poniedziałek, 27 września 2010

Wyznania ekonomicznego ignoranta, czyli dlaczego biznesmeni nie głosują na liberałów

Większość, jeśli nie wszyscy biznesmeni, mali i więksi, kieruje się w życiu pragmatyzmem. Owszem mają swoje poglądy polityczne. Niektórzy nawet bardzo radykalne. Co ciekawe rozstrzał tychże poglądów jest ogromny, od skrajnie katolicko-narodowych, przez PiS, PO po SLD. Wydawałoby się, że przedsiębiorcy powinni bez reszty być oddani tym, którzy głoszą występowanie w ich interesie, są zwolennikami absolutnie wolnego rynku itd. Teoretycznie ludzie przedsiębiorczy powinni bez reszty popierać Janusza Korwina-Mikke, UPR albo jego klony. Biznesmeni, jak mogłoby się wydawać, powinni być wielkimi fanami Centrum im. Adama Smitha i doktryn przez nie głoszonych. Dlaczego tak się jednak nie dzieje? Dlaczego nadal tylu przedsiębiorców wbrew swojemu „oczywistemu” interesowi co najwyżej podchwyci od czasu do czasu jakieś hasło tej czy innej skrajnie liberalnej organizacji, ale żeby ją lansować w świecie wielkiej polityki to już niekoniecznie?

Odpowiedź wydaje się banalna. Biznesmen to najczęściej człowiek przede wszystkim praktyczny i pragmatyczny. Przedsiębiorca doskonale wie, że ideologie to wielkie eksperymenty, a te jak wiadomo, raz wychodzą a raz nie wychodzą. W skali swojej firmy można sobie na własne ryzyko na jakiś ryzykowny eksperyment pozwolić, bo to w biznesie jest często bardzo ważne, ale tam, gdzie próbuje się manipulować całym systemem to oczywiście można, ale po co? Oczywiście dla dobra całości, czyli dobry system wolnorynkowy zapewnia przecież dobrobyt narodom. Tutaj jednak ideologiczni liberałowie wpadają we własne sidła, bo z grubsza idea Adama Smitha nie polega na rozczulaniu się nad całością, ale na promowaniu zdrowego egoizmu, który automatycznie tejże całości służy. Dlatego trudno od przedsiębiorcy wymagać, żeby myślał o całym narodzie czy Europie, skoro jemu chodzi o to, żeby sprzedać np. marchewkę do Rosji. Wie, że ta sprzedaż może mu się udać, więc robi wszystko, żeby wyeliminować przeszkody, psioczy na politykę antyrosyjską, na przepisy Unii Europejskiej itd. bo akurat te mu w realizacji jego pomysłu na biznes przeszkadzają.

Ideowi liberałowie (nie mylić w żadnym wypadku z PO) uważają, że dotacje czy to państwowe, czy unijne są złe. Owszem, ogarniając całość gospodarki, można dojść do takich wniosków. Firmy, a raczej firemki, które powstały za dotacje unijne dają miejsca pracy ich właścicielom, ale równocześnie wprowadzają niezdrową konkurencję wobec tych, którzy swój biznes rozkręcali za własne oszczędności, a teraz nie stać ich na obniżenie cen. Czy firmy, które powstały z dotacji szybko padną (bo właściciele nie mają pojęcia o prawdziwym biznesie) czy nie, to już kwestia różnych czynników. Niemniej nie wierzę, że jakikolwiek normalnie myślący człowiek interesu nie wziąłby pieniędzy, gdyby mu je ktoś oferował. Odmowa w imię idei byłaby tu po prostu ciężkim frajerstwem.

Czy ideowy liberalizm reprezentujący interesy średnich przedsiębiorców z branż przemysłowej i handlowej ma szansę się przebić politycznie? Jest to ze wszech miar wątpliwe. Na poparcie demokratycznej większości najczęściej można liczyć kiedy się obiecuje troskę o najuboższych. Jakiś procent tych faktycznie pokrzywdzonych przez okoliczności obiektywne faktycznie jest i z pewnością powinniśmy im pomagać. Tutaj jednak chodzi o chwyt propagandowy mający na celu zjednanie głosów tychże najuboższych, a jeszcze bardziej tych o dobrych sercach. Trzeba jednak zacząć od tego, że partie wiele obiecujące są równocześnie wielkimi przedsiębiorstwami przyciągającymi kapitał. Ich atrakcyjność polega m.in. na tym samym, co spółek giełdowych. Te, które rokują zwycięstwo, przyciągają inwestorów. Zwycięstwo rokują populiści wszelkiej maści.

Niespodzianką było czwarte miejsce Janusza Korwina-Mikke w wyborach prezydenckich. On sam wyraził zadowolenie z tego powodu, a równocześnie stwierdził, że inni kandydaci wydali na swoje kampanie dziesiątki milionów złotych, podczas gdy on miał tylko dwa. Pojawia się pytanie, dlaczego jego przyjaciele-biznesmeni zainwestowali w niego tak mało? Czyżby nie podobał im się program wolnorynkowy? Co z nimi jest?

Odpowiedź na to pytanie dał wczoraj jeden facebookowych komentatorów postów Centrum im. Adama Smitha, Andrzej Jerzy Gniadkowski: „Kiedyś były badania wśród biznesmenów i przed...siębiorców i okazało się, że bardzo duży procent z nich jest socjalistami (głosuje na SLD). Bo dla tych co już są socjalizm jest dobry! Dzięki pieniądzom mają wpływ na rząd, który utrudnia życie głównie tym, którzy dopiero chcą wystartować.” Nic dodać, nic ująć.
Pozwólcie też, że zacytuję polskiego biznesmena, który odniósł wielki sukces w Kanadzie i USA, Tada Witkowicza. Rozmawiając z grupą młodych kandydatów na milionerów, tłumaczył im „póki możecie, unikajcie konkurencji”. No właśnie. Ideowi liberałowie z pewnością są za w pełni wolnym rynkiem, gdzie działają konkurujące ze sobą podmioty gospodarcze. One same jednak najchętniej wyeliminowałyby konkurentów całkowicie!

Zakończę jeszcze jednym cytatem, tym razem mojego wujka, który swój pierwszy biznes zaczynał jeszcze za schyłkowego Gomułki. W roku 1989 spodziewałem się z jego strony wielkiego entuzjazmu z powodu przejścia z systemu socjalistycznego na wolnorynkowy. On jednak oznajmił ze stoickim spokojem: „Człowieku, czy będą rządzić komuniści, czy demokraci, to ja i tak będę na nich zap….ł”.

Tymczasem ekonomiści, nawet liberałowie z Centrum im. Adama Smitha, czy sam profesor Balcerowicz, choćby się nie wiem jak odżegnywali od polityki (jak pan Robert Gwiazdowski), prowadzą nadal dyskurs polityczno-ideologiczny. Ludzie, którzy ryzykują i obracają własnymi pieniędzmi, myślą w nieco innych kategoriach, bo ich mentalność polega nie na tym, żeby zbawiać świat, albo całą Polskę, ale żeby taniej kupić a drożej sprzedać.

niedziela, 26 września 2010

Wyznania ekonomicznego ignoranta, czyli prywatne kontra państwowe

Przewaga własności prywatnej i obywatelska wolność wolnych posiadaczy to idee mi bliskie. Uważam, że najważniejsze to wyzwolić ludzką skłonność do przedsiębiorczości, zaradność, chęć polepszenia sobie życia. Taki okres entuzjazmu obserwowaliśmy od 1988 (tak, tak, mówię o rządzie Rakowskiego i czasach ministra Wilczka) do mniej więcej 1993, choć za datę końca tego okresu nie dam głowy. Ludzie handlowali na łóżkach, dorabiali się szczęk, potem sklepów. Niewątpliwie prawdą jest i to, że co sprytniejsi prezesi i dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw, a także ich równie bystrzy partyjni koledzy, zgarnęli olbrzymią część tortu i to w taki sposób, że nie musieli budować wszystkiego od nowa, bo przechwycili to, co już było. To jest cały osobny temat i niestety, wbrew temu, co chcieliby zwolennicy PO i wcześniejszych formacji, z których ta partia się wywodzi, nie powinien być lekceważony. Ale na razie odłóżmy to. Skupmy się na pozytywach.

Pozytywne było właśnie to wyzwolenie ludzkiej energii, fascynacji możliwościami, jakie dawała przedsiębiorczość na wolnym rynku. Nie ma co owijać w bawełnę – niejeden z nas chciał zostać milionerem z amerykańskiego filmu. Niektórym się to udało i niech im to służy na zdrowie!

Prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych to znowu osobny temat. Nie mam szczegółowej wiedzy na temat tych procesów, ale to, co widać było tzw. „gołym okiem” w latach 90. ubiegłego stulecia, nie mogło być ani logiczne, ani uczciwe. Łódź jest najlepszym przykładem tego, jak w przeciągu kilku lat zlikwidowano praktycznie wielki przemysł, wyeliminowano z rynku znane wcześniej marki, a robotnicy poszli na bezrobocie. Nie wydaje mi się, żeby to był efekt prostego przejścia na gospodarkę rynkową. Ale znowu, nie wypowiadam się dalej, bo za mało wiem.

Chodzi mi o samą zasadę, że prywatne jest lepsze od państwowego. Tak, szczerze mówiąc, być nie musi. Tutaj chodzi raczej o to, kto jest menedżerem przedsiębiorstwa i jak nim zarządza. Jeżeli przedsiębiorstwo traktuje jako swoje własne dobro, to robi wszystko, żeby się rozwijało. To jest zupełnie możliwe. Niestety prawie niemożliwe jest, żeby taki menedżer się zbyt długo utrzymał. Przedsiębiorstwa państwowe są bowiem odpowiednikami średniowiecznych lenn, rozdawanych za zasługi dla…? No właśnie. W średniowieczu król nadawał lenno zasłużonemu rycerzowi. „Daję ci ziemię, żebyś z niej jadł”, mówił. Obecnie państwowe firmy to nagrody dla wiernych towarzyszy partyjnych, obojętnie która partia rządzi. O ile za komuny była tylko PZPR, to obecnie jest ich wiele i każda z nich ma grupę kolegów do wykarmienia. Może faktycznie byłoby lepiej takie przedsiębiorstwa sprzedać, żeby prywatny właściciel nie tylko ją doił, ale również rozwijał.

Tutaj jednak dotykamy innego problemu. Mianowicie są to przedsiębiorstwa tak wielkie, że żaden średniej wielkości przedsiębiorca nie miałby szansy go kupić. Przy wielkich prywatyzacjach potrzebne są wielkie firmy, które są już na tyle bogate, żeby ten prywatyzowany majątek kupić. W grę wchodzą najczęściej przedsiębiorstwa zagraniczne. Trzeba powiedzieć oczywiście, że są to wielkie korporacje, gdzie szlachetne zasady wolnorynkowych idealistów na temat osobistej odpowiedzialności, są rozmyte. Cały czas chodzi jednak o jedno – o wyciągnięcie jak największego zwrotu z tego, co się włożyło. Są na to różne sposoby i to niekoniecznie polegające na rozwoju produkcji. Korporacja rządząca przedsiębiorstwem nie musi mieć wielkiego interesu w jego rozwijaniu. Może np. chodzić o to samo, co menedżerowi z państwowego nadania – wydoić co się da, a potem np. przenieść się do Chin. Tutaj tkwi cały problem metodologiczny w myśleniu o wolnym rynku. My, idealiści, pojmujemy go jako grę przedsiębiorców odpowiedzialnych za własne firmy i dążących do zaspokajaniu potrzeb konsumentów, bo w tym mają swój zdrowo pojęty interes. Przy obecnych skomplikowanych systemach, gdzie własność, nawet ta prywatna, jest nieprzejrzysta, a odpowiedzialność rozmyta, to wszystko wcale nie wygląda tak prosto.

Skrajni idealiści uważają, że należy sprywatyzować nawet pewne funkcje państwa. W jakimś stopniu to już się dzieje, bo np. zalegający z podatkami są ścigani przez komorników, którzy działają jak prywatne firmy. Eksperyment oddelegowania obowiązków państwa do firm prywatnych w starożytności na szeroką skalę praktykowali Rzymianie w czasach republiki. Chodzi mianowicie o ściąganie podatków z podbitych prowincji. Rzym, który posiadając już olbrzymie posiadłości, był po prostu miastem-państwem, nie był zdolny wysłać i utrzymać tylu urzędników do prowincji, żeby ściągali podatki dla państwa. Owszem gubernatorami stawali się byli konsulowie i pretorzy, ale ich już nie stać było na utrzymanie armii poborców podatkowych. Republika rzymska poradziła sobie ze ściągalnością podatków w prowincjach oddając cały interes w ręce tzw. publikanów – przedsiębiorców prywatnych, wywodzących się ze stanu ekwitów (taka klasa poniżej nobilów). Otóż taka spółka publikańska z góry wpłacała podatek z danej prowincji do skarbu państwa, a następnie dostawała całkowicie wolną rękę w ściąganiu tychże pieniędzy od mieszkańców opodatkowanego terytorium. Wysokość daniny z danej prowincji załatwiana była jak najbardziej rynkowo, mianowicie przy pomocy przetargu. Prawo poboru podatku z danej prowincji otrzymywała ta spółka, która najwięcej zaoferowała skarbowi państwa.

Nadużycia publikanów w prowincjach były przysłowiowe. Ucisk fiskalny był olbrzymi, bo przecież wiadomo, że chodziło o to, żeby jak najszybciej wyjąć to, co się włożyło, a następnie na całym interesie jak najwięcej zarobić. Skargi i bunty prowincji z powodu zdzierstwa publikanów były zmorą państwowych zarządców prowincji. Mieszkańcy tych ostatnich wyraźnie odetchnęli dopiero po utrwaleniu się pryncypatu. To Oktawian August położył kres łupieniu prowincji przez spółki publikańskie, ustanawiając specjalnych urzędników państwowych do poboru podatków. Nie zawsze więc prywatne jest lepsze bo prywatne.

Prywatne jest lepsze tam, gdzie musi się zmagać z innym prywatnym i radzić sobie na konkurencyjnym rynku. Jeżeli prywatne połączone jest z państwowym, to automatycznie ma przewagę nad innym prywatnym. W okresie wszelkich wojen największe majątki robili dostawcy armii, którzy niemal automatycznie odbijali się od swoich konkurentów.

Problem z wolnorynkowym idealizmem polega na tym, że jest pewną utopią. Związki biznesu z polityką i odwrotnie, zawsze były, są i zawsze będą. Nie można się jednak zniechęcać, a już tym bardziej nie wolno utożsamiać niezdrowego układu prywatno-państwowego z wolnym rynkiem. Myślę, że o prawdziwy wolny rynek, na którym konkretni (a przez to odpowiedzialni za swoje działania) przedsiębiorcy dbają o interesy społeczności na zdroworozsądkowej zasadzie robienia interesu na zaspokajaniu potrzeb konsumentów, warto zabiegać. Nawet jeśli utopią jest wiara w jego pełne wprowadzenie, brnięcie w utopię socjalistyczno-etatystyczną jest po wielokroć gorsze.

sobota, 25 września 2010

O nisko opłacanym stanowisku

Pewnego razu rozmawiałem z ciotką o pracy na wyższej uczelni. Ciotka chciała rozwiać pewne wątpliwości, a raczej potwierdzić swoje przekonanie co do bzdurności tego, co niedawno usłyszała od pewnej znajomej. Mianowicie znajoma mojej ciotki powiedziała jej, że ich wspólna znajoma, która jest właścicielką dość dobrze prosperującego biznesu, co miesiąc wysyła swojemu synowi 2000 złotych na życie. Syn tej pani nie jest ani studentem, ani bezrobotnym, ani inwalidą, ani tym bardziej jakimś lumpem czy nierobem. Pracuje na stanowisku asystenta w prywatnej uczelni.

- Ona mówi, że on miesięczne zarabia 1500 zł. Prawda to? Chyba coś gada od rzeczy, prawda? – pyta ciotka, prawie pewna, że zaraz potwierdzę niedorzeczność relacji jej znajomej.

Przez jakiś czas nie wiedziała co powiedzieć, kiedy prawdopodobieństwo takiej sytuacji w pełni potwierdziłem.

Od 1999 roku nie mam nigdzie etatu. Pracuję na zasadzie własnej działalności gospodarczej. Co roku we wrześniu przeżywam stres, czy uda mi się uzbierać odpowiednią liczbę godzin na różnych uczelniach, ale do tej pory było tak, że już w pierwszym tygodniu października okazywało się, że mam tych godzin tyle, że nie ma czasu na życie towarzyskie. (Czasami znajomi próbują mnie wyciągnąć na piwo do pubu, a ja odmawiam, przez co utrwala się mój obraz jako człowieka nieimprezowego. Może to i dobrze, choć ci, którzy znają mnie dłużej, wiedzą dobrze jak fałszywy jest to obraz.)

Obecnie mój stres jest w stanie wielkiej intensywności, bo tych godzin nadal nie ma tyle, co trzeba, ale jeszcze nie wpadam w panikę. Nie o tym jednak chciałem dzisiaj napisać.

Otóż przy tej mojej „łatanej” metodzie, tzn. przy „patchworku” rozmaitych zajęć w różnych szkołach, do tej pory udawało mi się zarobić na nienajgorsze życie. Co prawda nie mam luksusowego samochodu, ani nie wybudowałem domu, ale np. stać mnie na książki i na fajne wakacje z rodziną, co daje mi wielką satysfakcję.

Kiedyś czytałem psychologiczny artykuł popularnonaukowy na temat tego, co powoduje największy stres. Po śmierci bliskich osób i po rozwodzie, na kolejnym miejscu stawiano zmianę pracy i wszystko, co się wokół tego dzieje. Podobno człowiek, który musi zmienić miejsce pracy, przeżywa niesamowicie bolesny stres. Pomyślałem sobie, że przecież dla mnie jest to coroczna rutyna. Co prawda najczęściej znajduję godziny w miejscach, gdzie już pracowałem, ale średnio co trzy lata następuje zmiana jednego z tych miejsc.

Stwierdziwszy, że dosyć mam tego stresu zacząłem myśleć o etacie na którejś z uczelni. Nie jest to sprawa łatwa, bo od pewnego czasu w ramach oszczędności liczba nowych pracowników zatrudnianych na etacie się zmniejsza, co mnie specjalnie nie dziwi. Gdybym był właścicielem jakiejkolwiek firmy, jak ognia unikałbym zatrudniania kogokolwiek na tej zasadzie. Przecież oprócz wypłaty, trzeba odprowadzić ZUS i podatek, o których pracownik nawet nie wie, ale dla pracodawcy to musi być finansowy ból.

W każdym razie moi koledzy pracują na etatach i wiem, że ich zarobki potrafią się wahać od 900 do 1200 złotych na rękę (pracownika etatowego coś takiego, jak zarobek brutto w ogóle nie interesuje). Kiedy do tej wypłaty można sobie dorobić, to nie jest to najgorsze rozwiązanie. ZUS jest zapłacony, więc dodatkowy zarobek to czysty zysk. Nie zawsze jednak jest jak dorobić, zwłaszcza kiedy władze twojej uczelni żądają podpisania „lojalki”, że się nie będzie pracować u konkurencji. W dodatku bywają tacy przełożeni, którzy np. organizują dodatkowe zajęcia dla pracowników, nie mające nic wspólnego z pracą dydaktyczną ani naukową, w tym zebrania, na których się okazuje, że owi przełożeni nie mają zbyt wiele do powiedzenia, ale powiedzieć jednak chcą i do tego potrzebują publiczności.

Praca na etacie daje pewne złudne poczucie bezpieczeństwa. Moi koledzy, którzy już byli zatrudnieni na etatach, w pewnym momencie zostali poproszeni o rezygnację z tej formy zatrudnienia ze względu na sytuację finansową uczelni. Etat więc niczego nie gwarantuje. Z drugiej strony mniejsza liczba godzin dla mnie w tym roku wynika z konieczności „dopensowania” (czyli zapewnienia pracownikom etatowym przepisowej liczby godzin pracy).

Jak już wspomniałem, są pewne dziedziny, w których istnieje możliwość dorobienia sobie zajęciami dodatkowymi poza uczelnią. Jeżeli jednak ktoś jest specjalistą w dziedzinach, na które nie ma popytu w świecie pozaakademickim, to specjalnych możliwości nie ma. A wtedy, zanim zostaniesz profesorem (bo wtedy już pobory są godziwe), musisz albo głodować, albo liczyć na wsparcie od rodziców. W końcu skoro cię utrzymywali przez całe studia, to przecież w strukturze ich wydatków fakt ich skończenia niczego nie zmienia. (To taki gorzki żarcik).

Napisałem o tym wszystkim pod wpływem artykułu, jaki dziś rano przeczytałem w Onecie. Chodzi o ranking najgorzej opłacanych stanowisk w 2009: http://biznes.onet.pl/ranking-najgorzej-oplacanych-stanowisk-w-2009-roku,18563,3700595,1,prasa-detal

Firma Sedlak&Sedlak najwyraźniej zapomniała o stanowisku asystenta prywatnej wyższej uczelni.

piątek, 24 września 2010

Wyznania ekonomicznego ignoranta, czyli „a z drugiej strony…”

Wszyscy zgodnie narzekamy na rząd, którego liberalizm okazał się fikcją, a paradoksalnie okazuje się, że to PiS w czasach swoich rządów przeprowadził kilka kroków ku liberalizacji gospodarki, a wielu z nas (bo tu na pewno nie wszyscy!) wolałoby, żeby rząd nie podnosił podatków, które wygenerują wzrost cen, ale żeby raczej poczynił oszczędności we własnych wydatkach. Wielokrotnie narzekałem na przerost aparatu urzędniczego w naszym kraju i z niczego się nie wycofuję. Nadal uważam, że państwu zostałoby dużo złotówek w kieszeni, gdyby zredukowało kilka tysięcy pracowników, których wydajność jest marna, użyteczność zerowa, a szkodliwość społeczna często bardzo wysoka.

Pojawia się jednak pytanie, co z tymi ludźmi zrobić? Oktawian August, kiedy objął już absolutną władzę nad imperium rzymskim po zwycięstwie pod Akcjum, doszedł do wniosku, że należy uaktywnić jak największą liczbę obywateli rzymskich poprzez nadanie im jakiegoś urzędu. Urzędy w Rzymie nie były opłacane z kasy państwowej, więc często wręcz wiązały się z kosztami – np. organizacją procesji świątynnych, albo igrzysk gladiatorów – na to urzędnicy wykładali swoje prywatne pieniądze. Dlatego w starożytnym Rzymie polityka nie była zajęciem dla biedaków. (W nieco starożytniejszych Atenach tak, bo państwo płaciło za sprawowanie urzędu, a nawet diety za udział Zgromadzeniu wszystkich obywateli). Myślę, że Augustowi nie tyle chodziło o uaktywnienie obywatelskie tych nowo mianowanych urzędników, ile o zaspokojenie ich próżności. Człowiek, który miał poczucie podniesionej godności i statusu społecznego, a zawdzięczał to pomysłowi „ojca narodu”, prawdopodobnie był owemu „ojcu” niezmiernie wdzięczny, stawał się jego poplecznikiem i podporą władzy.

Podobne, choć o nieco innym charakterze, zjawisko występowało w I Rzeczypospolitej. W wieku XVII i XVIII szlachcic, który nie piastował jakiegoś urzędu był po prostu szaraczkiem z gołoty (hołoty mówiąc z ukraińska). Ważne jest tu słowo „piastował”, bo nie sprawował! Do tego trzeba było mieć jakieś kwalifikacje, a nie każdy szlachcic się kwapił do ich nabywania. Kto czytał „Pamiątki Soplicy” Rzewuskiego, ten może pamięta, że ich bohater i narrator nosił tytuł „starosty parnawskiego”, a więc dość poważnego urzędnika administracji terytorialnej. Problem w tym, że w tym czasie Parnawa już dawno nie należała do Polski. W taki sposób urząd stawał się czczym tytułem i zaspokojeniem próżności. Przy okazji przypomnijmy, że np. hrabia (count) we Francji też pierwotnie był urzędnikiem administracji królewskiej, który mógł być ze stanowiska odwołany i automatycznie pozbawiony tytułu. To, że nazwy urzędów stały się tytułami honorowymi (szlacheckimi) było wg mnie jakimś zwyrodnieniem systemu, który zawsze na początku jest dość prosty i przejrzysty. Dlatego co jakiś czas trzeba te systemy wietrzyć i odświeżać.

Wróćmy jednak do Polski współczesnej. Z bycia urzędnikiem państwowym mało kto się dzisiaj chlubi, bo sympatia i społeczny szacunek dla tego zawodu są coraz mniejsze. Kokosów też taki urzędnik nie zarabia. Często są to osoby zgorzkniałe i owo zgorzknienie odbijające sobie na petentach. Jak w carskiej Rosji chcieliby, żeby petent miętosił czapkę w dłoniach, co drugie słowo się kłaniał i robił z siebie głupka, żeby on (częściej ona!) , wielki urzędnik mógł go pouczyć, posłać po dziesięć dodatkowych papierków (po każdy z osobna), zganić za błędne wypełnienie rubryczki w nieczytelnym formularzu, czy w ogóle odesłać bez niczego (bo nawet bez przysłowiowego kwitka). Nie lubię jednak generalizować i doskonale wiem, że bez sprawnej machiny biurokratycznej, państwo nie mogłoby funkcjonować. Ona jednak sprawna nie jest z powodu gąszczu przepisów i niekompetencji urzędników. Dlatego w pracy powinni zostać tylko prawdziwi fachowcy, sprawni w swojej pracy i jeszcze uprzejmi i gotowi to ochoczej pomocy obywatelom!

Ja doskonale wiem, że jest to utopia, bo walczyć z tą olbrzymią machiną wzmocnioną wzajemnymi powiązaniami i związkami zależności (zatrudnianie członków rodziny, znajomych itd.) jest jak próba wyjścia z bagna tkwiącego w nim po szyję. Ale dobra, załóżmy, że ta utopia jednak staje się ciałem i olbrzymi procent pochłaniaczy kawy za nasze pieniądze traci pracę. Co wtedy?

Państwo ma problem, bo przecież przyrośnie liczba bezrobotnych. Co prawda zasiłek jest chyba niższy od wypłaty urzędnika, więc oszczędność i tak by się dokonała, a w dodatku zasiłku nie bierze się chyba zbyt długo. Problem jednak nie znika. Bezrobocia mieć nie chcemy! Do jakiej pracy posłać człowieka, który zna się na przerzucaniu papierów jednego tylko typu (w zależności do urzędu, w którym pracował)? Mogą iść do wielkich korporacji, ale tam raczej już wszystkie stanowiska są obsadzone. Małe firmy nie potrzebują zbyt wielu pracowników biurowych. Jeżeli nastąpi redukcja zatrudnień w Poczcie Polskiej, to można mieć nadzieję, że ci zwolnieni pracownicy przejdą do konkurencyjnych prywatnych firm zajmujących się usługami pocztowymi, a może nawet sami takie utworzą. Co jednak z pracownikami urzędów państwowych? Nie jest to sprawa łatwa ani prosta i ja ją swoją ignorancką głową nie rozwiążę. Co gorsza, obawiam się, że nie rozwiąże jej też rząd.

czwartek, 23 września 2010

Irracjonalne zwiastuny złego

Choć często chciałbym być skrajnym racjonalistą, pojawiają się czasami zjawiska, które rozumowi się wymykają, a przy obecnym stanie wiedzy po prostu nie dają się rozumowo wytłumaczyć. Myślę, że wielu z nas doświadczyło pewnych zjawisk, których wytłumaczenie przerasta nasze możliwości, ale racjonaliści takie zjawiska wypierają z pamięci, albo zbywają śmiechem, ludzie religijni z pokorą upatrują w nich znaku od Boga, natomiast ezoterycy wszelkiego rodzaju również znaku od jakichś sił nadprzyrodzonych.

To, co mi się dzisiaj przytrafiło to był sen. Nieprzyjemny sen, że prowadzę zajęcia ze studentami, którzy okazują się moimi kolegami z pracy. Rozmawiamy o literaturze, ale w pewnym momencie kilka osób stwierdza, że nie chce im się myśleć o takich poważnych tematach. Na dodatek do sali wchodzi tęgi jegomość w garniturze, który robi gest jakby się chciał ze mną przywitać, ale ostatecznie cofa rękę i stwierdza, że przyszedł sprawdzić, czy ktoś tu w ogóle ma zajęcia, bo na grafiku w portierni zamiast nazwiska prowadzącego widział tylko słowo „nowy”. Jak to we śnie, okazuje się nie wiadomo skąd (bo nikt mi tego nie mówi, a ja też z pewnością tego nie wiedziałem), że był to rektor. Studentów nie jestem w stanie skłonić do dyskusji, w związku z czym pakuję się i wychodzę. Wiem, że do tej szkoły już nie wrócę. Tyle sen.

Trzy godziny później odbieram telefon od pani dyrektor z jednej z uczelni, na których pracuję, z informacją, że musiała mi zabrać kilka godzin zajęć w sobotę. Przy moim corocznym „kolekcjonowaniu” godzin, jest to wiadomość bardzo nieprzyjemna, bo oznacza, że znowu nie wiem, na ile będę w stanie utrzymać rodzinę w nadchodzącym roku akademickim.
To nie był pierwszy sen w moim życiu, który zwiastował coś nieprzyjemnego. Nie można ich wytłumaczyć jakimś intensywnym myśleniem o danej sprawie, bo choć z pewnością każdego września moja świadomość i podświadomość żyje tym, czy uzbieram tyle godzin, które pozwolą mi opłacić ZUS, podatek i jeszcze żeby wystarczyło na inne stałe opłaty i życie, to szczegóły tego, co następuje niemal natychmiast po takim śnie, racjonalnie wytłumaczyć się nie dają. Z pewnością taki sen nie jest żadnym ostrzeżeniem od sił wyższych, bo ostrzeżenie zakłada możliwość uczynienia jakiegoś kroku w celu zapobieżenia niepożądanemu wydarzeniu. W moim przypadku te sny to jakby prosta zapowiedź typu „za chwilę dostaniesz w łeb i nic na to nie poradzisz”. Fascynujące jest, jak działa mechanizm podświadomości, która najwyraźniej wyczuwa „co w trawie piszczy”. Wszelka prekognicja jest jednak sprzeczna z logiką linearnego czasu, którym to pojęciem się posługujemy i do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Gdyby się jednak okazało, że czas jest wymiarem o takim samym charakterze, co wymiary przestrzenne i że pewne „obiekty” już się w nim znajdują, a tylko nasze umysły żyją złudzeniem, że podejmują jakieś decyzje i że coś od nich zależy…?

Choćby nawet tak było, nie możemy przyjmować takiego pojmowania rzeczywistości, bo to w nieunikniony sposób prowadziłoby do kwietyzmu i poczucia całkowitej niemocy. Na to pozwolić sobie nie możemy i dlatego nadal trzeba żyć tak, jakbyśmy faktycznie byli kowalami własnego losu, choć przecież w olbrzymim stopniu zależymy od innych ludzi i od przyrody.

Na razie szukam zarobku.

poniedziałek, 20 września 2010

Wyznania ekonomicznego ignoranta (reaktywacja)

W zeszłym roku pewna moja koleżanka, która wykłada na anglistyce, straciła pracę w liceum, gdzie z kolei od kilku lat sobie dorabiała. Jest specjalistką od metodyki, a pamiętam jeszcze z czasów studiów, że za swoje lekcje była zawsze chwalona i stawiana nam za przykład. Taki nauczyciel par excellence. Umowę z liceum miała terminową, więc faktycznie w każdej chwili dyrekcja mogła jej po prostu nie przedłużyć i tak też właśnie się stało. Co prawda jeszcze pół roku wcześniej dyrektorka obiecywała jej przedłużenie umowy, ale już w czerwcu okazało się, że miejsca dla niej nie będzie. We wrześniu dowiedziała się, że na jej miejsce przyjęto absolwenta uczelni, na której oboje pracowaliśmy – jej własnego studenta. Twarda rzeczywistość okazała się taka, ze wychowujemy sobie konkurencję.

W popołudniowych szkołach językowych też coraz częstszą konkurencją stają się ludzie młodzi, co nie powinno nikogo dziwić, bo jest to zjawisko normalne i zdrowe. Wielu z tych młodych ludzi ma świetne przygotowanie językowe i metodyczne, więc firma na ich zatrudnieniu na pewno skorzysta. Pracują jednak również i tacy, których poziom zbyt wysoki nie jest, ale mimo to są zatrudniani.

Inna moja koleżanka przy okazji dyskusji na powyższe tematy, wyraziła zdziwienie takim stanem, bo jej kapitalizm zawsze kojarzył się z wysoką jakością. No właśnie. Wielu z nas po 20 latach od upadku komuny wolny rynek przywodzi na myśl konkurencję, a ta w naszym mniemaniu wymusza wysoką jakość, bo w przeciwnym wypadku firma wypadnie z rynku. Celują w takim myśleniu ideowi liberałowie gospodarczy, dla których wolny rynek nie tyle jest rozsądnym sposobem zaspokajania ludzkich potrzeb, ale doktryną pojmowaną religijnie.

Ponieważ niczego nie biorę na wiarę, a jako tako jeszcze ten świat chyba umiem obserwować, choć nadal sam uważam, że kiedy to tylko możliwe, państwo/a w wolny rynek nie powinny się wtrącać, to jednak zdaję sobie sprawę z pewnych mitów, jakie się w związku z jego doskonałością wiąże.

Otóż jednym z mitów wolnego rynku jest automatyczne wymuszanie wysokiej jakości. Jakkolwiek tak właśnie być powinno, bo to jest logiczne i samo przez się zrozumiałe, niekoniecznie tak się dzieje, a to z tego względu, że głównym celem każdego przedsiębiorstwa działającego na wolnym rynku jest wypracowanie zysku, a nie podnoszenie jakości. Z pewnością każdy w tym momencie zakrzyknie, że przecież wysoka jakość przynosi wyższy zysk. Otóż wcale niekoniecznie. Jeżeli zysk to bilans przychodów i kosztów, to przy wysokich kosztach związanych z osiągnięciem wysokiej jakości, zysk może okazać się minimalny, lub wręcz żaden. W związku z tym firma musi ciąć koszty, które mogą polegać na zwolnieniu drogiego pracownika (choć doświadczonego fachowca), obcięciu stawek pracownikom, którzy w tym momencie czują się zdemotywowani, zakup tańszych surowców, itd. itp. Każdy, kto przez kilka lat robi zakupy spożywcze, mógł zaobserwować np. zmniejszenie się kostki masła przy tej samej, albo nawet przy nieco wyższej cenie.

Najważniejszy jest bilans, który pokaże wartość dodatnią po stronie zysków. Dlatego większość przedsiębiorstw działa tak, żeby tenże bilans wypadł jak najkorzystniej, natomiast jakość nie jest najistotniejsza. Robert Kiyosaki, autor poczytnych poradników z cyklu „jak zostać milionerem i się nie narobić”, sam zresztą niezły cwaniaczek podający się za superbogacza, choć jest tylko jednym z bogaczy jakich wielu w USA, na jednym ze swoich seminariów ze spragnionymi sukcesu golcami zadał im pytanie: „Kto potrafiłby zrobić lepszego hamburgera niż MacDonald’s?” Z tego, co sam opisuje, podniosły się ręce ponad połowy uczestników spotkania. „Dlaczego to nie wy jednak zarabiacie miliony?”

Ten przykład chyba najwyraźniej pokazuje, jak to działa. Kiyosaki wyjaśnił, że MacDonald’s zarabia nie na hamburgerach, ale na samym systemie, który polega na handlu franszyzą.

Po co jednak szukać przykładów daleko. Kto czytał „Ziemię Obiecaną” Reymonta (czytał, nie oglądał film Wajdy!), ten mógł doskonale zaobserwować jak łódzcy żydowscy fabrykanci generowali zyski kosztem jakości. Reymont za Żydami nie przepadał, to pewne, ale jeśli chodzi o ukazanie mechanizmu ekonomicznego stojącego za ich sukcesem, myślę, że się nie pomylił. Ojciec Maksa, stary niemiecki właściciel dużego warsztatu, ale jednak jeszcze nie fabryki, to przykład „starego” podejścia do interesu – jakość i reputacja budowane przez ciężką systematyczną pracę. (Ha, pamiętacie, jak Dostojewski wyśmiewał to niemieckie mozolne bogacenie się w „Graczu”!). Tymczasem fabrykanci żydowscy w „Ziemi Obiecanej” robią pieniądze na tandecie. Dewizą jest sprzedać dużo i tanio. Jak tanio, to nie może być oczywiście wysokiej jakości. Tanie tkaniny dla biedoty, oto źródło wielu fortun. No, może nie tych największych, bo te w Łodzi nadal należały do Niemców, ale całkiem niemałych. Polski inżynier, który chce w swojej fabryce podnieść jakość produkcji, u nikogo nie znajduje zrozumienia. Po co bowiem wpędzać się w koszty podnoszenia jakości, kiedy tandeta przynosi zyski?

Niektórzy mogą powiedzieć, że takie myślenie ma krótkie nogi i że w końcu taka firma żyjąca ze sprzedaży niskiej jakości produktów nieuchronnie padnie. Z tą nieuchronnością bym nie przesadzał, ponieważ ludzie mniej zamożni zawsze będą szukać czegoś tańszego, więc ten rynek raczej nie zniknie (chyba, że 100% społeczeństwa się wzbogaci i zapragnie czegoś lepszego). W dodatku jeśli nawet, to „Ziemia Obiecana” pokazuje, co się robi w takim przypadku – ogłasza się bankructwo, czyli plajtę. Plajta w znaczeniu Reymontowskim to nie jest prawdziwe bankructwo, ale ogłoszenie niewypłacalności firmy wobec wierzycieli (przy spółce z o.o., to co właściciele zdążą przepisać sobie na swoje konta prywatne jest nie do ruszenia), po to, żeby trochę przeczekać i po 2-3 latach rozpocząć działalność na nowo. Plajta jest co prawda raczej metodą radzenia sobie z długami, a konkretnie wierzycielami, ale pokazuje, że po kilkuletnim życiu z wypuszczania tandety, można sobie spokojnie żyć, a potem na nowo wypuszczać tandetę. W ten sposób nie ma co marzyć o jakimś powszechnym podniesieniu jakości na rynku.

Jakość musi kosztować. Chleb na naturalnym zakwasie, odpowiednio długo wyrastający i pieczony musi kosztować więcej niż ten na chemicznych spulchniaczach i polepszaczach smaku. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia odkryto, że znane światowe marki proszków do prania (tak usilnie wówczas reklamowane w telewizji, że po obejrzeniu filmu na którejś ze stacji komercyjnych, odnosiło się wrażenie, że akcja toczyła się przy pralce) sprzedawane w Polsce i dosłownie te same marki sprzedawane w Niemczech czy gdziekolwiek indziej na Zachodzie, reprezentują zupełnie inne jakości. Przedstawiciele firm produkujących te proszki zarzekali się, że jakość jest ta sama, ale dziesiątki ludzi, którzy doświadczyli prania na Zachodzie i w Polsce, jednogłośnie stwierdzały, że jakość proszków na polskim rynku jest zdecydowanie niższa. W prywatnych rozmowach niektórzy biznesmeni tłumaczyli mi, że jest to oczywiste, ponieważ ceny tychże środków pralniczych w Polsce są o wiele niższe od tych na Zachodzie, więc i jakość musi być niższa, bo przecież nikt nie będzie dokładał do interesu. No logiczne, psiakrew, choć nadal zwodniczość marki drażniła. Minęło kilka lat i ludzie zaczęli masowo wyjeżdżać do Wielkiej Brytanii. Jedna z moich koleżanek przy okazji pobytu wakacyjnego w Polsce stwierdziła, że proszek do prania w Londynie jest TAŃSZY niż w Polsce. Nie, wcale nie miała na myśli tego, że tam zarabia tyle, że ją relatywnie stać na więcej pudełek proszku, niż było ją stać w kraju. On jest tańszy po zwyczajnym przeliczeniu funtów na złotówki po kursie dnia. Ponieważ na wakacjach w Polsce też robi pranie, stwierdziła kategorycznie, że jakość tej samej marki proszku do prania w Polsce jest nadal GORSZA. Ktoś nas robi w bambuko i to od wielu lat, a my nie mamy nawet narzędzi, żeby to zmienić. Przecież związki zawodowe nie wywołają strajku w celu podniesienia jakości proszków do prania na polskim rynku. Sam rynek w postaci klientów odchodzących od produktów gorszej jakości do lepszych też tego nie ureguluje, bo nie ma do czego odchodzić! W ten sposób niska jakość i to wcale nie za niską cenę ma się dobrze i prawdopodobnie ten stan będzie trwał.

Kusi mnie, żeby całe to rozumowanie przenieść na świat polityki. Przeciwnicy obecnego rządu Polski ze strony PiS i całej katolickiej prawicy socjalnej (oksymoron, ale tak to u nas wygląda) odsądzają PO od czci i wiary, oskarżając o zbrodnie i zdradę. Nie posunę się tak daleko w oskarżeniach, ponieważ nie mam w ręku dowodów. Jakość rządów natomiast jaka jest każdy widzi. Grozi nam podobno kryzys porównywalny do greckiego, a może nawet do argentyńskiego sprzed kilku lat (oby nie!). Nikt chyba już nie pamięta, że poseł Palikot stoi na czele komisji „Przyjazne państwo”, bo nikt nie wie, co owa komisja zrobiła, żeby państwo było faktycznie obywatelowi przyjazne, gdyż poseł Palikot kieruje swoją energię na zupełnie inne sprawy. Zespół pani Julii Pitery od działań antykorupcyjnych nie dał się jak na razie poznać z żadnej strony, co wywiera wrażenie, że go praktycznie nie ma. Pan Radosław (dla przyjaciół Radek, więc chyba nie dla mnie, bo bruderszaftu z nim nie piłem) Sikorski miło się uśmiecha do swoich kolegów z innych krajów i chyba nic poza tym. W celu załatania dziur w wydatkach państwa podnosi się podatki, a z Rosją negocjuje długoterminową umowę na dostawę gazu, który powinien być tańszy. Nie ma się z czego cieszyć, ale w procentowych słupkach politycznych sondaży, partia rządząca ma nadal przewagę nad przeciwnikami. Jak to działa? Tam, gdzie naród może w warunkach demokracji, czyli w tym wypadku takiego politycznego wolnego rynku, wybrać wyższą jakość, wybiera polityczną tandetę. Dlaczego?

Odpowiedź jest dość prosta – na rynku politycznym, tak samo jak w sferze gospodarki, jakość nie wydaje się najważniejsza. Tak jak w gospodarce najważniejszy jest zysk, tak w polityce wynik wyborczy. Dla jego osiągnięcia żadna z partii nie zaryzykuje podniesienia jakości działalności państwa, bo działania w tym kierunku naraziłyby je na utratę popularności elektoratu, który … sam nie jest najwyższej jakości, ale to już cały osobny temat.

Wróćmy jednak na moment do jakości w produkcji, handlu i usługach. Profesor Andrzej Blikle od kilku lat wdraża w swojej firmie (znanej od wielu lat z produkcji doskonałych pączków) metodę zarządzania zwaną TQM – total quality management, totalne zarządzanie jakością, która polega na tym, że całej firmie jak i każdemu pracownikowi z osobna wyznacza się za cel stopniowy wzrost jakości produktu. Podobno na tym zbudowano potęgę gospodarczą Japonii. Niestety Japonia od co najmniej dziesięciu lat nie jest już stawiana za przykład doskonale działającej gospodarki. Nadal rządzi model przyjęty w Ameryce (TQM też wymyślił Amerykanin, ale w jego ojczyźnie się nie przyjął), polegający na prostym generowaniu zysków z odjęcia kosztów od przychodów. Nie chcę tu siać pesymizmu, ale jak na razie na „wysoką jakość na każdą kieszeń” nie mamy co liczyć.

Natomiast nasi byli studenci, którzy teraz są naszymi młodszymi kolegami i, niestety, często również konkurentami na rynku pracy, mają tę przewagę nad nami, że firma może im zapłacić mniej, a oni się na to zgodzą. Proste.

niedziela, 19 września 2010

Polskie miejskie mity

Poważnych tematów nie brakuje, ale jakoś nie chce mi się ich drążyć i rozbierać, bo sie człowiek tylko gotuje, zacietrzewia, a i tak nic z tego stanu nie wynika. Jeszcze ponad tydzień do rozpoczęcia zajęć dydaktycznych na uczelniach, więc niech jeszcze będzie trochę wakacyjnie.

Niedawno w telewizji młoda stewardessa opowiedziała przy okazji ciekawostek nt. upierdliwych pasażerów, że miała takiego, który na pytanie "Czego pan sobie życzy?" odpowiedział "Wszystko, co sie należy". No anegdotka śmieszna, tylko, ilu stewardessom może się przytrafiać pasażer z takim samym tekstem? Historyjkę o takiej właśnie odpowiedzi na uprzejme pytanie latającej obsługi słyszłem jakieś 13 lat temu, kiedy ta dziewczyna z telewizji mogła mieć najwyżej lat 10.

Zadziwiający jest mechanizm, który każe opowiadającemu zabawną historyjkę uwiarygodniać ją poprzez przypisywanie sobie w niej uczestnictwa. Siedem lat temu, pewien dziennikarz z "Kuriera Porannego", z którym znalazłem się w jednym autokarze do Belgii, zabawiał towarzystwo opowieścią o tym, jak to w jego czasach licealnych (facet był/jest w moim wieku, albo odrobinę starszy) jego kolega trzymał zapalonego papierosa w ustach stojąc twarzą do pisuaru i oddając się czynności, do której pisuar jest najlepiej przystosowany. Do męskiej toalety przyszedł nauczyciel, więc cała reszta palących tam chłopaków rzuciła papierosy w popłochu i uciekła, natomiast tenże lokalny a żywy Manneken pis tego faktu nie zauważył i papierosa z gęby nie wypluł. Co więcej, kiedy nauczyciel poklepał go po ramieniu w celu zwrócenia na siebie uwagi, siusiający palacz myślał, że to kolega żebrzący o "pojarę", czyli o kilka sztachnięć papierosem. W związku z tym wyjął papierosa z ust, i nie odwracając się podał go do tyłu nauczycielowi ze słowami: "Masz dwa machy i spier....j".

Współpasażerowie serdecznie się uśmiali, a ja głupi, zamiast się przez grzeczność uśmiechnąć, stwierdziłem, że dosłownie tę samą historię słyszałem 17 lat wcześniej od mojego kolegi ze studiów, Piotrka Karwackiego, który przysięgał, że całą akcję widział na własne oczy w swoim liceum (nie pamiętam, czy w Przasnyszu, czy innym kurpiowskim mieście). Ba, Piotrek dlatego musiał przysięgać, bo już wówczas wytknąłem mu powtarzanie zasłyszanych opowieści, ponieważ o identycznym wydarzeniu słyszałem 3 lata wcześniej od mojego kolegi Lubka Drożdża, który z kolei umiejscawiał akcję w swoim łódzkim liceum. Kiedy to wszystko opowiedziałem, dziennikarz, zamiast obrócić ten żart w żart do kwadratu, mówiąc np., że jeżeli nawet jest to wymyślone, to dobrze wymyślone, zabrnął dalej w przysięgi na temat naocznego świadectwa opisywanego wydarzenia i oczywiście na temat jego lokalizacji w Łomży (miasto pochodzenia znajomego dziennikarza).

Może niektórzy pamiętają anegdotkę z czasów stanu wojennego opowiadaną przez studentów ze wszystkich możliwych miast akademickich Polski o tym, jak to na widok smutnych panów, w których studenci bezbłędnie rozpoznawali SBków, mówili do siebie nawzajem "pamiętaj, tego a tego dnia o dziewiątej, pamiętaj, punkt dziewiąta". Oczywiście tegoż dnia przed dziewiątą zebrało się ZOMO z pałami w celu rozpędzenia antysocjalistycznej demonstracji, ale przed akademikami panowała cisza. Punkt o dziewiątej otwierają się wszystkie okna w akademikach, a z nich rozlega się chóralny śpiew i dźwięki przedwojennego przeboju Eugeniusza Bodo "Umówiłem się z nią na dziewiątą". Fajna historia, serca krzepiąca, tępych SBków wyśmiewająca, ale kompletnie nieprawdziwa. Ten, który ją wymyślił, nie brał chyba pod uwagę faktu, że donosiciele SB byli również wśród studentów i taka akcja po prostu nie mogła się udać. W Łodzi studenci Uniwersytetu zarzekali się, że to się wydarzyło na Lumumbowie, ci z Politechniki, że było to oczywiście na ich osiedlu akademickim przy Al.Politechniki. Kiedy jednak na obóz naukowy w Kutnie dojechali do nas studenci UMCSu z Lublina, dowiedzieliśmy sie, że cała rzecz miała miejsce właśnie w ich mieście. Potem usłyszałem to jeszcze o Warszawie, Krakowie i Poznaniu.

Podobnie rzecz się miała z "trepowskimi" odzywkami i prymitywnymi dowcipami oficerów ze Studium Wojskowego. Wśród studentów UŁ krążyły anegdoty o majorze Sulimie, który był postacią autentyczną i każdy go znał. Robił błędy gramatyczne, prawdopodobnie nie cierpiał studentów, którzy, jak to zarozumiali gówniarze, uczynili go obiektem swoich kpin. Co poniedziałek można było usłyszeć bieżące opowieści o majorze Sulimie, które były owszem zabawne, ale niekoniecznie się nadawały na anegdotę. Po bieżących relacjach przychodziła jednak kolej na opowieści zasłyszane od starszych roczników. Tutaj rozwiązywał się worek z dowcipami typu: "Buty mają się świecić jak psu jajca, albo jak moje" itd. itp. Kontakty ze studentami z innych uczelni przynosiły jednak wątpliwości co do możliwości majora Sulimy w popełnianiu gaf i głupot wszelkich, bo oto okazywało się, że robił to jakiś inny major albo kapitan z jakiegoś innego Studium Wojskowego - w Gdańsku, Wrocławiu czy w każdym innym mieście akademickim.

Nie pamiętam już dokładnie który to rok z siódmej dekady ubiegłego stulecia przebiegał pod znakiem "czarnej wołgi". W każdym razie byłem w jednej z młodszych klas szkoły podstawowej. W szczycie radzieckiej myśli motoryzacyjnej koloru czarengo miała podróżować banda Niemców z RFNu (bo w NRD żyli "dobrzy", czyli komunistyczni Niemcy), która na rocznicę przegranej Niemiec (ha! może to więc był 1975?) miała porwać określoną liczbę polskich dzieci (tutaj relacje sie rozbiegały - od 30 do 30 tysięcy) i spuścić im krew z żył! Zaiste historia mrożąca krew w żyłach, a my nie na żarty mieliśmy stracha idąc do lub wracając ze szkoły.

Mniej więcej w tym samym czasie, czyli w czasach mojej edukacji na poziomie podstawowym, wielka grupa koleżanek i kolegów przysięgała, że na własne oczy widziała kioskarza/kioskarkę przekłuwającego/ą prezerwatywy szpilką! To dlatego kondomy miały być niezwykle zawodnym środkiem antykoncepcyjnym!

Mity lub legendy miejskie ("urban myths", "urban legends") to zjawisko nienowe i doskonale znane w krajach anglojęzycznych, a myślę, że nie tylko. Opowiadanie głupot w sytacjach towarzyskich, w dodatku w celach rozrywkowych, nie ma w sobie niczego złego. Nie przestaną mnie jednak zadziwiać ci, którzy takie rzeczy wygadują ze śmiertelną powagą i na szalę rzucają własną wiarygodność, żeby tylko wiarygodnymi uczynić te swoje głupoty. Ciekawy mechanizm psychologiczny :)