieje, to znowu szansa na autentyczne zainteresowanie przedmiotem ze strony ucznia/studenta staje się znikoma. Dlatego bardzo ważne jest, żeby uczący się wiedział, jaki jest cel naszych działań i cały czas miał tę świadomość, że cokolwiek robimy, jest to dla jego dobra. Jednym słowem, swoich uczniów/studentów powinniśmy naprawdę lubić i naprawdę chcieć przekazać im to, co sami umiemy. Tylko wtedy jest szansa (bo oczywiście pewności nigdy być nie może), że wytworzy się relacja mistrz-uczeń.
Nie lubimy u innych własnych wad. To mądrość stara i banalna. Kiedy słucham młodych nauczycieli, którzy przechwalają się jak to „załatwili” jakiegoś ucznia/studenta, odczuwam irytację, ale zaraz uświadamiam sobie, że jest tak dlatego, że odnajduję w nich własne błędy, własną „ciemną stronę nauczyciela”. Starsi nauczyciele powinni dużo rozmawiać z młodymi, ponieważ żadne studia nie zastąpią żywej wymiany doświadczeń. Gorzej jest, kiedy nauczyciel w ciągu swojej kariery się nie rozwija. Nie mam tu wcale na myśli nieskończonej ilości kursów, do skończenia których się ich namawia (choć niektóre bywają naprawdę ciekawe i pożyteczne), ale o autorefleksję i umiejętność wyciągnięcia wniosków z własnych błędów.
W szkole podstawowej (lata 70. XX w.) miałem nauczycielkę od … nieważne, która w czasach głębokiej komuny, a więc władzy „robotniczo-chłopskiej” potrafiła upokorzyć biedną zahukaną dziewczynkę słowami „córka prządki i tramwajarza”. Była nauczycielką bardzo wymagającą, a jej przedmiot był jedynym, którego się uczyłem z podręcznika w domu. Z trudem, ale zacząłem i z niego uzyskiwać dobre wyniki (była to pierwsza lekcja pokory w szkole podstawowej, bo inne przedmioty przyswajałem bez większego wysiłku). Niestety nigdy go nie polubiłem, a szkoda bo to przedmiot bardzo ciekawy i pożyteczny. Pogarda tej nauczycielki wobec nas, w większości dzieci z widzewskich rodzin robotniczych, do dziś pozostaje dla mnie niepojęta.
Nigdy, nawet wtedy, kiedy toczyłem permanentną wojnę z uczniami, do głowy by mi nie przyszło, żeby ekscytować się tym, z jakiego domu pochodzą. Nie cierpię też, kiedy nauczyciele/nauczycielki nawet w rozmowach między sobą, komentują wygląd fizyczny ucznia/studenta. Można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i krytyka czyjejś brzydoty jest wpisana w naszą naturę. Owszem, ale nie wobec młodego człowieka powierzonego naszej opiece. Można skrytykować to, że ktoś się nie myje, ale nie to, że ma odstające uszy. Jeśli nauczyciele wyśmiewają się z „brzydkiej dziewczyny”, nie są niczym lepszym od szkolnych łobuzów.
Moi obecni studenci (nie wszyscy oczywiście) bywają irytujący i to nawet nie dlatego, że niektórzy są nieukami, tylko właśnie dlatego, że od razu przychodzą na studia wyższe bez odpowiedniego przygotowania. Pisałem już o tym kilka tygodni temu. Ich błędem jest to, że znaleźli się w nieodpowiednim dla siebie miejscu (nie mówię tu o zachowaniu niektórych, bo to cały oddzielny temat). Jeżeli jedna osoba na dwadzieścia będzie wykonywać zawód, do którego się przygotowują, będzie to sukces. Niestety nadal potrafię okazać im swoją irytację i zniecierpliwienie, choć często obiecuję sobie nie reagować emocjonalnie na lenistwo albo brak odpowiedniej koncentracji ze strony studentów.
Nie chcę, żeby ten wpis wypadł tak, jakbym czuł się już doskonały w swoim zawodzie, albo że już wiem, za co krytykować kolegów/koleżanki i w dodatku mam do tego prawo. Jak napisałem na wstępie, proces trwa. Nadal wydaje mi się, że kiedy sobie zażartuję ze studenta, to on to zrozumie jako lekką ostrogę, a nie głęboki cios ostrym narzędziem. Tymczasem prawda jest taka, że wielu młodych ludzi nie oczekuje żartów od ludzi w moim wieku. Wielu traktuje słowa nawet uzasadnionej krytyki swojej postawy wobec studiów jako osobisty atak na swoją osobę, choć nie jest to w żadnym wypadku moją intencją. W tej dziedzinie cały czas muszę się wiele uczyć, a problem w tym, że jest to nauka metodą „prób i błędów”. Może pora nieco „zesztywnieć” i nie wyskakiwać z żarcikami rodem z lat 80. do studentów z XXI wieku? Jak już będę wiedział, to o tym napiszę ;)
środa, 1 kwietnia 2009
Logika i wiara, czyli mieszanka wybuchowa
Kto czytał „Krzyżaków” ten pewnie pamięta fragment, w którym brat Rotgier opowiada o śmierci Juranda ze Spychowa na dworze księcia mazowieckiego. Dla tych, którzy nie czytali, lub nie pamiętają, cytuję:
I całe opowiadanie, a zwłaszcza ostatnie słowa Krzyżaka wielkie uczyniły wrażenie na wszystkich obecnych. Zdjął ich po prostu strach, czy istotnie Jurand nie wezwał w pomoc sił nieczystych – i zapadło głuche milczenie.”
Katolicy od niepamiętnych czasów walczą z zabobonami, święcie wierząc, że to co sami proponują, jest oczywiście jedynie prawdziwe (co nie powinno dziwić) i w stu procentach racjonalne (co przy powoływaniu się na tezy nieweryfikowalne, jest co najmniej zastanawiające). Do napisania tego tekstu skłonił mnie artykuł w dzisiejszej „Rzeczypospolitej”, którego autorem jest Robert Tekieli, niestrudzony tropiciel New Age, sekciarstwa, okultyzmu, pseudo-medycyny, zwanej często alternatywną i innych zabobonów, które Panu Bogu niemiłe są, a co on, Robert Tekieli wie najlepiej, ponieważ myśli racjonalnie i naukowo.
Artykuł nosi tytuł „Homeopatia, czyli ość węża”. Jak nietrudno się domyślić, autor rozprawia się z homeopatią, jako dziedziną, która nie powinna mieć prawa nazywać się żadnym rodzajem medycyny, ponieważ jest wielkim oszustwem, a jeśli bywa skuteczna, to na zasadzie placebo. Ponieważ akurat w tej sprawie mam do Roberta Tekielego pogląd zbliżony, początkowo gotów byłem przyklasnąć jego tezom. Nie wierzę, że środek rozcieńczony do tego stopnia, że go w roztworze praktycznie już nie ma, może realnie oddziaływać na organizm. Chyba, że towarzyszy temu wielka wiara, a tak przecież działa placebo. Tak na marginesie, to lekceważące twierdzenie racjonalistów wszelkiego rodzaju „to tylko sugestia”, jest przezabawne, bo przecież nikt tak naprawdę nie wie, jak działa sugestia. Ba, działanie sugestii zakrawa na najprawdziwszy cud, a przecież racjonaliści w żadne cuda wierzyć nie powinni, jeśli chcą być konsekwentni. Gdyby to ode mnie zależało i gdybym potrafił wzbudzić w sobie tak wielką wiarę, to leczyłbym się tylko przy pomocy placebo!
Pierwsze pięć kolumn artykułu pana Roberta jest logicznym wywodem ukazującym jasno, że homeopatia naukowa nie jest, bo nie jest poparta żadnym dowodem naukowym. W szóstej kolumnie natykamy się jednak na podtytuł „Alchemia i spirytyzm”, w której z pragnienia ostatecznego pogrążenia oszukańczej homeopatii i wykazania jej szkodliwości, autor artykułu powołuje się na biografa twórcy homeopatii Hahnemana, który jednoznacznie twierdzi, że tenże „był mistrzem okultyzmu”. W następnym akapicie dowiadujemy się, że producenci środków homeopatycznych szukają inspiracji u mediów spirytystycznych. No, tu już zaczyna pachnieć siarką. Ale Robert Tekieli się nie zatrzymuje i „jedzie po całości”.
„Rejestrowane są przypadki niezwykłej i wcześniej nigdy nie rejestrowanej agresji u małych dzieci, które następują po podaniu specyfików homeopatycznych. I które mijają całkowicie po ich odstawieniu. Pewna matka zgodnie z sugestią homeopaty prowadziła dzienniczek, w którym rejestrowała zachowania swego półrocznego dziecka po podaniu kolejnych dawek homeopatii. Dziecko było radosne, uśmiechnięte, choroba nie wpływała na jego nastrój. Po podaniu specyfiku homeopatycznego dziecko osowiało, przestało się uśmiechać. Dopiero po trzech dniach dzięki dzienniczkowi matka skojarzyła zmianę nastroju dziecka z homeopatią. Po odstawieniu specyfiku dziecko znów stało się uśmiechnięte.
Literatura krytyczna wobec homeopatii zgromadziła setki przypadków występowania negatywnych skutków „leczenia” homeopatycznego, takich jak brak radości, nieuzasadniony niepokój, zniechęcenie, brak poczucia sensu życia, opór przed modlitwą, blokada duchowej radości, niepokój duchowy, niechęć do spraw religijnych czy nawet do samego Boga.”
Homeopatia to już nie tylko oszustwo i wciskanie łatwowiernym pacjentom placebo zamiast faktycznie działającego środka chemicznego w postaci pigułki. Homeopatia to wg Roberta Tekielego sprawka szatańska, zło w czystej postaci. A jeśli wasze dzieci zaczną poddawać w wątpliwość prawdziwość św. Mikołaja, albo jakiegoś innego świętego, należy sobie dobrze przypomnieć, czy nie zaaplikowaliśmy im ostatnio jakiegoś leku homeopatycznego.
O ile pierwsza część artykułu faktycznie robi wrażenie racjonalnej krytyki metody, co do której każdy logicznie myślący człowiek może i powinien mieć wątpliwości, to jego końcowy fragment jest osłabiający. Oto człowiek, który tropi oszustwo z naukowego, a więc racjonalnego i logicznego punktu widzenia, powołuje się na „rejestrowane przypadki” czegoś, czego się również nie da wytłumaczyć poza płaszczyzną czystej irracjonalnej wiary.
Rozumiem ludzi religijnych, w tym katolików. Każdy ma prawo wierzyć w to, co chce i każdy ma prawo uznawać to, w co wierzą inni, za bzdury. Nie mieszajmy jednak porządku wiary z nauką i naukowością. Nie „wzmacniajmy” racjonalnych argumentów przeciwko temu, co uważamy za dyrdymały, innymi dyrdymałami. W ten sposób bowiem cały logiczny wywód kończy się samoośmieszeniem i następuje podważenie wiarygodności samego autora.
Tradycja prawosławia to tradycja wiary. Niewiele w myśli teologicznej tego odłamu chrześcijaństwa zawiłości dialektycznych. Rzymski katolicyzm opiera się na tradycji scholastycznej, a więc na przekonaniu, że wiarę należy podeprzeć argumentami logicznymi, a więc naukowymi. Stąd ta dziwna schizofrenia u niektórych katolików, którym sama wiara nie wystarczy. Podpierają się myślą racjonalną. W kontaktach z resztą świata chcą się pokazać jako ludzie wręcz bardziej racjonalni od wszystkich innych. Nie mogą przy tym zrezygnować z czynnika, który w końcu stanowi istotę ich postawy, a które z logiką tego świata mają niewiele wspólnego i wychodzi mieszanka wybuchowa w postaci artykułu Roberta Tekielego.
Zrozumiałbym tekst, w którym człowiek religjny wykazuje, że w świetle jego wiary, inna wiara jest błędna. Rozumiem też teksty, w których logiczna argumentacja obala to, w co wierzą inni. Ale kiedy w jednym tekście superracjonalizm przeplata się z przejawem czystej irracjonalnej wiary autora, całość staje się żałosna.
A przecież wystarczyło logicznie wykazać, że dwa razy dwa nie równa się pięć, i już nie dodawać historyjki o tym, że jakieś głosy krzyczały „Nasz Jurand!”
niedziela, 29 marca 2009
A jednak newsy
Przerżnęliśmy w piłkę kopaną z Irlandią Północną. Boruc podobno już od dawna drażni protestantów swoim katolicyzmem, więc przywitano go w Belfaście nieprzyjaźnie. Wszystko jednak poszłoby w niepamięć, gdyby nie powpuszczał tylu bramek i to w tak beznadziejnym stylu. Potem nasi kibole pokazali to, w czym są najlepsi, czyli w działaniach destrukcyjnych. Zniszczyli kilka pubów oraz reputację Polaków w ogóle. Co się stało, to się nie odstanie, ale jakieś wnioski trzeba z tych wydarzeń wyciągnąć. Ponieważ do fanów piłki nożnej nigdy nie należałem, nie przejąłbym się gdyby w Polsce przestano w nią grać, ale to oczywiście nie nastąpi. Tak zupełnie poważnie, to mimo, że aktywnym kibicem nie jestem, zawsze szanuję ludzi, którzy wykonują swoją pracę dobrze. Szanuję też prawdziwych kibiców, dla których oglądanie wydarzeń sportowych jest sposobem na życie. Niestety w Belfaście nie mieliśmy do czynienia ani z jednymi ani z drugimi. Piłkarze okazali się mało profesjonalni, natomiast miejsce bandytów powinno być w więzieniu.
Z drugiej strony może i dobrze, że nasi nie pojadą do Londynu. Mogliby jeszcze oberwać od wkurzonych przedstawicieli szeroko pojętej lewicy, którzy specjalizują się w antykapitalistycznych zadymach. A może w Londynie jakaś rewolucja antyglobalistyczna obali za jednym zamachem wszystkie 20 rządów i przy okazji kapitalizm. Lepiej siedzieć w kraju i trzymać rękę na pulsie.
* * *
Energetycy twierdzą, że ekolodzy palnęli kolejną głupotę (jak to często się zdarza ludziom kierującym się ślepą wiarą), organizując ogólnoświatową akcję wyłączania prądu na godzinę. Okazuje się, że energia elektryczna, która już jest wyprodukowana musi być zużyta, bo nie ma jak jej zmagazynować, więc się po prostu zmarnowała. Żadnych oszczędności nie zauważono. Znowu chciałbym z tego wyciągnąć jakiś wniosek pozytywny. Dlaczego niby nikt w XXI wieku nie umie zmagazynować energii. Nad tym trzeba właśnie pracować. My tu bijemy pianę o źródłach (tradycyjnych i alternatywnych) energii, a tu okazuje się, że nie umiemy wykorzystać nadwyżek energii, którą wyprodukujemy. Może jakiś energetyk mi to wyjaśni (może mi np. wykazać, że piszę bzdury – przyjmę to z pokorą – ale jeśli czegoś nie rozumiem, to po prostu pytam mądrzejszych).
* * *