sobota, 10 grudnia 2011

Legnicki spektakl o Henryce Krzywonos, czyli prawda w sztuce, prawda w polityce a po prostu prawda

Nie tak dawno zastanawiałem się na temat tzw. szczerości w sztuce. Samo słowo „sztuka” wskazuje, że mamy do czynienia z czymś sztucznym. Co ciekawe, podobne powiązanie występuje w języku angielskim – „art” i „artificial”. Dlatego kiedy tylko ktoś chce coś wyrazić w formie utworu artystycznego, czy to obrazu, czy tekstu literackiego, czy spektaklu teatralnego, a jakiś recenzent skrytykuje owo przedsięwzięcie za „brak szczerości”, to praktycznie zawsze inny krytyk może odparować ten zarzut, twierdząc, że artysta nie jest dokumentalistą i może robić ze swoim materiałem, co mu się tylko podoba. W dużej mierze można się z tym ostatnim stwierdzeniem zgodzić, a „szczerość artystyczna” to przecież wcale nie zgodność z rzeczywistością obiektywną, a nie udawane wyrażenie siebie przez artystę. Chodziłoby więc o to, żeby artysta robił to, co mu się podoba, a nawet z tzw. obiektywnego punktu widzenia plótł kompletne androny, byle tylko widownia i krytycy widzieli, że artysta robi to „z serca” lub „z głębi duszy”, a nie z rozumowych spekulacji narzuconych mu w dodatku przez świat zewnętrzny.

W postmodernizmie modne jest m.in. mieszanie faktów z rzeczywistości obiektywnej z fikcją (tzn. zawsze to było modne, ale dawniej czytelnik wiedział, że ma do czynienia z powieścią a nie dokumentem, podczas gdy teraz zdarzają się teksty, których artyzm polega na tym, że udają dokumenty i tylko recenzje i opracowania informują czytelnika, że to taka zabawa artystyczna). W dodatku wiemy z historii, że w XX wieku tryumfy święciła „sztuka zaangażowana”, czyli innymi słowy sztuka jako narzędzie w walce politycznej. Stephen Greenblatt i jego zwolennicy z nurtu w krytyce literackiej zwanego nowym historycyzmem, uważają, że w ogóle nie istnieją teksty niezaangażowane politycznie, co uważam za grubą przesadę i redukcję rzeczywistości językowej do roli służebnej wobec świata polityki. Niemniej, w wielkiej mierze Greenblatt ma rację, co widać choćby na przykładzie tego, jakie teksty w ogóle wchodzą do obiegu czytelniczego. Niezależnie od ustroju, zawsze pojawia się jakiś „główny nurt” hołubiony przez władzę, czasami przez nią dotowany, a czasami popierany tylko poprzez umiejętną manipulację machiny wydawniczo-krytyczno-dystrybucyjnej.

Z historii literatury, teatru czy filmu wiele „dzieł zaangażowanych” na szczęście bezpowrotnie zniknęło, ponieważ artystycznie były nic nie warte. Niektóre przetrwały w kanonie, choć niekoniecznie jako jego pozycje najwybitniejsze. Historyk i teoretyk literatury niekoniecznie musi studiować takie książki jak Chata wuja Toma Harriet Beecher Stowe czy Dżunglę Uptona Sinclaire’a, natomiast historyk i kulturoznawca i owszem! Podobnie jest z całą literaturą socrealistyczną, z której można wiele wyczytać o samej epoce powstawania tych utworów, ale jeśli chodzi o walory artystyczne, nie ma się nad czym pochylać.

Literatura i sztuka zaangażowana politycznie istnieje również dziś, i wbrew pozorom ma się całkiem dobrze. Czasami jest to zaangażowanie po stronie rządzących, a czasami po stronie opozycji, niemniej w tym lub innym momencie poglądy polityczne autora gdzieś się przebijają. O ile niezbyt nachalnie, jesteśmy je w stanie przetrawić. Jeżeli dzieło jest artystycznie świetne, jesteśmy w stanie je pochwalić mimo, że poglądy w nim wyrażone nie są zgodne z naszymi (tzn. piszę tutaj o ludziach, którzy są wrażliwi na sztukę, bo dla politycznych oszołomów np. Gombrowicz będzie „zdrajcą, który nienawidził Polski i Polaków”). Niemniej pojawiają się dzieła artystycznie słabsze, których pozaartystyczne przesłanie jest tak nachalne, że we mnie osobiście wywołują odruch wymiotny.

Wczoraj z telewizji dowiedziałem się, że w Legnicy reżyser Paweł Palcat wystawia autorski spektakl pt. Zrozumieć H. Dziennikarze przedstawienie już widzieli, spragniony kontaktu z wysoką kulturą lud Legnicy będzie miał okazję je zobaczyć 13 grudnia, czyli w rocznicę stanu wojennego. Dramat jest oparty o historię pani Henryki Krzywonos, którą ostatnio zna cała Polska głównie dzięki temu, że podczas obchodów trzydziestolecia podpisania umów sierpniowych, weszła na mównicę po Jarosławie Kaczyńskim i dała mu publiczną reprymendę. Ponieważ uważam, że Jarosławowi Kaczyńskiemu częste reprymendy się należą, a to dlatego, że ktoś powinien go cały czas sprowadzać na ziemię, wystąpienie pani Henryki wydało mi się zabawne, a nawet potrzebne. Rzecz jednak w tym, co nastąpiło później w mediach i w Internecie.

Pewnie wstyd się przyznać, ale wydawało mi się, że główne postaci z teatru politycznego najnowszej historii Polski raczej znam i mniej więcej wiem kto jest kim po wszystkich stronach politycznej sceny. O strajku w sierpniu 1980 roku w Stoczni Gdańskiej trochę czytałem a i filmów dokumentalnych obejrzałem. Niewykluczone, że pani Henryka tam się pojawiła, ale prawdopodobnie nie wydała mi się postacią na tyle istotną, żeby zapamiętywać jej nazwisko. Jak później już przeczytałem, ma ona piękną kartę w swoim życiu jako działaczka „Solidarności”, jako ta, która pomagała internowanym w stanie wojennym, oraz jako zastępcza matka dwanaściorga dzieci. I to są rzeczy naprawdę godne podziwu. Jedyny problem, jaki pojawił się w mojej głowie wziął się z tego, że od pamiętnej 30. rocznicy „Solidarności” w mediach pojawiło się nowe hasło, wcześniej używane niezwykle rzadko, a mianowicie legenda „Solidarności”. Ono się pewnie gdzieś tam i wcześniej pojawiało, ale odtąd media zaczęły nas nim wręcz bombardować. Co więcej, w mojej świadomości fraza ta automatycznie zaczęła się kojarzyć z Henryką Krzywonos, niczym jakiś tytuł arystokratyczny lub naukowy i niemal zlała się w jedno z imieniem i nazwiskiem pani Henryki: legendasolidarnościhenrykakrzywonos. Jako urodzony postmodernista wszystkie próby tworzenia żywych legend uważam za żałosne i śmieszne, ale jeśli to mnie ktoś by poprosił o skojarzenie słowa „legenda” z postaciami „Solidarności” to byłby to na pewno Lech Wałęsa, a to właśnie ze względu na konotację słowa „legenda”, czyli taka trochę baśń z domieszką prawdy.

Pani Henryka Krzywonos zyskała sobie tysiące fanów na Facebooku i w ogóle z dnia na dzień stała się postacią medialną i rozpoznawalną. Kiedy zdaje się, że już następnego dnia po owym wystąpieniu antyjarosławowym telewizja pokazała panią Henrykę w zażyłej komitywie z panią eks-prezydentową Jolantą Kwaśniewską, nagle ogarnęły mnie wątpliwości co do spontaniczności wejścia na mównicę i powiedzenia Jarosławowi Kaczyńskiemu „do słuchu”.
I to bym jednak zrozumiał, bo wiem jak pogmatwane potrafią być meandry ludzkiego rozumowania tudzież wiatry historii, które często niosą ludzi w rozmaite okolice. Cały czas męczy mnie jednak to, że pani Henryka legendą „Solidarności” stała się dopiero po trzydziestu latach, podczas gdy wcześniej prawie nikt w Polsce o niej nie słyszał! Przez jakieś kilka dni dręczyły mnie straszne kompleksy z powodu tego, że niby o historii „Solidarności” coś wiem, a o pani Henryce nigdy wcześniej nie słyszałem, ale popytałem znajomych, potem poczytałem różne fora internetowe, a tam ludzie masowo wyrażają zdziwienie, że oto objawia nam się „legenda”, a nikt z nas o niej nigdy nie słyszał.

Pojawia się problem szczerości i to tym razem tej niekoniecznie artystycznej. Mamy bowiem do czynienia z zabawą językiem. Mistrzowie NLP i innych sztuczek manipulacji przy pomocy języka, czyli nowocześni spadkobiercy Protagorasa i starożytnych sofistów, którzy wierzyli jedynie w rzeczywistość językową, twierdzą, że język jest podstawowym narzędziem wpływającym na postrzeganie świata, na nasze emocje z tym związane i w konsekwencji na nasze decyzje. Niektórzy twierdzą, że to „język nami mówi”, a nie my językiem. Jest w tym dużo racji, ale, jak uważam, na szczęście nie do końca. Wierzę, bo niestety nie mogę powiedzieć, że „wiem”, że w każdym z nas jest taka część osobowości, która wszelkiej słownej manipulacji powie „non possumus”. Deklaruję się jako naturalny postmodernista, ponieważ z nurtem, czy zorganizowanym wokół tej nazwy ruchem intelektualnym nie chcę mieć nic do czynienia, podobnie zresztą jak z każdym innym, z tego prostego względu, że nie lubię być zawłaszczany przez jakąkolwiek grupę, a już zupełnie nie przez jakikolwiek dyskurs. Nie lubię ponurych sztywniaków i panikarzy z pewnej partii z pretensjami do monopolu na patriotyzm, nie lubię też wiecznie optymistycznych cwaniaczków i mądrali z ugrupowania rządzącego. Generalnie jednak lubię ludzi i dobrze im życzę, dlatego nie umiałbym się zaangażować po jednej stronie w celu unicestwienia strony drugiej, trzeciej, czy jakiejkolwiek. Mój relatywizm, który się bierze z roztrząsania każdej sprawy ze wszystkich możliwych punktów widzenia, potrafi być daleko posunięty.

Nie pretenduję też do miana kogoś, kto wszystko wie. Wielokrotnie pisałem o tym, że wielu rzeczy nie rozumiem, a zrozumieć bym chciał. Niemniej jestem fanatycznym poszukiwaczem prawdy pojmowanej jako wiedzy absolutnej i twierdzenia zgodnego z rzeczywistością. Filozoficzne, religijne, polityczne i akademickie spory najczęściej nie mają nic wspólnego z prawdą czy nieprawdą, ponieważ są tak zanurzone w języku, że z rzeczywistością nie mają żadnego związku. Zgadzam się z tezą scenarzystów amerykańskiego serialu House, że „wszyscy kłamią” – niektórzy w złej, ale wielu bardzo często w dobrej wierze. Każde kłamstwo, nawet to „dobre”, oddala nas od poznania rzeczywistości.

Kiedy przemawiają politycy, to wiem, że kłamią. Znowu, jedni w ewidentnie złej wierze, bo chcą omamić wyborców, przykryć swoje błędy lub przestępstwa, inni uważają, że kłamstwem posłużyć się trzeba w celu uratowania wyborców przed samymi sobą. Ponieważ jestem na tyle cyniczny, że wiem, iż politycy z definicji swojego zawodu nie mówią prawdy, po prostu staram się ich często nie słuchać.

Czasami dajemy wiarę człowiekowi, który pewne wydarzenia pamiętał i choć taka osoba również teoretycznie może mieć jakiś cel w manipulacji słuchaczem, to jednak intuicyjnie jej ufamy. Panią Annę Walentynowicz, jedną z ofiar katastrofy smoleńskiej, choć była zaangażowana po jednej ze stron sceny politycznej (i to takiej, do której mi daleko), uważam za osobę, która niczego nie robiła dla czczej popularności ani korzyści. Gdyby chciała, mogłaby dużo wcześniej znaleźć się mediach jako legenda „Solidarności”. Pozostała osobą skromną i nie pchającą się na widok publiczny. Ze wszystkich jej słów wypowiedzianych publicznie przebija się jedno przesłanie, a mianowicie, że trzeba ludziom mówić prawdę. W świecie doktora Housa, a więc w naszym świecie, ludzie mówiący prawdę i do niej nawołujący, nie wypadają zbyt dobrze. Tam, gdzie ponurzy religijni prawicowcy zachowują się w taki sposób, a tak naprawdę wciskają nam swój światopogląd świecie wierząc, że chodzi o szczerą prawdę, to co innego. Tam jednak, gdzie wielcy miłośnicy prawdy mówią o faktach, daję im wiarę:

Pani Henryce życzę wszystkiego najlepszego. Obawiam się jednak, że nachalna propaganda oparta w olbrzymiej mierze na przekłamaniu i manipulacji, w rezultacie niczego dobrego jej nie przyniesie. A wracając do spektaklu w Legnicy… albo może lepiej do niego nie wracać. Szkoda trochę tych dzieciaków (młodych aktorów) wkręconych w coś takiego.

piątek, 9 grudnia 2011

Disco-polo a polityka mediów, czyli sukces Bayer Full a sprawa polska ;)

Dziś Onet.pl przypomniał, że grupa disco polo Bayer Full robi oszałamiającą karierę w Chinach. Wieść to nienowa, ale zawsze miło się na sercu robi, kiedy się słyszy, że gdzieś Polaków cenią i dają im zarobić. Pierwsza dekada transformacji ustrojowej, oprócz otwarcia na Zachód (kulturowo istniało ono i za komuny, choć może bez jakiegoś poparcia przez propagandę państwową) zaczęto lansować tzw. „muzykę chodnikową”, czyli wszystko to, co i za komuny było wśród ludu popularne, ale powielane raczej na „pocztówkach dźwiękowych” a nie na profesjonalnych płytach. Termin się chyba nie przyjął, bo wkrótce usłyszeliśmy o disco-polo. Może do tych kawałków pod a-moll, d-moll, e-dur podłożono nieco żywszy rytm, a może to kwestia odpowiedniego brzmienia obowiązkowego instrumentu klawiszowego, ale w każdym razie twórczość ta opanowała wielkie połacie kraju.

Nie miałem i nie mam nic do tego rodzaju muzyki, choć sam jej nie słucham i wbrew popularnym opiniom, że Polacy na disco-polo psioczą, ale jak jest wesele lub Sylwester, to się świetnie przy tej muzyce bawią, ja się dobrze przy tych dźwiękach nie bawię. Nie wiem, czy stety czy niestety, ale tak jest i już. Tymczasem osobiste sympatie czy antypatie nie powinny odgrywać większej roli, jeżeli chodzi o obiektywne podejście do przedmiotu.

Otóż disco-polo nie jest żadnym oryginalnym tworem, ponieważ oprócz wschodnio-słowiańskich czy też cygańskich elementów (mam na myśli ten a-moll, d-moll, E-dur) klawiszowy podkład i rytm bardzo przypomina podobne zjawiska znane z innych części Europy. Choć disco-polo zniknęło z Polsatu, to Telewizja Śląsk nadaje program z taką samą muzyką, której tylko nikt tak nie nazywa. Okazuje się, że jest śląska lista przebojów i lokalne gwiazdy tego silesia-disco, które tak naprawdę niczym się do disco-polo nie różni. Jak Śląsk, to skojarzenia z zachodnim sąsiadem (choć nic złego nie mam na myśli, a już najmniej „ukrytych opcji”), a tam mają całe kanały telewizyjne, gdzie grają muzykę o podobnych klimatach. Oprócz bowiem typowych marszów na 2/2 można tam usłyszeć również żywsze kawałki z charakterystycznym klawiszowym podkładem.

Jeżeli weźmiemy pod uwagę jugosłowiański turbo-folk, popularną piosenkę włoską, czy zjawisko zwane Brit-pop (jak nazwa wskazuje chodzi o Wielką Brytanię), to choć może znajdziemy nieco więcej różnic, chodzi o to samo, a mianowicie o muzykę, pod którą tańczy „prosty lud”. Włosi się w ogóle swoich prostych a często wzruszających melodyjek nie wstydzą i jest OK. W brytyjskich prowincjonalnych pubach można posłuchać i pośpiewać kawałki, które brzmią jakby były żywcem przeniesione z czasów Beatlesów do współczesności, i jest OK. Nikt z tego powodu nie robi wielkich kampanii na rzecz polepszenia gustów muzycznych Anglików, Szkotów czy Walijczyków.

My jesteśmy mistrzami w piętnowaniu kiczu i tandety. Czym więcej go jest w kulturze, tym bardziej media go piętnują, a często odnosi się wrażenie, że jest odwrotnie, czym więcej tandeta jest piętnowana, tym więcej jej jest. Może to jednak jest źle postawiony problem? Może niech będzie tak, że pewne rozgłośnie czy stacje telewizyjne niech nie grają disco-polo, a inne niech sobie puszczają te kawałki na zdrowie? Nie sądzę, żeby muzycy disco-polowi zgłaszali wielkie pretensje do porównywania się z Pavarottim czy choćby Mickiem Jaggerem. Myślę, że są to ludzie w większości trzeźwo myślący i doskonale znają swoją niszę, a więc swój rynek. Jeżeli więc Bayer Full potrafił zarobić pieniądze w Chinach, a do tego przyczynił się do tego, że wielu Chińczyków zapamięta, że istnieje taki kraj jak Polska, to bardzo dobrze i należy temu tylko przyklasnąć.

Zupełnie innym problemem jest monopolizacja imprez masowych przez muzykę disco-polo. Jak już wspomniałem na początku – nie lubię się przy niej bawić, nie umiem przy niej tańczyć (choć tańczyć lubię) i po trzech kawałkach zaczyna mnie nie tylko męczyć, ale i wprowadzać w stan rozdrażnienia. Niestety faktycznie jest tak, że na większości wesel, bali andrzejkowych czy sylwestrowych, muzyka ta jest serwowana gościom ku ich wyraźnej radości. Skoro wszyscy się dobrze bawią, a tylko ja nie, to nie będę ludziom narzucał swoich gustów. Doszedłem do wniosku, że wystarczy, że nie będę się pojawiał na takich imprezach i będzie fajnie.

Jeszcze inna sprawa to taka, że coraz częściej słyszy się rytmy disco-polo podczas juwenaliów studenckich. Świadczy to o tym, jakich mamy dziś studentów oraz o tym, że nie sprawdza się zasada, że kultura wyższa jest chętnie przyjmowana przez najeźdźców reprezentujących kulturę niższą. Mamy tu raczej do czynienia z prawem Kopernika-Grishama, że moneta gorsza wypiera lepszą. Ale to już osobny temat.

Ja w każdym razie udzielam disco-polo błogosławieństwa na kształt tego, którego udzielił carowi Rosji rabin w Anatewce w „Skrzypku na dachu”: „Boże, błogosław disco-polo, zapewniaj jego słuchaczom dużo radości a muzykom pieniędzy i popularności, i… trzymaj je z daleka ode mnie". I nie ma tu jakiejś ironii. Generalnie lubię ludzi, więc nie przeszkadza mi to, że słuchają innej muzyki niż ja. Jednakże sam nie chcę jej słuchać - ni mniej, ni więcej.

PS: Jeżeli ktoś wie, czy w Białymstoku ktoś organizuje imprezę taneczną z jakimś swingowym big-bandem (niekoniecznie zaraz „big”, ale jednak „bandem”), lub z orkiestrą grającą tanga, walce i fokstroty,  proszę o sygnał.

czwartek, 8 grudnia 2011

Boże Narodzenie a sekularyzm (2)

W kilku słowach dwa podejścia do świeckości państwa da się streścić następująco:

W systemie francusko-tureckim mamy do czynienia ze światopoglądowym totalitaryzmem, a mianowicie z próbą całkowitego wyeliminowania wszelkich symboli religijnych i objawów życia religijnego ze sfery publicznej przy pomocy metod administracyjnych. Po prostu państwo zakazuje nosić muzułmankom chust i „sprawa załatwiona”. Która dziewczyna chustę na głowę wkłada, popełnia przestępstwo, które jest w bardziej lub mniej bolesny sposób karane. W ten sposób sama manifestacja swojej religijności jest penalizowana. Jak to się ma do demokracji i wolności wyznania, nie wiem.

W systemie anglosaskim, gdzie filozofia demokracji opiera się przede wszystkim na wolności jednostki, sprawa wygląda już nieco inaczej. Zakazywanie ubierania się w taki czy inny sposób w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, byłoby rażącym naruszeniem praw jednostki, jej wolności wyrażania się na wszelkie sposoby, w tym wyrażania swojej religijności. Zamiast siłowo eliminować religię ze sfery publicznej, pozwala się na jej manifestacje, co z kolei w USA prowadzi do absurdów, kiedy to rozmaici politycy wyskakują z głupotami powołując się przy tym na samego Boga. Przy nich Marek Jurek zarządzający w Sejmie modlitwę o deszcz jest jak drobny wróżbita przy wielkich szamanach-szarlatanach. Niemniej i tam zwolennicy sekularyzmu zdobywają stopniowo posłuch dla swoich propozycji, ale na zasadzie takiej, że każdy ma prawo przekonywać innych do swoich poglądów. Ponieważ religijność chrześcijańska w Wielkiej Brytanii znajduje się w stanie agonalnym, mało kto chce przeciwstawiać się zwolennikom eliminacji tradycyjnych symboli chrześcijańskich. Nie byłoby w tym może niczego dziwnego, bo proces ten można byłoby uznać za naturalny etap ewolucji rozwoju społeczeństw, gdyby nie hipokryzja niektórych anglosaskich sekularystów. Zamiast wystąpić otwarcie jako przeciwnicy religii w życiu publicznym, kryją się za poszanowaniem praw przedstawicieli innych religii, zwłaszcza tych wyznawanych przez imigrantów z byłych kolonii i ich potomków.

Zmuszanie muzułmanów do wspólnej modlitwy z anglikanami byłoby jakimś kompletnym nieporozumieniem, ale nikt tego przecież nie robi. Natomiast nadgorliwość w „oczyszczaniu” języka angielskiego z nazw tradycyjnych chrześcijańskich świąt, to przesada w drugą stronę świadcząca z jednej strony o walce z tradycją chrześcijańską, jak i o wspomnianej wyżej hipokryzji. Niejeden sekularysta angielski bowiem stosuje swoje poglądy wybiórczo. Anglikaninowi czy katolikowi złoży życzenia (jeśli w ogóle złoży) szczęśliwych Świąt Zimowych, ale hindusowi jednak będzie życzył szczęśliwego Diwali, a muzułmaninowi szczęśliwego Id al-Adha. W tym wypadku sekularyści francuscy czy tureccy są przynajmniej bardziej transparentni, bo nie kryją się ze swoimi totalitarystycznymi zapędami.

Oczywiście w świecie anglosaskim istnieją również sekularysci antymuzułmańscy (nie mówię tu o jawnych rasistach), a są to przeważnie ludzie wywodzący się z rodzin muzułmańskich. Oni akurat mogą pozwolić sobie na krytykę islamu bez niebezpieczeństwa oskarżenia ich o rasizm czy brak poprawności politycznej. Tacy pisarze jak Hanif Kureishi, Monica Ali czy Nadeem Aslam, nie wspominając już Salmana Rushdiego, jawnie kpią z religii swoich przodków, co np. Rushdie przypłacił życiem w nieustannym stresie i obawie o życie, ponieważ fanatyczni muzułmanie to nie są jakieś anglikańskie ciepłe kluchy.

Z sekularyzmem jako zasadą funkcjonowania państwa generalnie jest pewien problem. Z jednej strony logika nakazuje bezwzględnie neutralność światopoglądową państwa, za czym się osobiście również opowiadam, a z drugiej bardzo łatwo jest o popadnięcie w totalitaryzm i krzywdzenie ludzi religijnych. Musimy dodatkowo wziąć pod uwagę, że dla człowieka głęboko religijnego świeckość państwa nie jest żadną pozytywną wartością, ponieważ gorliwy wyznawca religii polityczno-społecznych, a więc takich, które się manifestują w polityce, dąży do zwycięstwa swojej religii nad innymi, a nie do żadnej neutralności światopoglądowej. Religie, które mają zapisane wśród swoich najważniejszych zasad nawracanie całej ludzkości, nie powinny się teoretycznie godzić na żadne kompromisy i jakieś neutralne „platformy porozumienia” za jakie chciałoby uchodzić świeckie państwo. Występuje tu  zjawisko trochę podobne do głoszenia wolnego rynku przez polityków w imię interesu przedsiębiorców, podczas gdy każdy przedsiębiorca tak naprawdę chce monopolu dla siebie. W każdym razie sekularyzm, zamiast pełnić rolę tej „neutralnej platformy”, staje się stroną i to stroną wojującą. 

C.D.N.

środa, 7 grudnia 2011

Boże Narodzenie a sekularyzm (1)


Każdego roku w okolicach Bożego Narodzenia media zawiadamiają jak to albo w Wielkiej Brytanii, albo w Stanach Zjednoczonych jakiś polityk, czy też grono ludzi u władzy w imię głupio pojętej poprawności politycznej wykonuje jakieś semantyczne wygibasy, czyli robi wszystko, żeby nazwę Boże Narodzenie (ang. Christmas od Christ’s mass, czyli „Msza Chrystusa”) zastąpić jakąś inną, możliwie religijnie neutralną. Pojawiają się więc kartki pocztowe z „życzeniami sezonowymi”, „zimowymi”, „świątecznymi” a nie „bożonarodzeniowymi”,  Wszystko to dlatego, żeby nie urażać, bądź też nie wykluczać wyznawców innych religii.

Jest to o tyle zabawne, że zgłoszenia obrazy uczuć religijnych przez symbole chrześcijańskie zdarzają się bardzo rzadko, natomiast można od czasu do czasu przeczytać w prasie anglojęzycznej oficjalne oświadczenia środowisk bądź to żydowskich, bądź muzułmańskich, że im Boże Narodzenie i ich religijno-chrześcijański charakter wcale nie przeszkadza. Deklaracje takie robią wrażenie szczerych, ponieważ prawdopodobnie wyznawcy judaizmu i islamu zdają sobie sprawę jakie mogą być skutki takiej polityki, gdyby była prowadzona konsekwentnie, dla nich samych. Żydzi chyba nie chcieliby, żeby Chanukę zamienić na Święto Zimowe, czy Paschę na Święto Wiosenne, zaś muzułmanie również nie byliby zachwyceni gdyby Id Al-Adha (Kurban Bajram w językach tureckich) nagle ze święta poddania się woli Allacha ktoś zmienił w Święto Pieczonego Cielaka/Barana.

Obecnie przedstawiciele wszystkich wyznań chrześcijańskich protestują w stanie Rohde Island przeciwko swojemu gubernatorowi, który nazwał choinkę w siedzibie władz stanowych „drzewkiem świątecznym” (holiday tree) a nie „bożonarodzeniowym” (Christmas tree). Sprawa jest z jednej strony zabawna, ale z drugiej wcale nie taka prosta.

Zacząć należałoby od tego, że sama data świąt Bożego Narodzenia nie ma nic wspólnego z urodzinami Jezusa, ponieważ tej nikt nie zna. Od czasów Jezusa upłynęły długie lata, nim chrześcijanie zaadoptowali święto odradzania się Słońca, czyli czasu, kiedy po najkrótszym dniu w roku, zaczyna go przybywać do swoich potrzeb. Po drugie obyczaj dekorowania choinki na Święta nie jest wcale taki stary i jego korzenie niewiele mają wspólnego z chrześcijaństwem. Przypomnieć należy, że choinkę we Włoszech wprowadził dopiero Jan Paweł II, a wcześniej była tam nieznana. Do Polski, podobnie jak do Wielkiej Brytanii, obyczaj dekorowania iglastego drzewka przybył z Niemiec mniej więcej w tym samym czasie, czyli około połowy XIX wieku. Zwyczaj ten jednak przyjął się tak bardzo, że dziś znam osobiście ludzi, którzy daliby głowę, że choinka to „stary, typowo polski zwyczaj”. O snopie przynoszonym na Święta do izby nikt już nie pamięta, nawet „najprawdziwsi Polacy”.

Trzeba jednak przyznać, że generalnie kiedy ludzie mówią o „starej tradycji” zazwyczaj nie mają pojęcia o jakim przeciągu czasu mówią. „Starowiercy” oderwali się od prawosławia na znak protestu przeciwko „nowinkom” patriarchy Nikona, które tak naprawdę nie były żadnymi nowinkami, a wręcz przeciwnie – powrotem do starej tradycji. „Tradycja” w powszechnym przekonaniu to po prostu obyczaje, które znamy od dziecka. Głębiej w przeszłość sięgają tylko ci, którzy interesują się historią.

Sam pamiętam kampanię na rzecz eliminacji alkoholu z Wigilii w latach 70. ubiegłego stulecia, co w religijnych domach katolickich udało się wprowadzić i dzisiejsze pokolenie młodych katolików może uważać wigilijną abstynencję za stary chrześcijański zwyczaj, ale jeszcze w latach 60. a nawet tych wspomnianych 70. alkohol w Wigilię pojawiał się na stole i nie wywoływało to poczucia winy wśród uczestników wieczerzy.

W latach 70. również Kościół zaczął zachęcać wiernych do czytania Pisma Świętego, co wcześniej wcale takie oczywiste nie było, gdyż samodzielne czytania Biblii mogłoby „prostaczka” doprowadzić do herezji. Zmiana tej polityki doprowadziła również do wprowadzenia nowego obyczaju wigilijnego, mianowicie głośnego odczytania, najlepiej przez „głowę rodziny”, fragmentu Ewangelii wg św. Łukasza o narodzeniu Jezusa. Wybór akurat tego ewangelisty prawdopodobnie spowodowany był największymi walorami literackimi tekstu, ponieważ św. Łukasz napisał najobszerniejszą, a przy tym najbardziej baśniową narrację na temat przygód Maryi i Józefa i wszelkich perypetii związanych z przyjściem na świat Jezusa. Nie znajdując żadnego logicznego wytłumaczenia dla narodzin w Betlejem, „mieście Dawidowym”, bo wszyscy wiedzieli, że rodzina mieszkała w Nazaret, autor wymyśla niesamowitą wprost historię o zarządzeniu cesarza Augusta nakazującym spis ludności (inne źródła milczą o spisie ludności w przedziale czasowym, w którym mógł się urodzić Jezus), w dodatku dodaje do tego zarządzenia klauzulę kompletnie bzdurną, a mianowicie, że ludzie musieli wędrować do miejsc, skąd wywodzili się ich przodkowie, a ponieważ Józef i Maryja oboje, wg ewangelistów, pochodzili z królewskiego rodu Dawida, musieli powędrować do miasteczka, gdzie tysiąc lat wcześniej urodził się syn hodowcy owiec i bydła Jessego, Dawid, który potem został królem Izraela (czy to jest prawda, to też kwestia dyskusyjna). To trochę tak, jak gdyby dzisiaj ktoś w celach spisowych nakazywał mieszkańcowi Massachusetts  jechać do jakiejś parafii w Anglii.

Obyczaje stare czy nie stare, zasady demokracji gwarantowane w wielu konstytucjach świata wskazują na to, że nie wolno nikogo zmuszać do uczestnictwa w obrządkach religijnych. Każdy ma jednak PRAWO do uczestniczenia w nich. Niby wszystko proste, ale tutaj dopiero zaczynają się problemy. Bo co uznać już za obrządek religijny, a co jeszcze nie? Jeśli chodzi o podstawowe przejawy religijności, sprawa nie wydaje się skomplikowana. Nikt nikogo nie zapędza na siłę na mszę, ani nikt nikogo z niej nie przegania. (No chyba, że jakiś nawiedzony dyrektor szkoły z okazji święta państwowego każe iść wszystkim dzieciom do kościoła, a także ich nauczycielom, którzy nie są wcale katechetami, a bywają ateistami.) Niemniej kiedy ruch uliczny w mieście jest sparaliżowany z powodu np. drogi krzyżowej, czy procesji na Boże Ciało, to już może się zacząć dyskusja. Dlaczego ateista czy wyznawca innej religii musi np. przez kilka godzin uczestniczyć w katolickich obrządkach tylko dlatego, że jego dom/mieszkanie znajduje się na trasie przemarszu procesji? To są sprawy delikatne, ale jak dotąd siła katolików w Polsce jest na tyle wielka, że nikt specjalnie nie zgłasza pretensji w takich sprawach. Pytanie jednak polega na tym, co jest zmuszaniem do uczestnictwa w obrządkach religijnych, a co nie jest. Być może niektórzy mieszkańcy krajów zachodnich uznali, że nazwanie dekoracyjnej choinki „drzewkiem bożonarodzeniowym” jest już takim „wkręcaniem” ich w obyczajowość im obcą. Osobiście uważam to za grubą przesadę, bo świętować lubią prawie wszyscy, natomiast czy drzewko nazywa się tak czy inaczej, nie powinno dla nikogo mieć większego znaczenia.

Od dość długiego czasu na Zachodzie panuje opinia, że gwarantem religijnego pokoju w państwie jest jego świecki charakter. W dużej mierze zgadzam się z tym poglądem, ponieważ uważam, że instytucja państwa nie powinna się angażować po stronie żadnego poglądu nieweryfikowalnego empirycznie, choć oczywiście przedstawiciele religii mają prawo w tym państwie do wyrażenia własnego zdania, a nawet kształtowania prawa wg swoich poglądów, jeżeli uzyskają odpowiednią liczbę głosów. No takie są prawa demokracji. Natura państwa jednak powinna pozostać świecka. Jeżeli natomiast chodzi o stosunek do symboli religijnych, to tutaj zasada świeckości może się manifestować w różnych postawach. Osobiście najwyraźniej dostrzegam dwie główne – anglosaską i francusko-turecką. 

C.D.N.

wtorek, 6 grudnia 2011

Pan Adam Hanuszkiewicz (in memoriam)

Adam Hanuszkiewicz to postać, która po prostu „zawsze była” gdzieś w mojej świadomości. Myślę, że fakt ten miał swoje źródło w moim maniactwie telewizyjnym z lat 70. ubiegłego stulecia. Wówczas to pan Adam pojawiał się tam często, a ponieważ był człowiekiem wypowiadającym się piękną polszczyzną, a poza tym przypominał mi jednego z moich wujków, bardzo tego człowieka polubiłem i każde jego pojawienie się na ekranie telewizyjnym sprawiało mi przyjemność.

Usiłuję sobie przypomnieć czym Adam Hanuszkiewicz mnie ujął i myślę, że najstarszym wspomnieniem z jego udziałem był spektakl telewizyjny (broń Boże nie filmowy) pt. „Pan Tadeusz” realizowany w latach 1970-71, właśnie przez niego. Młodego Tadeusza Soplicę grał wówczas młody Andrzej Zaorski, zaś sam pan Adam pojawiał się od czasu do czasu jako narrator, czyli sam Adam Mickiewicz. O ile w gąszczu krytyki samego Mickiewicza i jego wizji polskości, której ofiarami wszyscy jesteśmy (to mówi mój rozum), samo jego dzieło można poddać okrutnej krytyce, to zdolność dotarcia do tej części naszej jaźni, która wizję tę przyjmuje bezkrytycznie (to już przemawia moje serce, mówiąc metaforycznie), w spektaklu Adama Hanuszkiewicza ujawniła się wprost cudownie, choć zastosowane środki ze względów stopnia zaawansowania ówczesnej techniki (młodym tłumaczę: technologii) musiały być ograniczone (czerń i biel, rysowane w tle dekoracje a na ich tle deklamujący aktorzy). Byłoby grubą przesadą, gdybym teraz twierdził, że jako dziecko byłem bardzo zachwycony tym spektaklem Faktem pozostaje, że zapadł mi w pamięć i to się chyba liczy. Uważam bowiem, że pan Adam Hanuszkiewicz był człowiekiem, który romantyków naprawdę czuł.

Oczywiście to, co historia teatru będzie Hanuszkiewiczowi zawsze pamiętała, niezależnie od tego czy dobrze, czy źle, to oczywiście „Balladyna” Słowackiego z motocyklami na scenie. Z czasem nawet ci, którzy odsądzali reżysera od czci i wiary za to szokujące wówczas nowatorstwo, przyznawali, że pan Adam zrobił spektakl, który nie mógł widza pozostawić obojętnym. W sztuce natomiast przede wszystkim to się liczy. A że przy okazji obiektem prowokacji było kolejne dzieło epoki romantyzmu, wskazuje na to, że Adam Hanuszkiewicz romantykami się przejmował i chyba w końcu wyczuł o co im w swoich dziełach chodziło.

Powtórka spektaklu teatru telewizji z roku 1958 zaserwowana nam dzisiaj po „Wiadomościach” przypomniała mi, że Adam Hanuszkiewicz był również, a może przede wszystkim aktorem. Podobnie jak Jan Nowicki (przepraszam za skojarzenie, bo to nieco inne pokolenie), nie był przedstawicielem tego zawodu, który zagrałby cokolwiek reżyser by od niego zażądał. Adam Hanuszkiewicz, gdziekolwiek by go obsadzono, byłby po prostu Adamem Hanuszkiewiczem i „sprzedawałby” siebie. Nie jest to w tym wypadku żaden zarzut, ale stwierdzenie faktu, pomijając już to, że pewnych ludzi kochamy właśnie za to, że są sobą w każdej sytuacji.

Wszystko fajnie, ale problem tkwi w tym, że ja pana Adama nie pamiętam ze zbyt wielu ról, a bardziej z wypowiedzi na antenie telewizyjnej przy różnych okazjach praktycznie nie związanych z niczym. Pan Adam bowiem utkwił w mojej pamięci jako ktoś, kogo dzisiaj się nazywa ohydnym mianem wziętym z języka angielskiego, a mianowicie „celebryty”. Gdybym miał wyciągnąć z pamięci kogoś z tamtych czasów, komu również mógłbym przypisać (ale tylko z grubsza) to miano, to swego rodzaju "celebrytą" był Krzysztof Teodor Toeplitz (KTT), który bez żadnego zażenowania wypowiadał się na wszystkie, ale to dosłownie wszystkie możliwe tematy, na które ktoś mógłby się publicznie wypowiadać. Czasy były jednak takie, że tych ludzi nie było zbyt wielu, o czym świadczy choćby to, że tylko tylu ich zapamiętałem, co pewnie się brało z jakiejś tam komunistycznej polityki. Niemniej jakość wypowiedzi ówczesnych „celebrytów”, pewnie dzięki ograniczoności ich liczby, wydaje mi się do dziś o niebo wyższa od wypowiedzi dzisiejszych postaci telewizyjnych udzielających się na antenie „na każdy temat”. (Przykłady, które przychodzą mi do głowy to KASA i Norbi, czyli raperzy z lat 90. , którzy po wypromowaniu kilku wątpliwych przebojów, stali się czołowymi telewizyjnymi intelektualistami).

Kilka wypowiedzi pana Adama Hanuszkiewicza utkwiło w mojej pamięci. Jedna z nich była na temat polszczyzny, a mianowicie czasownika „zakładać”. Adama Hanuszkiewicza bardzo drażniło używanie tego słowa w stosunku do części garderoby. „Zakładać”, wg niego, to można było partię albo inną organizację, ale nie ubranie. O kapeluszu czy marynarce należało mówić „wkładać”. Dla mnie i mojego pokolenia był to niuans prawie nie do pojęcia, choć osobiście po tym publicznym wystąpieniu pana Adama zacząłem uważać na to, że pewne rzeczy jednak na siebie WKŁADAM, a nie zakładam.

Innym razem telewizja polska pokazała pana Adama jako jedynego faceta w PRL, który wie, jak się wiąże muszkę. Nie do końca wiem, jaka jest świadomość dzisiejszej młodzieży, ale np. wielu przedstawicieli pokolenia moich rodziców, w tym mój teść, przez wiele lat nie zdawało sobie sprawy, że muszkę się w ogóle wiąże. W peerelowskiej rzeczywistości bowiem jedyne muszki, jakie można było nabyć w sklepie to były albo takie już zawiązane na gumce, albo na tasiemkę z zapięciem. Stąd kompletna dezorientacja niektórych, czym były te dziwne skrawki tkaniny zwisające pijanym Amerykanom po obu stronach kołnierzyka na przyjęciach znanych z hollywoodzkich filmów. Kto nie trafił na ten program z panem Adamem Hanuszkiewiczem, który pokazywał, jak się wiąże muszkę, ten przez wiele lat żył w tej nieświadomości.

Innym razem w trakcie jakiegoś wywiadu (lata komuny!) pan Adam Hanuszkiewicz powiedział, że należy do tego pokolenia, któremu na widok kogoś znajomego ręka automatycznie biegnie do kapelusza/czapki, żeby owo nakrycie głowy uchylić na znak szacunku, czego nie zauważał u pokolenia młodszego.

Piszę o tym wszystkim między innymi po to, żeby pokazać jak przedziwne są drogi tzw. wychowania. Przyznam otwarcie, że przy tak okrzyczanych nazwiskach jak Wajda czy Polański, Adam Hanuszkiewicz nie wypadał zbyt okazale jako reżyser. Jako aktor mógł być uznany za talent, ale znowu byli nawet w PRLu tacy, którzy go przewyższali. Nie można pana Adama uważać również za wzór życia w moralności. Jak się wczoraj dowiedziałem z Wikipedii, był człowiekiem czterokrotnie żonatym, z czego osobiście pamiętałem tylko jego małżeństwo z Zofią Kucówną (nota bene, jedną z najlepszych aktorek w historii polskiego teatru i filmu). Niemniej zapamiętałem jego wypowiedź, w której powiedział, że wszystko w swoim życiu zawdzięcza „babom”. Nie wiem, jak go oceniały jego kolejne żony, ale osobiście mam wrażenie, że cokolwiek by o nim nie mówić, pan Adam po prostu kochał kobiety. Sytuacja taka siłą rzeczy tworzy szereg komplikacji, zwłaszcza kiedy ta miłość jest wzajemna. Tutaj niestety pojawiają się problemy z wiernością. Nie chcę jednak drążyć tego tematu, ponieważ nie uważam się za uprawnionego do moralnej oceny kogokolwiek, zaś jako mężczyzna myślę, że jestem w stanie taką postawę zrozumieć.

Ciekawą radę dał też pan Adam studentom, a choć miał na myśli studentów szkół aktorskich, pewnie dałoby się to rozszerzyć na wszystkich innych. Chodziło mianowicie o to, żeby ci młodzi ludzie nigdy nie pozwolili swoim wykładowcom mówić do siebie jak do dzieci (dosłownie powiedział, „nie pozwólcie wykładowcom mówić do siebie ‘moje dziecko’”), bo w ten sposób studenci pozwalają siebie faktycznie traktować jak dzieci, a więc sami siebie nigdy poważnie się nie potraktują. W tym wypadku miałem i do dziś mam wątpliwości co do racji pana Adama, choć generalnie się z tą wypowiedzią zgadzam. Rzeczy w tym, że sam czasami lubię do studenta czy studentki zwrócić się po imieniu i to w formie zdrobniałej, co jest pewnym naturalnym odruchem okazania mu/jej sympatii. Niemniej doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jest to jednak w jakimś stopniu „upupianie” tej osoby, na kształt profesora Pimko z „Ferdydurke” Gombrowicza, który na prowokację uczniów, w ich mniemaniu bardzo obrazoburczą, reaguje „a, bawicie się w piłeczkę”, czym od razu sprowadza każde ich zachowanie do nic nie znaczącej błahostki. Z pewnością „upupianie” moich studentów nie jest moją intencją. Wręcz przeciwnie, uważam, że poważne ich traktowanie sprawia, że oni sami zaczynają się traktować poważnie. Niemniej mam tę słabość, a zwłaszcza teraz, kiedy obecni moi studenci są w wieku mojego syna.

Jedną z ciekawszych telewizyjnych wypowiedzi Adama Hanuszkiewicza, i to, o ile się nie mylę, nadanych już po 1989 roku, była ta na temat jego doświadczenia znalezienia się poza ciałem. Pan Adam, który nigdy nie zadeklarował się jako człowiek wierzący (przynajmniej nic o tym nie wiem), stwierdził, że pewnego razu siedząc na widowni (nie pamiętam, czy jako reżyser, czy jako profesor szkoły teatralnej), w pewnym momencie doznał uczucia, że jego świadomość znajduje się poza ciałem. Nic więcej i nic mniej. Po prostu przyznał się, że czegoś takiego doznał. Nie powiedział, że od tej pory stał się człowiekiem religijnym, czy też, że skłoniło go to do jakichś refleksji na temat życia pozagrobowego, ale po prostu stwierdził fakt.

I to chyba wszystko, co przychodzi mi do głowy na temat pana Adama. Niewiele, prawda? Niemniej, kiedy mówię o ubieraniu się, naprawdę staram się coś „wkładać”, a nie „zakładać”, oraz nauczyłem się wiązać muszkę. Nadal nie jest wcale łatwo kupić w Polsce muszki wiązanej, ale jak ktoś chce, to może. Ostatnio kupiłem sobie muszkę w Rzymie.

Natomiast mimo całego swojego krytycznego, „rozumowego”, podejścia do polskiego romantyzmu, uważam, że m.in. panu Adamowi Hanuszkiewiczowi zawdzięczam „podejście sercem” do polskiej poezji tego okresu i tego swoistego pojęcia patriotyzmu.

W sobotę po godzinie 16.30, kiedy to skończyłem zajęcia ze studentami, wsiadłem do samochodu i ruszyłem w stronę domu. Nie wiem co sprawiło, że nagle wszystko to, o czym przed chwilą napisałem, przyszło mi do głowy. Uświadomiłem sobie również, że zupełnie nie wiem, czy pan Adam Hanuszkiewicz jeszcze żyje, czy też może przegapiłem moment jego śmierci. W niedzielę po pracy, czyli po 20.00 , otworzyłem Onet.pl i otrzymałem odpowiedź na swoje pytanie. To znaczy, w sobotę, kiedy się tak zastanawiałem, jeszcze żył. Zmarł właśnie w niedzielę. Był jednym z tych ludzi, którzy nie należeli do grona moich krewnych czy znajomych, ani nawet nie byli zbyt nachalnie obecni w mediach, a jednak zupełnie niespodziewanie dla mnie samego, okazują się w jakiś sposób bardzo ważni i to tak wręcz osobiście.

Szkoda, że pan Adam nie powie już czegoś w telewizji. Może to, co zapamiętałem, nie było ani zbyt głębokie, ani pomnikowe, ale dla mnie osobiście kilka z tych wypowiedzi okazało się istotne. I chyba to się właśnie liczy.

sobota, 3 grudnia 2011

O pozytywnych stereotypach

Stereotypy są tak przez nas lubiane, ponieważ zwalniają nas z myślenia i to myślenia permanentnego. Zamiast każdorazowo rozważać sytuację, z jaką mamy do czynienia, przyjmujemy gotowy wzorzec jej oceny i mamy problem z głowy.

Wiele się mówi o stereotypach negatywnych, np. rasistowskich lub ksenofobicznych. Z pewnością one wyrządzają najwięcej krzywdy, ponieważ stygmatyzują całe wielkie grupy społeczne, wykluczając je poza nawias większej wspólnoty. Niemniej istnieją też stereotypy pozytywne, które z kolei każą przymykać oczy na dziejące się zło, gdyż jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia, że obiekt naszego stereotypu to samo dobro. W takim wypadku można się bardzo rozczarować, ale ten, kto uległ stereotypowi jest mało podatny na rozczarowania, gdyż wszelkie prawdy stereotypowi przeciwne po prostu odrzuca. W tym jest identyczny ze zwolennikiem stereotypu negatywnego.

Mord na hinduskim chłopcu z niższej kasty każe się natomiast zastanowić na inną kwestią, a mianowicie sile tradycji. Wszyscy bezmyślnie powtarzamy jak to pięknie szanować tradycję, pielęgnować własną kulturę i tożsamość. Na pewno jest to w dużej mierze prawda, ponieważ trzymanie się tradycji, a przez to tożsamości daje nam poczucie bezpieczeństwa. Dobrze byłoby jednak, żeby to poczucie mieli wszyscy, którzy się z nami stykają, natomiast nie każda tradycja jest dobra i od czasu do czasu warto ją zrewidować.

Kilka miesięcy temu pisałem o tym, jak tworzyły się stereotypy mojego ojca, czyli dlaczego całe życie odczuwał wielką sympatię do Rosjan, a chorobliwą nienawiść do Niemców. O antysemityzmie nie pisałem, ponieważ w ogóle nie wiem, czym był uzasadniony – prawdopodobnie rozmowami z bliższym i dalszym otoczeniem. Z wiekiem, te stereotypy nie słabły, a wręcz przeciwnie, ulegały swoistemu utrwaleniu. To, że czarno na białym pokazywano zbrodnie sowieckie w telewizji, jak i to, że rozmawiał z ludźmi, którzy opowiadali o gehennie swojej lub członka rodziny w sowieckich łagrach, było i jest dla mojego taty niczym bzycząca mucha. On to przyjmie do wiadomości, a za chwilę wróci do swojego toku rozumowania, które za nic nie pozwoli mu zmącić jego obrazu Rosjan jako samych sympatycznych chłopaków grających na harmoszkach. Siła stereotypu jest przemożna.

Kilka lat temu, w ramach poszukiwań informacji na temat leczniczych właściwości soków warzywnych, natknąłem się na książkę bardzo szlachetnego człowieka, nieżyjącego już pana Makarego Sieradzkiego, Życie bez chorób (do legalnego pobrania w Internecie) W warstwie dotyczącej zasad diety i zdrowego trybu życia gorąco polecam, ponieważ pan Makary opisał własne doświadczenie wyniszczenia organizmu przez ubeckie katownie, a potem jego odbudowanie przy pomocy odpowiedniego trybu życia. Jest to trochę „hard-core”, ale święcie wierzę, że wszystko, co jest w tej książeczce opisane jest prawdą, bo wiem z kolei z własnego doświadczenia, że kiedy stosuję się do kilku prostych zasad zdrowego życia, zdrowie faktycznie w niemal „cudowny” sposób powraca.

Kiedy jednak pan Makary Sieradzki próbuje nadać swojej pracy znaczenie głębsze, wykazując przy tym zapędy kaznodziejskie i filozoficzne, zaczynają się problemy. Autor pisał swoją książkę jeszcze za komuny i pisał ją z pozycji mocno tej komunie wrogiej. Przede wszystkim krytykował upadek moralny społeczeństwa, niewierność małżeńską, pijaństwo i inne zjawiska, które uważał za patologiczne. O ile śmierć można uznać za błogosławieństwo, to być może szczęśliwie się złożyło, że pan Makary nie doczekał czasów nam bliższych, bo otaczający nas świat byłby dla niego chyba jeszcze większym koszmarem.

Przez całą książkę autor deklaruje się jako praktykujący i głęboko wierzący katolik, ale przy tym wykazuje wyraźną fascynację Indiami i ich kulturą. Jednym z powodów jest oczywiście wegetarianizm, który uważał za klucz do dobrego zdrowia, zaś wmawianie ludziom, że mięso jest niezbędne dla zdrowia za przesąd. Z wegetarianizmu, który, jak wierzył, rodzi łagodność i poskramia wszelką agresję, wyciągnął daleko idący wniosek, że wydarzeniom gwałtownym związanym z przelewem krwi, winni są od czasu do czasu muzułmanie i Sikhowie, ale i to uważał za zjawisko wyjątkowe. No niestety, fascynacja jednym pozytywnym aspektem rzeczywistości indyjskiej, kompletnie zamknęła mu oczy na fakty.

Pan Makary Sieradzki nie był i nie jest jedyną osobą ślepo zafascynowaną Indiami jako kulturą zbudowaną na łagodności i mądrości jogicznej. Jest to oczywista bzdura, ponieważ ani joginów nie ma tam tak wielu, jak byśmy się tego spodziewali, ani wegetarianizm nie jest tak powszechny. Poza tym wegetarianizm, choć osobiście twierdzę stanowczo, że jest zdrowy, to jednak nie ma nic wspólnego z odczuwaniem czy brakiem odczuwania agresji. Miasta i wioski indyjskie natomiast praktycznie regularnie i to w niezbyt wielkich odstępach czasu są wstrząsane walkami na tle etnicznym („language wars”, jak się dowiedział Ryszard Kapuściński, pytając co to za rozruchy za oknami jego hotelu).

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie dzisiejsza informacja na Onecie, na temat zabójstwa czternastoletniego chłopca z niższej kasty, tylko dlatego, że nosił to samo imię co chłopiec z sąsiedztwa z kasty wyższej. Niby to już ponad 60. lat, odkąd w Indiach walczy się z systemem kastowym, ale pewne rzeczy są trudne do wykorzenienia. Wiadomości o gwałtach na biedniejszych kobietach przez przedstawicieli wioskowych bogaczy również co jakiś czas pojawiają się wśród wiadomości ze świata. Kilka lat temu natomiast można było w polskiej telewizji obejrzeć reportaż na temat potwornej indyjskiej sekty, której członkowie to sami wykastrowani mężczyźni uprawiający prostytucję (jako kobiety), którzy z kolei werbują nowych wyznawców poprzez porywanie i wykastrowanie młodych chłopców. Kiedy ofiarą jest Hindus, w większości obudzeni po niespodziewanej operacji chłopcy godzą się z losem, ponieważ tak silna jest ich wiara w to, ze bogowie właśnie taki los im właśnie zgotowali. W reportażu pokazali jednak chłopca, który był muzułmaninem i z tą akurat potworną głupotą nie miał nic wspólnego.

Nie chcę w żadnym wypadku poprzez to przytoczenie takiego zagęszczenia potwornych przypadków rozmaitych patologii trapiących Indie budować jakiegoś negatywnego stereotypu na temat tego kraju i jego mieszkańców. Uważam, że jak wszędzie żyje tam mnóstwo przesympatycznych ludzi. Niemniej uleganie hiperpozytywnemu stereotypowi prowadzi po prostu do głoszenia nieprawdy. Wielu z nas uległo pięknej legendzie Mohandasa Gandhiego i jego nieagresywnej metodzie walki ze złem, ale nie znaczy to, że Indie to kraj składający się z samych uśmiechniętych pustelników życzących całemu światu dobrze. Często jest wręcz przeciwnie.

Niedawno pisałem na temat książki Pearl Buck, która sama wychowała się od dziecka w Chinach i wyrobiła sobie bardzo pozytywne zdanie o tym kraju i jego mieszkańcach. Uważała, że podstawową cechą Chińczyków jest tolerancja i łagodne oddawanie się drobnym przyjemnościom. Każdy, kto choć trochę interesuje się historią, wie, że Chińczycy potrafią być i okrutni i zupełnie nietolerancyjni. Powstanie bokserów, które autorka Peonii i Cesarzowej powinna była znać, było z jednej strony narodowowyzwoleńcze, a z drugiej potwornie ksenofobiczne i antychrześcijańskie.

Smutna prawda jest taka, że nie ma idealnych narodów, a raczej narodów składających się z samych ideałów. Nie znaczy to, że należy się zniechęcać do dążenia do ideału. Kraje, które dziś wydają nam się gospodarczymi „tygrysami” jutro mogą ogłosić bankructwo. O tym też trzeba pamiętać. Dlatego nie pozwólmy mózgom spać, tylko nieustannie oceniajmy bieżącą sytuację. Przyjęcie jakiegoś ogólnego schematu myślenia o ludziach, państwach, narodach, religiach czy rasach, nie tylko nic nie daje, ale prowadzi do nieszczęść.

czwartek, 1 grudnia 2011

Isaac Newton


We believe we know something about sir Isaac Newton. Actually what comes across your mind hearing this name? A falling apple? Sure. Anything else? His laws of motion? Well, some diligent students may remeber them (I don't mean physicists or engineers). Why did William Blake worship him? I do recommend this video, which should encourage you to find out something more about one of the greatest minds in history!