czwartek, 21 kwietnia 2011
Czuć bluesa
Zmarły w 2002 roku Wojciech Skowroński zaczynał swoją muzyczną karierę w zespołach jazzowych. Później zaczął się bawić rockiem, lansując swój album "Blues & Rock". W pierwszej połowie lat 70., a więc kiedy byłem w młodszych klasach szkoły podstawowej, radio bombardowało słuchaczy jego przebojem "Ja to się cieszę byle czym", który oczywiście pewne środowiska od razu przerobiły na "Ja to się czeszę byle czym". Starsze pokolenie dostawało wysypki na dźwięki tej muzyki. Trzeba przyznać, że wielu z długowłosych nastolatków tamtego czasu też na taką muzykę w wykonaniu Polaka nie było gotowych. O co mianowicie chodzi? Otóż Wojciech Skowroński był, jak uważam, jednym z nielicznych polskich muzyków, którzy czuli bluesa. Kiedy śpiewał, grał na fortepianie i sobie przytupywał, od razu każdy wiedział, że ma do czynienia z bluesem, któremu ten człowiek się po prostu poddaje. Skowroński nie robił wrażenia pracy nad utworem, który wykonywał, to utwór wykonywał jego. I tu właśnie jest ten problem. Przecież to, co napisałem, to czysta metafora, którą łatwo można na gruncie logiki obalić. Niemniej pozostanę przy swoim zdaniu.
Muzykom rockowym czy bluesowym nie było za komuny łatwo. Teraz zresztą też łatwo nie mają. O wiele lepiej jest gwiazdeczkom wykonującym jakieś bezwartościowe hity. Wszyscy wiemy jak wiele zależy od marketingu i reklamy. Mimo że nie było łatwo, to jednak pewni muzycy i grupy przebijały się do szerokiej publiczności, stając się po jakimś czasie legendami swojego gatunku.
Muzyk, który stworzył zespół grający i śpiewający podobno pierwsze polskie utwory bluesowe, a którego utwory do dziś śpiewa się przy ognisku (albo przynajmniej żąda od ogniskowego gitarzysty), wg mnie cały czas śpiewał jedną piosenkę, która za sprawą toniki, subdominanty i dominanty przypominała bluesa. Każdą frazę kończył charakterystycznym zejściem melodii, robiącym wrażenie, że wykonawca się zmęczył. Niemniej to on jest wśród kolejnych pokoleń uważany za legendę, jeśli nie twórcę polskiego bluesa, podczas gdy o Wojciechu Skowrońskim mało kto pamięta.
Są artyści, którzy doskonale opanowali technikę gry na instrumentach, doskonale grają na gitarach, harmonijkach i perkusji, ale wydają się tylko świetnie przygotowanymi aktorami (całe szczęście, że świetnie, bo przecież mogliby być mniej przygotowani i wtedy to już by była katastrofa). Tymczasem bluesa trzeba czuć i ci, którzy go nigdy nie czuli, a tylko się o tym naczytali i nasłuchali, prawdopodobnie w ogóle nie wiedzą o czym piszę. Po prostu słabość języka jako narzędzia przekazu.
Przez jakiś czas już myślałem, że to ze mną jest coś nie tak i że się czepiam świetnych muzyków nie mając żadnego logicznego uzasadnienia swojej krytyki. Na szczęście co jakiś czas odnajduję opinie w 100% pokrywających się z moimi i wiem, że są jeszcze ludzie czujący bluesa w naszym kraju. Dzięki temu nie przejmuję się opiniami tych, którzy uważają inaczej.
A teraz trochę muzyki pana Wojciecha Skowrońskiego, Polaka, który czuł bluesa:
me>
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Przedwyborcze hamletyzowanie
W takiej sytuacji pojawia sie "niezawodny" Janusz Korwin-Mikke, który krytykuje socjalizm wszędzie gdzie się da, upatrując go (często słusznie) w poglądach ugrupowań powszechnie uważanych za skrajnie prawicowe i narodowe, jak np. LPR czy ONR. Nie przeszkadza mu to jednak zawierać z tymi ugrupowaniami sojuszy, bo przecież gdyby nie takie alianse wbrew ideologii, Janusz Korwin-Mikke nie byłby w stanie zaistnieć.
Lubię go czasami posłuchać, ponieważ, jak każdy z nas od czasu do czasu powie coś mądrego i rozsądnego. Lubię, kiedy prostą logiką "rozwali" jakiegoś nawiedzonego lewicowca. Niestety już w samych założeniach jego ideologii tkwi błąd. Jak każdy ideolog, nie przyjmuje do wiadomości faktów, które przeczą jego idei. Wierzy w to, że przedsiębiorca to "sól tej ziemi", jest uczciwy i pełen dobrej woli. Nie trzeba być zbytnim bystrzakiem, żeby dostrzec, że wielu naszych biznesmenów takich nie jest. W dodatku nie ma czegoś takiego jak warstwa przedsiębiorców działających dla dobra wspólnego. Tak niby wynika z doktryny Adama Smitha, że ci egoistycznie działający chciwcy niejako "niechcący" przyczyniają się do dobra wspólnego. W dużej mierze należy się z tym zgodzić, ale znowu - nie zawsze tak jest. Ktoś, kto już sobie wyrobił silną pozycję na rynku, ten "kosi" drobnicę, wpychając ją w nędzę i nie ma tu żadnych sentymentów. Albo sobie radzisz, albo giniesz (por. usunięcie drobnicy kupieckiej z centrum Warszawy przez HGW). Wielki i bogaty robi co chce, ponieważ z natury dąży do monopolu. Jeżeli państwo jest słabe, czego chce Korwin-Mikke, to nie ma praktycznie mechanizmu, który obroniłby kapitalistyczną drobnicę i tych, którzy są od czarnej roboty, przed samowolą tego, który zupełnie legalnie przy pomocy fuzji i przejęć zdobył sobie pozycję, z której stać go na dyktowanie warunków wszystkim. Świat wyznawców Korwina-Mikke to często naiwni studenci, którzy poczytali klasyków teorii wolnego rynku i wierzą, że istnieją kraje, gdzie wszyscy się bogacą dzięki przedsiębiorczości i pracy, gdzie wolny rynek wymusza konkurencję i jakość, bo przecież jak ktoś robi tandetę, to go klientela opuszcza itd. Nie wiem, jaki kraj mogliby postawić za wzór, bo jak dotąd nigdzie takiego "klasycznego" zjawiska zaobserwować się nie da. Stany Zjednoczone, zanim zaczęły wprowadzać elementy socjalizmu, były krajem zbudowanym na czystej korupcji, gdzie "rekiny wolnego rynku" dzięki powiązaniom ze światem polityki, generowały jeszcze większe bogactwo, a gospodarka kraju była kontrolowana przez kilka rodzin, których liczba nie przekraczała 10. Czy to tak zupełnie źle, też nie przesądzam, ale z kolei, gdyby Theodore Roosevelt, człowiek którego trudno podejrzewać o sympatie lewicowe, nie przycisnął właścicieli kopalń w Pennsylvanii, ci nie ustąpiliby strajkującym górnikom i nadal żyliby w przeświadczeniu, że dobrze jest jak jest.
Solidaryzm społeczny jest siłą pozytywną o ile nie opiera się na przymusie utrzymywania nierobów przez ludzi uczciwie pracujących. Obserwując np. Polaków i Polki wyciągające wszystkie możliwe benefity od państwa brytyjskiego na siebie i swoje dzieci, z których część nigdy nawet do Wielkiej Brytanii nie pojechała, widać jasno do jakich absurdów prowadzi "nadopiekuńcze" państwo. Niemniej to, że istnieje coś takiego, jak wspólny interes, nie powinno pozostawiać wątpliwości. Gdybym był milionerem, to dla własnego komfortu zarówno fizycznego jak i psychicznego, nie chciałbym, żeby w moim sąsiedztwie tworzyły się dzielnice nędzy i wylęgarnie przestępczości. Oczywiście jest na to rada. Można wokół swojego pałacu zbudować pięciometrowy mur. Nie sądzę, żeby to była najlepsza droga.
Ottona von Bismarcka trudno również uznać za lewicowca, a mimo to wprowadził reformy socjalne, dzięki którym Niemcy weszły na wyższy etap rozwoju cywilizacyjnego i nadal sie na nim utrzymują.
Jeśli chodzi o absolutne sprywatyzowanie wszystkiego (łącznie z urzędami, np. wydającymi paszporty), to mam już nie tylko wątpliwości, ale zaczynam wpadać w lekką panikę. Zawsze przypomina mi się przykład starożytnej republiki rzymskiej, kiedy to pobór podatków w prowincjach państwo, będące nadal po prostu tylko miastem, wydzierżawiało tzw. publikanom, czyli prywatnym przedsiębiorcom, których spółki łupiły owe podbite tereny w sposób niemiłosierny. Na dobrą sprawę ustalenie się jedynowładztwa w formie cesarstwa pozwoliło prowincjom odetchnąć z ulgą, bo wprowadzono w nich bezpośrednią kontrolę urzędników państwowych (na których można się było nawet poskarżyć ich zwierzchnikom).
W warunkach idealnego wolnego rynku, jeśli jest możliwość bezkarnego złupienia kogoś, np. każąc mu pracować od świtu do nocy za marne grosze, to można. Oczywiście wolny rynek zakłada, że niezadowolony pracownik może odejść, bo jest wolny. Będąc głodnym nigdzie nie pójdzie, bo zresztą często nie będzie miał alternatywy. No, jest po prostu szereg słabych punktów "czystego wolnego rynku" i trzeba być naprawdę fanatykiem bezmyślnie powtarzającym za Januszem Korwinem-Mikke jego "mądrości", żeby ich nie dostrzec.
W sprawie szkolnictwa osobiście jestem socjalistą, choć nie takim, który wszystko zrównałby w dół. W edukacji, uważam, musi nastąpić powrót do rozwarstwienia na szkoły dla uczniów wybitnych i tych słabszych. Inaczej będziemy się ciągle miotać między frustracją jednych i drugich. Powinny istnieć szkoły prywatne i społeczne, ale państwo nie może zrzucić z siebie odpowiedzialności za edukację młodych Polaków. Gdybyśmy zastosowali założenia Janusza Korwina-Mikke prawdopodobnie wkrótce obudzilibyśmy się w kraju Olivera Twista.
Niemniej, nie wolno lekceważyć tego, co mówią zwolennicy wolnego rynku, ponieważ w tym co mówią jest wiele prawdy. Tam gdzie jest dużo pieniędzy publicznych, tam jest pokusa jeśli nie ich defraudacji, to na pewno wydania w sposób kompletnie głupi i niepotrzebny. To akurat można zaobserwować "gołym okiem". Władze "jadące na PRze" i na pożyczkach nie mogą nas zaprowadzić do dobrobytu. Tzn. pożyczki same w sobie nie są złe, ale znowu - trzeba wiedzieć w co te pieniądze zainwestować, żeby się zwróciły. O to władze nie muszą dbać, bo przecież rządzenie, a więc i odpowiedzialność, przez trzy-cztery kadencje to rzecz prawie niemożliwa.
Z wystąpenia dr Rybickiego proponuję wyciągnąć wnioski:
http://polityczni.pl/kongres_nowej_prawicy_%C5%9Bpiewa,audio,51%20%20,5830.html
Ciekawy jest też tekst profesora Witolda Kieżuna, choć z nieco "innej bajki". Profesor Kieżun, to jak się zdaje, zwolennik PiS, której to partii nie popieram, ale co do diagnozy tego, co się stało z Polską gospodarką w latach 90. trudno się nie zgodzić. Oczywiście inna sprawa, czy ambicja bycia potęgą gospodarczą jest zdrowa w warunkach naszego kraju. Niemniej fakty pozostają takie, że politycy, którzy byli obecni na arenie publicznej od początku III RP aż do dziś, są w dużej mierze odpowiedzialni za to, że walkowerem oddali dużą część polskiego przemysłu ludziom, którzy go po prostu zlikwidowali. To w warunkach wolnego rynku nazywa się nieduolnością lub frajerstwem. PiS w swoim zacietrzewieniu krzyczy, że to po prosstu zdrada. Obawiam się, że oprócz kilku osób, które być może świadomie działają na korzyść firm (państw pewnie też) obcych, większość rządzących w ogóle nie wie, o co chodzi, a przecież ich obowiązkiem jest wiedzieć właśnie, bo po to ich wybieramy.
http://www.bibula.com/?p=34439
sobota, 16 kwietnia 2011
Pani Grażyna a abonament nasz powszedni
Kiedy słyszę o konieczności płacenia abonamentu, bo inaczej znikną wartościowe programy z telewizji publicznej, nóż mi się w kieszeni otwiera. Jest dokładnie tak samo jak z ZUSem czy podatkami. Nie jestem skrajnym liberałem w stylu Korwina-Mikke, który by wszelkie podatki zniósł i oddał co się da w prywatne ręce. Nie uważam więc, że płacenie podatków jest jakimś szczególnym złem – wszyscy się zrzucamy na rzeczy, które są nam wszystkim potrzebne. To jest jasne i nie podlega dyskusji. Kiedy się jednak widzi absurdy na jakie przeznacza się publiczne pieniądze, na szklane domy ZUS itd. itp., rodzi się odruch sprzeciwu.
Abonament telewizyjny płaci się w Wielkiej Brytanii, i jest to obowiązek bardzo surowo przestrzegany. Skoro chcemy mieć dobry program, to faktycznie powinniśmy płacić. Nic przecież nie ma za darmo. Problem w tym, że ten program dobry nie jest, a my nie mamy na niego praktycznie żadnego wpływu! Telewizja publiczna nie jest instytucją demokratyczną! Z drugiej strony może i bardzo dobrze, bo gdyby to większość społeczeństwa miała decydować, co w telewizji pokazywać, a czego nie, to być może byłoby jeszcze więcej badziewia. Gusta mas z natury nie są bowiem elitarne.
Piszę o tym w kontekście zwolnienia z pracy pani Grażyny Szapołowskiej, słynnej polskiej aktorki, przez pana Jana Englerta, innego słynnego polskiego aktora. Przyznam się szczerze, że najintensywniejszą edukację filmowo-teatralną odebrałem w latach 70. i 80., a więc pan Englert to dla mnie nadal młody aktor z „Polskich dróg”, „Domu”, czy „Rodziny Połanieckich”, natomiast pani Grażyna Szapołowska to aktorka „młodszego pokolenia”, bo poznałem ją dopiero dzięki „Wielkiemu Szu”, gdzie zagrała epizodyczną, króciuteńką, za to rozbierana scenę. Oczywiście nie należy brać do końca serio tego, co przed chwilą napisałem, ale mój sposób „szufladkowania” pokoleń artystów pokrętny jest i dziwny. Doskonale zdaję sobie sprawę, że pokolenie Olafa Lubaszenki, Bogusława Lindy czy Cezarego Pazury to już jest „starsze pokolenie”, a nawet Małaszyński do najmłodszych aktorów już nie należy. Chyba jednak dzieciństwo odcisnęło na mnie olbrzymie piętno, co sprawia, że np. Daniel Olbrychski to dla mnie przede wszystkim Azja Tuhajbejowicz i Kmicic, a dopiero po zastanowieniu starszy facet wygłaszający orędzie przyjaźni do narodu rosyjskiego.
Dobra, wystarczy tych dygresji i wynurzeń. Wracając do tematu, przeczytałem dokładnie artykuł, w którym pani Grażyna Szapołowska powiada, że pan Englert wyrzucił ją złośliwie, publicznie wręcz zlinczował, choć wiedział, że w wieczór spektaklu w Teatrze Narodowym („Tango” Mrożka) ona ma nagranie dla telewizji PUBLICZNEJ (!), gdzie występuje jako jurorka w programie „Bitwa na Głosy”. No dobra, Englert się uparł, spektaklu nie odwołał, ale z drugiej strony dlaczego miałby odwoływać, skoro jako dyrektor tegoż teatru akurat tak sobie ten spektakl zaplanował i sprzedał bilety? Pani Grażyna powiada na to, że Telewizja Polska była gotowa pokryć koszty tego spektaklu, włącznie z wykupieniem kompletu biletów na ten wieczór. Wszystko po to, żeby pani Grazyna Szapołowska mogła wystąpić w „Bitwie na Głosy”.
I w tymże właśnie miejscu „zalała mnie zła krew”, jak to śpiewał Grzesiuk, podkreślając przy tym, że „nie ma cwaniaka nad warszawiaka”. Warszawiakiem to ja może nie jestem i chyba już nie będę, jakimś wielkim spryciarzem też niestety nie, ale jak to powiedziała pewna posłanka „coś tam, coś tam” kojarzę i w tym wypadku muszę się pochwalić, że przychodzi mi to zupełnie bez trudu. Skąd bowiem Telewizja Polska miałaby wziąć pieniądze na taką ekstrawagancję? No przecież z abonamentu właśnie.
W teatrze aktorzy wiele nie zarabiają i to jest fakt, niestety. Nie ma się co dziwić, że jak mogą, to idą do reklamy, albo do programów telewizyjnych o wątpliwej wartości artystycznej. W telewizji, jak nieoficjalnie podano w samej telewizji, za 45 minut takiego „jurorowania” można zarobić 1,5 tys. zł. A kto za to płaci? Pan, pani… znaczy się, społeczeństwo!
Jeżeli TVN albo Polsat produkują swoje programiki dla niewybrednego odbiorcy, na kształt i podobieństwo „Biedronki” sprzedającej swoje towary ludziom ubogim, to jest to tylko i wyłącznie ich sprawa, bo to stacje prywatne, komercyjne i gdybym nie chciał ich mieć w swoim pakiecie czy to kablówkowym czy satelitarnym, to bym sobie z nich zrezygnował. Z TVP zrezygnować nie można i w dodatku żąda się obowiązkowego haraczu na jej utrzymanie, na jej rzekomą misję. Czy nadawany ostatnio codziennie program „Jaka to melodia?” to już jest ta misja? Nie wiem, może i tak, choć raz w tygodniu zupełnie by wystarczyło. Jedyne kanały, w których można mówić o jakichś większych ambicjach to TVP „Kultura” i TVP „Historia”, choć ta ostatnia, trzeba przyznać, „w piętkę goni”, emitując powtórki dzienników telewizyjnych z lat 70. i 80., albo popularnonaukowych programów historycznych z lat 90., co pewnie bierze się z tego, że nie ma pieniędzy na bieżącą produkcję.
Skąd zresztą mają się te pieniądze brać, skoro trzeba zrobić „Bitwę na Głosy” i wykupić cały spektakl w Teatrze Narodowym, żeby pani Grażyna Szapołowska mogła zarobić swoje 1500 zł (jeśli wierzyć nieoficjalnym doniesieniom, oczywiście)?
Jeżeli więc podnosi się lament, że bez abonamentu nie będzie pieniędzy na „misję” telewizji publicznej, nóż się otwiera w kieszeni niejednego obywatela, który widzi, jak się te pieniądze wykorzystuje i na czym owa „misja” polega.
piątek, 15 kwietnia 2011
Pułapki interpretacji tekstu
Chyba nikt nie przepadał w szkole za pytaniem „Co autor miał na myśli?” Pytanie to jest już tak wyświechtane, że nawet satyra na jego temat też jest już wyświechtana i nawet nikogo nie śmieszy. Kiedy Roland Barthes ogłosił śmierć autora, ale tak naprawdę już wcześniej, niektórzy teoretycy literatury zaczęli kłaść nacisk na własną interpretację czytelnika, bo tekst jest tylko w jakiejś części przesłaniem autora, natomiast o wiele ważniejsze jest to, co czytelnik z tym tekstem w rozumie swoim uczyni.
Jako uczeń liceum nie czytałem tekstu Barthesa, ani w ogóle żadnych innych teoretyków, ale do takiego podejścia doszedłem na własną rękę, wiedziony jednakowoż nieco mniej szlachetnymi pobudkami, a mianowicie lenistwem odpychającym mnie od studiowania życiorysów pisarzy i doszukiwania się ich wpływu na ich twórczość.
Dzisiaj trochę tych życiorysów liznąłem, choć nadal nie jestem ich entuzjastą. U większości pisarzy zdecydowanie wolę ich książki od studiowania ich często nudnych kolei losów. Np. po przeczytaniu w liceum wszystkich dzieł Żeromskiego, zabrałem się z entuzjazmem do jego Dzienników, ale te oprócz pewnych ciekawostek, ukazały człowieka, który wiódł dość mało urozmaicone życie – bieda, brak matury, potem przygody erotyczne z prostytutkami, rzeżączka, małżeństwo z kobietą, która go wyciągnęła z niebytu, a potem rozwód z nią. Takie tam, panie dziejku, losy cygana i artysty. Za to w powieściach tworzył światy bardzo do mnie przemawiające. (Wiem, wiem, dzisiaj młodzi ludzie mówią, że Żeromskiego nie da się czytać. Ja uważam go jednak za jednego z najlepszych pisarzy w historii polskiej literatury – o wiele lepszego i bardziej wnikliwego od Sienkiewicza i Prusa razem wziętych).
Czytając powieść i szukając w niej odniesień do własnego życia czy poglądów autora można popełnić fatalną pomyłkę. Np. czytając w ostatniej klasie liceum „Przedwiośnie” zacząłem podejrzewać, że Żeromski stał się jakimś lewicowcem, jeśli nie komunistą. Dopiero informacja z zewnątrz, czyli z jego życiorysu, dowiedziałem się, że bolszewizm był mu nie tylko obcy ale wręcz nienawistny.
Jedną z najbardziej zabawnych pomyłek w interpretacji „przesłania jakie autor zawarł w książce”, jaka mi się przydarzyła całkiem niedawno, to odczytanie Brideshead Revisited Evelyn’a Waugh. Oczywiście powieść ma wiele warstw i wątków, choć wszystko opowiedziane jest słowami narratora Charlesa Rydera, agnostyka zaprzyjaźnionego z arystokratyczną rodziną angielskich katolików. Otóż wszelkie fragmenty dotyczące religii Flyte’ów uważałem za satyrę na niedorzeczność i „nieludzkość” podejścia do ludzi i ich uczuć, jakie katolicyzm narzucał sympatycznym skądinąd ludziom. Ryder, narrator, wydaje się może trochę beznamiętny a miejscami cyniczny, ale jego wątpliwości wobec katolicyzmu przyjaciół uważałem za bardzo trafne. Fakt, że już na koniec, główny bohater modli się w kaplicy rezydencji Brideshead, nie dała mi wiele do myślenia, oprócz tego, że w warunkach wojny, w warunkach upadku wszystkiego tego, co się znało do tej pory, nawet agnostyk może doznać potrzeby przyznania się do własnej niemocy wobec rzeczywistości i m.in. objawem tego może być zwrócenie się do Boga, w którego się normalnie nie wierzy. Zdarza się.
Tak to sobie właśnie odczytałem i przyznam się, że nadal tak tę powieść będę odczytywał, natomiast okazuje się, że Evelyn Waugh, będąc katolickim konwertytą, chciał napisać książkę, która inteligentnie przekona czytelników do wartości katolicyzmu, do jego piękna i oczywiście wyższości nad każdym innym światopoglądem, który nie daje człowiekowi żadnej nadziei i umieszcza go w pustej przestrzeni beznadziei. Waugh pisał do Anglików, a więc ludzi sceptycznych, w sprawach wiary już wówczas co najmniej „letnich” jeśli nie obojętnych, wychowanych w tradycji różnych nurtów wewnątrz Kościoła Anglikańskiego. Gdyby napisał książkę bardziej wprost mówiącą o zaletach katolicyzmu, nikt by jej po prostu nie czytał, bo mało kto lubi teksty propagandowe z wyraźnie widocznym celem. Chcąc napisać apoteozę katolicyzmu „dla inteligentnych” musiał swoje przesłanie tak zakamuflować, tak opatrzyć wątpliwościami i krytyką, że tak gruboskórny czytelnik jak ja, w ogóle tej apoteozy nie dostrzegł. Wręcz przeciwnie, znalazł tam to, co sam chciał, a mianowicie krytykę katolicyzmu i wszelkich komplikacji jakie niesie chęć ścisłego trzymania się reguł tej religii.
Wniosek jest chyba tylko jeden. Jeżeli czujesz, że masz misję i chcesz wykazać prawdziwość jakiejś tezy, lepiej napisz esej, albo rozprawę filozoficzną, gdzie od samego początku wiadomo, o co ci chodzi. Powieść z wyraźnym przesłaniem dydaktycznym, moralnym czy politycznym, najczęściej traci walory literackie. Słaba jest po prostu. Natomiast jeżeli powieść jest dobra i czytelnik odnosi wrażenie, że narracja jest obiektywna (czyli tak naprawdę często utożsamia się z narratorem), trzeba się liczyć z tym, że czytelnik znajdzie w niej zupełnie coś innego, niż chciał autor.
środa, 13 kwietnia 2011
Odkrycie
Than are dreamt of in your philosophy. (W.Shakespeare, Hamlet)
Przeczytałem dziś krótki artykuł w Onecie, który od razu poprawił mi humor. Odkrycia naukowe, odkrycie czegoś, czego człowiek wcześniej nie wiedział, a teraz już będzie wiedział, zawsze napawają mnie optymizmem. Oczywiście pisząc "człowiek" używam uogólniającej metafory, bo przecież wiedział będzie tylko ten cżłowiek, który o tym przeczyta, albo ktoś mu o tym powie. Dobrze, że przynajmniej wiedzą już uczeni.
http://wiadomosci.onet.pl/swiat/rozwiazano-ponad-300-letnia-zagadke,1,4240271,wiadomosc.html
Szkoda, że nie napisano w jakis sposób śnią niewidomi od urodzenia. Umysł ludzki nadal jest niesamowitą zagadką. Jak napisano, "jest plastyczny" i z pewnością ma możliwości, o których nawet nie mamy wyobrażenia.
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Meandry demokracji
Niedawno pisałem o tym, że demokracja to system wbrew naturze ludzkiej. O ile wszyscy powtarzają wyświechtany slogan będący zdaniem wypowiedzianym przez Winstona Churchilla, że demokracja jest zła, ale nikt nie wymyślił lepszego ustroju, z czymj się nawet zgadzam, to tylko potwierdza tezę, że demokracja jest wynikiem kompromisu, czasem „zgniłego” w imię tego, żebyśmy się nie wzięli za łby i nie zaczęli mordować swoich przeciwników politycznych niczym Sulla w starożytnej rzeczypospolitej rzymskiej.
Demokracja jest nienaturalna, ponieważ naturalna jest dążność do narzucenia wszystkim własnego punktu widzenia i urządzenia życia wszystkim dookoła wg tegoż właśnie. Jeśli ktoś twierdzi, że jest inaczej, to jest albo hipokrytą albo człowiekiem chwiejnym bez własnego zdania.
Decydując się na ten ustrój zgniłych kompromisów musimy jednak przestrzegać podstawowych zasad, takich jak np. poszanowanie wyników wyborów. Każda ze stron wojny polsko-polskiej w chwili, kiedy akurat nie obrzuca przeciwników wyzwiskami, z żalem stwierdza „że też my, Polacy, nie potrafimy uszanować autorytetów/ludzi wykształconych/patriotów/Polaków, którzy coś znaczą w świecie”, itd. itp. Wszystkie strony konfliktu ogarnia taka refleksja i żadnej nie przyjdzie do głowy, że robi dokładnie to, co krytykuje.
W pierwszych wyborach prezydenckich głosowałem na Tadeusza Mazowieckiego, bo za Wałęsą nigdy nie przepadałem, uważając go, jak wielu innych „wykształciuchów” za zarozumiałego prostaka. Niemniej był symbolem odzyskania niepodległości po latach komunizmu i był legalnie wybranym prezydentem Polski, a więc i moim prezydentem.
Kiedy kolejne wybory wygrał Aleksander Kwaśniewski, przeżyłem to niemal jak jakąś osobistą klęskę. To po to były te wszystkie strajki, te zmiany ustrojowe, żeby teraz bez żadnego przymusu wybierać komucha na prezydenta niepodległej Rzeczypospolitej. Najbardziej mnie wtedy bolało, że na Kwaśniewskiego głosowali moi właśni uczniowie, którzy akurat pokończyli 18 lat i dostali dowody osobiste. Po kilku tygodniach emocje opadły i trzeba się było przyzwyczaić do byłego aparatczyka PZPR na najwyższym stanowisku w kraju. Trzeba było jednak sobie wytłumaczyć tę sytuację tak, że oto taka była wola większości narodu i koniec. Nie podoba mi się, ale mam prezydenta-komucha. I jest to między innymi mój prezydent, bo uważając się za demokratę, wybór większości muszę akceptować.
Na Lecha Kaczyńskiego nie głosowałem. Co prawda liczyłem na koalicję partii nazywających się centro-prawicowymi (czyli na POPiS), a braci Kaczyńskich, mimo dorabianej im gęby, uważałem za dość umiarkowanych prawicowców, a więc takich, którzy będą mieli odwagę powiedzieć głośno to, co wielu z nas myśli, ale co do tej pory było uważane za „niepoprawne politycznie”. Po tym jak Jacek Kuroń przed śmiercią przyznał, że wiele rzeczy, m.in. prywatyzację, obóz z którym był związany, zrobiono źle, jeśli nie fatalnie, uważałem, że ktoś o zdecydowanie propaństwowych poglądach przypilnuje, żeby nie rozprzedano strategicznych gałęzi gospodarki za bezcen. Nie jestem panikarzem krzyczącym, że każda sprzedaż firmy obcemu kapitałowi jest zła. Pewne rzeczy, np. sektor energetyczny czy trzon bankowości powinny pozostać pod kontrolą rodzimego rządu, bo inaczej podważamy samą definicję niepodległej państwowości. Niemniej, uważając się za liberała i pamiętając pewne, jak mi się zdawało, rozsądne propozycje Donalda Tuska, zagłosowałem na niego, wierząc, że trochę prawdziwego wolnego rynku nam się przyda. Na tym tle PiS ze swoimi pomysłami rodem z PRLu wydał mi się jakimś anachronizmem. Niemniej, uważałem, że obie partie będą się świetnie uzupełniać. PiS zrobi porządek ze złodziejami i przypilnuje siły państwa, a PO wprowadzi nieco ożywczego liberalizmu w postaci uproszczenia przepisów, ograniczenia biurokracji itp. Potem, kiedy pojawił się spot z ludźmi, którym wynoszą dywan, wiedziałem, że z sojuszu nie będzie. Wybrałem Tuska, bo bracia Kaczyńscy działali mi na nerwy swoim agresywnym zachowaniem i retoryką przemawiającą do elektoratu o nienajwyższym stopniu wyrobienia politycznego.
Wygrał PiS i to tak, że obaj bracia mogli objąć najwyższe stanowiska w kraju. No, najpierw był Marcinkiewicz, który potem dostał kopa w d… i.. No właśnie, a potem kopy w d… ze strony Jarosława Kaczyńskiego zaczęły się sypać lawinowo.
Bracia Kaczyńscy nigdy nie byli medialni. Musieli cmoknąć (złośliwcy nazywali to mlaskaniem), żeby sobie dać kilka sekund do namysłu, co odpowiedzieć dziennikarzowi. Wypowiadali się nieskładnie, długo szukając odpowiedniego słowa, co robiło fatalne wrażenie. Demostenes czy Cyceron zadusiliby ich chyba gołymi rękami za taki brak kunsztu budowania wypowiedzi publicznej. To, co za nimi zawsze przemawiało, to uczciwość rozumiana brak zamieszania w jakiekolwiek złodziejskie afery. Co prawda próbowano ich wrobić w aferę FOZu, ale chyba nikt tego nie traktował poważnie. Szczery, dość anachroniczny patriotyzm i osobista uczciwość to były plusy. W programie mieli też jeden element liberalny, mianowicie zwiększenie dostępu do zawodów prawniczych, co mi się podobało. Niemniej na wizji wypadali fatalnie i to nie tylko dlatego, że tak ich przedstawiały media, bo to oczywiście też, ale często wypowiedzi w Sejmie czy po wizycie Benedykta XVI wzbudzały żal, że niby człowiek wykształcony, jeden doktor a drugi profesor, a wypowiedzi publiczne na poziomie Wałęsy.
Błąd PiSu był przede wszystkim błędem w sztuce. Nadal uważam, że interesów państwa polskiego i jego obywateli to najwyższa powinność władz. Niemniej rozdając kopniaki swoim sojusznikom, a do tego grożąc wszem i wobec wszystkim dookoła, nie ma się co dziwić, że trudno było w ten sposób zaskarbiać sobie sympatię szerokich mas. Prawdą jest, że PO często robi wrażenie, że skupia się bardziej na public relations niż na rzetelnym rozwiązywaniu problemów, ale jawne lekceważenie pozytywnego wizerunku przez Jarosława Kaczyńskiego, nie przysparzało mu zwolenników. Jarosław Kaczyński postawił bowiem na retorykę agresji i pogróżek wobec wszelkich łajdaków. W kraju, gdzie prawie każdy kombinuje, bo inaczej by nie przeżył, to nie jest najlepsza strategia. To tak jakby do jakiegoś baru na Dzikim Zachodzie wpadł jakiś fanatyk prohibicji, wyjął spluwę i zaczął krzyczeć, że ze wszystkimi zaraz zrobi porządek i niech pijacy się boją. Oczywiście dobrze, że przestraszyły się największe łobuzy w mieście, ale gorzej że stracha dostali też skądinąd porządni ludzie, którzy od czasu do czasu wpadali na piwko.
Wracając do tematu, nie głosowałem na Lecha Kaczyńskiego, ale wybór większości narodu bez szemrania uszanowałem, bo na tym polega demokracja. I Lech Kaczyński był moim prezydentem. A panią Marię uwielbiałem za to, że była tak wspaniałą normalną Polką.
Rok temu wydarzyła się tragedia, obowiązki prezydenta zgodnie z konstytucją objął Bronisław Komorowski, a potem został legalnie wybrany. Donald Tusk i jego ekipa z PO od dawna już wtedy działała mi na nerwy, a zachowanie posła Sekuły jako przewodniczącego komisji ds. afery hazardowej wyraźnie pokazało, na jakich ludziach opiera się ta partia. Sam Bronisław Komorowski wzbudza wiele kontrowersji i to wcale nie przez swoje gafy czy braki w ortografii. Niemniej znowu, albo przyjmujemy zasady demokracji, albo nie. Wynik wyborów trzeba szanować i dlatego B.Komorowski jest moim prezydentem, czy mi się to podoba czy nie. Publiczne obnoszenie się z nowym przymiotnikiem„niemój” świadczy tylko o tym, że ci, którzy go używają mają gdzieś demokrację. Jarosław Kaczyński jest dla nich wzorcem Polaka niczym wzorzec metra z Sevres pod Paryżem, i nie podlega weryfikacji przez instrumenty demokracji.
PiS ma za sobą z pewnością ok. 20% narodu, w porywach 30%. Zadziwia tupet ludzi, którzy próbują zawłaszczyć wyłączność na polskość, którzy obecnemu lokatorowi Pałacu Prezydenckiego urządzają co miesiąc cmentarz na Wszystkich Świętych i dziwią się, że ktoś ma im to za złe.
Cieszę się, że wczorajszą rocznicę mamy za sobą. Nie mam złudzeń co do tego, że teraz emocje opadną i będzie można spokojnie zająć się codziennymi obowiązkami. Zbliżają się wybory, więc wojna się zaczęła. Gorzej, że słowo „wojna” w tym wypadku przestaje być niewinną metaforą oznaczającą rywalizację przeciwników politycznych o stanowiska w państwie. To jest zajadła nienawiść, która może się źle skończyć. Obawiam się, że w ferworze walki, żałobnicy sprzed Pałacu po rozprawieniu się z Platformą, komuchami i inną swołoczą (m.in. żydowsko-masońską) ruszą wprost na Moskwę w celu zrównania Kremla z ziemią. Nie, nie uważam Jarosława Kaczyńskiego ani za antysemitę ani tym bardziej za idiotę. Niemniej, jak to powiedział jeden z polityków PiS, tego typu działania „mają swoją dynamikę”. Oby nie wymknęła się spod kontroli, bo wtedy biada nam wszystkim.
Największe pretensje do PiSu mam jednak o to, że uważam, że rząd tworzony przez PO jest naprawdę kiepski, w wielu sprawach nieudolny, z szeregiem pomysłów wręcz szkodliwych i należałoby go zmienić. Przy słabości SLD i praktycznym niebycie innych partii, większość znowu opowie się za PO, bo się przestraszy PiSu. I to jest odpowiedź dla wszystkich tych, którzy ironizują, że wszelkie zło zwala się na PiS, mimo, że PiS już dawno nie rządzi. Przez głupotę PiS merytoryczni przeciwnicy rządu Donalda Tuska czują się w obowiązku ratować kraj przed szaleństwem i popierają opcję dla Polski nie najlepszą.
czwartek, 7 kwietnia 2011
Wyznania ekonomicznego ignoranta
Ogólnie uważam, że wejście do Unii Europejskiej było konkretnie dla Polski dobre, a wyniki naszej przynależności do owego tworu są widoczne gołym okiem w postaci nie tylko rozkopanych dróg, ale również tych już wybudowanych. Jesteśmy w swojej masie wiecznymi malkontentami, więc zawsze będziemy szukać dziury w całym, bo najszczęśliwiej czujemy się w nieszczęściu, które nas łączy i spaja, tudzież daje poczucie wspólnoty (w cierpieniu). Fakt, że przed 2004 polscy politycy nie mieli pomysłu na dalszy rozwój Polski i że pozytywny "kop", jaki otrzymaliśmy dzięki funduszom unijnym, sprawił, że nasza gospodarka się ożywiła, do wielu nie przemawia. Do mnie z kolei nie przemawiają katastroficzne teksty typu: "wkładamy do Unii więcej, niż dostajemy", bo uważam, że to jakaś bzdura (ale mogę się mylić, bo dokładnie danych finansowych na ten temat nie studiowałem), a nawet jeśli nie, to widząc jak były wydawane nasze wspólne państwowe pieniądze przed 2004, a jak po tej dacie, twierdzę, że jeśli nawet tak, to może i dobrze. Kilometry asfaltu na szerokich drogach bardzo konkretnie do mnie przemawiają. Trochę mniej to, że zaraz po zbudowaniu trzeba je remontować. To już jest kwestia kryminalna i wcale mi się nie podoba.
Nie jestem jednak człowiekiem wiary, choć w ekonomii częściej kieruję się wiarą niż wiedzą (tzn. wierzę pewnym ludziom, których rozumowanie mi się podoba, ale nie jestem na tyle zdeterminowany, żeby podjąć się fachowej weryfikacji tegoż). Nie przyjmuję więc wszystkiego, co proponuje Unia za dobrą monetę. Nie chcę wspominać całego steku bzdurnych przepisów, o których pisano już niejednokrotnie.
To, co mnie ostatnio przyprawia o umysłowe katusze to kompletny brak zrozumienia dla tzw. paktu dla konkurencyjności. Konkurencyjność pojmuję jako możliwość konkurowania na wolnym rynku. Okazuje się jednak, że w znajomości ekonomicznej nomenklatury jestem jeszcze głupszy niż w samej ekonomii. Pakt dla konkurencyjności, popierany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego i premiera Donalda Tuska, to dla mnie czarna magia. Rozumiem, że kiedy do Warszawy przyleciał prezydent Francji Nicolas Sarkozy i kanclerz Niemiec Angela Merkel, żeby namawiać nasze władze do przystąpienia do owego paktu, nasi goście bardzo dobrze rozumieli znaczenie tego słowa. Mam jednak obawy, rządzący Polską w pełni ogarnęli pole semantyczne tego zwrotu. Są w końcu historykami, a więc nieco ekonomii musieli kiedyś liznąć, więc słowo "konkurencja" powinno być im znane.
Ja niestety nie wiem, jak ma wzrosnąć konkurencyjność polskiej gospodarki w warunkach, kiedy podnosi się podatek CIT (zdaje się o 10%). No, giganty sobie jak zwykle poradzą, ale gospodarka Polski opiera się na przedsiębiorstwach średnich i małych, które mogą zacząć się zwijać, jeżeli odczują kolejny środek punitywny nałożony na przesiębiorczość. Narzucenie jednolitych standardów unijnych w dziedzinie podatków i finansowych świadczeń na rzecz państwa, jak w ogóle narzucanie jakichkolwiek standardów, to moim skromnym zdaniem zaprzeczenie samej idei stojącej za słowem "konkurencyjność". Moża ja i głupi jestem, ale dlatego błagam o oświecenie!
Konkurencyjność, jak mi się wydaje, z definicji nie jest zjawiskiem, które jest rozłożone równo. Jeżeli wszyscy mają narzucone te same zasady, stawki podatkowe, ceny, to konkurencyjność spadnie do zera. Przerabialiśmy to przecież za komuny. Po co do tego wracać. Inna sprawa, że ten, komu wyrosła konkurencja w postaci tańszego dostawcy dóbr i usług, chce coś z tą sytuacją zrobić. Francja i Niemcy chcą i wcale im się nie dziwię. To, że my też chcemy, dziwi mnie z kolei niepomiernie! Nasza konkurencyjność spadnie do zera, biznesy się zwiną (no, tutaj po cichu liczę jednak na czynnik psychologiczny, który jest w stanie pokonać wszelkie przeszkody, a mianowicie na zdrową ludzką chciwość, która pozwoli przetrwać przedsiębiorcom wszelkie szkodliwe nowinki; gorzej będzie z robotnikami, ale kto tam by się nimi przejmował /taki sarkazm/), a Polska pozostanie bezkonkurencyjna tylko w jednej dziedzinie - w eksporcie taniej siły roboczej do krajów, którym konkurencyjność się znacznie poprawi.
Jakaś paranoja! Tylko czyja? Znowu moja? Dajcie znać, co o tym myślicie.