czwartek, 30 stycznia 2014

O wycinku wiedzy, na którym trzeba zarobić



Internet roi się od doradców w sprawach naszej motywacji i samorozwoju. Z tysięcy ofert z zainteresowaniem obserwuję jedynie Damiana Redmera, który nie wciska populistycznych kitów banałów „wyznacz sobie cel i dąż do jego osiągnięcia”, ale stara się opracować ciekawe prezentacje oparte o badania psychologów. Tematem niniejszego wpisu nie będą jednak techniki motywacyjne, ale to, co mnie ostatnio „boli”, a mianowicie sposób pojmowania uniwersyteckiego podejścia do wiedzy przeciwstawiony życiowej pragmatyce.

Wszyscy internetowi (i nie tylko internetowi) „spece” od robienia z nieudaczników rekinów finansjery, czy też szeroko pojętych ludzi sukcesu, w co drugim zdaniu, które wygłaszają w opisie swojej metody, używają zwrotu „cenna wiedza”. A to „dzięki mojemu webinarowi nabędziesz cenną wiedzę, która zawiedzie Cię do sukcesu”, albo „na moim kursie otrzymasz zastrzyk cennej wiedzy, która….” itd. itp. Najczęściej okazuje się, że owa „cenna wiedza” to rzeczy, o których świadomie, czy podświadomie i tak wiemy, tylko ich z różnych powodów nie stosujemy. Stoją za tym najrozmaitsze mechanizmy naszego umysłu, ale nie jest moim dzisiejszym celem o nich pisać. Sedno sprawy tkwi w tym, że owi internetowi „guru” faktycznie liznęli nieco psychologii, z tego co liznęli, wyjęli momenty najbardziej efektowne (niekoniecznie efektywne), takie, które robią wrażenie, a przy tym są na tyle banalne, że trudno się z nimi nie zgodzić, po czym ubierają to w jakąś przystępną formę, tak by trafiła ona do szerokich warstw tych, którzy szybko i bez trudu chcą robić wrażenie mądrych i oczytanych.

Można powiedzieć, że ludzie ci wiedzą, jak wykorzystać wiedzę w praktyce, a zwłaszcza w praktyce zarabiania pieniędzy. W zeszłym roku trafił mi się kurs do przeprowadzenia, a mianowicie „angielska terminologia dla psychologów”, czyli po prostu lektorat fachowego angielskiego. Ponieważ nigdy wcześniej takiego kursu nie prowadziłem, wpadłem na pomysł, że będziemy analizować teksty z amerykańskich podręczników akademickich do psychologii (na zasadzie reading comprehension), tudzież z krótkich wykładów amerykańskich uczelni dostępnych w Internecie (jako listening). Studenci, którzy już wcześniej mieli ten materiał po polsku (w końcu były to podręczniki wprowadzające do głównych zagadnień współczesnej psychologii), mogli sobie podyskutować na tematy, które nie były im obce, po angielsku i myślę, że wielu z nich całkiem nieźle to szło.

To też jest tylko wstępna dygresja, bez której jednak nie mógłbym przejść do meritum. Otóż przygotowując te zajęcia, jako że nie jestem psychologiem, wiele rzeczy odkrywałem dla siebie i ku swojemu zaskoczeniu doszedłem do wniosku, że wiele z pojedynczych rozdziałów tych podręczników (wstępnych i podstawowych) zawierało całą ową „cenną wiedzę” propagowaną przez internetowych owej „wiedzy” depozytariuszy! Wystarczyło przeczytać 20-30 stron rozdziału o motywacji, albo o procesie uczenia się, i bez trudu można było odkryć materiał na 5-10 prezentacji tych, którzy na nich potrafią zarobić.

Biorąc pod uwagę również i to, że w większości zawodów wymagających wyższego wykształcenie przez całe życie wykorzystuje się zaledwie ułamek wiedzy nabytej (przynajmniej w teorii) na wyższej uczelni, trzeba sobie powiedzieć otwarcie, że stawianie problemu na zasadzie „wybierasz zły kierunek studiów, bo po nim nie znajdziesz pracy” jest zasadniczym błędem w myśleniu, któremu ulegamy wszyscy, łącznie z samymi pracownikami wyższych uczelni. Nie oszukujmy się, żeby uczyć historii w szkole podstawowej nie trzeba pamiętać o okrutnym królu Asyrii Tiglat-Pilesarze III, żeby uczyć języka angielskiego, nie znajdziemy zastosowania dla wszelkich niuansów prozodii czy gramatyki historycznej. Nauczyciel/ka przyrody może zapomnieć, że podczas studiów fascynowała go/ją flora Borneo, albo zaawansowana genetyka. Kto trafił do biura, czy do jakiejkolwiek firmy, i tak będzie się musiał całej roboty nauczyć na miejscu, natomiast dobrze byłoby umieć szybko czytać, przetwarzać informacje i prezentować je w postaci dobrze sformułowanych tekstów.

Zanim wymyślono, że każdy nauczyciel musi mieć wykształcenie wyższe magisterskie, istniały studia nauczycielskie (l.p. studium, przed wojną seminarium nauczycielskie), gdzie kształcono konkretnie w zawodzie. Studiując na uniwersytecie nabywamy (przynajmniej w teorii) wiedzę o wiele szerszą niż tylko tę praktyczną do wykorzystania w konkretnej pracy, tylko że nikt nam tego nie mówi. Kończąc uniwersytet mamy wrażenie, że tak naprawdę niczego nie umiemy. Tak się często obecnie faktycznie dzieje, ale to dlatego, że wypuszcza się studentów, którzy nie tylko nie powinni ukończyć studiów, ale nigdy nie powinni się na nie dostać. Nie znaczy to jednak, że samo przyswajanie wiedzy na poziomie akademickim jest bezużyteczne. Błąd polega na tym, że nikt nikomu nie tłumaczy, jak można na tej wiedzy zarobić.

Nie oszukujmy się jednak, najważniejszy w życiu jest charakter, czyli pewien zespół cech, który sprawia, że jedni zawsze sobie w życiu radzą, a niektórzy nawet bardzo dobrze, a inni już niekoniecznie. Podobno jego podstawy kształtują się już we wczesnym dzieciństwie, więc liczenie na to, że ktoś się zmieni w dorosłym życiu, jest raczej niewczesną mrzonką, niemniej ustalenie pewnych zasad postępowania może niektórych z nas przynajmniej zmusić do zmian pewnych nawyków. Tymczasem nawyki wykształcamy w kolejnych pokoleniach fatalne i to jest nasza wina! Jeżeli narzekamy, że młode pokolenie jest takie a takie, to pamiętajmy, że to pokolenie jest w dużej mierze odzwierciedleniem naszych własnych lęków i frustracji. Ktoś, kto od dziecka słyszy, że „w tym kraju nic się udać nie może”, ale że „nikt z naszej rodziny nigdy niczego się nie dorobił”, albo „w naszej rodzinie nikt nie miał głowy do nauki”, to nie ma się co dziwić, że głupota i bezradność stają się naszą cechą narodową przekazywaną w… no właśnie wcale nie w genach, a w memach!

Jeżeli od dziecka wpajano nam kult papierka, a nie konkretnych umiejętności, to nie ma się co dziwić, że idziemy na studia dla owego papierka, a nie żeby się czegokolwiek nauczyć. Niejednokrotnie osobiście słyszałem wypowiedzi rodziców na temat konieczności zdobycia byle jakiego dyplomu, bo przecież „w Polsce liczy się papier”. Prywatny przedsiębiorca, na którego zdrowy rozsądek tak kiedyś liczyłem, okazuje się, że również przyjmuje do pracy młodego człowieka z dyplomem, a potem się dziwi, że ten nic nie umie. Czyja to wina? Owszem wina i niedouczonego absolwenta i uczelni, która mu dała dyplom, ale przede wszystkim głupotą i krótkowzrocznością wykazał się sam pracodawca, który liczył, że uczelnia przyuczy kogokolwiek do pracy w jego konkretnej firmie. Tak się nie dzieje nigdzie na świecie, tylko że gdzie indziej pracodawcy zdają sobie z tego sprawę.

Zawsze byli i będą ludzie, którzy wręcz ze strachem będą unikać wszelkich praktycznych zastosowań swojej wiedzy, natomiast z ogromną pasją będą ją pogłębiać – tych należy kierować na naukowców. Problem w tym, że oni później jako wykładowcy akademiccy nie będą potrafili pokazać swoim studentom, że cokolwiek z przekazywanej im wiedzy można wykorzystać w praktyce i jeszcze na tym zarobić. W ten sposób można wytłumaczyć ten edukacyjny paradoks, który przerodził się w naszym kraju błędne przeświadczenie, że wykształcenie uniwersyteckie nie daje zawodu. Mając wykształcenie uniwersyteckie należy z nabytej przez siebie wiedzy (o ile ją się uczciwie nabyło!) wybrać jakiś fragment i z niego uczynić swój zawód. Do tego potrzeba jednak poczucia autonomii i odpowiedzialności za samego siebie, czego nikt dzisiaj nie uczy, ani dom rodzinny ani szkoła na żadnym szczeblu, Uniwersytet niestety też nie. 

Tymczasem łatwiej jest siać panikę i szukać taniej sensacji przy okazji robiąc krzywdę wszystkim dookoła, a największą samym sobie, bo to nie Pan Bóg nas karze odbierając rozum. Robimy to sami! 

sobota, 25 stycznia 2014

Ukraińskie dylematy


Tam, gdzie zabija się ludzi, nie powinno być żadnej dyskusji na temat oceny moralnej zabójców. Jako społeczność ludzka w większości już dawno umówiliśmy się, że pozbawianie ludzi życia jest złe i godne potępienia. Kiedy dochodzi do zbrodni popełnianych jawnie, przed kamerami reporterów, czyli praktycznie na oczach całego świata, ogarnia nas oburzenie już nie tylko na zbrodniarzy, bo to jest oczywiste, ale na resztę owego świata, która się bezczynnie przypatruje i palcem nie kiwnie, żeby zbrodniom zapobiec. Świat nic nie zrobił, kiedy Włosi zaatakowali Etiopię jeszcze przed II wojną światową, choć Hajle Sellasje apelował o pomoc na forum Ligi Narodów. My, Polacy, do dziś mamy pretensje do świata, że nie powstrzymał Hitlera przed i w 1939.

Kiedy tylko kraje, które uważają się za uprawnione do zagranicznej interwencji wojskowej w imię obrony praw człowieka, faktycznie wyślą swoje oddziały do krajów, gdzie popełniane są zbrodnie, natychmiast spotykają się z potępieniem, że same są agresorami i swoją wojskową obecnością robią więcej zła niż dobra.

Rozumowanie w kategoriach etycznych dobra i zła jest niezbędne, żeby w ogóle móc uzasadnić jakiekolwiek działanie, zwłaszcza w sferze publicznej. Każdy, kto głośno wyrazi opinię, że w polityce kategorie dobra i zła nie mają większego zastosowania, narazi się na opinię cynicznego relatywisty i makiawelicznego szatana. Wyrzeknięcie się kategorii etycznych sprawia bowiem, że tracimy poczucie (złudzenie) gruntu pod nogami, bez którego nie wiemy jak się w ogóle poruszać. Dlatego historia świata to jedno pasmo nie tylko okrucieństwa, ale nieustannych dysocjacji poznawczych i cierpienia spowodowanego zjawiskami, które nijak się mają do naszej siatki pojęciowej opartej na biegunach dobra i zła. Dzisiejszy zbawca jutro okazuje się krwawym dyktatorem. Polityczny morderca w ostatecznym rozrachunku może okazać się mniejszym złem niż nieudacznik nie radzący sobie z anarchią.

Okrutny reżim Saddama z wieloma przykładami zbrodni w jakimś ogólnym rozrachunku zapewniał bezpieczeństwo w większym stopniu, niż anarchia i krwawa walka każdego z każdym po wkroczeniu Amerykanów. Bombardowanie Serbii w imię obrony kosowskich Albańczyków przed prześladowaniami ze strony kosowskich Serbów osobiście uważam za jakąś koszmarną kpinę historii, natomiast samo uznanie Kosowa jako niepodległego państwa de facto etnicznie albańskiego, to pogwałcenie wszelkich zasad, jakimi do tej pory kierowała się polityka międzynarodowa. Złamano zasadę nienaruszalności granic suwerennych państw, oraz stworzono państwo oparte na zasadzie nacjonalistycznej, w której Albańczycy prześladują Serbów, którzy nagle stali się mniejszością.

Doskonale pamiętam „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie. Wszyscy polscy politycy, łącznie z lewicą, udali się wówczas do Kijowa udzielając moralnego poparcia zwolennikom opcji prozachodniej. Przyglądałem się temu wydarzeniu z dużą sympatią dla przeciwników Leonida Kuczmy, ale równocześnie natrętnie przychodził mi na myśl casus Polski, gdzie wkrótce po obaleniu komuny naród demokratycznie wybrał byłego komunistycznego aparatczyka na prezydenta, a i w Sejmie oddał jego kolegom większość głosów. Cynicznie mówiłem sobie „Ciekawe, kiedy Ukraińcom znudzi się demokracja”. I w tym wypadku nie trzeba było długo czekać na odwrócenie się większości społeczeństwa od Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko. Demokratycznie, większością głosów, Ukraińcy wybrali Wiktora Janukowycza, którego promoskiewskie sympatie od początku nie były nikomu obce!

Obecnie obserwujemy protest przeciwko jego polityce kierującej Ukrainę w ramiona Moskwy. Ukraińcy na Majdanie chcą do Unii Europejskiej, której włodarze tak naprawdę nie mają żadnego pomysłu na to, co z tym fantem zrobić. W bogatych krajach Zachodu na razie nie potrzeba więcej taniej siły roboczej, bo wystarczają Polacy, a przecież są też Bułgarzy i Rumuni. Pakować pieniędzy w nowy kraj członkowski też chyba sytym krajom UE już się nie chce, bo przecież trzeba jakoś wybrnąć z problemów finansowych Europy południowej. Nie najlepszy moment sobie Ukraińcy wybrali.

Tymczasem wielu z nas się pewnie zastanawia, czego to się Ukraińcy spodziewają po wejściu do Unii Europejskiej. Mogliby już dziś przeanalizować, czy ich fabryki spełniają europejskie normy i czy pod tym czy innym pretekstem UE nie każe im ich pozamykać. Eurosceptyczny premier Węgier, jak informują media, orientuje swój kraj na współpracę gospodarczą z Rosją, bo unijną biurokrację uważa za szkodliwą dla gospodarki własnego kraju. W tym momencie reakcja prawej strony politycznej sceny Polski wydaje się nieco schizofreniczna. Krytycy dominacji państw „starej Unii” stają się wielkimi orędownikami przyłączenia Ukrainy do tworu, który sami krytykują. Najważniejsze bowiem to wyrwać Ukrainę spod wpływów Rosji. Ba, wielu polityków, a także moich znajomych, zapałało wiarą, że oto teraz pojawiła się szansa, żeby Ukraina znalazła się w sferze wpływów Polski, że pora wskrzesić tradycję Pierwszej Rzeczypospolitej. Takiej dawki politycznej naiwności połączonej z oszołomieniem samą sytuacją dawno nie mieliśmy okazji doświadczać.

Analizując sytuację na Ukrainie należy sobie uświadomić, że kraj ten nigdy nie był monolitem i nigdy nim nie będzie. Rosyjskojęzyczna wschodnia Ukraina pozostanie politycznym zapleczem polityków pokroju Janukowycza (choć oczywiście i tam żyją ludzie posługujący się na co dzień językiem rosyjskim, ale nie odczuwający żadnej emocjonalnej więzi z Moskwą), natomiast Ukraina zachodnia będzie zapleczem opcji niepodległościowej, czy wręcz nacjonalistycznej. Do tego dochodzą ludzie, dla których zachodni styl życia jest ideałem i celem samym w sobie.

W samej Polsce z kolei również mamy do czynienia z różnymi podejściami do kwestii ukraińskiej. Sentymentalno-historyczna opcja Jarosława Kaczyńskiego znajduje największy opór wcale nie w jakiejś opcji promoskiewskiej, o jaką tradycyjnie podejrzewa się SLD, ale w obozie, który potencjalnie mógłby mu być bliski, bo oto szereg zwolenników prawicy podziela zdanie księdza Isakowicza-Zaleskiego, że dopóki Ukraińcy nie przeproszą za zbrodnie własnych nacjonalistów z czasów II wojny światowej, z narodem tym nie należy mieć nic do czynienia. A przecież zachodnioukraińscy nacjonaliści to jedni z najgłośniej protestujących przeciwko Janukowyczowi. I tak źle i tak niedobrze.

Na wpływy Polski na Ukrainie bym nie liczył. Najlepszym przykładem „współpracy” naszego kraju z państwami, których terytoria znajdowały się niegdyś w granicach Rzeczypospolitej, jest Litwa. Zwycięstwo opcji antymoskiewskiej może się okazać zwycięstwem spadkobierców OUNu i UPA, zaś promoskiewskiej to wiadomo.

Ja bym bardzo chciał nauczyć się nie roztrząsać takich dylematów, tylko podzielić entuzjazm moich znajomych wobec zrywu narodu ukraińskiego. Niestety nie umiem wizualizować sobie dobrego scenariusza dla Ukrainy, w którym Polska mogłaby odegrać jakąś istotną i pozytywną dla siebie rolę. Zapominając nawet o ukraińskich nacjonalistach, tak samo jak podczas „pomarańczowej rewolucji” mam wielkie wątpliwości co do stałości prozachodniego kursu Ukrainy. O roku do pięciu lat rozczarowań wobec polityki gospodarczej Zachodu wobec tego kraju, tudzież niepowodzenia nowych prozachodnich włodarzy kraju ponownie wpędziłoby Ukrainę w ramiona polityków prorosyjskich i tak dalej i tak dalej.

Pytanie brzmi: Czy Ukraina jest skazana na wieczny rozkrok między Rosją a Zachodem? Jeżeli tak, to jakie jest dla niej najlepsze rozwiązanie? Podział kraju wg kryterium geograficznego (wschód pod wpływami Moskwy, zachód Brukseli, bo Warszawa może o jakichkolwiek wpływach zapomnieć)? A może wreszcie jakiś wielki prawdziwie paneuropejski system, w którym Rosja nie byłaby postrzegana jak wróg publiczny nr 1? Na to jednak nie ma co liczyć dopóki w Moskwie rządzi Władimir Putin ze swoją mocarstwową wizją swojego kraju. Poza tym takiej opcji nigdy nie poparliby Polacy, bo wtedy nie byłoby już nawet czysto formalnej przeszkody, żeby wierzyć, że Polską rządzi oś Berlin-Moskwa.

Tak sobie głośno myśle…

Tymczasem giną ludzie i na długie myślenie nie ma czasu!

sobota, 18 stycznia 2014

Reformy Jerzego Buzka a obecna propozycja Leszka Millera



Od czasów czterech reform rządu Jerzego Buzka przymierzałem się do napisania o własnych wobec nich wątpliwości, ale czas mijał, ja nie napisałem, natomiast inni już temat podjęli i to całkiem aktywnie. Żeby jednak wszystko było jasne, byłem wielkim zwolennikiem Buzkowych reform, ba, wręcz entuzjastą. Wiara w lepszą przyszłość, jakie wówczas we mnie wzbudziły, chyba nawet nie da się porównać z żadnym innym entuzjazmem w moim życiu. Upadek komuny w 1989 r. jakichś namacalnych zmian od razu nie wniósł, oprócz twarzy w telewizji, ale też tylko niektórych. Przez pierwszą połowę lat 90. ubiegłego stulecia uważałem, że w sumie to gdyby komuna przetrwała, nasze życie niewiele mniej by się zmieniło. Komuniści wpuściliby zachodni kapitał, zaś cały system machiny państwowej działałby tak samo. Balcerowicz co prawda przykręcił śrubę w imię rozwoju gospodarki, czego też do końca wówczas nie rozumiałem, bo sobie przecież wyobrażałem, że jak będzie kapitalizm, to każdy się będzie bogacił, a państwo nie będzie karało za to, że ktoś za dużo zarobił. Myliłem się, ale ponieważ efekt w postaci zdławienia hiperinflacji był faktycznie imponujący, uznałem, że Balcerowicz jednak zrobił dobrze. Niemniej w wielu dziedzinach życia stosunki wyglądały jak za komuny. Dlatego reformy Buzka z 1999 roku przywitałem z niekłamanym entuzjazmem

Wierzyłem w to, że wprowadzenie gimnazjum i liceum przygotowującego już tylko z kilku przedmiotów potrzebnych do studiów wybranego kierunku, będzie wspaniałym krokiem, który naszej młodzieży przyniesie same korzyści – skuteczniejszy proces dydaktyczny połączony z przyjemnością zdobywania wiedzy. Rozczarowanie przyszło już wkrótce, kiedy się zorientowałem, że realizuje się taki sam program jak wcześniej i tymi samymi metodami, tylko, że ósmoklasista jest uczniem drugiej klasy gimnazjum. No może nie do końca taki sam program, bo np. trzeba było podzielić historię na trzy powtarzające się kursy (oczywiście z pewnym poszerzaniem materiału), przez co uczniowie nauczycieli, którzy nie wyrabiali się z programem, nigdy nie poznali II wojny światowej. Kilka lat zajęło dostosowanie programów do potrzeb nowego podziału szkolnictwa. Z podstawówek np. wyrzucono geografię, a ostatnio z dwóch ostatnich lat liceum zrobiono to, czego kiedyś właśnie oczekiwałem, czyli kilka kursów przygotowujących do wybranego kierunku studiów. Problem w tym, że mnie się to w międzyczasie przestało podobać, ponieważ uważam, że młody człowiek w wieku lat 17-18 często jeszcze nie ma pojęcia, co będzie chciał studiować. Poza tym np. okrojenie programu historii w tych klasach może zaowocować poważnymi brakami w edukacji obywatelskiej kolejnych pokoleń. To jest jednak temat na osobną dyskusję, bo wcale też nie należę do tych, którzy uważają, że wszystkich młodych ludzi trzeba zmuszać do zapamiętywania wszystkich szczegółów z przeszłości.

Reforma zdrowia okazała się zupełnie nie tym, czego się spodziewałem, ponieważ Kasy Chorych wcale nie stały się konkurującymi ze sobą firmami, czy też spółdzielniami (na kształt tych przedwojennych) prześcigującymi się oferowaniu pacjentom coraz lepszych usług, a po prostu zwykłymi organami administracji służby zdrowia, a przy tym instytucjami o wysokim stopniu upolitycznienia, na których każdy wódz partyjny uposażał swoje wierne sługi. Kiedy w miejsce Kas Chorych powołano Narodowy Fundusz Zdrowia, zapłonąłem świętym oburzeniem na niecnych komuchów, którzy pana Buzkową reformę zniweczyli i wszystko na nowo zcentralizowali, ale dzisiaj uważam, że nie miało to większego znaczenia. Instytucja lekarza rodzinnego bardzo mi się podoba, choć znam ludzi, którzy na swoich lekarzy narzekają. Ja po latach czekania w długich kolejkach do internisty z wielką ulgą zapisałem się do przychodni prowadzonej przez moją lekarkę rodzinną, gdzie przez telefon umawiam się na konkretną godzinę, a podstawowe badania laboratoryjne mogę zrobić na miejscu.

Roforma emerytalna właśnie umarła na naszych oczach, więc nie ma o czym rozmawiać. OFE, jak się okazało, to nie były nasze pieniądze, które miały na nasze emerytury zarabiać, pomijając już to, że one w ogóle nie zarabiały. ZUS wybudował szklane pałace, kupił luksusowe samochody, skomputeryzował się dając zarobić jednemu prywatnemu przedsiębiorcy, tudzież zatrudnił więcej pracowników, którym wypłaca co jakiś czas premie, ale wszystkie media mówią, że np. moje pokolenie może po prostu nie dostać emerytury, bo system się załamie.

Od samego początku miałem nieco wątpliwości co do reformy administracji terytorialnej Polski. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie podniecał mnie powrót do tradycyjnego podziału na duże województwa i do staropolskich powiatów, ale od samego początku miałem problem z przeliczeniem oszczędności na administracji państwowej. Żeby nie wiem jak liczyć, za nic mi nie wychodziły obliczenia, z których wynikałoby, że teraz państwo będzie potrzebowało mniej pracowników. Owszem, znikną 33 województwa i ich urzędy, ale za to powoła się 380 urzędów powiatowych, przy czym w gminach nic się nie zmieni. Wyglądało na to, że teraz tych urzędników państwo zatrudni jeszcze więcej, a ktoś ich przecież będzie musiał utrzymywać.

Miałem też wątpliwość innego typu. Otóż z dzieciństwa doskonale pamiętałem reformę Gierka z 1975 r. Oprócz tego, że trąbiły o niej wszystkie ówczesne gazety i reżimowa telewizja, to jeszcze nasi nauczyciele w szkole podstawowej poczuwali się do obowiązku wytłumaczenia nam, jak jest jej sens. Argument, który mnie jako dziesięciolatkowi utkwił w głowie, polegał na tym, że pierwszy sekretarz Gierek mądrze to wszystko obmyślił, ponieważ teraz nastąpi ożywienie mniejszych ośrodków miejskich w Polsce, które z zapyziałej prowincji staną się poważnymi ośrodkami cywilizacji. Wzrośnie prestiż tych miast, ponieważ będą tam urzędy państwowe, obywatele będą mieli bliżej do urzędu wojewódzkiego, bo np. ze Skierniewic nie trzeba będzie jeździć do Łodzi, a dzięki temu nastąpi ożywienie gospodarcze i kulturalne, bo zbuduje się w tych miastach kina, teatry, domy kultury itd. I to do mnie, dzieciaka interesującego się polityką, wówczas przemawiało. Oczywiście Gierek mógł mieć jakieś inne intencje. Pewien mój znajomy przytoczył np. argument, że chciał on mieć pod swoją kontrolą 49 słabych sekretarzy wojewódzkich zamiast 17 silnych. Może i tak, ale w świetle całego problemu, nie wydaje mi się to dzisiaj takie istotne.

Decentralizacja i ożywianie prowincji, jako element aktywizujący lokalne społeczności i przedsiębiorcze jednostki, to idea, które jest mi nadal bardzo bliska, dlatego co jakiś czas wracała do mnie myśl o tych gierkowskich 49 województwach, ale oczywiście z silnymi samorządami. Często miewam sceptyczny stosunek do Unii Europejskiej ponieważ uważam, że w przypadku Polski prowadzi ona do jej peryferyzacji, co przejawia się w braku wiary obywateli naszego kraju we jego rolę w całym systemie europejskim, oraz do grawitacji w kierunku Brukseli, Berlina i Londynu, przy demograficznym drenażu kraju nad Wisłą. Uważam, że bezcenne są wszystkie działania prowadzące do ożywienia społeczności lokalnych, które nie ulegną dezintegracji na skutek odpływu do centrum.

Niestety nie byłbym sobą, gdybym nie dostrzegł wielkiego „ALE”. Otóż obserwacja rzeczywistości prowadzi mnie do wniosku, że nawet najlepsze reformy mające na celu wywołanie pewnych ogólnych trendów, niczego nie zmienią, jeżeli w danym miejscu i czasie nie znajdzie się grupa bardzo konkretnych ludzi gotowych do działania na rzecz jakiejś idei. Jeżeli zabraknie konkretnego materiału ludzkiego, czyli np. jeżeli w Sieradzu zabraknie lokalnych entuzjastów z pomysłem na swoje miasto, żadna reforma nic nie pomoże. Ba, taka grupa entuzjastów może okazać się również bez znaczenia, jeżeli nie uda im się pociągnąć za sobą większej liczby współobywateli. Jeżeli bowiem nie uda się wytworzyć w obywatelach danego miasta głębokiego, a przy tym naturalnego, przeświadczenia, że w tymże mieście warto żyć i planować przyszłość swoją i swoich dzieci, nie pomogą żadne przetasowania na mapie. Jeżeli dodamy do tego czynnik gospodarczy, musimy z przykrością skonstatować, że jeżeli za awansem administracyjnym danego miasta nie idzie rozwój gospodarczy w postaci przedsiębiorstw dających zatrudnienie mieszkańcom, nic temu miastu nie pomoże.

Dwadzieścia cztery lata gierkowskich województw niestety nie zrobiły z Suwałk czy Tarnobrzega metropolii, natomiast największy rozwój Zamościa nastąpił w ostatnim dziesięcioleciu, a nie w czasach, gdy był on stolicą województwa. Wiara w magiczną moc decyzji administracyjnych władz to w moim przypadku już przeszłość. Nie wiem więc, co dokładnie przyświeca Leszkowi Millerowi, który w imieniu SLD proponuje powrót do 49 województw. Gdyby taka reforma zaowocowała odczuwalną redukcją etatów urzędniczych utrzymywanych z naszych podatków a przy tym faktycznym ożywieniem gospodarczym i kulturalnym „nowych” stolic województw, byłbym za, pomimo całego sentymentu do staropolskich powiatów. Ponieważ jednak polskie doświadczenie pokazuje, że każda, ale to dosłownie każda reforma w naszej Rzeczypospolitej przynosi kilka lat bałaganu z powodu niedostatecznego jej dopracowania i braku środków finansowych, jestem bardzo ostrożny wobec tego typu propozycji. Żyjemy w czasach, w których nawet duże ośrodki są w odwrocie (vide Łódź), w których tysiące młodych ludzi wyjeżdża do europejskich centrów ciężkości, czyli do krajów, w których po prostu generuje się i zarabia pieniądze. Czy w tych warunkach awans kilku prowincjonalnych miast do rangi stolicy województwa może przynieść jakiekolwiek efekty? Osobiście bardzo wątpię. We wszystkich dziedzinach wolałbym bowiem mniej reform, a więcej skutecznej pracy. Reformy oczywiście zawsze będą potrzebne i sam mam wielkie marzenie, żeby jednak w kilku dziedzinach życia publicznego je przeprowadzić (np. w szkolnictwie wyższym, ale również i tym niższych szczebli). Na razie te proponowane ostatnio przez różne partie traktuję jak polityczne fetysze, które nijak się nie przekładają na lepsze życie obywateli Rzeczypospolitej.

Bodźcem do napisania tych kilku refleksji był tekst Bartłomieja Radziejowskiego, „Polska 49”, czyli Millera strzał w dziesiątkę: http://www.nowakonfederacja.pl/polska-49-czyli-millera-strzal-w-dziesiatke/

niedziela, 5 stycznia 2014

Czy "nadzieję radykalną" możemy odnieść do zmian w tzw. społeczeństwach rozwiniętych? (2)



Plemię Wron nie zawsze polowało na bizony. Istnieją przesłanki, które każą wierzyć, że w XVII wieku było to osiadły szczep rolników. Nabycie umiejętności jazdy konnej, ale pewnie i inne czynniki – być może zagrożenie ze strony innych, bardziej wojowniczych plemion, zmienił Wrony w preriowych myśliwych, rabusi i zabijaków popisujących się swoimi przewagami nad wrogami. Wódz Wiele Przewag osiągnął tyle, że w odpowiednim czasie Wrony postawiły na fizyczne przetrwanie, a nie obronę starego stylu życia za wszelką cenę. Inne grupy Indian, np. Siuksowie, kurczowo trzymały się swojej kultury i skończyły w nędzy i społecznej degradacji, jakie zafundowały im rezerwaty.
            Zostałem wychowany na książkach i filmach o szlachetnych Indianach okrutnie wyniszczonych przez cywilizację złych białych, ale spojrzawszy trzeźwo na całą sytuację, złe to było z pewnością wybicie prawie wszystkich bizonów i oczywiście złe były wypędzenia, konfiskata ziemi i masakry dokonywane na rdzennych Amerykanach. Jeżeli chodzi jednak o wojowniczy aspekt ich życia polegający na rabowaniu innych plemion i krwawych wojnach z nimi, które osobiście lubię porównywać z brutalnymi „ustawkami” współczesnych kiboli, myślę, że zabronienie rozlewu krwi z tak błahego powodu jak pokazanie swojej przewagi (bo praktycznie tylko do tego sprowadzał się cel tych wojen), nie było aż tak złe. W imię obrony jakiejś kultury nie należy pozwalać na takie praktyki, podobnie jak na składanie ofiar z ludzi. Nie wierzę bowiem w taki byt, jak kultura. Uważam natomiast, że życie człowieka jest z kolei bardzo konkretną wartością, którą należy chronić.
            Co jednak z tą tożsamością, która przecież w ogromnej mierze jest wytworem kultury, zwłaszcza jeśli mówimy o tożsamości narodowej czy też etnicznej? Nakazanie niemal natychmiastowych zmian zachowań na zupełnie inne, a już zwłaszcza przewartościowanie pojęć, każdego wprawia w dysonans poznawczy i dyskomfort psychiczny co w praktyce prowadzi do głębokiego poczucia frustracji i „końca świata”.
            Rewolucjoniści wszelkiej maści z założenia walczą z kulturą, w której wyrośli, ponieważ uważają ją za złą. Proponują więc uznanie za dobre coś, co do tej pory uważano (słusznie czy niesłusznie) za złe i vice versa. Dlatego m.in. prawdziwe rewolucje są zazwyczaj krwawe, ponieważ zwolennicy starego systemu wartości łatwo się nie poddają, a czasami nawet wolą fizycznie odejść wraz ze swoją kulturą, niż cierpieć zmiany, które uznają za złe. Chłopi z Wandei ginęli w obronie katolickiego systemu postrzegania dobra i zła przeciwko rewolucjonistom, którzy uważali, że to właśnie katolicki system jest zły. Pomijam tu oczywiście banalną prawdę, że przy każdej rewolucji, wojnie czy sporze politycznym ogromną rolę odgrywają cyniczni cwaniacy, którzy nie wyznają żadnego systemu wartości.
            Ludzie uważający się za heroldów postępu często z troską pochylają się nad ginącymi kulturami, wymierającymi językami czy starymi obyczajami plemion żyjących po swojemu od pokoleń. Z głębokim oburzeniem krytykują „cywilizatorów”, czyli reprezentantów wszystkiego tego, co złe w europejskiej kulturze, a więc chciwość (w tym kapitalizm jako jej manifestacja) i żądza władzy. Równocześnie nie dostrzegają, że wywracają do góry nogami cały system wartości, którym niektórzy ich rodacy żyją od pokoleń. Nie ma się jednak co oszukiwać – kultura w jakiejś w miarę jednolitej formie występuje tylko w społeczeństwach pierwotnych. Gdziekolwiek kultura zaczyna swój proces przekształcania się w cywilizację, a więc w społeczeństwo o zróżnicowanych rolach zarówno w codziennych zajęciach jak i w hierarchii władzy i ważności, tam ludzie są skazani na nieustanny Kulturkampf, choć być może tak tego nie nazwą. Europa na dobrą sprawę nawet w średniowieczu nie reprezentowała jednolitej kultury, choć możemy mówić o dominacji myśli chrześcijańskiej. Niemniej ruchy heretyckie, bunty chłopskie, czy choćby zniszczenie kultury anglo-saskiej przez francuskojęzycznych Normanów wskazują na nieustanny ruch i zmianę. Pomijając średniowiecze można postawić tezę, że przez całą nowożytność i współczesność społeczeństwa europejskie, czy też pochodzenia europejskiego, właściwie nie robią nic innego, tylko dekonstruują każdy obecny stan kultury po to, żeby zaproponować coś nowego. Ponieważ idealne rewolucje, tzn. takie, które od razu są w stanie zmienić ludzkie myślenie, nigdy się nie zdarzają, obok siebie funkcjonują grupy ludzi hołdujących innym systemom wartości. Ponieważ w cywilizacjach ludzie gotowi są zmuszać innych do uznania swojego systemu (w kulturach „pierwotnych” nie jest to konieczne, ponieważ proces wychowania jest nie tyle represyjnym systemem indoktrynacji, co praktyczną nauką przetrwania), mamy do czynienia z nieustannym ruchem, który niektórzy nazywają postępem. Czy jest to faktyczny postęp (osobiście uważam, że tak i jest to m.in. zasługa właśnie zachodniego sposobu myślenia, czyli nieustannego podważania tego, co zastane), można polemizować, ale faktem pozostaje, że kolejne pokolenia męczą się ze sobą nawzajem i najczęściej umierają w zgorzknieniu spowodowanym poczuciem przegranej. Przegranej całego systemu, w który wierzyli.
            Jako przykład można podać Francję, gdzie od 1789 (tak naprawdę już od czasów les philosophes) aż do dziś da się zaobserwować nieustanną walkę o wartości i o samą definicję Francji i jej kultury. Przyzwyczailiśmy się, że ta niekończąca się walka idei to po prostu część naszej kultury i tak też ją pojmujemy. Niemniej stanowimy społeczności o podejściu do własnej tożsamości całkowicie odmiennej od indiańskich, czy jakichkolwiek tzw. plemion pierwotnych, zaś coś, co można by od biedy nazwać naszą kulturą, poddaliśmy procesowi permanentnej dezintegracji. Ponieważ żyjemy w czasach przymusowej innowacyjności, jesteśmy skazani na nieustanny postęp, ergo na nie kończącą się frustrację i rozczarowania. Nie widzę tutaj żadnego rozwiązania tego niezbyt przyjemnego stanu. Po prostu trzeba się przyzwyczaić do sporów ideologicznych tak samo jak Wrony były przyzwyczajone do nieustannych wojenek z Siuksami.

piątek, 27 grudnia 2013

Czy "nadzieję radykalną" możemy odnieść do zmian w tzw. społeczeństwach rozwiniętych? (1)



Amerykański współczesny filozof, Jonathan Lear, w swojej książce Radical Hope (Nadzieja radykalna) podjął próbę wyjaśnienia mechanizmu pojawienia się optymistycznego myślenia na temat przyszłości narodu (plemienia), który utracił własną kulturę, a przez to podstawę swojego poczucia tożsamości. Lear zbudował całą swoją konstrukcję myślową wokół wodza indiańskiego plemienia Wron (Crows) Plenty Coups (z tego, co wiem, w polskim przekładzie, który ma się dopiero ukazać, oddano jego imię jako „Wiele Przewag”), który jako dziecko w inicjacyjnym śnie ujrzał zniknięcie bizonów i pojawienie się w ich miejsce krów (których wcześniej nigdy był nie widział). Dostał tam też wskazówkę od swojego ducha-przewodnika, żeby uczył się mądrości od sikory, ptaka uważanego przez jego współplemieńców za istotę niezwykle utalentowaną w kierunku właśnie uczenia się od otoczenia.

Wszystko stało się tak, jak Wiele Przewag przewidział. Biali wybili bizony i zakazali walk między plemionami. To pierwsze podcięło podstawy fizycznej egzystencji wielu szczepów rodzimych Amerykanów, zaś to drugie pozbawiło tę egzystencję resztek sensu. Kiedy wódz opowiadał historię swojego plemienia, potrafił dojść w swojej narracji do dnia zamieszkania w rezerwacie, ponieważ po tej dacie „nic się już nie zdarzyło”. Z jednej strony więc mądry przywódca praktycznie bezboleśnie (w odróżnieniu od Siuksów czy Czejenów, którzy toczyli z białymi krwawe wojny) poddał się dyktatowi białych, zalecając swoim ludziom naukę angielskiego, pisania, czytania i zdobywania dalszego wykształcenia, a nawet przyjmowania chrześcijaństwa, przez co uważał, że ocala swój naród, a z drugiej sam doskonale czuje, że w dniu zamieszkania w rezerwacie nastąpił „koniec historii”, przynajmniej w kontekście jego rodzimej kultury, a więc w kontekście wszystkiego tego, co stanowiło jakiś sens. Wrony, idąc za przykładem mądrej sikory, zaczęły uprawiać ziemię (choć sam Wiele Przewag sprzeciwił się parcelacji ziemi rezerwatu na prywatne działki, bo obawiał się, że wtedy jego rodacy szybko je wyprzedadzą białym – skąd my to znamy? ), zaś mężczyźni plemienia w każdym pokoleniu zasilali szeregi armii Stanów Zjednoczonych (walczyli m.in. w obu wojnach światowych). Wrony biorą udział w ogólnoindiańskcih uroczystościach i rytuałach, które tak naprawdę są sztuczną (re)konstrukcją obyczajów różnych plemion, których mieszanie przed podbojem przez białych żadnemu Indianinowi nie przyszłoby do głowy, ale również zachowują swoje poczucie odrębności plemiennej, ponieważ wykształcili zupełnie inne podstawy swojej tożsamości (m.in. tradycja służby w US Army, choć Siuksowie z tego powodu nazywali ich zdrajcami).

To właśnie wypracowanie nowej tożsamości, nowej przestrzeni kulturowej, w obliczu całkowitego zniszczenia starego sposobu życia, dokonało się dzięki mądrej polityce wodza Wiele Przewag, wypływającej dzięki jego „nadziei radykalnej”.

Jonathan Lear rozważa m.in. różne podejścia do definicji pojęcia „męstwo”, bo to, jako jedna z cnót promowanych przez wiele kultur, wymaga doprecyzowania. U Wron w czasach bizonów sprawa była dość prosta. Życie wojownika toczyło się wokół jego „laski przewag”, które to narzędzie służyło dotykania przeciwnika przed jego zabiciem i oskalpowaniem (żeby tenże przeciwnik nie zginął nieświadomie w ferworze walki, ale żeby wiedział, że za sekundę zostanie pozbawiony życia przez wielkiego wojownika). Szczytem męstwa zaś było wbicie laski przewag w ziemię i jej pilnowanie, czyli nie pozwolenie, by wrogowie przekroczyli granicę przez nią wyznaczoną, co najczęściej wiązało się z wysokim ryzykiem utraty życia, jeżeli przeciwnicy mieli przewagę liczebną.

Kiedy Wronom zabroniono walczyć z Siuksami, laska przewag nagle straciła jakiekolwiek znaczenie, a wraz z nią cały sens życia mężczyzny-Wrony. To dlatego właśnie, mimo swojej „nadziei radykalnej” wódz Wiele Przewag nie umie opowiadać o ostatnim, dłuższym odcinku swojego życia, ponieważ dla niego historia skończyła się wraz z końcem roli laski przewag. Później z Wronami działo się to samo, co ze wszystkimi, a więc jego biały rozmówca mógł sobie sam dopowiedzieć dalszą historię Wron, która niczym się nie różniła od historii innych Amerykanów (choć to oczywiście nie do końca prawda).

Ilekroć czytam takie historie mam nieodparte wrażenie, że opowiadając o plemionach „pierwotnych”, czyli o grupach ludzi o bardzo konkretnym i przejrzystym poczuciu tożsamości zbiorowej, łatwo jest nam i o współczucie i o zadumę nad losem przemijających kultur. Gdybyśmy jednak spróbowali ten sam rodzaj refleksji zastosować wobec narodów o dość długiej historii tzw. cywilizacji, cały dość jasny wywód Jonathana Leara musiałby ulec rozwodnieniu, zmąceniu, a następnie musiałby się zamienić w burą breję, w której wszyscy stracili orientację i nikt nie wie o co chodzi.

Tam gdzie jedno plemię, a tak naprawdę jego warstwa rządząca, potrafiła narzucić swoją władzę i dyskurs innym plemionom tworząc w ten sposób zręby cywilizacji, tam siłą rzeczy zaczęły się procesy, które trwają do dziś, czyli nieustannej dekonstrukcji starych systemów wartości i zastępowania ich nowymi. Koniec wieku osiemnastego przyniósł w tym względzie duże przyspieszenie, tak że każde schodzące pokolenie zaczęło mieć poczucie totalnej klęski spowodowanej kulturową katastrofą. Za życia jednego pokolenia może dojść do trzech (a co najmniej dwóch) zmian w sposobie myślenia o wartościach. Oczywiście ludzie tak szybko poglądów nie zmieniają, ale przez to również muszą żyć w ogromnym stresie i umierać w poczuciu frustracji, ponieważ ich światy giną jeszcze za ich fizycznego życia. Niektórzy potrafią sobie z tym jakoś radzić, z rezygnacją godząc się na zmiany wprowadzane zarówno przez ich rówieśników, jak i pokolenie ich dzieci i wnuków, ale doprawdy wahałbym się nadać temu nazwę „nadziei”, a już na pewno nie „nadziei radykalnej”.

Osobiście uważam, że jedynym źródłem tej nadziei jest po prostu fakt istnienia naszych fizycznie funkcjonujących ciał, oraz istnienia naszych potomków, którzy przekażą dalej nasze geny, ponieważ o przekazaniu naszych „memów” już raczej boimy się marzyć.

środa, 18 grudnia 2013

O zapamiętywaniu kilka luźnych myśli



Na jakiej zasadzie pewne rzeczy zostają w naszej pamięci bez żadnego wysiłku, a inne musimy ciągle powtarzać, a i tak za nic w niej nie chcą się zatrzymać na dłużej, to jedna z tajemnic, którą chcieliby zgłębić metodycy nauczania najrozmaitszych przedmiotów. Czasami całkiem nieźle im się to udaje, a czasami z uporem maniaka proponują metody, który nie przynoszą jakichś olśniewających wyników.

Nie o metodyce jednak dzisiaj chcę napisać, ale o tych dziwnych priorytetach naszego umysłu. Nie uważam się za wielkiego znawcę kina, choć lubię filmy, zarówno te, które uznajemy dziś już za klasykę, jak i całkiem nowe, ale wobec tych ostatnich zazwyczaj mam tak wysokie wymagania, że rzadko który mi się podoba. To chyba oznaka starzenia, takie krytykanctwo wobec wszystkiego, co nowe. Kiedy sobie o tym przypominam, staram się życzliwiej podchodzić do nowych propozycji artystycznych, ale i tak jakoś mi się słabo podobają. Istnieje prawdopodobieństwo, że one naprawdę są niewiele warte. To już jednak osobny temat.

Mam całkiem spore grono znajomych, którzy lubią się popisywać swoją erudycją dotyczącą literatury, kina i muzyki. Przy nich często czuję się jak jakiś kmiotek, co to w kinie nigdy nie był, bo kiedy zaczną wymieniać aktorów, reżyserów i tytuły utworów, często nie jestem w stanie ich skojarzyć. Niemniej czasami udaje mi się przyłapać moich znajomych na pewnej powierzchowności wiedzy, pokrytej elokwencją i egzaltacją.

Swego czasu na którymś z internetowych forów zaczęły się zachwyty nad Fellinim. Ponieważ akurat tak się złożyło, że Federico Fellini wyreżyserował kilka filmów, które i na mnie zrobiły wielkie wrażenie, chętnie się w tę dyskusję włączyłem. Kiedy doszło do omawiania „Rzymu” (1972) wtrąciłem uwagę o motywie kopania tunelu pod rzymskie metro. Jak pamiętamy, film dzieje się na dwóch planach czasowych – podczas ostatnich lat dyktatury Mussoliniego i w czasach współczesnych – tzn. współczesnych kręceniu filmu. Ten drugi plan czasowy to przede wszystkim sceny kopania metra, podczas którego maszyna miele na pył wszystkie starożytne zabytki, jakie spotyka po drodze. Budowniczowie po początkowym wahaniu porzucają skrupuły wobec dziedzictwa antyku, ponieważ inaczej w robotach nastąpiłyby opóźnienia. Kiedy o tym wspomniałem, dwoje znajomych wyraziło zdziwienie, ponieważ za nic nie mogli sobie przypomnieć jakiejkolwiek sceny związanej z kopaniem tunelu pod metro. To z kolei mnie się wydało dziwne, ponieważ jest to element powracający z regularną częstotliwością przez cały film. Mnie zapadło to w pamięć, a ponieważ „Rzym” oglądałem w polskiej telewizji jako uczeń szkoły podstawowej, do dziś nie wiem, dlaczego zapamiętałem akurat to kopanie metra, podczas gdy inne sceny „Rzymu” zlewały mi się ze scenami z innych filmów Felliniego. Moim znajomym być może właśnie z powodu tego, że był to stały leitmotiv „Rzymu”, ich umysły kazały im te sceny uznać za nieważne i skupić się na scenach, gdzie jest jakaś fabuła (postrzępiona bo postrzępiona, ale jednak). Z tymi jednak ja miałem problem, więc sobie po latach postanowiłem odświeżyć, a tak naprawdę na nowo odkryć twórczość Federico Felliniego.

Ostatnio kolega wspomniał „Lokatora” Romana Polańskiego (1976). Film ten widziałem tylko raz, w roku 1980. Na pójście do kina namówił mnie wówczas kolega z klasy, a skusił mnie przede wszystkim tym, że Polański umieścił w swoim filmie scenę z Bruce’m Lee. Bruce Lee był dla nas, dzieciaków zafascynowanych wschodnimi sztukami walki, postacią niezwykle tajemniczą, ponieważ w PRLu nie pokazywano żadnego z jego filmów. Dopiero w roku następnym dotarło do nas „Wejście smoka” (1973), na którym to filmie byłem kilkanaście razy, przy tym kilkakrotnie przepłacając za bilet kupując go u „konika”. Wtedy też zorientowałem się, że to właśnie stamtąd pochodziły fragmenty oglądane w kinie przez bohaterów Polańskiego w „Lokatorze”. Przy okazji okazało się, że bardzo dużo z „Lokatora” pamiętam, łącznie z jakimiś mało istotnymi scenami.

Właśnie pamięć do tych scen mało istotnych mnie fascynuje. Gdyby nasz mózg działał racjonalnie i gdyby go motywował jakiś logiczny potencjalny interes, zanotowałby przecież postaci wiodące i zarys ich historii opowiedzianych w formie filmowych narracji, a tymczasem najlepiej w pamięci czasami zakotwiczają się jakieś fragmenty, które niekoniecznie odgrywają w filmie rolę pierwszorzędną.

Dlaczego dzieci, ale dorośli też zapamiętują bzdurne wierszyki, a krótkiego fragmentu jakiejś ambitniejszej poezji nie są w stanie? Swego czasu kilkakrotnie zostałem zaskoczony przez poznanych na wakacjach kolegów, którzy byli wiejskimi chłopakami z wykształceniem podstawowym i zarazem późniejszymi pijakami mającymi często problemy z wysławianiem się, a którzy potrafili z pamięci wyrecytować wiersz Aleksandra Fredry na temat księżniczki o imieniu pochodzącym od nazwy żeńskiego narządu płciowego. Dodajmy, że nie jest to wcale utwór krótki. Podejrzewam też, że owi chłopcy go nie czytali, ale ktoś im go wyrecytował, a oni zapamiętali.

W tym wypadku rzecz jest dość prosta do wyjaśnienia, ponieważ rubaszny wiersz Fredry był na tyle atrakcyjny dla młodych ludzi zafascynowanych wulgarnym ujęciem tematu płciowości, że jego przyswojenie przebiegło bezboleśnie, podczas gdy inwokacja z „Pana Tadeusza” była dla nich pewnie jakąś straszną nudą.

Rozmawiając z kolegami przed jednym z egzaminów na historii zadawaliśmy sobie pytanie, dlaczego pamiętamy różnego rodzaju ciekawostki (np. że Gambetta uciekł balonem z oblężonego Paryża), a już decyzji konkretnych polityków w określonym czasie już tak niekoniecznie, pomimo ich powtarzania. Żeby jeszcze ten Gambetta w balonie był jakiś atrakcyjny, ale mało kto z nas fascynował się wówczas baloniarstwem. Po prostu utkwiło w pamięci i już tam zostało.

Dlatego gdybym miał cokolwiek radzić młodym ludziom pragnącym zapamiętywać wiele rzeczy, powiedziałbym, że jeżeli nienawidzą wkuwać na pamięć streszczeń, lub konspektów, w których jest już sama esencja pożądanej wiedzy, powinni bardzo dużo czytać. Czytać ekstensywnie (że użyję tego rolniczego terminu) i początkowo stawiać na ilość, a nie na jakość. Ta przyjdzie z czasem, po przeczytaniu wielu tekstów. Istnieje bowiem prawdopodobieństwo, że czytając dłuższą narrację, niejako bezwiednie wpadnie nam wiele informacji do głowy. Jeżeli w innym tekście o podobnej tematyce natkniemy się na te same informacje, nastąpi wzmocnienie ich obecności w pamięci. Po kilkunastu, czy też kilkudziesięciu tekstach zaczniemy się już uważać za ekspertów, co ma oczywiście swoje niebezpieczne strony, ale to jest osobny temat. Tekst, najlepiej w formie narracji, daje naszej informacji szerszy kontekst, który w jakiś przedziwny sposób zamiast przeszkadzać, pomaga zapamiętać pożądaną informację. Jeżeli więc ktoś wypisał sobie listę najważniejszych faktów do zapamiętania i za diabła nie potrafi jej wkuć na pamięć, nie powinien się dziwić, że ten proces jest o wiele bardziej męczący niż u tych, którzy z przyjemnością przeczytali kilka tekstów na dany temat i to z tych tekstów ich mózg utworzył przedziwną mozaikę informacji, których znajomość czasami zaskakuje ich samych (o Boże, ale skąd ja to wiem?).

Co prawda szkoła raczej nie sprzyja tym, którzy zdobywają wiedzę po swojemu w dość długotrwałym procesie ekstensywnego czytania, bo do testów potrzeba znajomości konkretów, które trzeba wstawić w odpowiednie miejsce. Dlatego Amerykanie, np. przygotowując kompendia wiedzy dla studentów zdających egzaminy, robią to w taki sposób, jakby chcieli, żeby młodzi ludzie nauczyli się encyklopedii na pamięć. Ba, oni chcą, żeby ich uczniowie szkół średnich przygotowując się na studia wkuwali na pamięć słowniki (są takie specjalne ze słownictwem „pod egzamin”). Tego wszystkiego mogą uniknąć uczniowie, którzy od dziecka dużo czytają i poznali te wiadomości i to słownictwo w procesie pochłaniania dla przyjemności książek i artykułów prasowych.

„Dla przyjemności” odgrywa tutaj rolę kluczową. Jeżeli czytanie przyjemności nie sprawia, a większość proponowanych nam rzeczy uważamy za nudne, wtedy nie powinniśmy się spodziewać dobrych wyników, bo jednorazowe wkucie listy wymaganych informacji, nawet wkucie na piątkę, nie sprawi, że je w swojej głowie zatrzymamy na dłużej, a tym bardziej że staną się integralną częścią naszej ogólnej wiedzy o świecie. Jest więc jedna podstawowa rada – po pierwsze i najważniejsze, należy pokochać czytanie.

piątek, 13 grudnia 2013

Skoro już wszyscy wspominają...



Moja żona i ja byliśmy chyba zbyt młodzi, żeby początek stanu wojennego wywarł na nas jakieś poważniejsze wrażenie, choć oczywiście ludzie w naszym wieku, którym aresztowano rodziców, zapamiętali to jako wydarzenie traumatyczne. Kiedy ma się te –naście lat i zło nie dotyka cię bezpośrednio, pewne zjawiska obserwujesz tak, jak się ogląda film. Tak chyba było ze mną. Któregoś roku opisałem na blogu moją niedzielę 13 grudnia 1981 r., więc nie będę do tego wracał.

Bliska kuzynka mojej żony, która jest od nas nieco starsza, była wtedy już studentką i to bardzo zaangażowaną w ówczesne Niezależne Zrzeszenie Studentów. Wujek, jej ojciec, nieodmiennie się wzrusza, kiedy wspomina jej przejścia z pierwszego dnia stanu wojennego, kiedy to wraz z koleżankami i kolegami, próbowali zorganizować protest na filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku i jak zostali brutalnie potraktowani przez jaruzelską milicję. Lubię słuchać jego opowieści, ponieważ po części postawa jego córki to wynik patriotycznego wychowania, jakie jej dał, więc historia, choć za każdym razem taka sama, ma zawsze w sobie tyle narracyjnej emocji, że słucham jej z przyjemnością, a przy tym udziela mi się wujkowe wzruszenie. Jest to bowiem opowieść, której nie powstydziłby się Mickiewicz piszący trzecią część „Dziadów” (w tym wypadku nie ma krzty ironii w tym, co napisałem).

Kuzynka mojej żony to typ człowieka, o którym się mówi, że można z nim „konie kraść”. Bardzo lubimy z nią rozmawiać, bo jest w dodatku typem, który ja nazywam „człowiekiem prawdziwym”, nie próbującym przybierać póz ani odgrywać jakichś ról. Jest zawsze sobą i to w taki jakiś taki „pełny” sposób, że pomimo różnicy zdań, która się czasami przydarza, jest osobą, którą się po prostu całkowicie akceptuje i już.  Uwielbiam z nią rozmawiać, bo w ogóle bardzo lubię rozmawiać z „prawdziwymi ludźmi”, czyli takimi, którzy się nie kreują, a po prostu są; lubię rozmawiać z mądrymi kobietami, które przy okazji są silnymi osobowościami. Kuzynkę mojej żony uwielbiam za to, że nigdy nie kreuje się na kombatantkę i bohaterkę walk z jaruzelskim reżimem, mimo faktu, że w opowieściach wujka nie ma krzty przesady. Kuzynka mojej żony już kilkanaście lat temu przy okazji jednej z uroczystości rodzinnych powiedziała mi wprost: „Gdybym wiedziała, że to wszystko się w Polsce tak potoczy, że ludzie nie będą mieli pracy, albo będą tyrać za marne grosze, to nie wiem, czy bym się wtedy tak angażowała. W każdym razie z tymi wszystkimi, którzy się teraz obwołali wielkimi bojownikami z tamtych czasów nie chcę mieć nic wspólnego”.

Z ludźmi, których nazywam „prawdziwymi” nigdy nie dyskutuję w takim sensie, że nie próbuję ich przekonać do jakichś konstrukcji intelektualnych, ani książkowych mądrości. Nieodmiennie słucham opowieści wujka z wielkim wzruszeniem, trochę tak jak się słucha pięknych a wzniosłych legend (choć nie ma w jego opowieściach krzty przesady, ani koloryzowania), a równocześnie jestem wdzięczny kuzynce mojej żony, że jest osobą taką, jaka jest – autentyczną istotą z krwi i kości, żyjącą tu i teraz.