wtorek, 21 czerwca 2011

Akcja sadzenia drzew

Dzięki koleżance trafiłem na stronę, gdzie sadzi się wirtualne drzewa, ale organizatorzy zapewniają, że każdemu drzewu wirtualnemu będzie odpowiadać prawdziwe drzewo posadzone w lesie.
Zachęcam do wzięcia udziału w tej akcji.

www.steve.posadzdrzewo.pl

Kłopot z geniuszami

Kilka tygodni temu, anonimowa studentka napisała w komentarzu do mojego wpisu o swoim koledze, wybitnie uzdolnionym matematycznie młodym człowieku, z którego talentem nikt nic nie robi. Młody geniusz studiuje w Warszawie, a ponieważ wszyscy poznali się na jego talencie, jego „studiowanie” sprowadza się do tego, że przyjeżdża tylko na egzaminy. Na dobrą sprawę ma pół roku wakacji, sesję i kolejne pół roku wakacji.

Kiedy się słyszy o takich przypadkach, nie wiadomo czy wyć z rozpaczy, czy szykować krwawą rewolucję. Oto uczeni, elita matematyki polskiej, tak naprawdę nie wie, co zrobić z młodym talentem. Talentem daleko ponadprzeciętnym, czyli nie takim, który po prostu chwyta w lot, to co mu uczelnia przekazuje, ale takim, który to wszystko już umie i chciałby się rozwijać.

Jest kilka punktów, które należałoby tutaj poruszyć. Po pierwsze, kiedy napisałem „uczeni, elita” itd., było w tym nieco ironii. Cały problem bowiem tkwi w tym, że polskie uczelnie (mam nadzieję, że nie wszystkie, ale wydaje się, że ogromna większość) mają naprawdę niewiele wspólnego z miejscem, gdzie rozwija się nauka. Są to po prostu ogromne szkoły, z naciskiem na proces dydaktyczny dla średnio uzdolnionych i prawie w ogóle nie zainteresowanych przedmiotem młodych ludzi, którzy generalnie nie wiedzą jeszcze czego chcą. Z takimi ludźmi jest oczywiście ciężko, pracownicy uczelni lubią sobie na nich ponarzekać, ale tak naprawdę tylko z takimi nauczyli się pracować. Można na nich czasami huknąć, postawić nawet dwóję (byle nie za dużo, bo przecież w kolejnym roku trzeba kogoś uczyć), ale generalnie o ile nie są bezczelni, praca z nimi nie przyprawia o ból głowy, o ile wykładowca przyjmie odpowiednią postawę.

Tymczasem nagle może pojawić się ktoś wybitny. Ktoś o bardzo uporządkowanym sposobie myślenia, o ogromnej wiedzy i jeszcze większym talencie do przyswajania kolejnych wiadomości i rozwijania kolejnych umiejętności. W takiej sytuacji typowy dydaktyk z takiej czy innej uczelni może wręcz wpaść w panikę. Młody „mądrala” nudzi się na zajęciach, a czasem może nawet i „zagiąć” prowadzącego. Co robić w takiej sytuacji? Oczywiście najlepszą metodą jest pozbycie się kłopotliwego studenta z zajęć przy pomocy pochlebstwa i dotarcia do ekonomicznej części jego natury. Skoro wszystko umie, to z góry mu się obiecuje piątkę z zaliczenia. Żeby wszystko było w porządku, niech przyjdzie tylko na egzamin, który przecież będzie dla niego formalnością, a na zajęcia niech już nie przychodzi.

Generalnie z punktu widzenia dydaktycznego, zwłaszcza w odniesieniu do innych studentów, dla których te zajęcia są i tak czarną magią, takie rozwiązanie jest dobre. Taki geniusz na zajęciach dla studentów przeciętnych sam by się nie tylko nudził, albo złośliwie poprawiał wykładowcę, ale również wpędzałby w kompleksy kolegów. Innymi słowy „zawyżałby poziom”, co mogłoby skutkować ucieczką innych studentów (i ich ewentualnego czesnego, jeżeli to uczelnia z czesnego się utrzymująca).

Kiedy uczelnie były jeszcze uczelniami (proponuję poczytać biografie wybitnych uczonych z XIX wieku, albo, jeśli ktoś woli powieści, „Frankensteina” Mary Shelley), przychodził tam człowiek nie tylko głodny wiedzy i spragniony kontaktu z wybitnymi uczonymi pozostającymi w awangardzie swoich dziedzin nauki, ale gotów rozwijać własne koncepcje, czyli po prostu do tego grona uczonych dołączyć. Uczelnia to było miejsce, gdzie wybitny uczony spotykając wybitnego studenta, a przy tym ten student przypadł mu do gustu (no niestety ten czynnik czysto ludzki, a zupełnie pozanaukowy zawsze istniał), zapraszał go do współpracy. Godzinami z nim dyskutował, podsuwał książki do przestudiowania, albo pomagał w sformułowaniu tezy. Jeśli mistrz i uczeń zajmowali się naukami empirycznymi, to całe godziny spędzali razem w laboratorium.

W dzisiejszych zbiurokratyzowanych czasach mało kto się zastanawia, co oznacza słowo „asystent”. Nie tylko studenci, ale jak podejrzewam, wielu profesorów prawdopodobnie uważa, że jest to po prostu najniższy stopień służbowy nauczyciela akademickiego. A przecież wiemy, że to słowo w kontekście pozaakademickim znaczy po prostu „pomocnik”. W prawdziwych uczelniach profesor sam sobie dobierał pomocników. Asystentem wybitnego mistrza mógł być nie tylko ktoś, kto już osiągnął tytuł magistra, ale nawet student drugiego roku, a jeżeli trafił się geniusz, to i pierwszego. Asystentowi niekoniecznie zlecano zajęcia dydaktyczne. Był po prostu pomocnikiem profesora, a równocześnie jego wybitnym studentem.

W dzisiejszych uczelniach polskich, gdzie każdy szczegół ich funkcjonowania jest zdeterminowany setkami przepisów opracowanych przez armię stołecznych biurokratów, nie ma takiej ścieżki, która pokazałaby wykładowcy, co robić z ponadprzeciętną jednostką. Logika podpowiada: naukowcy powinni dopuścić go do kompanii i zacząć traktować jak młodszego kolegę. Tak się jednak nie dzieje. Powody mogą być różne, ale prawdopodobnie występuje ich kombinacja.

Istnieją środowiska, które tak w ogóle  niechętnie dopuszczają „człowieka nowego” do kompanii. To raz.
Istnieją środowiska, które nowych ludzi się boją, ponieważ ci mogliby odkryć, że ich owo środowisko nie jest tak wybitne, za jakie chce uchodzić. To dwa.
Istnieją środowiska uczelniane, które oprócz działalności dydaktycznej, nie prowadzą praktycznie żadnych badań, więc nie ma do czego dopuszczać młodego geniusza. To trzy.
Po czwarte, nie ma prawa, które pozwalałoby asystentem uczynić człowieka bez tytułu magistra (chyba, że się mylę, więc proszę o merytoryczną korektę).
Po piąte, być może nie ma takiego mistrza, który czułby się na siłach zająć się młodym geniuszem.
Po szóste, o wiele bardziej prawdopodobne, nie ma takiego mistrza, któremu chciałoby się zająć młodym geniuszem.

Po wielu latach od znajomych, już po moich studiach historycznych, którzy lepiej poznali kulisy pracy mojej Alma Mater, dowiedziałem się dlaczego najlepszy student z mojego roku nie został asystentem. Był to człowiek, który nie tylko miał opanowany cały materiał wymagany przez wykładowców, ale który bez trudu uczył się obcych języków i w tych obcych językach czytał dzieła i źródła historyczne. Kilku moich kolegów i koleżanek zostało na uczelni. Niektórzy są już profesorami po habilitacji. Mam wobec nich duży szacunek, ale obiektywnie należy stwierdzić, że kolega, o którym mowa, przewyższał ich wszystkich wiedzą, swobodą w formułowaniu logicznych wniosków, nie wspominając o znajomości języków obcych.
Nie został asystentem u promotora swojej pracy magisterskiej, ponieważ ów uczony (wszyscy podziwialiśmy jego wykłady), jak mówią moi znajomi, bał się mieć u swojego boku kogoś, kto mógłby wkrótce przyćmić jego popularność. Może to tylko plotki, ale w takim razie nie ma żadnego wytłumaczenia dla faktu, że temu koledze nie zaproponowano pracy na uczelni.

Kiedy się słyszy o studentach Politechniki Białostockiej, których kosmiczny pojazd zyskał uznanie amerykańskich środowisk naukowych, jakaś iskierka nadziei zaczyna się w człowieku tlić. Nasi studenci wygrywają międzynarodowe konkursy informatyczne. To też cieszy. Pytanie brzmi – co dalej? Kto w Polsce zrobi z nich użytek? Obawiam się, że ci najwybitniejsi zostaną wypchnięci za granicę. Przy pierwszej lepszej okazji, kiedy obca uczelnia zaoferuje im stypendium a potem pracę, prawdopodobnie z tego skorzystają, czemu trudno się dziwić. Korporacje dydaktyków, jakimi są obecne polskie uczelnie, odetchną z ulgą, bo oto nie trzeba będzie sobie łamać głowy, co robić z młodym mądralą.

Praca a płaca, czyli za co chcemy być nagradzani (7)


Na koniec muszę poruszyć kwestię, która męczy mnie od bardzo dawna. Wiąże się ona ściśle z przypadkiem studentki, o której była mowa. Otóż nie przekonuje mnie tendencja, która przyszła do nas chyba z Zachodu, że o ocenie studenta musi decydować wkład pracy. Postaram się to wyjaśnić, tak żeby nie być źle zrozumianym.

Profesor Waldemar Michowicz z Uniwersytetu Łódzkiego, który miał z nami historię powszechną dwudziestolecia międzywojennego, mawiał, że jeżeli będziemy codziennie poświęcać odrobinę czasu swoim badaniom oraz samorozwojowi, to po pewnym czasie wyniki po prostu muszą przyjść. Była to tez bardzo optymistyczna, ale w ogromnej mierze prawdziwa. Ponieważ w myśl tych rad postępowały może dwie, góra trzy osoby na roku, reszta z nas została pozbawiona możliwości empirycznego przekonania się o ich słuszności. Myślę, że zastosowałem je dopiero podczas studiów anglistycznych. Dlatego wiem, że to się naprawdę sprawdza.

Systematyczna praca przynosi efekty. Niestety nie u każdego takie same. Najbardziej to widać na przykładzie uczelni artystycznych. Moja bardzo dobra znajoma, która wykłada w szkole aktorskiej, opowiadała mi jak czasami serce jej się kraje, kiedy widzi studenta pełnego zapału, który jest niezwykle pracowity i wykonuje wszystkie zalecone ćwiczenia, a mimo wszystko etiuda mu nie wychodzi, zawsze czegoś jej brakuje. I odwrotnie – są tacy studenci, którzy są zarozumiali, często aroganccy, a do tego do ćwiczeń podchodzą z niebywałą nonszalancją, a jednak wykonują je po prostu doskonale. To się nazywa talent. Nie czas i miejsce tutaj na analizę tego, czym jest tzw. talent, ale mam nadzieję, że kiedyś wrócę do tego tematu. Talent to czynnik, który odrywa rolę w każdej dziedzinie, ale w niektórych jego brak da się zastąpić pracowitością. W dziedzinach wymagających pamięciowego opanowania dużych obszarów wiedzy (historia), pracowitość zdecydowanie odrywa ważniejszą rolę od talentu. Żaden talent nie zastąpi znajomości setek faktów i dat. Tego się trzeba nauczyć i już. Talent natomiast trzeba mieć do matematyki i przedmiotów ścisłych, gdzie oprócz zapamiętania pewnych wzorów, twierdzeń i praw, trzeba mieć giętki umysł, żeby odkrywać rzeczy nowe (to dlatego matematykom nie zaleca się by zbyt wiele czytali). Oczywiście mowa tutaj o tych, którzy te nauki mają popychać do przodu. Do języków też trzeba mieć talent i tutaj muszę się trochę pokusić o jego analizę. Do języków talent będzie miał przede wszystkim ten, kto się naprawdę chce porozumieć z innymi ludźmi w ich języku. Nie chodzi tu wcale o myślenie typu: „Fajnie, nauczę się angielskiego i będę mógł porozmawiać z Amerykanami o sztuce filmowej”. Tu chodzi o coś takiego, że „cholera, muszę z Melindą pogadać o tym filmie, no po prostu muszę… gdzie jest słownik? zaraz jak to ująć w zdanie? gdzie jest książka do gramatyki? jak to się wymawia? o jest wymowa w Internecie”. Prawdziwa chęć nauczenia się języka obcego to ten niepojęty pęd do poznawania nowych struktur i zwrotów w celu natychmiastowego ich użycia!

Takich ludzi nie ma wcale tak wielu, bo wśród nas jest cała masa ludzi nieśmiałych, którzy nawet w języku ojczystym wypowiadają się niechętnie, a otworzenie ust do drugiego człowieka jest dla nich niewypowiedzianą męką. Takim ludziom język obcy będzie przychodził ciężej. Niemniej nie można ich stawiać na straconej pozycji, ponieważ mogą np. bardzo solidnie opanować zasady gramatyki, mogą pochłonąć ogromne ilości słownictwa, mogą też w rezultacie świetnie sobie radzić ze zrozumieniem tekstów czytanych czy słuchanych. Opanowanie języka zajmie im może trochę więcej czasu, ale postęp przyjdzie. Nie wolno się tylko po drodze zniechęcić i rzucić wszystkiego w kąt.

To są wszystko prawdy dla tych, którzy mają bardzo dobrze rozwiniętą samoświadomość, znają swoje ograniczenia, mają prawidłową samoocenę (realną – niezbyt niską ale też nie idiotycznie wysoką) oraz poczucie autonomii (o czym pisałem kilka dni temu).
„Normalny” student prywatnej uczelni i idzie na studia i myśli, że tam go ktoś wszystkiego nauczy (to założenie w ogóle optymistyczne). Zajęcia są prowadzone „po staremu” czyli tak jak na państwowej uczelni 30 lat temu – czyli spotkanie z wykładowcą raz w tygodniu. W starym systemie liczono jednak na to, że w pozostałym czasie student sam nad sobą pracuje. Załóżmy jednak, że nasz przykładowy student faktycznie pracuje, choć nie do końca sam sobie zdaje sprawę co jest jego słabą stroną), a potem następuje weryfikacja w postaci oceny od wykładowcy. Często będzie to zimny prysznic. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Praktycznie nikt nie uznaje oceny egzaminatora jako sygnału do pracy nad wykazanymi słabościami, a każdy ją traktuje jako ostateczny wyrok! Ocena prawie nigdy nie spełnia swojej roli „feedbacku”. Stąd rozpacz, błagania i groźby – słowem pandemonium i Armagedon! Argumenty na żenującym poziomie (jak wspomniana wcześniej polemika), z których najgorszy to ten, że „teraz nie dadzą mi stypendium”! Dlatego, że jak się daje zauważyć, największe poczucie zgorzknienia nie budzi wcale ocena niedostateczna („weźmie się warunek”), ale trójka albo nawet czwórka!

Ocena według wkładu pracy jest rzekomo wychowawcza. Taką rolę spełnia zwłaszcza w szkole podstawowej, bo tam generalnie powinno chodzić o wyrobienie nawyku pracy i odpowiedzialności za to co się robi. Egzaminatora wyższej uczelni praca własna studenta w ogóle nie powinna obchodzić! To jest twarda rzeczywistość, z jaką się zetkniesz w prawdziwym życiu. Liczą się efekty, jakkolwiek okrutnie to zabrzmi, a czym prędzej to zrozumiesz tym lepiej dla Ciebie. Nikt nie pyta ministra czy dyrektora czy długo pracował nad swoją decyzją czy nie. Może w ogóle nawet o niej wcześniej nie myślał, ale akurat podjął prawidłową (choć na to bym też nie liczył). Może pracował jednak ciężko, tylko ktoś mu podsunął błędne dane i decyzja spowodowała milionowe straty. Nikogo, ale to kompletnie nikogo nie obchodzi, jaki wkład pracy ów minister w tę decyzję włożył.

Rzeczywistość bowiem najczęściej daje nam taką lekcję – jeżeli się starasz i ciężko pracujesz, to może wygrasz (ale nigdy nie na 100%), jeżeli zaś się nie starasz to twoje szanse na wygraną maleją do 5-0 % - niby możesz oczywiście w nie trafić, ale to już raczej loteria..

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Praca a płaca, czyli za co chcemy być nagradzani (6)

Dzisiejszy wpis nie będzie o płacy, ale tym, w jakim systemie nagród i kar wychowujemy kolejne pokolenia Polaków.. Jest to istotne, ponieważ pozwala zrozumieć, skąd się później biorą pewne postawy wśród pracowników. Pracodawcy bowiem mogą być zaskoczeni, skąd u pracownika wybuch niezadowolenia z powodu słów krytyki szefa. Uważam, że błąd polega na przyzwyczajeniu młodych ludzi do oceny jedynie za wkład pracy, czy dobre chęci, przy braku przygotowania ich do bycia ocenianym za efekt końcowy ich pracy, czyli jakość. Nie muszę chyba znowu przypominać, że nas jako klientów kompletnie nie obchodzi, jak bardzo się ktoś napracował, żeby zrobić np. lodówkę. Nas interesuje tylko jej jakość i to za nią chcemy lub nie chcemy płacić.

W dawnych czasach (jakieś 20 lat temu) kiedy ktoś szedł na studia, oznaczało to, ze był to człowiek w miarę świadom tego, co robi. Oczywiście w praktyce bywało z tym bardzo różnie, ale takie było założenie. O wykładowcach mówiło się różne rzeczy, bo zawsze wśród nich była jakaś grupa dziwolągów, którzy nie nadawali się do pracy dydaktycznej, czy też w ogóle do pracy z ludźmi. Niemniej nikomu nie przyszło do głowy kwestionować oceny z egzaminu. Owszem, w prywatnych rozmowach często mówiło się, że w takim to a takim przypadku ocena była niesprawiedliwa. Ba, byli tacy profesorowie, których oceny brały się z aktualnego stanu emocjonalnego. Student był jednak bezsilny. Wcale nie twierdzę, że to było dobre, bo niesprawiedliwość nigdy nie jest niczym godnym pochwały. Stwierdzam jedynie, że tak wyglądała rzeczywistość.

Obecnie prywatne uczelnie oferują studentom życie przyjemne i bezstresowe. To znaczy starają się, ponieważ co jakiś czas zdarzają się wykładowcy, którzy wyskakują niczym Filip z konopi i wymagają od studentów jakiejś wiedzy czy umiejętności. Na szczęście takich dziwolągów uczelnie owe w miarę sukcesywnie się pozbywają, a bezstresowe metody zdobywania dyplomu mogą się spokojnie rozwijać. (Oczywiście ten akapit to sarkazm).

Nie cierpię czerwca na uczelni, kiedy muszę wpisać oceny z zaliczeń lub egzaminów. Jeżeli ktoś pamięta to, co napisałem w zeszłym tygodniu o pisemnych egzaminach w formie testów wielokrotnego wyboru lub uzupełniania luk, ten wie, że nie jestem ich zwolennikiem, ponieważ nie rozwijają one niczego, co się w życiu przydaje. Mają one jednak jedną ogromną zaletę. Ich wyniki są trudne do podważenia. Jeżeli ktoś jest kompletnie nieprzygotowany, a przy tym mało rozgarnięty (bo przy teście wielokrotnego wyboru można często inteligentnie „strzelić”), to konkretna liczba punktów dająca poniżej ustalonego kryterium, po prostu jest ewidentna i nie ma z nią nawet jak dyskutować. Gorzej jeśli trzeba ocenić samodzielną wypowiedź pisemną. Tutaj pojawia się tyle wątpliwości ze strony studenta co do oceny, że egzaminujący musi przynajmniej wysłuchać często takich głupstw, jakich nie wymyśliłby najlepszy satyryk.

Na przykład na stronie pracy jednej ze studentek pojawiło się tyle błędów, a przy tym opuszczeń całych fragmentów (chodziło tutaj o przekład fragmentu tekstu literackiego z
j. angielskiego na polski), że jedyna ocena, jaka się nasuwała była niedostateczna. Niemniej praca została wykonana w terminie (co na tle jej kolegów wcale nie było takie normalne), studentkę znałem z tego, że zawsze była pracowitą i bardzo rozsądną dziewczyną, więc stwierdziłem, że trójkę jej mogę postawić. Wiem, wiem, sam w tym momencie przeczę wszystkiemu, co głoszę na ten temat – poddałem się czynnikom, które nie powinny mieć nic do rzeczy, ale o tym za chwilę. Otóż kiedy ambicja i wysoka samoocena wynikająca z dotychczasowych pochwał za pracowitość spotka się z twardą rzeczywistością, a więc z informacją, że nie spełnia się standardów, w człowieku pojawia się tak wielkie poczucie krzywdy i buntu, że sam ów delikwent może być zaskoczony własną reakcją. Tym bardziej wykładowca. Dziewczyna zaczęła ze mną polemizować na temat każdego fragmentu, co mnie zdziwiło niepomiernie, ponieważ zawsze ją uważałem za kierującą się zdrowym rozsądkiem. Nigdy bym się nie spodziewał, że będzie się kłócić w obronie ewidentnych błędów. Byłaby mnie rozbroiła przy fragmencie, w którym napisała „wydawać się był”, za nic w świecie nie chcąc się ze mną zgodzić, że tam powinno się znajdować „wydawał się być”, ale jej agresja i kompletnie głupi upór całkowicie mnie zamurowały. Akcja wzbudza reakcję, a reakcją na agresję jest zazwyczaj również agresja. Przez moment doszło do mnie uczucie, którego się najbardziej u siebie obawiam, a mianowicie chęć natychmiastowego ukarania człowieka zachowującego się głupio oceną niedostateczną. Na szczęście potrafię sobie chyba jeszcze radzić z własną „nienawiścią” i nie poddawać się jej podszeptom.

Co mnie tak naprawdę zdenerwowało? Agresja, czyli „nienawiść” ze strony tej studentki? Myślę, że jednak nie. Naprawdę chyba się już przyzwyczaiłem do pewnych kompletnie niedojrzałych zachowań młodych ludzi, którym obecnie pozwolono się nazywać studentami. Może nie powinienem się przyzwyczajać, bo sam w ten sposób przyczyniam się do ogólnej atmosfery przyzwolenia na zjawiska złe, ale to już inna sprawa. Mam jednak bardzo niską tolerancję wobec głupoty. Jestem w stanie znieść sytuację, w której ktoś mi osobiście ubliża. Nie jest to przyjemne, ale potrafię przyjąć krytykę, a nawet cierpliwie przejść do porządku dziennego wobec krytyki niezasłużonej. Nie umiem sobie jednak radzić w polemikach z ludźmi, którzy upierają się przy tezach mijających się kompletnie z prawdą. Jeśli ktoś w mojej obecności głosiłby ze szczerym (a często szlachetnym w swoim mniemaniu) poczuciem głoszenia prawdy, że dwa i dwa to pięć, to miałbym ochotę udusić delikwenta gołymi rękoma. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że w wielu dziedzinach wiedzy dopuszczam bardzo dużą granicę błędu, czy też relatywizmu, ale bez wątpienia są takie sytuacje, w których co do tego, co jest prawdą, a co nią nie jest, wątpliwości być nie może. O faktach  nie powinno się dyskutować. 
cdn

niedziela, 19 czerwca 2011

Wypisy z dzieł historyków: Tadeusz Zieliński, Rzeczpospolita rzymska

Pozwolę sobie dzisiaj przytoczyć dłuższy fragment Rzeczpospolitej rzymskiej wielkiego polskiego historyka Tadeusza Zielińskiego. Uważam, że wbrew temu, co twierdzą różnego rodzaju mądrale, do szkół powinno powrócić wykształcenie oparte na źródłach naszej cywilizacji. Nie dlatego, że "bo tak i już", że historia jest wartością samą w sobie, ale dlatego, że historia starożytna pokazuje jak działa społeczeństwo, jak działają jednostki, jak działają mechanizmy polityczne. Nawet nie dlatego, że historia się powtarza, bo nigdy się nie powtarza, ale powtarzają się podobne zjawiska, gdyż natura ludzka się praktycznie nie zmienia. Historia starożytnego Rzymu, zwłaszcza końcówka republiki i całe cesarstwo niewiele ma wspólnego z przysłowiowymi "cnotami rzymskimi", te bowiem występowały w okresie wczesnej i średniej republiki. Dlaczego nie mielibyśmy pewnych wzorów zachowań nie postawić za przykład do naśladowania i dzisiaj. Ja wiem, że to naiwność, ale może warto spróbować. Oddaję głos pięknej polszczyźnie Tadeusza Zielińskiego.

"[Pyrrus w]yprawił Kineasa jako posła do senatu rzymskiego z propozycją pokoju honorowego. Żądaniem jego była niezależność Tarentu i innych kolonii greckich, rozwiązanie sojuszu Rzymu z Lukańczykami, Apulami i Samnitami i powrót kolonistów rzymskich, zwłaszcza w Wenuzji. Nie było to bynajmniej to, o czym marzył w rozmowie z Kineasem, ale każdym razie -- coś. Zapewniwszy sobie Italię południową, mógł odpłynąć na Sycylię, która mu się zdawała łatwiejszą zdobyczą, a później znalazłaby się okazja prowadzenia sprawy przerwanej w Italii. Kineas udał się do Rzymu. Podług obyczaju wschodniego przede wszystkim posłał w imieniu króla cenne dary głównym senatorom rzymskim oraz ich żonom i był niezwykle zdziwiony, gdy mu to wszystko zwrócono. Ale w senacie jego przemówienie ludzkie i przekonywające wywarło wpływ niemały; większość senatorów wtedy już rozumiała po grecku; bardzo wielu uważało, że warunki pokoju są możliwe do przyjęcia; zwłaszcza cieszyła wszystkich możność otrzymania z powrotem jeńców wojennych, śród których prawie każdy senator miał syna lub krewniaka.

"Jeszcze prowadzono dyskusję, gdy nagle śród senatorów powstało zamieszanie. Patrzą -- a oto do sali zgromadzenia wnoszą w lektyce ślepego starca. Był to Appiusz Klaudiusz, ten sam, który przed trzydziestu laty, już i wówczas niemłody, jako cenzor zbudował drogę Appiuszową i wodociąg Appiuszowy. Od dawna skutkiem sędziwego wieku nie bywał na zebraniach senatu, ale teraz niebezpieczeństwo zmusiło go do przyjścia na posiedzenie. Wszyscy zamilkli, gdy starzec, podtrzymywany przez synów i zięcia, powoli ruszył ku ławce przedniej, gdzie siadywali dawni konsulowie i nie czekając kolei zaczął mowę.

 " -- Dotychczas -- rzekł -- skarżyłem się na swoją ślepotę; ale teraz chciałbym być również i głuchy, aby nie słyszeć o waszych haniebnych rozprawach. -- I dalej płyęła fala starczych słów o tym, jaki to wstyd przyjmować pokój z rąk zwycięzcy, jaka to hańba mówić o pokoju, dopóki nieprzyjaciele są w granicach Italii. Appiusz Klaudiusz słynął zawsze jako znakomity mówca, ale teraz przewyższył sam siebie. Mowa jego "Przeciw pokojowi z Pyrrusem" została zapisana przez słuchaczy i ogłoszona publicznie; od niej Rzymianie zaczynali historię swego krasomówstwa. Do nas jednak mowa ta nie doszła. Prostota pierwszego rzecznika rzymskiego zwyciężyła sztukę ucznia Demostenesa: pokój odrzucono. Powróciwszy do Pyrrusa, Kineas opisał mu wrażenie, jakie na nim uczynił senat rzymski.

 "-- Zdawało mi się -- rzekł -- że znajduję się na zebraniu królów.
  " Wkrótce i sam Pyrrus mógł się o tym przekonać.
   "Rzymianie wysłali do niego jako legata niejakiego Gajusza Fabrycjusza, o którym wiedział już przez swego posła Kineasa, że jest to człowiek mężny i zacny, ale zarazem bardzo biedny. Polecone mu było wykupić jeńców rzymskich. Pyrrus sam był do tego skłonny, ale układy przeciągał, chcąc bliżej zaznajomić się z posłem. Naprzód dla przyjaźni zaproponował mu znaczną sumę; Fabrycjusz nie chciał jej przyjąć. Nazajutrz przyjął go w namiocie przed zasłoną, za którą znajdował się słoń bojowy; na rozkaz króla niewolnik podniósł nagle zasłonę i Fabrycjusz ujrzał przed sobą groźnie wzniesioną trąbę zwierza. Ale Rzymianin z uśmiechem rzekł do króla: -- Ani twe złoto wczoraj mnie nie skusiło, ani twój potwór dziś mnie nie przestrasza.

   "Innym razem przy obiedzie król zapytał Fabrycjusza:
   -- A czyś ty słyszał o naszych myślicielach?
   -- Znam Pitagorasa; postawiliśmy mu niedawno posąg na Forum.
   -- Nie, my teraz mamy nowego -- Epikura.
   -- Czegóż on uczy?
   -- Uczy, że głównym celem życia jest przyjemność; że bogowie żyją w ciągłej rozkoszy, i dlatego nie troszczą się o sprawy ludzkie, gdyż w trosce nie ma rozkoszy.
   -- Niechaj on tego uczy naszych wrogów; nasi ojcowie uczyli nas, że celem życia jest cnota i że bogowie miłują dobrych, a karzą złych.
 
   "Wkrótce i Pyrrus się przekonał, do jakiego stopnia miał słuszność Fabrycjusz. Własny lekarz Pyrrusa napisał do Rzymianina list takiej treści: "Mogę wyzwolić was od dalszej wojny, trując króla; ile mi za to dacie?" Fabrycjusz list ten odesłał Pyrrusowi, dodając od siebie: "Zważ o ile twoi wrogowie są lepsi od twoich przyjaciół!" Pyrrus był wzruszony; uważając się za dłużnika Fabrycjusza, wypuścił na wolność wszystkich jeńców rzymskich, nie przyjąwszy za nich okupu. "

Tadeusz Zieliński, Rzeczpospolita rzymska, Katowice 1989, ss. 111-113

Dlaczego studiować historię Rzymu, skoro być może wystarczyłaby historia własnego kraju? Otóż co najmniej od XVI wieku, polscy senatorowie nie gardzili podarkami od poselstw zagranicznych, zwłaszcza w okresach poprzedzających elekcje królów. W XVIII wieku prawdopodobnie nie znaleźlibyśmy żadnego magnata, który nie brałby pieniędzy od obcych dworów. Do wieków wcześniejszych nie ma co nawiązywać, bo czasy Piastów trudno porównywać do republikańskiego Rzymu. Niemniej od epoki Mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem, wykształceni Polacy fascynowali się starożytnym Rzymem. Szkoda tylko, że najlepsze jego wzory trwały dość krótko (ruch egzekucyjny). Wróćmy do źródeł i uczmy się kultury politycznej, etycznej postawy i lojalności wobec wspólnego dobra (res publica, ang. common wealth), jakim jest własny kraj, od Rzymian z epoki walki z królem Epiru, Pyrrusem. Historia, bowiem, magistra vitae est.

Praca a płaca, czyli za co chcemy być (wy)nagradzani (5)


Na wysoki poziom niechęci jaki często muszą wobec siebie przyjąć, narażeni są również artyści i np. prezenterzy telewizyjni. Niektórzy z nich (zwłaszcza ci ostatni) zarabiają olbrzymie pieniądze. Niemniej nikomu chyba nie przyjdzie do głowy rozumować w ten sposób, że za ten stres należy im się rekompensata. To byłoby, jak mniemam, poniżej ich godności. Artysta, który dużo zarabia (bo oczywiście istnieje cała masa tych przymierających głodem z dziewiętnastowiecznych stereotypów). Artyście płaci się, ponieważ ludzie chcą jego dzieł, lub jego samego, jeżeli to np. aktor czy muzyk. Jeżeli nie chodzi o układy i dojście do konfitur dzięki znajomościom z odpowiednimi ludźmi, to znowu prawo popytu i podaży odgrywa rolę podstawową.

W którymś ze swoich wpisów sprzed kilku, a może kilkunastu miesięcy wspomniałem żal aktora Piotra Skargi z początku lat 90., którego ówczesne zgorzknienie brało się stąd, że ówczesne władze nie odwdzięczyły się aktorom za ich wkład w obalenie komuny. Wykorzystywanie aktorów i w ogóle artystów, jak i intelektualistów przez władze w celach ideologicznego umocnienia rządzących, to cecha ustrojów totalitarnych. Swoich aktorów miał Stalin. Miał też Hitler. W warunkach wolnego rynku, aktor staje się tym, czym był w XIX wieku, a czasem tym, czym był w średniowieczu – komediantem do bawienia ludu. Nieliczni wznoszą się na wyżyny swojego kunsztu i wtedy cały świat ich podziwia. Tak było np. z Heleną Modrzejewską, która dzięki swojej osobowości, pracowitości, talentowi ale również silnemu poczuciu godności, tak bardzo się wyróżniała na tle różnego rodzaju szansonistek i aktoreczek z prowincjonalnych teatrów. Gwiazdorstwo typu hollywoodzkiego jeszcze nie było wynalezione.

Gwiazda to kategoria zupełnie inna. Owszem, bywa, że osoba nazwana gwiazdą jest faktycznie osobą utalentowaną, która w swoim zawodzie osiąga mistrzostwo. Gwiazdą może jednak zostać umiejętnie lansowane zupełne beztalencie. Takich przykładów namnożyło się zwłaszcza w ostatnich czasach, ale trudno tu kogokolwiek winić. Ktoś lansuje, a ktoś to kupuje. Ten, co kupuje, ten płaci i na tym polega cała tajemnica. Popyt i podaż prawie w czystej postaci. „Prawie”, bo istnieją grupy, które owe pozbawione talentu „gwiazdy” podsuwają widzom, a przecież mogłyby podsuwać zupełnie kogoś innego, kto wykazałby się większymi umiejętnościami zawodowymi. Swego czasu Jan Nowicki, prawdziwy aktor (prawdopodobnie na dzisiejszy gust zbyt „aktorski” właśnie, a więc zbyt sztuczny) uwielbiał publicznie krytykować braci Mroczków za to, że ktoś taki jak oni w ogóle się pojawił na planie serialu, a więc w miejscu do niedawna przeznaczonego dla ludzi z wykształceniem aktorskim. Bracia robią wrażenie sympatyczne, ale co do ich gry, trudno się z Janem Nowickim nie zgodzić. Ktoś jednak zechciał ich zatrudnić, publiczności chyba się spodobali i mogli zarabiać pieniądze, o których chyba większość Polaków może pomarzyć. Czy jest w tym coś złego? Nie oceniałbym tego w ten sposób. Skoro jest popyt na takich „aktorów” to ktoś zapewnia podaż po prostu.

Jeśli aktorzy czytają komentarze na forach internetowych, to z pewnością cierpią straszliwie. Wiem, że większość z nich to ludzie naprawdę bardzo wrażliwi, a często przewrażliwieni na punkcie własnych osób i że wszelka krytyka naprawdę ich boli. Co prawda ludzie nie nienawidzą ich tak jak polityków z nie swojej partii, ale w okazywaniu niechęci owi ludzie potrafią być niezwykle perfidni. Jak jednak wspomniałem, aktorzy, czy artyści w ogóle, ustalając cenę za swoją pracę, nie biorą chyba pod uwagę czynnika rekompensaty za strach przed nieżyczliwą publicznością. Być może powinni, ale to i tak nie miałoby większego wpływu na faktyczną wysokość ich wynagrodzenia, ponieważ liczy się raczej to, ile teatr, film czy telewizja chcą im zapłacić.

Skąd się biorą wysokie gaże prezenterów telewizyjnych, jest zagadnieniem dość skomplikowanym. Jeżeli płaci im telewizja prywatna, to nie ma problemu. Jeżeli publiczna, która ciągle „bierze publikę na litość” (czasami próbuje straszyć), tłumacząc, że trzeba płacić abonament, bo brakuje pieniędzy na pewne programy, nasuwa się natychmiastowa podpowiedź – obciąć „gwiazdorskie stawki” i już będzie więcej pieniędzy na „misję”. Czynnik szantażu ze strony znanego prezentera nie powinien być aż tak istotny, ponieważ cała Polska roi się od chętnych do zajęcia ich miejsca. Tutaj trzeba jednak brać pod uwagę czynnik, o którym pisałem jako o jednym z pierwszych, a mianowicie stopień profesjonalizmu. Nie mówię tu o obiektywizmie, który wydaje się w zawodzie dziennikarza czynnikiem najważniejszym, a równocześnie rzadko kto się łudzi, że ktokolwiek z prezenterów naprawdę jest obiektywny. Ten temat zostawmy jednak na boku. Nie chcę się tutaj wdawać w szczegółowe analizy poszczególnych elementów składowych profesjonalizmu prezenterskiego. Niemniej wystarczy włączyć jakiś lokalny program telewizji kablowej, czy jakieś lokalne stacje telewizyjne z własnymi prezenterami, że dostrzec różnicę między profesjonalizmem a amatorszczyzną.

Doskonale pamiętam telewizję Szczepańskiego, czyli tę z lat 70. Kiedy po stanie wojennym szereg znanych z poprzedniej dekady dziennikarzy i prezenterów zastąpili ludzie znikąd, zwykłe odczytanie wiadomości w dzienniku stały się drętwe, beznamiętne i przez to mało atrakcyjne. Wysoki poziom profesjonalizmu prezenterskiego został odbudowany chyba dopiero pod koniec lat 90. Za jakość warto zapłacić, choć nie zaszkodzi się potargować, a niejednemu zarozumialcowi utrzeć nosa też by się od czasu do czasu przydało.

Podsumowując, gdybyśmy analizowali składowe wynagrodzenia tzw. gwiazd, rekompensaty za niechęć tych nastawionych krytycznie sami zainteresowani pewnie by nie umieścili. Natomiast z pewnością mówiliby o ciężkiej pracy, o hektolitrach potu i swoim talencie, który dostarcza widzom/odbiorcom wzruszeń. Może niektórzy mogliby mówić o swojej roli jako tych, którzy kształtują w ludziach szlachetne myślenie czy też przyczyniają się do utrwalenia wartości moralnych. Takiego argumentu mógłby jednak użyć tylko bufon, a choć wśród „gwiazd” takich nie brakuje, nikt się do tego nie przyzna.

sobota, 18 czerwca 2011

Praca a płaca, czyli za co chcemy być (wy)nagradzani (4)


Kiedy w Internecie pojawia się jakiś temat związany z nauczycielami, zawsze znajdzie się ktoś na forum, kto podniesie temat ich rzekomo wysokich zarobkach przy niskiej liczbie godzin przepracowanych w tygodniu. Niektórzy z tych, co tak stawiają temat, to zwykli prowokatorzy i trolle, którzy czerpią sadystyczną satysfakcję i perwersyjną radość z nauczycieli, którzy w takich przypadkach czują się w obowiązku zabrać głos i wytłumaczyć jakie jest prawdziwe oblicze pracy nauczyciela. Pojawiają się więc wpisy z opisaniem nocy zarwanych na sprawdzaniu zeszytów, na przygotowywaniu się do każdej lekcji itd. W jakimś stopniu jest to prawda, ale nie oszukujmy się, nauczyciele lubią przesadzać. Jeżeli ktoś od lat uczy tego samego przedmiotu, a konkretnie tych samych tematów, to nie spędza całych godzin na przygotowaniu tej samej lekcji na nowo. Fakt, gdyby wiedza w danej dziedzinie zrobiła wielki postęp, a tenże nauczyciel uczyłby wg starego stanu wiedzy, popełniłby zbrodnię. W większości przypadków takie niebezpieczeństwo nie występuje. Postęp w nauce nie jest aż taki szybki, a jak jest, to nie dociera tak prędko do szkolnych programów.

Zróbmy jednak założenie, że nauczyciel z ponad 10-letnim stażem nadal skrupulatnie się do każdej lekcji przygotowuje. Ile czasu mu to zajmie, jeżeli w dodatku pewne lekcje się powtarzają w różnych klasach. Czy 45 minut lekcji przygotowuje przez dwie godziny? Czasami może i tak, kiedy trzeba np. coś napisać, wydrukować, skserować i wyciąć, ale generalnie trwa to krócej. Niewątpliwie wspaniale jest znaleźć coś w Internecie, puścić jakiś filmik, przygotować jakieś wciągające ćwiczenia. Jeżeli nauczyciel robił to solidnie przez trzy lata, nie wierzę, po prostu nie wierzę, że dalej poświęca mnóstwo czasu przygotowaniu każdej lekcji.

Internetowe trolle mają z pewnością niezły ubaw z nauczycieli „gęsto się tłumaczących”, natomiast zadziwia to, że nikt nie podnosi jednej kwestii, a mianowicie wspomnianego już czynnika stresu, czyli mówiąc po polsku strachu i nienawiści. Nauczyciel z definicji musi oceniać. Jeśli ocenia to przekazuje uczniowi również przykre wiadomości. Oczywiście kulturalny człowiek zrobi to w sposób kulturalny. Nauczyciel o zszarpanych nerwach a przy tym taki, który nie grzeszy dobrymi manierami, zrobi to tak, że na dodatek jeszcze bardziej zestresuje ucznia. W tym ostatnim wzbudzi to nienawiść. Kiedy jeszcze zrelacjonuje sprawę w domu, nienawiścią do nauczyciela zaczynają pałać również rodzice ucznia. To nie są już czasy, kiedy rodzic dbał o jednolitość frontu wychowawczego i przenigdy nie podważał autorytetu nauczyciela. Rodzice biegną więc do dyrektora. Mądry dyrektor potrafi wyważyć argumenty wszystkich stron. Dyrektorzy działają jednak pod taką presją strachu – przed pyskatymi podwładnymi, pyskatymi rodzicami, którzy za byle co grożą sądem oraz przed kuratorium, które przecież nadal ma coś do powiedzenia. Dyrektor, który chce zredukować własny strach i zdjąć z siebie odium nienawiści wobec szkoły, zrzuca winę na nauczyciela, wzywa go „na dywanik” i upomina. W nauczycielu wzbudza to frustrację i nienawiść wobec dyrektora, rodzica, a jeżeli ów nauczyciel nie ma w sobie odpowiedniego stopnia powołania do zawodu, również dziecka. A sprawa wydawała się prosta – dzieciak nie umiał, bo się nie nauczył, tak jak miał przykazane. Za to spotkała go konsekwencja w postaci negatywnej oceny. Jeden prosty przypadek a tyle nienawiści i strachu.

W angielskich szkołach państwowych w dążeniu do redukcji wzajemnego strachu i nienawiści, tak obniżono poziom wymagań, że uczeń na dobrą sprawę zawsze jest chwalony. Oczywiście, że wzmocnienie motywacji przy pomocy „dobrego słowa” jest niezwykle istotne. Niemniej kiedy zadanie ucznia nie spełnia standardów, to obowiązkiem nauczyciela jest dać mu o tym znać. Inaczej źle spełni swoje zadanie, czyli wyrobienie w młodym człowieku poczucia odpowiedzialności. Niestety znamy przypadki, już nawet z Polski, kiedy uczniowie tak dalece byli nieprzygotowani do przyjęcia kilku słów krytyki, że swoją nienawiść wyładowali bijąc, a nawet mordując nauczyciela. Z kolei dzieciaki mniej odporne psychicznie targały się na własne życie. To wszystko jest chore i wymaga głębokich reform. Nie powinny one iść jednak w kierunku eliminacji czynnika stresogennego, jakim jest ocena pracy ucznia, a czasem i surowa krytyka, ale w akceptacji prostego faktu – że ten stres jest normalny i potrzebny, bo w ostatecznym rozrachunku działa na korzyść tego, który jednorazowo doznał z tego powodu cierpienia.

Jeżeli więc nauczyciel powinien zarabiać dużo, a nawet więcej niż obecnie (wiem, że się w tym momencie narażę wielu), to nie dlatego, że się długo uczył (nie oszukujmy się, żeby uczyć np. w podstawówce czy gimnazjum, nie trzeba mieć doktoratu – dawne licea pedagogiczne, albo dwuletnie Studium Nauczycielskie zupełnie wystarczały i pewnie wystarczyłyby i dziś), ani nie dlatego, że ma długi tydzień pracy, bo wiemy, że nie ma. Powinien natomiast zarabiać dużo za narażenie zdrowia psychicznego, za strach i nienawiść wśród których żyje. Oczywiście celowo przesadzam, bo praca w szkole to jednak nie to samo co strzelanina z bandziorami, niemniej te czynniki istnieją i są ważne. 

cdn