Wczoraj pisałem o ciekawych powiązaniach studiowanych
przedmiotów i poglądach politycznych. Oczywiście sam wykorzystałem pewien
stereotyp, a więc historyk-polski tradycjonalista, anglista-zachodni
liberał/lewak. Oczywiście takie postawienie sprawy byłoby strasznym
uproszczeniem. Tymczasem dzieją się wokół nas takie rzeczy, czy też pojawiają
takie problemy, które jednym się wydają błahe i niewarte uwagi, bo przy
odrobinie dobrej woli i chęci porozumienia można by je wszystkie wyjaśnić, zaś
dla drugich są sprawą życia i śmierci.
Jednym
z takich problemów jest kwesta „Polish death camps”, którego to terminu użył
ostatnio niefortunnie amerykański prezydent Barack Obama. Historycy i hurra
patrioci szaty rozdzierają z okrzykiem „pamięć narodu naszego mordują i bezczeszczą!”,
„o zbrodnie nie popełnione oskarżają!” itd. itp. Angliści, którzy posiadają
jednak pewną świadomość językową, mogą wzruszyć ramionami i powiedzieć, że jest
to określenie czysto geograficzne. Oświęcim czy Sobibór leżą na terenie Polski,
więc są polskie. Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto się interesuje problemem
holokaustu, nie wiedział, że były to obozy założone i prowadzone przez Niemców.
Sławomir Sierakowski stwierdził nawet, że zwrotu „polski obóz” użyła sama Zofia
Nałkowska w „Medalionach”, co skrzętnie sprawdziłem i faktycznie ten lewicowy
publicysta się nie myli. W rozdziale „Dorośli i dzieci w Oświęcimiu” pisarka
użyła słów:
Nie
dziesiątki tysięcy i nie setki tysięcy, ale miliony istnień człowieczych uległy
przeróbce na surowiec i towar w polskich obozach śmierci. Oprócz szeroko
znanych miejscowości, jak Majdanek, Oświęcim, Brzezinki, Treblinka, raz po raz
odkrywamy nowe, mniej głośne.
Z
całą pewnością chodziło więc o obozy znajdujące się na terenie Polski, w
odróżnieniu od „austriackiego obozu” w Mauthausen-Gusen, czy „niemieckiego” w
Dachau. Grupa publicystów i polityków już ogłosiła, że pomyłka Obamy niczym
wielkim nie jest, a strona polska reaguje histerycznie.
Generalnie
już bym się nawet z takim podejściem zgodził, gdyby nie fakt, że nie wszyscy na
świecie są historykami, nie wszyscy interesują się holokaustem i fraza „polski
obóz koncentracyjny” czy „polski obóz zagłady” tworzy natychmiastowe
skojarzenie – „Zagłada Żydów-Polacy”. Sławomir Sierakowski ma rację mówiąc, że
istniał polski antysemityzm przed wojną, podczas wojny oraz, że istnieje
dzisiaj. Prawdziwy jest przytoczony przezeń fragment sprawozdania Jana
Karskiego, który wyraźnie wspomina o bezdusznej postawie wielu Polaków wobec
zagłady swoich żydowskich współobywateli. O tym, podejrzewam, będziemy jeszcze
w Polsce nieraz dyskutować. Rzecz jednak w tym, żeby nie tworzyć skojarzenia,
że regularne „fabryki śmierci” jakimi były zorganizowane z niemiecką precyzją
obozy zagłady, były tworami polskimi. Nie były i nikt nie powinien ich z
Polakami kojarzyć.
Na
ironię zakrawa fakt, że Amerykanie wcale nie są tacy „cool” jeśli chodzi o
precyzję pewnych zwrotów językowych. Śmiertelnym grzechem jest użycie słowa
„negro” – murzyn, które niegdyś było słowem neutralnym („nigger” było zawsze
obraźliwe), bardzo nieładnie jest też użyć słowa „black”, choć jeszcze w latach
60. amerykańscy czarnoskórzy tak właśnie chcieli, żeby ich nazywano. Obecnie
trzeba mówić „African American” lub „Afro-American” bo inaczej jest po chamsku.
Bardzo
nietaktowne jest użycie „niemiecki obóz koncentracyjny”, bo to mogłoby urazić
cały naród niemiecki, a przecież nie wszyscy byli hitlerowcami. Stąd używa się
przymiotnika „nazi”, ale nigdy „German”. To też jest temat na bardzo długą
dyskusję na temat współodpowiedzialności całego narodu niemieckiego za
hitlerowskie zbrodnie, ale dla spójności tekstu, zostawmy ten problem.
Tymczasem do Polski przyjedzie niedługo niemała rzesza
rosyjskich kibiców piłkarskich, których jeden z liderów oświadczył niedawno, że
„[m]y inaczej traktujemy radzieckie
symbole, nasi ojcowie i dziadowie walczyli z faszystami i między innymi
wyzwalali tę Polskę”. No właśnie, oni to robią inaczej, bo tak ich wychowano i
nauczono. W Rosji nie ani o jotę nie zmieniono polityki wobec edukacji
historycznej. Pomimo carskiego sztafażu, jaki stosuje Władimir Putin, jest to
kraj nawiązujący przede wszystkim do tradycji sowieckiej i wychowujący nowe
pokolenia w duchu uwielbienia dla legendy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. W
zeszłym tygodniu kanał HBO pokazał dokument o miłośnikach internetowych gier
polegających na wcielaniu się w role pilotów z czasów II wojny światowej. Grają
w nie Polacy, Anglicy, Niemcy, Rosjanie i inne nacje. Co jakiś czas pokazywano
wywiady z poszczególnymi graczami, którzy przy okazji obnażali swoje poglądy
polityczne. Jeden z Rosjan oburzał się, że młode pokolenie Niemców mówi, że to
przecież nie oni zabijali w czasie II wojny światowej. „Nu kak nie ty, kak nie
wy?” pyta oburzonym głosem młody Rosjanin, który domaga się od kolejnego
pokolenia Niemców wzięcia odpowiedzialności za zbrodnie dziadków i pradziadków.
A kto jej nie bierze, to wg niego człowiek bez honoru. No i gadaj tu z takim.
Tymczasem o ile Niemcy ze wstydem uczą kolejne pokolenia o
zbrodniach, jakie ich naród popełnił pod wpływem zbrodniczej ideologii Hitlera,
to kolejne młode pokolenia Rosjan nie wiedzą nic o zbrodniczym charakterze sowieckiego
komunizmu. Nie wiedzą o zbrodniach wobec własnego narodu, o łagrach czy o
Wielkim Głodzie specjalnie wywołanym na Ukrainie przez Stalina, tak samo jak
nie wiedzą o zbrodniach wobec Polaków, począwszy od zdradliwej napaści na
spółkę z Niemcami, poprzez Katyń i zwalczanie partyzantki Akowskiej. Młodzi
Rosjanie nie znają faktów. Gdyby to była kwestia interpretacji historii, sprawa
byłaby dość skomplikowana, bo oczywiście każdy ma swój punkt widzenia, ale
wtedy można byłoby przynajmniej jakoś dyskutować. Gdybyśmy mogli powiedzieć, że
ci Rosjanie to podłe dranie, którzy nas zawsze nienawidzili i nienawidzą teraz,
sprawa byłaby z kolei prosta i nie byłoby się nad czym zastanawiać. Tymczasem
problem polega na tym, że ci młodzi Rosjanie w większości święcie wierzą, że to
oni mają rację, bo tak im od dziecka wbijano do głowy. Oni naprawdę wierzą w
to, co komunistyczne władze bezskutecznie chciały nam wpoić za PRLu. U nas to
się nie udało, a u nich i owszem. Jeśli przyjadą młodzi Rosjanie i będą u nas
robić zadymy wynikające ze szlachetnych acz kompletnie błędnie założonych
pobudek, to niestety nie będzie już czasu na ich reedukację.
Tą rosyjską zsowietyzowaną młodzież wspominam w tym momencie
m.in. z tego powodu, że naprawdę nie wolno lekceważyć nauk płynących z
historii. Nie można wygadywać głupot, że jakiś tam szczegół mi się nie przyda,
bo oto można oberwać bardzo konkretnie po łbie i nie wiedzieć nawet dlaczego.
Jestem przekonany, że Barack Obama przeczytał, to co mu
napisano i z pewnością przyjął przymiotnik „polskie” jako termin geograficzny. Najprawdopodobniej
ten, który mu to pisał, również tak to traktował. Niemniej później z takich
nieświadomych (a przecież w niektórych przypadkach z pewnością świadomych) „przejęzyczeń”
rodzą się pokolenia młodych ludzi, Żydów i nie tylko, którzy do historii się
specjalnie nie przykładali, ale w telewizji wpadł im w ucho zwrot „polski obóz
śmierci”, więc pewnie ci Polacy to naród zbrodniarzy.
Uważam, że polski rząd, tak samo jak wcześniej
niejednokrotnie Fundacja Kościuszkowska, zrobił dobrze domagając się od
prezydenta Obamy sprostowania, tak samo jak wcześniej niejednokrotnie Fundacja
Kościuszkowska domagała się zakazu używania zwrotu „polskie obozy
koncentracyjne” od amerykańskich organizacji dziennikarskich. Nie jesteśmy w
stanie wymóc na prezydencie Obamie, żeby sam publicznie się pokajał i
przeprosił Polaków za tę pomyłkę. Sprostowania, jakie nastąpiło powinno nam na
razie wystarczyć i nie ma się co wygłupiać eskalując żądania przypierające
amerykańskiego prezydenta do muru. Nie zgadzam się natomiast z tezą, że ten
problem można sobie lekceważyć. Na każdą wzmiankę o „polskich obozach” należy
grzecznie, ale stanowczo reagować, tak samo jak na słowo „nigger” czy nawet „negro”.
Jest to akcja przeciwko zniesławianiu Polski, taka sama, jakie przeprowadzają
organizacje żydowskie przeciwko zniesławianiu ich narodu. To nie powinny być
wybuchy histerii z wielkimi słowami, typu „hańba”, czy „antypolski spisek”, ale
stanowcze protesty przeciwko zwrotowi, którego sobie nie życzymy. Słowo „negro”
też nie było obraźliwe, ale kiedy sami zainteresowani stwierdzili, że go sobie
nie życzą, to czynniki oficjalne, w tym władze i media, to uznały. Domaganie
się usunięcia z przestrzeni publicznej zwrotu zwodniczego i budzącego
zdecydowanie złe skojarzenia powinno się stać naszym wkładem w amerykańską, i
nie tylko, poprawność polityczną, którą kiedyś nazywano po prostu dobrymi
manierami.