piątek, 27 grudnia 2013

Czy "nadzieję radykalną" możemy odnieść do zmian w tzw. społeczeństwach rozwiniętych? (1)



Amerykański współczesny filozof, Jonathan Lear, w swojej książce Radical Hope (Nadzieja radykalna) podjął próbę wyjaśnienia mechanizmu pojawienia się optymistycznego myślenia na temat przyszłości narodu (plemienia), który utracił własną kulturę, a przez to podstawę swojego poczucia tożsamości. Lear zbudował całą swoją konstrukcję myślową wokół wodza indiańskiego plemienia Wron (Crows) Plenty Coups (z tego, co wiem, w polskim przekładzie, który ma się dopiero ukazać, oddano jego imię jako „Wiele Przewag”), który jako dziecko w inicjacyjnym śnie ujrzał zniknięcie bizonów i pojawienie się w ich miejsce krów (których wcześniej nigdy był nie widział). Dostał tam też wskazówkę od swojego ducha-przewodnika, żeby uczył się mądrości od sikory, ptaka uważanego przez jego współplemieńców za istotę niezwykle utalentowaną w kierunku właśnie uczenia się od otoczenia.

Wszystko stało się tak, jak Wiele Przewag przewidział. Biali wybili bizony i zakazali walk między plemionami. To pierwsze podcięło podstawy fizycznej egzystencji wielu szczepów rodzimych Amerykanów, zaś to drugie pozbawiło tę egzystencję resztek sensu. Kiedy wódz opowiadał historię swojego plemienia, potrafił dojść w swojej narracji do dnia zamieszkania w rezerwacie, ponieważ po tej dacie „nic się już nie zdarzyło”. Z jednej strony więc mądry przywódca praktycznie bezboleśnie (w odróżnieniu od Siuksów czy Czejenów, którzy toczyli z białymi krwawe wojny) poddał się dyktatowi białych, zalecając swoim ludziom naukę angielskiego, pisania, czytania i zdobywania dalszego wykształcenia, a nawet przyjmowania chrześcijaństwa, przez co uważał, że ocala swój naród, a z drugiej sam doskonale czuje, że w dniu zamieszkania w rezerwacie nastąpił „koniec historii”, przynajmniej w kontekście jego rodzimej kultury, a więc w kontekście wszystkiego tego, co stanowiło jakiś sens. Wrony, idąc za przykładem mądrej sikory, zaczęły uprawiać ziemię (choć sam Wiele Przewag sprzeciwił się parcelacji ziemi rezerwatu na prywatne działki, bo obawiał się, że wtedy jego rodacy szybko je wyprzedadzą białym – skąd my to znamy? ), zaś mężczyźni plemienia w każdym pokoleniu zasilali szeregi armii Stanów Zjednoczonych (walczyli m.in. w obu wojnach światowych). Wrony biorą udział w ogólnoindiańskcih uroczystościach i rytuałach, które tak naprawdę są sztuczną (re)konstrukcją obyczajów różnych plemion, których mieszanie przed podbojem przez białych żadnemu Indianinowi nie przyszłoby do głowy, ale również zachowują swoje poczucie odrębności plemiennej, ponieważ wykształcili zupełnie inne podstawy swojej tożsamości (m.in. tradycja służby w US Army, choć Siuksowie z tego powodu nazywali ich zdrajcami).

To właśnie wypracowanie nowej tożsamości, nowej przestrzeni kulturowej, w obliczu całkowitego zniszczenia starego sposobu życia, dokonało się dzięki mądrej polityce wodza Wiele Przewag, wypływającej dzięki jego „nadziei radykalnej”.

Jonathan Lear rozważa m.in. różne podejścia do definicji pojęcia „męstwo”, bo to, jako jedna z cnót promowanych przez wiele kultur, wymaga doprecyzowania. U Wron w czasach bizonów sprawa była dość prosta. Życie wojownika toczyło się wokół jego „laski przewag”, które to narzędzie służyło dotykania przeciwnika przed jego zabiciem i oskalpowaniem (żeby tenże przeciwnik nie zginął nieświadomie w ferworze walki, ale żeby wiedział, że za sekundę zostanie pozbawiony życia przez wielkiego wojownika). Szczytem męstwa zaś było wbicie laski przewag w ziemię i jej pilnowanie, czyli nie pozwolenie, by wrogowie przekroczyli granicę przez nią wyznaczoną, co najczęściej wiązało się z wysokim ryzykiem utraty życia, jeżeli przeciwnicy mieli przewagę liczebną.

Kiedy Wronom zabroniono walczyć z Siuksami, laska przewag nagle straciła jakiekolwiek znaczenie, a wraz z nią cały sens życia mężczyzny-Wrony. To dlatego właśnie, mimo swojej „nadziei radykalnej” wódz Wiele Przewag nie umie opowiadać o ostatnim, dłuższym odcinku swojego życia, ponieważ dla niego historia skończyła się wraz z końcem roli laski przewag. Później z Wronami działo się to samo, co ze wszystkimi, a więc jego biały rozmówca mógł sobie sam dopowiedzieć dalszą historię Wron, która niczym się nie różniła od historii innych Amerykanów (choć to oczywiście nie do końca prawda).

Ilekroć czytam takie historie mam nieodparte wrażenie, że opowiadając o plemionach „pierwotnych”, czyli o grupach ludzi o bardzo konkretnym i przejrzystym poczuciu tożsamości zbiorowej, łatwo jest nam i o współczucie i o zadumę nad losem przemijających kultur. Gdybyśmy jednak spróbowali ten sam rodzaj refleksji zastosować wobec narodów o dość długiej historii tzw. cywilizacji, cały dość jasny wywód Jonathana Leara musiałby ulec rozwodnieniu, zmąceniu, a następnie musiałby się zamienić w burą breję, w której wszyscy stracili orientację i nikt nie wie o co chodzi.

Tam gdzie jedno plemię, a tak naprawdę jego warstwa rządząca, potrafiła narzucić swoją władzę i dyskurs innym plemionom tworząc w ten sposób zręby cywilizacji, tam siłą rzeczy zaczęły się procesy, które trwają do dziś, czyli nieustannej dekonstrukcji starych systemów wartości i zastępowania ich nowymi. Koniec wieku osiemnastego przyniósł w tym względzie duże przyspieszenie, tak że każde schodzące pokolenie zaczęło mieć poczucie totalnej klęski spowodowanej kulturową katastrofą. Za życia jednego pokolenia może dojść do trzech (a co najmniej dwóch) zmian w sposobie myślenia o wartościach. Oczywiście ludzie tak szybko poglądów nie zmieniają, ale przez to również muszą żyć w ogromnym stresie i umierać w poczuciu frustracji, ponieważ ich światy giną jeszcze za ich fizycznego życia. Niektórzy potrafią sobie z tym jakoś radzić, z rezygnacją godząc się na zmiany wprowadzane zarówno przez ich rówieśników, jak i pokolenie ich dzieci i wnuków, ale doprawdy wahałbym się nadać temu nazwę „nadziei”, a już na pewno nie „nadziei radykalnej”.

Osobiście uważam, że jedynym źródłem tej nadziei jest po prostu fakt istnienia naszych fizycznie funkcjonujących ciał, oraz istnienia naszych potomków, którzy przekażą dalej nasze geny, ponieważ o przekazaniu naszych „memów” już raczej boimy się marzyć.

środa, 18 grudnia 2013

O zapamiętywaniu kilka luźnych myśli



Na jakiej zasadzie pewne rzeczy zostają w naszej pamięci bez żadnego wysiłku, a inne musimy ciągle powtarzać, a i tak za nic w niej nie chcą się zatrzymać na dłużej, to jedna z tajemnic, którą chcieliby zgłębić metodycy nauczania najrozmaitszych przedmiotów. Czasami całkiem nieźle im się to udaje, a czasami z uporem maniaka proponują metody, który nie przynoszą jakichś olśniewających wyników.

Nie o metodyce jednak dzisiaj chcę napisać, ale o tych dziwnych priorytetach naszego umysłu. Nie uważam się za wielkiego znawcę kina, choć lubię filmy, zarówno te, które uznajemy dziś już za klasykę, jak i całkiem nowe, ale wobec tych ostatnich zazwyczaj mam tak wysokie wymagania, że rzadko który mi się podoba. To chyba oznaka starzenia, takie krytykanctwo wobec wszystkiego, co nowe. Kiedy sobie o tym przypominam, staram się życzliwiej podchodzić do nowych propozycji artystycznych, ale i tak jakoś mi się słabo podobają. Istnieje prawdopodobieństwo, że one naprawdę są niewiele warte. To już jednak osobny temat.

Mam całkiem spore grono znajomych, którzy lubią się popisywać swoją erudycją dotyczącą literatury, kina i muzyki. Przy nich często czuję się jak jakiś kmiotek, co to w kinie nigdy nie był, bo kiedy zaczną wymieniać aktorów, reżyserów i tytuły utworów, często nie jestem w stanie ich skojarzyć. Niemniej czasami udaje mi się przyłapać moich znajomych na pewnej powierzchowności wiedzy, pokrytej elokwencją i egzaltacją.

Swego czasu na którymś z internetowych forów zaczęły się zachwyty nad Fellinim. Ponieważ akurat tak się złożyło, że Federico Fellini wyreżyserował kilka filmów, które i na mnie zrobiły wielkie wrażenie, chętnie się w tę dyskusję włączyłem. Kiedy doszło do omawiania „Rzymu” (1972) wtrąciłem uwagę o motywie kopania tunelu pod rzymskie metro. Jak pamiętamy, film dzieje się na dwóch planach czasowych – podczas ostatnich lat dyktatury Mussoliniego i w czasach współczesnych – tzn. współczesnych kręceniu filmu. Ten drugi plan czasowy to przede wszystkim sceny kopania metra, podczas którego maszyna miele na pył wszystkie starożytne zabytki, jakie spotyka po drodze. Budowniczowie po początkowym wahaniu porzucają skrupuły wobec dziedzictwa antyku, ponieważ inaczej w robotach nastąpiłyby opóźnienia. Kiedy o tym wspomniałem, dwoje znajomych wyraziło zdziwienie, ponieważ za nic nie mogli sobie przypomnieć jakiejkolwiek sceny związanej z kopaniem tunelu pod metro. To z kolei mnie się wydało dziwne, ponieważ jest to element powracający z regularną częstotliwością przez cały film. Mnie zapadło to w pamięć, a ponieważ „Rzym” oglądałem w polskiej telewizji jako uczeń szkoły podstawowej, do dziś nie wiem, dlaczego zapamiętałem akurat to kopanie metra, podczas gdy inne sceny „Rzymu” zlewały mi się ze scenami z innych filmów Felliniego. Moim znajomym być może właśnie z powodu tego, że był to stały leitmotiv „Rzymu”, ich umysły kazały im te sceny uznać za nieważne i skupić się na scenach, gdzie jest jakaś fabuła (postrzępiona bo postrzępiona, ale jednak). Z tymi jednak ja miałem problem, więc sobie po latach postanowiłem odświeżyć, a tak naprawdę na nowo odkryć twórczość Federico Felliniego.

Ostatnio kolega wspomniał „Lokatora” Romana Polańskiego (1976). Film ten widziałem tylko raz, w roku 1980. Na pójście do kina namówił mnie wówczas kolega z klasy, a skusił mnie przede wszystkim tym, że Polański umieścił w swoim filmie scenę z Bruce’m Lee. Bruce Lee był dla nas, dzieciaków zafascynowanych wschodnimi sztukami walki, postacią niezwykle tajemniczą, ponieważ w PRLu nie pokazywano żadnego z jego filmów. Dopiero w roku następnym dotarło do nas „Wejście smoka” (1973), na którym to filmie byłem kilkanaście razy, przy tym kilkakrotnie przepłacając za bilet kupując go u „konika”. Wtedy też zorientowałem się, że to właśnie stamtąd pochodziły fragmenty oglądane w kinie przez bohaterów Polańskiego w „Lokatorze”. Przy okazji okazało się, że bardzo dużo z „Lokatora” pamiętam, łącznie z jakimiś mało istotnymi scenami.

Właśnie pamięć do tych scen mało istotnych mnie fascynuje. Gdyby nasz mózg działał racjonalnie i gdyby go motywował jakiś logiczny potencjalny interes, zanotowałby przecież postaci wiodące i zarys ich historii opowiedzianych w formie filmowych narracji, a tymczasem najlepiej w pamięci czasami zakotwiczają się jakieś fragmenty, które niekoniecznie odgrywają w filmie rolę pierwszorzędną.

Dlaczego dzieci, ale dorośli też zapamiętują bzdurne wierszyki, a krótkiego fragmentu jakiejś ambitniejszej poezji nie są w stanie? Swego czasu kilkakrotnie zostałem zaskoczony przez poznanych na wakacjach kolegów, którzy byli wiejskimi chłopakami z wykształceniem podstawowym i zarazem późniejszymi pijakami mającymi często problemy z wysławianiem się, a którzy potrafili z pamięci wyrecytować wiersz Aleksandra Fredry na temat księżniczki o imieniu pochodzącym od nazwy żeńskiego narządu płciowego. Dodajmy, że nie jest to wcale utwór krótki. Podejrzewam też, że owi chłopcy go nie czytali, ale ktoś im go wyrecytował, a oni zapamiętali.

W tym wypadku rzecz jest dość prosta do wyjaśnienia, ponieważ rubaszny wiersz Fredry był na tyle atrakcyjny dla młodych ludzi zafascynowanych wulgarnym ujęciem tematu płciowości, że jego przyswojenie przebiegło bezboleśnie, podczas gdy inwokacja z „Pana Tadeusza” była dla nich pewnie jakąś straszną nudą.

Rozmawiając z kolegami przed jednym z egzaminów na historii zadawaliśmy sobie pytanie, dlaczego pamiętamy różnego rodzaju ciekawostki (np. że Gambetta uciekł balonem z oblężonego Paryża), a już decyzji konkretnych polityków w określonym czasie już tak niekoniecznie, pomimo ich powtarzania. Żeby jeszcze ten Gambetta w balonie był jakiś atrakcyjny, ale mało kto z nas fascynował się wówczas baloniarstwem. Po prostu utkwiło w pamięci i już tam zostało.

Dlatego gdybym miał cokolwiek radzić młodym ludziom pragnącym zapamiętywać wiele rzeczy, powiedziałbym, że jeżeli nienawidzą wkuwać na pamięć streszczeń, lub konspektów, w których jest już sama esencja pożądanej wiedzy, powinni bardzo dużo czytać. Czytać ekstensywnie (że użyję tego rolniczego terminu) i początkowo stawiać na ilość, a nie na jakość. Ta przyjdzie z czasem, po przeczytaniu wielu tekstów. Istnieje bowiem prawdopodobieństwo, że czytając dłuższą narrację, niejako bezwiednie wpadnie nam wiele informacji do głowy. Jeżeli w innym tekście o podobnej tematyce natkniemy się na te same informacje, nastąpi wzmocnienie ich obecności w pamięci. Po kilkunastu, czy też kilkudziesięciu tekstach zaczniemy się już uważać za ekspertów, co ma oczywiście swoje niebezpieczne strony, ale to jest osobny temat. Tekst, najlepiej w formie narracji, daje naszej informacji szerszy kontekst, który w jakiś przedziwny sposób zamiast przeszkadzać, pomaga zapamiętać pożądaną informację. Jeżeli więc ktoś wypisał sobie listę najważniejszych faktów do zapamiętania i za diabła nie potrafi jej wkuć na pamięć, nie powinien się dziwić, że ten proces jest o wiele bardziej męczący niż u tych, którzy z przyjemnością przeczytali kilka tekstów na dany temat i to z tych tekstów ich mózg utworzył przedziwną mozaikę informacji, których znajomość czasami zaskakuje ich samych (o Boże, ale skąd ja to wiem?).

Co prawda szkoła raczej nie sprzyja tym, którzy zdobywają wiedzę po swojemu w dość długotrwałym procesie ekstensywnego czytania, bo do testów potrzeba znajomości konkretów, które trzeba wstawić w odpowiednie miejsce. Dlatego Amerykanie, np. przygotowując kompendia wiedzy dla studentów zdających egzaminy, robią to w taki sposób, jakby chcieli, żeby młodzi ludzie nauczyli się encyklopedii na pamięć. Ba, oni chcą, żeby ich uczniowie szkół średnich przygotowując się na studia wkuwali na pamięć słowniki (są takie specjalne ze słownictwem „pod egzamin”). Tego wszystkiego mogą uniknąć uczniowie, którzy od dziecka dużo czytają i poznali te wiadomości i to słownictwo w procesie pochłaniania dla przyjemności książek i artykułów prasowych.

„Dla przyjemności” odgrywa tutaj rolę kluczową. Jeżeli czytanie przyjemności nie sprawia, a większość proponowanych nam rzeczy uważamy za nudne, wtedy nie powinniśmy się spodziewać dobrych wyników, bo jednorazowe wkucie listy wymaganych informacji, nawet wkucie na piątkę, nie sprawi, że je w swojej głowie zatrzymamy na dłużej, a tym bardziej że staną się integralną częścią naszej ogólnej wiedzy o świecie. Jest więc jedna podstawowa rada – po pierwsze i najważniejsze, należy pokochać czytanie.

piątek, 13 grudnia 2013

Skoro już wszyscy wspominają...



Moja żona i ja byliśmy chyba zbyt młodzi, żeby początek stanu wojennego wywarł na nas jakieś poważniejsze wrażenie, choć oczywiście ludzie w naszym wieku, którym aresztowano rodziców, zapamiętali to jako wydarzenie traumatyczne. Kiedy ma się te –naście lat i zło nie dotyka cię bezpośrednio, pewne zjawiska obserwujesz tak, jak się ogląda film. Tak chyba było ze mną. Któregoś roku opisałem na blogu moją niedzielę 13 grudnia 1981 r., więc nie będę do tego wracał.

Bliska kuzynka mojej żony, która jest od nas nieco starsza, była wtedy już studentką i to bardzo zaangażowaną w ówczesne Niezależne Zrzeszenie Studentów. Wujek, jej ojciec, nieodmiennie się wzrusza, kiedy wspomina jej przejścia z pierwszego dnia stanu wojennego, kiedy to wraz z koleżankami i kolegami, próbowali zorganizować protest na filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku i jak zostali brutalnie potraktowani przez jaruzelską milicję. Lubię słuchać jego opowieści, ponieważ po części postawa jego córki to wynik patriotycznego wychowania, jakie jej dał, więc historia, choć za każdym razem taka sama, ma zawsze w sobie tyle narracyjnej emocji, że słucham jej z przyjemnością, a przy tym udziela mi się wujkowe wzruszenie. Jest to bowiem opowieść, której nie powstydziłby się Mickiewicz piszący trzecią część „Dziadów” (w tym wypadku nie ma krzty ironii w tym, co napisałem).

Kuzynka mojej żony to typ człowieka, o którym się mówi, że można z nim „konie kraść”. Bardzo lubimy z nią rozmawiać, bo jest w dodatku typem, który ja nazywam „człowiekiem prawdziwym”, nie próbującym przybierać póz ani odgrywać jakichś ról. Jest zawsze sobą i to w taki jakiś taki „pełny” sposób, że pomimo różnicy zdań, która się czasami przydarza, jest osobą, którą się po prostu całkowicie akceptuje i już.  Uwielbiam z nią rozmawiać, bo w ogóle bardzo lubię rozmawiać z „prawdziwymi ludźmi”, czyli takimi, którzy się nie kreują, a po prostu są; lubię rozmawiać z mądrymi kobietami, które przy okazji są silnymi osobowościami. Kuzynkę mojej żony uwielbiam za to, że nigdy nie kreuje się na kombatantkę i bohaterkę walk z jaruzelskim reżimem, mimo faktu, że w opowieściach wujka nie ma krzty przesady. Kuzynka mojej żony już kilkanaście lat temu przy okazji jednej z uroczystości rodzinnych powiedziała mi wprost: „Gdybym wiedziała, że to wszystko się w Polsce tak potoczy, że ludzie nie będą mieli pracy, albo będą tyrać za marne grosze, to nie wiem, czy bym się wtedy tak angażowała. W każdym razie z tymi wszystkimi, którzy się teraz obwołali wielkimi bojownikami z tamtych czasów nie chcę mieć nic wspólnego”.

Z ludźmi, których nazywam „prawdziwymi” nigdy nie dyskutuję w takim sensie, że nie próbuję ich przekonać do jakichś konstrukcji intelektualnych, ani książkowych mądrości. Nieodmiennie słucham opowieści wujka z wielkim wzruszeniem, trochę tak jak się słucha pięknych a wzniosłych legend (choć nie ma w jego opowieściach krzty przesady, ani koloryzowania), a równocześnie jestem wdzięczny kuzynce mojej żony, że jest osobą taką, jaka jest – autentyczną istotą z krwi i kości, żyjącą tu i teraz.

piątek, 22 listopada 2013

O metodach starych i bezużytecznych



Ucząc się języka obcego, jak zresztą każdej umiejętności, dość łatwo o zniechęcenie spowodowane spadkiem entuzjazmu dla jego przyswajania. Zakładam bowiem, że kiedy dobrowolnie podejmujemy się takiej nauki kieruje nami entuzjazm. Pierwsza lekcja najczęściej prowadzi do jego wzmocnienia, o ile uczący się wyjdzie z niej z poczuciem, że już się czegoś nauczył i umie już coś zrozumieć i powiedzieć w docelowym języku.

Nie wierzę w jedną „czystą” metodę nauczania języka, która zapewniałaby uczącemu się dostęp do wszystkich umiejętności tudzież leksyki i gramatyki danego języka. Na pewnych etapach jedna metoda może się okazać o wiele lepsza od innej, stosowanej uprzednio.

Osobiście uważam, że metoda komunikacyjna jest doskonała na etapie początkowym, ponieważ daje uczącemu się natychmiastową możliwość wykorzystania świeżo przyswojonego materiału. Później oczywiście muszą dojść jakieś dłuższe teksty, czy to do słuchania czy do czytania. Z pewnością dojdą też jakieś listy słów, np. czasowników nieregularnych. Nowe słownictwo i reguły gramatyczne powinny jednak również być podane w formie możliwej do zastosowania. Dlatego podręczniki stosujące na początku każdej nowej lekcji krótki dialog, a następnie jego analizę leksykalno-gramatyczną uważam za najbardziej przydatne do nauki języka obcego. Przykład wysłuchany i przeczytany, następnie objaśniony, a więc przez ucznia zrozumiany, powinien stać się pretekstem do tworzenia własnych zdań i dialogów, które przy podaniu odpowiedniej ilości słownictwa mogą iść w nieskończoność. W ten sposób buduje się pewien szkielet, który można następnie „oblepiać” nowym słownictwem.

Do niedawna myślałem, że jest to tak naturalne i zrozumiałe, że w dzisiejszych czasach każdy autor podręcznika do języka obcego i każdy nauczyciel języka obcego stosuje taką metodę. Tymczasem co jakiś czas natykam się na książki, których autorów ambicją jest nauczenie języka przy pomocy dość teoretycznych, a dla początkującego kompletnie abstrakcyjnych wykładów. Na początek więc dostajemy wykład na temat całego systemu fonetycznego danego języka, zaraz potem wszystkie reguły pisowni, w tym ortografii. Jeżeli ktoś jest samoukiem, to te rozdziały spokojnie pomija. Gorzej, jeżeli trafi się na nauczyciela/lektora, który każe się tych wszystkich reguł nauczyć na pamięć. Nie ma lepszej metody zniechęcenia uczącego się do dalszej nauki, niż taki zabieg. Nasz mózg po prostu tak nie działa. Owszem, pamiętam, że moja nauczycielka rosyjskiego w liceum na pierwszej lekcji podała nam wszystkie reguły ortografii, w tym zastosowanie nieszczęsnego znaku miękkiego, i nawet opanowałem ich jakieś 60% po tej pierwszej lekcji (kułem je oczywiście ze strachu), ale kiedy przyszło do dyktanda, przełożenie formułek wypisanych reguł na konkretne postawienie odpowiednich liter w konkretnych wyrazach sprawiało mi spory kłopot. A przecież tych wszystkich zasad pisowni można było uczyć stopniowo na przykładach konkretnych tekstów, które przy okazji poprawiałyby inne nasze umiejętności.

Niektórzy nauczyciele (sam tu nie jestem bez winy!) stosują wykład na temat słownictwa. Wypisują więc na tablicy setki nowych wyrazów, objaśniają niuanse ich zastosowania, a potem się dziwią, że na następnej lekcji nikt niczego nie pamięta. Jeżeli najpierw nie pomógł swoim słuchaczom zbudować „szkieletu”, nie powinien się dziwić, że całe to bogate słownictwo z listy nie zostało przyswojone. Ono nie miało się do czego „przykleić”.

Teoria Noama Chomsky’ego dotycząca wrodzonego wzorca gramatycznego właściwego każdemu człowiekowi jest obecnie dość powszechnie krytykowana. Osobiście uważam, że nie powinniśmy jej tak łatwo odrzucać, ponieważ stanowi bardzo dobrą podstawę teoretyczną metodyki nauczania języków. Praktycznie w każdym języku występuje wzór PODMIOT + ORZECZENIE. Ich kolejność może się różnić, a w takich językach jak polski, włoski czy hiszpański może nas zmylić użycie podmiotu domyślnego (użycie rzeczownika czy zaimka bywa w tych językach niepotrzebne, ponieważ wskazuje go sama forma czasownika użytego w orzeczeniu). Tak czy inaczej model KTOŚ ROBI COŚ w takiej czy innej wariacji występuje w każdym języku i każdemu z nas wydaje się naturalna.

Czy tak trudno wykorzystać tę prostą wiedzę przy nauczaniu języka obcego? Nie jestem w stanie zrozumieć kogoś, kto zabija entuzjazm chętnych do nauki obcego języka przez zamęczanie na pierwszej lekcji nudnym i całkowicie teoretycznym wykładem na temat wszystkich reguł fonetycznych czy ortograficznych tegoż języka. One są oczywiście niezbędne, ale muszą być podawane stopniowo w pewnej kolejności i w pewnym kontekście. Podobnie jest ze słownictwem. Zupełnie inaczej przyswaja się nawet długą listę słów, którą przedstawimy w tabeli jako jeden z elementów zdania, niż jeżeli zobaczymy je wypisane bez żadnego kontekstu.

Np.




Ja



czytam
książkę
gazetę
czasopismo
list
email
artykuł
ulotkę

Zamiast tabeli możemy zastosować inną formę graficzną, np. mapę myśli, ale tak czy inaczej chodzi o umieszczenie tego nowego słownictwa w zdaniu, a więc w pewnej rzeczywistości gramatycznej, która jest dla uczącego się uchwytna, a stanie się właśnie „osnową”, czy też „szkieletem”, do którego te nowe słowa będzie można dołączyć i na stałe „przymocować”.

Jeżeli uczącemu się wypiszemy po prostu listę:

książka
gazeta
czasopismo
list
email
artykuł
ulotka

to owszem, jest on w stanie się jej nauczyć na pamięć, nawet na wyrywki, ale nie potrafiąc użyć ich w zdaniu będzie przeżywał frustrację. Dlatego nauka gramatyki musi postępować równolegle do nauki słownictwa, z tym, że chodzi tu raczej o podanie struktury, a niekoniecznie wdawanie się w teoretyzowanie na temat gramatyki, składni itd. Każdy prosty przykład powinien być w stanie zastąpić najmądrzejszą definicję czy opis reguły gramatycznej.

Z powyższych względów należałoby więc zalecić autorom podręczników do nauki języków obcych oraz owych języków nauczycielom rezygnację z przestarzałych metod i zastosowanie kilku dość prostych zasad metodycznych, które sprawią, że entuzjazm uczącego się pozostanie na tym samym poziomie lub nawet wzrośnie, kiedy zobaczy, że postęp w nauce jest nie tylko możliwy, ale jest wręcz namacalny, a przy tym nie wywołuje zbędnego stresu i frustracji.

wtorek, 19 listopada 2013

Spontan zorganizowany, czyli przepis na zabawę z klasą



Kiedy miałem piętnaście lat na ekrany polskich kin trafił musical Hair. Eksportowane filmy zawsze były w Polsce pokazywane ze sporym opóźnieniem (bo np. takie Wejście smoka pojawiło się w Polsce dziesięć lat po wyprodukowaniu), ale w tym wypadku było całkiem nieźle, bo na Hair poszliśmy do kina już w rok po amerykańskiej premierze. Na mnie jako piętnastolatku film Miloša Formana zrobił ogromne wrażenie. Musicale i filmy muzyczne oglądałem już wcześniej w polskiej telewizji, ale nigdy wcześniej nie umiałem się do nich przekonać. Idzie bowiem sobie gość ulicą, a tu nagle zaczyna tańczyć i śpiewać. Albo rozmawia sobie dziewczyna z chłopakiem i też nagle przechodzą na śpiewanie. Na dodatek, jeżeli wtrącona piosenka była smętna, denerwowało mnie, że wprowadzają tylko niepotrzebną dłużyznę. Z Hair po raz pierwszy w życiu było zupełnie inaczej. Muzyka, śpiew i taniec nie tylko nie przeszkadzały mi w odbiorze filmu, ale wręcz przeciwnie. Poszedłem go obejrzeć jeszcze kilka razy właśnie ze względu na walory pozafabularne, choć sama historia tam opowiedziana przez scenarzystę Michaela Wellera jest również dobra. Na marginesie dodajmy, że w scenicznej wersji Jamesa Rado i Gerome’a Ragni nie rozgrywa się żadna akcja, tylko poszczególni bohaterowie krótko się przedstawiają i… śpiewają (i tańczą oczywiście).

Dzięki Hair zacząłem inaczej patrzeć na inne musicale, które zaczęły do mnie inaczej przemawiać. Ponownie odkryłem Deszczową piosenkę, którą jako dziecko widziałem w cyklu „W starym kinie” pana Stanisława Janickiego, ale nie potrafiłem wówczas ocenić. Z ogromnym opóźnieniem obejrzałem West Side Story i szereg innych filmowych produkcji muzycznych, z których niestety tylko część jest naprawdę świetnie dograna, tzn. muzyka doskonale pasuje do fabuły. Zrobienie z Nędzników filmowego musicalu uważam np. za eksperyment średnio udany, ale to z tego względu, że Russel Crow nie przekonał mnie do swojego talentu wokalnego. Dużo wcześniej, też dzięki telewizji, miałem okazję wraz z milionami Polaków posłuchać i zobaczyć genialnego Chaima Topola w Skrzypku na dachu.

Piszę o tych musicalach dlatego, że po obejrzeniu Hair nie mogłem się oprzeć wytworom swojej wyobraźni, że oto idę ulicą do szkoły, a ludzie nagle zaczynają tańczyć i śpiewać. Właściwie były momenty, że dziwiło mnie, że tak się nie dzieje. Oczywiście nieco koloryzuję, ale naprawdę żałowałem, że w naszym codziennym życiu tak mało jest muzyki. Właściwie to ona niby jest, bo przecież młodzi ludzie bez przerwy czegoś słuchają. Problem w tym, że w większości tylko słuchają. Owszem, niektórzy próbują sami coś robić i to nawet całkiem udanie (pomijając fakt, że te wysiłki rzadko bywają docenione – tylko niewielu laureatów tak licznych konkursów telewizyjnych osiąga sławę i pieniądze), ale jako masa pozostajemy narodem, który trudno porwać do jakiejś aktywności muzycznej.

Obserwacja wesel i zabaw tanecznych przeplatanych konkursami karaoke pokazuje, że jest z nami dość słabo. Nie wybijamy się poza zaproponowaną nam przez wodzirejów (didżejów lub liderów disco-polowych kapel) lub przez maszynę schematów. Kiedy ktoś podejmie spontaniczną próbę śpiewaczą w celu porwania publiczności, kończy się to dołączeniem góra 2-3 osób, które na dodatek niemiłosiernie fałszują. Od razu przychodzą mi na myśl Rosjanie (nie wiem czy wszyscy, ale przynajmniej Rosjanie starszego pokolenia), którzy potkawszy się w gronie nieznajomych potrafili od razu śpiewać na głosy.

No dobrze, jakiegoś naturalnego talentu do zbiorowych popisów wokalnych nie mamy, ale można przecież spróbować coś zorganizować. To jest jednak marzenie ściętej głowy. Zabawa po polsku ma być łatwa, prosta i przyjemna. Mięso z grilla, zgrzewka piwa, jakiś samograj i jest zabawa. I tak dobrze, że w wielu środowiskach chce się jeszcze przygotować jakieś dobre jedzenie, bo przecież można zaobserwować ludzi świetnie bawiących się przy paczce chipsów. Naprawdę nie zadzieram nosa i nie krytykuję spontanicznego luzu, bo to generalnie objaw zdrowia psychicznego, ale przeraża mnie powtarzalność i przewidywalność schematu. Jeżeli grono znajomych spotyka się regularnie i postępuje zawsze wg tego samego wzoru, po pewnym czasie taka zabawa może się znudzić. Niektórzy wlewają w siebie coraz to większe ilości alkoholu z nadzieją, że w ten sposób osiągną stan wyluzowania, który pozwoli im lepiej się bawić, a tymczasem uczucie nudy nie ustępuje, zaś alkohol powoduje tylko stan coraz większego zmęczenia.

Do improwizacji najlepiej się dobrze przygotować. Jest w tym twierdzeniu wewnętrzna sprzeczność, ale dobrze przygotowane akcje robią wrażenie najbardziej spontanicznych. Oczywiście po jakimś czasie publiczność się orientuje, że obserwuje coś, co ktoś wcześniej zaplanował i nad czym pracował, ale i tak pozostaje pod wrażeniem.

Ja jestem pod wrażeniem występu rodziny niejakiej Vanessy, amerykańskiej panny młodej, w którym sam pan młody, ojciec Vanessy, a następnie cała rzesza wujków, cioć, kuzynów i kuzynek odgrywa fragment Skrzypka na dachu. Kapitalny występ całkowicie zaskoczył pannę młodą, natomiast wszyscy uczestnicy wesela doskonale się bawili. Niemniej, ten jednorazowy sukces wymagał niemałego wysiłku od całej rodziny – musieli się przecież przez jakiś czas spotykać i odbywać regularne próby!


O różnicach między Amerykanami a Polakami można pisać całe tomy, ale wśród wielu można zaobserwować gotowość poświęcenia swojego życia jakiejś pasji, z której niektórym udaje się potem żyć. Setki kelnerów czy ochroniarzy trenuje grę na jakimś instrumencie, pisze scenariusze filmowe lub pisze programy komputerowe z nadzieją, że kiedyś nastąpi ten wielki dzień, w którym odniosą sukces. W rzeczywistości ten sukces może nigdy nie nadejść, ale dzięki tym pasjom ich życie jest o wiele ciekawsze, a obcowanie z takimi ludźmi jest dla każdego przyjemnością. My lubimy się przechwalać przewagami naszej młodzieży w matematyce czy innych przedmiotach szkolnych, tylko że później praktycznie nikt nie umie z tej szkolnej wiedzy zrobić użytku. Problem oczywiście m.in. w tym, że żyjemy w kraju, gdzie kapitał społeczny praktycznie nie istnieje i nikt nie wie, jak prawidłowo i wydajnie wykorzystywać ludzkie możliwości. Myślę jednak, że jakość naszego życia, tudzież poprawa naszej samooceny (taka prawdziwa, a nie megalomańska) mogłaby się wyraźnie poprawić, gdybyśmy od czasu do czasu zrobili coś wartościowego po prostu dla zabawy.

wtorek, 29 października 2013

Niemcy i szkolnictwo zawodowe



Bezmyślne przerzucanie kanałów telewizyjnych to nawyk beznadziejny i na szczęście nie jest moim udziałem. Niemniej ostatniej niedzieli, kiedy doszedłem do wniosku, że może na koniec weekendu oddam się rozrywce beztroskiej i intelektu nie nadwyrężającej, włączyłem telewizję i ku swojemu przerażeniu odkryłem, że po prostu nie ma co oglądać. Jakieś stare i nie najlepsze filmy, kompletnie głupie seriale (owszem szukałem czegoś lekkiego, ale nie tak durnego), kabarety powtarzane po dziesięć razy.

Tak czy inaczej nic nie przyciągnęło mojej uwagi. Przebiegłem więc przyciskiem pilota po dostępnych mi kanałach i trafiłem na, o ile dobrze pamiętam Biznes TV, czy jakoś tak, czyli na stację, której programów raczej na bieżąco nie oglądam. A tam akurat końcówka programu, w którym mówią o czymś, co mnie żywotnie interesuje, a mianowicie o symbiozie biznesu z edukacją. Rzecz dotyczyła tylko częściowo Polski, a mianowicie polskiej młodzieży. Całość była o Niemczech. Otóż z programu dowiedziałem się, że polska młodzież z zachodnich województw bardzo chętnie podejmuje naukę w niemieckich szkołach zawodowych. Komentatorzy od razu dodali, że niemieckie szkoły zawodowe, o których mowa, to tak naprawdę szkoły przyzakładowe prowadzone przez przedsiębiorstwa.

Niemiecka firma przyjmuje więc polskie dzieciaki do pracy i zapewnia im szkołę – pół tygodnia pracy i praktyki zawodowej i pół tygodnia szkolnej nauki (no może z tą połową przesadziłem, bo przecież tydzień roboczy ma 5 dni, więc chyba pracy jest 3 dni, a szkoły 2). Podobno polska młodzież bardzo się do takich szkół garnie, bo wie, że nie tylko zarobi pieniądze, ale nauczy się konkretnego i potrzebnego fachu. Nie dosłyszałem, jak jest u młodych Polaków ze znajomością niemieckiego, ale widocznie na tyle dobrze, że sobie w takich szkołach radzą.

Chyba nietrudno zgadnąć, dla kogo niemieckie firmy wychowują lojalne i świetnie wyszkolone kadry. Bardzo wątpię w to, że młody człowiek, który ma zapewnioną pracę w niemieckim przedsiębiorstwie, które zapewniło mu dobry zawód, kiedykolwiek wróci do Polski. Ja natomiast wcale im się nie będę dziwił, ani z powodów patriotycznych wymówek im czynił. Młody człowiek bez zacięcia intelektualnego jak najbardziej ma prawo do godnego życia i jeżeli ma szansę w uczciwy sposób zapewnić sobie dobry start, ma wręcz obowiązek z takiej szansy skorzystać. Trudno również mieć pretensje do Niemców, że myślą perspektywicznie o przyszłości i szkolą sobie fachowców.

Ja wiem, że to, co teraz napiszę, można odczytać jako jakiś pisowski bełkot, ale radzę do tego podejść chłodno. Polska jest obecnie de facto krajem najbardziej przypominającym jeden z obiektów ekspansji neokolonialnej, a objawia się to właśnie m.in. w tym, że nie wykształciliśmy w przedsiębiorcach myślenia perspektywicznego. Cieszymy się, częściowo jak najbardziej słusznie, że nasza gospodarka opiera się na małych i średnich przedsiębiorstwach, ale one nie wytrzymają konkurencji z wielkimi korporacjami, oraz nigdy nie wyjdą poza etap dorabiania się, czyli ich właściciel nigdy nie osiągnie tego psychologicznego progu, za którym będzie mógł poczuć pewną stabilizację, a w związku z tym chęć dalszego rozwoju i planów na dalszą przyszłość. Przedsiębiorca, którego cieszy przede wszystkim bieżący zysk, a który przy pierwszej lepszej okazji własną firmę sprzedaje za możliwość słodkiego leniuchowania do końca życia, z całą pewnością nigdy nie otworzy szkoły zawodowej, w której mógłby sobie wykształcić lojalnych fachowców. Nie mówiąc już o tym, że w dobie tak modnego dziś outsourcingu, gdyby nawet ktoś myślał o przyszłości, to i tak wolałby żeby jego pracownicy kształcili się za pieniądze kogoś innego (państwowe, rodziców uczniów, jakichś sponsorów).

Niemcy to kraj okrzepły ze zdroworozsądkowo myślącym narodem. Tam niezależnie od ustroju wszystko jakoś działa. I dotowane przez państwo stocznie (podobno Komisja Europejska jest temu przeciwna, ale kto podskoczy Niemcom?) i elektrownie nieekologiczne, ale również elektrownie ekologiczne. To co ma działać, po prostu działa.

Nowe kolonie, tak samo jako te klasyczne, potrzebne są przede wszystkim jako źródło siły roboczej i rynek zbytu. To co, się naprawdę liczy, dzieje się w centrum. Centrum nie zależy na rozwoju peryferii ze zrozumiałych względów ekonomicznych. Rozbuchany konsumpcjonizm jak najbardziej jest na peryferiach pożądany, bo to on przecież tworzy rynki zbytu. Rozbuchany konsumpcjonizm to jednak polityka dość krótkowzroczna, bo w końcu prowadzi do przypadku Grecji. Niczego nie produkujemy, bo wystarczy, że przyjmiemy turystów, ale co sobie pożyjemy, to nasze. No i mamy w Grecji to co mamy.

Teorie spiskowe w tym wypadku mają zastosowanie tylko częściowe, bo w końcu kryzys w całej Europie może sprawić, że skurczy się rynek na niemieckie produkty, więc jeżeli byli jacyś świadomi spiskowcy, to raczej na dłuższą metę nie popisali się inteligencją, ale kogo obchodzą losy milionów Europejczyków. Wszystkich ich co prawda gospodarka niemiecka jako gastarbeiterów nie wchłonie, ale część pewnie tak i centrum będzie gospodarczo nadal kwitnąć. W ostateczności można faktycznie zrobić to, co robią wielkie korporacje w dobie kryzysu – wyzbywają się nierentownych filii. Niemcy bez Europy z pewnością dadzą sobie radę. Neokolonialne peryferia natomiast czeka wtedy los wyzwolonych kolonii afrykańskich nagle pozostawionych sobie samym.

poniedziałek, 28 października 2013

O sadystycznych ojcach, czyli o tym, że taki sam bodziec nie zawsze wywołuje taką samą reakcję



Przeczytałem wczoraj dwa teksty mówiące m.in. o sadystycznych ojcach. Jeden to był wywiad z Władysławem Kozakiewiczem, złotym medalistą z Igrzysk Olimpijskich w Moskwie, który z pokazania „wała” sowieckiej publiczności, zaś drugi traktował o Richardzie Kuklinskim (nie mylić z Ryszardem Kuklińskim), zawodowym mordercy i socjopacie.

Co łączy fenomenalnego tyczkarza z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego stulecia z profesjonalnym zabójcą? Właśnie to, że obaj mieli sadystycznych ojców i obaj z tego powodu w dzieciństwie przeszli piekło. Kontrast między dwoma bohaterami artykułu jest jednak tak wielki, że po raz kolejny możemy się przekonać, że podobne warunki w okresie dojrzewania wcale nie muszą prowadzić do takich samych rezultatów wychowawczych.

Ojciec Kozakiewicza był, jak mówi sam zainteresowany, „czerstwym chamem”, do którego nie docierały żadne argumenty i którego nie można było niczym wzruszyć, natomiast kiedy zaczynał bić, to tak, że krew tryskała po ścianach – synów i żony. Ojciec Kiklinskiego również katował swoją rodzinę. O ile jednak Władysław Kozakiewicz dostrzega jeden punkt pozytywny obcowania ze starym sadystą (broń Boże go nie usprawiedliwia, ani w żadnym momencie nie pochwala bicia), to amerykański  płatny zabójca w „metodach wychowawczych” swoich rodziców nie widzi niczego, co by pozytywnie wpłynęło na rozwój jego osobowości, czy osobowości jego brata, który również był sadystycznym psychopatą.

Otóż Władysław Kozakiewicz twierdzi, że dzięki ojcu – „czerstwemu chamowi” sam również jest po części „czerstwym chamem”, a więc człowiekiem nie do złamania. Z pewnością zbawienny wpływ na obranie dalszej drogi życiowej i postawy wobec życia słynnego tyczkarza miał sport. Cechy „twardziela” w tej dziedzinie bardzo mu się przydały, ponieważ wkrótce dostrzegł, że tam, gdzie inni się załamują niepowodzeniami i poddają się, on potrafił zacisnąć zęby i po prostu ciężej trenować, ale nie przychodziło mu do głowy poczucie własnej niższej wartości.

Richard Kukliński, kiedy sam założył rodzinę, starał się być jak najlepszym mężem i ojcem, choć jak sam przyznaje, nie zawsze mu się to udawało. Natomiast wobec ludzi, których mordował, był bezlitosny. Czasami lubił się nad nimi pastwić, dając im przed śmiercią jakiś cień nadziei, np. pozwalając ofierze na modlitwę. Jak z perwersyjną satysfakcją twierdził, Bóg nigdy nie przychodził z pomocą.

Człowiek nie rodzi się jako „tabula rasa”. Doskonale wiemy, że dzieci tych samych rodziców i wychowywane w identyczny sposób potrafią w sobie rozwinąć zupełnie odmienne cechy charakteru, zainteresowania i maniery. Wychowanie z całą pewnością ma wpływ na późniejszy stosunek do świata, ale obawiam się, że nawet najgenialniejszy pedagog nie jest w stanie opracować uniwersalnej metody wychowawczej, która by oddziaływała tak samo na każdego. Niewątpliwie po wychowaniu w rodzinie patologicznej trudno się spodziewać, że ktoś wyrośnie na wynalazcę lub lekarza, ale równocześnie bardzo łatwo o fatalny w skutkach błąd oceniając dziecko po tym, z jakiego wywodzi się środowiska. Sam znałem jeszcze chodząc do szkoły podstawowej rodzinę, w której kilku z licznych braci już w dzieciństwie popadło w konflikt z prawem, podczas gdy inni wyrośli na porządnych ludzi. Jako nauczyciel również obserwuję dzieci z tzw. rodzin patologicznych, które są wrażliwe, miłe i uprzejme.

Bodźce wychowawcze bowiem, jak każde zresztą bodźce, przychodzą z zewnątrz. To, jak na nie reagujemy świadczy o tym, jak nas potem postrzegają. Jest dla mnie wielką zagadką dlaczego ludzie poddawani tym samym czynnikom stymulującym, potrafią wyciągnąć z nich tak odmienne wnioski i dokonać tak odmiennych wyborów własnych reakcji. Być może wpływ mają tutaj również czynniki pozornie przypadkowe, ale pozwalające na znalezienie azylu w innym niepatologicznym środowisku? Być może Władysław Kozakiewicz nie wyrósłby na porządnego człowieka, gdyby pewnego dnia brat nie wyciągnął go na trening? Tego oczywiście nigdy się nie dowiemy. Równie dobrze jednak osobowość młodego Kozakiewicza od dziecka kształtowała się w opozycji do złego postępowania ojca. Odczuwając zło na własnej skórze, być może od małego wyrobił sobie krytyczne podejście do takich zachowań, zaś „czerstwe chamstwo” ojca utrwalało i utwardzało w nim potrzebę skierowania się ku zachowaniom pozytywnym?

Richard Kuklinski, można powiedzieć, wyrobił sobie pewien idealny obraz rodziny zupełnie odmienny od tego, który wyniósł z domu, ale równocześnie nauczył się, jak bardzo skuteczna potrafi być przemoc. W stosowaniu jej wobec ludzi, których uważał za wrogów (w czasach, kiedy był nastolatkiem), a później wobec celów wskazanych mu przez mafijnych zleceniodawców, nie miał żadnych skrupułów. Być może więc psychopatyczne zachowanie miało jakąś głębszą (genetyczną?) przyczynę, skoro samym wystawieniem na bolesne bodźce nie wszystko da się wytłumaczyć?

Istnieją zjawiska, których nauka z pewnością tak szybko i prosto nie wytłumaczy. Owszem, możemy prześledzić kilka, a nawet kilka tysięcy przypadków, i spróbować wyciągnąć z nich jakieś wnioski ogólne. Niemniej nie zapominajmy, że w nauce (odwrotnie niż w polskim powiedzonku) wyjątek zaprzecza regule. A gdzie brakuje reguły (ogólnego prawa), tam trudno mówić o naukowości.

Wywiad z Władysławem Kozakiewiczem:  http://eurosport.onet.pl/lekkoatletyka/wladyslaw-kozakiewicz-jak-ojciec-mnie-bil-krew-byla-na-scianach/dnrrm
Artykuł o Richardzie Kuklinskim:  http://film.onet.pl/artykuly-i-wywiady/polak-na-uslugach-mafii/qf3ek