niedziela, 18 października 2009

Moja droga do pracy

Wczoraj obejrzałem komedię z Jimem Carrey'em Jestem na tak (Yes Man), która do najśmieszniejszych może nie należy (choć jest kilka zabawnych momentów), natomiast znalazłem w nim inspirację do zrobienia czegoś, co do tej pory nie było moim hobby. Dziewczyna, którą poznaje główny bohater, oprócz tego, że śpiewa w kapeli rockowej (beznadziejnej zresztą, z czego ona sama zdaje sobie sprawę, ale ją to bawi), prowadzi zajęcia z fotojoggingu, czyli o 6.00 rano zbiera grupkę biegaczy z aparatami fotograficznymi, a następnie podczas truchtu biegacze owi robią zdjęcia interesującym ich obiektom.

Ponieważ w sobotę wysiadła mi pompa od chłodnicy, więc nie wiem do kiedy będę skazany na transport publiczny i własne nogi, postanowiłem dostrzec jasną stronę całej sytuacji (też pozytywny wpływ filmu) i idąc do pracy sfotografować niektóre obiekty po drodze. Jest to trochę namiastka roboty, jaką wykonują Google Maps. O siódmej pięć, kiedy rozpocząłem wędrówkę, Białystok spowijała jeszcze mgła.

Wyszedłem przed swoją klatkę schodową.Pożegnałem się z nostalgią z unieruchomionym samochodem...
... i wyszedłem na róg Grottgera i Podleśnej. Skręciłem w prawo...
Po lewej stronie ulicy Podleśnej jest ścieżka prowadząca do parku, gdzie chodzę pobiegać...
Na rogu Podleśnej i Parkowej stoi gmach należący do grupy finansowej ING. Mam tu swój "trzeci filar".
Po lewej stronie Podleśnej, naprzeciwko, jest szkoła muzyczna, do której chodzi moja córka...
...a zaraz obok Filharmonia Białostocka. Blisko mam do kultury wysokiej ;)
A gdyby nie chciało nam się gotować, to mamy pizzerię na rogu Podleśnej i Świętojańskiej.
Przeszedłem przez Świętojańską i zacząłem iść skrajem...
Parku Planty po alejce pełnej suchych liści...
Wszedłem w "zonę szpitalną"...
Po prawo Wojewódzki Szpital Zespolony im. J. Śniadeckiego...
Po lewej ten sam szpital. Właściwie to ja np. nie wszedłem do Unii Europejskiej, bo 1 maja 2004 roku przebywałem w tym szpitalu właśnie (przepuklina). Mam usprawiedliwienie od lojalności wobec UE ;).
Niedawno zbudowane Centrum Krwiodawstwa...
Po lewej stronie ulicy Marii Skłodowskiej-Curie Uniwersytecki Szpital Kliniczny (tzw. Gigant). Tutaj urodził się mój syn.
Niezbyt imponujący jest ten budynek całodobowych delikatesów... Zdjęcie zrobiłem idąc po przeciwnej stronie ul. M.Skłodowskiej-Curie.
Z tej samej perspektywy stary budynek przy ulicy Wojskowej będącej cudem ocalonym reliktem starej siatki ulic sprzed budowy kompleksu szpitali.
Po mojej prawej minąłem dawny "Hortex".
Znowu zerknąłem na przeciwną stronę ulicy i znowu relikt "dawnego Białegostoku".
Róg Skłodowskiej i Waszyngtona. Sklep "Opałek".
Nowa Biblioteka Uniwersytetu w Białymstoku. Naprawdę warto tam wejść i skorzystać...
Trzeba jednak iść prosto do pracy. Na Skłodowskiej dwadzieścia po siódmej w niedzielę rano trudno spodziewać się ożywionego ruchu...
Obok Biblioteki główny gmach Uniwersytetu - rektorat, kwestura i szereg innych ważnych komórek tej uczelni.
Róg Legionowej i Skłodowskiej. Na przeciwnym rogu gmach NOTu.
Jak widać, była 07:27...
Przeszedłem Legionową. Po prawej gmach sądu, gdzie odbywał się słynny proces "Dziada", podczas którego zablokowano ten krótki odcinek ul. M. Skłodowskiej-Curie i przez wiele dni utrudniano ruch samochodowy w mieście...
Rzut oka na lewo - dom handlowy Central. Pracują tu bardzo miłe i inteligentne panie - niektóre z nich uczyłem angielskiego na WSAPie...
Perspektywa ulicy Suraskiej. Dzisiaj nie mam czasu na spacer w kierunku Rynku Kościuszki. Skręcam w lewo, przechodzę przez Suraską i...
wchodzę na Plac Uniwersytecki. Przede mną dawna siedziba PZPR, a obecnie gmach należący do Uniwersytetu w Białymstoku, m.in. studiuje się tutaj historię.
Z prawej strony mijam księgarnię (tzw. Rolniczą).
Dalej przechodzę obok Katedry Neofilologii, gdzie byłem w pracy wczoraj i wybiorę się jutro...
Wejście do Katedry Neofilologii. Dawniej mieściło się tutaj Nauczycielskie Kolegium Języka Angielskiego, gdzie zrobiłem licencjat, a potem mgr już na anglistyce UwB.
Po przeciwnej stronie gmach białostockich gazet lokalnych: "Kuriera Porannego" i "Gazety Współczesnej".
Po prawo kawiarnia przy Hotelu Cristal...
A naprzeciwko za drzewami cerkiew Świętego Mikołaja, skąd już dobiegały śpiewy...
I znowu Hotel "Cristal".
Dochodzę do przejścia przez Lipową, ulica Liniarskiego, którą szedłem do tej pory zaraz przejdzie w ulicę Malmeda. Kim był Icchak Malmed, zaraz się dowiemy... Wejście na tę ulicę było w czasie okupacji niemieckiej wejściem do getta...
Ul. Malmeda. Po lewej restauracje i kawiarnie. M.in. świetna restauracja węgierska...
Perspektywa ul. Białówny. Zerkam w nią, bo we wtorek przyjdę tu do pracy...
...do EMPiKu.
Spieszę się nieco, więc z Ludwikiem Zamenhoffem wymieniamy zdawkowe "cześć"...
I maszeruję dalej ulicą Malmeda...
Dochodzę do miejsca, gdzie Icchak Malmed został zabity przez Niemców...
Oto tablica pamiątkowa ku jego czci...
Po lewej mijam drewniany uroczy domek wśród brzydkich bloków z epoki gomułkowskiej...
Dochodzę do Alei Marszałka Józefa Piłsudskiego. Za drzewami widać basen przy Włókienniczej, gdzie moje dzieci nauczyły się pływać pod okiem doskonałych instruktorów...
Przeszedłem na drugą stronę Alei, zaraz przekroczę rzekę Białą...
Jestem już na moście nad Białą... Kiedyś była to normalna ulica, ale ją zamknęli...
Kaczki w Białej...
Po lewej był kiedyś stadion. Na tym stadionie "Ruscy" handlowali papierosami bez akcyzy, wódką, tudzież szeregiem innych tanich produktów. Ten bazar zlikwidowano i przy okazji zdemontowano cały stadion w celu zbudowania w tym miejscu hipermarketu. Minął już jakiś czas a hipermarketu nie ma...
Po prawo był legalny rynek, gdzie rodzimi kupcy mieli zarejestrowane stragany, w których zaopatrywały się setki białostoczan. Przy okazji likwidacji bazaru na Jurowieckiej (tego stadionu powyżej), zlikwidowano również ten rynek.
Zanim przejdę przez Jurowiecką, zerkam w prawo w stronę gmachu "Gazety Wyborczej".
Nie mogę się jednak oprzeć, żeby przez płot nie zajrzeć w miejsce, gdzie stały stragany. Pamiętacie może Krzysztofa Kononowicza, który kandydował na prezydenta RP. Ten biedny człowiek zapowiadał, że kiedy on dojdzie do władzy "nie będzie złodziejstwa"i wielu innych złych rzeczy. Zdanie to podsumował słowami "nic nie będzie". Kononowicz przegrał. Nie jest nawet prezydentem Białegostoku. Jego program jest jednak konsekwentnie realizowany. Nie ma drobnych kupców, nie ma hipermarketu. Nic nie ma...
Po drugiej stronie Jurowieckiej robię zdjęcie budce, gdzie sprzedają pieczywo z piekarni państwa Podolszyńskich z Hajnówki. Chleb robią wyśmienity.
Ostatni etap mojego marszu - ulica Fabryczna.
No, do najciekawszych to ona nie należy...
Po prawo kościół p.w. Świętej Rodziny. Jest za piętnaście ósma...
A ludzie już zdążyli być w kościele i z niego wyjść...
Po prawo społeczne liceum i gimnazjum. Jedna z pionierskich niepaństwowych szkół w Białymstoku.
A w sąsiedztwie "Białystok ze starej fotografii".
Naprzeciwko bardzo ciekawy pomysł - galeria kapitalnych zdjęć na płocie...
Oto czym jest ta galeria:

Patrzę w prawo na tyły Wojewódzkiej Komendy Policji...
Patrzę przed siebie i przyspieszam kroku. Zbliża się ósma.
Po lewej gmach, gdzie jeszcze w zeszłym roku mieliśmy zajęcia ze studentami, ale Katedrę Filologii Angielskiej WSFiZ przeniesiono do innego budynku...
Tutaj zwykle parkuję samochód, ale nie dzisiaj...
Jestem na miejscu. Wyższa Szkoła Finansów i Zarządzania w Białymstoku.
Jestem już w naszej Katedrze. Jest za pięć ósma, więc nie ma pośpiechu. Za moment spotkam się z pierwszymi studentami.
Zajęcia skończyłem o 16.30 z miłym poczuciem, że za moment wrócę tą samą drogą, którą pokonałem rano.

Wiem, że zdjęcia pozostawiają dużo do życzenia pod względem technicznym, ale dopóki przyjadą do nas ludzie z Google Maps i nie obfotografują dokładnie naszych ulic, dobre i to, jak mniemam ;) :D








środa, 14 października 2009

Młodzieży chowanie (10) czyli o wykorzystaniu wiedzy

Niedawno na lektoracie w jednej z białostockich uczelni omawialiśmy ze studentami tekst z podręcznika New English File Pre-Intermediate, w którym przedstawiono sylwetkę Amancio Ortegi, założyciela sieci sklepów z ubraniami "Zara". Pozwoliłem sobie wprowadzenie typu: "Za moment otrzymają państwo dawkę bardzo cennej wiedzy na temat osiągania sukcesu finansowego - w zwyczajnej książce do angielskiego". Na to pewien inteligentny student szybko odpowiedział, że gdyby cenna wiedza na temat sukcesu finansowego była dostępna w podręcznikach do angielskiego, to nikt by nie siedział na uczelni, tylko robił pieniądze. I tu jest pies pogrzebany, pomyślałem sobie, ponieważ student ten, skądinąd naprawdę bardzo bystry facet, pokazał schemat myślowy większości ludzi na świecie.

Nie jest oczywiście tak, że łatwo jest zdobywać miliony, ale z całą pewnością ludzie byliby o wiele skuteczniejsi, gdyby naprawdę nauczyli się wykorzystywać wiedzę, która sama pcha się do ich umysłów. Ktoś ze studentów stwierdził, że żeby zacząć swój biznes trzeba mieć kapitał, a ja ich znowu kieruję do tekstu na temat "Zary", gdzie wyraźnie napisane jest, że Amancio Ortega zaczynał jako zwykły sprzedawca. Podejrzewam, że właściciel sklepu, w którym pracował Ortega, nie należał do ludzi, którzy swoim pracownikom rozdają pieniądze na rozkręcenie własnego interesu.

Przypomniało mi się, że mój wujek, o którym już kilkakrotnie pisałem, a który prowadzi własne przedsiębiorstwo od końca lat 60. XX wieku, często się chwalił, że jest mistrzem świata w prostych robotach. Oznaczało to, że czy to w krawiectwie, czy w stolarce, czy w rymarstwie i szeregu innych rzemiosłach, jest po prostu świetny - sam mogłem się o tym przekonać, kiedy pokazywał mi pewne rzeczy. Jest nie tylko niewiarygodnie precyzyjny i dokładny, ale przy tym diablo szybki i wydajny. Dlaczego natomiast dochodził do perfekcji w tylu rzemiosłach. Otóż dlatego właśnie, że jego filozofią nigdy nie było szukanie pracy, ale pieniędzy. Kiedy natomiast dowiadywał się, co może mu przynieść pieniądze, starał się dojść w tej dziedzinie do perfekcji.

I teraz dochodzę do sedna sprawy. Czy mój wujek zapisywał się do terminu u rymarza, albo stolarza (w zależności czym się akurat zajmował)? Oczywiście, że nie bo byłaby to strata czasu i pieniędzy. Najprostszym sposobem osiągnięcia doskonałości w jakiejś umiejętności było opanowanie jej z podręczników do zasadniczej szkoły zawodowej (były kiedyś takie za komuny - to taka uwaga dla młodszych czytelników).

Wujek zawsze mi tłumaczył, że miewa tysiące pomysłów, z których wybiera 10 i stara się je zrealizować. Jeżeli z tych 10 wypali 1, to jest już sukces. Przez kilka lat poświęcał czas i energię rozkręcaniu takiej linii produkcyjnej (no, dużo powiedziane - był to zazwyczaj on i 1 lub najwyżej 2 pracowników). Kiedy obroty zaczynały spadać, bo rynek wykazywał spadek zainteresowania jego produktami, znowu szukał takiej dziedziny, która przyniesie mu pieniądze. I znowu kupował podręczniki do zawodówki.

Dlaczego więc młodzi ludzie, którzy się normalnie z tych podręczników uczyli i nabywali cenną i bardzo konkretną wiedzę, nie umieli zdobyć dużych pieniędzy? Odpowiedzi może być kilka:
1. nie szukali pieniędzy, tylko pracy
2. bali się ryzyka działania na własną odpowiedzialność
3. ktoś im wmówił, że na początek potrzebny jest duży kapitał
4. brakowało im wiary w siebie
5. nie mieli pomysłu na to, co zrobić ze swoją wiedzą
6. sami pogardzali umiejętnościami nabytymi w szkole zawodowej, bo ktoś im wmówił, że skoro są z zawodówki, to nadają się tylko na nędznie opłacanych robotników najemnych.

Osobiście znam jednego, a pośrednio 4 przedsiębiorców, których firmy zatrudniają dziesiątki ludzi, którzy sami są po zasadniczych szkołach zawodowych. Są to ludzie, którzy wykorzystali po pierwsze prostą zasadę, że pieniądze robi się na tym, że się taniej kupuje, a drożej sprzedaje, a do tego wykorzystali do maksimum to, czego się nauczyli.

Niezwykle ważna sprawa to właśnie wykorzystanie wiedzy, nawet niewielkiej, ale właśnie zastosowanie jej w praktyce. To dlatego tak wielu profesorów uczelni mimo olbrzymiej wiedzy, samemu nie osiąga sukcesu finansowego. Sami siebie traktują bowiem jako magazyny tejże wiedzy i jej dystrybutorzy, natomiast nie przychodzi im do głowy, lub zbytnio boją się ryzyka, żeby posiadane informacje wykorzystać w celu zrobienia czegoś namacalnego i konkretnego.

Ten znajomy, który jest przedsiębiorcą po zawodówce, nie zna również języków obcych. Często wyjeżdża jednak za granicę. Bierze ze sobą kogoś w charakterze tłumacza. Ci ludzie, którzy byli jego tłumaczami nie mogli wyjść z podziwu, że ten facet bardzo często za pomocą 10 słów na krzyż umie się lepiej dogadać z cudzoziemcami, niż oni. A rzecz przecież w tym, że on po prostu bardzo się chce z tymi cudzoziemcami dogadać, podczas gdy oni myślą tylko o tym, żeby skończyła się robota i żeby mogli sobie odpocząć. Takie podejście nie sprzyja komunikacji, a jego podejście jak najbardziej.

Umiejętność wykorzystania minimum wiedzy jest w osiąganiu sukcesu finansowego o wiele ważniejsza od posiadania jej maksimum ale tylko w formie zahibernowanej, w postaci, którą się tylko przekazuje innym, a samemu nic z nią nie robi.

Oczywiście trzeba też jasno i wyraźnie powiedzieć, że są ludzie, których ambicją wcale nie jest sukces finansowy, ale właśnie nagromadzenie tej olbrzymiej wiedzy teoretycznej. Takich ludzi osobiście rozumiem i również szanuję. Trzeba tylko samemu sobie jasno określić, czego się chce. Tales z Miletu np. (ten od słynnego twierdzenia), na zarzut, że jako filozof jest zupełnie niezaradny życiowo, pewnej zimy wykupił wszystkie wagi do oliwek w całym Milecie. Kiedy przyszedł czas zbiorów i handlu oliwkami, Tales wszystkie je odsprzedał z olbrzymim zyskiem, po czym nigdy do interesów nie wrócił tylko swoim znajomym oznajmił, że chciał tylko pokazać, że umie zrobić pieniądze, ale się tym po prostu zajmować nie chce. I to jest, uważam, też postawa, którą należy uszanować.

Problem w tym, że 90% populacji to wcale nie żądni wiedzy hobbyści, dla których pieniądz nie jest ważny. Wręcz przeciwnie. Na każdym kroku ludzie narzekają na brak pieniędzy i marzą o tym, żeby mieć ich więcej. Wielu głośno mówi, że chętnie by się wzbogacili na jakimś interesie, ale to przecież trzeba mieć kapitał na początek itd. Tak naprawdę tkwią w ciepłym bagienku i powtarzają mantry usprawiedliwiania się przed samymi sobą. Dla spokoju sumienia idą na wyższą uczelnię, ale nie po konkretną wiedzę do wykorzystania i nie dla ambicji akademickich (która to opcja, jak już wspomniałem, też może być dobrą motywacją, choć nie ze względów finansowych), tylko po to, żeby jeszcze przez kolejne 3-5 lat nie musieć podejmować żadnych decyzji i brać odpowiedzialności za własną przyszłość.

Biorę do ręki licealny podręcznik mojego syna do geografii. Chcę go zmotywować, żeby go jak najszybciej opanował, nie czekając na kolejną lekcję w szkole. Jak na razie bez skutku. W motywowaniu własnych dzieci jestem bardzo słaby. Dlaczego jednak uparłem się przy tym podręczniku? Ponieważ znajdują się w nim niezwykle cenne informacje, których rzetelne zapamiętanie mogłoby zapewnić pracę na różnych bardzo konkretnych stanowiskach (jest to geografia gospodarcza). Mój syn nie umie jeszcze tego docenić, tak samo jak nie umieją wiedzy docenić studenci uczelni.

Jakiś czas temu wpadłem na pomysł, że młodym ludziom można byłoby pomóc w ukierunkowaniu ich działań, gdyby na koniec każdej lekcji, czy to geografii, czy fizyki, matematyki czy polskiego, kazać im przez pięć minut myśleć o tym, do czego mógłbym wykorzystać wiedzę, którą dziś mi przekazano. Psychologowie robią testy na inteligencję twórczą właśnie w postaci zadania: wypisz jak najwięcej sposobów wykorzystania cegły/gazety/wieszaka itd. Dlaczego nie pobudzić twórczego myślenia przy przekazywaniu wiedzy szkolnej?




środa, 7 października 2009

Jak nie zostać eurosceptykiem?

Przynależność Polski do Unii Europejskiej zawsze postrzegałem jako coś pozytywnego, bo oto zostaliśmy przyjęci do pewnego klubu krajów o wysokiej cywilizacji (cokolwiek pomyślą zwolennicy równości kultur), dzięki bogatszym jej członkom zdobyliśmy pieniądze na inwestycje w infrastrukturę (przy okazji w inwestycje kompletnie chybione, ale i tak ich beneficjentami są Polacy), a przez to Polska wspina się na pewien wyższy etap techniczny – drogi, autostrady itp.

Z drugiej strony, kiedy się pomyśli o tym, że Unia Europejska idzie w kierunku totalnej kontroli i regulacji wszystkich aspektów życia (słynna krzywizna ogórków, czy ostatnio obowiązek używania żarówek halogenowych), to przechodzą człowieka ciarki, bo zaczyna wierzyć w jakieś spiskowe teorie dziejów. Komu mogło na tych żarówkach zależeć najbardziej? Oczywiście ich producentom. I oto wszystkie kraje Unii mają ich używać „bo tak i już”. A my się tu w Polsce podniecamy jakimiś automatami do „jednorękiego bandyty” i gangsterami nimi zarządzającymi. Całemu kontynentowi mówi się z pozycji władzy, co jego mieszkańcy mają kupować, a czego nie kupować. Nie podoba mi się to.

Traktat Lizboński to kwestia, której również pojąć nie mogę. Dyskusja w mediach praktycznie nigdy nie sięga meritum sprawy. Nikt nawet nie próbuje tłumaczyć, o co w tym dokumencie chodzi. Jest zbyt długi, żeby komuś się go chciało w całości przeczytać, bo bynajmniej nie jest to wciągająca powieść, jest napisany prawniczym bełkotem, którego normalny człowiek nie jest w stanie strawić, a mówi się o nim tak, jak chrześcijanie mówią o Ewangelii.

Konstytucję Stanów Zjednoczonych można nie tylko szybko przeczytać i zrozumieć, ale nawet nauczyć się na pamięć. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, mimo, że jest dłuższa, też. Traktatu Lizbońskiego za diabła się nie da. Napór unijnych urzędników na głowy poszczególnych państw, żeby ów traktat jak najszybciej podpisały jest w jakimś stopniu zrozumiały. W końcu ludzie się napracowali, kilkadziesiąt nocy pewnie zarwali i wysmażyli książkę, której prawie nikt nie przeczytał i nie przeczyta, ale nie o to przecież chodzi. Chodzi tylko o to, żeby zagłosować „za” bo to będzie sygnał opowiedzenia się za głębszą integracją Unii, cokolwiek to znaczy.

Dyskusje przeciwników ze zwolennikami są o tyle zabawne, że mógłbym się założyć, że zarówno jedni, jak i drudzy tego dokumentu nie czytali. Gadają na poziomie emocji. Ktoś jednym wmówił, że traktat jest cacy, a innym, że be. On sam jest tutaj najmniej ważny.

Sprawa traktatu ujawniła jak góra unijna traktuje mechanizmy uznawane powszechnie za demokratyczne. Otóż tylko jedna mała Irlandia zdecydowała się zapytać obywateli w powszechnym referendum, czy chcą go czy nie. Podobały mi się wypowiedzi wielu ludzi na ulicach Dublina, którzy szczerze odpowiadali „jestem przeciw, bo nie wiem, co to jest”. Mają do tego pełne prawo. Dlaczego mam głosować za czymś, czego nie znam, bo nie jestem w stanie ogarnąć?

Inne kraje, w obawie przed losem konstytucji UE, w ogóle nie wzięły pod uwagę głosowania powszechnego i przepchnęły dokument mający regulować życie półmiliardowej społeczności na poziomie parlamentów – bez pytania owej społeczności o zdanie. Irlandia zrobiła referendum i powiedziała „nie”, ale co się dzieje w następstwie? Władze Unii postanowiły Irlandię jeszcze raz „grzecznie” spytać. Podejrzewam, że gdyby Irlandczycy po raz kolejny zagłosowali odmownie, zadano by im pytanie jeszcze raz. Tak do skutku. Przecież to jawna kpina z podstawowych zasad demokracji.

Nasi pokręceni politycy w polityce zagranicznej są kompletnie pogubieni. Lech Kaczyński wykrzykiwał buńczucznie, że się łatwo nie da przekonać do unijnych nonsensów, ale w końcu się na traktat zgodził. Sejm zdominowany przez partię kolegów grupy trzymającej automaty do gry przyjęcie traktatu przegłosował, ale tu pan prezydent już od podpisu się powstrzymał, bo powiedział, że poczeka na rozwój wydarzeń w Irlandii. Teraz czeka na reakcję Vaclava Klausa, który jest jawnym eurosceptykiem. Bracia Kaczyńscy nie chcą być postrzegani jako eurosceptycy i w rezultacie nie wiadomo, o co im chodzi. Tzn. wiadomo, ale panu prezydentowi zabrakło ikry, żeby się na traktat nie zgodzić jeszcze w Lizbonie, więc potem takie piruety.

Traktat pewnie w końcu przejdzie. Istnieje silna grupa ludzi, którzy są zdesperowani, żeby do tego doprowadzić. Ja tak naprawdę nadal nie wiem, czy to dobrze, czy źle, bo kiedy mam przed sobą Traktat Lizboński i jakąś inną książkę do wyboru, ten pierwszy przegrywa w przedbiegach. Może by jednak ktoś łaskawie podjął się streszczenia tego dokumentu i przedstawił konkretne jego warunki, a nie grał tylko na ludzkich emocjach. Tak chyba byłoby najrozsądniej.

wtorek, 6 października 2009

O "oszukanych" studentach

Rok akademicki powoli się rozkręca. Zaczęły się już regularne zajęcia. Po raz kolejny setki młodych ludzi przystąpiło do robienia czegoś, co w ich mniemaniu pozytywnie wpłynie na ich przyszłość. Jeżeli naprawdę w to wierzą, to bardzo dobrze, choć może ich spotkać rozczarowanie. Jeżeli jednak już teraz wiedzą, że studia, które podjęli nic im nie dadzą, niepotrzebnie tracą czas i pieniądze.

Dziś w Onecie przeczytałem kolejny artykuł na temat wyższych uczelni: http://biznes.onet.pl/my-ofiary-uniwersytetow,18563,3040739,1,news-detal . Tym razem muszę jednak stanowczo stwierdzić, że dawno nie czytałem takich głupstw. Główna teza autora (Macieja Wasilewskiego) polega na tym, że oto uczelnie oszukują biednych młodych ludzi, obiecując im zawód, który zapewni im godziwą przyszłość. Otóż zacząć należy od tego, że pracownicy żadnego uniwersytetu nie mogą takich obietnic składać i nie składają. Nawet jeśli jakiś wydział chcąc przywabić kandydatów pisze o obiecującym zawodzie, to trzeba reprezentować olbrzymi poziom naiwności, żeby im ulec.

To, że np. na Podlasiu nie będzie pracy dla pedagogów przez najbliższe 20 lat ogłoszono jakieś 10 lat temu (co oznaczałoby, że przez następne 10 nie będzie tejże pracy), mimo to rokrocznie pedagogika jest jednym z najbardziej obleganych kierunków w Białymstoku. Co więcej, istnieje prywatna uczelnia pedagogiczna, a także w jeszcze jednej prywatnej uczelni otworzono taki kierunek. Kandydatów nie brakuje. Pedagogika to w Polsce bardzo ciekawe zjawisko. Mamy naprawdę wybitnych specjalistów w tej dziedzinie (piszę to bez cienia ironii), obserwatorów pracy nauczycieli i jej doskonałych komentatorów. Polscy profesorowie pedagogiki tworzą ciekawe teorie, są aktywni i twórczy - piszą mnóstwo artykułów i wymieniają się swoimi odkryciami na licznych konferencjach. Pojawia się jednak od razu przewrotne pytanie, dlaczego nauka postawiona na takim poziomie (w porównaniu z innymi krajami, jesteśmy pedagogiczną potęgą), nie przekłada się na sukcesy polskiego szkolnictwa, które stacza się po równi pochyłej.

Absolwentów pedagogiki jest o wiele za dużo jak na potrzeby rynku pracy. Chłopak z artykułu Macieja Wasilewskiego, który "kręci placki na pizzę" dosłownie mnie rozbroił. W czasie studiów nikt mu nigdy nie powiedział, że praca w jego fachu to ciężki kawałek chleba. Nigdy w swoim życiu nie słyszał o trudnej młodzieży? Nie każdy się do takiej pracy nadaje i wcale mu się osobiście nie dziwię, że z niej zrezygnował, ale do kogo on ma pretensje?

Osobiście wiele rzeczy w życiu zawaliłem. Nie dorobiłem się wielkiego majątku, ani nie zrobiłem kariery. Skończyłem najpierw historię, a później filologię angielską. Niczego nie żałuję! Przecież wszyscy mi od szkoły podstawowej tłumaczyli, że jak ktoś studiuje historię, to najwyżej zostanie nauczycielem, archiwistą albo bibliotekarzem, a żaden z tych zawodów nie zapewnia perspektyw na wysokie dochody. Niektórzy ludzie po historii radzą sobie finansowo mimo wszystko całkiem nieźle. Trochę się przekwalifikowali, ale chyba studiów nie żałują. Wystarczy się rozejrzeć dookoła i nie trzeba być wielkim bystrzakiem, żeby się zorientować, co naprawdę przynosi pieniądze. Jeżeli więc nie robisz właśnie tego, a podejmujesz działania owych pieniędzy nie przynoszących, to nie możesz mieć do nikogo pretensji. Ja nie mam! W wieku 44 lat wypada już sobie zdać sobie sprawę z tego, że jest się tam, gdzie się jest, bo się nigdzie indziej nie szło! Powiem więcej, czym wcześniej sobie człowiek z tego zda sprawę, tym lepiej. Skamlenie czy obwinianie innych za własny los jest żałosne z kilku powodów. Po pierwsze ten narzekający sam siebie przedstawia jako nie tylko nieudacznika, ale po prostu skończonego frajera. Jego sytuacja nie przypomina bowiem kogoś oszukanego przez zawodowego złodzieja, czy obrabowanego przez obce wojska. Od początku do końca pcha się tam, gdzie go nie powinno być, robi to czego nie powinien robić, bo albo nie ma do tego talentu, albo sam tego w ogóle nie lubi, a potem krzyczy "uczelnia mnie oszukała!" Trochę godności, proszę!

Kilka dni temu napisałem, co myślę o studentach płacących ciężkie pieniądze i tracących najlepszy czas swojego życia na studia, które oprócz papierka nie dają niczego. Nie wiem na co liczą bohaterowie artykułu i sam autor - na litość czytelników, na zawstydzenie władz wyższych uczelni czy ministerstwa? Kompletne nieporozumienie.

Po raz kolejny wrócę do idei wyższej uczelni.

Uczelnia z prawdziwego zdarzenia nie jest szkołą zawodową dla niedojrzałych smarkaczy, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem. Uczelnia powinna być jak biblioteka. Człowiek, który ma plan na swoje życie, wie czego się chce dowiedzieć, powinien mieć zapewniony kontakt z ludźmi, którzy tę potrzebną wiedzę posiadają. Na pewno prawdą jest, że polskim uczelniom daleko do tego modelu, ponieważ panują kompletnie beznadziejne "minima", "standardy" itd. itp. Panuje więc sprzedaż wiązana - chcesz się dowiedzieć czegoś o handlu, to musisz również poznać szereg przedmiotów, które cię nie interesują. Daleki jednak jestem od popadnięcia w przesadę i twierdzenia, że te proponowane przez uczelnie dodatkowe przedmioty nie mają sensu. Bardzo często mają, ale zrozumienie tego również wymaga dużej dojrzałości ze strony studenta. Niestety zdarzają się i takie sytuacje, że "wciska" się jakiś przedmiot "na siłę" na kierunku w ogóle z nim nie związanym, tylko dlatego, żeby np. "dopensować" danego wykładowcę (zapewnić mu odpowiednią liczbę godzin do przepracowania przewidzianą dla jego etatu). To nie jest zdrowa sytuacja.

Typowymi uczelniami "zawodowymi" miały być z założenia politechniki. Myślę, że mimo powszechnego narzekania, w dużej mierze całkiem nieźle wywiązują się ze swoich zadań. Przynajmniej na niektórych kierunkach. Tymczasem rynek pracy działa zupełnie od uczelni niezależnie. Ktoś musi jasno i otwarcie społeczeństwu wyjaśnić, że uczelnie zarabiają na kształceniu studentów, a nie na kształtowaniu podaży na rynku pracy. Mamy wolny rynek i uczelnie też są dzisiaj elementem gry rynkowej. O tym, jakie zawody będą opłacalne w przyszłości, często trudno jest przesądzić. Są co prawda prognozy, wykresy, przewidywania itd., ale wiadomo, że w 100% nigdy przyszłości nie przewidzimy. Z drugiej strony z o wiele większym prawdopodobieństwem da się przewidzieć to, jakie zawody NIE będą potrzebne, albo popłatne. To widać po prostu "gołym okiem". Kto każe tym tłumom młodych bezwolnych ludzi pchać się tam niczym ćmy do ognia? Ktoś, kto narzeka, że skończył uczelnię i nie dostał pracy nie ma tak naprawdę do kogo kierować pretensji. No, w jakimś stopniu mogliby ci, których nie wyrzucono ze studiów po pierwszym semestrze z powodu nieuctwa. Tutaj już wiadomo, że uczelnia wykazując "nadzieję" na potencjalną "poprawę" studenta w dalszym toku studiów, tak naprawdę liczy na wpływy z czesnego. Nawet w tym wypadku wina studenta jest większa, bo przecież trzeba nie mieć cienia pojęcia o świecie, jeżeli uważa się wyżebraną tróję za miernik realnej wiedzy.

Kochani bohaterowie artykułu! Od samego początku robiliście nie to, co powinniście. Uczelnie istnieją nie od dziś i niewiele trudu wymaga, żeby się dowiedzieć co oferują. Nie trzeba być geniuszem, żeby dostrzec sytuację na rynku pracy. Nie przewidzisz łatwo, co będzie potrzebne, ale na pewno łatwo zobaczysz, co jest niepotrzebne.

Ktoś tych młodych ludzi mimo wszystko robi w konia. Pierwszymi winowajcami są oczywiście rodzice, którzy często w dobrej wierze przekazują dzieciom fałszywy obraz rzeczywistości. Trzeba jasno i dobitnie powiedzieć, że nie jest tak, że "jak będziesz się dobrze uczył i ciężko pracował, to będziesz bogaty". Zdanie to powtarzają rodzice i nauczyciele w szkole podstawowej i średniej. To tak nie działa, ale niech w tym momencie żaden mądrala nie pomyśli, że jest odwrotnie! Otóż to takiemu stwierdzeniu nie należy przeczyć, ale je uzupełnić.
"Jak będziesz się uczył tego, co trzeba, umiał zastosować w praktyce to, czego się nauczyłeś i będziesz pracował ciężko, o ile twoja praca będzie dążyła do pożądanego celu". Kto tego nie pojął, ten niech się powstrzyma od żałosnych komentarzy. Jeżeli ktoś was oszukał, to nie uczelnie!

czwartek, 1 października 2009

Nowy rok akademicki

Dziś jest początek nowego roku akademickiego. Onet umieścił artykuł z "Tygodnika Powszechnego", z którym się całkowicie zgadzam. Nic dodać, nic ująć. Polecam.

http://tygodnik.onet.pl/30,0,33936,produkcja_uniwersytecka,artykul.html