poniedziałek, 11 czerwca 2012

Książkowe "Mistrzostwa Europy"


Żyjemy w czasach, w których cieszyć powinna każda inicjatywa zmierzająca do propagowania czytelnictwa i rzeczywiście cieszy. Czasami jednak akcje pewnych osób przybierają formy tak absurdalne, że nie usprawiedliwia ich nawet szlachetny cel.

Pisałem niedawno o tym, co myślę na temat wszelkiego rodzaju rankingów układanych przez czytelników. Listy „książek najlepszych” lub „książek wszechczasów”, albo takich, które „musisz przeczytać przed śmiercią” to najczęściej arbitralne wybory autorów tychże. Postawienie nawet najlepszego kryminału Stiega Larssona (sfilmowane lubię, czytać niekoniecznie) obok np. Dostojewskiego, albo Jamesa Joyce’a obok Tyrmanda, to jakieś co najmniej wielkie nieporozumienie.

A tymczasem pewna grupa na Facebooku o prowokującej nazwie „Book z wami”, którą „zalubiłem” jakiś czas temu, bo jak na początku wspomniałem, wszystko, co się z czytelnictwem wiąże, uważałem za warte popierania, ogłosiła książkowe „mistrzostwa Europy”, na podobieństwo tych piłkarskich. Zestawiają więc po dwa tytuły, a ludzie głosują. Dzisiaj się dowiedziałem, że Imię róży Eco „zadziwiająco łatwo” pokonało Cień wiatru Zafona. Cień wiatru akurat mi się bardzo podobał jako urocza rozrywka wakacyjna, ale zwycięstwo książki Umberto Eco nie powinno chyba budzić żadnych wątpliwości.

Ponieważ umknęły mi najwidoczniej wcześniejsze wpisy grupy, nie bardzo rozumiałem, na czym polega zasada ustalania zwycięzców, więc wszedłem na owej grupy „oś czasu”. To, co tam przeczytałem, zdjęło mnie zgrozą.

Otóż pisano o meczu Faust kontra Jesień średniowiecza, a więc naprzeciwko siebie ustawiono dramat pisany wierszem i naukowe opracowanie historyczne. Przypomniała mi się pewna prowokacja, jakiej dokonał mój zmarły przyjaciel wobec dwóch swoich nastoletnich sąsiadów (połowa lat 80. ubiegłego stulecia): „To kto wg was jest lepszy, Bruce Lee, czy Pink Floyd?” „Jasne, że Bruce Lee’, bez cienia wahania odpowiedziały bałuckie łobuziaki. Pytanie mojego druha było jednak żartem nastawionym na konkretny efekt. Czym jest jednak porównywanie arcydzieła dramatu autorstwa Goethego z rzetelną, acz oczywiście świetnie napisaną pracą badawczą historyka Johana Huizingi? Na myśl przychodzą oczywiście uwagi spod mojego ostatniego wpisu na temat dzielenia tekstów na kategorie. W końcu Mommsen dostał Nobla z literatury, choć napisał monumentalne dzieło historyczne, a stało się tak z powodu braku takiej kategorii. Co innego jest jednak unikać kategoryzacji tekstów, tam gdzie nie ma takiej potrzeby, a co innego jest zestawianie ich w celach porównawczych.

Kiedy przeczytałem, że Wiedźmin wygrał z Iliadą Homera, to przy całym szacunku dla Andrzeja Sapkowskiego i jego twórczości, „wymiękłem”. Pomyślałem sobie, że może ja i jestem „trickster” i autorytetom się nie kłaniam, przewrotny bywam i obrazoburczy (tak mi się przynajmniej wydaje w zarozumiałości swojej), ale chyba jednak pewnego Rubikonu nigdy nie przekroczę.  „Odkliknąłem” lubienie grupy „Book z wami”, bo tam, gdzie z naprawdę wartościowej rzeczy robi się coś na poziomie „Szansy na sukces” czy innego „You can dance”, nie chcę przynajmniej, żeby mi się kojarzyło z książkami. Mam do nich zbyt wiele szacunku.

sobota, 9 czerwca 2012

O tym, żeby swój trafił na swego, czyli... znowu o literaturze


Kilka lat temu, kiedy zbladła już nieco gwiazda Williama Whartona wśród polskich snobów pożerających modne książki na firmament trzeciorzędnej twórczości literackiej wypłynął brazylijski pisarz Paulo Coelho. Do dziś jest to autor całkiem popularny w naszym kraju. Z nowościami literackimi często jest tak, że nawet najwięksi znawcy mają problem z ich oceną. Jeśli już jakiś tekst się znajdzie w tzw. kanonie, to wtedy owszem, powymądrzają się na jego temat, a nawet doszukają się szeregu słabych stron, ale z kanonu raczej już nie wyrzucą. Tymczasem po nowościach można się bezkarnie przejechać i praktycznie zniszczyć autora zanim się na dobre narodził.

Słynny niemiecki program telewizyjny poświęcony omawianiu nowości książkowych „Kwartet Literacki”, prowadzony przez tyleż popularnego co kontrowersyjnego Marcela Reich-Ranickiego, był przykładem m.in. tego, jak bardzo „autorytety” mogą się różnić w swoich opiniach. Sigrid Löffler, jedna z uczestniczek „Kwartetu” swego czasu nie zostawiła suchej nitki na twórczości Haruki Murakamiego, którą nazwała „literackim fast fordem”. Pozostała jednak w zdecydowanej mniejszości, ponieważ trzej panowie mieli zdanie odmienne.

Jak łatwo można zauważyć, już w pierwszym zdaniu tego wpisu przemyciłem własną, zupełnie nieobiektywną, ocenę twórczości pewnych pisarzy. Na jakiej podstawie nazwałem ich twórczość „trzeciorzędną”? Modzie na Whartona nigdy nie dałem się porwać, ale przecież kiedy dostałem w prezencie Piątą górę Coelho, sięgnąłem po kilka następnych książek, które dawało się pochłonąć w jeden wieczór, co wprawiło mnie w lekki niepokój. Kiedy przeczytałem Alchemika, powieść w tamtym czasie okrzyczaną jako największe dzieło autora, wiedziałem, że coś jest naprawdę nie tak. Jest to przecież ni mniej ni więcej tylko plagiat jednej z baśni Tysiąca i Jednej Nocy (doprawdy nie wiem, dlaczego autor artykułu w Wikipedii pisze, że to plagiat opowiadania Nachmana z Bracławia, Skarb pod mostem; może wikypedysta nie czytał Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy), w której mieszkaniec Bagdadu śni o skarbie w Egipcie, a kiedy tam dociera, okazuje się, że skarb miał u siebie w Bagdadzie. Coelho zachował Egipt, ale zmienił kierunek geograficzny miejsca zamieszkania bohatera.

„Gwoździem do trumny” Paulo Coelho był Podręcznik wojownika światła, czytanie którego przerwałem po pięciu stronach, ponieważ takiego ezoterycznego bełkotu nie dałem rady wytrzymać.

Tymczasem mój zmarły przyjaciel, który miał gust literacki od mojego odmienny, oprócz wspólnej sympatii wobec pisarzy czeskich, był Wojownikiem światła zachwycony. Coelho wg mnie łączy fatalne elementy w swojej twórczości – z jednej strony jego teksty są bardzo proste, co oznacza, że czytelnik nie ma się czego specjalnie w nich doszukiwać, ponieważ wszystko jest podane na zasadzie „kawa na ławę”, do tego samo przesłanie jest niczym ewangelia dla prostaczków, a z drugiej owo przesłanie często bywa, delikatnie mówiąc, mało klarowne.

No dobrze, „pojechałem” po zapewne Bogu ducha winnym brazylijskim pisarzu, który jest na świecie znany, kupowany i czytany. Pewnie zazdrość ze mnie wylazła, więc muszę teraz podejść do tematu z innej strony.

Otóż jako urodzony postmodernista (choć chyba wcale nie ze świadomego wyboru) uważam, że każdy tekst pisany, podobnie jak mówiony, jest do kogoś adresowany. Autor przygotowuje swoją wypowiedź po to, żeby ktoś ją odebrał. Jeżeli dany utwór dociera do swojego odbiorcy, wszystko jest w porządku. Jeżeli jednak trafia do czytelnika hołdującego innym dyskursom, czytelnik ów bezlitośnie taki utwór skrytykuje. Kiedy mamy do czynienia z przełomami epok, a więc momentami, w których jakiś autor, czy raczej grupa autorów, proponuje kompletnie inną od panującej dotąd poetykę, w świecie krytyki literackiej robi się wojna. Klasycy nie mogli znieść romantyków, ponieważ przykładali miary poezji klasycznej do oceny zupełnie nowej jakości w literaturze. Zresztą również i dziś jeśli ktoś jest zwolennikiem racjonalizmu i klarownego formułowania myśli, utwory romantyków wydadzą mu się strasznym kiczem.

Teraz wyobraźmy sobie, jaki mętlik może wprowadzić do młodego wrażliwego umysłu konieczność zapoznania się z całym przekrojem epok i stylów literackich. Lekcje historii literatury, szerzej znane jako lekcje języka polskiego, nie mają na celu sprawienie, żeby odpowiednie teksty trafiły do odpowiednich ludzi, ale żeby wszyscy przeczytali wszystko, co im się podsunie, a oczywiście podsuwa się tzw. kanon. Założenie jest szlachetne, ponieważ polega na zapoznaniu młodych ludzi z całym spektrum tekstów, z których potem będą mogli wybrać coś dla siebie. Niemniej nie ma się też co dziwić, że książki te do zdecydowanej większości nie trafiają.

W systemie szkolnictwa totalitarnego, tudzież w świecie totalitaryzmu krytyki literackiej, bo czymże innym jest ustalanie tzw. kanonu, jak nie wynikiem totalitarnych zapędów literaturoznawców, pojawienie się istot nieszczęśliwych, zmuszanych do czytania czegoś, czego absolutnie czytać by nie chciały, jest nieuniknione.

W całym moim dotychczasowym rozumowaniu istnieje jednak slaby punkt. Gdyby nie te „totalitarne zapędy” zostalibyśmy zalani przez teksty mało ambitne, a bożyszczem literatury być może bylby Paulo Coelho. Dlatego wydaje się jednak, że grupa krytyków próbująca wprowadzić jakieś pozory obiektywizmu w ocenie tekstów literackich, tudzież opracować kanon dzieł „największych”, jest potrzebna. Niemniej to przede wszystkim czytelnik ma prawo wyboru. Jeżeli na szkoleniu dla młodych biznesmenów prelegent powołuje się na cytat z Paulo Coelho, chwaląc przy tym książkę, z której ten cytat pochodzi, oznacza to, że tego typu twórczość komuś jest potrzebna jako dostarczycielka cennych przemyśleń. Zawsze bowiem, kiedy mamy do czynienia z tekstami, chodzi o to, żeby ich przesłania docierały do właściwych adresatów – i to wszystko.  

piątek, 8 czerwca 2012

O tym, żeby swój trafił na swego, czyli... znowu o edukacji


„Kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się mistrz”, mówi piękne chińskie przysłowie.  Przysłowia są podobno mądrością narodów, ale ja ze swoją postmodernistyczną przewrotnością (nie zdając sobie sprawy z postmodernistycznego jej charakteru) w młodości lubowałem się w dekonstrukcji takich „mądrości”, wyszukując przykłady z życia, kiedy przysłowia okazywały się bezużyteczne. Z wiekiem ten zapał mi przeszedł, choć do przysłów, jako „gotowców” zastępujących niektórym bieżące myślenie, nadal stosunek mam dość sceptyczny.

Z tym pojawianiem się mistrza, to oczywiście zwłaszcza u nas, wcale tak nie jest, bo po pierwsze prawdziwych mistrzów jak na lekarstwo, a jak się znajdą, to byle łachmyta na forum internetowym może ich bezkarnie sponiewierać; po drugie uczniowie praktycznie nigdy nie są gotowi, a znowu jeśli się jakiś pojawi, to może nigdy nie trafić na mistrza.

Legendy o mistrzach zen i uczniach pragnących pobierać u nich nauki pokazują jeden ważny element. Otóż to uczeń zabiega o naukę, a nie nauczyciel o ucznia. Jedno z takich podań opowiada o kandydacie na ucznia, który przez szereg dni i nocy stał przed domem mistrza, w spiekocie słońca i w ulewnych deszczach, a mistrz nadal nie otwierał. Kiedy kandydat postanowił w końcu dostać się do środka bez pozwolenia, otworzył drzwi i wetknął w nie swoją nogę. Mistrz natomiast drzwi z całej siły kopnął i to tak, że nieszczęsnemu chętnemu do nauki ową nogę złamał. Ból, jaki ten nagle odczuł sprawił, że doznał satori, czyli oświecenia, i gorąco mistrzowi podziękował za tę cenną naukę.

Istnieją szkoły i to nie tylko zen, polegające na nieustannym wystawianiu ucznia na stres. Jego przezwyciężanie doprowadza go na wyżyny mistrzostwa. Na takiego mistrza uczeń naprawdę musi być gotowy. Przykład, jaki przychodzi mi do głowy, to serialowy dr House, o którym można mówić różne rzeczy, ale na pewno nie to, że jest wielkim przyjacielem i opiekunem swoich podwładnych. Jest ich mistrzem, a nauka u niego jest bolesna i stresująca. Słabi muszą odpaść.

Obecnie praktycznie wszyscy dążymy do uniknięcia stresu, a w rezultacie pozbawiamy się możliwości nauki. Z drugiej strony doskonale wiemy, że stres może nas po prostu wykończyć, więc wystawianie się na niego jest hobby dla prawdziwych twardzieli. Czy istnieją bezstresowe metody nauczania? Tak w stu procentach bezstresowe to niekoniecznie, ale mniej stresujące z pewnością tak. Istnieją mistrzowie, którzy tak potrafią nauczany materiał rozłożyć na mniejsze porcje i tak je podać, że uczeń może nawet nie zdawać sobie sprawy, że już następuje proces dydaktyczny. Jednak tutaj z kolei uczniowie wychowani w kulturze, w której proces nauki zawiera w sobie duży element stresu, będą narzekać na brak konkretnych działań, ponieważ konkretne działania kojarzą im się właśnie ze stresem.

Do tego dochodzą kwestie osobowościowe. Są mistrzowie, których uczniowie kochają niczym idola muzyki pop, są też tacy, których szanują i na swój sposób kochają na zasadzie surowego rodzica. To oczywiście nie wyczerpuje całego wachlarza możliwych odniesień emocjonalnych uczniów wobec mistrzów. Podstawowy zaś problem polega na tym, że typów uczniów jest bodaj więcej niż typów mistrzów. Dlatego wcale nie jest pewne, że mistrz uwielbiany niczym gwiazda rocka, tak naprawdę dociera do wszystkich. „Surowy rodzic” może być skuteczny, ale ilu uczniów może przezywać paniczny strach przed każdym spotkaniem z nim. Strach może tak paraliżować, że może kompletnie zniweczyć proces przyswajania wiedzy. A jest szereg umiejętności, których nie można się uczyć w stresie. Uważam, że o ile stres pomaga w przyswojeniu wiadomości np. z 200 stron tekstu biologicznego w jeden dzień, to w żadnym wypadku nie przyspieszy umiejętności rozumienia tekstu słuchanego w języku obcym. Takie rzeczy trzeba trenować często i systematycznie, ale najlepiej we własnym tempie, w skupieniu ale bez stresu! To jest dopiero sztuka.

W spotkaniach człowieka z człowiekiem istnieje spory margines czynników, które są trudne do przewidzenia. Proste przejęzyczenie nauczyciela na pierwszych zajęciach,  jakiś element ubrania, czy tik nerwowy, może go pozbawić szacunku uczniów do samego końca kursu, a w związku z tym jego potencjał jako mistrza spada do zera, choć może być doskonały w swojej dziedzinie.

O braku zindywidualizowanego podejścia do ucznia zapisano już tony papieru, ale doskonale wiadomo, że przy dużych zespołach ludzkich, indywidualizacja nauczania jest technicznie niemożliwa. Nawet jednak przy grupie nielicznej nie jest to wcale łatwe, ponieważ uczymy pod pewien schemat, pod testy i pod egzaminy. Chciałoby się powiedzieć „pod rynek pracy”, ale tak w Polsce nie jest. Pytanie tylko, czy gdybyśmy uczyli właśnie pod potrzeby rynku pracy, proces nauczania byłby dla ucznia tak bardzo atrakcyjny. W tym wypadku mistrzem powinien zostać po prostu konkretny fachowiec z jakiejś konkretnej fabryki. Więc może powrócić do systemu terminowania u majstra? W wielu przypadkach to naprawdę nie byłoby głupie.

Kiedy pracowałem z prywatnej wyższej szkole o profilu pedagogicznym, w czasie jednej z przerw natknąłem się na kserokopię artykułu na temat koncepcji oświatowej Ivana Illicha, austriackiego myśliciela o poglądach klasyfikowanych jako anarchistyczne. Tak na marginesie – gdybym nie natknął się na tę kserówkę, niewykluczone, że nigdy w życiu bym o nim nie usłyszał. Żyjemy w czasach ogromnej liczby powstających nieustannie tekstów i nie jesteśmy w stanie nie tylko ich przeczytać, ale nawet usłyszeć o ich istnieniu. Wróćmy jednak do samej koncepcji Illicha. Otóż proponuje on (a raczej proponował, gdyż zmarł w 2002 r.) system, w którym ten, który wiedzy potrzebuje mógł szybko dotrzeć do tego, który ją posiada. Jako lewicowiec uważa, że społeczeństwo (ale kto konkretnie?) powinno zapewnić nieograniczone środki na ten cel, żeby wiedza była za darmo. Założenie jest proste i piękne, a oznaczałoby koniec totalitarnego systemu oświaty w postaci jarzma, w którym prowadzi się wszystkich do wodopoju i próbuje zmusić do picia. Wg Illicha ten, komu chce się pić sam będzie ochoczo biegł do źródełka i z niego pił. Trzeba tylko udostępnić kontakt z tym źródełkiem.

Jest to koncepcja tyleż prosta i genialna zarazem, co utopijna. Prosta i genialna dlatego, że przywraca podstawową definicję edukacji, którą jest „ten, który wie/umie więcej uczy tego, który wie/umie mniej”. W systemie totalitarnym, gdzie do jednej klasy może chodzić prawdziwy mózgowiec, grupa pozytywnych przeciętniaków z szansą na sukces, grupa negatywnych przeciętniaków ciążących ku klęsce i grupa ludzi z predyspozycjami do kilku bardzo prostych zajęć manualnych, może się zdarzyć, że taki mózgowiec może mieć wiedzę większą od nauczyciela w pewnych aspektach i musi wykonywać ćwiczenia przeznaczone dla przeciętniaków ze wskazaniem na ułatwienia dla grupy ostatniej, które jego akurat będą ogłupiać i uwsteczniać. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, gdzie ogólny poziom oświaty jest niski, ale za to geniuszy się wyłapuje i tworzy dla nich osobne programy, my po prostu takim ludziom pozwalamy się marnować i, co gorsza, gorzknieć. W tym momencie nauczyciel, któremu się ubzdurało, że jest wielkim mistrzem, może młodego geniusza zniszczyć w imię temperowania jego zarozumiałości i wymuszania szacunku dla siebie. Może się też zdarzyć, że inteligentny uczeń może zniszczyć nauczyciela, który skądinąd dobrze wypełnia swoje obowiązki wobec uczniów przeciętnych i słabych. Dlatego tak ważne jest żeby uczeń spotkał „swojego” mistrza. 

W dzisiejszych czasach to nigdzie nie jest łatwe. Na całym świecie, mimo szeregu różnic technicznych, szkoły są elementem państwowego totalitaryzmu, niezależnie od ustroju państwowego. Nie umiem tego systemu do końca potępić, ponieważ oświata mimo wszystko spełnia, czy też powinna spełniać rolę budującą wspólnotę. Niemniej próba stworzenia systemu, w którym właściwe osoby znajdowałyby się we właściwym miejscu i o właściwej porze spotykając się ku obopólnej korzyści, jest chyba warta wysiłku organizacyjnego czy wręcz ustrojowego.

Podobnie jest w odbiorze wszelkiej sztuki, ale o tym w następnym wpisie.

środa, 6 czerwca 2012

O autostradach przed Euro2012, czyli "langsam, langsam, wir wollen Spass haben"


Stoimy sobie z kolegą w jego warsztacie samochodowym i rozmawiamy. Właśnie wrócił z Holandii. Najszybsza droga przez Niemcy, to oczywiście autostrada i nią też jechał. Przy okazji stwierdził, że wbrew temu, co do tej pory wszyscy dookoła mówią, że w Niemczech „jedziesz jak po stole”, niemiecka autostrada aż taka równa nie jest, ponieważ nawierzchnia nie jest wieczna i się psuje. Stąd zresztą liczne remonty po drodze. „Jak po stole” to się akurat jechało po polskiej stronie, gdzie autostrada jest nowa. Oczywiście takie było osobiste odczucie mojego znajomego. Ja mu akurat wierzę, ale kto może i chce, niech sam sprawdzi.

Tuż po przekroczeniu granicy, już po polskiej stronie, znajomy mój nawiązał sympatyczną rozmowę z dwiema parami niemieckimi. Jeden z mężczyzn był Polakiem od lat mieszkającym w Niemczech (swoją drogą ciekawa historia – najpierw bauer, u którego pracował jego ojciec, uchronił go, tzn. ojca, od wywiezienia do Niemiec, a później ten uchronił go od losu wielu Niemców po wkroczeniu Armii Czerwonej), zaś drugi Niemcem. Jedna z kobiet chyba miała polskie korzenie, bo rozumiała rozmowę, ale chyba w mowie była słabsza.

Wiem, że wtrącanie tych szczegółów niczego do meritum nie wnosi, ale to taka moja słabość.
Do rzeczy więc! Otóż mężczyzna mówiący po polsku miał starą mapę, na której nie zaznaczono jeszcze polskich autostrad. Dlatego kontynuując jazdę autostradą już po polskiej stronie, był bardzo zdziwiony. Ponieważ polski Niemiec czy też niemiecki Polak wraz z żoną i zaprzyjaźnionym małżeństwem jechali do Warszawy na Euro 2012, znajomy mój poinformował ich, że należy jechać prosto autostradą i tylko koło Łodzi trzeba się liczyć z objazdem trasą gorszej jakości.

- Ależ my wcale nie chcemy jechać autostradą – odpowiada gość zza zachodniej granicy. – A jaka to przyjemność jechać autostradą? Oglądać ekrany po bokach? Przecież w ten sposób niczego nie zobaczymy, a my chcemy trochę pozwiedzać!

Niemiec, który po polsku nie mówił też coś wtrącił, co ten mówiący po polsku przetłumaczył. Okazało się, że oba małżeństwa marzyły o tym, żeby zwiedzić po drodze Polskę. Dlatego jechali odpowiednio wcześniej, zamówili sobie po drodze dwa noclegi i chcieli jechać zwykłymi szosami. Wszyscy chcieli bardzo zobaczyć, jakie zmiany nastąpiły w Polsce po czterdziestu latach, bo jak się okazuje, niektórzy z nich byli u nas jeszcze w latach 70.

Kiedy mój znajomy napomknął, że bliżej Warszawy będą musieli się liczyć z korkami, jego rozmówca stwierdził, że to przecież normalne, bo tam gdzie zbiera się większa liczba samochodów, tam tworzą się korki. W Niemczech w końcu znają korki bardzo dobrze.

Piszę o tym po to, żeby ukazać pewien sposób myślenia normalnego człowieka z Zachodu. Panika rozsiewana przez rozhisteryzowanych dziennikarzy jest mało uzasadniona. Oczywiście rozumiem, że chcemy i powinniśmy wypaść jak najlepiej. Kiedy zapraszam do siebie gości, też się staram, żeby ich podjąć jak najlepiej i cierpię, kiedy nie wyjdzie mi jakaś potrawa, którą chciałem się popisać. Na szczęście zawsze się okazuje, że jeżeli ludzie chcą się dobrze bawić, to się bawią, a jedno nieudane danie nie wpływa na ogólny poziom dobrego samopoczucia. Oczywiście wszyscy chyba znamy z rodzinnych imprez różnego rodzaju ciotki-krytykantki, które zawsze znajdą dziurę w całym, ale nie musimy się nimi aż tak bardzo przejmować.

Nie znaczy to, że nie powinniśmy zrobić wszystkiego, co w naszej mocy, żeby wypaść jak najlepiej. Na mistrzostwa piłkarskie mamy to, co najważniejsze – stadiony. Mamy też bazę noclegową i gastronomiczną. O polskich autostradach być może napisze jakiś zagraniczny złośliwiec, ale jak na razie jak zwykle sami okazujemy się największymi masochistami z upodobaniem krytykując wszystko, co się da skrytykować.

Mówiąc szczerze mam sporo obaw co do organizacyjnego powodzenia samej imprezy. Jeszcze więcej co do jej długofalowych następstw. Jeżeli całe przedsięwzięcie się zwróci, będę szczęśliwy. Jeżeli stadiony będą na siebie później zarabiały, będę wniebowzięty. Gorzej będzie, jeżeli spełnią się czarne wizje tych, którzy twierdzą, że te stadiony to będzie teraz skarbonka bez dna, do której będziemy musieli nieustannie wrzucać nasze pieniądze. Takie czarnowidztwo jednak na nic się nie teraz nie zda, bo niczego już nie da się cofnąć. Jedyne, co nam pozostaje, to myśleć „do przodu”. Na czas igrzysk natomiast proponuję się wyluzować i dobrze się bawić. Potem prawdopodobnie czeka nas sporo sprzątania, niewykluczone, że również tego metaforycznego, ale właśnie – to potem.

wtorek, 5 czerwca 2012

O rankingach filmów i książek


Pamiętam wykład nieżyjącego już profesora Waldemara Cerana, podczas którego opowiadał nam o kulturze hellenistycznej. Z jednej strony okres po śmierci Aleksandra Wielkiego przyniósł ogromne poszerzenie wpływów kultury greckiej (helleńskiej) na cały Bliski Wschód, ale równocześnie dlatego nazywamy ją hellenistyczną a nie helleńską, ponieważ stanowiła jednak pewną degenerację klasycznej kultury z czasów Peryklesa.

Język, którego powszechnie używano, tzw. koine, to była greka kolokwialna, jakiej wykształcony ateńczyk w czasach klasycznych by się raczej wstydził. Może by nią nawet mówił, ale na pewno by jej nie używał tworząc tekst pisany. W czasie rozkwitu hellenizmu, koine stała się lingua franca śródziemnomorskiego świata antyku.

Aleksandria, a konkretnie Biblioteka, stała się ośrodkiem nauki i literatury. Ptolemeusze kazali „piratować”, czyli kopiować wszelkie księgi wwożone do Egiptu. Przybyszom kazano oddać wwożone zwoje „do depozytu”, po czym im je zwracano, zaś kopie wędrowały do Biblioteki. Czy jednak poziom wykształcenia Hellenów z państw macedońskich diadochów był bardzo wysoki? Wiemy, że niekoniecznie. Zainteresowanie filozofią, czyli umiłowaniem mądrości, nie było już tak dogłębne jak w Atanach Platona czy Arystotelesa, ale za to utrzymywała się moda na pozowanie na człowieka wiedzy. Jako rezultat powstawały rozmaite leksykony czy też kompendia „w pigułce”, które nowobogacki kupiec mógł szybko przeczytać i zapamiętać, co pozwalało mu na błyszczenie w towarzystwie. Znamy to zjawisko aż nadto dobrze z dzisiejszych czasów. Na usprawiedliwienie starożytnych i dzisiejszych snobów trzeba przyznać, że lepsze to, niż tkwienie w całkowitej ignorancji.

Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy człowiek o powierzchownej wiedzy, a w dodatku skłonny do nader płytkich analiz, zabiera głos w charakterze eksperta. Każdy ma prawo wypowiadać się na każdy temat, bo w końcu mamy wolność słowa, ale należałoby zaznaczać, kiedy przemawiamy z pozycji tego, który ma wiele wątpliwości i chciałby się czegoś nauczyć, a kiedy z pozycji „wyroczni”.

W naszych czasach pojawiają się czasopisma, w których np. znawcy książek piszą z pozycji eksperta, co czytać należy, a co można sobie darować. Ludzie, którzy nie mają własnego „planu czytelniczego”, chętnie z takich porad korzystają. Są też tacy, którzy czytają wyłącznie to, o czym przeczytają w takim magazynie, lub na stronie internetowej poświęconej książkom. Chorobliwa ambicja „bycia na bieżąco” do jakiegoś stopnia z pewnością spełnia pozytywną i kształcącą rolę, ale po jakimś czasie może się okazać, że taki „pożeracz książek” traci kontrolę nad własnym gustem, ponieważ to inni mu go kształtują.

Podobnie jest z filmami. Wspaniale jest znać dobre filmy, umieć się o nich wypowiadać, ale znowu trzeba bardzo uważać, żeby czyjś snobizm nie zabił naszej niepowtarzalnej osobowości. Innymi słowy, żebyśmy nie poddali się naporowi agresywnej krytyki, wykluczającej to, co może nam się spodobać, w imię unikania „obciachu”.

W dzisiejszych czasach jest to o tyle niebezpieczne, że w Internecie pojawiają się strony poświęcone sztuce filmowej, które są naprawdę świetnie przygotowane technicznie, ale również pozwalają przy pomocy „kliknięcia” na odpowiednią liczbę gwiazdek, „ocenić” dany obraz i umieścić go na liście rankingowej. Jeżeli taki portal umożliwia wypowiadanie się widzów na forum, możemy uzyskać bardzo ciekawy, ale równocześnie pesymistyczny obraz współczesnej publiczności.

To, że filmy, które nie dzieją się na hollywoodzkiej zasadzie „było fajnie-potem się popsuło-bohater twardo walczył-znowu było fajnie, a nawet fajniej”, otrzymują niskie oceny, wynika m.in. z tego, że klikać każdy może. W sztuce w ogóle nie powinno być miejsca na demokrację, a tu proszę. Każdy gimnazjalista z dostępem do netu może np. dać jeden punkt (na 10 możliwych) np. Siódmej pieczęci Bergmana czy Andriejowi Rublowowi Tarkowskiego). Kiedy w latach 70. ubiegłego stulecia telewizja polska nadawała naprawdę ambitne filmy i to wcale nie późno w nocy, ale bezpośrednio po Dzienniku (dzisiejsze Wiadomości), można było usłyszeć, np. od sąsiada z wczasów, „ale gówno dają!”, albo „że też nie dadzą nic dla ludzi”. Tego typu osoby mogły sobie ponarzekać i najwyżej przełączyć na drugi program (więcej nie było), na którym w tym czasie leciała jakaś naprawdę nudna publicystyka.

Po 1989 stopniowo pojawiło się więcej kanałów telewizyjnych nadających „coś dla ludzi”, a na dodatek telewizja publiczna również zaczęła schlebiać gustom tego typu „ludzi”. Jeżeli ktoś dzisiaj się obawia, że poziom intelektualny przeciętnego Polaka spadnie do poziomu przeciętnego Amerykanina z powodu obniżania standardów wymagań polskiej szkoły, to się myli, bo ten poziom już dawno spadł. Niejeden z nas nie tylko wie mało, ale nawet nie wie, co mógłby wiedzieć. Z telewizji się tego nie dowie.

Tacy właśnie ludzie oglądają film, potem siadają do komputera i ten film „oceniają”. Najgorsze jest jednak, kiedy taki ktoś zechce się szerzej wypowiedzieć na temat obejrzanego obrazu, ponieważ taka wypowiedź absolutnie obnaża jego poziom wiedzy ogólnej. Swego czasu trafiłem na amerykańskie forum na temat Gangów Nowego Jorku. Niskie oceny były usprawiedliwiane tym, że „nic nie można było zrozumieć”, albo „żeby to rozumieć, to trzeba znać historię”. Nie wiem, czy znalazł się ktoś, kogo film ten zachęcił do sięgnięcia po jakąś książkę, czy choćby wejścia na Wikipedię i pogłębienia swojej wiedz historycznej. Jeżeli ktoś taki był, to akurat się na tym forum nie wypowiedział. Tymczasem swoje frustracje wypisywała cała gromada tych, którzy nic nie wiedzą i są z tego dumni.

Teoretycznie tekst porównujący np. dwie rzeczy, czy osoby, można zawsze stworzyć. Można zapisać nawet cztery strony różnic między wielorybem a mrówką, albo bananem i rowerem. Daję słowo, że jest to możliwe. W ramach ćwiczenia i zabawy literackiej, możecie spróbować. Problemem pozostanie jednak, że nie wiadomo czemu taki tekst miałby służyć.

To, że w przeciągu tysiącleci, w ciągu których ludzkość tworzy teksty literackie, poetyki i kryteria ich oceny zmieniały się wielokrotnie, chyba wszyscy wiemy. W przypadku filmów, tak samo zresztą jak w przypadku współczesnej literatury, w ogóle nie może być mowy o jakiejś jednolitej krytyce, ponieważ dzieła reprezentują tak odmienne sposoby narracji, proponują tak odmienne struktury i tak odmienne cele, jakie ich autorzy sobie postawili, że nie ma najmniejszego sensu zestawiać ze sobą takich, których nie ma jak do siebie porównać. (Jak wyżej wspomniałem, technicznie jest to możliwe, ale kompletnie bez sensu). Pozwolenie natomiast na ocenę dzieł, które są np. niskobudżetowe, ale stanowią pewne intelektualne wyzwanie wobec widza, obok z rozmachem realizowanej produkcji hollywoodzkiej, mija się z logiką. Niestety nałogowi, ale mało refleksyjni „pożeracze” filmów dostali do ręki narzędzie, które kontynuuje tendencje, z jakimi mamy do czynienia w telewizji – schlebianiu gustom ludzi, którzy generalnie niewiele rozumieją z otaczającej ich rzeczywistości. Jeżeli jeszcze wypowiadają się na forum językiem agresywnym (czyt.chamskim), mogą wypłoszyć tych, którzy chcą prowadzić jakąś dyskusję na poziomie. W ten sposób oddajemy sztukę w ręce ochlosu, a to nigdy nie wychodzi jej na dobre.

niedziela, 3 czerwca 2012

Gdybym w 1993 r. napisał powieść pt. "2012"


„2012 dziwny to był rok…” Nie, może lepiej, „O roku ów…” To też już było. Ale przydałoby się dopisać do bieżącego roku jakąś „wieszczą” narrację, opisać go jakimś językiem poetycko-proroczym.

Wyobraźmy sobie oto jakiegoś Wernyhorę, który w roku 1989, albo lepiej 1993, kiedy ostatecznie wyszły z Polski wojska sowieckie, przepowiada, że nie minie dwadzieścia lat (albo, że dopiero co minie – w zależności od roku, w którym umieścimy naszego Wernyhorę), a Lenin powróci na bramę Stoczni Gdańskiej, zaś rosyjscy chłopcy i mężczyźni będą maszerować ulicami Warszawy z sierpem i młotem oraz innymi bolszewickimi symbolami.

Z całą pewnością ktoś uznałby takiego proroka za szaleńca, albo za oszołoma-katastrofistę. Na szczęście dla siebie samego, ktoś taki nigdy nie zaistniał. Pomyślałem sobie, że gdybym pisał powieść o Polsce ostatniego dwudziestolecia, a chciałbym wprowadzić jakiś element tajemniczo-ezoteryczny, kogoś takiego bym wymyślił.

Wszystko w roku 2012 dzieje się na niby. Lenin na bramę legendarnej stoczni wrócił najpierw na potrzeby filmu, ale ma zostać ze względu na to, że kiedy wybuchł legendarny strajk, była to Stocznia im. Lenina, a władze Gdańska chcą mieć taki skansen przypominający realia tamtej epoki właśnie. Andrzej Wajda zżyma się, bo twierdzi, że ludzie, którzy przeciwko Leninowi protestują, protestują „głupio”! No, oni tam, panocku, proste ludzie są, ale pamiętają, że Lenin był be, bo przecież o jego usunięcie swego czasu walczyli. Może oni i faktycznie głupi są, bo mądrego rozumowania pana reżysera ni w ząb pojąć nie mogą, a że jego rozumowanie mądre być musi, to oczywiste. Bo Andrzej Wajda wielkim reżyserem jest.

Generalnie nie mam nic przeciwko temu, żeby pewne rzeczy brać w nawias, zwłaszcza artystyczno-muzealny. W końcu utrzymanie takich potwornych miejsc na terenie Polski, jako niemieckie obozy koncentracyjne, to nic innego, jak właśnie działalność muzealno-edukacyjna. Można powiedzieć, że wojnę z hitlerowskimi Niemcami toczono m.in. po to, żeby takie miejsca na zawsze zniknęły z powierzchni ziemi, ale nie zniknęły, ponieważ postanowiono je utrzymać „ku przestrodze”. Jaką jednak przestrogą ma być znienawidzona nazwa legendarnej stoczni? Jeżeli uznamy, że w ogromnej liczbie przypadków konfliktów i wojen, m.in. chodzi o symbole, to przywódca bolszewickiej rewolucji przedstawiany przez komunistyczną propagandę jako szlachetny przywódca „wykluczonych”, jakby to powiedzieli dzisiejsi lewicowcy, był właśnie wymownym symbolem tego, że Polska nie była krajem niepodległym, ale sowieckim protektoratem.

Jakiś czas temu próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego podczas gdy niemiecki nazizm jest zgodnie przez wszystkich ludzi dobrej woli potępiany, sowiecki komunizm wspominany jest najwyżej jako „błąd i wypaczenie”, z których w dodatku możemy się pośmiać, albo potraktować jako materiał artystyczny. Niemieckich swastyk tak nie traktujemy, a sierpy i młoty i owszem.

Tymczasem rosyjscy chłopcy, zapowiedzieli, że przemaszerują ulicami Warszawy i przypomną Polakom o wartości ich, tzn. rosyjskich chłopców, symboli – sierpa i młota oczywiście, rozumianych przez nich jako znak wyzwolenia spod faszyzmu. W tym wyzwolenia „niewdzięcznej” Polski. Na swój marsz mają zezwolenie władz. Gdyby go nie dostali, z pewnością znaleźliby się tacy, którzy taki zakaz uznaliby za „polską histerię”. Ona jest zjawiskiem realnym, ale nie każde przeciwstawienie się działaniom wymierzonym przeciwko własnemu krajowi, czy jego symbolice, można pod nie podciągnąć. Uprzedzając taki zarzut władze Warszawy pozwolą Rosjanom na zademonstrowanie swojej siły i wiary w swoje (kompletnie błędne w tym wypadku) ideały.

Jeżeli zgodzimy się, że w jakimś stopniu symbole odgrywają w naszym życiu jakąś rolę, to można się zapytać po jaką cholerę obalano Gierka, po co były jakieś strajki czy okrągłe stoły, skoro się okazuje, że symbole, z którymi walczono, wracają i nawet znajdują poparcie wśród elit szczycących się działalnością antykomunistyczną za PRLu. Ja tam bym może i nie bił o to piany, ale naprawdę nie wiem, jak te zjawiska tłumaczyć młodym ludziom. Jak wytłumaczyć takie zjawisko jak pan Andrzej Wajda, który za komuny kręcił filmy jakie chciał, potem zrobił filmy o ludziach z dwóch różnych surowców, które umieściły go wśród „gniewnych” niezadowolonych z ustroju, a teraz przywraca symbole, przeciwko którym walczył jego „idol” i bohater, Lech Wałęsa? A sam Lech Wałęsa? O co właściwie walczył?

Boję się PiSu i jego prezesa, boję się fanatyzmu religijnego i nietolerancyjnego nacjonalizmu, ale słuchając polityków tej partii, przynajmniej wiem, o co im chodzi. No, może to objaw słabego rozgarnięcia. Tak w końcu też może być.

W 1993 roku nie napisałbym, niczym Orwell, powieści "2012". Można byłoby się jednak teraz zabawić w stworzenie takiej historii fikcyjnego proroctwa wypowiedzianego w 1993. Nie wiadomo tylko, jak zostałaby odczytana. Tym, którzy są skłonni wpadać w narodowe histerie, posłużyłaby pewnie za materiał propagandowy.  Tym, którzy z kolei prewencyjnie i histerycznie zwalczają takie histerie, zarzuciliby autorowi anachronizm, brak zrozumienia bieżącej sytuacji i oczywiście paranoję. Skoro tak, to może lepiej takiej powieści nie pisać.

czwartek, 31 maja 2012

Reagować czy nie reagować, czyli pomyłka amerykańskiego prezydenta a rosyjscy kibice


Wczoraj pisałem o ciekawych powiązaniach studiowanych przedmiotów i poglądach politycznych. Oczywiście sam wykorzystałem pewien stereotyp, a więc historyk-polski tradycjonalista, anglista-zachodni liberał/lewak. Oczywiście takie postawienie sprawy byłoby strasznym uproszczeniem. Tymczasem dzieją się wokół nas takie rzeczy, czy też pojawiają takie problemy, które jednym się wydają błahe i niewarte uwagi, bo przy odrobinie dobrej woli i chęci porozumienia można by je wszystkie wyjaśnić, zaś dla drugich są sprawą życia i śmierci.

Jednym z takich problemów jest kwesta „Polish death camps”, którego to terminu użył ostatnio niefortunnie amerykański prezydent Barack Obama. Historycy i hurra patrioci szaty rozdzierają z okrzykiem „pamięć narodu naszego mordują i bezczeszczą!”, „o zbrodnie nie popełnione oskarżają!” itd. itp. Angliści, którzy posiadają jednak pewną świadomość językową, mogą wzruszyć ramionami i powiedzieć, że jest to określenie czysto geograficzne. Oświęcim czy Sobibór leżą na terenie Polski, więc są polskie. Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto się interesuje problemem holokaustu, nie wiedział, że były to obozy założone i prowadzone przez Niemców. Sławomir Sierakowski stwierdził nawet, że zwrotu „polski obóz” użyła sama Zofia Nałkowska w „Medalionach”, co skrzętnie sprawdziłem i faktycznie ten lewicowy publicysta się nie myli. W rozdziale „Dorośli i dzieci w Oświęcimiu” pisarka użyła słów:

Nie dziesiątki tysięcy i nie setki tysięcy, ale miliony istnień człowieczych uległy przeróbce na surowiec i towar w polskich obozach śmierci. Oprócz szeroko znanych miejscowości, jak Majdanek, Oświęcim, Brzezinki, Treblinka, raz po raz odkrywamy nowe, mniej głośne.

Z całą pewnością chodziło więc o obozy znajdujące się na terenie Polski, w odróżnieniu od „austriackiego obozu” w Mauthausen-Gusen, czy „niemieckiego” w Dachau. Grupa publicystów i polityków już ogłosiła, że pomyłka Obamy niczym wielkim nie jest, a strona polska reaguje histerycznie.

Generalnie już bym się nawet z takim podejściem zgodził, gdyby nie fakt, że nie wszyscy na świecie są historykami, nie wszyscy interesują się holokaustem i fraza „polski obóz koncentracyjny” czy „polski obóz zagłady” tworzy natychmiastowe skojarzenie – „Zagłada Żydów-Polacy”. Sławomir Sierakowski ma rację mówiąc, że istniał polski antysemityzm przed wojną, podczas wojny oraz, że istnieje dzisiaj. Prawdziwy jest przytoczony przezeń fragment sprawozdania Jana Karskiego, który wyraźnie wspomina o bezdusznej postawie wielu Polaków wobec zagłady swoich żydowskich współobywateli. O tym, podejrzewam, będziemy jeszcze w Polsce nieraz dyskutować. Rzecz jednak w tym, żeby nie tworzyć skojarzenia, że regularne „fabryki śmierci” jakimi były zorganizowane z niemiecką precyzją obozy zagłady, były tworami polskimi. Nie były i nikt nie powinien ich z Polakami kojarzyć.

Na ironię zakrawa fakt, że Amerykanie wcale nie są tacy „cool” jeśli chodzi o precyzję pewnych zwrotów językowych. Śmiertelnym grzechem jest użycie słowa „negro” – murzyn, które niegdyś było słowem neutralnym („nigger” było zawsze obraźliwe), bardzo nieładnie jest też użyć słowa „black”, choć jeszcze w latach 60. amerykańscy czarnoskórzy tak właśnie chcieli, żeby ich nazywano. Obecnie trzeba mówić „African American” lub „Afro-American” bo inaczej jest po chamsku.

Bardzo nietaktowne jest użycie „niemiecki obóz koncentracyjny”, bo to mogłoby urazić cały naród niemiecki, a przecież nie wszyscy byli hitlerowcami. Stąd używa się przymiotnika „nazi”, ale nigdy „German”. To też jest temat na bardzo długą dyskusję na temat współodpowiedzialności całego narodu niemieckiego za hitlerowskie zbrodnie, ale dla spójności tekstu, zostawmy ten problem.

Tymczasem do Polski przyjedzie niedługo niemała rzesza rosyjskich kibiców piłkarskich, których jeden z liderów oświadczył niedawno, że  „[m]y inaczej traktujemy radzieckie symbole, nasi ojcowie i dziadowie walczyli z faszystami i między innymi wyzwalali tę Polskę”. No właśnie, oni to robią inaczej, bo tak ich wychowano i nauczono. W Rosji nie ani o jotę nie zmieniono polityki wobec edukacji historycznej. Pomimo carskiego sztafażu, jaki stosuje Władimir Putin, jest to kraj nawiązujący przede wszystkim do tradycji sowieckiej i wychowujący nowe pokolenia w duchu uwielbienia dla legendy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. W zeszłym tygodniu kanał HBO pokazał dokument o miłośnikach internetowych gier polegających na wcielaniu się w role pilotów z czasów II wojny światowej. Grają w nie Polacy, Anglicy, Niemcy, Rosjanie i inne nacje. Co jakiś czas pokazywano wywiady z poszczególnymi graczami, którzy przy okazji obnażali swoje poglądy polityczne. Jeden z Rosjan oburzał się, że młode pokolenie Niemców mówi, że to przecież nie oni zabijali w czasie II wojny światowej. „Nu kak nie ty, kak nie wy?” pyta oburzonym głosem młody Rosjanin, który domaga się od kolejnego pokolenia Niemców wzięcia odpowiedzialności za zbrodnie dziadków i pradziadków. A kto jej nie bierze, to wg niego człowiek bez honoru. No i gadaj tu z takim.

Tymczasem o ile Niemcy ze wstydem uczą kolejne pokolenia o zbrodniach, jakie ich naród popełnił pod wpływem zbrodniczej ideologii Hitlera, to kolejne młode pokolenia Rosjan nie wiedzą nic o zbrodniczym charakterze sowieckiego komunizmu. Nie wiedzą o zbrodniach wobec własnego narodu, o łagrach czy o Wielkim Głodzie specjalnie wywołanym na Ukrainie przez Stalina, tak samo jak nie wiedzą o zbrodniach wobec Polaków, począwszy od zdradliwej napaści na spółkę z Niemcami, poprzez Katyń i zwalczanie partyzantki Akowskiej. Młodzi Rosjanie nie znają faktów. Gdyby to była kwestia interpretacji historii, sprawa byłaby dość skomplikowana, bo oczywiście każdy ma swój punkt widzenia, ale wtedy można byłoby przynajmniej jakoś dyskutować. Gdybyśmy mogli powiedzieć, że ci Rosjanie to podłe dranie, którzy nas zawsze nienawidzili i nienawidzą teraz, sprawa byłaby z kolei prosta i nie byłoby się nad czym zastanawiać. Tymczasem problem polega na tym, że ci młodzi Rosjanie w większości święcie wierzą, że to oni mają rację, bo tak im od dziecka wbijano do głowy. Oni naprawdę wierzą w to, co komunistyczne władze bezskutecznie chciały nam wpoić za PRLu. U nas to się nie udało, a u nich i owszem. Jeśli przyjadą młodzi Rosjanie i będą u nas robić zadymy wynikające ze szlachetnych acz kompletnie błędnie założonych pobudek, to niestety nie będzie już czasu na ich reedukację.

Tą rosyjską zsowietyzowaną młodzież wspominam w tym momencie m.in. z tego powodu, że naprawdę nie wolno lekceważyć nauk płynących z historii. Nie można wygadywać głupot, że jakiś tam szczegół mi się nie przyda, bo oto można oberwać bardzo konkretnie po łbie i nie wiedzieć nawet dlaczego.

Jestem przekonany, że Barack Obama przeczytał, to co mu napisano i z pewnością przyjął przymiotnik „polskie” jako termin geograficzny. Najprawdopodobniej ten, który mu to pisał, również tak to traktował. Niemniej później z takich nieświadomych (a przecież w niektórych przypadkach z pewnością świadomych) „przejęzyczeń” rodzą się pokolenia młodych ludzi, Żydów i nie tylko, którzy do historii się specjalnie nie przykładali, ale w telewizji wpadł im w ucho zwrot „polski obóz śmierci”, więc pewnie ci Polacy to naród zbrodniarzy.

Uważam, że polski rząd, tak samo jak wcześniej niejednokrotnie Fundacja Kościuszkowska, zrobił dobrze domagając się od prezydenta Obamy sprostowania, tak samo jak wcześniej niejednokrotnie Fundacja Kościuszkowska domagała się zakazu używania zwrotu „polskie obozy koncentracyjne” od amerykańskich organizacji dziennikarskich. Nie jesteśmy w stanie wymóc na prezydencie Obamie, żeby sam publicznie się pokajał i przeprosił Polaków za tę pomyłkę. Sprostowania, jakie nastąpiło powinno nam na razie wystarczyć i nie ma się co wygłupiać eskalując żądania przypierające amerykańskiego prezydenta do muru. Nie zgadzam się natomiast z tezą, że ten problem można sobie lekceważyć. Na każdą wzmiankę o „polskich obozach” należy grzecznie, ale stanowczo reagować, tak samo jak na słowo „nigger” czy nawet „negro”. Jest to akcja przeciwko zniesławianiu Polski, taka sama, jakie przeprowadzają organizacje żydowskie przeciwko zniesławianiu ich narodu. To nie powinny być wybuchy histerii z wielkimi słowami, typu „hańba”, czy „antypolski spisek”, ale stanowcze protesty przeciwko zwrotowi, którego sobie nie życzymy. Słowo „negro” też nie było obraźliwe, ale kiedy sami zainteresowani stwierdzili, że go sobie nie życzą, to czynniki oficjalne, w tym władze i media, to uznały. Domaganie się usunięcia z przestrzeni publicznej zwrotu zwodniczego i budzącego zdecydowanie złe skojarzenia powinno się stać naszym wkładem w amerykańską, i nie tylko, poprawność polityczną, którą kiedyś nazywano po prostu dobrymi manierami.