wtorek, 23 lipca 2013

Wakacje w Berlinie: dzień trzeci (cz. I)



Trzeci dzień w Niemczech był drugim dniem intensywnego zwiedzania Berlina, które rozpoczęliśmy od Alexanderplatz. Przyznam otwarcie, że oprócz ulicznych artystów – muzyków grających na wibrafonie na cztery ręce i jednego plastyka tworzącego obraz wprost na płytach chodnikowych, miejsce to nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia. Budynki otaczające plac kojarzą mi się z epoką Edwarda Gierka w Polsce – duże, metalowe, bez żadnego uroku. Nie pomaga tu ani fontanna, ani tzw. zegar światowy (Weltuhr), który sam również wpisuje się w styl całego placu. Enerdowska architektura zupełnie zmieniła charakter miejsca nazwanego w pierwszej połowie XIX w. na cześć rosyjskiego cara Aleksandra I.

Z Alexanderplatz udaliśmy się pod mostem S-Bahnu w kierunku Rotes Rathaus, czyli Czerwonego Ratusza. (zbudowanego w latach 1861-1869), budynku monumentalnego i, jak nazwa wskazuje, zbudowanego z czerwonej cegły, ozdobionego płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z historii Niemiec.

Jeżeli ktoś narzeka na remonty dróg w Łodzi lub Białymstoku, powinien pojechać do Berlina. Każdego dnia natykaliśmy się na rozległe rozkopy w różnych częściach miasta. Idąc z Alexanderplatz w kierunku Czerwonego Ratusza przechodzi się obok wielkich robót drogowych.

Spod starego ratusza ruszyliśmy w głąb Nicholasviertel, kierując się w stronę kościoła św. Mikołaja. Po drodze minęliśmy niepozorną rzeźbę przedstawiającą Heinricha Zille, artystę epoki kajzerowskiej i weimarskiej, który był również społecznikiem związanym z tą, wówczas niezamożną, częścią Berlina.

Nikolaikirche to najstarszy kościół Berlina (zbudowany w latach 1220-1230 w stylu gotyckim). Pierwotnie katolicki, w czasach reformacji przejęty przez luteran. Do dziś jest czynnym miejscem modlitwy ewangelików.

W stronę fontanny Neptuna (Neptunbrunnen), pierwotnie ozdabiającej pałac berliński, zaś w obecnym miejscu znajdującej się dopiero od 1969 r., dotarliśmy przeszedłszy wytyczoną ścieżką przez wielki plac robót drogowych. Reinhold Begas, projektując ją, wzorował się na Fontannie Czterech Rzek znajdującej się na Piazza Navona w Rzymie. Kobiety siedzące u stóp Neptuna symbolizują jednak rzeki nieco bliższe nam geograficznie, a mianowicie: Łabę, Odrę, Ren i Wisłę.  

Rzuciwszy okiem na słynną enerdowską wieżę telewizyjną (Fernsehturm), wstąpiliśmy do kościoła mariackiego (Marienkirche) zbudowanego prawdopodobnie w latach 1270-1280, i modyfikowanego w latach późniejszych. Znowu trudno było się oprzeć wrażeniu, że w walce z katolickim dziedzictwem berlińscy protestanci nie byli zbyt gorliwi. Kościół i jego wyposażenie przypomina bowiem gotyckie świątynie katolickie.

Nadeszła pora posiłku, więc wstąpiliśmy do położonej na rozległym pasażu restauracji wietnamskiej Shi Mai (przy Karl-Liebknecht-Straße 5), gdzie spożyłem makaron z krewetkami.Podróżując do obcego kraju zawsze robię założenie, że będę poznawał przede wszystkim jego kuchnię narodową, ale głód był silniejszy. Poza tym w Mitte o wiele łatwiej o restauracje z różnych kręgów kulturowych niż o coś typowo niemieckiego. Oprócz berlińczyków i dość licznych turystów, gośćmi przykryty przezroczystym dachem pasażu między dwoma wysokimi budynkami Karl-Liebknecht-Straße były wróble, które przysiadały na oparciach krzeseł, a nawet na stołach.

Po obiedzie skierowaliśmy się na most na Sprewie, aby przejść do berlińskiej katedry (Berliner Dom) i na wyspę muzeów. Na każdym berlińskim moście znajdziemy pęczki małych kłódek przyczepionych do żeliwnych ozdób barierek chroniących przechodniów przed wpadnięciem do rzeki. Jedna z interpretacji zwyczaju zapinania kłódki na moście i wrzucania kluczyka do wody to przysięga zachowania czyjegoś sekretu. Wg innej, kłódki zostawiają zakochani, którzy przysięgają sobie wieczną miłość. 

Ksylofoniści na Alexanderplatz
 "Mistrz płyt chodnikowych" - szkoda, że te dzieła są niestety nietrwałe
Zegar światowy
Rotes Rathaus
Marcin Luter na płaskorzeźbie zdobiącej Czerwony Ratusz
Statu(etk)a Heinricha Zille, artysty i społecznika związanego z Nikolaiviertel


Kościół św. Mikołaja. Najstarsza świątynia Berlina. Co ciekawe, na szczytach wież nie ma krzyży.

Posągi wokół kościoła Nikolaikirche
Fontanna Neptuna
Wieża telewizyjna - duma NRD




Kościół Mariacki (Marienkirche). 
Jeden z licznych wróbli w wietnamskiej restauracji Shi Mai
 Sprewa z mostu na Karl-Liebknecht-Straße/Schloßplatz
 Kłódki na barierkach mostu

Sowieckie czapki dla turystów



Wakacje w Berlinie:dzień drugi (cz. III).

Głównym celem naszej wtorkowej wyprawy był pałac w Charlottenburgu. Pojechaliśmy U-bahnem o jeden przystanek za daleko, co spowodowało, że w kierunku pałacu musieliśmy przejść ponad kilometr piechotą (wg wskazówek przechodniów). Drugo- i trzeciorzędne ulice Berlina przypominają mi Piotrkowską w Łodzi, więc taki spacer bardzo mi się spodobał. Barokowy Schloss Charlottenburg jest piękny i zwiedzenie go sprawiło nam prawdziwą przyjemność.

Cena biletu nie odgrywała żadnej roli, bo możliwość spaceru po pięknych wnętrzach była tego warta (naprawdę tak myślę, choć częściowo oczywiście się zgrywam na cześć ironistów i hejterów, krytykujących moje podkreślanie wysokich cen w Berlinie). Wzorem pruskiej podmiejskiej rezydencji – kiedy pałac budowano, znajdował się daleko za miastem – był oczywiście Wersal, niemniej do olbrzymiego podparyskiego kompleksu monarszej rezydencji Ludwika XIV, wiele mu brakuje. Pałacowi Branickich w Białymstoku brakuje jeszcze więcej, ale żadnemu z nich niczego to nie ujmuje. Stanowią bowiem wartość samą dla siebie.

Zwiedziwszy pałacowe wnętrza, w poznaniu których niezwykle pomocny był audio-przewodnik w języku polskim (tak, w Berlinie szanują Polaków jako klientów i mają dla nas przygotowane informacje w naszym języku), przespacerowaliśmy się po rozległym parku, po czym spotkaliśmy się z naszym niemieckim przyjacielem, z którym podjechaliśmy z powrotem do Europa Center, w którym znajduje się bardzo zmyślna szklana konstrukcja, a mianowicie zegar wodny.

Po ekscytującym dniu, syci wrażeń, wróciliśmy do Gosen.



 W drodze do Pałacu Charlottenburg

Schloss Charlottenburg od frontu

Schloss Charlottenburg od strony ogrodu

Zegar wodny w Europa Center

poniedziałek, 22 lipca 2013

Wakacje w Berlinie: dzień drugi (cz. II)



Po wyjściu ze schronu i opuszczeniu gmachu The Story of Berlin udaliśmy się w kierunku Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche, czyli kościoła postawionego ku pamięci cesarza Wilhelma. W internecie i przewodnikach można zobaczyć zdjęcie monumentalnych czerwonych ruin, ponieważ po bombardowaniu ostatniego roku II wojny światowej postanowiono go nie odbudowywać, a zostawić w takim stanie, jako swoiste memento i pamiątkę już nie tylko kajzera Wilhelma, ale również tego, do czego prowadzi wojna.

Po drodze zjedliśmy pyszne naleśniki z owocami kupione w budce, jakich w tej części Berlina jest wiele. Dziewczyna, która naleśniki smażyła i sprzedawała, usłyszawszy moją żonę zwracającą się do mnie po polsku, przeszła na nasz język. Wydawało mi się, że po polsku mówi z pewnym akcentem, ale nie drążyłem tematu i nie spytałem skąd pochodzi.

Na próżno wypatrywałem charakterystycznej sylwety ruin kościoła cesarza Wilhelma. Okazało się bowiem, że są one w remoncie i na jego czas całą bryłę pokryło rusztowanie pokryte białymi ścianami, co sprawiało wrażenie, że mamy do czynienia z białym wieżowcem. Tylko wystający szpic wieży oraz nowe budynki kościelne zbudowane w latach sześćdziesiątych (charakterystyczne „klocki”) wskazywały, że to jest to właśnie miejsce.

Zwiedzanie zaczęliśmy od nowego kościoła z postacią Jezusa rozpiętego na szklanej ścianie. Co mnie uderzyło w berlińskich kościołach ewangelickich, to półki z płonącymi świeczkami, a właściwie płaskimi zniczami, które wierni mogą kupić, zapalić do dostawić do reszty. Zwyczaj ten wcześniej również zauważyłem w katolickich kościołach Francji i Belgii. W Polsce raczej się z nim nie spotkałem, oprócz oczywiście cerkwi prawosławnych, gdzie zapala się cienkie i długie świeczki w jakiejś intencji i mocuje się obok innych.

Wnętrze ruin starego kościoła to właściwie tylko jego przedsionek, który jednak olśniewa bogactwem mozaik na ścianach i suficie. Protestanci generalnie dążyli i dążą do prostoty formy, ale oglądając berlińskie kościoły ewangelickie trudno się oprzeć wrażeniu, że niemieccy protestanci w jakiś sposób tęsknili za przepychem zdobnictwa sakralnego. Bogate mozaiki kościoła ku pamięci cesarza Wilhelma to sztuka wręcz bizantyjska, choć tematyka obrazów to oprócz motywów biblijnych przede wszystkim sceny ze średniowiecznej historii Niemiec. Płaskorzeźby na ścianach również nawiązują do tejże historii, w tym, w czasie budowy kościoła, najnowszej.

Z ruin świątyni udaliśmy się w kierunku fontanny zwanej przez berlińczyków Wasserklops. Przed nią natknęliśmy się na niesamowite widowisko grupy młodych ulicznych akrobatów, którzy w rytm muzyki wykonywali niesamowite popisy tańca na rękach i nie tylko. Podziwiam takich ludzi. Z całą pewnością takie akrobacje wymagały systematycznego i wyczerpującego treningu. Z całą pewnością jest to ich pasja, bo raczej nie sądzę, żeby można było wyżyć z ulicznych pokazów.

Nie weszliśmy do Europa Center, ale ruszyliśmy wprost do Ka De We, czyli najdroższego sklepu w Berlinie, a pod względem powierzchni największego w Europie. Obejrzeliśmy dobra oferowane na sprzedaż po niebotycznych cenach (część z nich można kupić w innych sklepach za połowę ceny), w tym ostatnie piętro z produktami żywnościowymi i restauracjami. Specjalnie chcieliśmy zobaczyć ten dział, ponieważ rozsławił go Robert Makłowicz w ramach jednej ze swoich kulinarnych podróży.

Po opuszczeniu miejsca, gdzie bogaci Niemcy wydają mnóstwo pieniędzy, postanowiliśmy skierować się do głównego celu naszej wyprawy do Berlina, a mianowicie do pałacu Charlottenburg. 

 





 Budynki przy Kurfürstendamm

Obudowane ruiny kościoła ku pamięci cesarza Wilhelma (zbudowanego przez Wilhelma II na cześć swojego dziadka Wilhelma I)


Wnętrze nowego kościoła, obok ruin starego



 Wnętrze ruin Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche

Uliczni tancerze
Przed "wodnym klopsikiem"
Rzeźba symbolizująca podział Berlina na 4 strefy okupacyjne

Zbliżamy się do Ka De We
Zafascynowała mnie makieta kolejki w Ka De We


 

Wakacje w Berlinie: dzień drugi (cz. I)



We wtorek rano ruszyliśmy pożyczonym samochodem Ronniego do Erkner, skąd mieliśmy wsiąść w RE1 do Berlina. Pewien problem pojawił się, kiedy się okazało, że na rozległym parkingu przed dworcem kolejowym nie ma już ani jednego wolnego miejsca. Krążąc między rzędami zaparkowanych samochodów dostrzegłem, że jeden z nich nie stoi na wytyczonym miejscu parkingowym, a na trawniku. Naprzeciwko niego, na tym samym trawniku było jeszcze wolne miejsce, więc tam również postawiłem nasz samochód, licząc na to, że słynni ze swojej surowości wobec przestrzegania prawa Niemcy go nie odholują.

Ceny biletów w Niemczech w przeliczeniu na złotówki nie są niskie. Oszacowaliśmy jednak, że przy naszym budżecie i planie zwiedzania, nie będziemy wykupywać Berlin Pass. Nie kupiliśmy sobie również pięciodniowych biletów na wszystkie środki komunikacji miejskiej w strefach A, B i C. Nie jestem w tym momencie w stanie zrozumieć logiki kierownictwa niemieckiego transportu publicznego, ale o ile bilet jednodniowy na wszystkie pociągi (podziemne i nadziemne), autobusy i tramwaje, kosztuje 7 euro, to bilet pięciodniowy 37 euro. Jak by się nie przymierzać, na bilecie pięciodniowym jesteśmy stratni 2 euro. Za biletami jednodniowymi przemawiał również fakt, że w sobotę i niedzielę nie planowaliśmy korzystać z komunikacji miejskiej.

Ciekawostką jest jednak to, że można sporo zaoszczędzić jeżdżąc grupą. Grupą natomiast jest już pięć osób, za które bilet całodniowy kosztuje 16 euro. Będąc grupą trzyosobową wykupiliśmy bilet dla pięciu osób (oszczędzając na tym 5 euro). Nieco się bałem, że praworządni niemieccy kontrolerzy surowo ukarzą nasze cwaniactwo, ale okazało się, że nigdy się nie czepiali „niedoboru” osób w grupie. Tak przy okazji – na kontrole biletów trafialiśmy praktycznie codziennie. W odróżnieniu od Londynu, gdzie bilet przepuszcza się przez ustawione w tym celu automaty przy każdym wejściu i wyjściu z metra, w Berlinie nie ma żadnych bramek. Są tylko kontrolerzy biletów.

Wysiedliśmy na Savignyplatz, tak jak zaplanowałem sugerując się poradami przewodnika Pascala (co prawda przewodnik proponował zakończyć wycieczkę na Savigny Platz, ale ja nieco zmodyfikowałem kolejność). Naszym pierwszym celem była Kurfürstendamm. Szczegółowo naszą marszrutę opracowałem przy pomocy map Google, z tym, że w praktyce również często ją modyfikowaliśmy. Na Savignyplatz skręciłem w Knesebeckstrasse, zgodnie ze wskazówką, ale w odwrotnym kierunku. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, jak mówi stare optymistyczne polskie przysłowie (aż dziwne, że polskie), bo dzięki temu odkryłem dwie księgarnie, w których sprzedawano m.in. stare książki po 1-2 euro. Powziąłem postanowienie powrotu w te okolice ostatniego dnia przed wyjazdem w celu zakupienia jakiegoś ciekawego woluminu.

Minąwszy Goethestrasse, zorientowaliśmy się, że idąc w tę stronę, do Ku’damm nie dojdziemy, więc zawróciliśmy. Obejrzawszy drugie skrzydło Savignyplatz, przeszliśmy pod mostem S-bahnu i idąc Knesebeckstrasse, ale w kierunku odwrotnym niż dotychczas, doszliśmy do najważniejszej ulicy Berlina Zachodniego słynnej z bardzo drogich sklepów.
Naszym pierwszym celem była prywatne muzeum (żadne ogólnomiejskie zniżki w nim nie obowiązują) o angielskiej nazwie The Story of Berlin. Bilet (12 euro) obejmował samodzielne zwiedzanie wystaw muzealnych oraz wycieczkę (obowiązkowo z przewodnikiem) do schronu przeciwatomowego, traktowanego częściowo jako element muzeum, ale nadal gotowego do przyjęcia ewentualnych uciekinierów z zagrożonej atakiem jądrowym powierzchni.

Kazano nam czekać na początek angielskojęzycznej wycieczki w hallu. Kiedy więc zobaczyliśmy dość liczną grupę angielskich dzieciaków z nauczycielami, którzy oczywiście również mówili po angielsku, pomyśleliśmy, że to jest właśnie ta nasza grupa (mimo, że do punktualnego rozpoczęcia brakowało jeszcze pięciu minut) i dołączyliśmy do niej. Bardzo szybko się zorientowaliśmy, że mówiący po angielsku dorośli jakoś nie kwapią się do wyjaśniania czegokolwiek, na dodatek weszliśmy na piętro, co nie stanowiło raczej dobrej lokalizacji schronu przeciwatomowego. Liczne eksponaty, zdjęcia i narzędzia multimedialne faktycznie przybliżyły nam historię Berlina od XIII wieku po czasy współczesne. Żałuję nieco, że znowu zbyt późno się zorientowałem, że w muzeum wolno było robić zdjęcia. Aparat wyjąłem więc dopiero gdzieś w połowie zwiedzania.

Towarzyszący nam angielscy gimnazjaliści zrobili na mnie niezwykle pozytywne wrażenie. Zachowywali się cicho i wykazywali autentyczne zainteresowanie wystawą. W The Story of Berlin nie obowiązuje zakaz dotykania eksponatów, więc w miejscu, które przedstawiało typowy pokój berlińskiego mieszkania po bombardowaniu 1945 roku, jeden z angielskich uczniów położył się do łóżka i przykrył kołdrą, zaś jego koleżanki i koledzy robili mu zdjęcie.
Tenże sam gimnazjalista sam zaoferował swoją pomoc w zrobieniu nam (tzn. mojej żonei i mnie, bo Jola wolała przejść się po ku’dammskich sklepach) zdjęcia w pokoju przedstawiającym typowe mieszkanie enerdowskie z lat 60. ubiegłego stulecia. Żałuję, że nie zrobiłem też zdjęcia mieszkania zachodniego, które było obok.

Zjeżdżając windą ku wyjściu zapytałem młodych ludzi skąd są. Odpowiedzieli chórem, że z Anglii, zaś na moje bardziej szczegółowe pytania odpowiedzieli, że są z Cambridge i że są pierwszy raz w Berlinie. Bardzo mili młodzi ludzie.

Na dole jednak stwierdziliśmy, że w końcu wycieczka do schronu nam się przecież należy za tę niemałą cenę biletu, więc jej sobie nie odpuścimy. Niestety na anglojęzycznego przewodnika należałoby czekać ponad godzinę, zaś za dziesięć minut miała się zebrać wycieczka niemieckojęzyczna. Postanowiliśmy więc do niej dołączyć, wychodząc z założenia, że informacje na temat schronu sobie potem doczytamy. Młody przewodnik, który generalnie mówił po angielsku, ponieważ kilka minut wcześniej w recepcji udzielił mi informacji w tym języku, był bardzo dowcipny, ponieważ co kilka zdań uczestnicy naszej grupy wybuchali gromkim śmiechem, ale niestety nasza niemczyzna nie pozwalała na docenienie jego poczucia humoru. Neutralne twarze zachowały też dwie Francuzki, które chyba też niewiele rozumiały, i dwóch niemieckich nastolatków, którzy słowa przewodnika z pewnością rozumieli, ale chyba nie byli fanami tego typu dowcipów.

Rzędy składanych łóżek w ponurym podziemiu robiły wrażenie niezwykle przygnębiające. Zapasy żywności pozwalały na przetrwanie w schronie dwóch tygodni. Co ludzie mieli robić potem, nie wiem. Generalnie budowa schronu przeciwatomowego w Berlinie, nieważne, czy Zachodnim, czy Wschodnim, wydaje mi się bezsensowna. Gdyby w latach 60. atak atomowy miał przyjść ze wschodu, zniszczyłby przecież również wschodnią, komunistyczną,część Berlina i w ogóle kawał komunistycznego NRD. Gdyby zaś bombę atomową na Berlin Wschodni mieli zrzucić Amerykanie, niewątpliwie zniszczyliby również swoich sojuszników w Berlinie Zachodnim. Lata 60. ubiegłego stulecia to jednak przecież szczytowe czasy zimnej wojny, w której ludziom przychodziły do głowy różne pomysły. 

W "enerdowskim" mieszkaniu z lat 60. ubiegłego stulecia


 "Enerdowskie" wnętrze mieszkania z lat 60. XX w. i angielscy gimnazjaliści

Zachodnia limuzyna...


...i wschodni trabant

Moja żona na zabytkowym skuterze

Przygnębiające wnętrza zachodnioberlińskiego schronu przeciwatomowego

niedziela, 21 lipca 2013

Wakacje w Berlinie, dzień pierwszy: przyjazd.




Do Berlina pojechaliśmy (moja żona i ja) Polskim Busem. Wyruszyliśmy z Łodzi Kaliskiej, a zatrzymywaliśmy się jedynie w Poznaniu i na naszym przystanku docelowym, czyli przy lotnisku Schönefeld w Berlinie. Autobus klimatyzowany i wygodny. Obiecane połączenie z Internetem przez wi-fi niestety działało tylko podczas postoju (co natychmiast sprawdziłem), ale później zasięg zanikł. Nie był to jednak dla mnie jakiś wielki problem. Dla zabicia czasu podczas dość monotonnej jazdy po płatnej i dość nudnej autostradzie (na pewno minęliśmy dwie bramki) obejrzałem sobie film i poczytałem książkę.

Mniej więcej wiem, gdzie się przekracza polsko-niemiecką granicę, bo przecież budynki przejścia granicznego nadal tam stoją, ale w pewnym momencie miałem poważne wątpliwości, czy faktycznie ją przekroczyliśmy. Dlaczego bowiem po drugiej stronie stały dwa polskie radiowozy? Dopiero przyjrzawszy się dokładnie napisom dostrzegłem, że to nie POLICJA, tylko POLIZEI. Niemniej przez cały pobyt w Niemczech, kiedy tylko widziałem wóz policyjny, miałem nieodparte wrażenie, że to policja polska, ponieważ kolory i ich układ, łącznie z paskiem z napisem, są takie same.

Na Schönefeld dostaliśmy się z ponadgodzinnym opóźnieniem, ponieważ zaraz za granicą droga została zablokowana z powodu wypadku, jak się później dowiedziałem z rozmowy kierowców. Zamiast więc jechać prosto autostradą na Berlin, skręciliśmy do Frankfurtu nad Odrą i przemieszczaliśmy się jego przedmieściami.

Na lotnisku odebrali nas Ronnie i Jola. Kilkanaście minut później dojechaliśmy do wsi Gosen pod Berlinem, gdzie Ronnie wynajmuje połowę bliźniaka. Tego dnia nie planowaliśmy żadnego zwiedzania, więc udaliśmy się tylko na spacer po Gosen, które jest położone wśród lasów nad pięknym jeziorem. Generalnie Berlin leży wśród lasów i jezior. Miałem wrażenie, że jest tak, jakby ktoś stolicę kraju umieścił gdzieś na Suwalszczyźnie lub na Mazurach.

Pierwsza rzecz, jaka mnie uderzyła w Gosen podczas całego naszego pobytu w Niemczech, był fakt, że pozdrawiali nas nie tylko najbliżsi sąsiedzi Ronniego, którzy go znali, ale czasami również przypadkowo mijane osoby, choć oczywiście nie wszystkie.

Oczywiście moja pełna kompleksów polska natura od razu wychwyciła takie rzeczy, jak psie kupy na chodnikach, których widocznie nikt nie sprząta, oraz wydeptane ścieżki na trawnikach, dokładnie takie, jak u nas, czyli „ścinające” rogi. Oprócz Joli i nas, nie było w Gosen Polaków.

Poczuwszy się więc dość swojsko, raźno ruszyliśmy na spacer nad jezioro. Bardzo zazdroszczę Ronniemu tej lokalizacji. Co prawda do pracy wstaje bardzo wcześnie, dojeżdża samochodem do pobliskiego Erkner, gdzie go parkuje, a stamtąd Regionalnym Ekspresem (RE1) dojeżdża do pracy w centrum Berlina, ale za to po powrocie z pracy, cieszy się sielankową i wakacyjną atmosferą podmiejskiej miejscowości położonej nad jeziorem.

Myślałem, że powtórzymy pewien schemat sprzed dwóch lat, kiedy to po wycieczkach do Rzymu wieczorem jeszcze mieliśmy czas na kąpiel w morzu, ale tym razem z jeziora nie skorzystaliśmy ani razu, ponieważ z Berlina wracaliśmy albo zbyt późno, albo byliśmy zbyt zmęczeni, albo z kolei pogoda nie sprzyjała kąpielom na świeżym powietrzu. Mimo wszystko Gosen dla turysty, który przez cały dzień zwiedza Berlin, stanowiło wielkie wytchnienie.


Gosen, Eichwalderstrasse, ulica przechodząca w drogę do Neu Zittau



Kościół w Gosen - od czasu do czasu odbywają się w nim tylko koncerty, brak jakichkolwiek ogłoszeń o nabożeństwach


 Remiza strażacka w Gosen


 Zachodzące słońce nad Seddinsee koło Gosen

C.D.N...

piątek, 5 lipca 2013

Przed wyjazdem do Berlina



Berlin to miasto, o którym prawie nic nie wiem. To znaczy już trochę wiem, ponieważ ostatnio czytam przewodniki i oglądam zdjęcia w internecie. Niemniej nie mam wobec tego miasta żadnego podejścia emocjonalnego. Oczywiście jako Polakowi wychowanemu na „Czterech pancernych i psie”, miasto to będzie się zawsze kojarzyć z III Rzeszą i Jankiem Kosem wspinającym się na Bramę Brandenburską. Wcześniej Berlin był stolicą Królestwa Prus, a jeszcze wcześniej Marchii Brandenburskiej, a więc znowu politycznych organizmów, które nie słynęły z przyjaźni wobec Polski. Oczywiście wiemy również, że wcześniej mieszkały tam plemiona słowiańskie, w tym tajemniczy książę Jaksa z Kopanicy (dzisiejsza dzielnica Köpnick). Wszystko pięknie, ale jakaś tam szczątkowa wiedza na temat zarysu historii miasta ma się nijak do jego „poczucia”. Gdybym w tym tygodniu nie studiował planu Berlina, nie miałbym zielonego pojęcia o topografii tego miasta, ani nawet o najważniejszych obiektach wartych zwiedzenia.

Zanim pojechałem do Paryża, miasto to już funkcjonowało w mojej wyobraźni. Oczywiście przede wszystkim ze względu na swoją rolę, jaką odegrało w długiej historii, ale również dzięki licznym filmom, których akcja rozgrywała się w Paryżu. Symbole, a zarazem najważniejsze punkty w topografii Paryża, takie jak Luwr, katedra Notce Dame, Łuk Triumfalny czy wieża Eiffla, były integralną częścią mojej świadomości na długo zanim zobaczyłem je na własne oczy.

To samo było z Londynem. Przecież to miasto również przez wieki stanowiło „pępek świata” ze względu na rolę Anglii w historii świata. Londyn poznawaliśmy również na lekcjach języka angielskiego. Kto zaś czytał i oglądał ekranizacje powieści Dickensa, nie mógł przecież odbierać Londynu jako miasta obcego. I znowu gmach Parlamentu z wieżą z Big Benem, Trafalgar Square z kolumną Nelsona, czy Tower of London, tudzież mosty nad Tamizą, Piccadilly Circus  i szereg innych miejsc i obiektów, to część świadomości każdego, kto choć trochę interesował się słowem pisanym, kinem i telewizją.

Dla kogoś, kto od dziecka interesował się historią, Rzym jest miejscem, w którym powinien czuć się jak w domu. Od czasów starożytnych, poprzez średniowiecze, aż po dziś, „wieczne miasto” zajmuje niezwykle ważne miejsce w świadomości. Dla katolików bazylika św. Piotra w Watykanie to centrum wszechświata (choć powinna być bazylika św. Jana na Lateranie), dla miłośników starożytności to Forum Romanum, Palatyn czy Koloseum. Romańskie, renesansowe i barokowe kościoły i pałace znane są z rozmaitych ilustracji i również filmów niemal każdemu.

Wizyty w tych miastach za każdym razem przyprawiały mnie o dreszczyk emocji, bo oto jechałem dotknąć czegoś, co „od zawsze” tkwiło w mojej głowie i było częścią mojego wewnętrznego świata. Oczywiście realny pobyt w danym miejscu jest czymś, czego nie da się zastąpić najlepszym opisem. Niektórzy bywają rozczarowani. Ja ani razu rozczarowania nie czułem. Wręcz przeciwnie. Miałem wrażenie, że dostąpiłem „rozszerzenia percepcji”, bo oto do informacji historyczno-kulturowych doszła konkretna przestrzeń, zapach, dotyk, dźwięk tudzież doznania wzrokowe niemożliwe do oddania przez najlepsze fotografie. Doszły do tego skojarzenia typowo osobiste, subiektywne, prawdopodobnie związane z odbiorem rzeczywistości ukształtowanym w długim procesie wychowania i nabierania doświadczenia życiowego. W Paryżu czułem się dokładnie tak, jak myślałem, że się poczuję – jak w eleganckim wielkim mieście o długiej i bogatej przeszłości. W Londynie trochę też, ale być może dlatego, że mam tam znajomych oraz ze względu na możliwość swobodnego porozumiewania się (kwestia języka), poczułem się po prostu swojsko, jakbym tam mieszkał od lat. Rzym z kolei po kilku dniach pobytu zaczął mi się kojarzyć z wielką wsią, ale w bardzo pozytywnym znaczeniu tego słowa. Może ze względu na brak „drapaczy chmur” i „szklanych domów” w centrum? Może ze względu na „swojską” atmosferę w osteriach, gdzie jadaliśmy, może ze względu na liczbę kościołów? Nie wiem. Jeszcze raz podkreślam, że to tylko moje subiektywne wrażenie.

O Berlinie nie wiem praktycznie nic. Oprócz Bramy Brandenburskiej nie kojarzy mi się (jeszze) z żadnym innym obiektem. No tak, przecież jest mur berliński, ale przyznam się otwarcie, że osobiście nie mam z nim żadnych skojarzeń emocjonalnych. Być może to się zmieni w przyszłym tygodniu. Opracowałem na razie szczegółowy plan zwiedzania na pierwsze trzy dni, zaś na resztę pobytu plan ogólny.

Pewnie każdy z nas zna to uczucie przed doświadczeniem czegoś nowego. Mam nadzieję, że będzie to również coś bardzo pozytywnego.  

środa, 3 lipca 2013

O konsumowaniu (od nieco innej strony)



Wszyscy bywamy producentami (w sensie, że coś wytwarzamy i komuś sprzedajemy) i konsumentami. Generalnie nigdy nie zdarza się to równocześnie. Przez jakąś część dnia jesteśmy ludźmi pracy i wtedy prawdopodobnie (bo różnie z tym bywa) coś tworzymy. Coś, co byśmy chcieli, żeby kupili konsumenci, bo dzięki ich pieniądzom my będziemy się potem cieszyć będąc konsumentami.

Ja wiem, że dzisiaj modne jest w pewnych kręgach narzekać na rozbuchany konsumpcjonizm, ale ja w tej całej krytyce wyczuwam sporą dozę hipokryzji, ponieważ wszyscy uwielbiamy konsumować, jeżeli już nie wyszukane jedzenie, ubrania czy samochody, to przynajmniej książki. O konsumpcjonizmie i o nas jako konsumentach pisał profesor Bauman, którego obserwacje na ten temat są akurat dość interesujące, i szkoda byłoby je zaprzepaścić z powodu niechlubnej przeszłości autora.

Owszem, są wśród nas tacy, którzy wykształcili w sobie, a może ktoś w nich wykształcił, umiejętność kontemplowania stanu własnego bycia i to jest oczywiście wspaniałe. Sam czasami doświadczam chwil, najczęściej kiedy siedzę w swojej kuchni, jest już późny wieczór i jest stosunkowo cicho, przestaję czytać książkę i przez pięć-dziesięć minut doświadczam tego, że jest po prostu dobrze. Oczywiście do tego stanu potrzebne jest brak dolegliwości wskazujących na zły stan fizyczny organizmu oraz niski stopień stresu (najczęściej spowodowanych jakąś zaległą robotą) tudzież wyrzutów sumienia. Nie można być przejedzonym, ale głodnym też nie. Taki stan idealnej równowagi i poczucia bezpieczeństwa.

Fajnie, ale w takim stanie przecież nie będziemy trwać wiecznie, bo nie jesteśmy pustelnikami ani zatopionymi w medytacji mnichami (obojętnie jakiego wyznania), tylko ludźmi cywilizacji zachodniej, w której, żeby żyć, trzeba produkować i skłaniać innych by konsumowali to, co wyprodukujemy. Ci, którzy tego nie robią, tylko przejadają resztki magnackiej fortuny, ale ci, którzy żadnej fortuny nie mają, ale też nic nie produkują, nie cieszą się naszym poważaniem. Kiedy widzimy bezdomnego zbierającego puste butelki, albo proszącego nas o złotówkę na bułkę, lub tanie wino, raczej nie myślimy, że oto spotkaliśmy kogoś, kto się oparł przytłaczającemu nas zewsząd konsumpcjonizmowi. O tych pierwszych mówimy „klasa próżniacza” (w Polsce w wersji szczątkowej), a o tych drugich – lenie, nieroby i nieudacznicy. Jeżeli więc ktoś narzeka na konsumpcjonizm, niech spróbuje samemu przeżyć bez konsumpcji, a jeszcze lepiej niech przestanie cokolwiek produkować (tzn. niech przestanie pracować) i nakłaniać innych do konsumpcji swoich produktów. Nie da się i jest to raczej naturalne. To konsumpcja napędza cywilizację. Wśród ludów, które jej nie uległy, mężczyźni całe dnie poświęcają na pogawędki na tematy niezobowiązujące, zaś kobiety tyrają na jałowych polach z poczucia obowiązku wykarmienia rodziny.

Kiedy między producentami a konsumentami istnieje jakaś równowaga, nie jest źle. Starsi Polacy (bo nie wiem jak młodsi) pewnie pamiętają wierszyk Juliana Tuwima:

Murarz domy buduje,
Krawiec szyje ubrania,
Ale gdzieżby co uszył, gdyby nie miał mieszkania.
A i murarz by przecie na robotę nie ruszył,
Gdyby krawiec mu spodni i fartucha nie uszył

(cyt. z pamięci, więc może nieco inna interpunkcja – tak, trochę się popisuję, znam ten wierszyk cały na pamięć)

Z czasów komuny pamiętamy, że był to tzw. rynek producenta. Można było kupić to, co producent wyprodukował, a jak nie było tego, czego sobie życzył konsument, tym gorzej dla konsumenta. To dlatego, kto się w ostatnich latach komuny, i jeszcze w pierwszych po, wziął za jakiś biznes, mógł być prawie pewien sukcesu, ponieważ konsument był dosłownie wygłodniały wszystkiego. Wystarczyło mu tylko coś podsunąć. Potem, na szczęście chyba, sytuacja się nieco zmieniła i staliśmy się bardziej wybredni, bo też pojawił się wybór. Co prawda podręcznikowe działania rynku osobiście zaobserwowałem tylko w branży komputerowej, gdzie faktycznie sprzęt gwałtownie taniał co dwa lata, a potem nawet i co rok (w miarę pojawiania się nowszych produktów), ale i tak nasz rynek przekształcił się w rynek konsumenta.

O tym, że każdy „Człowiek Pracy”, w imieniu którego działają politycy lewicowi, po pracy przekształca się w konsumenta świadomego swojej „władzy” pisał ostatnio Janusz Korwin-Mikke i tu akurat się z nim zgadzam.

Problem polega jednak na tym, że sytuacja staje się dość nieciekawa, kiedy jest więcej pisarzy niż czytelników, więcej mleka, niż jego amatorów, czy więcej pralek, niż tych, których na nie stać. Najzabawniejsze sytuacje występują w sektorze edukacji i bankowości, gdzie ludzie z tej samej branży "atakują" siebie nawzajem swoimi ofertami. Z pewnością dziwnie się czuje ktoś, kto jest odpowiedzialny za namawianie ludzi do brania kredytów, kiedy otrzymuje telefon od „kolegi” z innego banku, który oferuje mu dokładnie te same „produkty”.

Na rynku edukacyjnym jest podobnie, choć chyba nawet bardziej agresywnie. Otóż bowiem tutaj każdy chce nauczać innych i na tym zarabiać, i chce wtłoczyć swojego kolegę w rolę odbiorcy swoich usług, czyli konsumenta. Jeżeli np. magister historii, który uczy w szkole, musi wziąć udział w szkoleniu zorganizowanym przez swoich kolegów ze studiów, którzy albo zostali na uczelni, albo załapali się do pracy w kuratorium albo jakimś ośrodku szkoleniowym dla nauczycieli, to pewnie od czasu do czasu odczuwa pewną niezręczność sytuacji. Pamiętamy scenę z Buntownika z wyboru (Good Will Hunting, 1997), w której genialny i zarozumiały, choć nie posiadający formalnego wykształcenia, bohater upokarza studenta renomowanej uczelni, wyjaśniając mu prostą prawdę, że całą wiedzę (akurat ta dyskusja dotyczyła historii gospodarczej USA), za którą płaci grube tysiące dolarów, mógł nabyć po prostu w bibliotece, która jest za darmo. (Tak przy okazji – właśnie, w kraju, który jest symbolem konsumpcjonizmu i prywatnej własności wszystkiego, biblioteki są darmowe!)

Oczywiście nic nie zastąpi rozmowy z mądrym człowiekiem z chińskiego przysłowia i w tym wypadku obcowanie z naprawdę mądrym profesorem (bo nie wszyscy są tacy) może zdziałać cuda, a w wielu przypadkach, kiedy trzeba nabyć pewne praktyczne umiejętności, „trener” jest wręcz niezbędny, a w dodatku trzeba sobie otwarcie powiedzieć – mało kto z nas jest takim mistrzem samodyscypliny, który przeczyta i zapamięta wiadomości z lektur obowiązujących na jakimś kierunku studiów. A przecież z drugiej strony jest to możliwe!

Tymczasem wydawnictwa specjalizujące się w produkcji podręczników szkolnych, prześcigają się w ofertach szkoleń, kusząc nauczycieli z koeli swoją ofertą wydawniczą. „Weterani” rozmaitych kursów podyplomowych, dokształcających itd., opowiadają, że to, czym ich „częstowano” na tych szkoleniach, mieli już na studiach i to w o wiele szerszym zakresie. Niemniej ktoś gdzieś kiedyś wymyślił, że taki trening im się przyda i oni go muszą obowiązkowo odbyć.

Nigdy nie jest oczywiście tak, że z chwilą uzyskania dyplomu ukończenia wyższej uczelni stajemy się alfą i omegą w swojej dziedzinie. Doskonale o tym wiemy zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy dyplomy uzyskują ludzie, których należałoby cofnąć do gimnazjum. Nigdy nie jest tak, że nie możemy tego, co robimy, zrobić lepiej i aby się do tego przygotować dobrze jest skorzystać z oferty dokształcającej. Nigdy też nie jest tak, że nasz kolega ze studiów nie mógł się wyspecjalizować w czymś, na czym my się nie znamy. Jeżeli sami lub nasi przełożeni na podstawie uzasadnionych przesłanek widzą, że potrzebujemy dodatkowej wiedzy w danej dziedzinie, szkolenia są jak najbardziej potrzebne. Oczywiście pod warunkiem, że faktycznie oferują coś nowego, ciekawego i przydatnego. Gorzej jest, jeśli kurs jest obligatoryjny, bo ktoś „na górze” podjął taką decyzję, wysłany na niego musi sam za ten kurs zapłacić, a jego jakość pozostawia wiele do życzenia. W tym wypadku pojawia się bowiem dość silne podejrzenie, że kurs organizuje ktoś, kto po prostu ma dobry układ z ludźmi, którzy są władni zmusić konkretnych ludzi do zapisywania się na taki kurs, czyli do ustawienia ich w roli przymusowych konsumentów.