piątek, 11 listopada 2011

Nasze Święto, czyli o tym jak łobuzy potrafią zepsuć zabawę

Nasze narodowe Święto, które powinno ludzi łączyć we wspomnieniu wspaniałych momentów w naszej historii – tym razem żadnych tam klęsk narodowych, ale właśnie sukcesów, które doprowadziły do ponownego pojawienia się Polski na mapie Europy, przekształciło się w kolejny smutny dzień. W Warszawie z jednej strony ci, którzy sobie przypisali monopol na patriotyzm (która to już grupa w Polsce?), a z drugiej anarchiści, w dodatku anarchiści z Niemiec.

Głupstwa mówią ci, którzy twierdzą, że manifestacja narodowców nie ma niczego wspólnego z faszyzmem. Zawsze, kiedy tłum grozi ludziom zrobieniem im krzywdy, będzie to budziło skojarzenia z bojówkami SA. Żeby nie wiem jak Rafał Ziemkiewicz wybielał swoich przodków z ONR, była to banda paramilitarnych łobuzów grożących wszystkim myślącym inaczej niż oni pobiciem pałką. Tak samo jest teraz.

Nie wiem, jak by się to odbyło, gdyby nie kontrmarsz ugrupowań lewackich, z których niektórzy nawiązują wprost do tradycji marksistowskiej i maszerują z czerwonymi flagami, pod którymi Polacy byli niewoleni przez 45 lat, a niektórzy to kolejne pokolenie Frakcji Czerwonej Armii (grupa Baader-Meinhof) przybyli z Niemiec, żeby porozrabiać w Polsce. Być może polscy narodowcy przeszliby i na pokrzykiwaniach by się skończyło. Nie wiem.

Wiem dzisiaj tylko jedno, że spotkały się grupy ekstremistów i zasmrodziły nasze Święto. Chciałem dzisiaj napisać kilka słów o Józefie Piłsudskim, bo postać to kontrowersyjna, a równocześnie warta refleksji. W tym momencie mam tylko jedno skojarzenie. Przedwojenna policja wyaresztowałaby uczestników obydwu manifestacji i wsadziła do Berezy Kartuskiej. Obie bowiem byłyby nielegalne, gdyż władze sanacyjne nie udzieliłyby na nie zgody.

Czas, kiedy choć raz możemy się znaleźć razem i się tym cieszyć, został zbezczeszczony. Co więcej, stało się to już niejako tradycją, bo nie pierwszy to rok, kiedy faszyści ścierają się anarchistami. Niestety jest dużo winy po stronie kolejnych rządów po 1989 roku, które nie wypracowały i nie zaproponowały Polakom form świętowania 11 listopada. Organizacje skrajne weszły w tę lukę i co roku urządzają jatkę w Warszawie. W tym momencie powinny zadziałać sądy 24-godzinne, z którymi polskie władze sądownicze zupełnie sobie nie poradziły (w Anglii to działa, nasi prawnicy ze swoją „koniecznością” wielomiesięcznych przygotowań do procesów sobie tego nie wyobrażają), ale ich już nie ma.

Tam, gdzie do głosu dochodzą tłumy, tam jest niebezpiecznie. Niestety nie uważam, że w narodzie jako masie tkwi jakaś mądrość. W tłumie nigdy nie ma mądrości, tylko działa psychologia tłumu. Starożytni Grecy nazywali zjawisko rządów zgromadzonych przedstawicieli nizin społecznych ochlokracją. Tym bardziej odpowiedzialność za takie sytuacje spada na tych, którzy je zwołują i organizują. Obojętnie czy nazywają się prawicą czy lewicą. Kiedy do głosu dochodzi ulica, oznacza to upadek cywilizacji.

wtorek, 8 listopada 2011

O znikomości intelektu, czyli Peeperkorna zwycięstwo nad intelektualistami, albo krótka refleksja nad "Czarodziejską górą" Thomasa Manna


Czarodziejska góra Thomasa Manna słusznie uważana jest za jedno z największych arcydzieł literatury światowej. Jedność miejsca stwarza niezbędne ramy, które nie pozwalają czytelnikowi na żadne rozproszenie uwagi mnogością atrakcji geograficznych, natomiast zmusza go do skupienia jej na sprawach najbardziej istotnych.
            Powieść jest wielowarstwowa, więc można się w niej doszukiwać szeregu problemów natury psychologicznej ale i socjologicznej, gdyż oprócz indywidualnych cech każdego z kuracjuszy sanatorium gruźliczego w Davos, czytelnik ma okazję obserwować niezwykłe interakcje zachodzące między nimi, które w warunkach „normalnych”, czyli gdzieś w mieście, gdzie każdy jest pochłonięty pracą, byłyby niemożliwe.
            Jedność miejsca nie implikuje w tym wypadku jedności czasu. Wręcz przeciwnie. Czas jest tu bowiem jednym z „cichych bohaterów”. Trzytygodniowa wizyta u kuzyna Joachima Ziemsena przeciąga się do siedmioletniej kuracji płucnej samego protagonisty, Hansa Castorpa.
            Niewątpliwie powieść Thomasa Manna jest również z konieczności pewnym zapisem historycznym, niekoniecznie zamierzonym, gdyż w jakimś stopniu każda opowieść po jakimś czasie staje się swego rodzaju dokumentacją zachowań, jakie nie mogłyby się zdarzyć ani w epoce wcześniejszej ani w późniejszej. Trudno sobie wyobrazić dzisiejszego dwudziestolatka o takim słownictwie i rodzaju wrażliwości dzisiaj, choć oczywiście nie twierdzę, że takich dwudziestolatków nie ma. Rozmowy Hansa z Joachimem jak na ludzi zbliżonych wiekiem (Joachim jest nieco starszy, ale nadal można ich uważać za bliskich wiekowo) są obarczona takimi konwencjonalnymi ograniczeniami, że wydaje się, iż między tymi ludźmi nie ma żadnej komunikacji. W sferze wewnętrznej Hans Castorp doświadcza bogatych doznań erotycznych, ale praktycznie nie jest w stanie z nikim o nich porozmawiać.
            Nie wiem też, czy to konwencja, czy wrodzona nieśmiałość, a może pogarda wobec rosyjskich kuracjuszy nie pozwala Joachimowi na rozpoczęcie konwersacji w ich języku. Wiemy bowiem, że mający wojskowe ambicje kuzyn Hansa uczy się rosyjskiego z książki, gdyż uważa, że znajomość tego języka może mu się przydać w karierze zawodowej. Ziemsen poświęca więc czas na wkuwanie rosyjskich słówek i gramatyki, natomiast przez całą powieść nie przyjdzie mu do głowy wypróbowanie swoich umiejętności, albo przynajmniej poproszenie kogoś z dwóch „rosyjskich” stolików (jeden jest „lepszy”, drugi „gorszy”) o lekcję konwersacji, na co w warunkach sanatoryjnej nudy z pewnością ktoś by się zgodził. Wydaje się jednak, że pewne zasady mieszczańskiego dziewiętnastowiecznego wychowania wytworzyło w młodym człowieku takie bariery, których ten nie umie przekroczyć.
            Hans Castorp jest pod tym względem o wiele bardziej odważny, choć oczywiście nie pozwala sobie na zbytnie spoufalanie. W rzeczywistości pozwolił sobie dwa razy pod wpływem luźnej atmosfery przyjęcia i alkoholu. Raz kiedy wygłosił monolog po francusku skierowany do pani Chauchat, kobiety, w której się beznadziejnie kochał, a drugi raz kiedy zwrócił się do Settembriniego per „ty”, co zresztą spotkało się z natychmiastowym sprowadzeniem młodzieńca na ziemię, gdyż jego stary mentor, pomimo „postępowości” poglądów, na żadne „tykanie” pozwolić nie chciał. Myślę, że dzisiaj sytuacja byłaby wręcz odwrotna i to starzejący się intelektualista z wielką chęcią przeszedłby na „ty” z obiecującym studentem, pragnąc w ten sposób równocześnie pokazać jaki jest „postępowy” i „równy”, a przy okazji wykorzystać okazję do własnego odmłodzenia się, ponieważ w przeciwieństwie do epoki przełomu XIX i XX wieku, żyjemy w dyktacie kultu młodości.
            Wśród szeregu warstw powieści, które zostały już niejednokrotnie opisane w literaturze przedmiotu, mnie szczególnie zaintrygował element ambicji pedagogicznych, które jeśli dziś występują, to na zasadzie „wujka” dającego dobre rady, które w większości nie są warte funta kłaków. W Czarodziejskiej górze natomiast nie chodzi o jednorazowe rady, czy lekcje, ale o z góry założoną próbę systematycznego wpłynięcia na osobowość młodego człowieka. Stary włoski mason i humanista, rzec można w prostej linii spadkobierca najpiękniejszych ideałów oświecenia, niejako upatrzył sobie młodego Niemca na plastyczny materiał do ukształtowania na swoją modłę. Wiedząc, że Thomas Mann był biseksualistą, można się tutaj doszukiwać toposu starego homoseksualisty, którego ambicją jest wprowadzenie młodego kochanka w wysublimowany świat wyższych wartości estetycznych. Motyw to znany ze starożytnych greckich dramatów czy choćby z dialogów Platona. W czasach nam bliższych Jarosław Iwaszkiewicz bardzo dobrze przedstawił to zagadnienie w opowiadaniu Zygfryd. Jeżeli jednak ktoś w Czarodziejskiej górze wykazuje inklinacje homoseksualne, jest to sam Hans Castorp ze swoją szkolną miłością do Pribislava Hippe.
            Zapędy edukacyjno-formacyjne ze strony włoskiego humanisty wydają się więc mieć wymiar bezinteresowny. Być może wynikają z czystej chęci przekazania własnych wartości przedstawicielowi młodego pokolenia, które jest wszak wystawione na działanie pedagogicznych szarlatanów.
            Settembrini rozmawia więc z Hansem Castorpem, opowiada mu o wielkich ideach, o demokracji, o swoich kolegach z organizacji, w której bez trudu domyślamy się wolnomularstwa, a którzy zlecili mu napisanie fragmentu obszernego dzieła encyklopedycznego. Bywa złośliwy i głosi zalety złośliwości, bo też złośliwość zwykło się uważać za przejaw inteligencji. Jako świecki humanista zwalcza przejawy chrześcijańskiego wychowania u młodego kuracjusza, m.in. surowo krytykując zbawczą czy w ogóle jakąkolwiek wartość cierpienia. Oprócz zapędów pedagogicznych, czytelnik może u Settembriniego doszukać się również zwykłej próżności właściwej intelektualistom, którzy nie są w stanie zaimponować ludziom kierującym się praktycznym i przyziemnym podejściem do życia. W młodym Niemcu znajduje więc wdzięcznego tłumacza, przed którym może się do woli popisywać swoją erudycją i złośliwym dowcipem.
            Choć Settembriniemu poświęcony jest rozdział zatytułowany „Satana”, a więc duch buntu przeciwko boskiemu porządkowi, to przecież jest on przedstawiony w o wiele jaśniejszych barwach niż Naphta, który pojawia się w drugim tomie powieści. Naphta jest pochodzenia żydowskiego, ale późniejsze losy kierują go ku katolicyzmowi i wstąpieniu do Towarzystwa Jezusowego. W Naphcie od początku wyczuwa się pewną mroczność. Prawdopodobnie jego dziwne poglądy polityczne sprawiły, że nie staje się pełnoprawnym zakonnikiem; pozostaje niejako w zawieszeniu. W długich dysputach z Settembrinim, których wiernym kibicem pozostaje Hans Castorp. Naphta wykłada z jednej strony totalitaryzm o boskiej sankcji. Bóg Naphty to po prostu bezwzględny władca, zaś porządek świata zależy od niego właśnie a nie od żadnych ludzkich wyobrażeń na temat dobra i zła. W tym sensie jest on deterministą. Żeby tę żydowsko-jezuicką mentalność uczynić jeszcze bardziej mroczną, a może raczej mętną, Mann miesza do niej idee socjalistyczne, którymi Naphta jest wyraźnie zafascynowany. Stąd pewne wypowiedzi przeciwko wolnej przedsiębiorczości. Sam przy tym, w porównaniu z ubogim Settembrinim, który od kilku lat chodzi w tym samym ubraniu, żyje we względnym luksusie, co nie umknęło uwagi Hansa Castorpa.
            Dysputy Settembriniego i Naphty do pewnego momentu powieści robią wrażenie intelektualnego meczu, w którym sędzią ma być Castorp właśnie, ale czytelnik jest kibicem. Walka o duszę młodego Niemca jest w rzeczywistości żałosna, ponieważ przeciwnicy są w swojej zaciekłości samowystarczalni. Ich wywody, których mało kto rozumie oprócz nich samych, okazują się tym bardziej bezwartościowe, ponieważ duszę Hansa Castorpa wygrywa niespodziewanie zupełnie inny starzec.
            Holenderski bogacz kolonialny, Peeperkorn, to postać wyłaniająca się nagle z zupełnie innego świata. Pojawia się w sanatorium w towarzystwie Kławdii Chauchat, Rosjanki, w której Castorp zakochał się podczas jej poprzedniego pobytu. Nie ma żadnych wątpliwości, że stary Holender jest jej kochankiem, ale młody człowiek, mimo iż nadal kocha się w Kławdii, nie tylko nie czuje zazdrości, ale jest nim wręcz oczarowany, zaś za zaszczyt poczytuje sobie zostanie jego przyjacielem.
            Co takiego ujmuje młodego niemieckiego studenta w starym pijaku, który nie potrafi dokończyć ani jednego zdania? Peeperkorn robi bowiem początkowo wrażenie człowieka z poważnymi zaburzeniami, niewykluczone, że spowodowanymi nadużywaniem alkoholu. Nie jest jakimś pijakiem pospolitym, bełkoczącym idiotą czy człowiekiem cierpiącym na delirium tremens. Wręcz przeciwnie, cały czas kontroluje sytuację i roztacza swój wielkopański urok na wszystkich dookoła. Nawet jego urywane zdania zdają się pokazywać, że używa po prostu skrótu myślowego, ponieważ on już cały problem, o którym mówi, przemyślał i go rozwiązał. Stąd jego częste „Załatwione”, choć nikt nie wie, o czym w ogóle zaczął mówić i co już załatwił. Właściwie tylko Hans Castorp zauważa ten defekt, ale wkrótce przestaje mu on przeszkadzać. Mynheer Peeperkorn wszystko robi z miną człowieka, który ma władzę, który kontroluje wszystko i wszystkich dookoła, zaś owi wszyscy chętnie mu się podporządkowują. Każdej najmniej sensownej wypowiedzi towarzyszy wytworny gest. Jeżeli do tego dodamy, że jest on bogaczem, który naprawdę coś znaczył w koloniach, a do tego w swoim wieku potrafił zdobyć taką kobietę jak Kławdia Chauchat, wniosek, jaki się nasuwa, jest taki, że oto Peeperkorn jest naturalnym przywódcą, samcem alfa w ludzkim stadzie, który samym swoim pojawieniem się sprawia, że osobniki słabsze mu się podporządkowują. Rozmowa Peeperkorna z Hansem, w której ten pierwszy w prostych słowach wykłada mu sens życia oraz wyjaśnia swoją władzę nad kobietami, która nie wypływa wcale z jakichś autorytarnych zapędów, ale wprost z naturalnej fascynacji nimi, pokazuje że jest przedstawicielem tej pierwotnej siły, która choć chaotyczna, stanowi źródło wszelkiego życia.
            O ile doktor Krokowski ze swoimi regularnymi wykładami opartymi na teoriach Freuda wydaje się śmieszny, to Peeperkorn poprzez swoją żywą manifestację sił potężnych, być może mrocznych, ale niezbędnych do pobudzania wszelkiego istnienia, jest prawdziwą i w gruncie rzeczy wcale niezabawną ilustracją i potwierdzeniem teorii austriackiego neurologa. Zwolennicy teorii przeciwstawnych „boskich” mocy, apollińskiej i dionizyjskiej, upatrują w Peeperkornie przedstawiciela tej ostatniej. Czy jest jednak w Czarodziejskiej górze jakieś uosobienie harmonijnego porządku, idealnych proporcji i dążenia do krystalicznie doskonałej formy bytu? Nie wydaje się, ponieważ każdy z trzech mentorów Hansa Castorpa to reprezentant jakiejś siły w działaniu.
Settembrini, choć jego idee wydają się jasne i szlachetne, jest jednak wiecznym buntownikiem, Prometeuszem przeciwstawiającym się niezbyt szlachetnym pobudkom bogów, a w tym wypadku tradycyjnych autorytetów. Naphta z kolei też wcale nie jest przedstawicielem harmonijnego boskiego porządku, co raczej tajemniczej boskiej siły żądnej władzy i przede wszystkim domagającej się bezwzględnego jej podporządkowania ze strony ludzkości. Jego Bóg to z pewnością bardziej staroizraelski Jahwe, niewidzialne uosobienie czystej władzy niż grecki Apollo, bóg skończonego piękna.
Osobiście uważam, ze nie mamy czego żałować, ponieważ starcie sił dynamicznych tworzy dramat, któremu się z zainteresowaniem przyglądamy. Trzeba jednak zaznaczyć od razu, że zarówno jahwista Naphta, jak i prometeista Settembrini, nie mają żadnych szans przy dionizyjskim Peeperhornie, ponieważ narzędziem, którego oni są niewolnikami, jest słowo. Ich pojedynek odbywa się tylko i wyłącznie na gruncie języka, jakiekolwiek siły by za nimi nie stały. Ich intelektualne starcia posuwają się do absurdu, a w końcu ich groteska zaprowadzi ich do prawdziwego pojedynku i tragedii. Tymczasem Peeperkorn nawet zdania porządnie nie potrafi sklecić. Jest samym żywiołem, jest czystą biologiczną mocą, która ma w sobie ten boski pierwiastek, któremu nikt i nic nie jest w stanie się oprzeć, a słowa intelektualistów wydają się trajkotaniem katarynki lub szelestem suchych liści. To dlatego stary Holender bez problemu przejmuje duszę Hansa Castorpa – samą mocą swojego istnienia.
Młody niemiecki student niestety nie ma szans się czegokolwiek od Peeperkorna nauczyć, tak samo jak nie można się nauczyć być samcem alfa. Castorp ze swoją ciekawą i otwartą na naukę, ale jednak zahamowaną, być może przez wychowanie, naturą, nie nadaje się na osobnika, który po prostu bierze ze świata to, co chce bez wdawania się w intelektualne uzasadnienia. Jest na tyle dojrzały, żeby pewne rzeczy dostrzegać i pojmować tajemnicę siły Peeperkorna, na tyle inteligentny, żeby przysłuchiwać się ze zrozumieniem wywodom Settembriniego i Naphty, ale sam żadnemu z nich nie dorównuje w dziedzinach, które są ich najmocniejszymi cechami.
Zwycięstwo Peeperkorna, nieplanowane i bez żadnego wysiłku z jego strony, w nigdy nie ogłoszonej wojnie o duszę Hansa Castorpa, to niejako kpina z intelektualizmu dwóch „nauczycieli”, którzy tę wojnę toczyli świadomie. Można ją odbierać jako gorzką ironię intelektualisty Thomasa Manna, mistrza słowa, wobec beznadziejności tego świata, gdzie pierwotna, w tym wypadku męska, siła znaczy więcej od subtelnych dywagacji i intelektualnych dysput filozofów. Nie mogę się w tym momencie oprzeć skojarzeniom politycznym. Kiedy bowiem słyszę lub czytam „intelektualiści wypowiedzieli się” na taki lub inny temat, np. głodu w Afryce lub praw człowieka w Chinach, przychodzą mi na myśl Settembrini i Naphta toczący spory na wysokim poziomie abstrakcji, gdy tymczasem Peeperkorni tego świata robią z nim to, co chcą, zaś głosy intelektualistów traktują jak szum suchych liści, a w najlepszym wypadku jako nieszkodliwą rozrywkę porównywalną z tanim kabaretem. Nie wzrusza ich również wcale fakt, że intelektualiści to ich traktują jako niebezpiecznych clownów. Zwycięstwo intelektualistów polega tylko na tym, że kolejnym pokoleniom przekazują swoją wizję rzeczywistości przy pomocy swoich tekstów. Peeperkorni pojawiają się zawsze znikąd, a właściwie nie znikąd, ale wprost ze źródła mocy. To, że są przedmiotem jakiejś dysputy intelektualistów zapisywanej w tychże intelektualistów tekstach przekazywanych następnym pokoleniom, nie obchodzi ich wcale.

czwartek, 3 listopada 2011

"Transportująca" moc dzieła sztuki


Jednym z zadań egzaminacyjnych z historii sztuki, z której obowiązkowy kurs zaliczyliśmy na I roku łódzkiej historii, był opis obrazu, który zrobił na nas największe wrażenie. Podczas wykładów obejrzeliśmy setki slajdów z przykładami malarstwa europejskiego, włącznie z dwudziestowieczną awangardą. Lubię malarstwo i zawsze złości mnie atmosfera wielkich galerii, gdzie mając ograniczony czas trzeba szybko przemknąć przez dziesiątki sal wypełnionych arcydziełami sztuki światowej. Tak było w Luwrze i w Musee d’Orsay, które zrobiło na mnie większe wrażenie niż Luwr, tak było w National Gallery w Londynie i w Muzeum Rembrandta w Amsterdamie, podobnie w Muzeum Narodowym w Warszawie i w Muzeum Watykańskim. Ma się wrażenie, że się biegnie, a wielkie dzieła są tylko kilkusekundowymi slajdami i to wcale nie najlepszej jakości, bo przecież obraz jest z powodu biegu rozmazany.

Nie każdego stać na drogie albumy, a w dodatku oglądanie reprodukcji na gładkim i błyszczącym kredowym papierze to nie to samo, co przyjrzenie się fakturze farby kładzionej na płótno. Jeżeli jednak nie mamy możliwości pojechać do danego muzeum i zobaczyć oryginały, dzięki Internetowi mamy możliwość obejrzenia olbrzymiej liczby dzieł światowego dziedzictwa plastycznego. Jeżeli znowu nie możemy powąchać starego płótna, to przynajmniej możemy sobie zrobić powiększenie reprodukcji i postudiować detale. Tak czy inaczej lepszy taki kontakt ze sztuką niż żaden!

Uwielbiam Salvadora Dali i jego surrealistyczne kompozycje. Lubię też Picassa. Nie piszę tego, żeby się popisać przed moimi znajomymi, którzy czasami wzruszają ramionami i pytają na wpół ironicznie „lubisz Picassa”? Nie o to chodzi. Rzecz mianowicie w tym, że usiłuję zrozumieć własny mechanizm estetyki. Dlaczego jeden obraz mnie przyciąga a inny nie.
Malarstwo od czasów impresjonistów wymaga, a zresztą wcześniej też do pewnego stopnia wymagało, dodatkowego tekstu interpretującego. Tak się powszechnie uważa, choć osobiście wcale nie jestem tego taki pewny. Dla mnie konieczność czytania długiego tekstu, „programu” obrazu to kpina z samej idei malarstwa. Podobnie jest zresztą z utworem muzycznym czy wierszem. Jeżeli obraz, symfonia czy wiersz wymaga opisu na poziomie języka naturalnego, to znaczy, że dzieło takie nie spełniło swojego celu.

Obraz ma przemówić od razu do naszej głębszej świadomości, jeśli nie do podświadomości (czymkolwiek ona jest). Aldous Huxley w swoim eseju „Drzwi percepcji” opisuje swoje doświadczenie penetracji takich przestrzeni świadomości, których istnienia nikt z nas w normalnym stanie nawet nie przeczuwa. Huxley odkrył je dzięki meskalinie, czyli narkotykowi, który zażywał Witkacy i opisał pod nazwą peyotl. Autor „Nowego wspaniałego świata” twierdzi, że niektórzy otwierają „drzwi percepcji” przy pomocy ćwiczeń oddechowych, bo zdaje się, że niedotlenienie i brak cukru wywołują te stany. Z czysto materialnego punktu widzenia, stan ten, obojętnie czym wywołany, to tylko projekcja mózgu dająca się osiągnąć przy odpowiednich proporcjach substancji chemicznych nań wpływających. Wielu jednak, w tym Huxley, mistycy oraz niektórzy mistyczni mędrcy Wschodu i Zachodu, wierzy, że wejście w ten stan to penetracja obszarów świadomości, które tak naprawdę cały czas są z nami i w nas, tylko sobie z nich nie zdajemy sprawy. Niektórzy (w tym Huxley, o ile dobrze interpretuję jego słowa) posuwają się nawet do wiary, że w ten sposób sięgamy do świadomości powszechnej, która jest wspólna nam wszystkim, gdyż świat to jedna wielka świadomość. Oczywiście nie ma w tym nic odkrywczego, jeżeli weźmiemy pod uwagę tradycję filozoficzną Wschodu czy pozostającego pod jej urokiem Carla Gustawa Junga.

Nie jest moim celem zagłębianie się w dość nieuchwytną materię zbiorowej nieświadomości. Warto jednak zwrócić uwagę na kilka punktów, które przytoczył Aldous Huxley. Twierdzi on, że meskalina w jego przypadku bardzo wyostrzyła mu wzrok i zaczął postrzegać rzeczy „takimi jakie są” w całej swojej intensywności istnienia. Ich działania i interakcje przestały być w jakikolwiek sposób ważne. Liczyło się to, że istniały i to tak intensywnie! Owa intensywność objawiała się w sile koloru i obecności detali, na które normalnie nie zwróciłby uwagi.

Jego odbiór świata naprowadził go na pomysł, że być może wizje proroków, m.in. św. Jana, autora Apokalipsy, opisujące niebiańską siedzibę Boga posługując się porównaniami do szlachetnych metali i kamieni, wziął się właśnie z dotarcia do tej warstwy świadomości, gdzie wszystko postrzega się jako intensywnie kolorowe i to w dodatku z połyskiem wypolerowanej skały, metalu lub szkła. W kulturach biedniejszych, gdzie dostęp do klejnotów i kruszców nie był tak wielki, religijni twórcy w opisach raju odwoływali się do kwiatów z ich intensywną kolorystyką.

To dlatego świątynie i kościoły mieniły się od złota i drogich kamieni, a także kwiatów. To dlatego średniowieczne kościoły po mistrzowsku były ozdabiane kolorowymi witrażami, bo przecież światło przez nie wpadające dawało niesamowity efekt. Wszystkie te dzieła miały na celu „transport” świadomości wiernego do świata transcendentnego. A może jednak immanentnego, skoro człowiek te intensywne rajskie obrazy nosi całe życie w sobie i wystarczy, że ktoś mu je „przypomni”?

Innym czynnikiem sprawiającym, że widz czuje się „przetransportowany” do świata doskonałego istnienia – nie dziania się, ale czystego bezczasowego istnienia właśnie – jest statyczność figur w dziełach sztuki. Przypomniałem sobie wykład z historii i filozofii stojącej za ikonografią prawosławną. Ikony te nie mają być zwykłymi obrazami. One mają być oknem do raju. Być może Huxley zbyt mało wiedział o prawosławiu, bo gdyby tak było, z pewnością przytoczyłby ten przykład. Figury świętych muszą być przedstawiane w bardzo restrykcyjnie traktowany sposób. Dominują linie pionowe i poziome, bo one gwarantują wrażenie poważnej statyki. Osoba, którą przedstawiono przy pomocy linii ukośnych, to albo człowiek zły, albo szalony, opętany. Tak więc statyczność wizerunku świętego, jego niezmienność, mimo wielości obrazów, zapewniały efekt „transportujący” do świata Istotowości, do czystego i niezmiennego istnienia. Dodajmy do tego, że w tło jest często malowane kolorem złotym, a więc znowu mamy do czynienia z barwą intensywną i połyskliwą.

Bardzo słusznie i przytomnie Aldous Huxley zauważył, że „transportujące” właściwości ozdób z połyskliwego metalu zostały zdewaluowane przez etykiety koniaków czy papierosów, bo wszyscy wiemy, że kiedy mamy czegoś wokół siebie dużo, przestaje to robić na nas wrażenie. Obecnie zaś w świecie zalewającym nas neonami i innymi świecidełkami, malowidła o metalicznej i intensywnej kolorystyce nie są już w stanie „przenosić nas do raju” tak, jak średniowieczny witraż średniowiecznego rycerza, mieszczanina czy chłopa. Co więcej, połyskliwość i jaskrawość kolorów stały się synonimem kiczu i złego gustu.

Piszę o tym Huxleyu i przy okazji o ikonach prawosławnych, ponieważ usiłuję dociec jak działa mój umysł przy odbiorze sztuki. Z czysto logicznego punktu widzenia rzec można, że estetyka jest generalnie rzeczą umowną i nic na jej temat nie da się powiedzieć. Czy tak jednak faktycznie jest? Filozofowie od setek lat piszą na temat estetyki, co wskazywałoby, że istnieją jakieś ogólne reguły rządzące naszym postrzeganiem piękna. Osobiście jednak byłbym bardzo ostrożny. To, co nasza podświadomość mogłaby nam podpowiedzieć, a więc w sposób „naturalny” (o ile w ogóle można tak powiedzieć) kazać nam się czymś zachwycić, komuś innemu może dać pretekst do wyśmiania nas za brak wyrobienia estetycznego. Relatywizm wynikający z konkretnych uwarunkowań kulturowych doprowadził do tego, że nadmiar złota i błyszczących kamieni nieodłącznie kojarzy się ze złym gustem!

Obraz, który opisałem na egzaminie z historii sztuki, to „Et in Arcadia ego” Nicolasa Poussina. Snobując się na miłośnika kubizmu, ekspresjonizmu czy surrealizmu, wybrałem obraz klasycystyczny! Już wtedy zdawałem sobie sprawę z tej sprzeczności. Zamiast Guerniki, która naprawdę robiła i nadal robi na mnie wielkie wrażenie, czy Płonącej żyrafy, wybrałem sielski obrazek starogreckich wieśniaków odkrywających napis na samotnym nagrobku pośród górskiego, choć niezbyt surowego, krajobrazu. Dlaczego ta właśnie scena zadziałała na mnie wręcz hipnotycznie?

Z punktu widzenia dzisiejszych „koneserów” jest to kiczowaty przesłodzony obrazek o intensywnych kolorach przedstawiający w dodatku znowu kiczowatą scenkę wyidealizowanych pasterzy zgromadzonych wokół niewielkiej kamiennej konstrukcji. Szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodzi. Myślę, że kolorystyka odgrywa tutaj bardzo ważną rolę, tak samo jak w obrazach Salvadora Dali. Po prostu ten zestaw błękitu, zieleni elementów pejzażu oraz połyskliwa niebieskość czy odcień koloru pomarańczowego szat postaci przykuwa mój wzrok i hipnotyzuje.

Sama scena oczywiście też jest nie bez znaczenia. Nie chodzi bowiem o tych idyllicznych pasterzy, ale o to, że zastygli w momencie zastanawiania się nad zagadką, jaką wywołało odczytanie tajemniczych słów na równie tajemniczym nagrobku.

Tej sielskości wcale bym jednak nie lekceważył, ponieważ kto kiedykolwiek przeżył moment błogiego spokoju na wsi, w lesie lub górach, ten doskonale, wręcz namacalnie potrafi sobie wyobrazić znalezienie się w takim otoczeniu. Ja przy oglądaniu „Et in Arcadia ego” wręcz czuję lekki powiew ciepłego wiatru i dotyk trawy bosymi stopami.

Wszystkie te czynniki sprawiają, że obraz ten wywarł na mnie wielkie wrażenie. Pierwsze wrażenie spowodowane zestawem intensywnych kolorów, figury zastygłe w pewnej pozie, tajemnica stojąca za ową pozą oraz siła oddziaływania na wyobraźnię. Ten ostatni element to oczywiście typowa cecha malarstwa przedstawiającego, klasycznego. Ktoś snobujący się na znawstwo abstrakcji ten czynnik potraktowałby z pogardą. Czy jednak realizm u malarzy realistycznych jest taki oczywisty? Czy obrazy „realistyczne” faktycznie miały na celu fotograficzne odzwierciedlenie rzeczywistości? Tak naprawdę tak nie działo się nigdy. Wystarczy porównać pejzaże renesansowe, barokowe i romantyczne, a każdy bez trudu znajdzie różnice w przedstawianiu z pozoru tej samej rzeczywistości.

„Transportująca” moc obrazu Poussina przez długi czas trzymała mnie w swojej władzy. Kiedy zobaczyłem „Et in Arcadia ego” w Luwrze odczułem pewne wzruszenie spowodowane tym, że oto widzę oryginał, ale otoczenie szeregu innych malowideł nie pozwoliło na należyte poddanie się przeniesieniu do raju. Poza tym ta cała atmosfera muzeum, ten oczopląs spowodowany mnogością dzieł na jednej ścianie, te tłumy ludzi ze swoimi rozmowami, pośpiechem i nerwowością. To nie sprzyja przeniesieniu „do raju”.

Kiedy do mojego domu trafił Internet i mogłem sobie oglądać poussinowskich pasterzy do woli, „transportująca” moc gdzieś się ulotniła. Niestety, zbyt łatwy dostęp do raju sprawia, że przestajemy go doceniać. 

Nicolas Poussin, "Et in Arcadia ego"

Jeszcze trochę refleksji na temat państwa i wolnego rynku

Najczęstszą motywacją wielu polskich biznesmenów, których znałem i znam, jest mieć to co biznesmeni na Zachodzie i oczywiście mieć więcej niż przeciętny Kowalski na etacie. Chodzi tu o wygodne życie w dużym domu lub apartamencie, jazdę świetnym samochodem, drogie wakacje, drogie szkoły dla dzieci, drogie ubrania i kosmetyki dla żony itd. Byłbym hipokrytą, gdybym twierdził, że to nie jest ważne, ale sytuacja, w której kondycja firmy jest opłakana, okazuje się, że boss od roku nie odprowadzał pracownikom składek na ZUS nic im o tym nie mówiąc, a równocześnie tenże boss kupuje sobie i swoim kobietom trzy luksusowe samochody terenowe, jest zwyczajnie chora! Jego pieniądze - jego sprawa, ktoś może odpowiedzieć i będzie miał rację. Rzecz w tym, że jeżeli na wolnym rynku będą się znajdować tylko tacy biznesmeni (a jest ich całe mnóstwo w Polsce), całość gospodarki nigdy nie wzniesie się poza pewien poziom.

Nigdy nie uważałem się za socjalistę, ponieważ uważam, że na podstawowym poziomie ludzkiego działania motywacją jest faktycznie egoizm - każdy chce przetrwać. Przymuszanie ludzi do działań kolektywnych tam, gdzie lepiej radziliby sobie indywidualnie, to wg mnie działanie wbrew naturze. Jestem też wielkim fanem ludzi, którzy swoją pomysłowością, pracowitością i wszechstronnym talentem zbudowali solidnie działające przedsiębiorstwa. Dlatego jeśli nie do końca się zgadzam z ideą absolutnie wolnego rynku, to nie dlatego, że uważam, że urzędnicy państwowi powinni nim sterować, ale uważam, że państwo, jako strażnik interesów nas wszystkich, w tym polskiego biznesu, powinno od czasu do czasu podsunąć jakiś strategiczny pomysł.

Przekształcenie Łodzi z małego zapyziałego miasteczka położonego w niewielkim promieniu wokół dzisiejszego kościoła NMP na rogu Nowomiejskiej i Wojska Polskiego (mam nadzieję, że nie pomyliłem nazw ulic, w końcu one się tak szybko zmieniają) w prężny ośrodek przemysłowy, w "amerykańskie" (ze względu na tempo rozwoju) miasto, to zasługa kilku urzędników państwowych, rzec można carskich kolaborantów, m.in. Józefa Zajączka i Ksawerego Druckiego-Lubeckiego. To w Warszawie te "urzędasy" kazały zbadać tereny pod ośrodek włókienniczy, ich ludzie stwierdzili, że Łódź i okolice to teren najlepszy i tutaj zaczęto zachęcać "przedsiębiorców" z innych terenów do osiedlania się. Użyłem cudzysłowu celowo, gdyż ci pierwsi łódzcy włókniarze to byli tkacze z Saksonii, zwykli drobni rzemieślnicy, którzy pobudowali sobie drewniane chałupy wzdłuż Piotrkowskiej. Ludwik Geyer był pierwszym biznesmenem w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Chodziły o nim legendy, jaki to cwaniaczek i drań, ale to on zbudował pierwszą potęgę przemysłową Łodzi. Później zbankrutował a jego przedsiębiorstwo przejęła spółka, która w nazwie zachowała jego pełne imię i nazwisko.

Kiedy Karl Scheibler, młody inżynier z Nadrenii przybywał do Łodzi, nie musiał wykonywać roboty pionierskiej, ponieważ było to już miasto przemysłowe. Jego inwestycje są jednak nie do przecenienia. Oprócz pieniędzy wniósł m.in. "know-how", a więc nowoczesne maszyny i technologie. Jak na tamte czasy bardzo dobrze dbał o swoich pracowników. Ceglane łódzkie "famuły" (na Śląsku zwane "familokami") to dzisiaj symbol robotniczej biedy - wszystko przez komunistyczną propagandę - ale w tamtych czasach to były świetne mieszkania, zwłaszcza dla kogoś kto się wyrwał z biednej wiejskiej zagrody.

Pierwsza faza uprzemysłowienia Japonii polegała na tym, że to rząd cesarski (po restauracji władzy tenno w 1868 r.) na własny koszt kazał Niemcom czy Amerykanom budować całe fabryki, a potem je stopniowo przekazywał przedsiębiorcom prywatnym.

Wracając do Polski księcia Druckiego-Lubeckiego - inicjatywą rządkową był Staropolski Okręg Przemysłowy, a przenosząc się do Polski międzywojennej - taką samą inicjatywą był Centralny Okręg Przemysłowy. Całkowicie wolny rynek nigdy nie doprowadziłby do budowy portu w Gdyni.

To wszystko trzeba mieć na względzie obserwując to, co się obecnie u nas dzieje. Nie tylko zresztą u nas. W Wielkiej Brytanii również spotkamy starszych ludzi, którzy będą tak samo jak nasi starsi ludzie, narzekać, że w tym kraju nie ma już przemysłu i że "wszystko" jest w obcych rękach. I w pewnym stopniu jest to prawda.

Póki co, Niemcy są przykładem kraju, którego politycy wydają się najbardziej dbać o rodzimy interes. Niemcy to kraj, który ma w konstytucji napisane, że jest państwem socjalnym. Czy niemieccy przedsiębiorcy skarżą się na ucisk ze strony państwa? Być może, ale o tym się słyszy niewiele. Nieustannie natomiast słyszy się o tym u nas i w Stanach Zjednoczonych. W tym ostatnim przypadku brzmi to co najmniej dziwnie, bo przecież dla wielu z nas to nadal przykład kraju wolnej przedsiębiorczości. Tymczasem republikanie nieustannie podnoszą temat zbyt wysokich podatków. Nie wiem, czy ktoś o tym dyskutuje w Niemczech. Jest to kraj, gdzie ludzie są po prostu świadomi, że mimo interesu własnego, istnieje coś takiego jak interes zbiorowy. Ten ostatni bowiem pozwala lepiej zadbać o ten własny. Polscy liberałowie jakby zapominają o tym ostatnim czynniku. Zapominają o tym, że ludzie stworzyli sobie państwa m.in. po to, żeby chroniły ich interesy, zaś geneza państw to nic innego jak prywatna inicjatywa plemiennych watażków, czyli ludzi jak na tamte czasy najbardziej przedsiębiorczych.

wtorek, 1 listopada 2011

Dlaczego w Polsce nie można liczyć na samoleczące właściwości wolnego rynku

Dziś krótko, bo i pora późna i dzień szczególny. Nie mogę się jednak oprzeć napisaniu kilku obserwacji.

Otóż od kilku tygodni możemy oglądać w telewizji intensywną kampanię reklamową banku  Credit Agricole. Co za czort? - myślę sobie. Nigdy wcześniej tej nazwy nie słyszałem. Nie wierzę, że tak nagle w dobie światowego kryzysu, nagle na polski rynek wszedł francuski bank. Idąc na stację Łódź-Widzew przechodzimy obok szyldu tego banku, a ja sobie usiłuję przypomnieć jaki bank był w tym miejscu wcześniej. Banków ci u nas dostatek. Niewiele produkujemy, ale mnóstwo kupujemy (bo niby skąd tyle hipermarketów, które mają się całkiem dobrze, a mimo wysokiego bezrobocia i niskich zarobków, ludzie do nich chodzą na zakupy?) oraz korzystamy z usług finansowych wielu banków (bo znowu skąd niby tyle banków wzdłuż głównych ulic polskich miast, z których żaden nie upada, a wręcz mnoży filie?)

Nie mogłem sobie przypomnieć jaki szyld widywałem tam uprzednio, więc po powrocie do domu zajrzałem do Internetu i już wiem! Otóż wcześniej był tam bank, który jako pierwszy reklamował się w telewizji, że tam klienta przyjmują kawą (występował w niej aktor, który grał neurotycznego klienta nie mającego ani trochę tolerancji dla starych metod obsługi klienta) - LUKAS Bank. Czytam dalej w tymże Internecie. Dowiaduję się, że Credit Agricole to francuska potęga finansowa wyrosła z sieci wiejskich banków spółdzielczych. Spytam Cię, drogi Czytelniku, kolokwialnie językiem młodszego pokolenia: Czaisz bazę? Oto Francuzi kiedyś tam, kierując się socjalistycznymi ideami, doszli do wniosku, żeby tworzyć banki spółdzielcze (kasy regionalne, czyli coś takiego jak przedwojenne i ostatnio odrodzone Kasy "Stefczyka") na wsiach w celu ożywienia rolnictwa. Banki te, wraz z dwoma bankami komercyjnymi i firmą ubezpieczeniową stanowią teraz komercyjnego molocha, któremu polski właściciel (nieżyjący już) sprzedał 75% udziałów w LUKAS Banku.

Całkowicie zgadzam się z tezą, że właściciel interesu ma prawo z nim robić, co mu się podoba, łącznie ze sprzedażą. Rzecz jednak w tym, że przy takiej mentalności polskich przedsiębiorców, nawet jeśli trafi się wśród nich prawdziwy geniusz (a to wcale nie jest takie częste), nic to nie pomoże, jeżeli główną jego ambicją stanie się sprzedaż "swojego dziecka" bogatej firmie z zewnątrz.

Kiedy czytam wymądrzalskie teksty fanatyków Korwina-Mikke, a nawet luminarzy Centrum Adama Smitha, których do niedawna uważałem za jednak o niebo rozsądniejszą wersję liberałów od korwinowców, nie jestem w stanie zrozumieć tego, dlaczego ludzie inteligentni (niektórzy z nich z poświadczonym wysokim IQ) głosząc swoją niezachwianą wiarę w zbawienną rolę absolutnie wolnego rynku, nie biorą pod uwagę czynnika ludzkiego. W tym wypadku nie mam na myśli kadry kierowniczej czy pracowników merytorycznych, ale ludzi, których liberałowie stawiają na piedestale, czyli przedsiębiorców. Wiara w to, że przedsiębiorca z natury swojej jest ambitny i dąży do ekspansji własnej firmy, okazuje się przypadku Polski ułudą. Nie mówię już o naiwnym zaufaniu do uczciwości wszystkich biznesmenów.

Jestem bardzo ciekawy ile jest polskich banków aktywnych w Niemczech, Francji, Włoszech czy Grecji. Bo Grecja, cała w tarapatach, na pomoc dla której premier Tusk asygnuje nasze wspólne pieniądze, ma u nas banki. A czy my mamy u nich?

Ile polskich banków spółdzielczych czy SKOKów wyszło na zewnątrz i wykupiło 75% jakiegoś banku w Szwecji czy choćby na Łotwie? Może po prostu nie wiem, więc proszę o podrzucenie mi takiej informacji.

To, że jakaś firma należy do obcego kapitału, jest dzisiaj już tak normalne, że mało kogo to wzrusza. Osobiście odczuwam jednak duży dyskomfort, kiedy widzę, że właściciele w końcu rezygnują już nawet z polskiej nazwy i ujawniają się w pełni. Tak było, kiedy Nestlé przejęło toruński "Pacyfik" (firmę produkującą wówczas świetne płatki kukurydziane) i zaczęło podobne płatki wypuszczać już tylko jako Nestlé.

Teraz widzimy, że znika kolejna polska nazwa spośród banków działających na terenie naszego kraju. Tym bardziej mnie to boli, że był to bank wymyślony, otworzony i prowadzony pierwotnie przez Polaka. Cóż z tego jednak, skoro mentalność polskiego biznesmena nie sięga dalej niż "szybka kasa i w nogi".

Dlaczego w Polsce nic się nie opłaca, a francuskim prowincjonalnym spółdzielcom jakoś się opłaca? Pytanie jest retoryczne, bo to się opłaca Francuzom zapewne każdemu by się opłaciło, ale to wymagałoby zajmowania się biznesem już nie tylko dlatego, żeby zapewnić sobie wygodne życie, ale żeby zaspokoić ambicję innego rodzaju. Taką ambicję to może wykazuje dr Kulczyk, ale on zaczął trochę wcześniej i bardzo szybko zajął odpowiednią pozycję. Co z innymi? Gdzie te rekiny?

W tym kontekście, "mądrości" miłośników Bastiata czy Hayeka tracą sens. Gdyby w Polsce zapanował "prawdziwy liberalizm" (czyli nie taki w wersji PO, ale Nowej Prawicy), w przeciągu dwóch lat Polska zostałaby sprzedana każdemu, kto by chciał kupić jakąś jej część, łącznie z rządem. Polski prywatny właściciel kawałka sprywatyzowanej Polski, sprzedałby ówże kawałek każdemu, kto by przyszedł z workiem pieniędzy i to niekoniecznie zbyt dużym.

W świecie, gdzie liczy się szybki zysk, wystarczy handlować, a najlepiej czymś, czego realnie nie ma. Żeby zostać królem biznesu trzeba latami pracować na markę, czyli na produkt wysokiej jakości, którą się potem sprzedaje, kontrolując jej zbyt detaliczny. Najlepszym przykładem jest zmarły niedawno Steve Jobs. Tam gdzie przy pierwszym sukcesie sprzedaje się całą firmę, tam nie ma co liczyć na zbudowanie potęgi gospodarczej.

Prawdziwy powód do dumy

Są takie chwile, które przywracają człowiekowi wiarę w fachowość polskich specjalistów. Szkoda, że w sytuacjach normalnych, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem, nie potrafimy docenić ich wysokiej klasy profesjonalizmu. Sytuacje, w których ich zawodowa doskonałość może się w pełni ujawnić, to takie, których nikt z nas sobie nie życzy. Niemniej, to że to oni akurat znaleźli się w danym miejscu podczas tejże sytuacji, powinno być uważane przez wszystkich za wyjątkowe błogosławieństwo losu. Panu kapitanowi Tadeuszowi Wronie należą się najwyższe wyrazy szacunku od nas wszystkich, zaś właśnie w imieniu nas wszystkich władze państwa powinny jak najszybciej tenże szacunek mu okazać.



Genialnie! Po prostu genialnie!

niedziela, 30 października 2011

O obcym kapitale i prywatyzacji oczami ekonomicznego ignoranta (5)


Potem przyszły problemy, sam nie wiem, czy prawdziwe, czy stworzone, z górnictwem. Okazało się bowiem, że wydobycie węgla kamiennego się nagle nie opłaca. A już najgorsza zaraza to górnicze związki zawodowe, strasznie roszczeniowe, a rentowność kopalń jest tak niska, że ich żądania to tylko gwóźdź do trumny. Nigdy w Polsce nie zdobyto się na radykalne kroki w stylu Margaret Thatcher. Nie wiem też do końca, czy radykalna likwidacja przemysłu ciężkiego przyczyniła się do polepszenia ogólnej sytuacji kraju. Są rejony w Anglii, gdzie do dziś nietaktem jest wspomnieć nazwisko pierwszej kobiety-premiera. Z pewnością Thatcher położyła kres rozbuchanej dyktaturze związków zawodowych, które w latach 70. zdawały się stracić poczucie rzeczywistości.

Pomysł polskiego rządu był (chciałoby się napisać złośliwie „jak zwykle”, ale nie bądźmy okrutni) „genialny”. Pozamykać część kopalń, a górnikom dać bardzo wysokie odprawy z zastrzeżeniem, że podpiszą deklarację, że już do górnictwa nie wrócą. Część z nich faktycznie już w Polsce do górnictwa nie wróciła, pieniądze przejadła (no, wydała na samochód albo mieszkanie), i obudziła się z ręką w nocniku. Wielu z nich to jednak chłopy nie w ciemię bite i do górnictwa wróciło, ale w Czechach, gdzie jakoś nikt kopalni nie zamykał i nikt nie uważał, że wydobycie węgla jest nierentowne. To w ogóle jest jakaś dziwna sprawa. Biednym ludziom na Śląsku opłaca się eksploatować bieda-szyby i nawet zrobić z tego niewielki biznes, ale normalnych kopalni utrzymywać się nie opłaca. Często na nerwy działają mi niektórzy koledzy, którzy głośno wyrażają, nawet jeszcze teraz, opinię, że „z tymi górnikami to nikt porządku nie umie zrobić”. Tutaj też widzimy jak działa maszynka do prania mózgu. Jak inteligentny facet przeczyta gazecie dla inteligentów artykuł przez innego inteligenta napisany, to tak po prostu musi być.

Nie śledzę na bieżąco sytuacji w Niemczech, dlatego wymieniłem tylko Czechy, ale jestem bardzo ciekaw, czy w Niemczech też wydobycie węgla się nie opłaca i czy tam w ciągu ostatnich 20 lat zamykano kopalnie.

Bardzo często mam wrażenie, że w polskiej polityce wielką rolę, oprócz oczywiście jakichś grup nacisku, które doskonale wiedzą jakie interesy prowadzą (i nie jest to żadna teoria spiskowa, tylko rzecz zupełnie normalna w każdym kraju), wszystko robi się na zasadzie akcji pod publiczkę z argumentacją, że gdzieś ktoś coś takiego zrobił. W tym wypadku Margaret Thatcher. I co z tego, że pani Thatcher zrobiła w Anglii początku lat 80. ubiegłego stulecia to co zrobiła? Czy faktycznie nasza sytuacja z lat 90. była identyczna z tą brytyjską w latach 70.?

Zastanawia mnie również dlaczego nikt nie zaproponował takiego oto rozwiązania. Skoro to roszczeniowe związki zawodowe niszczą rentowność kopalń i to do tego stopnia, że państwu przestaje się opłacać je utrzymywać, a przy tym nikt nie chce ich kupić, to może oddać związkom zawodowym te kopalnie za darmo i niech sobie w nich gospodarzą? Państwo pozbędzie się kłopotu, ale być może ludzie nie stracą pracy, a związki będą musiały się nauczyć myśleć po gospodarsku (menadżersku). Pewnie ten mój pomysł jest kompletnie z kosmosu, bo przecież gdyby można było tak zrobić, to by pewnie już zrobiono… No, chyba że nie….

Potem przyszły cukrownie, które nagle rzekomo Unia Europejska kazała nam zamknąć. Niestety nie jestem ekonomistą, ale tak na chłopski rozum nie bardzo rozumiem, jaki interes miałaby Unia jako całość w niszczeniu polskiego przemysłu cukrowniczego. Prosta logika podpowiada, że Unia jako całość tak naprawdę nie ma żadnych interesów, bo konkretne interesy polityczne to pewnie ma Jose Barosso i członkowie Komisji Europejskiej, natomiast konkretne interesy gospodarcze w tym wypadku mają producenci cukru z innych krajów. Człowiek, który niczym Rejtan bronił tychże polskich cukrowni, został publicznie ośmieszony i pohańbiony. Nie sądzę, żeby przypadkiem kamera telewizyjna znalazła się akurat w tym miejscu, gdzie prowadzono owego człowieka, który został otumaniony prawdopodobnie czymś więcej niż tylko alkoholem.

Ze stoczniami, a na początku konkretnie ze Stocznią Gdańską, kolebką „Solidarności”, od początku był problem. Najpierw, jeszcze za komuny, chciał ją zamknąć Mieczysław Rakowski. Był to wówczas dość ordynarny odwet polityczny. Nie udało się. Potem już w wolnej Polsce stocznia miała upaść, ale ksiądz T.Rydzyk zorganizował wielką zbiórkę pieniędzy na ratowanie stoczni. Stocznia ani stoczniowcy tych pieniędzy nigdy nie zobaczyli, natomiast ostatecznie kolebka pierwszego niezależnego związku zawodowego podzieliła los tysięcy innych polskich firm. Ostatecznym ciosem była decyzja Unii Europejskiej, że państwo nie może jej ratować. Oczywiście sprawa jest bardziej skomplikowana, ponieważ całe lata kiepskiego zarządzania sprawiały, że Stocznia faktycznie była nierentowna. Rzecz w tym, że kraje silniejsze potrafiły się przeciwstawić dyrektywom Komisji Europejskiej, a polskie władze sobie odpuściły. Czy tylko dlatego, że tacy z nich świetni ekonomiści rozumiejący, że nie ma sensu utrzymywać molocha, do którego trzeba dopłacać?

To pewnie też, ale ogólne wrażenie, jakie robią ludzie rządzący Polską w ciągu ostatnich 20 lat, jest takie jakby oni chcieli jak najszybciej zwinąć ten cały interes zwany Polską, który się w jakiś mało zrozumiały sposób kręci od tysiąca lat, ale jest w nieustannych kłopotach, a raz nawet został zmuszony do ogłoszenia upadłości i zlicytowany przez sąsiadów. Wieczne z tym interesem kłopoty. A co się robi z takim biznesem? Całości nikt nie kupi, więc sprzedajmy go po kawałku i będzie święty spokój. To jest oczywiście spiskowa teoria dziejów i nie wierzę żeby tak naprawdę było, natomiast wszystkie przesłanki wskazują wręcz bezpośrednio, że tak to się odbywa. Wrażanie jest przerażające.

Już w latach dziewięćdziesiątych niektórzy ekonomiści zwracali uwagę na to, że tak naprawdę prywatyzacja państwowych firm w koncepcji polskich rządów, m.in. Leszka Balcerowicza, nie ma wcale za zadanie udoskonalenia produkcji, czy w ogóle rentowności zakładu. Powód był bardzo prosty – uzupełnianie bieżącego budżetu państwa. Czyli cośmy sprzedali, to od razu przejedli. Już w tychże latach 90. zastanawiano się głośno, z czego Polska jako państwo będzie się utrzymywać, kiedy już nie będzie czego sprzedać.

Platforma Obywatelska w swojej kampanii wyborczej rozbrajająco szczerze odkryła swoje plany finansowania kraju – będzie wyciągać pieniądze z Unii Europejskiej, bo „my wiemy jak to się robi”, jak zapewniali w telewizyjnym spocie. Obecna sytuacja całej Unii nie jest wesoła ze względu na Grecję i zadłużenie krajów śródziemnomorskich, a ci, którzy Unią naprawdę rządzą, czyli władze Niemiec i Francji, zastanawiają się komu zabrać, żeby komu innemu dać. Nie zdziwiłbym się, gdyby świeżo wybrane władze Polski już zaczęły się trząść ze strachu na wypadek gdybyśmy nie dostali tych pieniędzy, które Platforma podobno umie tak po mistrzowsku wyciągać (swoją drogą ten klip napełnił mnie niesmakiem, bo przecież niepodległe państwo powinno mieć jakieś własne źródła utrzymania, a nie liczyć na pieniądze skądś tam wyżebrane). Co wtedy? Czy wtedy właśnie nastąpi ten moment, kiedy Polakom będzie już tak dokładnie wszystko jedno, że wyjdą na ulice wieszać polityków na latarniach?

A mnie stoi przed oczami obrazek, którego osobiście nie widziałem, ale go sobie wyobraziłem bardzo wyraźnie, kiedy Piotrek, mój kolega z podstawówki, opowiedział jego treść. Rysunek satyryczny z niemieckiej gazety z lat 70. z Edwardem Gierkiem na bezludnej wyspie w samych slipach i zastanawiającym się co by tu jeszcze sprzedać.

PS: Proponuję teraz dokładnie obserwować kto zakupił udziały "Lotosu". Obserwacja sprawy własności i proporcji udziałów w złożach naszego gazu łupkowego i ich eksploatacji wydaje się również niezwykle istotne. I nie zawracajmy sobie głowy Palikotem i jego rzekomą wojenką o krzyż. Obserwujmy to, co warto obserwować.