Nie od dzisiaj daje się zauważyć, że jeżeli naukowiec chce brzmieć naukowo, to epatuje słuchacza tudzież czytelnika słownictwem pochodzenia obcego. Wypracowanie odrębnego aparatu pojęciowego jest w ogóle uważane za równoznaczne z wyodrębnieniem się nowej dziedziny wiedzy, co samo w sobie doprowadza mnie do opętańczego śmiechu bezsilnej rozpaczy, ale nie wchodźmy w to dzisiaj.
Otóż na stronie
http://www.stosunki-miedzynarodowe.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=506:etnotyp-etnocyd-genocyd&catid=51:e&Itemid=92 trafiłem na następujące definicje:
Etnocyd - to polityka zaprzeczająca etnicznej i kulturowej tożsamości i samookreślaniu grupy, zazwyczaj bez fizycznego niszczenia jej przedstawicieli, mająca na celu destrukcję tożsamości kulturowej danej grupy etnicznej, najczęściej będącej w konflikcie z inną grupą dominującą na określonym terytorium.
Genocyd - to polityka polegająca na unicestwianiu fizycznym grupy etnicznej manifestującej swoją odrębność kulturową.
Źródło: M. Baczwarow, A. Suliborski, Kompendium wiedzy o geografii politycznej i geopolityce, Warszawa 2003.
Ten etnocyd z braku jednego słowa na określenie niszczenia poczucia tożsamości etnicznej, może nie jest taki zły. Natomiast na genocyd mamy przecież polskie słowo "ludobójstwo". Ale co tam? "Ludobójstwo" zostawiamy politycznym oszołomom, bo my, poważni specjaliści od stosunków międzynarodowych, mówimy o genocydzie.
Proponuję pójść dalej w rozszerzaniu słownictwa naukowego: Edyp przez pomyłkę popełnił patrycyd, a Orestes matrycyd. Zresztą niejeden władca popełniał parycyd. Kryminolodzy, jeśli chcą brzmieć naukowo, niech zaczną mówić o homicydach. Powinno się również pisać o okropnym wielokrotnym infantycydzie w Łodzi przed kilkoma laty. Historycy powinni się też pochylić nad regicydem Nałęczów z instygatu Brandenburczyków na Przemysławie II.
Jędrzej Śniadecki tworzył polskie nazwy pierwiastków chemicznych, ponieważ zależało mu na ojczystym języku naukowym - dlatego mamy "wodór" a nie "hydrogen". Można się oczywiście spierać, czy to dobrze czy źle, bo oczywiście w kontaktach międzynarodowych uczonych, wygodniej byłoby porozumiewać się ujednoliconym słownictwem. Od tego jest jednak, jak mi się wydaje, nauka języków obcych. Jeżeli polski chemik jechałby na konferencję do Stanów Zjednoczonych, a nie znał angielskiego to i tak na niewiele by mu się zdała sama znajomość nazw pierwiastków, które brzmiałyby nieco bardziej podobnie (z drugiej strony znam takich ludzi, którzy za nic nie skojarzyliby "hajdrodżinu" z "hydrogenem").
Człowiek wrażliwy, któremu droga jest tradycja własnego języka, widząc co się z nim dzieje za sprawą "naukowców", ma ochotę popełnić sucyd.
Glosariusz, czyli objaśnienie proponowanych słów:
homicyd - zabójstwo (ang. homicide)
infantycyd - dzieciobójstwo (ang. infanticide)
instygat - poduszczenie (ang. instigate - poduszczać, podjudzać, namawiać)
matrycyd - matkobójstwo (ang. matricide)
parycyd - zabójstwo rodzica (ang. parricide)
sucyd - samobójstwo (ang. suicide)
Jeżeli te słowa faktycznie znajdą się najpierw w języku "naukowym", to już będzie sygnał ostrzegawczy. Jeśli przedostaną się do mediów, a potem do powszechnego obiegu, będzie to oznaczało, że do przeczytania tekstów dwudziestowiecznych trzeba się będzie uczyć ich języka (czyli naszej polszczyzny) jak języka martwego.
środa, 29 czerwca 2011
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Balet "Próba" - wspomnienie
To mógł być rok 1984 lub 1985, kiedy mój nieżyjący już przyjaciel kupił płytę Gabora Pressera Electromantic. Zrobił to dlatego, że muzyka tego węgierskiego muzyka pokolenia Czerwonych Gitar czy też Trubadurów została wykorzystana w rock-balecie Próba Antala Fodora. A Próba akurat była wystawiana w łódzkim Teatrze Wielkim. Był to akurat okres świetności tego przybytku opery i baletu pod dyrekcją Sławomira Pietrasa.
Tak na marginesie. Nie bez powodu wspomniałem, że Gabor Presser był w przybliżeniu rówieśnikiem Seweryna Krajewskiego czy Krzysztofa Krawczyka. Podczas gdy oni na początku lat 80. ubiegłego stulecia tkwili jeszcze w minionej epoce, węgierski muzyk zespołu Omega z lat 60. i założyciel LocomotiveGC, zrobił duży postęp w kierunku muzyki elektronicznej. Ha! Tak nam się wówczas wydawało! Dzisiaj większość z tych „nowoczesnych” czy wręcz „nowatorskich” propozycji trąci myszką, ale wówczas tym się żyło.
Za komuny do Polski przyjeżdżały zespoły rockowe zza żelaznej kurtyny i zawsze było to dla nas, nastolatków, wielkim przeżyciem. Pamiętam jednak, że jeden z najlepszych koncertów, na jakich kiedykolwiek byłem, był występ właśnie węgierskiego LocomotiveGC w łódzkiej Hali Sportowej. „Z demoludów, a tak potrafią grać i zrobić taki show!” Nie mogliśmy wyjść z podziwu.
Balet Próba w Teatrze Wielkim była wielkim przeżyciem. Poszliśmy na niego jakąś większą grupą znajomych. Pamiętam, że w antrakcie spotkałem kolegę z obozu PO, na którym byłem w roku 1981 (pół roku przed stanem wojennym!). Piotrek Ch. sprawiał na tym obozie same kłopoty, ponieważ łączył niesamowity temperament (dziś być może zdiagnozowano by u niego ADHD) z brakiem szacunku dla dyscypliny wojskowej, jaką starano nam się zaaplikować. Ponieważ był wówczas uczniem liceum baletowego, przylgnęło do niego przezwisko „Baletmistrz”. Tylko jeden wiecznie smutny chłopiec z Ozorkowa mówił na Piotrka „Baletnik”.
Minęlo kilka lat, poszedłem na Próbę a Piotrek już tańczył w balecie Teatru Wielkiego, choć akurat na tym przedstawieniu był tak samo widzem jak ja. Ponieważ kariera w balecie nie może trwać zbyt długo, bardzo ciekawy jestem czym się teraz zajmuje.
Akcja Próby to niby właśnie próba baletu, który ma odegrać Pasję, czyli mękę Jezusa Chrystusa. Jest motyw miłości głównych aktorów, są umundurowani przedstawiciele totalitarnych władz, w historia sprzed 2000 lat splata się ze współczesnością (tzn. ówczesną współczesnością, choć przesłanie jest na tyle uniwersalne, że z dzisiejszą można by ją było również spleść). Oprócz Gabora Pressera, drugim kompozytorem wykorzystanym dla potrzeb tańca był Jan Sebastian Bach. Całość zrobiła na nas niesamowite wrażenie.
Przeczytałem w Internecie, że Próba jest obecnie wystawiana (czy też jeszcze niedawno była) w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy chciałbym ten balet obejrzeć jeszcze raz. Obawiam się, że z perspektywy czasu mógłbym podejść do niego zbyt krytycznie. Muzyka elektroniczna z tamtych czasów, a więc oprócz Gabora Pressera, „wielcy” muzycy z Zachodu, a więc Vangelis, Jean Michelle Jarre czy Mike Oldfield tworzyli oczywiście dźwięki miłe dla ucha. W porównaniu z klasykami minionych epok wypadają jednak nieco… prosto? Nie chcę się jednak wymądrzać, bo wcale nie o to chodzi. Muzyka wyżej wymienionych twórców jest bardzo dobra do pracy, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, który pisząc jakiś tekst chce się odizolować od informacji ze świata zewnętrznego. Bardzo polecam.
A na koniec tej „podróży sentymentalnej” w przeszłość fragment „Electromantic” Gabora Pressera. Kiedy jeszcze kilka lat temu chciałem „wygooglować” Próbę, nic mi się nie udało. Dzisiaj można znaleźć dziesiątki stron poświęconych samemu baletowi i jego twórcom. I właśnie dzięki uprzejmości YouTube.com mogę Wam zaprezentować ten fragment muzyki.
niedziela, 26 czerwca 2011
Potencjalny problem polskiego baristy we Włoszech, czyli zapożyczenia w tłumaczeniach
Napływ nowych słów z języków obcych jest zjawiskiem nieuniknionym. Zapożyczaliśmy obce słowa od samego początku kształtowania się polszczyzny, ponieważ na wiele zjawisk, które przyszły wraz z cudzoziemcami, nie mieliśmy własnych określeń. Język polski nie jest tu oczywiście jakimś wyjątkiem, ponieważ inne języki zapożyczały się i nadal zapożyczają również. Przoduje tutaj chyba język angielski, gdyż w świecie posługującym się tym językiem, nie ma żadnej „akademii” czy innej instytucji przepuszczającej przez swoje sito słowa, które staną się angielskimi, a zatrzymującej słowa, których w języku angielskim by nie chciano. Tam co jakiś czas sprawdza się, czy jakieś słowo jest już na tyle często używane przez rodzimych użytkowników angielszczyzny, że można je uznać za jej cześć i umieszcza się takie słowo w słowniku.
Tutaj mogą się pojawić pewne rozbieżności między poszczególnymi wydawcami (Oxford, Cambridge, Pearson-Longman, McMillan itd.), ale również między Brytyjczykami, Amerykanami i Australijczykami. I tak, np. w amerykańskim Websterze (ta nazwa jest też dość zwodnicza, ponieważ, o ile dobrze pamiętam, istnieją cztery różne wydawnictwa przypisujące sobie prawo do tej nazwy) znajdziemy swojsko brzmiące słowo „kielbasa” (wyjaśnione jako „Polish sausage”), podczas gdy na próżno byśmy go szukali w słownikach wydanych w Wielkiej Brytanii.
Generalnie język angielski ma największą liczbę słów w porównaniu z każdym innym językiem, a to dzięki ogromnej liczbie synonimów, które język ten niejako „zebrał po drodze” swojej historii. Niektóre wyrazy przychodziły do angielszczyzny dwa razy. Francuskie słowo „chef” (szef) pojawiło się już w średnioangielskim (a więc w czasach Geoffreya Chaucera) i przekształciło się w „chief”, a więc wódz, przywódca, główny, a także dowódca mechaników na statku parowym. W dziewiętnastym wieku francuski „chef” przyszedł do angielskiego jeszcze raz i tym razem zadomowił się bez zmian w wymowie. Obecny angielski „chef” odnosi się jednak tylko do szefa kuchni.
Jak już wspomniałem, zapożyczenia są zupełnie normalne i o ile niepotrzebnie nie wypierają wyrazów rodzimych, są potrzebne. Nie chcę się tutaj wdawać w krytykę koszmarków językowych, jakie już się zakorzeniły w języku nauki (np. relewantny). Czasami z chęci nadania swojemu tekstowi znamion „naukowości” ludzie o słabej znajomości angielskiego potrafią wstawić np. frazę „dokument ten wylicza w sposób enumeratywny”, co jest po prostu masłem maślanym, gdyż „enumerate” znaczy po prostu wyliczać.
Kiedy się słyszy młodych menadżerów lub specjalistów od marketingu z wielkich korporacji, włos się na głowie jeży. Całe mnóstwo angielskich słów używanych w polskich zdaniach i z dodaną polską fleksją to język owych młodych ambitnych krawaciarzy (młodych wykształconych z wielkich miast ;) ). Być może na niektórych laikach rozmowy w tym koszmarnym żargonie robią wrażenie niebywałego profesjonalizmu. Kto jednak ma trochę pojęcia o pochodzeniu i znaczeniu wymawianych przez nich słów, ten nieuchronnie musi ich traktować jak bandę kretynów. Nie znaczy to, że oni nimi faktycznie są. Wręcz przeciwnie, wielu to zapewne wysokiej klasy profesjonaliści, ale poprzez tak skandaliczne kaleczenie języka ojczystego, robią fatalne wrażenie. Kretynami natomiast z pewnością są ci, którzy brak swojej wiedzy fachowej pokrywają wiązanką słów, których być może sami nie rozumieją.
Najśmieszniejsze sytuacje z wyrazami zapożyczonymi pojawiają się, kiedy trzeba przetłumaczyć jakiś tekst na język, z którego pochodzi taki wyraz. Dzieci w szkole podstawowej potrafią np. zapytać „A jak jest ‘traktor’ po angielsku?” Ale dzieci to dzieci i nie ma im się co dziwić. Kiedy jednak w dwóch sąsiednich zdaniach polski autor używa słów „ustrojowy” i „konstytucyjny” („konstytucyjny” niekoniecznie w znaczeniu „zawarty w konstytucji”) to w języku polskim uniknął powtórzenia poprzez zastosowanie synonimów – jednego polskiego, a drugiego pochodzenia obcego. Jeżeli zechcemy te dwa zdania przetłumaczyć na angielski, powtórzenia nie unikniemy, bo „constitutional” to po prostu ustrojowy. Oczywiście dobrze jest tutaj przekształcić jedno ze zdań, żeby powtórzenia uniknąć. Wtedy istnieje obawa, że autor oryginału może się na takie odstępstwo nie zgodzić.
Ostatnio fascynuje mnie kariera słowa „barista” w języku polskim. Słowo to nie tylko możemy spotkać w kawiarniach, czy też „barach kawowych” z pretensjami do światowego poziomu. Kilkakrotnie słowa tego wręcz uczono w różnych kanałach telewizyjnych. „Barista” to specjalista od przyrządzania, a więc mielenia, parzenia i podawania kawy. Skąd do nas przyszło to słowo? Akurat do polszczyzny musiało przyjść z języka angielskiego, ponieważ właśnie w angielskim zaczęto go używać w takim a nie innym znaczeniu. Angielskie słowniki podają jednak pochodzenie samego słowa. Otóż „barista” to po włosku po prostu „barman” lub „barmanka”. Jeśli wejdziecie na polską Wikipedię i wpiszecie „barista”, pokaże Wam się odpowiednia definicja. Po lewej stronie są linki do tego samego słowa w różnych językach, m.in. w angielskim. Na próżno będziecie szukać „Italiano”. Włoskim wikipedystom nie przyszło bowiem do głowy, żeby objaśniać tak pierwotne słowo jak „barman”. Zasadnicze pytanie jednak brzmi, co ma sobie wpisać do CV polski specjalista od parzenia kawy, który marzy o pracy w swoim zawodzie we Włoszech. Jeżeli napisze, że jest „barista”, to wezmą go po prostu za barmana, a nie specjalistę od kawy. Myślę, że w tym wypadku najlepszym rozwiązaniem będzie, jeżeli taki człowiek na wszelki wypadek nauczy się również nalewać piwo i mieszać mocniejsze alkohole z innymi składnikami. Wygląda na to, że wąska specjalizacja w tym wypadku nie popłaca .
sobota, 25 czerwca 2011
Wspomnienie o "etruskiej sensacji"
W historii, oprócz szeregu innych elementów, zawsze fascynowało mnie to, co tajemnicze, z czym historycy próbują się zmagać od lat, a cel tych zmagań nadal im się wymyka. Istnieją zagadnienia historyczne, które od czasu do czasu stają się modne, ponieważ nagle zaczyna się nimi interesować popularna prasa i przez tydzień lub dwa (czasami dłużej) wszyscy stają się historykami zażarcie dyskutującymi takie zagadnienie. Nie mówię tu o historii Polski, bo tu oczywiście wszyscy (przynajmniej ludzie z mojego pokolenia i starsi) wydają się być ekspertami od historii. Oczywiście tutaj w grę wchodzą emocje związane najczęściej z bieżącą polityką. Nie o tym chcę dzisiaj napisać. Chodzi mi raczej o taką fascynację, jaką wywołało odkrycie grobowca Tutenchamona w Egipcie, które wywołało istną „egiptomanię”.
Osiągnięcia Howarda Cartera w Tebach Zachodnich z 1922 roku były relacjonowane przez światową prasę codzienną, ludzie zamożni kupowali „egipskie” bibeloty, zaś teatry muzyczne i kabarety obowiązkowo wprowadzały jakieś „egipskie” skecze. Trudno powiedzieć czy to dobrze czy źle, że wiedza historyczna tak rzadko przedostaje się do popularnego obiegu. Samo zainteresowanie historią jest, jak uważam, bardzo dobre, ale zajmowanie się nią przez nie do końca przygotowane „masy” prowadzi do szeregu przekłamań i utrwalania błędnych stereotypów. Hollywoodzkie, ale nie tylko, filmy oraz amerykańskie seriale dla młodzieży na tematy historyczne z jednej strony w niektórych być może wzbudzają zainteresowanie historią, ale z drugiej zamiast historii ukazują wytwory wyobraźni (często niezbyt wyrafinowanej) scenarzysty na kolanie wymyślającego dialogi i reżysera, dla których prawda historyczna ma najmniejsze znaczenie.
W połowie lat 80. ubiegłego stulecia (śmieję się, kiedy to piszę, bo jak by nie patrzył, ja tutaj tworzę „źródło historyczne”, w owych latach 80. nazywane „źródłem pamiętnikarskim”), a dokładnie prawdopodobnie kiedy byłem na pierwszym roku historii (a więc 1985/86), w „Panoramie” (był taki kolorowy tygodnik), a potem chyba w „Razem” (to był z kolei tygodnik „dla młodzieży), choć tutaj już głowy nie dam, ukazały się artykuły na temat wspaniałego „odkrycia” jugosłowiańskich uczonych, którzy odczytali napis na etruskiej urnie jako „u semlui otszli”. Kiedy pojawił się Internet, próbowałem odszukać tę informację, zwłaszcza o tym „u semlui otszli”, ale bez skutku. Jeżeli ktoś jeszcze nie skojarzył, co jest takiego „epokowego” w napisie „u semlui otszli” to spieszę wyjaśnić, że jugosłowiańscy uczeni odczytali go bez trudu, ponieważ jako żywo był to napis w języku słowiańskim! „U semlui otszli” na urnie grzebalnej to przecież nic innego jak „do ziemi odeszli”!
Może szał na Etrusków nie ogarnął całego społeczeństwa na skalę egiptomanii lat 20. XX wieku, ale wśród ludzi zafascynowanych starożytnością na jakiś czas artykuły te zasiały pewien ferment. Rzuciliśmy się do książek (no bo przecież nie było nie tylko „wujka Gogle”, ale nawet Internetu), a tam wszędzie tylko, że „języka Etrusków do dziś nie udało się rozszyfrować”. No tak, Jacquesowi Heurgonowi się nie udało, bo to przecież Francuz i pewnie do głowy mu nie przyszło przykładać leksemy słowiańskie do wyrazów etruskich. Takie zawodowe klapki na oczach miał z pewnością, jak przez tydzień myśleliśmy, a przecież w nauce czasami trzeba oderwać się od myślenia sztampowego. Warto, jak to się mówi po angielsku „think outside the box”. Takim właśnie myśleniem wykazali się Jugosłowianie (nie pamiętam, czy to byli Serbowie, Chorwaci czy Słoweńcy, ale pamiętam, że nie Macedończycy ani Czarnogórcy) i należał im się pomnik oraz miejsce w panteonie największych historyków, archeologów i lingwistów świata!
Kolega kolegi, który też jeden z tych artykułów przeczytał, kiedy owego mojego kolegę spotkał, wykrzyknął „Człowieku! Co ty za bzdury studiujesz na tej historii?! Zobacz jaka jest prawda o Etruskach i Słowianach!” Uczeni jugosłowiańscy wysnuli bowiem całą teorię na temat pochodzenia Słowian. Otóż wg nich, ten odłam Indoeuropejczyków wcale nie przybył ani z Azji, ani ze Wschodniej Europy, ani z Europy Północnej, ale z Italii, bo skoro Etruskowie to najstarsi znani Słowianie, to my wszyscy z nich!
Zamieszanie się lekkie zrobiło. Jak już wspomniałem, o dość ograniczonym zasięgu, ponieważ społeczeństwo polskie jako całość jakoś tak odległą historią zainteresować się nie chciało żyjąc historią raczej najnowszą, a więc wspomnieniami pierwszej „Solidarności” i stanu wojennego, ale grupa miłośników starożytności miała swój tydzień uniesienia.
Tymczasem nasz wykładowca historii starożytnej wyjaśnił, że owszem, słyszał o tych teoriach, znał je bowiem z dużym wyprzedzeniem w stosunku do wspomnianych artykułów. Stwierdził, że na konferencjach, gdzie Jugosłowianie przedstawili swoje „rewelacje” jeżeli ich nie wyśmiano, to co najmniej przyjęto je pełnym zażenowania milczeniem.
Co jakiś czas pojawiają się jakieś teorie próbujące powiązać język Etrusków (Tyrrenów, jak mówili na nich Grecy – stąd Morze Tyrreńskie) a to z litewskim, a to z węgierskim, ale niestety takie propozycje powodują „spalenie” tych, którzy je wysuwają w poważnych środowiskach naukowych.
Zadziwiające jest natomiast, że do dziś faktycznie nikt nie rozszyfrował języka najbliższych sąsiadów Rzymu z północy. W czasach cesarstwa Etruskowie ulegli już latynizacji. Choć w okresie monarchii (niewykluczone, że to królowie etruscy faktycznie uczynili ze zlepku latyńskich wiosek miasto Rzym – jedna z hipotez) i wczesnej republiki Etruskowie przewyższali latyńskich chłopów cywilizacyjnie, to jednak tuż przed jej upadkiem, prawdopodobnie ich kultura uległa rozkładowi – całkiem możliwe, że było to spowodowane bardzo pesymistyczną religią – natomiast rzymska właśnie rozkwitała. Jeżeli dodamy do tego fakt, że w latach 90-88 p.n.e. tzw. sprzymierzeńcy Rzymu zbuntowali się przeciwko temu miastu ponieważ miasto owo nie dopuszczało ich do swojego obywatelstwa, to zrozumiemy, że kiedy w końcu to obywatelstwo otrzymali z wielką chęcią porzucili własne języki na rzecz łaciny. Z punktu widzenia Polaków, czyli tych, którzy przede wszystkim bronili swojego języka, rzecz kompletnie niepojęta, ale to na marginesie. Wiele rzymskich rodzin i osobistości było etruskiego pochodzenia. Cesarz Klaudiusz (ten tak pięknie odegrany przez Dereka Jacobi’ego w brytyjskim serialu „Ja, Klaudiusz” wg powieści Roberta Gravesa) był podobno wybitnym historykiem i napisał obszerne kilkutomowe dzieło o Etruskach. Być może tam znaleźlibyśmy również jakiś tom poświęcony ich językowi. Napisałem jednak „podobno”, ponieważ czy Klaudiusz naprawdę był wybitnym historykiem prawdopodobnie nigdy się nie przekonamy, gdyż jego dzieła się nie zachowały do naszych czasów. Być może wielka i niepowetowana szkoda, ale równie dobrze mogło to być opracowanie bez większej wartości. Nie wiemy i już.
Sprawa Etrusków jest otwarta, a ja mam wielką nadzieję, że podczas pobytu w Rzymie, uda nam się wyskoczyć na pół dnia do Cerveteri, gdzie znajdują się etruskie nekropole oraz muzeum poświęcone temu tajemniczemu ludowi.
piątek, 24 czerwca 2011
Plemię z Papui Nowej Gwinei, które po raz pierwszy w życiu spotyka białego człowieka (1976)
Wspaniały dokument z 1976 roku. Ludzie z Papui Nowej Gwinei, którzy nigdy przedtem nie widzieli białego człowieka. Jestem bardzo ciekawy, jak potoczyło się życie bohaterów tego filmu. Myślę jednak, że od tego spotkania z białymi, którzy dali im zapałki, lusterka i stalowe noże, nic już nie mogło być takie jak było. Bronisław Malinowski sformułował tezę do dziś powtarzaną, że nie ma niższych i wyższych kultur. Jak to intelektualista, okazał się okropnym hipokrytą, ponieważ plemię, wśród którego żył, strasznie działało mu na nerwy codziennym przychodzeniem po przydział "prezentów". Prywatnie z całą pewnością nie uważał, że kultura tubylców była równa cywilizacji europejskiej.
Kiedy kultury znajdują się w izolacji i nikt ich nie porównuje, trudno faktycznie mówić o lepszych czy gorszych. Każda wówczas stanowi całe odrębne uniwersum, czyli świat poza którym nie ma innego. Kiedy jednak te światy się zetkną, okazuje się, że w jednym ludzie potrafią lepiej zapewnić sobie zapasy żywności, a inne mają lepiej zorganizowany system bezpieczeństwa. Oczywiście nauczyliśmy się uważać, że cywilizacja europejska jest lepsza z powodu zaawansowania technicznego zapewniającego skuteczniejsze zaspokajanie naszych potrzeb. Wystarczy jednak pomyśleć o biedakach ze slumsów "cywilizowanego świata", czy o dziecięcych bohaterach Karola Dickensa z XIX wieku, może się okazać, że takie papuaskie czy południowoamerykańskie plemię, zapewniało każdemu swojemu członkowi wyżywienie i poczucie bezpieczeństwa.
Historia zna kultury oparte na krwawych kultach, których bóstwa domagały się ofiar z ludzi (np. Aztekowie). Rozwijały się kultury przez wieki oparte na rabunku karawan kupieckich (np. Czeczeni). Specjalizacja zawodowa i bardziej skomplikowana organizacja pracy sprawiła, że ludność tzw. Zachodu weszli na wyższy stopień zaopatrzenia w dobra. Pisał o tym już Adam Smith i zapewne miał rację. Płacimy za to obecnie uzależnieniem od zdziczałego konsumpcjonizmu. Konsumpcja jako taka nie jest niczym złym, bo przecież bez konsumowania żywności, nie moglibyśmy żyć. Bez ubrań i domów też byłoby trudniej. Czym innym jest jednak zaspokajanie potrzeb, a sztuczne ich kreowanie, pranie mózgów milionom ludzi poprzez wmawianie im, że natychmiast muszą coś kupić, bo sami tego niezwykle pragną. Konsumpcjonizm działa jak narkotyk i takie ma też skutki. Między innymi sprawia, że odczuwamy już nie tylko dyskomfort psychiczny, ale bolesne cierpienie nie mogąc zdobyć jakiegoś dobra materialnego, które ma nasz sąsiad, a bez którego do tej pory doskonale sobie radziliśmy.
Ten krótki filmik to przykład swego rodzaju dilerki narkotykowej. Doświadczony diler pierwsze działki narkotyku rozdaje za darmo. Kiedy "klient" nie może się już bez narkotyku obejść, musi płacić. Tutaj biały człowiek dał ludziom żyjącym w stanie pierwotnej nieświadomości narzędzia, których ci ludzie nieprędko nauczą się produkować. Jeżeli użycie zapałek tak ich rozleniwi, że zatracą zdolność krzesania ognia przy pomocy dwóch patyków, to kto ich będzie zaopatrywał w zapałki?
Jeśli biali dali tylko dwa noże, a ludzi w plemieniu jest przecież więcej, to o ile wzrośnie pozycja społeczna tych, którzy noże posiadają a którzy nie zechcą się nimi dzielić? Bardzo jestem ciekawy, jak potoczyły się losy tego plemienia. Czy zetknięcie z cywilizacją białego człowieka sprawiło, że życie ich stało się lepsze i szczęśliwsze? To już trzydzieści pięć lat. Być może niektórzy bohaterowie tego dokumentu już nie żyją, a niektórzy być może są starcami. Papuaskie dzieci z filmu to moi rówieśnicy! Nie wiem, czym poczęstowali ich biali podróżnicy. Jeżeli był to cukier (no, wyglądało raczej na ryż), a wiadomo, że człowiek w naturalny sposób rozmiłowuje się w słodkim, to jaki był dalszy los uzębienia członków papuaskiego plemienia?
Bardzo chętnie obejrzałbym jakiś reportaż o tej grupie ludzi. A tak przy okazji, jeśli już wspomniałem o różnicach cywilizacyjnych - dyktafon, z jakim zetknęło się plemię pokazane na filmiku w 1976, ja po raz pierwszy w życiu zobaczyłem chyba jakieś jedenaście lat później, natomiast kupiłem sobie jakieś kolejne dziesięć lat później.
czwartek, 23 czerwca 2011
Wypisy z dzieł historyków: Tadeusz Zieliński, Rzeczpospolita rzymska (2)
Tadeusz Zieliński, którego niedawno cytowałem i którego zaraz znowu zacytuję, nie był właściwie historykiem, ale filologiem klasycznym. W czasach, w których pracował, człowiek uczony był po prostu uczony w tych dziedzinach, które go interesowały, a także wypowiadał się na tematy, które go interesowały i na których temat się naczytał. Walerian Kalinka również studiował prawo, a historią zajmował się początkowo niejako „na boku”.
Książki Zielińskiego na temat świata antycznego trudno nazwać naukowymi dziełami historycznymi. Prawdopodobnie celem jego było stworzenie porywającej serii opowiadań na tematy, które go fascynowały, a nie sucha analiza faktów, prezentacja dat i postaci. Pierwsze lata Rzymu, zarówno czasy królewskie jak i pierwsze lata republiki, to, jak zauważył profesor Aleksander Krawczuk, po prostu streszczenie Tytusa Liwiusza, który już w czasach pisania „Rzeczypospolitej rzymskiej” uważany był za źródło wymagające bardzo krytycznego podejścia. Podejrzewam, że i sam Tadeusz Zieliński doskonale to wiedział. Jego książki to jednak nie podręczniki akademickie, ani suche syntezy, a pełnokrwiste narracje, które najlepiej porównać do powieści. Sam zresztą odnosząc się do kolejnych rozdziałów swojej pracy, używa określenia „opowiadanie”, np. „ale o tym w następnym opowiadaniu”. Myślę, że celem napisania jego książek była wielka chęć szerzenia wiedzy o świecie, który on sam bezgranicznie kochał i z którym się utożsamiał.
Niestety nie znam łaciny, ani greki, choć tego pierwszego języka kiedyś nieco liznąłem. Na zajęcia z łaciny nauczyłem się nawet fragmentu mowy Cycerona przeciw Katylinie (O tempora, o mores). Coraz częściej mam ochotę cytować te pierwsze słowa wielkiego rzymskiego oratora, ale narzekanie na „nowe czasy” świadczy o poddawaniu się procesowi starzenia, więc staram się nie zrzędzić. Nie to, żebym miał coś przeciwko starzeniu się – jest to normalny proces i nie ma się co wygłupiać czepiając się kurczowo „młodości”, czyli zachowań sprzed kilku lat, ponieważ to wywołuje tylko uśmiech politowania ze strony pokoleń młodszych. Niemniej temu, co w starczym wieku jest złe, czyli m.in. zrzędliwości, poddawać się nie należy.
Wracając do tematu. Tytus Liwiusz, a za nim Tadeusz Zieliński, przytaczali piękne historie, w większości prawdziwe, choć część z nich to oczywiście legendy, po to by ukazać m.in. piękno starorzymskiego ustroju politycznego, ale również wspaniałych ludzi, tytanów cnoty i patriotyzmu. Niemniej nawet oni nie mogli pominąć faktów, które wskazują na słabości owych gigantów. Wzór starorzymskich cnót, Marek Porcjusz Kato (Starszy) na przykład, pochodząc z niezamożnej rodziny ekwickiej, nie cierpiał elit (nobilitas). Miał przy tym naturę służbisty-donosiciela, którego pewnie nie lubilibyśmy w dzisiejszych czasach. M.in. pojechał jako oficer na wojnę z Macedonią prawdopodobnie tylko po to, żeby potem donieść Senatowi, że jego dowódca nie oddał państwu wszystkich bogactw zagrabionych w pobitym kraju. Wojacy nie są wzorem kryształowej uczciwości, więc jakiś margines tolerancji wobec rabunku bogactw państw przegranych, z pewnością była. Tak przy okazji, pamiętacie jaki był stosunek Sienkiewicza do swoich bohaterów-żołnierzy. Kiedy ludzie Wołodyjowskiego czy Kmicica popadli w konflikt z mieszczanami (z powodu burd i rabunków), to za co ich dowódca przede wszystkim karał? Za to, że dali się „łykom”, a nie za ich łajdactwo. Sienkiewicz zdaje się robić oko do czytelnika i uśmiechać szelmowsko licząc na to, że i czytelnik będzie wyrozumiały dla dzielnych wojaków, a „łyków” zachowa w głębokiej pogardzie. Myślę, że podobna pobłażliwość wobec żołnierzy, zwłaszcza w podbitym kraju zawsze istniała. Gdyby jednak ten Katon ujął się za obrabowanym narodem. Ależ nie! Chodziło o to, że jego dowódca nie oddał wszystkich skarbów państwu rzymskiemu, tylko ich część zachował dla siebie. Z punktu widzenia prawa, pewnie miał rację, ale czy taki postępek wzbudza sympatię czytelnika?
Szereg bohaterów historii rzymskiej to ludzie, którzy obok rzeczy niewątpliwie dobrych dla państwa i jego obywateli, popełniali tragiczne w skutkach błędy. Taki Gajusz Grakchus dysząc zemstą wobec nobilów i senatu za śmierć swojego starszego brata Tyberiusza, wprowadził prawa demoralizujące obywateli i szkodliwe dla kraju. To on w celu zapewnienia sobie popularności wprowadził zwyczaj rozdawnictwa taniego (czasami darmowego) zboża i oliwy dla ubogich obywateli (proletariuszy), co sprawiło, że przez kolejnych kilkaset lat ktokolwiek rządził Rzymem, utrzymywał ogromną bandę nierobów.
W swoim zacietrzewieniu przeciwko senatorom podlizał się nawet stanowi ekwitów, których sam szczerze nie lubił, oddając prowincję Azję na pastwę ich zdzierstwa. W dodatku dał im prawo oskarżyć namiestnika (który zawsze był z nobilów) o łapówkarstwo, gdyby ten próbował ukrócić ich rabunkową gospodarkę.
Ekwici to był stan obywateli, którzy we wczesnych latach republiki mieli obowiązek konnej służby wojskowej, a więc musieli to być ludzie, których stać było na utrzymanie konia i uzbrojenia. W późniejszych czasach zaczęli być znani ze swoich operacji finansowych, czym generalnie zrazili do siebie zarówno nobili (z których wywodzili się senatorowie) jak i lud rzymski. Źródła tej niechęci są podobne do źródeł antysemityzmu – od niepamiętnych czasów aż do dziś nie lubimy specjalnie ludzi, którzy obracają olbrzymimi sumami i je pomnażają, niczego przy tym nie produkując ani nawet niczym nie handlując. Ekwici nie byli więc w narodzie popularni, ale za to zdeterminowani utrzymać swoją pozycję a nawet ją wzmocnić, bowiem chciwość jest jedną z najpotężniejszych sił motywacyjnych.
Jak już wspomniałem, Gajusz Grakchus jako trybun ludowy za ekwitami nie przepadał, to jednak żądza zemsty na senatorach była tak silna, że pozwolił prywatnym spółkom rabować prowincje. Mechanizm polegał na tym, że spółka tzw. publikanów (praktycznie wyłącznie ekwitów) z góry płaciła podatek państwu rzymskiemu, zaś ściągnięciem należności z miejscowej ludności zajmowała się już sama. Praktyki takich spółek powodowały niezliczone skargi uciskanych ludzi do namiestnika prowincji. Bywało, że szlachetni ludzie na tym stanowisku potrafili ukrócić łajdactwa ekwitów. Gajusz Grakchus tak jednak pokierował polityką swojego kraju, że praktycznie uczynił z namiestników zakładników cynicznych ekwitów. Ci bowiem zyskiwali prawo oskarżenia swojego politycznego wroga przed sądem w Rzymie, który, dzięki Grakchowi, również składał się wyłącznie z ekwitów.
Naprawdę radzę uczyć się od starożytnych. Analizując historię Rzymu od początku do upadku cesarstwa zachodniego, można prześledzić prawie wszystkie mechanizmy i prawa rozwoju państw i społeczeństw. Zarówno Tyberiusz Grakchus jak i jego brat Gajusz początkowo „chcieli dobrze”. Chcieli przede wszystkim ziemię publiczną, czyli „ager publicus” skonfiskowaną podbitym sąsiadom a bezprawnie zagarniętą przez bogaczy, odebrać tym ostatnim i rozdać w postaci działek ubogim mieszkańcom Rzymu.
Tak na marginesie, żaden ze „szlachetnych” trybunów nie liczył się z krzywdą ludności nierzymskiej.
Nadawanie ziemi proletariuszom i weteranom wojen, w celu uczynienia z nich rolników, było praktykowane i później, ale prawie zawsze z nieciekawym skutkiem. Te historie zawsze przychodzą mi do głowy, kiedy jakiś polski populista wraca do tematu „uwłaszczenia narodu”. Jacy to byśmy byli bogaci, gdyby udziały w państwowych firmach zostały w latach dziewięćdziesiątych rozdane obywatelom. Jestem przekonany, że stałoby się dokładnie to samo co się stało – rekiny w ciągu miesiąca wykupiliby owe udziały, z polskimi przedsiębiorstwami zrobiliby to co zrobili, natomiast uwłaszczony „naród” przejadłby i przepił swój udział w majątku narodowym w przeciągu kolejnych kilku miesięcy.
Na koniec jednak cytat z Tadeusza Zielińskiego, człowieka, który pisał wspaniałą polszczyzną o świecie rzymskim, który tak ukochał:
„ Unikać tu będziemy wszelkiej krańcowości. Onego czasu wyobrażano sobie pod imieniem Kwirytów szczyt doskonałości politycznej; słowa „lud rzymski" samym swym dźwiękiem czarowały ucho i rozbrajały krytykę. W ostatnim stuleciu — przeciwnie, ten lud rzymski opisywano jako wiecznie głodny, obleśny i buntowniczy motłoch, gotowy poświęcić całe dobro państwa za kawał chleba. I jedno, i drugie jest niesłuszne. Lud rzymski — od Koriolana do Kamillusa, od Kamillusa do Fabrycjusza, od Fabrycjusza do Scypionów — przeszedł trwałą i poważną szkołę władzy; wychowany w tej szkole, istotnie stał się ludem rządzącym i pod tym względem żaden z narodów Europy nowożytnej nie może się z nim porównać. Ażeby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać pierwszą lepszą mowę Cycerona, skierowaną do ludu (mowy Katona i Grakchów niestety zaginęły), i porównać ją z przemówieniami współczesnych mówców wiecowych albo z artykułem przeznaczonym dla pisma ludowego. Nie mówiąc już o szlachetności tonu ówczesnego i trywialności dzisiejszego, samo porównanie treści, charakteru i biegu myśli, linii wywodów — stwierdza, że tam miało się na celu przekonanie ludzi myślących albo zmianę istniejącego ich przekonania, gdy tu chodzi o to, by obuchem wbić dany pogląd tłumowi niezdolnemu do myślenia.”
Czytając ten fragment przez moment zapominam, że rację miał profesor Aleksander Krawczuk we wstępie do książki Zielińskiego pisząc, iż akurat jakość przemówień większości polityków rzymskich pozostawiała wiele do życzenia. Często się przekrzykiwano i używano pokrętnych chwytów w celu pokrycia braku argumentów. Niemniej, kto chce zostać historykiem i grzebać się w szczegółach, które niestety nie służą zbudowaniu czytelnika, to oczywiście może. Jeżeli jednak historia ma nas czegoś nauczyć, dobrze jest z niej wyciągnąć przykłady najlepsze i na nich się wzorować. Nawet jeśli Tadeusz Zieliński nie miał racji co do większości mówców publicznych, to faktycznie zachowane mowy Cycerona stanowią niedościgły wzór rozwijania tezy przy pomocy kunsztownie przedstawionych argumentów. Dla posłów i senatorów naszej Rzeczypospolitej powinna to być lektura obowiązkowa, natomiast kandydaci na te zaszczytne stanowiska powinni przechodzić egzamin z przemówień tego rzymskiego oratora.
środa, 22 czerwca 2011
Praca a płaca, czyli za co chcemy być (wy)nagradzani (8)
W ostatnich latach komuny, kiedy zacząłem się interesować zarabianiem pieniędzy, co nie było u mnie takie normalne, gdyż rodzice wychodzili z założenia, że dopóki się uczę/studiuję, zarabiać nie muszę, zacząłem też myśleć nad najsprawiedliwszą formą umowy o pracę. W państwowych fabrykach, ale również u nielicznych „prywaciarzy”, pracowało się albo na dniówkę, albo na akord. Jedna z tych form wydawała mi się (i nadal się wydaje) niemoralna, a druga niedobra ze względu na ogólną kondycję przedsiębiorstwa i w rezultacie też niemoralna.
Kiedy płaci się za godziny pracy, trudno kontrolować wydajność pracy. W pracowniku wyrabia się typowa dla komunizmu mentalność „czy się stoi, czy się leży, ileś tam złotych (odpowiednia średnia pensja) się należy.” Przy pracy na akord robotnicy zabijają się, żeby wyprodukować jak najwięcej, ale firma ma tylko ograniczony rynek, więc oczywiście, kiedy zamówień jest dużo, produktu też musi być dużo, ale jeśli nie, to nie ma sensu produkować więcej, niż się da sprzedać. Po co więc robotnik miałby produkować więcej? Do magazynu? W dodatku, jeśli dobrze pamiętam, w sytuacji, kiedy robotnicy za dużo produkowali w akordzie, kierownik zmieniał normę, a w rezultacie za wyprodukowaną sztukę robotnik dostawał mniej. To oczywiście budziło frustrację i zgorzknienie. Jeżeli dodamy do tego fakt, że w myśl przysłowia „co nagle to po diable”, pracując na akord ludzie produkowali dużo sztuk ale niekoniecznie najwyższej jakości, niszcząc przy tym maszyny, których wytrzymałość była obliczona na określone tempo pracy, wychodzi na to, że system pracy akordowej był również niemoralny.
Złotym środkiem wydała mi się umowa o dzieło. Po prostu pracodawca potrzebuje wykonawcy konkretnej pracy, np. wyprodukowania konkretnej liczby sztuk swojego produktu i na tyle się tylko umawia przy określonej stawce. No niestety, w systemie, do którego jesteśmy przyzwyczajeni od co najmniej końca XIX wieku, ktoś, kto by zaproponował taki system dla całości gospodarki, zostałby ogłoszony wrogiem publicznym numer jeden i pewnie zlinczowany. Stała praca, przywileje zawodowe, przywileje wynikające z wysługi lat itd. to są piękne rzeczy i często wymyślone przez samych pracodawców. Dodajmy jednak, że chodzi o pracodawców, którzy mają doskonałe rozeznanie we własnej dziedzinie biznesu. Jeżeli doskonale wiem, na czym się zarabia i wiem, że mam kontrolę nad procesem produkcyjnym oraz nad rynkiem zbytu (niekoniecznie nad całym, ale nad przewidywalną jego częścią), to mogę sobie pozwolić na to, żeby zbudować lojalny zespół fachowców, których zwiążę ze sobą wysokimi zarobkami i innymi bonusami. Przedsiębiorcy średni i drobni, a tacy tworzą obecnie gospodarkę Polski, na nic takiego nie mogą sobie pozwolić, więc tną koszty na czym tylko mogą, w tym na płacy pracownika. Nie bez znaczenia jest oczywiście haracz na ZUS jaki trzeba zapłacić urzędowi od każdej złotówki wypracowanej przez pracownika.
Ludzie lubią mieć poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Co jakiś czas można trafić na wywiady z psychologami, którzy twierdzą, że stres związany utratą miejsca pracy lub ze zmianą miejsca pracy jest tylko nieco mniejszy od tego spowodowanego utratą bliskiej osoby. Osobiście twierdzę, że czerwiec i wrzesień są dla mnie miesiącami stresowymi, ponieważ nigdy nie wiem, gdzie i ile godzin będę pracował w kolejnym roku akademickim. Ludzie pracujący na zasadzie samozatrudnienia tak mają i nie ma co rozpaczać. Sami tak wybrali.
Co jednak z pracami, których jeszcze dwieście lat temu nikt by nie nazwał pracą? To, nad czym deliberują specjaliści od organizacji pracy, jest wynikiem pewnego procesu językowego polegającego na rozszerzeniu pola semantycznego samego słowa praca.
Pięć lat temu wracaliśmy z rodziną z Bieszczad i postanowiliśmy po drodze zwiedzić Łańcut. Pani przewodniczka pięknie opowiadała o samym zamku i o rodzinie Potockich. Wśród naszej grupy znajdował się młody mężczyzna w towarzystwie młodej kobiety, którego zachowanie drażniło wszystkich, ponieważ bez przerwy komentował słowa przewodniczki w tonie, który wg niego był pewnie dowcipny, ale nikogo poza nim i jego towarzyszką nie bawił. Tymczasem słuchaliśmy opowieści o tym, jakim ordynat Potocki był dobrym gospodarzem i jak dbał o swoich pracowników. Dzięki niemu (jego pieniądzom) ojciec pani przewodniczki zdał maturę, co było przed wojną oznaką niesamowitego awansu społecznego. Młody człowiek nadal ironicznie się uśmiechał, ale nieco spoważniał i powiedział:
— No dobrze, ale przecież nie możemy popierać takiego ustroju!
Wszyscy byliśmy bardzo zaskoczeni, bo nie wiedzieliśmy o jaki ustrój mu chodziło. Na nasze pytanie „Jakiego ustroju?”, odpowiedział „Feudalizmu!”
Kiedy pani przewodniczka odezwała się do niego „młody człowieku” i zaczęła mu wyjaśniać system panujący w ordynacji, ten jej przerwał mówiąc:
— Ja może młodo wyglądam, ale ja jestem sekretarzem europosła…..
Tutaj wymienił nazwisko polityka PSL. Nigdy bym nie przypuszczał, że są jeszcze ludzie, którzy są aż tak antyfeudalni. To znaczy ja sam jestem krytykiem feudalizmu, który faktycznie w Polsce trwał dłużej niż gdzie indziej, ale podchodzę do tematu na zimno i z perspektywy czasu.
Tymczasem zarządzanie ordynacją nie miało oczywiście charakteru feudalnego, ale już kapitalistyczny. Dało mi to do myślenia.
Otóż jeżeli szlachcic np. w XVII wieku był dobrym gospodarzem i osobiście interesował się swoim majątkiem, wydając odpowiednie decyzje co do prac polowych, transportu zboża do portu rzecznego, przeprowadzenia bydła na jarmark, pracy gorzelni w swoim majątku, to był po prostu menadżerem i pracował jak menadżer. Oczywiście była cała masa takich, co zarząd majątkiem i finansami powierzali bezmajętnym szlachcicom lub Żydom. Niemniej trafiali się, zwłaszcza od XVIII wieku wielcy entuzjaści rolnictwa i sami prowadzili gospodarstwo (oczywiście od pracy fizycznej byli chłopi). Wg dzisiejszych kategorii, taki szlachcic-rolnik po prostu pracował. Pracował na swoim w zawodzie menadżer majątku rolnego. Czy ktoś to jednak nazywał pracą? Ba! W tekstach staropolskich możemy znaleźć na takie działania określenia „zabawa”! „Ot i takie zabawy zajmują polskiego szlachcica!” „Zabawą” może być też polowanie, czy hulanka, ale również zarządzanie majątkiem, które mogło być przecież wyczerpującą pracą. Praca jednak hańbiła! Pracował ten, co musiał. Szlachcic przecież po to był szlachcicem, żeby nie musieć pracować. On sobie znajdował „zabawę”, czyli zajęcie. Dopiero druga połowa XIX wieku zmusza szlachtę do przyjęcia „kapitalistycznego” sposobu myślenia o gospodarowaniu, w tym „mieszczańskiej cnoty”, czyli pracy. Benedykt Korczyński z „Nad Niemnem” jest już przykładem człowieka, który nie tylko pracy się nie wstydzi (w odróżnieniu od niektórych sąsiadów), ale wręcz na czele cnót ją stawia a próżniakami otwarcie gardzi.
Jeśli poczytamy pamiętniki sprzed XIX wieku lub powieści z akcją umieszczoną w I Rzeczypospolitej, to znajdziemy mnóstwo przykładów ubogich szlachciców, którzy kołaczą do drzwi, lub „czepiają się klamki” magnatów. Czy chcą zapomogi? Nie, na to może zdecydowałaby się zdesperowana wdowa pozbawiona majątku. Ubogi szlachcic szukał służby! Możniejszemu panu gotów był służyć, ale nie ma tu mowy o pracy, choć przecież służba taka to nic innego jak wykonywanie serii prac na rzecz pracodawcy, który oczywiście nie był nazywany „pracodawcą”, ale „chlebodawcą” i „dobrodziejem”. A przecież wszystko to, co wykonywał taki „sługa, służka uniżony” to była w dzisiejszym rozumieniu, regularna praca. Służba dawała poczucie bezpieczeństwa, wikt i opierunek, dach nad głową, a często i rozrywkę.
Co to wszystko oznacza? Otóż, jak już wspomniałem kilka wpisów temu, pojęcie praca jest wytworem językowym. Próby jej zdefiniowania są skazane na błędy, jakie zwyczajnie powoduje niedoskonałość języka, jego metafooryczność. Ekonomiczne dywagacje Adama Smitha to nic innego jak próba oddania metafory przez szereg innych metafor.
Praca na etacie, choć pewnie rzadko komu przyjdzie taki pomysł do głowy, wyrabia w pracowniku mentalność dawnego sługi na dworze magnata. Ja daję z siebie wszystko, ale i ty, mój panie, otaczaj mnie wszechstronną opieką. Właściciele przedsiębiorstw, zwłaszcza tych wielkich, najczęściej nie mają ochoty odgrywać roli „dobrych ojców” (pater familias, jak mawiali starożytni Rzymianie) dla swoich pracowników. On pojmuje biznes jako metodę uzyskania zysku – dla siebie, natomiast pracownicy to zło konieczne.
Jeżeli już jesteśmy przy tym porównaniu pracy do dawnej służby. Gdyby ktoś chciał się pokusić o „sprawiedliwe” określenie czynników, za które pracodawca powinien płacić, to byłby problem. Magnat traktował swoje sługi wg własnego uznania, a taki Karol Radziwiłł mógł nawet kazać powiesić za byle przewinienie. Pan płacił wg swojej łaski, która, jak wiemy „na pstrym koniu jeździła”.
W zawodach, które nie polegają na prostym produkowaniu przedmiotów, w ogóle trudno o jakieś wymierne kryteria określania wynagrodzenia. Na stanowisku menadżerskim o wartości pracownika świadczyć powinna umiejętność generowania zysków dla firmy. Stąd dyrektor (dawniej zarządca majątku), który właścicielowi zysków (panu majątku) nie pomnaża, powinien być zastąpiony kimś skuteczniejszym. Ale w ten sposób można pracownika traktować, jeśli ten warunek jest umieszczony w umowie. Znowu najuczciwszym układem byłaby praca na prowizji od zysku. Tak jednak w wielu przypadkach nie da się pracować, ponieważ tak można wynagradzać np. dyrektora ds. sprzedaży, a już niekoniecznie ds. produkcji. Pozostaje więc znowu olbrzymi margines nieokreśloności stosunku wkładu pracy do wynagrodzenia, zwłaszcza, że sam ów wkład pracy jest niezwykle trudny do określenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)