czwartek, 24 lipca 2014

Wakacyjne lekkie myślenie, czyli o jedzeniu

Na jakiś czas zdezaktywowałem swoje konto na Facebooku, ponieważ, jak się okazuje, posiadanie wielu znajomych reprezentujących całe spektrum poglądów politycznych wcale nie jest takie dobre dla równowagi psychicznej. Jeżeli dodamy do tego, że każdy z tych znajomych ma swoich znajomych, a ci z kolei dają się poznać jako prymitywni hejterzy, albo przynajmniej zadufani w sobie zarozumialcy, portal społecznościowy przestaje być miejscem przyjemnej wymiany lajków i pochlebnych komentarzy. Zresztą z portalami społecznościowymi jest tak, że praktycznie po kilku tygodniach (czasami po kilku godzinach) poznajesz praktycznie wszystkie poglądy danego człowieka, i tak naprawdę jakakolwiek dyskusja z nim nie ma sensu, bo ile byśmy nie wymienili komentarzy, w ostatecznym rozrachunku praktycznie każdy pozostaje przy swoim stanowisku. Na dyskusje polityczne natomiast szkoda czasu, ponieważ fakt, że rozmawiamy na portalu, gdzie być może mamy większą publiczność, niż w domu czy w gronie znajomych w realu, wcale nie znaczy, że staliśmy się ludźmi o większym wpływie na kształtowanie rzeczywistości. W rezultacie tak naprawdę tracimy czas na przekonywanie kogoś, kto i tak swoje wie.

W żadnym wypadku nie twierdzę, że z FB zrezygnowałem na zawsze, ani nawet na długo, bo mimo wszystko wymiana informacji ze znajomymi w formie komentarzy do statusu może być całkiem przyjemną formą spędzenia czasu. Nie wolno tylko przesadzać, ani zbytnio się przejmować, ponieważ tak naprawdę o niczym nie decydujemy. To, że w Egipcie dzięki FB obalono prezydenta, a w Polsce zablokowano ustawę o ACTA, nie znaczy, że w ten sam sposób uda się rozwiązać wszystkie problemy. Ba, poddając się takiemu złudzeniu łatwo o frustrację, kiedy po wielu godzinach dyskusji, podczas której rozwiązaliśmy już wszystkie problemy tego świata, okazuje się, że ten świat się przez to nic a nic nie zmienił. Warto więc zrobić przerwę i nabrać nieco dystansu.

Ponieważ kilka rzeczy, które kiedyś tam postulowałem na tym blogu, stały się ciałem (np. wyszukiwarka muzyki, do której wprowadzamy kilka dźwięków poszukiwanej melodii, albo to, że w niektórych restauracjach w Polsce już podają wszystkim gościom przy jednym stole ich dania równocześnie), niewykluczone, że i te „ogórkowe” (to od sezonu, a niekoniecznie od samych ogórków) życzenia doczekają się urzeczywistnienia.

Kiedy chodziłem do szkoły podstawowej uczono nas, że wołowina to bardzo zdrowe mięso. O wiele zdrowsze od wieprzowiny. Ponieważ za komuny szynka i baleron na święta wszystkim wydawały się nie lada luksusem, zaś tradycyjnym „polskim” przysmakiem obiadowym pozostawał kotlet schabowy, nasza tradycja spożywania mięsa wieprzowego za komuny uległa utrwaleniu, a z powodu braków w zaopatrzeniu nabrała wręcz charakteru kultu, nic dziwnego, że i po upadku ustroju „jedynie słusznej drogi” najpopularniejszym mięsem na polskich stołach pozostaje wieprzowina. Na dodatek na początku lat 90. w Wielkiej Brytanii wybuchła epidemia „choroby wściekłych krów”, spożywanie ich mięsa zaś groziło już „ludzką” chorobą Creutzfelda-Jakoba. Na dodatek w USA popularna prezenterka telewizyjna Oprah Winfrey ogłosiła, że przestała jeść czerwone mięso, bo jest niezdrowe, czym naraziła amerykańskich hodowców bydła na poważne straty. Polacy natomiast nie zdążyli się dobrze do wołowiny przyzwyczaić, kiedy z Zachodu przyszedł sygnał, że jedzenie tego mięsa nie jest ani bezpieczne ani zdrowe.

Kiedy wśród Polaków nastała moda na spędzanie czasu przy grillu, co dzisiaj jest jednym z symboli „lemingozy”, czyli zadowolenia z życia, podczas gdy „Ojczyzna w niebezpieczeństwie”, którą „wolną racz nam wrócić, Panie”, nie do końca poszliśmy w ślady Amerykanów, którzy również kochają barbecue, czyli smażyć mięso na ruszcie i zaraz je spożywać w towarzystwie rodziny i znajomych. Zasadnicza różnica polega na tym, że w Polsce zawrotną karierę dzięki grillowi zrobiła karkówka wieprzowa. Schab podobno na grilla się nie nadaje, bo jest „zbyt suchy”. Karkówka jest za to poprzerastana tłuszczem i często dość żylasta, więc nie nadaje się raczej na ubity kotlet w panierce, choć pamiętam, że w latach ograniczonego dostępu do mięsa takie „oszukane schabowe” również w naszym kraju przyrządzano. Na grilla karkówka nadaje się świetnie, bo „tłuszcz się wytapia”, mięso „doskonale kruszeje” itd.

Generalnie mięso jadam niezbyt często, ale wegetarianinem nie jestem. Na grillach bywam rzadko, ale wtedy oczywiście próbuję wszystkiego, co jest akurat serwowane. Grille moich znajomych nie są może reprezentatywne, ale u nikogo nie zanotowałem grillowanej wołowiny. Polska wołowina, najczęściej z zaszlachtowanych krów mlecznych, na stek się raczej nie nadaje. Pod wpływem temperatury robi się twarda, a żeby ponownie stała się miękka i krucha, trzeba ją obróbce termicznej poddawać długo. Tymczasem tacy Amerykanie raz dwa przewrócą swój stek z jednej na drugą stronę i już go podają.

Nie jestem wielkim znawcą steków, ponieważ okazje, przy jakich miałem okazję ich skosztować potrafię policzyć na palcach jednej ręki. Jakieś 20 lat temu jadłem stek we „włoskiej” (talianskiej) restauracji u podnóża słowackich Tatr i pamiętam, że był jednak stosunkowo twardy. Później było to już 12 lat temu w Paryżu i zaraz potem w belgijskim Namur. Ten ostatni był najlepszy, lekko różowy w środku, gruby, ale delikatny i miękki. Potem jakoś steki wołowe nie zaprzątały moich myśli, chyba że pojawiały się w jakimś amerykańskim filmie.

W zeszłą niedzielę poszliśmy z rodziną do restauracji należącej do znanej w Polsce sieci znanej z doskonałej kuchni bliskowschodniej. Oczywiście jest to jednak przede wszystkim restauracja polska, bo dań z wieprzowiny w niej nie brakuje. Niemniej nie zamówiłem tym razem ani świetnej shoarmy, ani niczego, z czego słynie kuchnia basenu Morza Śródziemnego, a stek właśnie. Stek z angusa. Przy okazji sprawdziłem w Internecie, co to za bestia i okazało się, że jest to jedna z ras bydła rzeźnego. Przyznam, że dawno nie jadłem czegoś równie smacznego! Zażyczyłem sobie mięso średnio wysmażone, ale było miękkie, kruche i soczyste – wszystko w jednym. Po prostu pyszne. Jak później doczytałem, w takiej wołowinie ras hodowanych na mięso występuje dużo tłuszczu, ale jest on tak „zmieszany” z tkanką mięśniową, że całość robi wrażenie jednolitej masy.

Stwierdziłem, że dobrze byłoby rozpropagować wśród znajomych lubiących urządzać grillowi przyjęcia mięso z angusa. Niestety jest ono w porównaniu z każdym innym bardzo drogie, a przy tym praktycznie niedostępne w sklepie. Kelner spytany o to, gdzie restauracja się zaopatruje w angusowe steki, odpowiedział, że to wie tylko szef. W internecie można też znaleźć sklepy handlujące „stekową” wołowiną, ale nie prowadzą działalności detalicznej, ale nastawione są zaopatrzenie lokali gastronomicznych. Pomyślałem więc sobie, że może byłoby dobrze, gdyby polscy rolnicy zaczęli hodować angusa, polskie sklepy zaczęły sprzedawać jego mięso, zaś Polacy rozsmakowali się w tym rodzaju mięsa. Myślę, że kto miałby okazję zjeść dobry stek w przystępnej cenie, temu chyba przeszłaby ochota na żylastą i tłustą karkówkę wieprzową.

Dziesięć lat temu w Norymberdze zajadałem się arabskim płaskim chlebem, kupowanym w tureckim sklepie. Od tej pory bezskutecznie szukałem jego odpowiednika w Polsce, gdzie już podobno można „wszystko dostać”. Płaskiego chleba typu „sadź” chyba jednak nie. To, co w naszych sklepach wielkopowierzchniowych sprzedają jako „chlebek pita” to coś zupełnie innego. Tzw. wrapy, czyli niby meksykańskie tortille produkowane przemysłowo, to jednak też coś zupełnie innego, w czym przy okazji dosłownie wyczuwa się jakąś chemię. Na szczęście w Internecie można faktycznie znaleźć prawie wszystko, więc i przepis na płaski chleb typu „sadź” można znaleźć, łącznie z demonstracją na YouTube. Dzisiaj na zwykłej płaskiej patelni upiekłem taki właśnie chlebek, który faktycznie o wiele bardziej przypominał ten, który jadłem w Norymberdze, niż twardawa klucha, którą polskie hipermarkety sprzedają jako „chlebek pita”.

W gospodarce rynkowej jeśli jest popyt pojawia się podaż. Nikt nie będzie ryzykował podażą czegoś, na co może nie znaleźć się popyt. Niemniej czasami warto pewne rzeczy zarekomendować i spróbować stworzyć na nie rynek. Tutaj jednak wkraczamy w sferę polityki (gospodarka jest niestety powiązana z polityką, a propagowanie arabskiego chleba w kształcie elastycznego a równocześnie chrupiącego placka w kraju, gdzie się mawia że „kupując kebaba popierasz Araba” to sprawa tym bardziej ryzykowna, a może nawet niebezpieczna. O polityce jednak nie chce mi się gadać. Są wakacje, a ja nie ukrywam, że jedzenie uważam za jedną z istotnych przyjemności tego świata.

środa, 16 lipca 2014

Słowo o "murzynach" w Parlamencie Europejskim

Nie wiem, gdzie Janusz Korwin-Mikke uczył się angielskiego, że mówi z takim bliskowschodnim akcentem, ale pal licho akcent. Po co najpierw użył słowa ‘nigger”, a potem powtarzał „negro”, skoro od dłuższego czasu wiadomo, że w krajach anglosaskich to pierwsze słowo jest obraźliwe, a to drugie już też. Gdyby mówił po polsku i użył słowa „murzyn”, być może tłumacze jakoś by z tego wybrnęli, ale JKM chciał się popisać angielszczyzną, którą na poziomie performance włada słabo. Z pewnych wypowiedzi z lat wcześniejszych można faktycznie wyciągnąć wniosek, że Korwin jest rasistą, ale okrzyki w Parlamencie Europejskim były trochę nie na temat. Gazeta Wyborcza, która nie omieszkała wykorzystać tej sytuacji, zrobiła z tych niefortunnych słów punkt centralny wystąpienia, do jego merytorycznej treści już się nie odniosła. 

A tymczasem Korwin-Mikke poruszył istotny problem nie tylko Polski, ale w ogóle krajów, które przystąpiły do UE w i po 2004 roku. Poruszył problem, który Polski dotyczy tak naprawdę od 1989 roku, a który został bardzo dobrze ujęty przez profesora Kieżuna. Przedsiębiorcy z rozwiniętych krajów zachodnich na spółkę z popierającymi ich politykami zrobiły z krajów Europy Wschodniej swoiste kolonie, które w tym wypadku należy rozumieć jako rynek zbytu i rezerwuar taniej siły roboczej. Na taniość naszej siły roboczej liczył profesor Leszek Balcerowicz w przyciągnięciu zagranicznego kapitału, niewiele zrobiwszy dla rozwoju kapitału rodzimego. Znajomość ekonomii na poziomie szkoły podstawowej pozwala się zorientować, że kraje rozwinięte to te, które eksportują skończone produkty o wysokim stopniu przetworzenia, podczas gdy kraje mniej liczące się sprzedają surowce, zaś kraje zależne eksportują siłę roboczą. 

Dlaczego tak się dzieje, to cały osobny temat. Brak kultury przemysłowej, która polegałaby m.in. na tym, że pracownika się szkoli i szanuje. Brak odpowiedniej edukacji, która w obecnej postaci ze wszystkich chce zrobić absolwentów wyższych studiów, a z drugiej nie kształtuje w młodych ludziach elementarnego poczucia, że każde działanie ma określone skutki, co owocuje nieodpowiedzialnymi pracownikami i nieodpowiedzialnymi szefami. Wypuszczamy więc rzesze robotników niewykwalifikowanych, zaś ci, którzy kwalifikacje posiadają sami uciekają, gdzie pieprz rośnie, bo miejsca pracy są jakoś pozajmowane, a i rynek jakiś mały na ich usługi – nie z powodu braku zapotrzebowania, ale braku środków na zapłatę. Jesteśmy więc rezerwuarem taniej siły roboczej, bo kto nie wyjechał pracować za godziwe pieniądze, ten pracuje za grosze. Władze zaś zawsze ogłaszają triumf, kiedy kilkuset bezrobotnych dostanie pracę za minimalną krajową. Są w Polsce jednak geniusze, którzy uważają, że sposobem na bezrobocie byłaby praca za ekwiwalent zasiłku. Gdyby nie tradycja (niestety często zanikająca) pokoleniowego solidaryzmu sprowadzającego się praktycznie do pomocy ze strony rodziców, żaden przeciętny młody człowiek nie mógłby marzyć o własnym mieszkaniu. W Wielkiej Brytanii władze miejskie budują mieszkania dla ludzi. W Polsce to zjawisko praktycznie nie występuje. Co ma niby trzymać młodych ludzi w Polsce? Sam patriotyzm? 

Korwin poruszył więc problem istotny, ale zrobił to we właściwy sobie irytujący sposób, pogardliwym i roszczeniowym tonem, przy tym niedopuszczalnym dziś językiem. Tak samo, jak ś.p. Andrzejowi Lepperowi nieraz udało się powiedzieć prawdę, ale poprzez zastosowane środki retoryczne nikt nie chciał go słuchać, tak samo JKM w gąszczu kabotyńskich popisów zmarnuje nawet to, co jest warte poważnej dyskusji. 

PS: Korwin nie jest żadną alternatywą dla Polski. Jeżeli w ciągu jednej kadencji większość obywateli dowiedziałaby się, że dostęp do lekarza podrożał, albo że ich na niego nie stać, jeżeli dzieci z mniej zamożnych rodzin nie miałyby dostępu do oświaty (a choćby tylko do państwowej indoktrynacji, bo to lepsze niż ulica), zaś od tej pory muszą skombinować jakieś pieniądze na starość, bo do ZUSu nie można mieć pretensji, bo go właśnie rozwiązano, wtedy należałoby tylko pobłogosławić powszechny dostęp do broni palnej, bo myślę, że ci obywatele pozbawieni z dnia na dzień poczucia bezpieczeństwa (złudnego bo złudnego, ale jednak) zaczęliby do korwinowców strzelać. Powrót do XIX wieku skończyłby się początkiem wieku XX, a więc rewolucją bolszewicką, czego ani sobie, ani nikomu nie życzę. 

PS 2: W warunkach absolutnie wolnego rynku nie można byłoby chyba stosować protekcjonizmu, więc polskiego rynku i tak nic nie uchroni przed zachodnią konkurencją, zaś w kwestii niewolniczej siły roboczej w warunkach bez żadnych związków zawodowych (choć wcale nie twierdzę, że one obecnie spełniają jakąś pozytywną rolę) nie zmieniłoby się nic, a właściwie zmieniłoby się na gorsze, więc do końca nie wierzę w szczerość tego nieszczęsnego przemówienia w PE.

sobota, 12 lipca 2014

"Don Frasquito", czyli wspomnienie starego serialu w najświeższym kontekście

Kiedy chodziłem do szkoły podstawowej Telewizja Polska nadawała hiszpański serial o szlachetnym rozbójniku pod tytułem Curro Jimenez. Tytuł był oczywiście imieniem i nazwiskiem bohatera. W każdym odcinku oprócz pięknej walki ze złem tego świata twórcy umieszczali elementy komediowe. Leitmotivem jednego z epizodów była przypadkowa postać człowieka, który czuł się w obowiązku spoliczkowania niejakiego don Frasquito. Ponieważ był ciągle nieprzytomny, czy to z powodu upicia, czy oberwania czymś ciężkim w głowę, za każdym razem, kiedy się ocknął, policzkował pierwszego mężczyznę, na jakiego się natykał ze słowami „don Frasquito!” Na drugi dzień w szkole, a po południu w salce katechetycznej przy kościele, wszyscy laliśmy się po buziach wykrzykując „don Frasquito!” Niezbyt przyjemnie było dostać zbyt mocno z plaskacza, ale za to śmiechu było co niemiara.

Ostatnio media, publicyści i cały szereg znajomych na Facebooku żywo komentuje fakt spoliczkowania Michała Boni przez Janusza Korwina-Mikke. Osobiście uważam, że wokół nas, w tym w samym świecie polityki, dzieją się rzeczy o wiele ciekawsze, niż staroświecka oznaka pogardy i poniżenia okazana przez starego mężczyznę nieco młodszemu mężczyźnie. Warto zauważyć, że afera taśmowa, która miała i powinna była obalić rząd i bezpowrotnie skompromitować PO tak samo jak afera Rywina odstawiła na boczny tor SLD, nie wzbudza już żadnych emocji. Tydzień i po wszystkim! Tak funkcjonujemy i powiedzmy sobie szczerze – nasze emocje są też emocjami papierowymi albo plastikowymi. Żyjemy tym, co nam podetkną media i dlatego co do kondycji demokracji w naszym kraju jestem absolutnym pesymistą.

Tymczasem świętym oburzeniem zadrżał Zbigniew Hołdys w „Newseeku”, a poseł Robert Tyszkiewicz (PO) z Białegostoku zagroził wywaleniem ze znajomych na FB wszystkich, którzy ośmielą się cieplej odnieść do wybryku starego ekscentryka. Pewien znajomy działacz młodzieżówki PO wręcz ocenzurował wpisy swoich kolegów i koleżanek!

Kiedy porywczy a niezbyt emocjonalnie rozgarnięty młodzieniec z Białegostoku wtargnął na estradę i zaczął bić redaktora Miecugowa, od razu byłem za zdecydowanym rozprawieniem się z takimi zachowaniami. Kiedy na wykład profesora Zygmunta Baumana wtargnęli łysi narodowcy mimo wszystko byłem przeciwko nim, choć już sam Zygmunt Bauman, a zwłaszcza jego przeszłość (udokumentowana) nie wzbudzają we mnie żadnej sympatii. Niemniej forma wtargnięcia agresywnych orków i goblinów do auli uniwersyteckiej uważam za coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca.

Niemniej, kiedy czytam o spoliczkowaniu ministra Boni (pamiętam go z początku lat 90. jako jednego z trzech „nieogolonych”, do których oprócz niego zaliczałem jeszcze Jana Krzysztofa Bieleckiego i Andrzeja Drzycimskiego – to nie ma nic do rzeczy, ale wiąże się z moim humorystycznym podejściem do tematu) przez krewkiego staruszka, chociaż skądinąd wiem, że JKM faktycznie często zachowuje się po chamsku, jakoś tak świętego oburzenia wzbudzić w sobie nie potrafię. No nie umiem i już! Może wychodzą ze mnie chamskie geny, może wychowanie na starym Widzewie, ale ja po prostu wyobraziwszy sobie tę sytuację nie jestem w stanie powstrzymać się od śmiechu. Co sobie przypomnę, to poprawia mi się humor, a na dodatek do głowy przychodzi mi fraza ze wspomnianego na wstępie odcinka Curro Jimeneza i już wtedy współczucie wobec poniżonego ministra Boni przystępu do mnie znaleźć nie umie.
Kiedy sobie wyobrażę jak JKM mówi „don Frasquito” dostaję głupawki i nic na to nie poradzę.

Groteska polega na tym, że lekkie skarcenie (przecież tak naprawdę Boni „w mordę” nie dostał) z czysto ludzkiego punktu widzenia mu się należało. Kiedy w 1992 Korwin wytknął mu podpisanie deklaracji współpracy z SB, ten Korwinowi nawtykał, że musi być niespełna rozumu, skoro go do TW zalicza. Kilka lat później sam się do tego przyznał, ale Korwina za te zniewagi nie przeprosił. Oczywiście Janusz Korwin-Mikke jest dziwolągiem, bo ze swoją zemstą czekał aż 22 lata, co świadczy jednak o jakiejś specyficznej osobowości (taki eufemizm), i przywodzi z kolei na myśl stary dowcip o dziadku, który znienacka uderza babcię, a kiedy ta pyta za co, on odpowiada „bo kiedy sobie przypomnę, że jak się z tobą żeniłem, to ty dziewicą nie byłaś….”, i znowu robi się kupa śmiechu, proszę państwa.

Nie żal mi ministra Boni (kolejne luźne skojarzenie – jakiś czas temu radził białostoczanom, żeby urządzili wielkiego osiedlowego grilla, żeby się Polacy zaprzyjaźnili ze swoimi sąsiadami-imigrantami – geniusz, po prostu geniusz), ale śmieszy mnie też Janusz Korwin-Mikke, który jeszcze bardziej brnie w swój image pajaca, choć jemu samemu wydaje się, że jest raczej przedwojennym arystokratą.

A propos arystokracji. Polecam świetną i lekko się czytającą książeczkę pani Katarzyny Krzyżagórskiej-Pisarek, Życie wyższych sfer w Anglii (Wyd. Poligraf 2011). Za ciekawą obserwację uważam stwierdzenie, że klasy wyższe w przedziwny sposób wchodzą w sojusz z klasami najniższymi, ponieważ łączy je wspólna nienawiść do klasy średniej. Oglądając przedwojenne filmy (w tym polskie), w których występują stare ciotki-arystokratki, uderza ich… szorstka prostackość. Nie trzeba być wybitnym znawcą historii, żeby zauważyć, że zachowania, które popularnie nazywamy chamskimi, co przy interpretacji cham=chłop wychodziłoby, że chłopskimi, są tak naprawdę zachowaniami jak najbardziej szlacheckimi. Okazywanie swojej wyższości wobec uboższego krewnego, czy płaszczenie się przed magnatem, przy tym pieniactwo i skłonność do burd wobec równych sobie, to chyba dość dobrze znamy. A polski chłop, kiedy się wyzwolił i wzbogacił przejął wzorce szlacheckie. Stąd przyjazd na rodzinną wieś z roboty za granicą tak często wiąże się z ufundowaniem libacji dla starych kolegów. Szczodrość (rozrzutność) to cecha jeszcze nawet przedszlachecka, rycerska.

Szlachcic z chłopem musiał się znosić, a że chłopa się bał, bo każdy sobie zdawał sprawę, że codzienne pędzenie człowieka do roboty na nieswoim nie może w nim wzbudzać ciepłych uczuć, to odgrywał wobec niego rolę szorstką a brutalną. Jeżeli pańszczyznę i szubienicę uważano za klucz do gospodarczego sukcesu, to znaczy, że szlachcic nie mógł być jakimś paniątkiem z morskiej piany, ale twardym łobuzem, niczym Spartiata żyjący w ciągłym strachu przed buntem helotów. Teoretycznie szlachta była przez wieki jedyną warstwą służącą w wojsku, a wiadomo, że wojsko i wojna to nie zabawa dla pensjonarek. W XIX wieku co prawda to wszystko się już zmieniło, ale szorstki sposób wychowania wcale nie.

Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku nie do pomyślenia było, żeby człowiek o poczuciu honoru za obrazę osobistą lub kogoś, czyj los był mu drogi, szedł do sądu. Kto miał tzw. zdolność honorową ten wzywał na pojedynek i, jeśli wyzwany, na pojedynek się stawiał. Wcale nie twierdzę, że to było dobre, bo jakiekolwiek wzajemne się kaleczenie czy zabijanie, to obyczaj barbarzyński i potępienia godny. Niemniej warto zauważyć, że to, co nazywamy dobrymi manierami niejednokrotnie zostało wypracowane w ciągu wieków dzięki strachowi przed karą, którą mogła być śmierć w pojedynku. Wzajemne okazywanie sobie szacunku, czy to w Europie, czy np. w Japonii, to strach przed uchybieniem etykiecie, które można było przypłacić życiem. Dzisiaj odwaga w wyrażaniu pewnych opinii staniała, bo większość z nas kieruje się raczej wartościami mieszczańskimi niż szlacheckimi.

I w tym momencie w dobie, kiedy już dawno nie ma honorowych pojedynków, a biją się tylko kibole i dresiarze, niczym przedpotopowy potwór z jakiegoś cudem zahibernowanego jaja wyskakuje Janusz Korwin-Mikke i zachowuje się, jakby od XIX wieku nic się nie zmieniło. Na dodatek JKM zachowuje się perfidnie, bo wie, że Boni nie uzna policzka jako wyzwanie na pojedynek, a gdyby nawet, bo przecież jako były tajny współpracownik SB honorowej zdolności nie ma. Poniżył więc ministra okrutnie, a niejednemu się to podoba. Trudno jednak w tym momencie nie przypomnieć sobie wypowiedzi Janusza Korwina-Mikke, z które niejeden polityk, gdyby kierował się takim samym myśleniem, powinien go już dawno zastrzelić lub szablą usiec. Jednakowoż jak ludzie o mentalności „łyków”, na nic takiego zdobyć się nie potrafią. A poza tym kto by bił starego człowieka?

Cała sytuacja jest więc groteskowa, ale równie groteskowe są głosy świętego oburzenia. Mieszanie dresiarstwa, które często Korwina popiera, z jego staroświeckim policzkiem (choć oczywiście dresiarze nazwą to „strzałem z liścia”) jest drobną przesadą. A że pewne grupy polityków zaczęły się bać? To może już najwyższa pora, bo do tej pory czuły się zupełnie bezkarnie.

PS.: Ale tak zupełnie poważnie, JKM to nie jest dla Polski żadna alternatywa. Gdyby wprowadził wszystkie postulaty, obudzilibyśmy się w kraju, którego już nie ma, ale to osobny temat.

środa, 9 lipca 2014

Do Wojtka (ale inni też mogą przeczytać)



Przyczepiłeś się, drogi Wojtku, to tej hiperboli, jaką być może niezbyt fortunnie zastosowałem nazywając „katolickim Iranem” potencjalne rządy PiS po ewentualnej (choć bardzo pożądanej) klęsce partii Donalda Tuska. Nigdzie nie napisałem, że 2 lata rządów PiS to był „Iran”. Napisałem, że się obawiam, że tak pewnie będzie, kiedy teraz PiS dojdzie do władzy.

Uważam, że Jarosław Kaczyński osobiście wcale nie jest człowiekiem głęboko religijnym, choć lubi zaakcentować przywiązanie do tradycji katolickiej. Ponieważ Jarosław Kaczyński ma obecnie praktycznie zerową zdolność koalicyjną, a przy naszej „proporcjonalnej” ordynacji wyborczej, utworzenie rządu bez koalicji jest niemożliwe, będzie musiał szukać szerszej platformy poparcia, a tę na razie zapewniają mu środowiska słuchaczy Radia Maryja. Na jedną z czołowych twarzy PiSu wyrosła ostatnio pani profesor Pawłowicz, której poglądy daje się dość często poznać, dzięki mediom.

Oczywiście, że Polska jeszcze na szczęście Iranem ajatollahów nie jest, ale istnieją przesłanki, które pozwalają domniemywać, że są ludzie, którzy chcieliby wprowadzić kulturową dyktaturę religijną. Za szacha w Iranie też najpierw tylko protestowano w imię islamu, a później szyiccy fanatycy przejęli władzę.

Protesty przeciwko nieszczęsnemu przedstawieniu teatralnemu pokazały, że można zastraszyć ludzi o innych poglądach. Na szczęście miłośnicy jogi w Poznaniu nie poddali się szantażowi egzorcystów. Obawiam się, że przy rządach PiSu protesty nie byłyby konieczne, ponieważ wojewodowie i prezydenci miast z tej partii wszędzie posłusznie wykonaliby dyrektywę biskupów, żeby do „obrazy uczuć religijnych” nie doszło.

Cenzura obyczajowa jest jak najbardziej do wyobrażenia. Jeszcze w latach 90. w Białymstoku (nie wiem jak w innych miastach) „lotne brygady” biegały po kioskach w celu tępienia pornografii. Tymczasem Jarosław Kaczyński wypowiedział się przeciwko wychowaniu seksualnemu w szkołach. Mogę się z nim zgodzić, że program takiego wychowania w przedszkolu i to w formie proponowanej przez środowiska lewicy obyczajowej to nie tylko gruba przesada, ale swoisty gwałt na psychice dziecka, ale samo wychowanie seksualne w szkole by się z całą pewnością przydało. Dlaczego dzieci w wieku 10-13 lat (IV-VI klasa szkoły podstawowej), które doskonale już wiedzą na czym seks polega, odnoszą się do niego jako „zboczenia” i wszystko, co jest związane z tym tematem jest „zboczone”? Po prostu mają wiedzę szczątkową pochodzącą od starszych, ale niezbyt rozgarniętych kolegów. Być może  wynika to również z tego, że w opinii wielu rodziców jest to temat tabu, a może to katecheci lansują takie podejście? Nie wiem. Wiem natomiast, że filisterska pruderia usprawiedliwiana względami moralizatorsko-religijnymi niczego dobrego nie przynosi.

Kwestia katolickich lekarzy, którzy odmawiają w państwowej klinice legalnego zabiegu w imię swoich wierzeń religijnych, to kolejna przesłanka, która każe się bać przyszłości pod rządami katolików z PiS. Tutaj dotykamy całego szeregu problemów, w których Kościół Katolicki przyjmuje postawę pryncypialną, a głupią i w rezultacie skierowaną przeciwko ludziom. Nie jest żadnym dobrem ani wartością urodzić dziecko bez mózgu, do czego doprowadziła wiara profesora Chazana. Nie jest dobrem mnożenie się dzieci w rodzinach patologicznych, a do tego prowadzi potępianie środków antykoncepcyjnych. Natomiast jak najbardziej dobrem jest urodzenie się dziecka chcianego i oczekiwanego w rodzinie, gdzie jest to niemożliwe z przyczyn naturalnych, ale gdzie można to osiągnąć przy pomocy metody in vitro. Lekarze kierujący się naukami Kościoła już poczuli swoją siłę. Rządy PiS nie wróżą światopoglądowej neutralności w tych sprawach, a wręcz przeciwnie. 

Ucząc w szkole podstawowej, gdzie przez wszystkie lata dzieci mają po dwie godziny religii (początkowo, jak pamiętamy z początku lat 90. katecheci mieli być wolontariuszami, lub ewentualnie ich wypłaty miały pochodzić z kurii biskupich, ale jakoś tak się złożyło, że są regularnymi nauczycielami opłacanymi z pieniędzy wszystkich podatników, w tym ateistów), a tylko jedna historii, nauczyciel tej ostatniej musi wyczyniać jakąś słowną ekwilibrystykę w IV klasie, kiedy opowiada o ludziach pierwotnych i o tym, skąd się wzięli, „bo pani na religii to nam mówiła, że ludzi Pan Bóg stworzył”.

A Jarosław Kaczyński jest za tym, żeby religia była przedmiotem obowiązkowym dla wszystkich, z którego można zdawać maturę i dostać stopień taki sam, jak z matematyki, czy fizyki.

We wszystkich miastach, gdzie u władzy byli, czy są, politycy PiS, tam praktycznie nic się nie dzieje bez zgody miejscowych biskupów. Trzeba dodać, że na szczeblu lokalnym PO nie jest pod tym względem wcale lepsze. To właśnie wywodzący się z PO włodarze Białegostoku wpadli na pomysł, żeby kolejną państwową szkołę oddać katolikom. Tym razem Stowarzyszeniu „Sternik”.

Iran? No może nie dosłownie Iran, ale pojawia się perspektywa państwa wystarczająco zdominowanego przez religię, żeby wszyscy, którzy nie są fanatykami ortodoksji katolickiej poczuli, że nie do końca żyją we własnym kraju.

Abstrahując od aspektu religijnego ewentualnych rządów PiS, natomiast nawiązując do tych jedynych dwóch lat, kiedy pozwolono tej partii rządzić, nie twierdzę, że PiS w ogóle nie jest zdolny do decyzji o pozytywnych skutkach. PiS przez te dwa lata zrobił dwie dobre rzeczy - wyeliminował z polityki „Samoobronę” oraz wyeliminował Ligę Polskich Rodzin i Romana Giertycha. Choć zapowiadał, że wyeliminuje starych komuchów i esbeków, ale dobre i to.

PS: Jeśli naprawdę uważasz, że doszedłem do ściany, to przeczytaj ten tekst: http://natemat.pl/108939,drodzy-nie-katolicy-czas-sie-w-koncu-ocknac   Do takiego podejścia trochę mi jeszcze brakuje...

niedziela, 6 lipca 2014

Kiedy się dojdzie do ściany...



Chyba po raz kolejny muszę coś wyjaśnić, bo krytyczny komentarz mojego starego druha z czasów studenckich tego wymaga. Przyda się to zresztą i innym moim znajomym o różnym stażu, bo dobrze, żeby wiedzieli na czym stoją, kiedy ze mną rozmawiają. Znam środowiska pokolenia moich rodziców, którym często bardzo ostre różnice w światopoglądzie i poglądach politycznych nie przeszkadzało w regularnych spotkaniach towarzyskich i wzajemnej sympatii. Prawdopodobnie w dzisiejszych czasach stało się to niemożliwe, bo zacietrzewienie polityczne doszło do takiego stopnia, że zasłania ludziom to, co chyba w życiu istotniejsze. Jest jak jest i nie ma co rozdzierać szat, bo pewne stany psychiki w pewnym wieku coraz trudniej odkręcić.

Czasami faktycznie dochodzi się do ściany, bo dalej już lawirować się nie da. Ponieważ wychowałem się w katolicyzmie i praktycznie całe życie spędzam w środowisku katolickim, a i sam przez wiele lat uważałem się za człowieka wierzącego, a przynajmniej próbującego uwierzyć, mam do środowisk religijnych nastawienie życzliwe. W najmniejszym stopniu nie przeszkadza mi, czy ktoś oddaje hołdy tak czy inaczej pojmowanemu Bogu. Kiedy jednak dochodzi do sytuacji, w których ludzie religii w imię swoich wierzeń, próbują narzucić jakiś porządek wszystkim dookoła, faktycznie czuję się przyparty do ściany i wiem, że w imię tolerancji dalej już się nie chcę cofać.

Ponieważ nie wierzę w żadne prawdy objawione i doktryny, które jakakolwiek religia podaje do wierzenia, nie mogę i nie chcę udawać, że odpowiadają mi próby narzucania światopoglądu tej czy innej religii w przestrzeni publicznej. Nieszczęsny spektakl „Golgoty piwnic” (przeczytałem fragmenty w internecie – uważam, że słabe i na siłę prowokacyjne, ale to tak na marginesie), który mógłby się odbyć na poznańskiej Malcie bez większego echa uzyskał rangę pewnego symbolu. Oto pod teatry przychodzą chrześcijanie wsparci przez agresywne gobliny, które nigdy wcześniej pewnie nie były w teatrze i robią wielką demonstrację. I nie oszukujmy się, zioną nienawiścią. Potem w Poznaniu środowiska katolickie sprzeciwiają się pokazowi jogi w miejscu publicznym pod pretekstem ochrony przed niebezpieczną filozofią odciągającą od (chrześcijańskiego) Boga. Z jednej strony można powiedzieć, że tylko się ośmieszają, ale tego typu akcje okazują się skuteczne. Obserwujemy więc swoisty nawrót do dominacji myślenia religijnego w dyskursie publicznym, który da się porównać do średniowiecza.

Każdy ma prawo mieć swoje zdanie i katolicy jak najbardziej też. Mają prawo się wypowiedzieć, że uważają, że ten czy inny spektakl jest w ich opinii zły, albo nawet i to, że pewien rodzaj ćwiczeń gimnastycznych jest dziełem szatana. Inni za to powinni mieć prawo się z takim stanowiskiem zgodzić, albo je wyśmiać. Tymczasem dzieje się tak, że pewne poglądy mają moc sprawczą i mnie osobiście kojarzą się z animowanym filmem „Persepolis”, w którym wszyscy dookoła do tego stopnia pilnują moralności, że nie da się normalnie żyć. Takie mi się nasuwa skojarzenie i już.

Ludzie, którzy myślą w kategoriach ideologicznych, nie wyobrażają sobie, że pewne poglądy można mieć po prostu dlatego, że się do nich samodzielnie (no może nie przesadzajmy, w kształtowaniu poglądów szeroko pojęte otoczenie ma jednak duże znaczenie) doszło, ale że chce się zaistnieć w tym lub innym środowisku. Postawiono mi zarzut, że chcę się pokazać jako „oświecony”. Tu nie chodzi o to, jak chcę być postrzegany, ale czego sam się trzymam. W historii przeplatają się okresy, w których dominuje (ale nigdy absolutnie!) myślenie racjonalne i okresy, w których racjonalne myślenie poddaje się krytyce i proponuje za to wiarę, intuicję, bunt przeciwko „szkiełku i oku” itp. Myślenie racjonalne, powiedzmy sobie otwarcie, nie sprzyja szczęściu, bo stwarza więcej problemów niż rozwiązań, tudzież budzi więcej wątpliwości niż zadawalających odpowiedzi. Niemniej jest to stan, który uważam za  lepszy niż bezkrytyczne poddanie się tym, którzy proponują rozwiązania niezbyt logiczne, ale za to dające złudną nadzieję. Trudno wyjaśnić, dlaczego lepszy, skoro pozbawiony znieczulenia. Może bierze się to z tego, że zostałem wychowany w duchu powiedzenia, że „prawda was wyzwoli”, tylko, że kiedy mówię „prawda”, to mam na myśli to, co się powszechnie rozumie pod tym słowem, a nie baśnie i metafory.

Tutaj dochodzę do elementu, który mi mój stary druh Wojtek, zarzucił. Otóż w warunkach, jakie zaistniały, trudno dziś ustalić dokładną prawdę na temat katastrofy smoleńskiej. Jeżeli istniały dowody na rzecz świadomego spisku, to już ich nie ma. Niemniej uważam, a mam prawo domniemywać, że jeżeli PiS dojdzie do władzy, media byłyby zmuszone żyć spektaklem Antoniego Macierewicza, co w żaden sposób nie zmieniłoby sytuacji ludzi, którzy z Polski emigrują, ale dość skutecznie kanalizowałoby ich emocje.

Uważam, że Donald Tusk i PO powinni jak najszybciej zostać odsunięci od władzy, ale władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego partii obawiam się w równym stopniu. Cieszę się z rozpadu raczej niefortunnego projektu Janusza Palikota – głównie ze względu na zdegustowanie jego politycznym cwaniactwem i niewiarę w jego ideologiczną szczerość. Nie chcę też powrotu do władzy komunistów typu Leszek Miller czy Aleksander Kwaśniewski. Generalnie uważam, że należy zmienić ordynację wyborczą na jednomandatowe okręgi wyborcze. Tak czy inaczej, jestem za tym, żeby Polska jako jej instytucje państwowe, miały charakter świecki, czyli światopoglądowo neutralny, a w szkołach żeby uczono rzeczy naukowo weryfikowalnych. Takie mam poglądy i nie chcę ich zmieniać w imię konformizmu (bo akurat nadchodzi trend dość silnie prawicowy), ani nawet w imię starej przyjaźni, bo jak uważam, poglądy polityczne czy światopogląd na prywatne relacje międzyludzkie nie powinny mieć wpływu. Jeżeli ktoś uważa inaczej, to jest mi przykro, ale nic na to nie poradzę.

wtorek, 1 lipca 2014

"Co tam, panie, w polityce?" czyli o chińskim przekleństwie



Częstotliwość moich wpisów na blogu wyraźnie spadła, bo też konieczność zarobkowania to nie żarty, a przy tym chciałem w sezonie wakacyjnym napisać coś pozytywnego, na duchu podnoszącego, coś co będzie po prostu pasowało do radosnych dni lata. Niestety to się nie uda.
Rzeczywistość galopuje w kierunku, który trudno nazwać pożądanym. Ludzie do siebie strzelają i mordują się w bardziej wyrafinowany bądź prymitywny sposób.

Pod bokiem rozpada nam się sąsiad, w którego ratowanie się zaangażowaliśmy jako państwo. Nasze kretyńskie media, odkąd zaczęła się awantura na Ukrainie, praktycznie zupełnie zapomniały o największym i najpoważniejszym od lat miejscu zapalnym na świecie, czyli Bliskim Wschodzie.

Podczas gdy my żyjemy podsłuchanymi szemranymi konwersacjami naszych polityków, w zdezorganizowanym, częściowo dzięki „misji demokratyzacyjnej” wojsk amerykańskich (z niewielką pomocą innych armii, w tym polskiej), Iraku tworzy się kalifat, czyli idea jednego ośrodka kontrolującego całą ummę, czyli wspólnotę muzułmańską. Niektórzy specjaliści (np. dr Katarzyna Górak-Sosnowska) nieco lekceważy ten twór, twierdząc, że raczej nie rozwinie się w prawdziwe państwo, ale jeśli nawet faktycznie tak się nie stanie, to czy umniejsza to zagrożenie ze strony potężnej grupy zjednoczonych i uzbrojonych fanatyków?

Prezydent Egiptu Abd al-Fattah as-Sisi podobno wprowadza nowy rodzaj dyktatury, a przynajmniej rządów autorytarnych, co wielce boli zachodnich komentatorów, którzy nie dostrzegają prostego faktu – w krajach arabskich demokracja, czyli rządy ludu (większości) oznacza władzę islamistów sterujących tłumami muzułmanów, którzy może sami nie są zbyt politycznie uświadomieni, ale za to ufają religijnym przywódcom. Jak napisał pewien Egipcjanin w komentarzu do satyrycznego rysunku w The Economist, w którym krytykowano ograniczanie praw obywatelskich przez al-Sisiego, jeżeli nie al-Sisi to ISIS, więc lepiej niech się zachodnie pięknoduchy zamkną.

Islamskie Państwo w Iraku i Syrii (alternatywnie Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie), czyli wspomniany już współczesny kalifat, to organizacja, która może i faktycznie nigdy nie zdobędzie uznania międzynarodowego, ale za to może przejąć kontrolę nad znacznymi obszarami Iraku i Syrii, a z czasem na zasadzie starożytnych mezopotamskich imperiów może rozszerzyć swoje wpływy na cały Irak i Syrię, a być może faktycznie również na inne kraje Lewantu, gdzie ludność jest rozczarowana obecnymi rządami.

Dżihadyści z ISIS (ISIL) na szczęście nie weszli w sojusz z Iranem, ponieważ szyitów traktują jak niewiernych i ich mordują. Niemniej wstępne militarne sukcesy w Syrii czy w Iraku mogą sprawić, że i tak staną się tak potężną siłą, że faktycznie zagrożą „żywotnym interesom Stanów Zjednoczonych”, w tym egzystencji najpoważniejszych sojuszników Amerykanów, czyli państwa Izrael i dynastii Saudów.

Tymczasem nienawiść wobec państwa Izrael i żydowskiej obecności na Bliskim Wschodzie jest nadal jednym z fundamentów islamskiego fanatyzmu w tym regionie. Ostatnio Izraelczycy żyją porwaniem trzech nastolatków, których ciała właśnie znaleziono. Hamas nie przyznaje się do tej zbrodni. To są koszty mieszkania na Bliskim Wschodzie. Nie chcę się tu wdawać w całą złożoność sytuacji, genezę państwa Izrael i jej skutków na sytuację w całym regionie, ale faktem pozostaje, że przekazywana już w kolejnym pokoleniu nienawiść nie wróży w żadnym przypadku trwałego pokoju w tym regionie. Krzywda tych, których się uznaje za wrogów, sprawia wielką radość. Zero empatii. To na takich nastrojach dżihadyści i wszelkiej maści fanatycy budują swój mroczny kalifat. Na poczuciu krzywdy doznawanej z zewnątrz, której należy się przeciwstawić przy pomocy Allacha i w odwecie zrobić wrogowi większą krzywdę. Tak nakręcona spirala nie może się łatwo zatrzymać. Tymczasem Amerykanie w Syrii popierają właśnie takich „demokratów”. Kto stoi za destabilizacją całego regionu, trudno powiedzieć. Trudno też uwierzyć, że przeciwskuteczne działania Amerykanów są wynikiem jakiegoś idiotyzmu, który ogarnął Biały Dom, Kongres i Pentagon. Zaczynamy się doszukiwać spisków, ale jak zwykle szukamy ich pewnie zupełnie nie tam, gdzie one faktycznie są.

Tymczasem w Polsce jacyś kompletni idioci zbezcześcili zabytkowy meczet w Kruszynianach. Wiemy, że działają w Polsce grupy, których celem jest zapobieżenie imigracji muzułmanów, wiemy, że narodowcy różnej maści nieustannie ostrzegają przed zalewem islamu, ale jak wszyscy oni deklarują, polskich Tatarów szanują i nigdy by czegoś takiego nie zrobili. Ktoś jednak zrobił i wcale bym się nie zdziwił, gdyby to były jakieś wyrostki, które nasłuchały się antymuzułmańskiej propagandy, ale ich możliwości umysłowe nie pozwoliły już na zrozumienie takiego niuansu, że Tatarów należy szanować.  Bo na to, żeby ich w ogóle nauczyć rozróżniać islamistów od spokojnych ludzi wyznających islam, to raczej w ogóle nie ma co liczyć.

Nie jest ciekawie. Chrześcijanie (głównie katolicy, ale nie tylko) w naszym „państwie bez stosów” tłumnie ruszyli w obronie swej wiary przeciwko teatrom, które z kolei chciały zamanifestować sprzeciw wobec zdjęcia z programu poznańskiej Malty kontrowersyjnej sztuki „Golgota Picnic”. Nadal nie wiem, co to za tekst i co to za przedstawienie, ale co by to nie było, reakcja ludzi religijnych pokazała, że chrześcijanie są jak najbardziej zdolni do fanatycznej nienawiści, czym pokazali, że niewiele się mentalnie różnią od dżihadystów. Ale cóż? Efekt jest taki, że cała Polska dowiedziała się o sztuce Rodrigo Garcii, bo bez akcji przeciwko „Golgocie Picnic”, oprócz wąskiej grupy intelektualistów, czy też snobów za intelektualistów się uważających, pies z kulawą nogą by się tym spektaklem nie zainteresował. Tymczasem, jak to ujął pewien mój znajomy, „muzułmanie pokazują, że nie wolno kpić z ich religii, dlaczego więc chrześcijanie mieliby być potulni jak baranki?” No i wszystko jasne. Prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy, że w ten sposób znosi różnicę jakościową między fanatykami muzułmańskimi a polskimi chrześcijanami.

Podejrzewam, że zbliżają się raczej nieciekawe czasy, bo zaufanie do władz, które zamiast przyznać się do draństwa, odwracają kota ogonem, a przede wszystkim odwracają naszą uwagę od swoich machlojek i próbują skierować naszą nienawiść ku autorom nagrań. Dziennikarze, którzy zaangażowali się (hahaha, nagle Monikę Olejnik dotknął swoisty ostracyzm, bo pojawiło się niemało artykułów, w których jej właśni koledzy potępili jest stwierdzenie, że premier ma przeciwko sobie wszystkich dziennikarzy) w akcję „Ściema”, szyją swoje teksty tak grubymi nićmi, że aż mnie rozczulają.

Jest tylko jedno „ale”. Kiedy odsuniemy od władzy szemraną ekipę Donalda Tuska, alternatywę stworzy PiS i KNP. Rezultat jest dość łatwy do przewidzenia – jeżeli PiS, to dalszy wielki spektakl smoleński i katolicki Iran, a jeżeli KNP, który faktycznie zechce zrealizować wszystkie postulaty swojego mistrza, to powrót do sytuacji z pierwszej połowy XIX wieku – zero opieki zdrowotnej i oświaty. Jak nie masz kasy a nie masz szans na pracę za godziwą płacę, to się człowieku powieś. Widocznie jednak rozczarowanie społeczeństwa wobec rządów Donalda Tuska jest tak wielkie, że ludzie gotowi są do działań autodestrukcyjnych, byle cokolwiek się zmieniło.

Tak czy inaczej, nie wiem, jaki Chińczyk nas przeklął, ale z pewnością żyjemy w ciekawych czasach.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

O szkole humanistycznej

Jednym z zarzutów, jaki postawiono Sokratesowi, była deprawacja młodzieży. Oskarżyciele uważali, że stary gaduła odwodzi młodych ludzi od czegoś, co dzisiaj nazywamy tradycyjnymi wartościami, w tym podważa państwowy kult bogów. Ponieważ programy szkolne są wybiórcze, niestety mamy bardzo uproszczony, a przez to najczęściej jednak zafałszowany (niekoniecznie z powodu złych intencji) obraz pewnych miejsc w pewnych epokach. Wszystkim nam średniowiecze kojarzy się z totalną ciemnotą, a starożytność z rozkwitem filozofii, kultury i nauki. Tymczasem to nie do końca jest tak. W greckich poleis, nawet w „oświeconych” Atenach, większość ludzi, jak zresztą w każdej epoce, to nie byli żadni intelektualiści. Jak można wyczytać z platońskich dialogów, społeczeństwo Aten pełne było hipokrytów, drobnych cwaniaczków, łajdaków i właśnie obłudnych świętoszków, którzy w imię swojej dewocyjnej religijności gotowi byli niszczyć wszystko, co się ich wizji świata sprzeciwiało. Gdyby było inaczej, demokracja nie skazałaby biednego starca na śmierć.

Z chęcią nazwałbym Sokratesa prekursorem humanizmu, gdybym miał o nim więcej informacji z wiarygodnych źródeł. Tymczasem znamy go tylko z pism Platona, więc nigdy się nie dowiemy, na ile jego Sokrates jest odzwierciedleniem żywego człowieka o tym imieniu, a na ile tworem literackim przekazującym czytelnikowi myśli samego Arystoklesa, ze względu na szerokie barki zwanego Platonem.

Niestety jeszcze mniej niż o Sokratesie wiemy o Protagorasie, ale wiemy z kolei, że Platon go nie poważał. Tymczasem to Protagorasowi również Platon przypisuje twierdzenie, że to „człowiek jest miarą wszechrzeczy”. Protagoras i sofiści to jednak w jego ujęciu przeklęci relatywiści, przez których niemożliwe staje się ustalenie jakichkolwiek norm etycznych. Co innego Sokrates, który podważając wiarę w tradycyjnych bogów, sam wierzy w swojego dobrego dajmoniona, który snuje dywagacje na temat świata idealnego, a to pozwoli później czerpać z tych nauk pewnym grupom chrześcijan, zanim się zachłysną logiką Arystotelesa.
Moralista Sokrates (cały czas nie wiadomo, czy ten prawdziwy, czy ten na kartach ksiąg Platona) tworzy też jeden z najbardziej ponurych wizji społeczeństwa, totalitarną utopię, bo przecież tym właśnie jest „Państwo”,  która z dość mało zrozumiałych powodów do dziś znajduje gorących zwolenników.

Na podstawie jednego zdania przypisywanemu Protagorasowi przez jego ideologicznego wroga, trudno go nazwać ojcem humanizmu, ale wydaje się, że to jednak on ma większe prawo do tego tytułu niż Sokrates, twórca swoistej religii, może bez bogów, ale jednak w wielkim stopniu religii.

Trzeba sobie powiedzieć wprost – ludzie w swojej masie nie są zdolni do nieustannego używania rozumu. Jednym, że użyję złośliwej metafory, go po prostu brakuje, ale większość po prostu nie jest w stanie utrzymywać mózg w stanie nieustannej gotowości do analizy, a potem szybkiego przejścia do syntezy, żeby następnie znowu analizować kolejny bodziec. Generalnie lubimy momenty, kiedy po prostu nie odczuwamy żadnego dysonansu poznawczego, a za to doświadczamy błogostanu wynikającego z poczucia, że wszystko jest na swoim miejscu. Takie złudzenie dają właśnie religie, albo filozofie, które ze względu na wyłącznie procesu myślenia, religiami się stały (np. buddyzm w wielu rejonach Tybetu, Birmy, Tajlandii czy Japonii, stał się zwyczajną religią dewocyjną, gdzie tylko nieliczni praktykują ćwiczenia prowadzące do osiągnięcia filozoficznego ideału).

Ponieważ na totalnym relatywizmie nie da się zbudować systemu społecznego, który by zapewniał wszystkim bezpieczne i dobre życie (religie przynajmniej budują jego złudzenie), a jedynie obnażają dość nieciekawą z punktu widzenia etyki atawistyczną naturę zwierzęcia zwanego homo sapiens, w kulturze polskiej najczęściej oddawaną jako „mentalność Kalego”, uciekamy się do rozmaitych ideologii, które, podobnie jak religie, mają nam zastąpić analizę każdego jednostkowego przypadku gotową receptą na „właściwą” reakcję.

Religie i ideologie mają to do siebie, że na gruncie logiki można je dość łatwo zdekonstruować i wielu intelektualistów czerpie z tego główną satysfakcję, ale problem polega na tym, że życie w społeczeństwie wymaga jednak podejścia pozytywnego. Na czysto językowym gruncie bowiem łatwo pokazać, że dekonstrukcja po prostu nie jest konstruktywna.

Na dekonstrukcji nie da się zbudować spajającego społeczność systemu oświaty, ponieważ dekonstruując wszelkie ideologie, dość łatwo udowodnić, że powszechna oświata jest też tylko pewnym konstruktem ideologicznym, który obiektywnie nie ma żadnego uzasadnienia.

Tymczasem grupom religijnym, co prawda coraz mniej liczne w dzisiejszych czasach w bogatych krajach cywilizacji zachodniej (cokolwiek pod tym rozumiemy), łatwiej jest opracować program szkół pod swoim patronatem, niż współczesnym państwom, które się miotają między polityczno-ideologicznymi dylematami. Grupy wyznaniowe po prostu tworzą swoje szkoły, które zapewniają dyscyplinę, bezpieczeństwo (można z tym oczywiście polemizować, ale na ogół nie ma tam narkomanii czy wymuszeń) i wiedzę, do której przyswojenia uczniowie zostaną przy pomocy różnego rodzaju presji zmuszeni, bez zbędnych negocjacji i często absurdalnych kompromisów, na jakie zmuszeni są z kolei iść nauczyciele w szkołach państwowych. Jaki jest „produkt” szkoły religijnej to ciekawy osobny temat – jedni stają się fanatykami, ale wielu wcale nie, natomiast wiedza pozytywna (z matematyki, fizyki czy języków obcych) prawdopodobnie pozostanie na dłużej niż u absolwenta szkoły, która stawiała dobre oceny za same dobre chęci.

Szkoły wyznaniowe, jako prywatne, są często uważane za bardziej prestiżowe i elitarne, przez co przyciągają różnego rodzaju snobistycznych rodziców, dla których posłanie do nich dziecka jest swego rodzaju wyrazem statusu społecznego. Ale to nie tylko o to chodzi. Wielu rodziców posłałoby tam swoje dzieci po prostu dlatego, że spodziewa się tam lepszej edukacji (indoktrynację ideologiczną można w końcu w domu jakoś zneutralizować), ale ich na taką szkołę nie stać.

Problem w tym, że oprócz tego, że szkoły te są drogie, to mimo wszystko ich głównym celem jest konkretnie ukierunkowana indoktrynacja. Ich twórcy nie ukrywają tego, co akurat jest dobre, bo potencjalny „klient” (czyli rodzic wysyłający tam dziecko), od początku wie, na co się decyduje, ale jak dużo taka szkoła ma wspólnego z prawdziwą nauką? Na ile w takiej szkole można przedstawić teorię ewolucji, czy historię biblijną opartą na źródłach historycznych i archeologicznych poddanych rzetelnej krytyce?

To, co mnie nurtuje, to idea stworzenia szkoły, która byłby naprawdę humanistyczna. Pojawia się jednak pewien problem z linią ideologiczną takiej szkoły. Co to bowiem znaczy „humanistyczna”? W klasycznym znaczeniu tego słowa, byłaby ona po prostu nakierowana na człowieka i wszystko, co jest z nim związane, a nie na sprawy nadprzyrodzone i wszelkie implikacje wynikające z wiary w sferę nadnaturalną.

Sprawa byłaby relatywnie prosta, gdyby można było po prostu stwierdzić, że oto chcemy stworzyć szkołę opartą o światopogląd naukowy (no właśnie – cokolwiek to znaczy, ale z grubsza wiadomo, że taki, który stawia na prawdy, które się oparły falsyfikacji), a więc używając nomenklatury już dość tradycyjnej, materialistyczny. Erich Fromm uważał Karola Marksa za ukoronowanie humanizmu (pomijając to, co z marksizmu wynikło, czyli jatki, przy których pierwszych 20 latach kilka wieków kościelnej inkwizycji nie wypada zbyt imponująco) i pewnie w jakimś stopniu miał rację, tylko, że w tym wypadku humanizm okazał się utopią.

Co więcej, jak słusznie zauważają krytycy marksizmu, realny socjalizm, zwany potocznie komunizmem (choć oczywiście z tym idealnym komunizmem nie miał nic wspólnego), gdziekolwiek się pojawił, tam stworzył pewne zjawiska społeczne, które nijak inaczej nie można wyjaśnić, jak tylko poprzez wielką ludzką tęsknotę do komfortu myślenia religijnego. Kultu Lenina czy Stalina to przecież tylko zamiana chrześcijańskich świętych na „świętych” świeckich. Dodajmy do tego wiarę w nieomylność partii, czy konieczność kierowania się „moralnością socjalistyczną”, która miała być czymś innym od etyki „burżuazyjnej”, a już na pewno religijnej, ale kto pamięta te czasy, ten wie, że tak naprawdę niewiele się ona od tej ostatniej różniła. Ba, wszelkie eksperymenty obyczajowe, jakim oddawała się młodzież w bogatych krajach zachodnich, określane były przez komunistów jako „lewactwo” (na długo przed tym, zanim Janusz Korwin-Mikke dokonał dewaluacji tego słowa)!

Humanizm, tak jak go dziś pojmujemy, to przede wszystkim dobrostan człowieka, jego wolność, w tym wolność wyboru, prawo do indywidualizmu (redukcja zobowiązań społecznych z równoczesnym zwiększeniem odpowiedzialności społeczeństwa za jednostkę), ale jest on w takim razie rezultatem pewnych założeń, które z materialistycznego punktu widzenia trudno uznać za „naukowe”. O ile nawet marksiści zakładali istnienie pewnej sfery, którą można nazwać duchową, którą pojmowali jako czysto materialistyczny wytwór naszych umysłów, a konkretnie mózgów, to naukowo nawet tego przecież nie da się udowodnić. Wolna wola (fundament chrześcijaństwa) w świetle tego, co wie współczesna biologia, psychologia i socjologia, okazuje się miłym mitem, który daje nam złudzenie personalizmu i w ogóle jakiejkolwiek kontroli nad czymkolwiek (bo nie trzeba być geniuszem, żeby zauważyć, że wielu z nas nie ma żadnego wpływu nawet na własne życie). W świetle współczesnych teorii naukowych, to, co robi nasz mózg, to po prostu racjonalizacja wszelkich bodźców dostarczanych ze wszystkich możliwych receptorów, a więc z całego ciała, a przy tym nasza kontrola nad tymi receptorami jest bardzo ograniczona.

Dlatego rodzi się jeden wielki dylemat – czy obowiązującą linią edukacyjną szkoły humanistycznej (niereligijnej) powinna być jakaś quasi-religijna wersja humanizmu (np. marksizmu), czy jednak czysto naukowy (materialistyczny) obraz rzeczywistości, wolny od wszelkich nawet pozorów metafizyki, w którym młody człowiek byłby zmuszony samemu wypracować sobie reguły etycznego postępowania, o ile owe reguły musiałyby być etyczne (tzn. opierałyby się na dychotomii dobro-zło). Nie oszukujmy się bowiem, bez czynnika quasi-metafizycznego, trudno jest wyjaśnić pojęcia dobra i zła bez popadnięcia w skrajny relatywizm, co samo w sobie może i nie byłoby takie złe, ale trudno w takim społeczeństwie o wypracowanie jakichś naukowo wytłumaczalnych zasad współżycia. Ponieważ szkoły, przynajmniej te powszechnie znane, nie są przygotowane na takie zrelatywizowanie zasad (przede wszystkim nie byliby na nie przygotowani uczniowie, którzy mają silne poczucie sprawiedliwości, tylko że nie zdają sobie sprawy z tego, że dość łatwo je podważyć i zrelatywizować).

Problem bowiem polega na tym, że nauka, czyli odkrywanie bezwzględnej prawdy, nie ma żadnego sentymentu dla ludzkich pragnień, w tym tych dotyczących komfortu psychicznego. Nauka wyjaśnia sprawy brutalnie i bez miłosierdzia wobec tęsknot do np. sprawiedliwości (nie mówiąc już o tzw. sprawiedliwości społecznej). Społeczeństwo zbudowane na zasadach naprawdę ściśle naukowych bardziej przypominałoby „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya ze zdehumanizowanymi i dokładnie wyselekcjonowanymi jednostkami, niż jakiekolwiek utopie innych autorów.

Dlatego wydaje mi się, trudno byłoby stworzyć szkołę świecką, opartą na zasadach naukowych, ponieważ system oświaty pozbawiony elementu ideologiczno-irracjonalnego, byłby po prostu mało atrakcyjny. Dlatego też organizacje religijne z ambicjami tworzenia szkół mają mniej dylematów do przemyślenia, ponieważ z założenia nie kierują się wątpliwościami, a czymś wręcz przeciwnym, choć z gruntu błędnym. Posiadanie absolutnej prawdy nie jest bowiem człowiekowi do życia potrzebne, a na utopiach można, wbrew pozorom, tworzyć trwałe konstrukcje zapewniające poczucie bezpieczeństwa, a nawet szczęścia.