środa, 8 sierpnia 2012

Ściana wschodnia, dzień szósty

Wczoraj był ostatni dzień wieńczący naszą wyprawę po "ścianie wschodniej". Co prawda w planie mamy jeszcze dwa dni podróży i zwiedzania, ale od wschodniej granicy naszego państwa zdecydowanie się oddalimy.

Wyruszyliśmy o 10.30 w kierunku Hrubieszowa. Ponieważ zwiedzanie tego miasta zaplanowaliśmy na sam koniec naszej dzisiejszej wycieczki, przejechaliśmy tylko przez nie i udaliśmy się wprost do Werbkowic, gdzie po wypiciu kawy w barze "Smakosz" (niezbyt atrakcyjne miejsce, ale pierwsze, na jakie trafiliśmy, jak się potem okazało, później minęliśmy dwie restauracje, które przynajmniej z zewnątrz wyglądały ciekawiej; niemniej kawa była nienajgorsza) udaliśmy się w kierunku drewnianego kościółka, który został zbudowany w II połowie XIX jako cerkiew prawosławna.

Werbkowice zaskoczyły nas swoim rozmiarem i charakterem. Z mapy w atlasie trudno się było domyślić, że to spora miejscowość z blokowiskiem i zakładami cukrowniczymi. Potwierdza się stara prawda, że przemysł ożywia miejsca, a w tym wypadku (odpukać) nie zamordowano miejscowej cukrowni, jak to zrobiono swego czasu z szeregiem innych. Werbkowice są więc dużą wsią o charakterze miejskim.

Wróciwszy do "centrum" przeszliśmy przez park i dotarliśmy do klasycystycznego dworu rodziny Szydłowskich, który dziś mieści Instytut Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa. Po obejściu samego dworu i zabudowań dworskich zwróciłem uwagę na drzewo rosnące u węgła pałacyku. Ponieważ wyglądało jak miotełka do kurzu, z długim pniem i iglastą koroną, pomyślałem, że to musi być reprezentant jakiejś flory śródziemnomorskiej (w dziedzinie dendrologii i botaniki w ogóle jestem niestety kompletnym ignorantem). Ponieważ drzewo nie dawało mi spokoju, wszedłem do budynku, żeby o nie spytać. W końcu specjaliści od uprawy będą z pewnością wiedzieć, co u nich rośnie.

Idąc za odgłosem rozmowy dotarłem do dużego pomieszczenia biurowego, w którym dwie panie za biurkiem rozmawiały z siedzącym tyłem do wejścia mężczyzną. Na moje pytanie o drzewo panie zrobiły na poły zdziwioną a na poły bezradną minę, natomiast pan się odwrócił, i przyglądając mi się również z pewnym zdziwieniem, wyjaśnił, że jest to zwykły polski świerk, na który wszedł grzyb, więc mu obcięto dolne gałęzie. Na szczęście drzewo nie uschło i choroba nie weszła dalej, więc nadal sobie rośnie, a dzięki temu zabiegowi wygląda jak wygląda. Uprzejmie podziękowałem za informacje, po czym dogoniłem swoje kobiety, które pomaszerowały były w stronę samochodu.

Naszym następnym celem była wieś Czermno, o której już w piątej klasie podstawówki wiedziałem, że leży na miejscu Czerwienia, czyli najpotężniejszego z Grodów Czerwieńskich, o które toczyli boje pierwsi Piastowie (m.in. Bolesław Chrobry) i Rurykowicze (m.in. zajął je Jarosław Mądry).

Miejscowości są na lubelszczyźnie na ogół dobrze zaznaczone, ale trafiłem na kilka miejsc, gdzie pojawiła się tablica oznaczająca teren zabudowany, natomiast brakowały tablicy z nazwą miejscowości. Tak właśnie było z Czermnem. Wyjechawszy zza zakrętu zobaczyłem po prawej zabudowania jednego gospodarstwa, zaś nieco wcześniej tablicę przy polnej drodze odchodzącej na lewo od szosy. Nie była to jednak tablica służb drogowych, ale raczej związanych z propagowaniem miejsc historycznych. Mimo faktu, że z daleka napis nie był zbyt wyraźny, odczytałem go jako Czerwień. Podjechaliśmy bliżej i przeczytaliśmy pełną informację. Początkowo moja żona stwierdziła, że to już chyba wszystko, co da się tutaj zobaczyć, czyli szczere pole i kilka zagród na końcu polnej drogi, której perspektywa rozciągała się przed nami. Ja jednak pamiętałem z jakiegoś podręcznika, że musi tu gdzieś być wzniesienie. Ruszyliśmy w stronę zabudowań (jakieś 5 gospodarstw). Minęliśmy je, zaś przy ostatnim z nich stała czerwona tabliczka informująca, że tutaj stal gród Czerwień i jest to miejsce pod opieką archeologiczną itp. Tym razem ja pomyślałem, że grodzisko stało tam, gdzie po lewej stronie żwirowej drogi stały zabudowania ostatniego z gospodarstw. Zaryzykowałem jednak i podjechałem nieco dalej, gdzie polna już droga (taka z dwiema koleinami i pasem trawy pośrodku) rozwidlała się. Zatrzymałem samochód i po prawej dostrzegłem charakterystyczne wzniesienie. Na lewo od niego w oddali bieliła się mała tabliczka na patyku. Początkowo byliśmy sceptyczni co do jej treści, ale kiedy jednak do niej podeszliśmy, okazało się, że jest to stara informacja o punkcie badań archeologicznych, zaś wzniesienie, na które się wdrapaliśmy, to pozostałości wałów obronnych grodu, po którym nie ma już żadnych innych śladów. Kolejny przykład ironii historii, która pokazuje, że duma i potęga gospodarcza czy polityczna nie są wcale trwałe.

Dopiero wyjechawszy na asfaltową szosę i kierując się w stronę Tyszowiec trafiliśmy na tabliczkę z nazwą Czermno i kolejne kilka zabudowań.

Tyszowce to miejsce, gdzie w grudniu 1655 roku podpisano akt słynnej konfederacji, w której to polska szlachta doszła do opamiętania i zwróciła się przeciwko królowi szwedzkiemu Karolowi Gustawowi oraz udzieliła wsparcia legalnemu, choć powszechnie znienawidzonemu władcy, staremu intrygantowi Janowi Kazimierzowi. Ponieważ w żadnym przewodniku nie znalazłem ani jednego obiektu wartego zobaczenia w tej miejscowości, przejechaliśmy przez nią tylko i mijając kolejne wsie trafiliśmy wreszcie do miejsca, które w ogóle natchnęło mnie myślą o wyprawie wzdłuż "ściany wschodniej". Obejrzawszy jakiś rok temu film dokumentalny na temat odkrycia potężnej osady Gotów w Masłomęczu, zapałałem chęcią odwiedzenia tego miejsca. I teraz moje marzenie się spełniło. Ośrodek "gocki" znajduje się przy samej głównej szosie, tylko trzeba skręcić w asfaltową drogę w prawo (jadąc od Tyszowiec, od Hrubieszowa w lewo). Oznakowanie nie jest najgorsze, ale jeśli ktoś się nie orientuje, czego szuka, mógłby ulec złudzeniu, że "Gotania" to nazwa jakiejś firmy reklamującej się przy drodze. Tymczasem jest to przedsięwzięcie poświęcone właśnie Gotom - http://www.gotania.pl/ .

Nie byliśmy jednak pewni, czy niewielki ogrodzony teren u zbiegu dróg to właśnie to miejsce, którego szukamy i czy mamy prawo na niego wjechać. Skręciwszy więc w tę boczną drogę zatrzymaliśmy się nieco za bramą wjazdową, żeby wysiąść i zasięgnąć informacji. Nie zdążyłem otworzyć drzwi, kiedy podszedł do naszego samochodu młody mężczyzna serdecznie nas zapraszając do zaparkowania na terenie ośrodka. Jak się okazało, pani rozmawiająca z dwoma innymi mężczyznami była sołtysem Masłomęcza. Ona też zaraz zatelefonowała do pani, która miała nas oprowadzić i opowiedzieć o Gotach oraz o całym przedsięwzięciu. Kiedy profesor Andrzej Kokowski z UMCS w szeregu lat pracy w Masłomęczu zaproponował mieszkańcom wsi zdyskontowanie odkrycia i podjęcie przedsięwzięcia nakierowanego na popularyzację wiedzy o Gotach i ich życiu w Masłomęczu, pani Krystyna i jej mąż okazali się pierwszymi entuzjastami projektu.

Pani Krystyna Kraj okazała się wulkanem energii i wielką pasjonatką. Słuchając jej opowieści spędziliśmy w Masłomęczu jakieś dwie godziny, ale czas nam się w ogóle nie dłużył. Na dodatek pani Krystyna opowiada zupełnie za darmo! Masomęczanie biorący udział w projekcie nauczyli się lepić i wypalać garnki, opanowali sztukę tkania metodami starożytnymi (Goci w Masłomęczu to II-IV wiek naszej ery), wyrobu kościanych igieł, szklanych paciorków tudzież wyrobu fibul (starożytnych ozdobnych agrafek). Myślę, że innym kraju już dawno cała wieś dobrze by na tych Gotach żyła, powstałby park rozrywki, muzeum, kilka restauracji i hoteli. W Masłomęczu jest na razie pomysł na zbudowanie skansenu gockiego, tudzież udostępnieniu jakiegoś odcinka wykopalisk. Są bogaci sponsorzy ze Szwajcarii. Niemniej jest całe mnóstwo przeszkód natury biurokratyczno-prawnej (np. sprawa odrolnienia ziemi), o które rozbija się entuzjazm tych nielicznych pasjonatów z wizją. Co więcej, władze Hrubieszowa chciały położyć ręce na szwajcarskich funduszach i zbudować coś bliżej tego gminnego miasta. Jak to zwykle u nas - same problemy tam, gdzie można byłoby organizować wspaniałe imprezy i zarabiać duże pieniądze.

Pożegnawszy się z panią Krystyną, ruszyliśmy do ostatniego punktu naszej wycieczki, a mianowicie Hrubieszowa, którego centrum leży na wyspie utworzonej przez rzekę Huczwę i kanał od niej odchodzący. Hrubieszów naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył. Ponieważ byliśmy już naprawdę głodni, najpierw udaliśmy się do restauracji Colltura w celu spożycia obiadu. Następnie ruszyliśmy na ulicę 3 Maja, wokół której skupiają się wszystkie obiekty warte obejrzenia (oprócz dawnej cerkwi unickiej i cmentarza żydowskiego). Najpierw zobaczyliśmy z zewnątrz bialy kościół podominikański (niestety był zamknięty) i jego dzwonnicę. Zaraz po drugiej stronie ulicy znajduje się cerkiew prawosławna zbudowana przez władze carskie w II poł. XIX wieku w celu pokazania kto tu rządzi - stąd jest to budowla naprawdę imponująca, jakiej nie widziałem nawet na białostocczyźnie. Udało nam się nawet wejść do środka. Jest to bowiem cerkiew czynna, co nie jest takie oczywiste na tych terenach, zaś technicy pod nadzorem duchownego (jak się domyśliłem po tuszy i brodzie) przeprowadzali jakieś pomiary.

Następnie obfotografowaliśmy budynek plebanii, w której urodził się Aleksander Głowacki, czyli wielki polski pisarz Bolesław Prus, po czym doszliśmy do parku z pomnikiem Bolesława Prusa, kamieniem z tablicą informującą o życiu w Hrubieszowie Bolesława Leśmiana, oraz monumentalny dąb poświęcony Janowi III Sobieskiemu.

Po przeciwnej stronie bieli się dworek du Chateau, którego centralna część została zbudowana w 1791 roku, ale który swoją nazwę zawdzięcza późniejszemu właścicielowi - oficerowi napoleońskiemu, który postanowił się w Hrubieszowie osiedlić. Muzeum, które się w nim mieści było już niestety zamknięte.

Dalej zobaczyliśmy dworek Kisewetterów, duży budynek, ale niestety robiący wrażenie nieco zaniedbanego, oraz po drugiej stronie ulicy kamienicę Golakowskich, w której w latach 30. ubiegłego stulecia mieszkał major Dobrzański, czyli słynny "Hubal".

Wróciwszy do centrum udaliśmy się na skarpę nad rzeką Huczwą, na której wzosi się obecnie kościół rzymsko-katolicki, który pierwotnie był cerkwią greko-katolicką (przez pewien czas, pod presją władz rosyjskich też prawosławną).

Syci wrażeń poszliśmy już do samochodu, by przez Dubienkę i Dorohusk, których topografia z pewnością utrwaliła się w mojej świadomości, pojechać na naszą kwaterę w Woli Uhruskiej.

Dzisiaj odbijamy od ściany wschodniej i ruszamy najpierw na Zamość.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Ściana wschodnia, dzień piąty

Dzisiaj skierowaliśmy się od razu na południe od naszej kwatery w Woli Uhruskiej i zatrzymaliśmy się w Uhańce tuż przed Dubienką. Otóż rzeczywiste miejsce bitwy między regularnymi oddziałami polskimi a armią rosyjską z 18 lipca 1792 roku to była właśnie Uhańka, choć bitwę znamy jako bitwę pod Dubienką. Tadeusz Kościuszko, dysponując 5 tys. żołnierzy, stracił ich 900, podczas gdy siły rosyjskie liczące 25 tys. stracili ich 4 tysiące. Przewaga liczebna Rosjan była zdecydowana, ale Polacy zadali im większe straty i wycofali się w zwartym szyku, przez co obie strony przypisały sobie zwycięstwo w tej bitwie. Obecnie w Uhańce znajduje się kopiec upamiętniający miejsce bitwy. 

W samej Dubience zatrzymaliśmy samochód przed kościołem pw. Św. Trójcy - neobarokowy z połowy XIX wieku. Moment później zatrzymał się za nami sympatyczny proboszcz, który wpuścił nas do środka i pokazał cenne obrazy. Zwrócił też naszą uwagę na uszkodzenia posadzki spowodowane ostrzałem w czasie II wojny światowej. Nie wolno ich jednak usunąć, gdyż trzeba by na to uzyskać zgodę konserwatora zabytków, a ten udzielić jej nie chce, bo jest to ślad historii.

Podczas krótkiego spaceru po Dubience zobaczyliśmy radziecki czołg na postumencie stojący w pobliżu tabliczki informującej, że znajdujemy się w centrum miejscowości. Nieco dalej znajduje się ceglana nieczynna cerkiew (również pod wezwaniem Św. Trójcy). 

Z Dubienki odbiliśmy nieco na zachód, żeby w Uchaniu odkryć przepiękny późnorenesansowy - owszem odnawiany, ale nieprzebudowany - kościół fundacji rodziny Uchańskich. Niestety był zamknięty, ale przez szklane szyby w drzwiach mogliśmy podziwiać rzeźbione nagrobki fundatorów, których nie powstydziłyby się nawet rzymskie kościoły. Muszę przyznać, że kościół w Uchaniu zrobił na mnie największe wrażenie. 

W Wojsławicach również z zewnątrz podziwialiśmy barokowy kościół pw. Michała Archanioła (tej budowli naprawdę przydałby się solidny remont). Nieopodal znajduje się postument, na którym w 1905 roku stanął car Aleksander II, ale po odzyskaniu niepodległości przez Polskę zastąpił go Tadeusz Kościuszko. Następnie obejrzeliśmy nieczynną i niezbyt imponującą cerkiew z 1771 roku (czyli pierwotnie unicką, później prawosławną) pw. św. Eliasza (Ilji). Przed tą ostatnią stała ceglana wieża z cebulastą kopułą, ale doprawdy trudno orzec, czy była to dawna cerkiewna dzwonnica, czy coś zupełnie innego - nie trafiłem na opis tego obiektu. Następnie, idąc wzdłuż pierzei kwadratowego rynku minęliśmy charakterystyczne parterowe domy z podcieniami. W ten sposób dotarliśmy do synagogi z 1903 roku, gdzie obecnie znajduje się urząd gminy, biblioteka publiczna i inne urzędy. 

Z Wojsławic pojechaliśmy malowniczą szosą (uroku pagórkowatemu terenowi pokrytemu polami po żniwach dodawała gra światła - efekt kombinacji deszczowych chmur i czystego słonecznego nieba - prosto do Horodła, a więc miejsca pamiętnej unii polsko-litewskiej z 1413 roku. Kierując się wskazówkami na białych tabliczkach najpierw wyjechaliśmy ok. 2 km za samą miejscowość na miejsce zgromadzenia polskich patriotów ze wszystkich części Pierwszej Rzeczypospolitej w 1861 roku (pisałem o tym kilka tygodni temu), które upamiętnia kopiec z krzyżem. W samym Horodle spotkać się nie mogli, gdyż dostępu do miejscowości broniły siły regularnej carskiej armii. 

Wróciwszy do centrum współczesnego Horodła zjedliśmy pyszny obiad w restauracji, a raczej domu weselnym "Sława" (żona chwaliła rewelacyjne placki ziemniaczane - ze świeżo startych ziemniaków i ze świeżutką śmietaną). Następnie zrobiliśmy spacer po rynku, który komunistyczną modą został pewnie przerobiony na "parczek", wewnątrz którego stoją dwa kamienne lwy pochodzące z dworu w Wieniawce, ale które prawdopodobnie wcześniej ozdabiały horodelski zamek. Nieopodal znajduje się zespół podominikański z imponującym późnobarokowym kościołem pw. św. Jacka, zaś po drugiej stronie ulicy Jurydyka stoi drewniana cerkiew św. Mikołaja, która obecnie używana jest przez katolików. Niemniej wewnątrz nadal można podziwiać prawosławny ikonostas (my zrobiliśmy to znowu tylko przez szybkę w zamkniętych drzwiach - tak samo jak z barokowym wnętrzem kościoła).

Udaliśmy się również kilkaset metrów ulicą o nazwie Wały Jagiellońskie. Tak bowiem nazywają się pagórki nad Bugiem, będące pozostałością wałów obronnych, zaś skarpa, skąd pięknie widać płynący w dole Bug (choć przez gałęzie drzew) to miejsce, gdzie niegdyś stał zamek. 

Jadąc w jedną i drugą stronę minęliśmy w Horodle również kościół polskokatolicki z lat 30. ubiegłego stulecia, ale nie zatrzymywaliśmy się przy nim. 

Horodło robi sympatyczne wrażenie, ale stanowi również pewne memento ukazujące zmienność losów i nietrwałość czegokolwiek, co nam się wydaje, że będzie trwało. Jedno z potężnych miast państwa polsko-litewskiego to dziś jedynie wieś borykająca się z kłopotami wspólnymi dla wszystkich polskich wsi. 

W Dubience spytałem sympatycznego księdza o wyznawców prawosławia. Odpowiedział, że ich tam nie ma, natomiast oprócz katolików są jeszcze zielonoświątkowcy i świadkowie Jehowy. Brak prawosławnych i unitów na tych terenach można wytłumaczyć dość prosto. Kiedyś wydawało mi się, że akcja "Wisła" obejmowała jedynie ludność ukraińskojęzyczną Bieszczad i Beskidu Niskiego. W rzeczywistości przesiedlenia objęły prawie całą ścianę wschodnią. Na swoim miejscu pozostali mieszkańcy białostocczyzny posługujący się dialektami ukraińskimi, ponieważ ich nauczono, że są Białorusinami. 

Muszę przyznać, że jeszcze w liceum, kiedy uczyłem się na lekcjach historii, takie miejscowości jak Dubienka czy Horodlo umieszczałem sobie w ignorancji swojej gdzieś głęboko na terenach, które odpadły od Polski. One jednak pozostają we współczesnych granicach naszego kraju. Tym bardziej zachęcam do ich odwiedzania i przyczyniania się do turystycznego ożywienia tej części Polski. Naprawdę warto!

niedziela, 5 sierpnia 2012

Ściana wschodnia, dzień czwarty

Dzisiaj spędziliśmy większość naszego czasu zwiedzania w Chełmie. Jest to miasto, które dotychczas kojarzyłem jedynie ze swoją peerelowską edukacją. Uczono nas bowiem, że Chełm był pierwszym polskim miastem wyzwolonym przez siły radziecko-polskie. Nikt oczywiście nam nie tłumaczył, że w granice przedwojennej Polski wojska te wkroczyły nieco wcześniej. Nieco później dowiedziałem się, że Chełm i chełmszczyzna były kartami przetargowymi, jakimi grali niemieccy okupanci w czasie I wojny światowej tworząc zręby rzekomej polskiej państwowości - ziemę tę postanowili oddać Ukraińcom. Na tym moje skojarzenia z Chełmem się kończyły. Do tego dochodzi myślenie stereotypami "Polski B", więc niczego zbyt ciekawego się po tym mieście nie spodziewałem. Tym bardziej miłe było moje zaskoczenie, kiedy w końcu znalazłem miejsce do zaparkowania samochodu (tuż przy zespole katedralnym) i rozpoczęliśmy spacer po najstarszej części miasta.

Samej bazyliki Narodzin Najświętszej Marii Panny wewnątrz nie zwiedziliśmy i nie obfotografowaliśmy, gdyż akurat odbywała się tam msza. Weszliśmy za to na szczyt dzwonnicy, która pełni rolę wieży widokowej, skąd roztacza się panorama miasta, w tym wzgórze z krzyżem, gdzie niegdyś znajdowało się najstarsze grodzisko. Sama bazylika mariacka również wygląda z góry nieco inaczej. Najstarszą świątynię w tym miejscu wzniósł książę Daniel, ten sam który założył Lwów i jako jedyny władca Rusi dostał od papieża tytuł króla - koronował się w Drohiczynie, choć nie do końca jest pewne, czy chodzi o ten Drohiczyn w obecnym województwie podlaskim. Obecna katedra jest znowu dziełem Pawła (Paolo) Fontany, który okazuje się mistrzem polskiego baroku. Wg projektu tego samego architekta zbudowano również kościół pod wezwaniem rozesłania św. Apostołów przy ulicy Lubelskiej. Tam udało nam się wejść po zakończeniu niedzielnej mszy. Generalnie nie przepadam za barokiem, który kojarzy mi się z przeładowanym ozdobami i złotem kiczem, ale polski barok jest ciekawy właśnie dlatego, że w odróżnieniu od Włoch czy krajów zachodnich, nasi fundatorzy kościołów, choć niewątpliwie bogaci, nie byli w stanie zapewnić swoim świątyniom tyle przepychu. I całe szczęście! Dzięki temu polski barok jest naprawdę strawny, a wręcz urokliwy.

Z zewnątrz obejrzeliśmy cerkiew św. Jana Teologa, która jest obecnie odnawiana przy udziale funduszy unijnych. Tak na marginesie - obecność tych funduszy jest na zwiedzanych przez nas terenach wszechobecna, o czym świadczą tablice informujące o tym fakcie.

Synagoga, obok której również przeszliśmy, mieści obecnie "saloon McKenzie".

Tak jak Włodawa zrobiła na mnie wrażenie miasteczka prawników, tak Chełm ujął mnie swoją ostentacyjną manifestacją szacunku dla oświaty. Rynek obwieszony jest reklamą szkół językowych, przedszkoli (przyjmujących już dwulatków), a także IV LO w Chełmie, które chwali się wynikami swoich uczniów. Wspaniale!

Główną atrakcją naszej wycieczki była wizyta Muzeum Kopalni Kredy, która polegała na około godzinnej wędrówce po korytarzach wydrążonych pod chełmskim rynkiem. Jak się dowiedzieliśmy od przesympatycznej przewodniczki, początkowo mieszczanie po prostu kopali pod swoimi domami. W końcu prowadziło to do łączenia się podziemnych korytarzy oraz do zawaleń domów. W latach 60. ubiegłego stulecia natomiast ciężarówka doprowadziła do zapadnięcia się ulicy Lubelskiej!

Coś takiego jak proszek do zębów znałem jedynie z literatury. Ku mojemu zaskoczeniu dowiedziałem się, że była to po prostu sproszkowana kreda. Pastę do zębów Nivea, produkowaną w Polsce (historia samej nazwy Nivea to cały osobny niezwykle ciekawy temat) znałem już doskonale. Oboje z żoną przypomnieliśmy się, że się praktycznie wcale nie pieniła, natomiast świetnie się nadawała do czyszczenia srebrnych (i nie tylko) łyżeczek i innych sztućców. Ona również składała się głównie z kredy.

Wycieczka po korytarzach kopalni kredy była miłym wytchnieniem po spacerze w trzydziestostopniowym upale. Na dole temperatura osiągała 9 stopni Celsjusza. Faktyczne zimno odczułem jednak pod sam koniec podziemnej wycieczki, kiedy to, jak wyjaśniła przewodniczka, wyziębiony organizm zaczął wreszcie odczuwać niską temperaturę.

Jedną z atrakcji podziemnej wyprawy, przede wszystkim dla najmłodszych, było spotkanie z Duchem-Bieluchem. Nie wiem, czy był nim przebrany człowiek, czy efekt został osiągnięty przy pomocy projektora (jego głos bowiem robił wrażenie nagranego, choć też mogę się mylić).

Przed wycieczką po kopalni byliśmy w wyżej wspomnianym kościele rozesłania św. Apostołów, przed którym zaczepił nas Niemiec, którego matka, jak się okazało, pochodziła z okolic Chełma. Szukał punktu Informacji Turystycznej i jakiegoś hotelu. Ponieważ z braku jakiejkolwiek wiedzy nie potrafiłem udzielić mu sensownej informacji, zabrałem go do muzeum, gdzie od 14.00 mieliśmy rozpocząć naszą wycieczkę. Pani sprzedająca bilety, wyszła na zewnątrz, żeby dostrzec, że punkt Informacji Turystycznej jest po prostu zamknięty, ale poprosiła swojego kolegę, który posługiwał się językiem angielskim, żeby udzielił Niemcowi niezbędnych wskazówek. Do podziemi zszedłem więc z czystym sumieniem, ponieważ naturę mam taką, że kiedy ktoś mnie prosi o pomoc, zaczynam z tego kogoś odczuwać pewną odpowiedzialność.

Chełm jest chyba miejscowością nastawioną na wizytę turystów/pielgrzymów, o czym świadczy całkiem spora liczba lokali gastronomicznych. Obiad zjedliśmy w "Restauracji Apteka" w Rynku. Moje papardelle mogłyby być bardziej al dente (niestety były nieco zbyt miękkie) i posypane parmezanem, a nie jakimś innym żółtym serem, ale generalnie było to smaczne danie, podobnie jak żurek z kiełbasą i jajkiem, choć wyczułem w nim chyba ocet, co nie do końca pasuje do tej zupy, która swój smak powinna zawdzięczać naturalnemu kwasowi.

Z Chełma pojechaliśmy do Dorohuska, gdzie zwiedziliśmy kolejny neogotycki kościół oraz z zewnątrz obejrzeliśmy późnobarokowy dwór Suchodolskich, do którego jednak nie weszliśmy, gdyż po pierwsze, jest to siedziba szeregu instytucji gminnych, a po drugie odbywała się tam właśnie jakaś impreza taneczna straży pożarnej.

Wracając zatrzymaliśmy się dwa razy w Urhusku, raz przy cerkwi z połowy XIX wieku zbudowanej przez i dla unitów, ale dwadzieścia kilka lat później zamienionej na prawosławną, która z kolei ocalała z akcji polskich władz z 1938 roku niszczenia cerkwi prawosławnych.

Kiedy czytam przewodniki z podnieceniem przyjmuję wiadomość, że w jakiejś miejscowości znajduje się kościół założony np. w XVI wieku. Niemniej na 90% można się spodziewać, że w dalszej części lektury opisu dowiemy się, że w którymś tam roku kościół się spalił i że został odbudowany w stylu albo barokowym albo klasycystycznym. Podobnie jest z kościołem w Urhusku, który jest budynkiem neoklasycystycznym w XIX wieku. W tej miejscowości nie udało nam się wejść do środka ani do cerkwi ani do kościoła - po prostu były zamknięte.

Przed dziewiętnastą wróciliśmy na naszą kwaterę w Woli Uhruskiej, gdzie syci wrażeń i usatysfakcjonowani oddaliśmy się czynnościom relaksacyjnym ;)

sobota, 4 sierpnia 2012

Ściana wschodnia, dzień trzeci

Dziś o 10.30 opuściliśmy naszą kwaterę w Kuzawce i udaliśmy się w dalszą podróż. Nasz plan nie był zbyt napięty, więc się zbytnio nie spieszyliśmy. 

Najpierw dotarliśmy do Różanki, gdzie oprócz neogotyckiego kościoła nie ma niczego godnego zwiedzenia, ponieważ kordegarda dawnego pałacu Pociejów jest w stanie ruiny. Sam pałac zniknął z powierzchni ziemi na skutek rosyjskiego ostrzału artyleryjskiego w czasie I wojny światowej. Wielka szkoda, bo zdjęcia pokazują go jako niezwykle imponujący budynek, podobnie jak pałac Branickich w Białymstoku, nazywany Wersalem Północy (oczywiście z ogromną przesadą - w Polsce nie ma niczego, co by można było porównać z siedzibą Ludwika XIV).

Za neogotykiem nie przepadam, choć kiedy przypomina gotyk faktyczny, jest do przyjęcia. Problem w tym, że to co łączy pałac Zamoyskich w Jabłoni, kościół w Sławatyczach i kościół w Różance jest fakt, że są to budynki otynkowane. Dla mnie obiekty o spiczastych wieżach i ostrych łukach powinny pozostać w kolorze czystej cegły. Tynk to wg mnie zupełnie niepotrzebne udziwnienie. Niestety taka była moda w XIX wieku. 

Z Różanki udaliśmy się prosto do Włodawy, która jest pierwszą naprawdę większą miejscowością na naszej trasie. Jak się dało zauważyć, jest to miasto zakładów fryzjerskich, kancelarii prawnych i notariuszy. Szyldy z tego typu usługami najczęściej rzucały się w oczy. 

We Włodawie zwiedziliśmy barokowy kościół św. Ludwika zbudowany w latach 1725-1780 wg projektu słynnego wówczas architekta Fontany. Z kościoła, jak to na wschodzie, poszliśmy od razu do cerkwi, która pierwotnie była unicka, ale po przymusowej konwersji unitów na prawosławie, prawosławną pozostała. To, co zwróciło moją szczególną uwagę, to fakt, że ikony w ikonostasie, pochodzące z XVIII wieku są namalowane w stylu niejako łączącym cechy klasycznej ikony prawosławnej i pewne elementy realistycznego malarstwa zachodniego. Chodzi mi tutaj przede wszystkim o sposób cieniowania. 

Jak już zwiedzać świątynie, to nie można we Włodawie ominąć synagogi, a właściwie dwóch - większej i mniejszej. Synagoga ortodoksyjna, to mówiąc ściśle, nie świątynia, gdyś była tylko jedna - ta w Jerozolimie, po której została tylko Ściana Płaczu, zaś synagoga to "szkoła", w której mistrz (rabin - uczony w Piśmie) wykłada święte teksty. Stąd w jidysz synagoga jest często nazywana "szul", czyli szkoła, zaś przed wojną ulica prowadząca do synagogi nazywała się Szkolna.

W synagogach znajduje się muzeum o charakterze ogólnym, choć w wielkiej synagodze odtworzono właśnie żydowski dom modlitwy. W synagodze małej znajduje się "panoptikon", ale skomputeryzowany, bo wszyscy siedzący dookoła urządzenia oglądali w tym samym czasie te same obrazki z historii Włodawy. Na piętrach znajduje się wystawa poświęcona wsi okolic Włodawy. 

Obiad zjedliśmy w restauracji o nazwie "Czar Polesia" - miła i sprawna obsługa, dobre jedzenie - polecam! 
Mojej córce bardzo się we Włodawie podobało, ponieważ przywitała to miasto jako powrót do cywilizacji, co objawiało się w liczbie sklepów, w tym znanych ogólnopolskich "sieciówek". 

Wzgórze, na którym we wczesnym średniowieczu znajdowało się ruskie grodzisko, rozczarowuje, ponieważ stoi na nim współczesna szkoła. 

Z Włodawy ruszyliśmy do Sobiboru, gdzie na próżno szukaliśmy muzeum obozu zagłady. Dopiero dokładne przestudiowanie przewodnika i mapy naprowadziło nas na właściwe miejsce, które znajduje się ponad 3 km dalej, zaś miejscowość nazywa się Sobibór-Stacja. Po piaszczystym leśnym gościńcu dotarliśmy do miejsca obozu znanego ze słynnego filmu z 1987 (Ucieczka z Sobiboru), gdzie zgładzono 250000 Żydów i ok. 1000 Polaków. Po samym obozie nie ma śladu, gdyż po buncie Niemcy sami zlikwidowali cały obóz. Muzeum to niewielki drewniany barak z fotografiami ofiar, oprawców oraz dokumentów niemieckich. Nieco w głębi lasu znajduje się aleja z wyłożonymi po obu stronach kamieniami z nazwiskami ofiar obozu, zaś dalej stoi pomnik ku czci ofiar oraz wielki kopiec zawierający m.in. popioły pomordowanych więźniów Sobiboru. 

Z tego przygnębiającego miejsca pojechaliśmy już prosto do Woli Uhruskiej, która jest miejscowością niemałą, nastawioną na turystykę, a więc można tutaj znaleźć wygodne kwatery oraz mnóstwo sklepów! 
Po wniesieniu bagaży do naszego pokoju udaliśmy się na spacer w kierunku kąpieliska i wreszcie zobaczyliśmy Bug. Chociaż codziennie poruszamy się wzdłuż tej rzeki, dopiero dzisiaj udało nam się dotrzeć nad jej brzeg. Obok minęliśmy teren "Międzynarodowy Pleneru Plastycznego Kresy'92", gdzie kilku mężczyzn pracowało nad wielkimi drewnianymi rzeźbami. Zgadujemy, że drewniane posągi zdobiące park w środku Woli Uhruskiej, to  dzieła tychże artystów. 

Ubolewam, że nie udało mi się zakupić audiobooka trzeciej części sensacyjnego cyklu autorstwa Borisa Akunina. Jak się okazuje, Krzysztof Gosztyła chyba "Lewiatana" jeszcze nie nagrał, a jak nagrał, to audiobook jeszcze nie wszedł do sprzedaży. 

Jutro planujemy wycieczkę do Chełma, Dorohuska i Uhruska. Sprawdzimy też, co znajduje się w innej miejscowości o nazwie Horodyszcze.

piątek, 3 sierpnia 2012

Ściana wschodnia, dzień drugi

Dziś wybraliśmy się do kilku miejsc, o których wiedzieliśmy, że są godne zwiedzenia. Zaczęliśmy od Hanny, która to miejscowość bierze swoją nazwę od królowej Anny Jagiellonki, która to królowa odwiedziła swego czasu tę miejscowość. W Hannie znajduje się drewniany kościół, który pochodzi z XVIII wieku, kiedy powstał jako cerkiew unicka.

Z Hanny ruszyliśmy do Romanowa, gdzie zwiedziliśmy muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego. W domu tym swego czasu mieszkał sam pisarz, jak i jego brat z rodziną. Pałacyk jest większy od domu Henryka Sienkiewicza w Oblęgorku. Gorąco polecam muzeum w Romanowie, gdzie bardzo miła pani wpuściła nas do środka, a na koniec powiedziała kilka słów na temat urządzenia muzeum w domu pisarza. Kupiłem egzemplarz powieści "Krzyżacy 1410", której nigdy nie czytałem. Trzeba sobie powiedzieć otwarcie - Kraszewskiego ciężko się dzisiaj czyta ze względu na archaiczny styl. Niemniej warto przypomnieć, że jego powieści historyczne były oparte o wówczas najnowszy stan badań historycznych.
Dowiedzieliśmy się przy okazji, że Kraszewski nie cierpiał matematyki i za szczęście sobie poczytywał zakończenie cyklu edukacji z tego przedmiotu.

Z Romanowa pojechaliśmy do Jabłoni, gdzie znajduje się neogotycki pałac Augusta Zamoyskiego - obecnie własność prywatna i nieudostępniona. Muzeum imienia tegoż również było zamknięte.

W drodze do Jabłecznej minęliśmy miejscowość Horodyszcze, gdzie w ostatniej chwili dostrzegłem tabliczkę informującą o pałacu. Skręciliśmy i dotarliśmy od neoklasycystycznego budynku, przed którym siedział sobie przy stole jakiś pan sącząc przy stole piwko. Serdecznie zaprosił nas do kompanii, moją żonę poczęstował piwem i zaczęliśmy ciekawą pogawędkę. Okazało się, że to pan Adam Osipiuk, właściciel obiektu. Pan Adam kupił pałacyk w 1983 roku. Chwalił się osobistą znajomością z Lechem Wałęsą i przyjaźnią nieżyjącego prałata Jankowskiego. Pogawędziliśmy nieco o historii i nieco mniej o polityce, ponieważ w tego typu rozmowach łatwo o obrazę, a przecież nie chciałem się kłócić z sympatycznym gospodarzem. Nie poddałem więc w wątpliwość legendy rodzinnej pana Adama (zdaje się że rodu Czajkowieckich, chyba po kądzieli jego przodków), która podaje, że książę Adam Czartoryski, urzędujący już w hotelu Lambert wysłał swoją młodą kuzynkę na wyspę św. Heleny w celu pozyskania genów zdetronizowanego cesarza Francuzów. Kiedy uwięziony francuski gigant spełnił swoją rolę reproduktora, dziewczynę szybko z wyspy zabrano (całość przedsięwzięcia zawierała również łapówki dla angielskich oficerów) i w ten sposób wzięła się linia Czajkowieckich, z których pochodzi również pan Adam, ergo jest on w prostej linii potomkiem samego Napoleona Bonapartego. Fajnie wymyślone, a jeżeli ktoś w to wierzy, to mnie to nie przeszkadza. Generalnie wiara ludzka mi nie przeszkadza o ile nikt mnie nie zmusza do jej przyjęcia. 

Pożegnawszy miłego gospodarza - biznesmena, sponsora podziemnej "Solidarności" i potomka zarówno polskiej arystokracji jak i samego cesarza Napoleona, ruszyliśmy do Jabłecznej. Moje panie niestety nie weszły na teren klasztoru, ponieważ miały zbyt krótkie spodnie. Co głównej cerkwi udałem się więc sam. Szkoda, że prawdopodobnie większość mnichów zajęta była jakimiś pracami budowlanymi na odgrodzonym podwórku, ponieważ chętnie bym posłuchał historii tego monastyru od jednego z nich. Z tego, co wiem, to Jabłeczna stanowi niejako odwrotną stronę medalu historii opowiedzianej nam przez księdza z Kostomłotów. Otóż kiedy Polacy i dawni hierarchowie prawosławni, którzy przystąpili do unii brzeskiej nakłaniali, a czasami przymuszali poszczególne parafie do przyjęcia unii i, jak wiemy, większość tej presji uległa, monastyr w Jabłecznej przez cały okres I Rzeczypospolitej pozostał wierny prawosławiu. 

Z Jabłecznej ruszyliśmy do Sławatycz, gdzie neorenesansowy kościół stoi dosłownie vis-a-vis cerkwi, a następnie wróciliśmy na kwaterę z Kuzawce. Tak przy okazji. Miejscowość, w której nocujemy, jest związana z Tadeuszem Kościuszką, który w Kuzawce miał dziewczynę i stąd podobno ruszył do Ameryki. 

Jutro zmieniamy kwaterę - przenosimy się do Woli Uhruskiej. Nie wiem, czy będę miał tam dostęp do internetu. Jeśli tak, postaram się jutro wieczorem zdać sprawozdanie z kolejnego dnia naszej wyprawy. Jeśli nie, zrobię to dopiero po powrocie do domu. W każdym razie pozdrawiam wszystkich Czytelników i zachęcam do zwiedzania Polski wschodniej.

Ściana wschodnia, dzień pierwszy

Swego czasu, podczas naszych (tzn. mojej żony i moich) studiów historycznych, jeden z naszych wykładowców opowiadał o tym, jak w czasach swojej młodości trafił na przedwojenną publikację pt. "Miasta i miasteczka Polski centralnej" (może nie dosłownie, ale w każdym razie taki był sens tego tytułu). Zatarł z radości ręce, bo pomyślał, że poszerzy swoje horyzonty na temat Łodzi i okolic. Jakże wielkie było jego rozczarowanie, kiedy się okazało, że broszurka mówiła o okolicach... Lublina. To, że granice Rzeczypospolitej były inne, to raczej każdy wie, ale mało kto automatycznie zdaje sobie sprawę, że w związku z tym i środek ciężkości owego przedwojennego państwa leżał również zupełnie gdzie indziej.

Wybrawszy się wczoraj w podróż wzdłuż "ściany wschodniej", a dokładnie jej części lubelskiej, czyli po centralnym i południowym Podlasiu (kiedy Kret zapowiadając pogodę w TV pokazuje Suwałki i mówi, że będzie np. deszcz na Podlasiu, to aż mnie skręca), zachodnim Polesiu i Roztoczu, od razu mieliśmy okazję zrozumieć, że tutaj przecięto pewną organiczną całość na części. Całość tę widzimy jeszcze pięknie w opisach J.I. Kraszewskiego, a teraz mocą decyzji politycznych z czasów II wojny światowej Bug stanowi niby naturalną, a jednak sztuczną granicę.

Na początek zrobiliśmy sobie spacer po stadninie arabów w Wygodzie, znanej lepiej jako stadnina w Janowie Podlaskim. Pięknych proporcji koni czystej krwi arabskiej z charakterystycznym szczupaczym zarysem głowy nikomu chyba nie trzeba zachwalać. Swego czasu tłumaczyłem na angielski opis stadniny, więc teraz z wielką ciekawością oglądałem stajnię "czołową" czy "pod zegarem".

W internecie i w "Polsce egzotycznej II" Grzegorza Rąkowskiego naczytaliśmy się o miejscowości Neple, w której znajduje się park podworski i pozostałości budowli go ozdabiających. Niestety w samej miejscowości nie ma żadnego oznakowania wskazującego na zabytki, a pani w sklepie wytłumaczyła nam drogę tak, że niczego nie znaleźliśmy (a może to jednak był problem z moją percepcją).. Postanowiliśmy sobie darować Neple.

Skręciliśmy za to do Pratulina, którego pierwotnie nie było w moich planach, ale o którym przypomniał nam biały drogowskaz po drodze. Momentalnie przypomniał mi się fragment z Żeromskiego, w którym pisał o męczeństwie podlaskich unitów, którzy odmówili przejścia na prawosławie.

Obecnie sanktuarium prowadzone jest przez księży rzymskokatolickich. Jeden z nich oprowadzając wycieczkę, opowiadał jak to Kozacy systematycznie konfiskowali zapasy żywnościowe miejscowych chłopów, którzy z kolei konsekwentnie odmawiali przyjęcia prawosławnego proboszcza. W końcu opór zdławiono przy pomocy szabel, a katolicy (Kościół unicki, czyli greko-katolicki, jest obrządku wschodniego, ale podlega papieżowi i uznaje wszystkie dogmaty katolickie) zyskali męczenników (status błogosławionych nadał im Jan Paweł II).

Więcej o historii unii kościelnej w Polsce dowiedzieliśmy się od przesympatycznego proboszcza neounickiej parafii w Kostomłotach. Jak wiemy z historii, unię brzeską podpisano w 1596 roku, a polegała ona na włączeniu ośmiu diecezji prawosławnych w granicach Rzeczypospolitej do Kościoła katolickiego, ale przy zachowaniu obrządku wschodniego. Sprawa była polityczna, ponieważ m.in. chodziło o to, żeby ludność ruska Rzeczypospoliej nie podlegała wpływom patriarchy moskiewskiego. Jednym z argumentów Bohdana Chmielnickiego przeciwko "Lachom" była właśnie obrona wiary prawosławnej przed unią z katolikami. Nie zapominajmy, że od unii do powstania kozackiego minęło zaledwie pół wieku. Aż do rozbiorów polska szlachta starała się wszelkimi sposobami nakłonić prawosławną ludność do unii, co się w większości przypadków udało, tak że kiedy czytamy u Adama Mickiewicza o księdzu z dziećmi, albo o cerkwi, która w kolejnym zdaniu będzie nazwana kościołem, to mamy właśnie do czynienia ze świątyniami i duchownymi unickimi.

Kościół unicki przetrwał bez problemu w zaborze austriackim (na Węgrzech i na Słowacji istnieją również kościoły greko-katolickie na mocy unii użhrorodzkiej), gdzie stał się niejako narodowym Kościołem Zachodnich Ukraińców (wschodni wrócili lub wytrwali w prawosławiu). Tymczasem w zaborze rosyjskim car unii zabronił (może pamiętamy odpowiedni fragment z "Syzyfowych prac" Żeromskiego, gdzie jednemu z uczniów tłumaczy się, że w Imperium Rosyjskim jest szereg wyznań, w tym prawosławie i rzymski-katolicyzm, ale żadnych "uniatów" nie ma). Katolików obrządku wschodniego zaczęto zmuszać do przejścia na prawosławie. Tyle wiedziałem z własnych lektur jeszcze z czasów studiów historycznych. Tymczasem brodaty ksiądz z Kostomłotów uświadomił nam, że para polskich historyków, badając archiwa w Petersburgu (kiedy jeszcze było łatwo, a więc za Jelcyna i wczesnego Putina, bo teraz znowu jest trudno) odkryli, że takich "Pratulinów", czyli miejsc siłowego nawracania na prawosławie było co najmniej 59. Od pamiętnej krwawej akcji z 1874 roku ludność była oficjalnie prawosławna, ale kiedy w 1905 roku w ramach "odwilży" w imperium Romanowów car pozwolił na swobodny wybór wyznania, do wyboru znowu dał tylko albo pozostanie na łonie Cerkwi prawosławnej bądź przejścia do Kościoła rzymsko-katolickiego. O przywróceniu unii brzeskiej nie było mowy. Wynik tego aktu carskiej "tolerancji" był taki, że ukraińskojęzyczna ludność południowego Podlasia i zachodniego Polesia masowo zaczęła przechodzić na rzymski katolicyzm (np. w parafii liczącej 280 rzymskich katolików nagle ochrzczono 3500 nowych wiernych).

Dowiedziałem się też, co to znaczy "nowounici". Otóż na terenie Ukrainy i połudnow-wschodniej Polski (dawny zabór austriacki) unia brzeska trwa nieprzerwanie (tudzież we Wrocławiu i na Mazurach), natomiast na ww terenach staraniami pewnych księży katolickich przywrócono obrządek wschodni w 1927 roku. Niemniej mieszkańcy np. samego Pratulina nie chcieli do niego wracać i są obecnie rzymskimi-katolikami. Parafia w Kostomłotach jest obecnie jedyną parafią neounicką w Polsce niepodlegającą ukraińskiej hierarchii unickiej. Sam proboszcz jest księdzem kształconym na duchownego rzymsko-katolickiego, choć pochodzi z tych terenów, a jego babcia mówiła tylko po ukraińsku, którego przeszkolono do pełnienia liturgii w obrządku wschodnim.

Ze świadomością narodową miejscowej ludności ukraińskojęzycznej było tak samo jak ze świadomością białoruską na białostocczyźnie - często jeszcze po II wojnie światowej ludzie ci określali się jako po prostu "tutejsi". 

Z Kostomłotów udaliśmy się Kodnia, miateczka słynącego z obrazu Matki Bożej Kodeńskiej (kopia obrazu z Guadelupe). Polska obfituje w "cudowne" obrazy, choć w cuda wierzy już coraz mniej Polaków, nawet gorliwych katolików. Niemniej Kodeń jest miejscem pielgrzymek, dzięki czemu, jak mi się wydaje, miejscowość żyje i się rozwija. Za barokowym kościołem św. Anny znajduje się Dom Pielgrzyma i kawiarnia (niestety zamknięta, choć dopadł nas już głód). Udaliśmy się więc na spacer - najpierw sfotografowaliśmy stosunkowo nową cerkiew, potem starą dzwonnicę, a następnie wróciliśmy do "centrum", skąd poszliśmy w stronę Bugu, przed którym znajdują się tereny kościelne z "Kalwarią", czyli stacjami Drogi Krzyżowej, kościołem Św. Ducha, który, jak pisze Rąkowski, był pałacową cerkwią Sapiehów, do których należał Kodeń, zbudowaną w stylu "gotyku nadwiślańskiego".

W znajdującej się nieopodal pijalni wód, wypiłem kubek kwasu chlebowego (smak inny od napojów o tej samej nazwie przemysłowo produkowanych przez firmy polskie, litwskie czy białoruskie, dostępnych w sklepach), oraz zakupiliśmy chlebki pielgrzyma  - żebraczy, czyli razowy i szlachecki, czyli biały. Tam też dowiedzieliśmy się, że możemy zjeść w nowym Domu Pielgrzyma, pięknym neobarokowym budynku obok kościła św. Anny. Tam też się udaliśmy, po drodze dowiadując się z tabliczki, został on postawiony za pieniądze z funduszy unijnych.

Zjadłem bardzo dobre pierogi (ciasto mogłoby być nieco bardziej miękkie) - ruskie i z soczewicą po bardzo przystępnej cenie (6 zł porcja 6 piergów). Po czym udaliśmy się do bankomatu Banku Spółdzielczego z zainstalowaną instrukcją oralną, w związku z czym cały rynek kodeński mógł usłyszeć w trakcie której części operacji wybierania pieniędzy z bankomatu akurat jesteśmy.

Nakarmiwszy ciało i ducha, udaliśmy się do Kuzawki na naszą kwaterę. Okazało się, że zwarta wieś po lewej stronie szosy to nie jest miejsce naszego noclegu, gdzyż dom Pani Janiny znajduje się po drugiej stronie głównej szosy. Jak się później dowiedzieliśmy od niej samej, w latach 30. ubiegłego stulecia chłopi mogli objąć tanie grunty, a tym tańsze czym dalsze od wioski. Tak też zrobili dziadowie Pani Janiny i stąd jej gospodarstwo na skraju lasu, oddalone 3 km od głownej szocy Kodeń-Włodawa. Po drodze znajduje się równeiż kilka inncy obejść założonych na takiej samej "amerykańskiej" zasadzie.

Mnie teren się bardzo podoba. Dzisiaj wstałem o 6.30 i przebiegłem się do szosy i z powrotem (6 km).

Aha, byłym zapomniał. Na drogę kupiłem (tym razem przez internet z EMPiKu formę tylko elektroniczną "Gambitu tureckiego" Borysa Akunina. Przezornie nagrałem całość na płytki CD w formacie wave, żeby można było słuchać w samochodzie. W ten sposób jednak dzisiaj skończymy już całą powieść, w związku z czym będę musiał chyba zakupić trzecią część przygów Erasta Piotrowicza Fandorina - dopóki mam dostęp do internetu, bo nie wiem jak będzie na następnej kwatrze ;) :D .

czwartek, 2 sierpnia 2012

Kąty Rybackie, Bar Barkas i wycieczka do Gdańska z "Blaszanym bębenkiem" w tle, czyli moje wczasy nad morzem


Po niedzielnym powrocie znad morza, powrocie nacechowanym lekkim stresem spowodowanym przelotną (na szczęście) ulewą, objazdem w Mławie drogą przeciętą czterema rozległymi i dość głębokimi kałużami, tudzież licznymi gałęziami (całkiem pokaźnymi) i całym drzewem blokującym szosę przed Nową Wsią koło Ostrołęki, oraz po odespaniu tygodnia wakacji, co doskonale ilustruje zasadę, że po wakacyjnym wyjeździe należy odpocząć w domu, postanowiłem wreszcie podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy, wrażeniami ze swojego pobytu na Mierzei Wiślanej.

Przed wyjazdem zakupiłem w EMPiKu audiobooka „Azazel” autorstwa Borysa Akunina w celu urozmaicenia sobie podróży rozrywkową powieścią, bo za takie uznaję kryminały. Generalnie rzecz ujmując ostatnią powieść kryminalną przeczytałem chyba jakieś piętnaście lat temu, a było to coś Grishama, natomiast okres „zaczytywania” się tego typu literaturą przechodziłem chyba w okolicach siódmej klasy podstawówki (w przeliczeniu na dzisiejsze, to pierwsza klasa gimnazjum). Kryminałów czytać jakoś nie potrafię, ale wersję sfilmowaną chętnie oglądam, natomiast tekst przeczytany przez aktora również z przyjemnością wysłucham. Cała rodzina się ucieszyła na to nasze wspólne samochodowe słuchanie, tylko, że kiedy już siadłem za kierownicą zdałem sobie sprawę, że mój odtwarzacz CD nie czyta formatu mp3, w którym nagrana była książka. Na szczęście na całej trasie dobrze odbierała Trójka, a w dodatku wzięliśmy kilka płyt z muzyką, które umilały nam podróż.

Akunina słuchaliśmy codziennie wieczorem po dwa rozdziały z mojego laptopa, z tym, że w dwóch ostatnich dniach słuchaliśmy po pięć rozdziałów – tak bardzo się wciągnęliśmy. Do tego stopnia, że dzieci przestały w ogóle włączać telewizję, przez co przegapiliśmy otwarcie Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Specjalnie nie żałujemy.

Pogodę mieliśmy taką, o jakiej marzy każdy wczasowicz spędzający urlop nad morzem. Było upalnie i słonecznie. Osobiście nie należę do wielkich entuzjastów smażenia się na plaży, a do całkiem niedawna wyjazd nad morze uważałem za dopust boży (czego się jednak nie robi dla dzieci i jodu w ich młodych organizmach?), ponieważ strasznie się nudziłem grzejąc się na gorącym piasku i pluskocząc w zimnej wodzie Bałtyku. Na dodatek strasznie cierpię, kiedy uważam, że jestem przedmiotem presji sytuacji, a mianowicie w tym wypadku zostaję poddany przymusowej rutynie – wędrówka na plażę, wbijanie parawanu, obowiązkowe odsiedzenie kilku godzin w upale, po czym zwijanie parawanu i wędrówka z plaży. Powtarzalność tych czynności doprowadzała mnie najczęściej do pasji.

Na szczęście od dwóch lat jest inaczej. W Kątach Rybackich, gdzie byliśmy właśnie dwa lata temu i teraz, niejako odnalazłem swoje miejsce nad morzem. Wiem, że mimowolnie pewnie robię reklamę tej miejscowości między Sztutowem a Krynicą Morską, bo jest ona warta spędzenia czasu letniego, ale równocześnie bardzo bym chciał, żeby ta reklama zbytnio nie zadziałała, ponieważ to, za co kocham Kąty Rybackie to fakt, że turystów jest tam zdecydowanie mniej niż w Stegnie, czy w wyżej wspomnianej Krynicy. Dzięki temu plaża jest pełna tylko przy wyjściu nr 50, gdzie meleksy dowożą turystów z „centrum”, oraz gdzie znajdują się dwa drogie pensjonaty przy samej plaży. Tam faktycznie człowiek leży przy człowieku wdychając odór ryb z kutrów tam stojących, bo do głowy mu nie przychodzi, albo jest zbyt leniwy, żeby się przejść dosłownie 200 metrów plażą na wschód i skorzystać z pustych przestrzeni.  

My woleliśmy z naszej kwatery („Willa u Gabrieli”) przy ulicy Portowej 3, gdzie nam się bardzo podoba, chodzić lasem ok. 1,5 km do wyjścia nr 49, przy którym turystów jest zazwyczaj zdecydowanie mniej, a 100 metrów na wschód rozciągają się obszary „pustynne”, aż do następnego wyjścia, gdzie znowu można się natknąć na grupkę plażowiczów.

Tak naprawdę chciałbym, żeby tak tam właśnie pozostało, choć zdaję sobie sprawę, że tym wpisem być może przyczyniam się do zmiany tej sytuacji.

Myślę, że nauczyłem się sobie organizować wypoczynek nad morzem. Rano jogging po lesie i plaży (ok. 5-8 km), potem plaża, a więc pływanie w morzu i czytanie książek. Późnym popołudniem obiad, a wieczorem wspólne słuchanie audiobooka. Taka rutyna całkiem mi odpowiadała, choć w sobotę poczułem już lekki przesyt. Na szczęście w niedzielę już wracaliśmy.



Jednym z istotnych elementów wypoczynku letniego jest dla mnie aspekt kulinarny. Jak morze, to oczywiście ryba, zwłaszcza, że na dodatek wiem doskonale, że spożywanie ryb morskich jest generalnie zdrowe, o czym przekonałem się empirycznie.

W Kątach Rybackich jest całkiem spora liczba lokali gastronomicznych, gdzie można zjeść smażoną flądrę czy dorsza. Niestety nie mam wyczucia pani Magdy Geissler i nie umiem ocenić, czy jadłem rybę świeżą, czy mrożoną. Spośród czterech miejsc w Kątach Rybackich, w jakich jadłem rybę, jedno, nazwane imieniem greckiego boga mórz (nie mylić z rzymskim, który znajduje się naprzeciwko) wypadło zdecydowanie na niekorzyść, choć jako jedyne proponowało ryż lub kaszę, co dla kogoś dbającego o dietę, jest niebagatelne. Niestety jakość potraw tudzież obsługa, a raczej jej brak (na jakieś czterdzieści minut zniknęła zarówno kelnerka jak i barmanka, więc na dobrą sprawę można było spokojnie wyjść i nie zapłacić) owocuje dużą liczbą wolnych stolików w tym miejscu.

Z pewnością na brak gości nie narzeka „Karczma pod Kormoranem”. Jedzenie jest tu smaczne, ale ogromna liczba klientów zdecydowanie wpływa na długość oczekiwania na zamówione danie.

Czwartego dnia pobytu postanowiliśmy dać szansę Barowi Barkas przy ulicy Barkasowej (wejście od Rybackiej), który składa się z kilku stolików ustawionych na świeżym powietrzu oraz budki, w której kucharz przygotowuje potrawy na oczach gości. Był to strzał w dziesiątkę i tam już chodziliśmy do końca naszego pobytu w Kątach. Dania – od rybnych, przez mięsne i mączne po pizzę z pieca i zupy, są tam rewelacyjne. Oczywiście nie jakieś bardzo wymyślne, nie jesteśmy jednak we Francji, ale za to bardzo dobrze przyrządzone. Rzadko się zdarza, że cała nasza czteroosobowa rodzina, w której każdy zazwyczaj zamawia coś zupełnie innego, zgadza się co do wysokiej jakości potraw, a tak właśnie było w przypadku Baru Barkas. Jedynym „mankamentem” była obfitość dań, co sprawiało, że nie byłem w stanie pochłonąć całej zawartości talerza, choć było mi żal się z nim rozstawać. Kucharz, który nie tylko, że sam wszystko przyrządzał, od czasu do czasu pomagał pani, która pełniła funkcję zarówno barmanki jak i kelnerki, donosząc gościom potrawy do stolików. I znowu z jednej strony gorąco polecam to miejsce, a z drugiej bardzo bym chciał, żeby pozostało takie, jakie jest, czyli zawsze z zajętą większością stolików, ale bez przepełnienia.

Zeszły czwartek postanowiliśmy uczynić dniem odpoczynku od plaży, choć upał był taki sam jak przez wszystkie pozostałe dni naszego pobytu, i ruszyliśmy na zwiedzanie Gdańska. Ostatnio byłem w tym jednym z najpiękniejszych polskich miast po III klasie liceum (rok przed maturą), tym bardziej więc ucieszyła mnie okazja ponownego odwiedzenia miejsca, które chyba ze wszystkim polskich miast najbardziej przypomina jakiś Londyn lub Amsterdam. Oczywiście zaliczyliśmy obowiązkowy spacer po Długim Targu, Mariackiej i innych uliczkach przylegających do nadbrzeża Motławy. O 13.03 przywitaliśmy pannę Hedwigę, czyli „panienkę z okienka”, która się w nim ukazała (okienko otwiera się również o 15.03 i 17.03). Zautomatyzowana forma bohaterki powieści Deotymy przywodzi na myśl poznańskie koziołki i stanowi pewną atrakcję dla turystów, którzy się o tych godzinach gromadzą w okolicach Dworu Artusa i pomnika Neptuna. Zwiedziliśmy kamienicę Uphagena, która jest muzeum ukazującym typowe mieszczańskie wnętrza tudzież eksponującym architekturę i rozwój urbanistyczny Gdańska.

Obiad zjedliśmy w jednym z ogródków na Długim Targu, a mianowicie w lokalu serwującym kuchnię rosyjską. Zjadłem pyszną soliankę i pielmieni (kołduny) z baraniną, a na koniec wypiłem herbatę z samowara z konfiturą. Bliny mojej żony i córki były równie smaczne.

Długi Targ, Mariacka i Św. Ducha pełne były kosmopolitycznych turystów, zarówno indywidualnych jak i zorganizowanych w grupy wycieczkowe kierowane przez przewodników wykazujących się znajomością niemieckiego, angielskiego, hiszpańskiego, włoskiego, rosyjskiego i (jak mi się zdaje) holenderskiego. To miasto naprawdę tętni życiem. Niestety nie zaplanowałem wcześniej przyjazdu na festiwal szekspirowski, ale pomyślałem sobie, że w przyszłym roku przyjedziemy specjalnie do Gdańska właśnie w celu wzięcia udziału w tej dorocznej imprezie. Z czasów końca podstawówki, kiedy po raz pierwszy byłem w Gdańsku pamiętam niepowtarzalną atmosferę Jarmarku Dominikańskiego, której również chciałbym jeszcze doświadczyć.

W tym roku jako obowiązkową lekturę wakacyjną wyznaczyłem sobie „Blaszany bębenek” Guentera Grassa, dzięki któremu można próbować wczuć się w atmosferę przedwojennego Wolnego Miasta z niemiecko-kaszubsko-polską mieszanką etniczną. To jest jednak temat na osobnych kilka wpisów. Lektura skłoniła mnie jednak do dotarcia do Poczty Polskiej, bohatersko bronionej we wrześniu 1939 roku przez grupę pracowników. Oprócz tego wstąpiliśmy do trzech kościołów - Mariackiego (z "Sądem Ostatecznym" Memmlinga), św. Brygidy i zaraz obok św. Katarzyny, gdzie znajduje się grób Johannesa Hewelcke, czyli Jana Heweliusza.

Wracaliśmy nieco inną drogą niż jechaliśmy w stronę morza, bowiem o ile w drodze do Kątów zwiedziliśmy Zamek w Nidzicy, po którym oprowadzał nas przebrany za Krzyżaka przewodnik (niestety nie zapamiętałem jego nazwiska, a żałuję, bo człowiek ten jest prawdziwą kopalnią wiedzy o samej Nidzicy oraz generalnie o Prusach), to w drodze powrotnej zboczyliśmy na pola Grunwaldu (przejeżdżając przez wieś Stębark, czyli historyczny Tannenberg).

W Nowej Wsi (dawniej Zachodniej) k. Ostrołęki zarówno w drodze nad morze jak i znad morza odwiedziliśmy naszych dobrych znajomych (naszą wspólną koleżankę ze studiów i jej męża).

Tydzień to może niezbyt długi okres jak na odpoczynek wakacyjny, ale tydzień nad morzem to dla mnie czas zupełnie wystarczający, taki w sam raz.

Jutro ruszamy na drugą część naszych wakacji, a mianowicie na „ścianę wschodnią”.