piątek, 7 września 2012

Jeszcze raz o inicjatywie Pawła Kukiza, czyli o jednomandatowych okręgach wyborczych



Co jakiś czas pod postami grupy zmieleni.pl pojawiają się głosy „studzące entuzjazm” wobec jednomandatowych okręgów wyborczych, przytaczając m.in. argumenty tego typu, że lokalnie działają jeszcze gorsze kliki niż na szczeblu centralnym, więc do Sejmu mogłyby się dostać ich przedstawiciele, tak jak to się dzieje w wypadku np. wójtów w gminach czy burmistrzów w małych miasteczkach, oraz że okręgi jednomandatowe nieuchronnie prowadzą do wytworzenia się systemu dwupartyjnego, jak w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych.

Oba zarzuty mógłbym skwitować prostym „i co z tego?”, ponieważ nie do końca rozumiem, na czym niby polega wyższość obecnego systemu kilku partii typu wodzowskiego oraz mianowania przez wodzów wiernych sykofantów i przywożenia ich „w teczce” w teren w postaci umieszczania ich na listach wyborczych.

System dwupartyjny to coś, do czego generalnie na kontynencie nie jesteśmy przyzwyczajeni, ponieważ żyjemy w świecie ugrupowań o charakterze sekciarsko-ideologicznym. W praktyce oczywiście z tą ideologicznością różnie bywa (wszyscy znamy polityków), ale nadal generalnie wierzymy, że socjaliści to lewica troszcząca się robotnika (choć może w dzisiejszych czasach bardziej o prawa gejów, kobiet i mniejszości, czyli tzw. „wykluczonych” – to jest temat na osobną dyskusję), lub że liberałowie są za całkowicie wolnym rynkiem z jak najdalej idącym ograniczeniem roli państwa (na przykładzie PO widać, że ma się to nijak do politycznej praktyki tej partii). Tymczasem wielkie partie krajów anglosaskich generalnie między wyborami nie mają zbyt wiele do roboty na gruncie tzw. „roboty partyjnej”, ponieważ przy obsadzonych stanowiskach państwowych, absorbują ich rozgrywki właśnie na gruncie państwowym. Jeżeli lider partii wygranej zostaje w Wielkiej Brytanii premierem, to przede wszystkim rządzi krajem biorąc za to osobistą odpowiedzialność, zaś lider partii przegranej staje się głównym krytycznym recenzentem pracy premiera i jego rządu. Czy struktury partyjne znikają? Oczywiście nie, bo przecież prowadzi się jakąś działalność agitacyjną wśród ludności. Nie ma to jednak takiego charakteru „przyspawania” do stanowiska partyjnego, jak w przypadku polskich koterii politycznych, które słusznie Paweł Kukiz nazwał „czterema PZPRami”.

System dwupartyjny nie wyklucza istnienia wielu mniejszych partii. Te ostatnie jednak wiedząc jak działa system, na czas wyborów podpinają się pod jedną lub drugą machinę. Stąd przy każdych wyborach może się okazać, że program danej partii jest już zupełnie inny niż przy poprzednich. Bodaj w latach 70. ktoś zauważył, że w Stanach Zjednoczonych zrealizowano wszystkie postulaty partii socjalistycznej z lat 30. Jeżeli zaobserwujemy na dodatek wielkie „shifts”, czyli zmiany ideologiczne zarówno wśród Republikanów jak i Demokratów, zobaczymy, że partie w Stanach nie są depozytariuszami sztywnej i po sekciarsku pojętej ideologii. W latach 60. można było zaobserwować, jak Partia Demokratyczna ze spadkobierczyni popleczników niewolnictwa przekształca się w partię popieraną przez ludność kolorową i klasę robotniczą. Republikanie z kolei, czyli spadkobiercy Lincolna, stali się zaciekłymi religijnymi konserwatystami. Trzeba jednak być ostrożnym, ponieważ Demokratów popierają również ludzie głęboko religijni, którzy jakoś muszą się dogadać z wojującymi ateistami. Wracając do czasów Lincolna, to samo wyłonienie się dwóch partii, których nazwy towarzyszą nam do dziś, polegało na przegrupowaniu starych dwóch partii – demokratów (wywodzących się z federalistów) i wigów. Zmianę zaś spowodowała właściwie tylko jedna sprawa, a mianowicie stosunek do niewolnictwa.

W Wielkiej Brytanii charakter partii tworzących system również ewoluował, zaś w wieku XX mogliśmy zaobserwować zastąpienie partii liberalnej (angielskich wigów) przez laburzystów, czyli angielskich socjalistów.

Początkowo rodzący się ruch robotniczy (zarówno związkowy jak i polityczny) współpracował z liberałami przeciwko konserwatystom. Kiedy jednak liberalni posłowie rozczarowali ugrupowania robotnicze, dojrzał czas do stworzenia własnych organizacji. James Keir Hardie, socjalista, ale nie z całą pewnością nie marksista, stworzył Szkocką Partię Pracy, a następnie Niezależną Partię Pracy, już o szerszym zasięgu. Żeby jednak wystartować do wyborów bez wsparcia liberałów musiał zmobilizować inne ugrupowania robotnicze, w tym najważniejsze, czyli związki zawodowe (Trade Union Congress). Z nowym ruchem sympatyzowały inne grupki lewicowe, jak np. składające się z intelektualistów Towarzystwo Fabian (od Kwintusa Fabiusza Kunktatora, gdyż byli zwolennikami wolnych przemian, zaś przeciwnikami rewolucji). Generalnie jednak to związki zawodowe doprowadziły do sukcesu Hardiego, który początkowo był jedynym posłem laburzystowskim w całym Parlamencie. W 1906 tych posłów było już 6. Po pierwszej wojnie światowej laburzysta James Ramsey MacDonald może już sięgnąć po urząd premiera, zaś po drugiej wojnie światowej, partia liberalna odchodzi w cień ustępując na całej linii laburzystom.

Warto sobie teraz zadać pytanie, czy w obecnych polskich warunkach byłoby możliwe, żeby choćby z jednego okręgu wyborczego do Sejmu wszedł poseł niezależny? W praktyce jest to niemożliwe, ponieważ system tworzenia list wyborczych jest zawłaszczony przez partie polityczne, a właściwie ich wodzów.

To, że istnieje niebezpieczeństwo, że do Sejmu dostaną się lokalne cwaniaczki oczywiście w systemie okręgów jednomandatowych istnieje, ale w tym wypadku ludności zamieszkującej dany okręg faktycznie można wtedy powiedzieć – „na kogo głosowaliście, tego macie”. W obecnym systemie taki zarzut wobec wyborców jest po prostu bezczelnością. Jeżeli np. głosuję na człowieka, którego znam z partii X, ale on racji swojego dalszego miejsca na liście do Sejmu nie wchodzi, a zamiast niego wchodzi „jedynka” z tejże partii, czyli człowiek, którego nie cierpię, bo wiem, że to cham i idiota, to nikt nie ma mi prawa zarzucić, że mogłem przecież inaczej zagłosować. Ja głosowałem na człowieka wg mnie porządnego, ale to szefostwo partii X ustaliło, że wygra kto inny, bo de facto głosowałem wcale nie na człowieka, tylko na partię. Jeżeli więc ktoś mi mówi, że do końca nie wyeliminujemy partyjnictwa, to odpowiadam, że owszem, to prawda, ale zaczną się liczyć głosy na konkretne osoby. Jeżeli natomiast w danym regionie pojawi się prężny ruch obywatelski, który zechce wystawić swojego kandydata, to będzie miał szansę to zrobić. Jeżeli ten kandydat wygra i wyjedzie do Warszawy, to będzie szukał ludzi podobnie myślących, którzy zechcą mu pomóc osiągnąć cele, dla których on został wybrany.

Przede wszystkim jednomandatowe okręgi wyborcze wymuszą inny sposób zabiegania o głos wyborcy. Obecnie ludzie myślący z ciekawymi pomysłami, ale nie przynależący do żadnego gangu w ogóle nie startują. Z kolei spośród tych z wielkich gangów nieco starań wykazują ci z dalszych miejsc na liście. „Jedynki” nie muszą, bo i tak są „biorące”. Wierzę, że w przy JOWach zmieni się nie tylko technika, ale i kultura prowadzenia kampanii.

Wracając zaś do zagrożenia zarzucenia Sejmu przedstawicielami lokalnych koterii i sitw. Na działanie grup, które się zmówiły, że będą działać dla własnych korzyści poza widokiem publicznym, faktycznie nie jest łatwo znaleźć metodę. Na szczeblu lokalnym jednak mimo wszystko chyba łatwiej zorganizować grupę, która się takiej sitwie przeciwstawi, niż na szczeblu ogólnokrajowym! W Białymstoku, zanim wygrał prezydent z PO, rządziła prawicowa koalicja, które tylko w pewnym stopniu była pisowska. Akurat do fanów tej koalicji nie należałem, ale to już był wynik ówczesnej woli większości mieszkańców miasta. Tak czy inaczej demokracja polega na tym, że godzimy się na wyniki wyborów, a więc decyzję większości, choćby nie wiem jak nas skręcało ze złości. Na szczeblu lokalnym ludzie są się zresztą w stanie ze sobą dogadać. Słyszy się od czasu do czasu o lokalnych koalicjach PO-SLD, a nawet SLD-PiS. W tym momencie najbardziej denerwująca jest interwencja władz centralnych danej partii, która daje reprymendę swoim lokalnym działaczom, że oto wchodzą w sojusze z ideologicznym „śmiertelnym wrogiem”. A tymczasem to ci ludzie na miejscu wiedzą chyba lepiej co jest dla ich miasta/gminy lepsze niż wódz w Warszawie.

Nie jestem naiwny i doskonale wiem, że nie wyeliminujemy wielkich gangów i klik dogadujących się za kulisami. Niemniej my, jako wyborcy, i tak będziemy mieli większą szansę wpływania na to, co się dzieje. Jeżeli zaś nie będziemy chcieli z tego skorzystać, wtedy faktycznie będziemy mogli mieć do pretensje do siebie. Z tym też przecież trzeba się liczyć, bo niestety nie ma takiego prawa w przyrodzie, które obdarzyłoby przeciętnego obywatela nieomylnością polityczną. Niemniej warto zaryzykować, bo to i tak będzie lepsze niż wojenki watażków stojących na czele swoich gangów, wobec których obywatel jest bezsilny.

Co może wymusić prawdziwy kryzys, czyli o powrocie do prymitywnych form gospodarowania



W latach siedemdziesiątych, czyli w epoce Edwarda Gierka, praktycznie każde wakacje spędzałem u swoich dziadków na wsi. Oprócz codziennych zabaw w wojnę (w wersji polsko-niemieckiej lub indiańsko-białej, jeśli to była wojna „strzelana”, lub polsko-krzyżackiej, jeśli to była wojna „na miecze”) z miejscowymi kolegami, jeździłem z dziadkiem lub wujkiem na pole, później też pomagałem przy żniwach, choć nie powiem, żeby to było moje hobby. Niemniej życie na wsi znałem dość dobrze, a do tego interesowałem się zagadnieniami rolnictwa, jakie przedstawiano w telewizji. Programów typowo rolniczych może regularnie nie oglądałem, choć zdarzało się, ale pilnie obserwowałem co w głównym wydaniu „Dziennika telewizyjnego” powiedzą o polskiej wsi, o wzroście liczby kwintali z hektara, o większym pogłowiu bydła lub trzody chlewnej, tudzież o niewiarygodnie „dynamicznym rozwoju” i modernizacji polskich gospodarstw rolnych. W sklepach mięsnych wiecznie czegoś brakowało (kolejki były odkąd pamiętam), żeby w końcu w ogóle zniknąć (lata 80.), ale rolnictwo miało się dobrze.

Edward Gierek wraz ze swoją ekipą usilnie lansował model nowoczesnego gospodarstwa specjalistycznego. Polegało ono na tym, że zamiast tradycyjnego obejścia, w którym rolnik trzymał kilka krówek, kilka świnek, konika, na dokładkę może owieczkę lub dwie, tudzież niewielkie stadko kur i innego drobiu, gospodarstwo składałoby się np. z długiej obory z kilkudziesięcioma stanowiskami tylko dla krów, a jak krów to albo mięsnych (bukatów – pamiętam to słowo z tamtych czasów), albo mlecznych. Takie „wzorcowe” nowoczesne farmy pokazywano w telewizji. Uśmiechnięty rolnik jechał najnowszym Ursusem, karmił np. świnie wysypując paszę do koryt z przesuwanego pojemnika (własny „patent” tegoż rolnika), potem wsiadał na kombajn i wesoło żniwował. Potem przed kamerą wypowiadał się jak to wspaniale, że wziął kredyt i przekształcił podupadające gospodarstwo starego ojca w ten rolniczy cud. Kredyty faktycznie były wówczas dla rolników bardzo korzystne, a często bywały umarzane. Państwowa Agencja Rolna kontraktowała zwierzęta, tudzież rzepak i zboże, więc taki gierkowski rolnik co wyprodukował to sprzedał. Patrząc na to z dzisiejszego punktu widzenia, Polska powinna być krajem cierpiącą na rolniczą nadprodukcję i tylko nie wiadomo dlaczego tych produktów rolnych w miejskich sklepach wciąż było za mało.

No bo wy, no bo wy miastowi
Jeść musicie dużo.
No bo wy, no bo wy miastowi
Chcecie dużo zjeść

śpiewał ironicznie w tamtych czasach na melodię Marsza tureckiego Mozarta Jacek Zwoźniak.

Tymczasem na wsi, gdzie gospodarował mój dziadek takich gospodarstw z telewizji nie było. Nie było ich także w promieniu 20 km, bo okoliczne wsie z różnych okazji też poznałem. Owszem w samym Lasocinie bodaj dwóch czy trzech rolników miało już własny traktor, a ich obory wyglądały faktycznie nowocześniej (no, przynajmniej czyściej) niż całej reszty, ale nawet oni dalecy byli od wąskiej specjalizacji. Wychodzili bowiem z założenia, że jak nie wyjdzie im interes na krowach, to sobie odbiją na świniach. Wydaje mi się, że było w tym bardzo dużo zdrowego rozsądku.

Chłop, odkąd pamiętam, zawsze, ale to zawsze narzekał, że mu się nic nie opłaca. (Tak na marginesie, od najmłodszych lat pamiętam, że zawsze narzekali też nauczyciele). W latach 70. na dodatek zdemoralizowano młodzież, z której, jak to każdych czasach, tylko niewielki odsetek garnął się do wykształcenia, ale reszta, już nie tak jak w czasach poprzednich, wcale chętnie nie pomagała rodzicom w polu czy w obejściu. O przejmowaniu gospodarstw po rodzicach nie było nawet mowy. Telewizja biadoliła więc, jak to nam się wieś wyludnia i że brakuje rąk do pracy w rolnictwie (stąd letnie spędzanie uczniów, studentów lub żołnierzy do „akcji żniwnej”). Tymczasem już wówczas w Wielkiej Brytanii czy USA rolnictwem zajmowało się jakieś 4% ludności, podczas gdy w Polsce było to nadal 30-40%!

To, co pokazywała gierkowska telewizja jako wiejską rzeczywistość stało się ciałem dopiero pod koniec XX wieku. Małe, ale samowystarczalne gospodarstwa praktycznie zniknęły, zaś na polach nie pracują już faceci z kosami, czy idący za jednoskibowym pługiem ciągniętym przez konia. Na tychże polach nie też maszyn starego typu – żniwiarek czy snopowiązałek (do których zawsze brakowało przysłowiowego sznurka). Traktor jest powszechną siłą ciągnącą maszyny, zaś trudno już sobie wyobrazić żniwa bez kombajnów. Po kombajnach czasów komuny jechała tzw. prasa, która wypuszczała równe prostopadłościany. Obecnie słoma prasowana jest do postaci olbrzymich walców. Hodowla zaś, jak się okazuje, naprawdę przestała się opłacać i, jak zapewniają współcześni rolnicy, nie jest to już tylko zwyczajowe chłopskie narzekanie.

Zmiany w strukturze polskiej wsi uświadomiła mi rozmowa na jakimś towarzyskim spotkaniu z mężczyzną, który okazał się właścicielem kilkuset hektarów obsianych pszenicą, który tylko z tego żyje. Nie hoduje zwierząt. Sam zresztą tej pszenicy również nie zbiera – wynajmuje w odpowiednim czasie kombajny.. Zrozumiałem, że faktycznie czasy gospodarstw samowystarczalnych, lub może takich, które samowystarczalne być mogły, gdyby tylko ich właściciele zechcieli zrezygnować z zakupów w sklepie (w latach 70. wiele wiejskich gospodyń przestało piec chleb, bo wolały codziennie dostać godzinkę w kolejce i poczekać na dostawę chleba z miejskiej piekarni). Upadek hodowli, np. krów mlecznych we wsiach podmiejskich nastąpił chyba w tym samym czasie. Pamiętam, że na początku lat 90. przyjeżdżali przed kompleks sklepów w moim sąsiedztwie ludzie ze wsi przywożący świeże mleko. Kilka lat później przyszło mi do głowy, że przecież można by się przejechać na wieś i kupić świeżej śmietany, z której w mikserze można ubić świetne masło. Niestety było to praktycznie niemożliwe, ponieważ nikt już nie trzymał krów, a jeśli trzymał, to nie korzystał z ich mleka na własne potrzeby.

Wejście do Unii jeszcze bardziej przyczyniło się do przekształcenia gospodarstw rolnych w wielkie przedsiębiorstwa, które w dodatku podlegają nieustannym kontrolom w ramach praw unijnych. Wszystko, co jest do sprzedania, sprzedaje, a jedzenie kupuje w sklepie. (Być może przesadzam, bo przecież szczegółowych badań polskiej wsi nie prowadziłem, ale przynajmniej teoretycznie tak jest). Tak zwany ubój gospodarczy i za komuny był nielegalny, ale w tym wypadku prawo było łamane nagminnie, władze przymykały na to oko, a dzięki temu można było czasami załatwić sobie coś, czego notorycznie brakowało na sklepowych półkach (czy raczej rzeźniczych hakach). Obecnie, przy „zakolczykowanych” zwierzętach, chyba mało kto zaryzykuje zabicia świni na własną rękę.

Piszę o tym wszystkim nie dlatego, że bardzo mi zależy, żeby polscy rolnicy dokonywali nielegalnych ubojów. Generalny problem tkwi w tym, że wielkie gospodarstwa produkcyjne stały się częścią wielkiego globalnego systemu. W takiej sytuacji załamanie tego systemu powoduje katastrofę w każdej dziedzinie. Windowanie cen zbóż np. prowadzi do nieopłacalności hodowli świń (jak się niedawno dowiedziałem z jednego z artykułów na Onecie, hodowcy trzody chlewnej narzekają na podnoszenie cen zbóż przez tych którzy je uprawiają; w rezultacie autor artykułu alarmował, że grozi nam „koniec tradycyjnego schabowego”, bo przecież mięso świń zagranicznych się na niego nie nadaje, co jest prawdą). Wąska specjalizacja powoduje, że sytuacja często przerasta polskiego rolnika. Mój dziadek karmił własne świnie własnymi ziemniakami z domieszką tzw. ospy, pochodzącej z własnego zboża.

Wąska specjalizacja i odejście od samowystarczalnych gospodarstw produkujących bardziej na własne potrzeby niż na rynek zaowocowała również zmianami w myśleniu polskiego rolnika. O ile kiedyś tylko w pewnym stopniu chłop przejmował się bieżącymi trendami na rynku, to od lat 90. zaczął się nimi przejmować do tego stopnia, że jeśli jednego roku był popyt na wiśnie, to następnego wszyscy zakładali sady wiśniowe (to tylko taki przykład). To oczywiście prowadziło do obniżki cen w roku, kiedy zasadzone drzewka zaczęły przynosić owoce, bo było ich po prostu za dużo. „Farming is a risky business”, usłyszałem kiedyś od znajomego Amerykanina. Nie miał na myśli jedynie zmienności warunków pogodowych. Zachowanie rolników stało się podobne do graczy na giełdzie.

W latach 70. niektórzy mieszkańcy wsi (pamiętam to z własnego doświadczenia) mawiali złośliwie swojemu rodzeństwu, kuzynom lub nawet własnym dzieciom, które „uciekły do miasta”, że „my tu na wsi się zawsze utrzymamy, a w mieście to może przyjść taki czas, że z głodu pozdychacie”. Była to fraza wielce irytująca. Przy obecnym systemie jakiś naprawdę poważny kryzys może paradoksalnie dotknąć głodem również wieś.

Kiedy zawodzi system o charakterze bardziej globalnym, najlepszym rozwiązaniem jest „ratuj się kto może” i powrót do „prymitywnych” metod gospodarowania. Ziemia faktycznie daje utrzymanie, kiedy upadają inne dziedziny gospodarki, ale pod warunkiem, że działają samowystarczalne, nawet małe gospodarstwa, które nie muszą niczego sprzedawać. Tam, gdzie w grę wchodzi wymiana handlowa, tam może nastąpić zablokowanie kanału wymiany – najczęściej z powodu zatorów płatniczych i robi się dokładnie taki sam problem jak w pozbawionym dostaw mieście.

Od czasu do czasu da się przeczytać, że Grecy w niektórych rejonach swojego kraju wprowadzili pewne formy albo lokalnej waluty, albo handlu wymiennego, żeby wyjść spod zależności od euro. Oczywiście nie jest wcale pożądane, żeby zanikła globalna wymiana handlowa. W sytuacji kryzysowej jednak, gdzie każdy faktycznie ratuje się jak może, takie rozwiązania mogą się stać jedyną rozsądną alternatywą. W Londynie w czasie II wojny światowej zachęcano do zakładania przydomowych ogródków warzywnych, co zapewniało przynajmniej częściowe zaspokojenie potrzeb ludności w zakresie świeżych jarzyn. Jeżeli grozi nam faktyczna katastrofa gospodarcza, jak to przewidują niektórzy, może warto się zastanowić nad powrotem do pewnych „prymitywnych” i „zacofanych” form gospodarowania na roli. Nie tylko zresztą tam.

Drobny handel również przez szereg lat zapewniał ludziom towary, na które ich było stać. Drobnemu handlowi jednak też wypowiedziano wojnę – już nie w imię ideałów komunistycznych, jak w latach 50. ubiegłego stulecia, ale najprawdopodobniej w obronie interesów właścicieli sklepów i to też nie tych małych, ale sieciowych. Nie wiem, co jest głównym argumentem władz miast przeganiających przy pomocy straży miejskiej „baby” handlujące tanimi towarami, ale wydaje się, że największą rolę w tym odgrywają względy estetyczne. Niestety, w przypadku szukania oszczędności przez dosłownie wszystkich, estetyka może stać się argumentem zbyt mało poważnym, gdyż w obliczu realnego zagrożenia fizycznej egzystencji, ludzie gwiżdżą na to, czy zaopatrują się w eleganckim sklepie czy wprost z ulicznego chodnika.

wtorek, 4 września 2012

Spotkanie z balladą (5), czyli historia nieszczęsnych braci Moriciów



Długie przejmujące opowieści w formie pieśni znane są, jak wiemy z różnych części świata. Kilka miesięcy temu prezentowałem głównie ballady amerykańskie, ale przecież źródła tego gatunku tkwią na Starym Kontynencie. Jak pamiętamy, jedną z cech historii opowiadanych w balladzie jest nieuchronność katastrofy, chyba, że jest to np. wesoła ballada o Robin Hoodzie, który ocalił od niechybnej kaźni synów spotkanej po drodze wdowy.

Niestety nikt nie uratował braci Moriciów, Ibro i Paszo, których ścigał edykt (ferman/firman) samego sułtana ze Stambułu i wyrok śmierci wydany przez wezyra z Travnika, których to dokumentów podwójną mocą pochwycono braci Morić w Sarajewie i powiedziono na śmierć. Stara matka braci, dowiedziawszy się o straszliwym losie jaki szykował dla jej synów Dizdar-aga i zagroziwszy tureckiemu urzędnikowi straszliwą klątwą, wymusiła na nim łaskę dla synów. Tutaj mamy moment pozornego uspokojenia, katastazy, żeby użyć pojęcia z tragedii greckiej, ponieważ kiedy tylko pocieszona staruszka wraca do domu, wyrok zostaje wykonany i to na jednym z braci, tak żeby drugi mógł na to patrzeć i jeszcze bardziej cierpieć.

Czym zawinili bracia Moriciowie? „Nie słuchali ani sułtana, ani wezyra, ani żadnego pana, a tylko siebie samych słuchali”. Prawdopodobnie byli to po prostu bośniaccy zbójnicy przysparzający problemów lokalnym władzom osmańskim. Jak to jednak europejskie ballady o lokalnych zbójcach lubiły, sprawą dwóch młodzieńców nie przestrzegających prawa, zainteresował samego sułtana i wezyra. Na podobnej zasadzie niektóre opowieści o zbójnikach karpackich zawierały epizody z udziałem cesarza w Wiedniu.

Braci Moriciów nic nie mogło ocalić od ostatecznej katastrofy, ponieważ takie było ich przeznaczenie – tutaj zarówno autorzy greckich tragedii antycznych, jak i ludowi twórcy opowiadający swoje historie w większości w (powierzchownie) chrześcijańskiej Europie nie dają swoim bohaterom żadnych szans na ocalenie. Od fatum nie da się uciec, a człowiek ze swoimi próbami przeciwdziałania nieuchronnemu, jest tylko śmiesznym pyłkiem na wietrze. Nie ocaliła synów matka Morić, młodzieńcy zostali straceni, a lud Bośni zaczął śpiewać o nich ballady. Możemy się spotkać z całym szeregiem wersji tej historii. Czasami są one śpiewane językiem bardziej chorwackim, a czasami serbskim. Różnią się liczbą wersów i szczegółów. Wszystkie cechują się jednym. Zaczynają się zazwyczaj tekstem o wysłaniu „fermanu (edyktu) ze Stambułu” (Firman stiže iż Stambola), a kończy śmiercią nieszczęsnych buntowników.

Nietrudno zauważyć, że melodia tej przecież słowiańskiej ballady w niczym nie przypomina stylu pieśni Słowian wschodnich czy zachodnich. Bez trudu bowiem można zauważyć, że wieki panowania tureckiego nad Półwyspem Bałkańskim odcisnęły wyraźne piętno na kulturze jego mieszkańców. Gdyby nie język, w którym przy wytężeniu ucha wychwytujemy słowa, które brzmią znajomo, balladę o braciach Morić można by wziąć za utwór bliskowschodni – turecki lub arabski. Charakterystyczną cechą tego typu melodii jest przeciąganie ostatniej sylaby przez chwilę dowolnej długości z modulacją głosu (charakterystycznym „zawodzeniem”). Te końcówki są w pewnym sensie indywidualnymi improwizacjami poszczególnych pieśniarzy, niejako ich „znakiem firmowym”, dlatego różne wykonania mogą czasami sprawiać wrażenie, że są to inne utwory. Tymczasem publiczność od dziecka w tej kulturze wychowana doskonale te utwory rozpoznaje.

Proszę zwrócić uwagę zwłaszcza na dwie panie wśród publiczności Safeta Isovicia, które poruszają ustami razem z artystą, ponieważ tekst ballady jest im doskonale znany. 



Reuf Feković jeszcze bardziej wprowadza nas w egzotyczny świat Orientu.



Na koniec wersja Zorana Simjanovicia z filmu Emira Kusturicy Ojciec w podróży służbowej (Otac na službenom putu, 1985 - gorąco polecam), która śpiewana na przyjęciu weselnym przez mocno już podpitych gości stanowi swoistą fuzję orientalnej melodyki z wykonaniem, w którym rozpoznamy tak dobrze nam znane słowiańskie oddawanie się popisom wokalnym przy okazji upicia się "na smutno" lub może bardziej "na nostalgicznie".





Słuchając bałkańskich ballad zawsze nachodzi mnie przewrotna myśl, jak dzisiaj wyglądałaby nasza muzyka ludowa, ale i ta popowa, gdyby w 1683 roku Jan III Sobieski nie odparł potęgi osmańskiej spod Wiednia...

Człowiek jako czynnik ostateczny



Jednym z największych błędów, jakie popełniamy w myśleniu o polityce jest wiara, że taki lub inny system będzie tak świetnie działał, że właściwie nie ma znaczenia, jacy ludzie go tworzą. Doskonały system, jak nam się wydaje, dlatego jest doskonały, że działa niczym samograj i żadna jednostka nie jest w stanie go zepsuć.

Sytuacje z życia codziennego pokazują, że systemy polityczne wcale nie muszą się przekładać na nasze osobiste poczucie szczęścia, harmonii czy bezpieczeństwa. Tymczasem, jak wspominali niektórzy wyzwoleni amerykańscy czarni niewolnicy, na okropnym Południu można było spotkać czasami dobrych, czasami złych ludzi, podczas gdy na liberalnej i demokratycznej Północy wyłącznie łajdaków. Oczywiście taka relacja była dość subiektywna, ale dobrze ilustruje fakt, że człowiek jest naprawdę najważniejszym i ostatecznym czynnikiem decydującym o tym, czy będziemy się czuć dobrze, czy źle.

W czasach komuny tworzyliśmy przecież całe enklawy „wolne od komunizmu” i to wcale nie dlatego, że wszyscy byliśmy jakimiś wielkimi bohaterskimi opozycjonistami, tylko po prostu było nam to potrzebne do normalnego życia. Wystarczył czyjś pokoik w bloku, płyta lub kaseta z zachodnią muzyką rockową, papieros kupiony w prywatnym sklepiku lub Peweksie i Moskwy wraz z jej namiestnikami i szpiclami po prostu nie było! O Breżniewie, Andropowie czy Czernience to można było od czasu do czasu kawał opowiedzieć. To, że czasami oni byli bliżej nas niż nam się wydawało, to już zupełnie inny problem. Mieliśmy w każdym razie poczucie, że żyjemy w świecie, który jest nasz własny i nikt nie może do niego wleźć i nam go popsuć.

Przy załatwianiu spraw w urzędzie, na uczelni czy choćby w sklepie wszystko zależało od konkretnych ludzi. Owszem, z całą pewnością systemy mogą albo demoralizować albo wymuszać pewne działania pozytywne. Nie fetyszyzujmy ich jednak. Za komuny faktycznie za ladą, za kierownicą autobusu czy w urzędzie panowało dość często chamstwo. Tym milej wspominam ekspedientki czy panią z biblioteki w Warszawie, które były uśmiechnięte, uprzejme i miłe (niestety norma była zupełnie inna, a obsługa Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego w latach 80. traktowała każdego studenta jak zło konieczne). Z kolei piętnaście lat minęło od upadku komuny, a właściciel sklepu w okolicy, gdzie mieszkam, ciągle zatrudniał dziewczyny, które były opryskliwe a czasami wręcz wulgarne wobec klientów (nie chcę zapeszyć, ale od kilku lat ma więcej szczęścia do zatrudnianych sprzedawczyń). Ustrój się zmienił, pewne zachowania nie.

Bawią mnie nieustanne krytyki demokracji ze strony korwinowców. Wierzą bowiem, że monarchia automatycznie zapewniłaby powszechne szczęście. Jest to o tyle śmieszne, że przecież nie trzeba być nawet historykiem, żeby się orientować, że monarchie bywały bardzo różne, a stopień zadowolenia poddanych zależał od szeregu czynników, które wcale nie musiały mieć wiele wspólnego z systemem przewidującym dziedzicznego władcę. Niemniej np. w drugiej połowie XIX wieku całkiem spora liczba mieszkańców Europy mogła przeżyć szczęśliwe życie w ustroju monarchicznym, czy to w zbiurokratyzowanych Niemczech, czy to w samodzierżawnej Rosji. W tym samym czasie ludzie mogli również szczęśliwie żyć w demokratycznej Francji czy w demokratycznej monarchii brytyjskiej. Na tej samej zasadzie możemy rachować liczbę ludzi nieszczęśliwych. Czy więc ustrój polityczny naprawdę determinuje poczucie dobrostanu obywateli? W dużej mierze z pewnością tak, bo przecież systemy totalitarne starały się kontrolować wszystkie aspekty życia obywatela, a to raczej do szczęścia tego ostatniego się nie przyczynia, ale jeżeli odrzucimy skrajności, może się okazać że dla naszego osobistego szczęścia najwięcej ważą konkretni ludzie, których w życiu spotykamy.

Dlatego uważam, że demokracja może być wspaniałym ustrojem, jeżeli będą ją tworzyć wspaniali ludzie. Do tego potrzebny jest nie tylko jakiś wydumany w zaciszu gabinetu model powszechnego wychowania, ale przykłady z codziennego życia. Jeżeli od dziecka natykamy się na niesprawiedliwych nauczycieli, jeżeli ciągle przyłapujemy rodziców na robieniu czegoś innego niż mówią, to nie ma się co dziwić, że sami stajemy się ludźmi o dość chwiejnym poczuciu różnicy między dobrem a złem. Nie wdaję się tutaj w filozoficzną dyskusję natury ontologicznej (ponieważ osobiście uważam, że w sensie najbardziej ogólnym i obiektywnym kategorie te, jak i w ogóle wartościowanie, nie mają żadnego znaczenia), ale poruszam się tutaj na gruncie czysto społecznym. Żebyśmy nie wiem jakimi byli buntownikami, żyjemy w społeczeństwie i musimy robić jakieś założenia, żeby sobie zrobić jak najmniej krzywdy. W związku z tym roboczo przyjmuję te, jak się zdaje, powszechnie zrozumiałe terminy.

Polska młodzież, kiedy ściąga na klasówce czy egzaminie, nie ma nawet poczucia robienia czegoś niewłaściwego. Nauczyciele przepuszczający ucznia z klasy do klasy bez żadnego wysiłku z jego strony, całkowicie niszczą jego kręgosłup moralny. To samo zresztą dotyczy współczesnych wyższych uczelni. Wychodzi bowiem na to, że robimy na początek ambitne założenia – wymagamy takiego a takiego zakresu materiału – a na koniec się okazuje, że ten kto ciężko pracował próbując go opanować i dostał zasłużoną trójkę jest jakimś frajerem, bo oto nierób i cwaniaczek dostaje dokładnie taką samą ocenę. W niektórych przypadkach nauczyciel wiedziony wyrzutami sumienia temu pierwszemu podwyższa ocenę do czwórki, ale w ten sposób dewaluuje cały system oceniania.

Rodzic, który może sam do końca zepsuty nie jest (choć to rzadkie zjawisko), też przymyka oko na nieuczciwe postępowanie dziecka. „No nie radzi sobie z tą fizykę, niech więc ściągnie i ma to z głowy. W końcu ludzie gorsze przekręty robią w tym kraju.” Na dodatek „kochający” rodzic nie postawi przecież własnego dziecka w gorszej pozycji w stosunku do reszty dzieci, które przed cwaniactwem się nie wzdragają.

Jednym z zadań obecnej matury ustnej z języka polskiego jest ok. 15-20-minutowa prezentacja opracowanego przez siebie tematu na podstawie wybranych pozycji literackich. Oczywiście nasłuchałem się dziesiątek głosów krytycznych jakie to „głupie”, „bez sensu”, „nikomu niepotrzebne” itd. Na tego typu głosy należy się uodpornić, bo one zawsze będą. Cały zamysł, jak mi się przynajmniej wydaje, polega na tym, żeby młody inteligent (kiedyś matura uprawniała do określania się tym mianem) umiał z sensem skonstruować nieco dłuższą wypowiedź ustną. Oglądając telewizję nader często widzimy jakie kłopoty mają z tym nawet ludzie, dla których publiczne wypowiadanie się jest niejako częścią ich życia zawodowego. Uczeń musi więc wybrać sobie temat, przeczytać kilka pozycji dotyczących owego zagadnienia, rozplanować swoją wypowiedź, a następnie na egzaminie ją wygłosić. Niestety prawie od samego początku utrwalił się zwyczaj, że maturzyści po wyborze tematu piszą ogromne wypracowanie (niczym referat na konferencję naukową), a następnie uczą się go na pamięć. Dobrze jeszcze, jeśli ten tekst sami przygotują, bo jakiś proces myślowy przy jego opracowywaniu ma miejsce, ale gorzej jeżeli bierze prezentację cudzą i tejże się uczy niczym papuga na pamięć. Niewykluczone, że nawet niewiele z niej rozumie.

Handel prezentacjami maturalnymi stał się intratnym procederem, bo „leniwych” i „tych którzy zapomnieli przeczytać lektury” mamy w kraju chyba więcej niż tych, którzy po prostu postępują zgodnie z instrukcją nauczyciela. Te cytaty pochodzą z odpowiedzi jakiej na uwagi mojej koleżanki i moją udzieliła pewna absolwentka liceum oferująca gotowe prezentacje maturalne na forum naszej-klasy. Moja koleżanka spytała retorycznie, czy taka oferta jest aby uczciwa. Ja zarzuciłem dziewczynie cynizm i brak poczucia przyzwoitości, ponieważ z czymś z gruntu nieuczciwym wystąpiła oficjalnie i bez cienia skrępowania. Na to ona właśnie odpowiedziała, że nie czuje by robiła coś złego, ponieważ na jej towar jest zapotrzebowanie, zaś moje uwagi niewiele ją wzruszają. To ostatnie akurat specjalnie mnie nie zdziwiło, bo nie sądzę, żeby jakiekolwiek moralizatorskie teksty mogły wzruszyć swego czasu panów Grobelnego, Baksika i Gąsiorowskiego, czy też bardziej współcześnie pana Mariusza Plichtę. Nie wiem zresztą, czy ktoś próbował ich „umoralniać”. Gdyby jednak ktoś taki się znalazł, odpowiedzieliby pewnie podobnie – „niewiele nas to wzrusza, przecież są chętni na nasze usługi, sami się nam pchają w łapy, więc o co chodzi?”

Nie mam oczywiście złudzeń co do tego, że w każdej epoce i w każdym państwie ten, który potrafi oszukać innych, przez jakiś czas może osiągać swoje niecne cele, podczas gdy ktoś naiwnie wierzący w wartości społeczne, może wiecznie cierpieć i nie rozumieć nawet dlaczego. Jeżeli ktoś na dodatek wierzy w jakąś „sprawiedliwość dziejową”, czy „opatrznościową”, tego rozczarowania mogą doprowadzić na skraj rozpaczy. Dlatego trzeba po pierwsze się umówić, czy zależy nam na tym, żeby było przejrzyście i uczciwie. Jeżeli już takie założenie przyjmiemy, spróbujmy je wcielać w życie. Robota to syzyfowa i nie przynosząca natychmiastowych profitów, ale jest nadzieja, że po latach konsekwentnego stosowania wypracujemy coś, co się nazywa kapitałem społecznym. Oznaczałoby to, że zaczniemy żyć w społecznościach, w których będziemy mogli sobie nawzajem ufać i wspólnie coś budować, a nie tkwić w wiecznej frustracji, nieufności i strachu przed sąsiadem, kolegą z pracy, a nawet szwagrem. To, że dzisiaj tak niechętnie działamy razem, że brakuje obywatelskich inicjatyw, choćby w tak prostej sprawie jak urządzenie kwietnika przed blokiem, wynika właśnie z nieufności czy wręcz niechęci wobec bliźniego..

Jesteśmy nauczeni oglądać się na władzę i to tę w samej Warszawie, podczas gdy wiele moglibyśmy zrobić sami. Nie jest to jednak do końca nasza własna wina, choć wybielać się zbytnio nie powinniśmy, bo jakikolwiek gang (partia) dorwie się do władzy i poobsadza stanowiska, obywatel traktowany jest najwyżej jako odbiorca komunikatu od owej władzy, a nie jako partner, czy broń Boże inicjator jakichś działań na forum publicznym. Obywatel partiom po prostu przeszkadza, bo one przecież wiedzą najlepiej, co dla obywatela najlepsze.

Współpraca i wzajemne zaufanie to conditio sine qua non, które oczywiście znowu niczego samo z siebie nie załatwi, ale stanowi punkt wyjścia do wszelkich dalszych działań. Żeby te warunki zaistniały, musimy kształtować młodych ludzi w kierunku świata prostych zasad – przyczyna i skutek. Zachowanie właściwe powoduje pożądane efekty, niewłaściwe efekty opłakane. Jeżeli ktoś od dziecka jest wychowywany w świecie, gdzie ta prosta logika nie obowiązuje, w dorosłym życiu musi być przygotowany na życie bez żadnych reguł, w którym każdy jest wrogiem każdego. Wydaje mi się, że tego nie chcemy.

poniedziałek, 3 września 2012

Inicjatywa obywatelska, czyli Paweł Kukiz i okręgi jednomandatowe



Demokracja jest systemem, który często blokuje sam siebie, doprowadzając do paraliżu decyzyjnego. Wymagana większość kwalifikowana do podejmowana pewnych decyzji to niemal jak wymaganie jednomyślności w przedrozbiorowym Sejmie. Demokracja reprezentacyjna, z jaką mamy do czynienia w nowoczesnym świecie (samo użycie przymiotnika przy rzeczowniku „demokracja” wskazuje, że mamy do czynienia z pewną modyfikacją semantyczną tego słowa – albo „władza ludu”, albo „władza przedstawicieli ludu”), przysparza szereg problemów wszelakiej natury, w tym przede wszystkim organizacyjnej.

Polska ordynacja, czyniąca z wyborów przede wszystkim plebiscyt popularności poszczególnych partii politycznych, sprawia, że głosujemy właśnie na partie, a one sobie już we własnym zakresie poobsadzają fotele poselskie. Niby jest tam jakieś miejsce na liście, ale jeżeli wyborcy dadzą po równo głosów kandydatom z jednej listy, to chyba wchodzi ten z numerem jeden, czy jakoś tak. Niby mógłbym tę ordynację wziąć do ręki, poczytać, postudiować, przemyśleć i w końcu zrozumieć, ale ani mi się nie chce, ani nie wierzę, że taka wiedza coś zmieni. Tak czy inaczej bowiem do Sejmu i tak ciągle wchodzą ci sami ludzie, a jeżeli nie wchodzą, oznacza to, że wyborcy byli mocno zdeterminowani, żeby ich wyeliminować. Polscy wyborcy rzadko kiedy bywają jednak zdeterminowani, ponieważ nie bardzo wierzą w moc sprawczą wyborów i w swoją w nich rolę.

Do Senatu wybory są jednomandatowe, czyli faktycznie już głosujemy na konkretną osobę. Czy się interesujemy kandydatami przed elekcją to już inna sprawa. Tak naprawdę interesują się znowu tylko ci, którzy z polityki mają jakiś bezpośredni interes, a więc członkowie dobrze nam znanych gangów i grup wzajemnej adoracji popularnie zwanych partiami politycznymi.

W polityce nie można zaistnieć w pojedynkę. To jest oczywiste i gdyby ktoś zechciał uwierzyć, że jest możliwe pojawić się „znikąd” i swoim genialnym programem przyciągnąć do siebie wyborców, byłby człowiekiem niezwykle naiwnym. Każdy kandydat musi mieć choćby niewielką grupę ludzi, która mu zorganizuje kampanię. Senator Stokłosa mógł sobie takich ludzi po prostu wynająć, bo jest zamożny. W przypadku innych jest to praktycznie niemożliwe, więc trzeba liczyć na swój gang, który w takich przypadkach pomaga wszystko zorganizować. Oczywiście najpierw należy sobie wyrobić pozycję w samym gangu, co wymaga szeregu umiejętności interpersonalnych. Dlatego też mimo jednomandatowości okręgów przy wyborach senackich, i tak wyraźnie obserwujemy przynależność polityczną i działanie „po linii partyjnej”, jak to się mawiało za komuny.

Organizowania się ludzi w partie i stronnictwa oczywiście nie da się uniknąć i zresztą nie byłoby to zbyt celowe. Niemniej głosowanie na konkretnego człowieka sprawia, że zarówno wyborca zaczyna się poczuwać do osobistej odpowiedzialności za swój wybór, jak i sam wybrany powinien się czuć zobowiązany wobec swoich konkretnych wyborców. Chodzi więc o to, żeby mój reprezentant był faktycznie tym człowiekiem, na którego głosowała większość w danym okręgu, a nie tylko jakąś wyznaczoną przez szefa danej partii „jedynką”.

Walka o miejsce na wyborczej liście partyjnej to kolejny tragikomiczny element polskich wyborów. Uważam, że powinna być możliwość zgłaszania się nieograniczonej liczby kandydatów w danym okręgu, lista powinna być jedna (wiadomość o przynależności partyjnej powinna być jednak umieszczona obok nazwiska kandydata), zaś wyborcy powinni mieć okazję zapoznać się z konkretnymi obietnicami poszczególnych kandydatów, a nie tylko ich szefów partyjnych. Oczywiście nie do końca wierzę, że ludzie nagle zaczną częściej chodzić na zebrania przedwyborcze i spotkania z kandydatami, ale stopniowo takie obyczaje mogą stać się częścią nowoczesnej obywatelskiej postawy.

Okręgi jednomandatowe przez sam fakt swojego istnienia nie załatwią żadnej konkretnej sprawy, czy to w przemyśle, rolnictwie, oświacie czy to w każdej innej dziedzinie życia publicznego, ale istnieje nadzieja, że wytworzą system, w którym bardziej liczyć się będzie interes danego okręgu wyborczego i kraju jako całości, niż interes grupy sprawującej kontrolę nad daną partią, jak to jest dzisiaj.

Demokracja nigdzie nie jest doskonała, bo też musimy sobie jasno zdawać sprawę z tego, że ten czy inny system nie zrobi automatycznie tego, co muszą zrobić konkretni ludzie. Jeżeli demokratycznie wybierzemy idiotów i łobuzów, to nie możemy się spodziewać, że ludzie ci będą podejmować mądre i etyczne decyzje. Niemniej powinniśmy dać sobie szansę na większą elastyczność w działaniu. Załatwiając konkretną sprawę powinniśmy mieć możliwość poparcia każdego, kto w tejże również podziela nasze zdanie, zaś w innej powinniśmy zachować możliwość sprzeciwu. Tzw. „grassroot movements” w USA to przykład obywatelskiej samoorganizacji wokół jakiegoś zagadnienia. Aktywni członkowie społeczności organizują się po to, żeby załatwić jedną, a czasami kilka spraw, ale nie tworzą zaraz partii politycznej. Do załatwienia tych spraw bowiem mają swojego kongresmana, który wszak już do jakiejś partii należy. Oddolne inicjatywy mogą urosnąć do siły lobby, które staje się grupą nacisku, z którą muszą się liczyć przywódcy poszczególnych partii. Przed każdymi wyborami zaś jedna lub druga z partii przyjmuje pomysły tej czy innej oddolnej grupy nacisku i włącza je do swojej bieżącej platformy politycznej, czyli programu. Czy system amerykański jest doskonały? Oczywiście nie, ale z pewnością lepiej jest, kiedy obywatele działający razem próbują coś załatwić, a nie popadają w marazm i bezwolnie oddają się ręce tego, czy innego gangu.

Ruch zainicjowany przez Pawła Kukiza (zmieleni.pl) polegający na zbieraniu podpisów pod projektem wprowadzenia do polskiej ordynacji wyborczej okręgów jednomandatowych jest właśnie taką obywatelską inicjatywą. Mogę się z Pawłem Kukizem nie zgadzać w całym szeregu innych spraw, ale akurat tutaj się zgadzam i chcę, żebyśmy razem osiągnęli ten cel. Ruch zmieleni.pl wziął swoją nazwę od tego, że swego czasu odpowiednia liczba obywatelskich podpisów pod taką samą inicjatywą była już zebrana i dostarczona do Sejmu. Po odleżeniu pewnego czasu, wszystkie listy z podpisami obywateli poszły po prostu na przemiał. Groteskowość całej sytuacji wzmacnia fakt, że jednomandatowe okręgi wyborcze (i m.in. zniesienie Senatu), to była jedna ze sztandarowych zapowiedzi Platformy Obywatelskiej i osobiście Donalda Tuska.

Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że nie możemy liczyć na poparcie którejkolwiek z partii politycznych działających w Polsce. Nikt nie będzie przecież podcinał gałęzi, na której siedzi. Żadne „prezydium partii” nie pozbawi się dobrowolnie tak ważnego i skutecznego elementu kontroli nad ludźmi jakim jest ustalanie list wyborczych. PSL prawdopodobnie musiałby się całkowicie rozwiązać, bo wszak wiadomo, że rolą tej partii jest objęcie jak największej liczby intratnych stołków, z czym się nawet specjalnie nie kryje. Tym bardziej nie zrobi tego PO ani PiS, bo ani Donald Tusk i jego świta, ani Jarosław Kaczyński i jego sykofanci nie pozwolą sobie na to, żeby w okręgach jacyś przypadkowi obywatele wybierali sobie kogo sami chcą. Forsowanie projektu jednomandatowych okręgów wyborczych nie będzie więc rzeczą łatwą ani prostą. Warto jednak spróbować. Choćby po to, żeby móc spojrzeć w lustro i z czystym sumieniem powiedzieć, że faktycznie i ja coś robię dla lepszego urządzenia naszej Rzeczypospolitej, czyli po prostu kraju, w którym żyję.

http://zmieleni.aws.af.cm/

niedziela, 2 września 2012

W dniu świętego Stefana, czyli kilka słów o imieninach


Każdy, kto przeżył więcej niż 30 lat z pewnością zauważył przemiany w kulturze życia codziennego, jakie zaszły za jego życia. Jeżeli ktoś przeżył tych lat jeszcze więcej, ten czasami się dziwi, że był już na świecie, kiedy panowała jeszcze zupełnie inna epoka. Nie ma się co rozpisywać na temat wpływu ekonomii i polityki na kulturę (czasami vice versa), więc pominę już ten prosty fakt, że dorastałem pod rządami komunistów i ich prób narzucenia pewnych wzorców kulturowych. Oprócz negatywnych bohaterów filmu Barei Rozmowy kontrolowane (ci, którzy nie wiedzieli, kiedy obchodzi się Wigilię, a podczas niej jedli golonkę w piwie i śpiewali „Podmoskownyje wiecziera”), generalnie nawet większość notabli partyjnych świętowała przy choince Boże Narodzenie, a w Wigilię spotykała się z rodziną i łamała opłatkiem.

Z chrześcijańskich korzeni pewnych obyczajów często nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy. Kto w latach 60. i 70. myślał o tym, że popularna okazja do radosnej popijawy w gronie rodziny i znajomych wiąże się z katolickim świętem upamiętniającym danego świętego? Owszem, ja się o tym dowiedziałem od siostry-katechetki dość wcześnie, jeszcze chyba w II klasie podstawówki, ale czy było powszechną wiedzą, że imieniny do dzień świętego patrona?

W środowiskach zwanych patologicznymi imieniny były okazją do naciągnięcia solenizanta przez kolegów na postawienie dużych ilości alkoholu. Przy takich okazjach okazywało się, że solenizant, którego grono bliskich znajomych nie było zbyt imponujące, nagle stawał się osobą niezwykle popularną, zaś grono „przyjaciół” i „kolegów” gwałtownie się powiększało.

Zostawmy jednak patologię społeczną. Imieniny obchodzono chętnie we wszystkich środowiskach. Przed latami 70. ubiegłego stulecia praktycznie mało kto świętował urodziny. „Urodziny to niemiecki zwyczaj”, mawiały babki, ciotki i inni starsi członkowie rodziny. Ponieważ w wiek szkolny wszedłem w epoce Gierka, a niektórzy nazywali moje pokolenie „dziećmi Marksa i Coca-Coli”, i lubiłem dostawać prezenty (nadal lubię, nie oszukujmy się!), obchodziłem zarówno urodziny jak i imieniny. Imieniny dziecka kojarzyły się jednak przede wszystkim z nieco ambarasującym obyczajem przyniesienia do szkoły torby cukierków, poczęstowania pani i wszystkich uczniów w klasie. Urodziny zaś z przyjęciem w domu, tortem ze świeczkami i prezentami od rodziców i od gości. Chyba właśnie w podejściu mojego pokolenia do tych dwóch uroczystości należy upatrywać genezy zwycięstwa urodzin nad imieninami, jakie obserwujemy dzisiaj.

Koniec lat siedemdziesiątych to nie był już najlepszy czas dla wyprawiających imieniny. Trudno było o dobre jedzenie, choć na imieniny oczywiście solenizant stawał na głowie i zdobywał dobrą wędlinę do ułożenia na półmisku (prekursor „mięsnego jeża” był obowiązkowy!). Królowała też sałatka jarzynowa (jak mówi Robert Makłowicz, na świecie znana jako „Russian salad”, a której on „do ust nie bierze”). Goście siadali wokół stołu przykrytego białym obrusem i uginającego się od jadła i tak spędzali wiele godzin, jedząc, pijąc alkohol i wesoło rozmawiając. W zależności od preferencji, na niektórych przyjęciach się śpiewało, a jeżeli gospodarz dysponował gramofonem („adapterem”, jak się wówczas mówiło) i odrobiną wolnej podłogi (co przy rozmiarach standardowych gomułkowskich, czy gierkowskich mieszkań w blokach nie było takie oczywiste), mogły się odbywać nawet tańce. Z tym oczywiście trzeba było uważać, bo przecież sąsiedzi…

Z rozmów ze starszymi już w latach 80. pamiętam, że wspominali z nostalgią lata 60. Chodziło mianowicie o to, że o ile w latach 80. kiedy się szło do kogoś na imieniny (czy jakąkolwiek inną imprezę) wypadało wziąć ze sobą butelkę alkoholu, to podobno te dwa dziesięciolecia wcześniej było to nie do pomyślenia. Solenizanta stać było bowiem na wódkę, wino i likiery dla swoich gości, zaś przyniesienie własnego alkoholu byłoby uznane za nietakt. Natomiast jedna z moich nauczycielek wspominała lata 60. jako czasy, kiedy nie tylko był większy wybór wędlin, niż za Gierka, ale ludzie pili mniej, bo pół litra wódki wystarczyło na 20-osobowe przyjęcie imieninowe. Zarówno wtedy (koniec lat 70.), jak i dziś uważam, że pani ta zanadto idealizowała lata swojej młodości. Nie wolno jednak wykluczyć faktu, że w latach 60. środowiska inteligenckie nie miały aż takiego „parcia na alkohol”, jak to się stało ich zwyczajem już dekadę później.

Ludzie mojego i starszego pokolenia, kiedy chcą powiedzieć, że ktoś opowiada bzdury, mówią, że „takie rzeczy to u cioci na imieninach”, a nie w poważnej dyskusji. Akurat ja doskonale pamiętam faktyczne imieniny u mojej ciotki, na których było mnóstwo gości – babcia z dziadkiem, siostry babci ze swoimi dziećmi i wnukami, czyli moimi kuzynami, koleżanki i koledzy z pracy ciotki i wujka. Ciotka mieszkała wówczas przy ulicy Franciszkańskiej w Łodzi w mieszkaniu, które składało się z kuchni, łazienki, przedpokoju i jednego, ale za to bardzo dużego pokoju. Mimo, że pokój ten faktycznie był imponujących rozmiarów, do dziś zachodzę w głowę, jak pomieściło się w nim tylu gości.

Imieniny tym różniły się na dodatek od innych okazji do towarzyskiego spotkania połączonego z konsumpcją alkoholu i jedzenia, że się na nie gości nie zapraszało. „Na imieniny przychodzi ten, kto pamięta”, to kolejny tekst babć i ciotek, jaki pamiętam z dzieciństwa. Liczba gości na imieninach świadczyła o szacunku dla solenizanta i jego popularności wśród rodziny i znajomych. Na imieniny należało się więc dobrze przygotować, bo nigdy teoretycznie nie było wiadomo ilu gości trzeba będzie nakarmić i napoić. 

Stopniowo ten zwyczaj ulegał modyfikacji, ponieważ jeżeli imieniny przypadały na dzień roboczy poprzedzający inny dzień roboczy, mało kto chciał iść do pracy w stanie poimprezowego zmęczenia (choć byli i tacy, którym to wcale nie przeszkadzało, ale to cała długa historia o kulturze pracy w PRL), więc przyjęcie imieninowe przekładano na sobotę (też był to dzień roboczy, ale za to niedziela była wolna). W takiej sytuacji wszystkich zainteresowanych należało o tym fakcie powiadomić. Takie powiadomienie zaś przybierało formę (chcący czy niechcący) zaproszenia. W ten sposób pożegnaliśmy się z obyczajem polegającym na tym, że „na imieniny przychodzi ten, kto pamięta”.

Starsze pokolenie nadal obchodzi imieniny jak za dawnych lat. Ja już niekoniecznie. Może dlatego, że wypadają zaraz po wakacjach, a więc w moim przypadku podczas finansowego „przednówka”? Świętuję raczej z najbliższą rodziną, odbieram telefony od dalszej. Od czasu do czasu tylko przypominam sobie, że jest to dzień katolickiego świętego Stefana, króla Węgier (nie, nie tego, którego imieniem nazwano katedrę w Wiedniu, bo tamten Stefan to tak naprawdę św. Szczepan męczennik), który był królem silnym a okrutnym, siłą zmuszającym swoich Madziarów do przyjęcia chrześcijaństwa, a który przed swoim chrztem nazywał się Wajk.

sobota, 1 września 2012

September 1



September 1 has two basic connotations in Poland. First, it’s the anniversary of the outbreak of World War II, which began with an attack of the German battleship Schleswig-Holstein on the Polish Military Transit Deposit (Westerplatte) on the territory of the Free City of Danzig (Gdańsk). At the same time German troops crossed the Polish borderline heading from three sides towards Warsaw. Second, it’s the first day of school in Poland. I don’t know how school authorities begin school years nowadays but my generation connects these two events automatically. Our school principles and teachers used to remind us about the tragedy of the Second Republic every first day at school, every year, from the first class of primary school to the last year of secondary school.

I don’t know what school principals are going to tell present day kids on Monday (actually since it’s Saturday today, the school year commences September 3). The fact is that every year fewer and fewer young Poles has this immediate association of September 1 with World War II.

The instilment of the tradition of Polish martyrdom was part of the Communist conscious propaganda policy aiming at us believing that Germans had always been our enemies and still were! Of course, there were “good Germans” in the German Democratic Republic (East Germany), and “bad Germans”, actually all crypto-Nazis, in the Federal Republic of Germany (West Germany). We had to be vigilant because “West German revisionists” incessantly plotted against us preparing their perfidious schemes to take back the lands that used to belong to Germany before 1937.

In the 1980s, although General Jaruzelski seemed to have stifled the patriotic and independent movement (“Solidarity”), more and more people went to Germany to work. Many Poles treated that country as a stopover on their way to the US, Canada or even Australia. However there was quite a number of those who went to West Germany ‘on vacation’ and came home for the rest of the year. During those two months they earned more (sometimes much more) than over the remaining ten months in Poland. They brought lots of western goods, hardly available behind the ‘iron curtain’: clothes (including original jeans), cosmetics and electronic equipment, including video players and VHS cassettes. That’s why even today when someone talks with nostalgia about the VHS era (now replaced by DVD) the first thought that comes across my mind is American movies with German dubbing. All the video cassettes were in German! As a result we could not hear the original voices of great American stars, including songs in musicals, because the Germans dubbed every second of spoken/sung text!

What was much more important to me than all those gadgets and symbols of ‘the world of abudance’, was those people’s stories. We were listening with open mouths about easy access to all possible goods, stores full of literally everything, while in our version of socialism we had empty shelves and long lines of those who ‘hunted’ for literally anything. We were devouring stories about high wages and salaries, high quality cars, TV-sets, spacious houses and apartments. And we loved all the accounts on democracy at work. TV debates with politicians not sparing harsh words against their opponents while in Poland the regime TV served us perfect harmony and cooperation on the top level of power. In a word, everything was perfect in West Germany.

One thing was also important in those stories which sometimes sounded in our ears like fairy tales. It was the fact that our friends visiting and working in Germany did not see their hosts as Nazis or even crypto-Nazis. Well, their experience with particular Germans could vary from person to person. Hardly anyone, however, remembered any incidents that would brought to mind situations known from World War II (or movies about WW II). The role of those ‘working visits’ to West Germany is, therefore, hard to overestimate. They really contributed to breaking our attitudes towards Germans. However, if someone asked me if the negative stereotype of the German in Poland is now the matter of past, I’d be far from optimism.

Polish Germanophobia has its roots in history, although it was Hitler and WW II that created a very strong stereotype of the Germans being our ‘eternal’ enemies. It’s not my intention to present an outline of the Polish-German relations throughout history but in fact there were quite long periods when our mutual attitudes were simply good. It was Birsmarck’s policy of germanization of the inhabitants of Great Poland ruled by Prussia (later united Germany) as the result of the partitions of Poland and half a century later Hitler’s atrocities that created the image of Germany as our intransigent foe.

Germanophobia may be a great tool in the hands of the politicians who know how to skillfully play with the crowd’s emotions. At the moment in Poland there are quite a number of those who are scared of German and Russian conspiracy aimed against Poland and the Polish people.

Well, I would be naïve if I believed that German (and Russian as well) politicians or businesspeople are full of exclusively good intentions towards Poland and the Poles. They simply have their particular interests and it’s quite understandable that they stay in conflict with ours. This may quite frequently lead to serious problems (e.g. the Nord Stream pipeline) and suspicions. The media will never reveal the real reasons for closing down Polish shipyards (as some believe, the result of German conspiracy in the EU whose decisions resulted in the end of the Polish shipbuilding industry, while the Germans successfully protected their shipyards being in a similar situation) but we should understand one thing: all these actions have nothing to do with Adolf Hitler, ‘eternal enmity’ between our nations or any other long-term ethnic or cultural conflicts. ‘Business is business’, as they say, and in the world of politics there’s no room for sentiments. Germany as politically and economically stronger seems to be better prepared to protect its interests.

Talking about ‘centuries of enmity’ cuts both ways. On the one hand, instead of analyzing current problems (which may be quite real) some politicians make us focus our attention on the past, which is useless and, on the other hand, we tend to live in a box of paranoia outside of which our enemies are lurking.

However (or, on the third hand, as I’d love to say), uncritical acceptance of all instructions given by ‘more experienced’ and ‘wiser’ neighbors by other Polish politicians does not necessarily result in something good for Poland. A friendly pat on the shoulder from the current German chancellor or a eulogy of a Polish minister in a German newspaper does not mean that this minister does work in the best interest of Poland.

Anyway, the past should not ruin our prospects for the future. I strongly believe that good relations with Germany should remain one of the priorities of our foreign policy. Our relationship shouldn’t be built on the patron-client principle. Both our countries are EU members and if we finally learn how to use the community mechanisms, our position may become stronger.

Do I want to say we should forget September 1, Adolf Hitler and six years of war and occupation (the occupation of West European countries wasn’t nearly as brutal as that of Poland)? By no means. We should always remember that dark period just to realize that such things may happen, that such ‘civilized’ peoples as for example Germans are able to turn into callous murderers ready to eliminate whole nations and ethnic groups in the name of some insane ideologies. This is what we should remember.