piątek, 17 czerwca 2011

Praca a płaca, czyli za co chcemy być (wy)nagradzani (3)

Nauczyliśmy się mówić o stresie i odmieniamy to słowo na wszystkie sposoby. Ja szczerze mówiąc nie pamiętam kiedy je usłyszałem po raz pierwszy. Czasami odnoszę wrażenie, że w latach 70. chyba nikt go w Polsce nie używał (pewnie się mylę, bo to wrażenie jest wysoce subiektywne). Wolałbym używać pojęć bardziej pierwotnych i dosadnych. Chodzi o strach i generowanie nienawiści. Mało kto lubi się przyznać do strachu, bo nikt nie chce być nazwany tchórzem, ale to strach rodzi w nas najgorszy dyskomfort psychiczny. Generowanie nienawiści w innych ściśle się z tym wiąże, bowiem na pewnych stanowiskach nie ma możliwości dogodzenia wszystkim, a niektórym trzeba mówić przykre rzeczy – dla dobra firmy, a czasami dla dobra samych adresatów owych przykrych słów. To najczęściej wywołuje nienawiść, a nie każdy jest odporny na nagły atak (niekoniecznie fizyczny), albo na permanentny podskórny stan napięcia. Niektórzy się tego boją – i dlatego nie nadają się na stanowiska kierownicze. Są natomiast ludzie o odpowiednio silnej konstrukcji psychicznej, których w sytuacji „bitewnej” czują się jak ryby w wodzie.

Niemniej większość z nas dla własnego komfortu psychicznego unika sytuacji, które narażałyby nas na własny strach i na nienawiść ze strony innych. Wydaje się więc, że ci, którzy takie narażenie świadomie wybierają, zasługują na wyższe wynagrodzenia – na prostej zasadzie podaży i popytu. Popyt na tych, którzy poradzą sobie z ludzką nienawiścią, jest nadal wysoki. Dodam, że ludzie ci narażają się nie tylko na bezpośrednią nienawiść swoich podwładnych, ale również całego otoczenia nie mającego nic wspólnego z pracą tego człowieka. Ogólnie lubimy bowiem miłych i sympatycznych ludzi, którzy nikomu nie chcą narzucać swojej woli. Może byłoby i wspaniale, gdyby świat mógł się tylko z takich składać, ale rzeczywistość jest niestety bardziej wymagająca.

Ludźmi, którzy nieustannie narażają się na nienawiść są oczywiście politycy. Nie ma po prostu żadnej siły, która sprawiłaby, żeby wszyscy danego polityka kochali. Czynnik narażenia na nienawiść jest więc niezwykle istotną częścią składową pracy polityków i z tego względu powinni być dobrze opłacani. Tutaj jednak musimy dotknąć kwestii innych komponentów płacy. Nie uważam, żeby polityk musiał pracować jakieś straszne ilości godzin dziennie, ponieważ często wystarczy, że podejmie dobrą decyzję raz na tydzień. Żeby jednak to zrobić, musi poczytać różne raporty, spotkać się z mądrymi ludźmi, pomyśleć i taką decyzję podjąć. Kto tego nie robi, naraża się na podjęcie decyzji błędnej, a to w polityce gorzej niż grzech. Jeżeli ktoś z kolei do swojego stanowiska nie jest przygotowany merytorycznie, a więc nie ma niezbędnej wiedzy na temat np. swojego resortu, albo brakuje mu umiejętności zarządzania wiedzą innych ludzi – mądrzejszych od siebie w danej dziedzinie, to nie jest najlepsza prognoza dla decyzji podejmowanych przez takiego polityka.

Niestety odnoszę wrażenie, że wielu polityków domaga się ogromnych pieniędzy za swoją pracę tylko jako rekompensatę za czynnik strachu i nienawiści, na jakie są narażeni. To, że wielu z nich nie ma odpowiedniego przygotowania i nie pracuje wystarczająco intensywnie, wydaje się im nie aż tak ważne. Tymczasem dla samego efektu ich pracy, czyli tego, co nas, obywateli najbardziej interesuje, jest to rzecz najważniejsza. Generalnie nikogo z nas nie obchodzi jakie psychiczne katusze przeżywają politycy słysząc brutalne ataki opozycji, czy obelgi ze strony tłumów. My chcemy, żeby były dobre drogi, ludzie mieli pracę za godziwą płacę i żeby stać nas było na to, czego potrzebujemy. I słusznie.

Czasami można odnieść wrażenie, że do polityki pchają się ludzie nie tyle odpowiednio odporni psychicznie, co na tyle głupi, że sobie nie zdają sprawy z tego, na jaką nienawiść będą narażeni. 

cdn

czwartek, 16 czerwca 2011

Praca a płaca, czyli za co chcemy być (wy)nagradzani (2)

Istnieją takie prace, które wymagają ogromnej wiedzy i fachowych umiejętności. Tutaj często mówi się, że liczy się czas nauki włożony w opanowanie danego fachu. Ktoś, kto studiował sześć lat medycynę, powinien zarabiać więcej niż górnik. No może i powinien, ale kwestia polega na tym, kto mu tyle zapłaci. Dlatego mimo wszystko, lekarze biorą jak najwięcej godzin (a więc znowu czynnik czasowy), żeby zarobić więcej. Pomijam tutaj czynnik przesadnej chciwości, bo to temat na osobne rozważania. Na razie na marginesie dodajmy, że ten czas włożony w naukę to również kwestia bardzo relatywna – jeden uczy się szybko i bez trudu, innemu przychodzi to ciężko, ale w ostatecznym rozrachunku liczy się efekt, a nie żaden wkład pracy. Nie znaczy to, że wkład pracy nie jest ważny w osiągnięciu efektu; chodzi tylko o to, że odbiorcy efektów naszej pracy, nasz wysiłek w ogóle nie obchodzi.

Nadal jednak zależność popytu i podaży jest najważniejsza. Jeżeli nikt nie będzie w stanie, czy też po prostu nie będzie chciał płacić za wysoce profesjonalną pracę, to jej wykonawca będzie musiał obniżyć swoje wymagania płacowe. Wszystko więc zależy od tego, kto kogo bardziej może zaszantażować. Bo negocjacje zarobkowe da się sprowadzić do prostego szantażu. Chcesz moich usług, to płać tyle, ile chcę. Nie chcesz to szukaj frajera. Jeżeli jednak ten odprawiony z kwitkiem pracodawca takiego frajera znajdzie, to trzeba się pogodzić, że zarobi się mniej.

Osobiście uważam, że wszelkie teorie na temat natury pracy, które zapoczątkował Adam Smith, a potem rozwinął Marks, a także teoretycy XX wieku, mają jeden słaby punkt. Mianowicie nie biorą pod uwagę faktu, ze samo pojęcie „praca” jest metaforą i nie ma fizycznej substancji. Jest takim samym abstrakcyjnym pojęciem, jak „produkt bankowy”. Owszem,  przekłada się na pieniądze (które w obecnym kształcie są również wysoce metaforyczne), ale samo pojęcie jest wytworem języka. Istnieją ludzie i istnieją przedmioty, które wytwarzają. Płaca za pracę to przede wszystkim kwestia stosunków międzyludzkich.

Nie znaczy to oczywiście, że cały temat lekceważę i uważam za jakąś błahostkę. Wcale nie, bo przecież nie od dziś wiadomo, że świat, w którym się obracamy to przede wszystkim świat języka. Od czasu do czasu tylko warto sobie uzmysłowić, że językowe wytwory naszych umysłów będą nas zawodzić.

Zostawiając rozważania abstrakcyjne, wróćmy do czynników, jakie warto brać pod uwagę przy kształtowaniu płac za pracę. Jednym z nich jest poziom stresu. Menadżer wielkiej firmy żąda wysokiej płacy, ponieważ bierze na siebie duże ryzyko kierowania ogromnym zespołem ludzi i generowania zysków dla właścicieli. Stres jest ogromny, bo przecież jest między młotem a kowadłem. Pracownicy chcą zarabiać więcej, właściciele chcą jak największej „wartości dodanej” (że posłużę się terminem z Marksa). A menadżer musi dogodzić wszystkim, w tym klientom, od których przecież zależy przychód firmy. Jeżeli ktoś decyduje się na takie stanowisko, to ma prawo żądać dużych pieniędzy. Oczywiście, jeżeli takich gotowych na wszystko twardzieli jest więcej, to znowu musi się liczyć z prawem popytu i podaży. Najczęściej jednak na stresujące stanowiska kandydatów jest o mniej niż na ciepłe synekury. 

cdn

środa, 15 czerwca 2011

Praca a płaca, czyli za co chcemy być nagradzani (1)


Istnieje szereg definicji wartości, tak samo jak szereg definicji pracy. Najwięcej emocji wzbudza oczywiście wartość pracy, która mierzy się w pieniądzach i realizuje się w postaci konkretnego przychodu. Wierzy się za klasykami, że cena towaru powinna być proporcjonalna do czasu, w jakim został on wykonany, a więc od włożonej weń pracy. Z tym oczywiście bywa bardzo różnie, bo niezwykle często okazuje się, że rzecz, która wymagała dużo pracy nie może być sprzedana drogo, bo nikogo na nią nie stać. Z drugiej strony coś, co nie wymagało dużego wysiłku okazuje się strzałem w dziesiątkę i przynosi kolosalne zyski. Najlepszym przykładem jest sukces muzyków spod znaku disco-polo (na szczęście apogeum tego typu muzyki mamy już chyba za sobą), którzy potrafili stworzyć utwór i go w dodatku nagrać w kilka godzin, podczas gdy artyści rockowi z wyższej półki pracują nad jednym kawałkiem kilka tygodni, nie wspominając już filharmoników, których nakład pracy w przygotowanie utworu jest ogromny. Muzycy z filharmonii, kiedy nawet zdarzy im się zwierzyć, ile zarabiają, od razu proszą, żeby nikomu nie powtarzać bo tak niskie zarobki to po prostu wstyd. Ponieważ są ludźmi nie w ciemię bitymi (przynajmniej część z nich), znajdują sobie oczywiście chałtury, które pozwalają im utrzymać siebie i swoje rodziny na godziwym poziomie. Tymczasem CD, a przedtem kasety z disco-polo sprzedawały się w milionach egzemplarzy. Klasyczna definicja wartości produktu na wolnym rynku sprawdza się w niewielkim stopniu. Pal licho produkt. Co jednak z samą pracą?

Wiadomo, że konkretny wytwórca, robotnik, to ostatnie ogniwo w łańcuchu pokarmowym, i że za swoją pracę dostanie tyle, ile mu pracodawca zechce zapłacić. Nie chcę się w tym miejscu wdawać w dywagacje na temat negocjacji płacowych, roli związków zawodowych, sumienia pracodawców i całego złożonego problemu. Chciałbym zwrócić uwagę na pewien czynnik, który być może został opisany w literaturze przedmiotu, ale ponieważ nie jestem ani ekonomistą, ani menadżerem ani nawet specjalistą od rynku pracy, takowej literatury nie czytam, więc niewykluczone, że wyważam otwarte drzwi.

Otóż, jak mi się wydaje, prawo popytu i podaży odgrywa w kształtowaniu wszelkich wartości mierzalnych pieniędzmi o wiele większą rolę niż wkład pracy. Jeśli ktoś coś chce kupić, to sprzedawca bada za jaką cenę tenże ktoś to weźmie i podnosi ją do momentu, kiedy kupiec powie „nie, nie stać mnie”. Wtedy sprzedawca cenę obniża do takiego stopnia, żeby była dla niego jak najbardziej opłacalna, a dla klienta do przyjęcia. Teoretycznie podobnie jest z pracą. Przychodzi kandydat na pracownika do pracodawcy i mówi: „Chcę u ciebie pracować, żeby zarobić na życie i inne wydatki”. Na to pracodawca proponuje mu stawkę taką a taką. Wtedy pracownik może się nie zgodzić, jeśli uważa, że jest za niska. Oczywiście teoretycznie, ponieważ strach przed brakiem jakiegokolwiek dochodu jest tak paraliżujący, że ludzie biorą wszystko. Ale załóżmy, że kandydat mówi: „To za mało, dziękuję. Idę szukać dalej.” Pracodawca czeka więc na kolejnego kandydata, który zgodzi się pracować za proponowaną stawkę. Dopiero kiedy taki chętny się nie znajduje, a jednak taki pracownik jest bardzo potrzebny, pracodawca zaczyna proponować wyższą stawkę. I tak, przynajmniej teoretycznie kształtuje się cena pracy. Nie ma się co oszukiwać, pracodawca, jeśli nie musi, to nikomu nie zapłaci ani grosza więcej, niż sam chce.

Zajmijmy się jednak czynnikami, które sprawiają, że pracownik czasami zgodzi się na niższą stawkę, a czasami żąda o wiele wyższej. Nie mówię tutaj o jakichś zdemoralizowanych działaczach związkowych, ale o ludziach myślących w kategoriach zdrowego rozsądku.

Jednym z elementów, jaki powinien się składać na cenę pracy, jest oczywiście czas pracy. Teoretycznie więc za większą liczbę przepracowanych godzin, pracownik powinien dostawać więcej. Wiemy przecież, że tak się nie dzieje. Dodajemy więc inny czynnik, a mianowicie stopień wysiłku fizycznego, jaki trzeba w pracę włożyć. Na tej zasadzie górnik zarabia więcej niż szwaczka (a może nie zarabia, tylko wydaje się, że powinien). 

cdn

wtorek, 14 czerwca 2011

Qigong, szkolne doświadczenie, a walka z ciemnymi mocami

Wczoraj obejrzałem na TVP Historia film dokumentalny o Marcusie Bongarcie, pt. „Mistrz”. Dokument jest nienowy, TVP 1 przedstawiła go już chyba dwa lata temu, ale ja zobaczyłem go po raz pierwszy. Wyczyny mistrzów qigong podziwiam nie od dzisiaj. W odróżnieniu od Marcusa Bongarta nigdy nie miałem jednak tyle determinacji, żeby oddać się systematycznej praktyce tej sztuki. Niemniej kilka ćwiczeń dla początkujących, np. zbliżanie do siebie otwartych dłoni przed sobą i oddalanie ich z wyobrażeniem, że przy przybliżeniu ściskam gumową piłkę, a przy oddalaniu rozciągam ciasto na pizzę (oba wyobrażenia sprawiają, że odczuwa się lekki opór), przekonały mnie, że coś w tym jest. Potem przestałem sobie wyobrażać piłkę i ciasto, ale efekt, który mogę porównać tylko do zbliżania magnesów o tych samych biegunach i oddalania się magnesów o biegunach przeciwnych, pozostał, mimo, że fizycznie już tych dłoni ani nie oddalałem ani nie zbliżałem do siebie. Zrobiłem nawet eksperyment Zbliżyłem dłonie do ramion żony, nie dotykając ich i spytałem co czuje. Kiedy wyobrażałem sobie, to samo, co przy zbliżaniu dłoni w ćwiczeniu, moja żona twierdziła, że odczuwa ciepło, kiedy wyobrażałem sobie to co przy oddalaniu, ciepło również odchodziło.

Jak to często ze mną niestety bywa, wiele rzeczy zostawiam na etapie początkowej fascynacji. Kiedy podzieliłem się swoimi obserwacjami z kuzynem, który jest człowiekiem inteligentnym, ale na stare lata postanowił uporządkować swój światopogląd bezkrytycznie oddając się katolicyzmowi, ten stwierdził, że „wiesz, z tymi energiami to ty lepiej uważaj…” Powiem otwarcie, jestem naprawdę człowiekiem tolerancyjnym, więc ataki na wszelkie religie uważam za najczęściej przesadzone i wynikające ze złej woli atakujących. Jestem w stanie zrozumieć różne dziwactwa a nawet drobne draństwa (np. chciwość duchownych, którą można podciągnąć pod „gospodarność”, choć z całą pewnością nie pedofilię). Niemniej do szewskiej pasji doprowadza mnie postawa kołtuna, bo ta zakazuje zbadania czegoś, dojścia do prawdy w imię pokory. Pokora jest istotą wszelkiego poznania. Na każdym etapie człowiek, którego napędza pasja badawcza musi zdawać sobie sprawę ze znikomości własnej wiedzy i tego, że stu procent prawdy pewnie nigdy nie odkryje. Niemniej pokora pojęta jako postawa typu „jeśli tego nie rozumiesz, to lepiej się temu pokłoń” jest godna jaskiniowca oddającego cześć piorunom, wysokim górom i wszelkim żywiołom. Jest to ta sama postawa, która zniszczyła Giordana Bruno, Galileusza odarła z godności, a De revolutionibus Kopernika trzymała na indeksie ksiąg zakazanych do XIX wieku.

Na argumenty Dawkinsa czy Hawkinga, ludzie religii, którzy nie są tylko prostymi dewotami, ale starają się wiarę swoją podpierać argumentami logicznymi, często mówią, że odwoływanie się do świata fizycznego, w tym nawet do fizyki kwantowej, w odniesieniu do Boga i świata duchowego, nie ma sensu, ponieważ jest to rzeczywistość kompletnie pozamaterialna, a Bóg pozostaje poza stworzeniem (wg chrześcijan, jak chciał wejść do stworzenia to się wcielił w Jezusa Chrystusa). Niech i tak będzie, ale w takim razie dlaczego kościoły tak bardzo obawiają się zjawisk czysto fizycznych? Dlaczego nie mielibyśmy uczynić naszego życia lepszym poprzez lepsze poznanie praw fizyki? Wkładanie qigong, tai-chi czy np. sztuk walki do jednego worka z czarną magią i przywoływaniem ducha nieczystego to jakieś kompletne nieporozumienie.

Nauka tzw. Zachodu, o ile się orientuję, nie uznaje istnienia czegoś takiego jak energia qi. W odróżnieniu od szeregu zjawisk, na które badania naukowe nie przynoszą wystarczających dowodów (telepatia, jasnowidzenie – choć można mówić o pojedynczych przypadkach, których jest jednak za mało, żeby je uznać za dowody naukowe), energię qi każdy może sprawdzić, czy to idąc do jakiegoś mistrza qigong, czy też po prostu wykonując proste ćwiczenie, o jakim pisałem na wstępie.

Uważam, że energia qi jest zjawiskiem czysto fizycznym, które należy poddać poważnym badaniom. Nie jestem fizykiem, ale doskonale pamiętam doświadczenie ze szkoły podstawowej na temat energii elektromagnetycznej. Pamiętam to doświadczenie doskonale, ponieważ niechcący zepsułem wówczas jeden z elektromagnesów. Otóż płynąca energia elektryczna powoduje, że wokół tworzy się pole magnetyczne, które samo w sobie stanowi oddzielną wartość. Otóż nasza pani od fizyki kazała nam zbliżyć do siebie dwa elektromagnesy, po czym kategorycznie stwierdziła, że kiedy włączy w nich prąd elektryczny, za nic w świecie nie będziemy w stanie ich rozerwać. Jak powiedziała, tak zrobiła, ale ja te elektromagnesy rozerwałem. Prawdopodobnie jeden z nich był już wcześniej uszkodzony, ponieważ po początkowym oporze przy próbie rozdzielenia elektromagnesów, nagle opór ów zanikł, a w moich rękach zostały oddalone od siebie elektromagnesy, zaś z jednego zwisały „bebechy”, czyli jakieś zwoje, przez które miał płynąć prąd elektryczny. Pamiętam ten epizod również i z tego względu, że obok mnie siedział najsilniejszy kolega z klasy, którego w dodatku nauczyciele uważali za łobuza. Kiedy nauczycielka zobaczyła leżące przed nami bezużyteczne elektromagnesy, zaczęła krzyczeć na Darka S., że oto zepsuł cenny sprzęt szkolny. Ten się jednak tyradą nauczycielki nie przejął, od razu mnie „sypnął”, a ja też od razu się przyznałem. Kiedy Darek już wiedział, że jest poza podejrzeniem, uśmiechnął się od ucha do ucha do nauczycielki, klepiąc mnie przy tym po ramieniu i mówiąc „Silny chłop, co nie?” Była w tym oczywista ironia, bo nigdy do specjalnych mięśniaków się nie zaliczałem.  Może coś przekręciłem w nazewnictwie fizycznym, ale dzięki tej kretyńskiej przygodzie na całe życie chyba zapamiętam na czym polega zjawisko elektromagnetyzmu.(Tak na marginesie, jestem bardzo ciekaw w ilu szkołach obecnie nauczyciele fizyki pokazują, czy też pozwalają dzieciom robić doświadczenia z elektromagnesami).

Otóż jeżeli połączenia nerwowe w całym ciele człowieka sprawiają, że w ogóle się poruszamy, a ciało nasze wykonuje jakieś czynności, to dzieje się to za sprawą impulsów elektrycznych płynących z naszego mózgu do najdalszych jego części i odwrotnie. Skoro cały czas płynie przez nas prąd, to musi się tworzyć jakieś pole elektromagnetyczne wokół nas. To co jest natomiast tajemnicze i nie do końca jasne to metoda jaką mózg jest w stanie kontrolować przepływ tej energii magnetycznej. To jest niezwykle ciekawe, ale nadal wierzę, że jest to zjawisko czysto fizyczne, a jako takie absolutnie realne.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

O przyszłości tożsamości w Polsce słów kilka (5)

W Londynie lubię między innymi różnorodność typów antropologicznych na ulicach. Jeżeli nic się specjalnie nie dzieje, czyli jeżeli jakieś wiadomości nie podkręcą atmosfery, ludzie wszelkich kultur spokojnie się mijają na ulicach, a często nawet uśmiechają. Panuje dość powszechne mniemanie, że my Polacy, jesteśmy ponurakami, a ludzie na Zachodzie się ciągle uśmiechają. Naprawdę bym z tym nie przesadzał. Osobiście faktycznie zauważam np. w Łodzi, że ludzie w tramwaju są raczej nastawieni na szybką pyskówkę ze współpasażerem niż na wymianę uprzejmości, ale nie jest też tak, że wszyscy są strasznymi ponurakami. Nie jest też oczywiście tak, że wszyscy Anglicy to uśmiechnięte misie gotowe zawsze wskazać ci drogę czy poczęstować herbatką. W metrze, czy autobusie miejskim ludzie mają tak samo zmęczone twarze jak chyba wszędzie indziej na świecie. A kiedy człowiek jest skonany po pracy, to naprawdę nie ma siły się nawet uśmiechać.

Problem w tym, że ludzie z rozmaitych grup kulturowych, religijnych czy etnicznych, nawet terytorialnie trzymają się razem i tworzą getta. Nie są to getta, do których ktoś by ich zapędzał siłą. Po prostu ludzie trzymają się „swoich”, bo wśród nich czują się bezpiecznie. Nawet jeśli jest to bezpieczeństwo złudne, bo np. chłopcy z sąsiedztwa mogą być bardziej agresywni, niż przedstawiciele innej grupy etnicznej, to enklawy, w których mówi się „swoim” językiem, modli się do tak a nie inaczej pojętego Boga i pielęgnuje się takie a nie inne tradycje, wydają się miejscem, gdzie nie ma dostępu „obcość” Anglików, czy też innych mniejszości. To prawdopodobnie tam przy rodzinnym stole, albo w lokalnej kafejce, utrwalają się stereotypy na temat „obcych”. Stereotypy powstają bowiem na drodze snutych narracji. Chasyd opowiada, jakie łobuzy z tych Polaków, Pakistańczyk przytacza przykłady perfidii Hindusów, Polacy przekazują sobie historie o nieograniczonej agresywności czarnych itd. itp.

Lubię obserwować grupy ludzi podróżujące metrem lub autobusem, ponieważ oprócz np. wielodzietnych rodzin pochodzenia bengalskiego, lub gangu trzynastoletnich dziewczynek z tonami makijażu na buziach, można spotkać kolegów lub koleżanki z pracy, którzy/które akurat wracają do domu i jadą w tym samym kierunku. Niejednokrotnie są to ludzie o wschodnioazjatyckim, południowoazjatyckim czy afrykańskim typie urody obok typowych piegowatych blondynów. Językiem porozumienia może być oczywiście tylko angielski, choć są to różne jego odmiany. Ludzie ci śmieją się, żartują ze wspólnych znajomych, albo z siebie nawzajem, opowiadają o swoich rodzinach (to najczęściej starsze panie) i po prostu jest normalnie. Myślę, że podczas takiej rozmowy w metrze mało kto cały czas myśli o tym, że jego rozmówca reprezentuje odmienną kulturę czy kolor skóry. W takich momentach są po prostu normalnymi ludźmi ze swoimi dość uniwersalnymi problemami.

Otóż byłoby wspaniale, gdyby takie momenty, jakie pokrótce zarysowałem, trwały nieco dłużej, niż tylko krótki odcinek wspólnej podróży. Ludzie powinni się spotykać, coś wspólnie robić i w ten sposób się poznawać. Oczywiście sielanki nigdy nie będzie, bo choćby coś takiego jak awans w pracy zawsze będzie wzbudzał, przynajmniej na jakiś czas, zawiść kolegów, ale mimo to, trzeba próbować.

Niewątpliwym problemem obcowania ze sobą ludzi różnych kultur jest obawa przed utratą tożsamości w każdej z grup. Większość zaczyna się obawiać, że jej tożsamość rozmyje się wśród „obcych”. Z kolei mieszkańcy gett obawiają się, że ich dzieci przyłączą się do większości i nie będą chciały postępować wg tradycji przodków. Pojawia się sprzeczność praktycznie nie do rozwiązania. Po pewnym zastanowieniu można jednak stwierdzić, że przy odrobinie dobrej woli można po prostu aż tak się nie przejmować „obcymi” wśród nas, skoro nie sprawiają kłopotów. Przez większość roku bowiem nie sprawiają. Od czasu do czasu jednak narracje wewnątrz gett, czy też jakaś wiadomość z mediów, podgrzewa atmosferę. Kiedy gangi etniczne walczą między sobą, czy też na wspomnienie 7 lipca 2005 przychodzi na myśl słynne przemówienie Enocha Powella z 1968 roku o „rzekach krwi”. Myślę, że gdyby Powell  powiedział to, co powiedział innymi słowami, ponieważ jego wypowiedź była po prostu rasistowska – sprzeciwiał się ustawie zakazującej dyskryminacji rasowej, być może miałaby szansę na poważniejsze potraktowanie. Bo o problemie przyjmowania całych wielkich grup etnicznych mówić należało i należy.

Rzecz bowiem właśnie w tym, czy mamy mówić o relacjach państwo-obywatele, a wtedy obywatelem jest po prostu każdy bez względu na kolor skóry, wyznanie czy język, jakim mówi w domu, czy też państwo-grupa etniczna, bo wtedy mamy do czynienia z „państwem w państwie”. Z drugiej (a może już z trzeciej) strony, trzeba zdawać sobie sprawę, że nie można przecież ludziom zabronić zrzeszania się wg kryteriów etnicznych czy religijnych. Sytuacja nie jest łatwa, ale trzeba o niej ciągle dyskutować.

Dyskusja to kwestia, jak się wydaje, kluczowa. Dopóki ludzie siedzą przy stole i rozmawiają, jest nadzieja, że nie chwycą maczet, kijów bejsbolowych, czy broni palnej i nie zaczną się nawzajem wyrzynać. Dyskusje nie są łatwe, ponieważ z fanatykiem, który otwartym tekstem mówi, że trzeba na całym świecie wprowadzić szariat i nie dopuszcza żadnej polemiki czy kompromisów, generalnie nie da się dyskutować. Niemniej trzeba próbować, bo dopóki siedzi i rozmawia, to nikogo nie terroryzuje.

Jeśli kiedyś w Polsce dojdzie do dyskusji na temat przyjmowania imigrantów, należy unikać argumentacji Enocha Powella – nie ze względu na poprawność polityczną, ale po to, żeby nie kompromitować samego tematu. Ten bowiem jest poważny i nie wolno go unikać. O wszystkim trzeba mówić, o naszych obawach też. Wypadałoby tez posłuchać innych, tych, którzy chcieliby się u nas osiedlić.

Na zakończenie, sympatyczna scena, jaką zaobserwowała moja żona. Otóż w Białymstoku jest już dość pokaźna liczba cudzoziemców, głównie Skandynawów studiujących medycynę, ale są też np. studenci z Bangladeszu. Wśród cudzoziemców są również Murzyni.

W naszej okolicy jest kilka sklepów spożywczych, które nie bankrutują mimo dwóch olbrzymich galerii handlowych między którymi dosłownie mieszkamy. W jednym z takich lokalnych sklepów właściciel, oprócz personelu sprzedającego, zatrudnia (chyba dorywczo) starszych facetów, głównie znanych na osiedlu ze swoich stanów nietrzeźwości, do pomocy przy dźwiganiu worków i skrzyń, głównie przy rozładunku towaru. Nie wszyscy z owych dżentelmenów to pijacy. Mogą to być np. emeryci, którzy są jeszcze na tyle sprawni fizycznie, że sobie mogą trochę dorobić do emerytury.

Otóż pewnego razu obok sklepu, który wystawił warzywa na sprzedaż wprost na ulicę, przechodził czarnoskóry mężczyzna. Prawdopodobnie jest stałym klientem, ponieważ sprzedający miło go przywitali, natomiast jeden z pomocników od dźwigania, jeden z tych starszych panów, rozpoczął z nim konwersację w płynnej francuszczyźnie. Naprawdę są jeszcze rzeczy, które mnie w Białymstoku zaskakują – nadzwyczaj pozytywnie!

niedziela, 12 czerwca 2011

Dwa odmienne modele polityczne zwane demokracjami, czyli u nas i gdzie indziej

Czy ktoś sobie wyobraża sytuację, w której np. Jimmy Carter po wyborach wygranych przez Ronalda Reagana, pozostaje na czele Partii Demokratycznej? Młodsze pokolenie może faktycznie sobie czegoś takiego nie wyobrazić, nie dlatego że brakuje im wyobraźni, tylko że nie wiedzą kim był Jimmy Carter. Dobra. To inny przykład. Czy ktoś sobie wyobraża, że po wygraniu wyborów przez George’a W. Busha, Bill Clinton (cholerka, Jimmy, Bill – ci amerykańscy demokraci to chyba jacyś wieczni chłopcy ;), ale to szczegół). pozostaje szefem Partii Demokratycznej? A może wyobrażacie sobie George’a W. Busha stojącego na czele Republikanów pod obecną prezydenturą Baracka Obamy?

Pójdźmy dalej w badaniu krańców naszej wyobraźni. Czy komuś wydawałaby się normalną sytuacja, w której Tony Blair nadal stoi na czele brytyjskiej Partii Pracy? A może ktoś sobie wyobraża Johna Majora, który ponownie zostaje premierem jako wieloletni lider Partii Konserwatywnej. Jakieś tam Gordony Browny, czy inne Camerony to mogłyby być najwyżej numery dwa w swoich partiach.

No i jak? Trudno sobie wyobrazić? No, wyobrazić sobie to może i nietrudno, jak ktoś jest inteligentny i cieszy się żywą i twórczą wyobraźnią polityczną. Dlaczego jednak prawdopodobieństwo takich sytuacji wydaje się kompletnie wykluczone?

Problem tkwi chyba w anglosaskiej kulturze politycznej i pojmowaniu roli przywódcy w warunkach demokracji. Demokracja ustrojem doskonałym nie jest niestety, a w dodatku prawdziwej demokracji nie ma nigdzie na świecie. W krajach o starych tradycjach demokratycznych tak naprawdę rządzą wymieniające się od czasu do czasu grupy oligarchów – zawodowych polityków, którymi są najczęściej ludzie zamożni. Niewątpliwie, żeby jakaś grupa działała skutecznie, dobry przywódca jest bardzo przydatny. W krajach anglosaskich, można zaryzykować taką tezę, partia, która przegrywa wybory, przeżywa przez kilka dni niemal kompletny upadek i kres istnienia. Potem powoli zwiera szeregi i jest kierowana przez lokalnych przywódców. Kiedy nadchodzi czas wyborów, w demokratycznych wyborach wyłania się wodza, który będzie np. prezydentem (prawybory w USA). W Wielkiej Brytanii również wybory to najważniejszy czas zwierania szeregów partyjnych. Niemniej w przeciągu trwania danego rządu, opozycja tworzy tzw. gabinet cieni z wyrazistym przywódcą. Tenże przywódca niekoniecznie będzie premierem, gdy jego partia już wygra. Jeśli nim zostaje (cały czas będąc przywódcą swojej partii), nie trwa to dłużej niż dwie kadencje (to takie uproszczenie, bo w W.Brytanii kadencje są nieco inne niż w innych krajach).

Porównajmy teraz tę sytuację z tych dwóch demokracji o najdłuższej historycznej ciągłości z Polską. Nie, nie chcę tutaj porównywać szampana do oranżady. Gospodarczo, militarnie i politycznie nie mamy na razie żadnych szans na postawienie się obok któregokolwiek z krajów anglosaskich. Są pewne dziedziny, w których np. wcale bym nie chciał ich porządków, bo uważam, że są gorsze niż nawet nasze. Jeżeli jednak chodzi o demokrację, o system i styl rządzenia krajem, porównywać nie tylko należy, ale trzeba się również uczyć. Uważam, że uczyć się trzeba od najlepszych.

Oczywiście teoretycznie istnieje jakiś zarys ideologiczny odróżniający stojące do siebie w opozycji partie brytyjskie czy amerykańskie. Ich celem jest jednak rozpoznawanie problemów społeczeństwa i kraju, a następnie ich rozwiązywanie. Formowanie platformy wyborczej, czyli tego, co my nazywamy programem, to znowu najczęściej kwestia sprzed samych wyborów. Partie kontynentalne to teoretycznie wielkie grupy skupione wokół jakiejś wielkiej i pięknej ideologii. W praktyce jest jednak tak, że są to olbrzymie gangi skupione wokół swoich szefów. Jeśli weźmiemy pod uwagę Polskę, to rola przywódców skupiających wokół siebie swoich fanatyków, jest praktycznie jedynym liczącym się czynnikiem w polityce.

Wodzowie polskich partii w dodatku lubią rządzić z tylnego siedzenia, na premiera wysuwając jakiegoś figuranta. Wyjątkami byli tu Leszek Miller, czy Jarosław Kaczyński. Jerzy Buzek był marionetką Mariana Krzaklewskiego, a Kazimierz Marcinkiewicz Jarosława Kaczyńskiego. Chyba nikt w Polsce nie miał problemów z rozróżnieniem kto naprawdę rządzi.

Kiedy powstawała Platforma Obywatelska, miałem ogromną nadzieję, że oto powstaje partia typu anglosaskiego, amerykańskiego wręcz – naprawdę obywatelska i wewnętrznie demokratyczna. Wielość nurtów jakie w sobie skupiała, wydawała mi się tego gwarantem.
Kiedy natomiast ktoś mi mówił, że Donald Tusk stworzył nową partię, bo w wyborach do władz Unii Wolności wykoszono jego samego i wszystkich jego kolegów z dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego, wzruszałem ramionami, uważając, że głoszący te opinie po prostu się czepiają. Niemniej wszystko wskazuje na to, że to była bardzo trafna diagnoza. Donald Tusk, nie mogąc zostać liderem UW, stworzył nową partię z Andrzejem Olechowskim i ś.p. Maciejem Płażyńskim. W polskich warunkach nie tylko demokratyczny kolektywizm jest niemożliwy, ale nawet triumwirat. Wkrótce wódz był tylko jeden.

Wodzowski styl rządzenia PiSem przez Jarosława Kaczyńskiego jest wręcz legendarny. Nikt w tej partii nie może mieć zdania odmiennego od prezesa, bo po prostu wylatuje z partii i koniec. Paskudny charakter byłego premiera uważałem za przyczynę odchodzenia kolejnych przywódców niższego szczebla PiS. Przykładem był tutaj Ludwik Dorn, czy marionetka braci Kaczyńskich, Kazimierz Marcinkiewicz. Odejście Radosława Sikorskiego do Platformy, nie było już takie jasne. Praktycznie od razu widać było, że chodzi o stanowisko ministerialne, które zwycięska Platforma mu oferowała.

Kiedy Jarosław Kaczyński wypchnął z Prawa i Sprawiedliwości Elżbietę Jakubiak, za którą nigdy nie przepadałem, ale chyba nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że była najwierniejszą współpracownicą ś.p. Lecha Kaczyńskiego, stwierdziłem, że to kolejne dziwactwo jego żyjącego brata. Jeszcze większym dowodem na nienormalne zachowanie prezesa PiS było wykluczenie z partii Joanny Kluzik-Rostkowskiej i Pawła Poncyliusza. Co więcej wydawało mi się to czarną niewdzięcznością wobec ludzi, którzy organizowali mu jego ostatnią kampanię wyborczą.

Kolega, który jest wielkim fanem Jarosława Kaczyńskiego i PiSu, tłumaczył mi, że poszło o stanowiska w partii, a ci wyrzuceni to karierowicze, którzy nie mogli się pogodzić z niezaspokojonymi ambicjami. Nie wziąłem tego wówczas poważnie. Z drugiej strony nie traktowałem też poważnie politycznego projektu jakim się stała nowa partia – PJN. Po prostu wiem doskonale, że w Polsce partia bez wyrazistego wodza, który się kojarzy z jakąś konkretną ideologią (choć ideologia jest tak naprawdę drugorzędna) nie ma szans na przetrwanie. Polskie myślenie o polityce to do jakiej bandy się zapisać i pod jakiego wodza się podczepić. Jeśli ktoś będąc młodym myśli, że zrobi coś dla Polski, że urządzi ją wg najlepszych wg siebie wzorców, wkrótce dostaje zimny prysznic i albo z polityki odchodzi, albo uczy się jak najlepiej służyć swojemu wodzowi. Ten model jest tak widoczny, że aż przerażenie ogarnia. To nie jest nawet niczyja wina – to jest taki nasz sposób myślenia. Wydaje się, że inaczej po prostu nie potrafimy.

Wróćmy jednak do samych wodzów. Niektórzy w zmaganiach na arenie politycznej giną z kretesem. Nie ma już Andrzeja Leppera, czy Romana Giertycha. Wydaje się, że w Polsce osobiste ambicje przywódców są jedynymi wyznacznikami kierunków działań politycznych. Kiedy ktoś swoich ambicji nie może zaspokoić, praktycznie nigdy nie zadowala się statusem drugo- czy trzeciorzędnego działacza swojej partii. Może jedynym wyjątkiem jest PSL, gdzie Waldemar Pawlak potrafi współistnieć z Jarosławem Kalinowskim, choć są rywalami o władzę w partii. Mimo to jest to również partia silnego przywódcy.

Kiedy Donald Tusk przegrał swoją pozycję w UW, odszedł i założył nową partię. Kiedy Joanna Kluzik-Rostkowska nie została wybrana na szefową PJN, przeszła do PO. Nie wyobrażała sobie prawdopodobnie roli zwykłej działaczki swojej partii, tak samo jak wcześniej nie mogła się pogodzić ze swoją słabnącą pozycją w PiS.

Na początku tego tekstu zadałem kilka retorycznych pytań, czy potrafimy sobie wyobrazić pewne sytuacje w Wielkiej Brytanii, czy USA. Zakończę go inną serią pytań. Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić PO nie kierowane przez Donalda Tuska, gdzie ten jednak pozostaje w partii i jest tylko drugorzędnym działaczem? Czy ktoś sobie wyobraża PiS bez Jarosława Kaczyńskiego? Jest to oczywiście możliwe, ale przecież niedorzeczne.

sobota, 11 czerwca 2011

O przyszłości tożsamości w Polsce słów kilka (4)

Jadąc dziś z pracy włączyłem sobie program II Polskiego Radia i trafiłem na końcówkę audycji na temat uchodźców. O ile poznałem po głosie, rozmówcą, którego słyszałem, był Konstanty Gebert. Pierwsze słowa, jakie usłyszałem, to „Pan Bóg lubi różnorodność i ja lubię różnorodność. Dlaczego miałbym być lepszy od Pana Boga?” Piękne i szlachetne słowa, ale powoływanie się na Pana Boga jest zawsze niebezpieczne, ponieważ równie często, jak szlachetne idee, Bogiem się podpierano w celach zgoła nieszlachetnych. „Gott mit uns” żołnierzy Wehrmachtu to tylko jeden z takich przykładów. Działacze Ku-Klux-Klanu z kolei mawiali (a pewnie mawiają do dziś) prawie to samo, co Konstanty Gebert, tylko w nieco innym kontekście „Gdyby Pan Bóg chciał, żeby czarni byli nam równi, toby ich nie stworzył czarnymi, chyba logiczne?” Nie z jakiejś strasznej nienawiści do religii i ludzi wierzących, ale właśnie z tej prostej przyczyny, że koncepcję osoby Boga wykorzystywano już do wszelkich możliwych celów, proponuję nie powoływać się na niego w rozmowach o konkretnych, empirycznie sprawdzalnych problemach.

Argumentacja Konstantego Geberta była generalnie nacechowana dobrą wolą, bo faktycznie nigdy nie wiemy w jakiej sytuacji znajdziemy się za miesiąc czy rok i nigdy nie przewidzimy, czy my sami nie staniemy się z takich lub innych powodów uchodźcami (oczywiście oby nie!!!), dlatego apelował o zrozumienie dla tych, którzy uchodźcami są teraz. Jeżeli chcieliśmy być w Europie bez granic i nie stać w kolejce po wizę do Włoch, to teraz musimy się liczyć z tym, że z Włoch mogą trafić na mazowieckie piaski uchodźcy z Libii czy Tunezji. Coś za coś. W dodatku całkowitego bezpieczeństwa nikt nam nigdy nie zagwarantuje. Wszystko pięknie.

W swoich poprzednich wpisach nie poruszałem kwestii uchodźców, ponieważ nie powiązałem ich bezpośrednio z przyszłością naszych emerytur. Jak widać, moje myślenie w tym wypadku jest raczej przyziemne. Przyziemność owa jest niezbędna, bo jest synonimem realności. Doświadczenia historyczne pokazują, że przyjmowanie mas uchodźców niekoniecznie kończy się wieczystą wdzięcznością tych, którym uratowano życie i zapewniono bezpieczne i syte życie. Przykład imperium rzymskiego jest tutaj w każdym tego słowa znaczeniu klasyczny. Oto bowiem przybywają okrutni barbarzyńcy ze wschodu, gdzieś spod chińskiego muru niszczą państwo wschodnich Gotów (Ostrogotów) na stepach czarnomorskich. Ostrogoci uciekając wkraczają w granice cesarstwa i walnie się przyczyniają do likwidacji cesarstwa zachodniego. Co prawda robi to Odoaker, który Gotem nie był, ale wkrótce kontrolę nad Rzymem przejmuje Teodory, król Ostrogotów. Pojawienie się plemienia silniejszego i bardziej brutalnego zawsze powoduje przesunięcie się plemienia napadniętego. Rzymianie wcześniej też mieli barbarzyńców w wojsku i to całkiem pokaźną ich liczbę, ale zawsze jako pojedyncze jednostki pozostające pod komendą rzymskich oficerów (też niejednokrotnie barbarzyńskiego pochodzenia). Całe plemiona ze swoimi królami i barbarzyńską organizacją wojskową to niby mieli być sojusznicy Rzymu. Niestety to one rozgrabiły cesarstwo między sobą, doprowadzając do upadku samego państwa jak i do potwornej degradacji kultury. W rozwoju cywilizacyjnym Europa zrobiła ogromny krok wstecz.

Kiedy powstało nowożytne państwo Izrael, część arabskich Palestyńczyków, być może przedwcześnie (ocena tych wydarzeń jest bardzo trudna) opuszcza swój rodzinny kraj i udaje się do Jordanii. Zostają tam przyjęci przez Arabów jordańskich, ale to im nie wystarcza. Uważają, że są tak świetnie zorganizowaną siłą, że mogą przejąć kontrolę nad krajem gospodarzy. To się nie udaje, a palestyńska rewolta przeciwko legalnej władzy, która udzieliła im gościny, zostaje krwawo stłumiona. Część Palestyńczyków przedostaje się do Libanu, gdzie opanowuje praktycznie pogranicze z Izraelem i skąd prowadzi ataki na tenże kraj. Oprócz tego, że uchodźcy palestyńscy zachwiali niemal modelową równowagę między muzułmanami a chrześcijanami i druzami na korzyść tych pierwszych (a trzeba pamiętać, że ta równowaga była nawet zapisana w konstytucji tego kraju), to jeszcze naraziła go na interwencje Izraela. Tragedia Libanu, demokratycznego kraju o kwitnącej gospodarce, ma swoją przyczynę w przyjmowaniu uchodźców.

Z całą pewnością nie chciałbym, żeby Europa, a w tym Polska, po prostu przyglądała się, jak gdzieś na świecie bezkarnie morduje się ludzi. W obronie albańskiej ludności Kosowa wystąpiło NATO (a właściwie USA). Szlachetnie i pięknie. Interwencja ta doprowadziła do zniszczenia serbskiej integralności terytorialnej. Albańczycy w Kosowie nie byli uchodźcami. Byli tam jednak ludnością napływową. Właściwie dopiero w XIX wieku zyskali przewagę liczebną nad Serbami w tym regionie. Możliwe, że nie chcąc mieć kosowskich uchodźców u siebie, Europa przystała na powstanie nowego państwa kosztem Serbii.

Szlachetnie jest ludzi kochać i szanować. Niemniej nie można tego żadnym przepisem prawnym nakazać. Czeczeni w Polsce to ludzie, którzy uciekli przed tragicznymi efektami rosyjskich działań wojennych na terenie ich kraju. Czeczeni są „w porządku”, bo przecież walczą z naszymi „wrogami”. W praktyce nawet ci nastawieni wrogo do Rosjan, przy spotkaniu z konkretnymi Czeczenami, nie czują się zbyt komfortowo. „Inna kultura, inne obyczaje”. Co więcej, można usłyszeć opinię Polaków, że prędzej dogadaliby się z „Ruskimi” niż z Czeczenami. Nauczycielki w szkołach, gdzie są dzieci czeczeńskie są zbulwersowane, że np. podczas „Mazurka Dąbrowskiego” na szkolnej akademii, czeczeńscy chłopcy przesiedzieli na krzesłach w czapkach na głowach. Ktoś tam próbuje tłumaczyć, że może nie wiedzieli, nie zdawali sobie sprawy, a przecież czapka to dla muzułmanina prawie to samo co dla Żyda itd. itp. To nie pomaga. Obcy zachowuje się obco i dlaczego mam to niby znosić, kiedy jestem u siebie. Przecież po to moi przodkowie krew przelewali, żebyśmy MY byli u siebie i robili to, co się NAM podoba. A tu nagle toleruj jakieś dzikie tańce.

Niestety nie jest tak, że można po prostu zaapelować do dobrej woli ludzi i powiedzieć im: patrzcie, jacy to biedni ludzie, okażmy im szacunek i otoczmy ciepłem. To tak nie zadziała! Tolerancja owszem. W końcu większość z nas to nie są jacyś naziści, ale jak wiemy tolerancja to nie jest pełna akceptacja.

Kiedy zadajemy sobie pytanie, czym jest tożsamość, i zgodzimy się, że chodzi mimo wszystko o memy, a nie geny, to jednak obawiamy się, że każdy obcy wniesie tu swoje memy. O ile są one łatwo przyswajalne, czyli jeżeli obce obyczaje to np. ciekawa propozycja kulinarna, jesteśmy dość otwarci, ale jeśli przychodzi do kwestii językowych (w końcu nie po to broniliśmy polszczyzny przed zaborcami, żeby teraz pozwalać na języki obce na naszych ulicach, a może wkrótce w szkołach i urzędach), czy religijnych (zwłaszcza dotyczy to muzułmanów, których się po prostu boimy), sprawa robi się trudna. Mamy tendencję do usztywnienia stanowiska. W większości powoduje nami strach. W końcu obcy to m.in. zagrożenia dla swojskości, niemal z definicji.

Uchodźcy tym się różnią od imigrantów zarobkowych, że o ile potomstwo tych ostatnich prawdopodobnie się zasymiluje (choć oczywiście wcale nie koniecznie), to ci pierwsi wręcz przeciwnie. Przecież m.in. dlatego uciekli ze swoich krajów, bo chcą zachować właśnie taką tożsamość, którą sami uważają za wzorcową dla swojego narodu. Uciekli przecież przed reżimem, który takiej tożsamości zagrażał. Tym bardziej na uchodźctwie będą chcieli ją ocalić i rozwinąć. Jaką postawę ma przyjąć kraj gospodarzy? Taką jak Brytyjczycy, którzy zdają się rezygnować z własnej tradycji w imię nie drażnienia wrażliwości przybyszów?