poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Spontaniczny komentarz po wielu dniach bez oglądania telewizji (o Ukrainie)



Zaczęło się od tego, że grupa Ukraińców chciała do Unii, a nie do Rosji.

Teraz Unia (czyt. Niemcy i Angela Merkel) zaproponuje uznanie zaboru Krymu i rozczłonkowanie państwa (projekt federalizacji). Wschodnie rejony federalne będą w naturalny sposób ciążyć ku Rosji, tak jak bośniaccy Serbowie nigdy nie poczują jedności z muzułmanami i Chorwatami w ramach państwowości Bośni i Hercegowiny. Bośnia jest najlepszym przykładem tego, jak funkcjonuje „państwo federacyjne” złożone z wrogich sobie narodowości.

Niemcy od dawna robią dobre interesy z Rosją, są dla niej rzeczywistym partnerem, w przeciwieństwie do Polski, której politycy co jakiś czas zawsze popsują interesy z Rosją i która poza tym dla Rosji się liczy tylko jako „czarny lud” do straszenia prostego rosyjskiego człowieka.
„Jeszcze nigdy Polska nie była w swojej historii tak bezpieczna” to slogan, który lubili powtarzać polscy politycy przez ostatnie 20 (no może 15) lat. „Po co nam utrzymywać silną armię?” argumentowali moi znajomi, którzy uważali, że w razie wojny najlepsza armia nas przed Rosjanami nie obroni, tylko całościowe działania NATO, a poza tym nie chcieli, żebyśmy byli niczym Księstwo Warszawskie – małe państewko z ogromnym budżetem wojskowym obciążającym resztę gospodarki. W polityce niestety trudno wszystko przewidzieć. Natomiast w przenikliwość polityków bardzo wątpię, ponieważ działają oni w grupach wzajemnej adoracji, niczym sekty religijne, i w owych zamkniętych kołach dyskutują tylko to, w co sami chcą wierzyć, nawzajem się nakręcając i tracąc kontakt z rzeczywistością. Dotyczy to, jak się zdaje, również Rady Ministrów.

Niedawno mój stary druh napisał, że dla niego wzorem polityki gospodarczej są Niemcy, tylko „gdyby nie ta okupacja”. Tak się składa, że Niemcy, jako naród bardzo pragmatyczny, nie ulegający prostym ideologiom, a realizującym takie programy, które sprawiają, że machina państwa działa sprawnie a ludzie są syci, zamożni i zadowoleni, są również dla mnie pewnym niedościgłym wzorcem dobrej organizacji. Zastrzeżenie jakie mam wobec Niemiec to nie jest jednak historia sprzed 70 lat, ale jak najbardziej bieżąca polityka tego kraju, której obecnym priorytetem jest utrzymanie dobrych stosunków z Rosją, bo bez nich pierwsza gospodarka Europy mogłaby poważnie ucierpieć. Dlatego sojusz sojuszem, deklaracje przyjaźni deklaracjami przyjaźni, ale nie można wykluczyć takiego scenariusza, że Polskę, niczym zająca z bajki Krasickiego, „wśród serdecznych przyjaciół psy zjadły”.

O ile na czele Rosji stoi zdecydowany na wszystko twardziel, Barack Obama nigdy nie miał opinii zwolennika zdecydowanego kursu wobec Rosji. Jeżeli Europa (czyt. Angela Merkel) sprzeciwi się amerykańskim planom, nie bardzo go sobie wyobrażam jako lidera twardo stawiającego na swoim.
Z każdą sytuacją zagrożenia jest tak, że piękne idee nagle okazują się mrzonkami. Idea pięknie zjednoczonej i solidarnej Europy może okazać się nic niewartym mitem. Polska ze swoją konsekwentnie antyrosyjską retoryką (jak się okazuje PiS nie ma na nią monopolu) balansuje na linie, choć osobiście uważam, że w obecnej sytuacji jej stanowisko jest słuszne, bo tylko stanowcza postawa całego cywilizowanego świata wobec Władmira Putina mogłaby przynieść jakiś efekt.

Od dawna mam marzenie, że Rosja jest częścią jakiegoś większego systemu, w którym cywilizowane kraje ze sobą się dogadują ku dobru wspólnemu. Zbyt blisko nam do Rosji, żeby ją faktycznie uważać za kraj zupełnie nam cywilizacyjnie obcy (wbrew wszelkim klasyfikacjom „historiozoficznym”). Rzeczywistość w sposób dość bolesny każe mi się z tymi marzeniami rozstać, choć mam nadzieję, że jedynie odłożyć w czasie, bo to, co pokazuje historia to to, że wielkie geopolityczne konflikty to nie są konflikty na tle ideologii (wbrew pozorom, w które uwierzyliśmy w XX wieku w związku z wielkimi sporami między systemami totalitarnymi a „demokracjami”), nienawiści narodowościowej czy religijnej, ale w jakiś sposób są zdeterminowane położeniem geograficznym i myśleniem monopolistycznym/imperialnym. Kiedy tylko myślenie imperialne raz „przykleiło się” do ziemi między Tygrysem a Eufratem, powrót do samodzielnych miast-państw jakby przestał być realny. Każdy władca Mezopotamii, czy to Amoryta czy Chaldejczyk, czuł się w obowiązku prowadzić politykę imperialną i podejrzewam, że żadnego z nich nie nachodziły wątpliwości co do tego, czy jest to droga właściwa. Stany Zjednoczone, pomimo doktryny Monroe, kiedy już weszły na drogę imperialną, najpierw wobec krajów Ameryki Łacińskiej i Oceanu Spokojnego a później jako światowe supermocarstwo i samozwańczy obrońca światowej demokracji, praktycznie nie ma jak się z tego świata wycofać. Podobnie jest z Rosją. Bez względu na ustrój czy ideologię, w tym państwie musi być silny władca, przed którym naród czuje respekt, ale ten respekt nie jest jedynie wynikiem zastraszenia społeczeństwa. To społeczeństwo wierzy w swoją imperialną rolę. Demokraci typu zachodniego owszem są, ale to nie oni są siłą decydującą.

 Te dywagacje mają charakter luźnej obserwacji, bo wszelkie „wielkie” koncepcje historiozoficzne zakładające sztywny podział na konkretne kultury/cywilizacje o wyraźnych obliczach mają zbyt wiele luk, by je traktować poważnie. Jest bowiem tak, że przyglądając się światu z metaforycznej sporej odległości wydaje nam się, że dostrzegamy pewne prawidłowości, ale kiedy zaczniemy szczegółowo analizować czy to Spenglera czy Toynbee’go czy Konecznego czy też Huntingtona, znajdziemy cały szereg słabych punktów polegających przede wszystkim albo na mętności wywodu, albo na naciąganiu faktów pod gotową teorię.
Dlatego nie do końca wierzę, że Rosja jest skazana na wieczność na udowadnianie swojej mocarstwowości. Jest to kraj, który ma w ziemi całą tablicę Mendelejewa i mnóstwo ziemi pod uprawę. Dlaczego taki kraj zamiast być spichlerzem świata, sam sprowadza mięso i owoce z zagranicy, jest dla mnie zagadką (tzn. nie jest, ale to taki fajny zwrot). Władimir Putin postawił na monopol gazowy i politykę imperialną. W monopolu jest ogromna siła, ale z drugiej strony jest i słabość, bo przecież gdyby faktycznie przestać od Rosji kupować gaz, jej gospodarka znalazłaby się w niemałym kłopocie. Na to jednak trzeba by było wielkiej solidarności całego cywilizowanego świata, a na to się nie zanosi.

Tymczasem trzeba myśleć o Polsce i jej roli w konflikcie ukraińskim. Do pasji doprowadzają mnie zarówno ci, którym się marzy Rzeczpospolita obejmująca całe Międzymorze, jak i ci, którzy żyją zbrodnią wołyńską i bandami UPA. Są to wszystko ludzie, którzy odrywają nasze myślenie od bieżącej rzeczywistości i od trzeźwego jej osądu. Z drugiej strony nie ma już możliwości wycofania się rakiem z całej afery i udawania, że nic się nie stało, zwłaszcza, że Rosjanie już i tak z Polski i Litwy zrobili w swojej propagandzie głównych inicjatorów całej sytuacji.

Ukraina prosi o pomoc i dostanie od Polski 20 mln złotych. Kraj, w którym żyje tylu niezadowolonych obywateli, powinien być ostrożny w wydawaniu pieniędzy podatników, choć, jak się wydaje, nie jest to wydatek w skali kraju zbyt duży. Ukraińcy chcą również kupować naszą broń. Jeżeli jest taka możliwość, to powinniśmy ją jak najbardziej sprzedać (może za te 20 mln złotych), bo to jest dla Polski konkretny interes, a przy tym podreperowałby sytuację polskich zakładów zbrojeniowych. Czy Polsce wolno to zrobić? To pytanie nie ma charakteru moralizatorskiego. Chodzi po prostu o to, czy nasi sojusznicy pozwolą nam to zrobić i czy my to zrobimy w taki sposób, jak robią ludzie interesu, czy też pojedziemy na sentymentach.
Tak czy inaczej, sytuacja na świecie do najciekawszych nie należy, a poczucie bezpieczeństwa gwarantowanego sojuszami niekiedy ustępuje strachowi przed bezpośrednim kontaktem z efektami konfliktu zbrojnego. Jakikolwiek byłby bowiem jego wynik, w naszym położeniu geograficznym odczulibyśmy go bardzo dotkliwie.

Nie widzę obecnie dla Polski dobrego rozwiązania, bo na neutralność jest już za późno, a jedynym konsekwentnym krokiem w polityce wschodniej musiałoby być pójście drogą imperialną, czyli stanie się supermocarstwem zdolnym do zmierzenia się z Rosją i zajęcia twardego stanowiska wobec Niemiec. Jednym słowem Polska musiałaby się stać środkowo-wschodnioeuropejskim militarnym imperium i potęgą gospodarczą równocześnie. Choć nie brak u nas takich, którym się taki scenariusz marzy, to jest jednak niebezpieczna utopia bez najmniejszych szans powodzenia, dlatego trzeba szukać innych rozwiązań. Nie zazdroszczę nikomu, kto obecnie musi się mierzyć z odpowiedzialnością za polską politykę zagraniczną.
Co zaś do Ukrainy, to jej położenie jest jeszcze gorsze. Z pozycji mądrego po szkodzie można powiedzieć, że gdyby jako całość związała się z Rosją, zachowałaby integralność terytorialną i tanie dostawy surowców energetycznych. Odbyłoby się to oczywiście kosztem białorutenizacji (czyli zwasalizowania) Ukrainy, ale nie wiem, czy dla jej obywateli nie byłoby to lepsze rozwiązanie niż naiwne liczenie na Zachód, który Ukrainy nie tylko nie potrzebuje, ale i nie chce i też by ją najchętniej widział w rosyjskiej strefie wpływów. Wiara w Unię Europejską kosztuje ten kraj utratę terytorium, śmierć setek obywateli i bardzo realne zagrożenie otwartą wojną.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Daremne uczonych lamenty, czyli polskie uniwersytety



Białostoccy akademicy drą szaty, że oto zamyka się filozofię jako kierunek studiów, że na socjologię zapisało się w tym roku tylko 15 osób, o ile się nie mylę itd. itp. Okazuje się, że jest są miasta, w których jest jeszcze gorzej, bo oto w mojej rodzinnej Łodzi zamyka się klika kierunków studiów, w tym obok całkiem nowych „michałków” starą szacowną archeologię.

Nie ma studentów, bo po tych kierunkach nie ma roboty, więc nie ma sensu ich utrzymywać. Brat mojego dobrego kolegi skończył archeologię śródziemnomorską w Warszawie jeszcze za komuny i nie przepracował zawodzie archeologa ani jednego dnia. Pamiętam, że jeszcze w latach 70. i 80. XX w. narzekano, że młodzież nie może znaleźć pracy w swoim wyuczonym zawodzie, więc ima się różnych prac, w tym oficjalnie pogardzanym handlem prywatnym.

Myślę sobie, że problem był postawiony na głowie zarówno wtedy, jak i teraz. Dostęp do studiów wyższych dla całej młodzieży, która zdała maturę, oczywiście po zdaniu egzaminów wstępnych, uważano za wielką zdobycz socjalizmu, ale jednym z paradoksów tego ustroju było poczucie odpowiedzialności za pewne zjawiska. Oczywiście poczucie to w praktyce sprowadzało się do tego, że ktoś próbował coś tłumaczyć („wicie, rozumicie, nie jest łatwo, ale usilnie pracujemy, z uwagą się problemowi przyglądamy” itd.itp), ale tak naprawdę nie był w stanie niczego zrobić, bo system oparty był na założeniach, które miały wpisany błąd w sam kod źródłowy.

Obecny system funkcjonowania wyższych uczelni typu uniwersyteckiego jest nie do obronienia. Jeżeli istnienie danej dziedziny wiedzy ma być uzależnione od popularności wśród zmniejszającej się liczby młodzieży, która na dodatek chce po prostu zdobyć dobry zawód, z którego będzie mogła się utrzymać, to dobrych prognoz być nie może! Nie ma takiego miejsca na świecie, gdzie archeologów by na gwałt potrzebowano, a przecież do dziś jest nam miło, że to profesor Michałowski przyczynił się do rozwoju egiptologii poprzez swoje odkrycia archeologiczne. Jesteśmy dumni z Bronisława Malinowskiego jako wielkiego antropologa kultury, ale właśnie! Bronisław Malinowski nie skończył „kierunku studiów” zwanego antropologią! Zacytujmy Wikipedię:

„W latach 1902-1906 studiował na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie i doktoryzował się tam w 1908 roku (O zasadzie ekonomii myślenia).
W latach 1910-1913 podjął studia i wykłady na London School of Economics przy Uniwersytecie Londyńskim.
W latach 1914-1920 prowadził badania terenowe w Australii i Oceanii. […]
W 1927 roku objął profesurę i pierwszą Katedrę Antropologii na Uniwersytecie Londyńskim.”

Stworzenie katedry (chair) i jej objęcie nie oznaczało stworzenie szkółki zawodowej w ramach uniwersytetu o nazwie kierunek studiów. Katedra (chair) to nie jest też jakaś jednostka administracyjna niższa od instytutu, tylko po prostu stanowisko samodzielnego mistrza! Malinowski zebrał na tyle materiału i go opisał w takim stopniu, że uniwersyteccy koledzy uznali, że jest mistrzem w swojej wówczas nowej dziedzinie i że zasługuje na to, żeby prowadzić na jej temat zajęcia. Jeżeli student uniwersytetu akurat chciał na te zajęcia uczęszczać, to się na nie zapisywał, ale gdyby jego motywacją było zdobycie dobrze płatnej pracy, chyba wzbudziłby w otoczeniu lekkie zdziwienie.

Jeżeli chcemy mieć jakąś naukę w naszym kraju, naukę, której przedstawiciele będą mogli bez kompleksów dyskutować z kolegami z innych krajów, pewne dziedziny wiedzy musimy utrzymać. Jeżeli nie ma studentów, którzy chcieliby się całkowicie poświęcić danej dziedzinie, to na pewno znaleźliby się nieliczni, którzy studiując inny przedmiot, jako główny (major), z chęcią przyszliby na zajęcia poszerzające ich horyzonty. Uniwersytet to musi być miejsce, na którym ludzie chcą poszerzać swoje horyzonty właśnie, a nie przyziemni terminatorzy przyziemnych zawodów.

Oczywiście największym problemem jest finansowanie uczelni i ich pracowników. Przysyłanie państwowych pieniędzy tam, gdzie jest więcej studentów służy właściwie nie wiadomo czemu. Tworzy jakąś niezdrową „wolnorynkową konkurencję” wewnątrz uniwersytetu, a przy tym wcale nie reguluje potrzeb rynku pracy. Wypuszczanie setek absolwentów prawa, kierunku bardzo popularnego, wcale nie gwarantuje im znalezienia pracy!

Błąd tkwi w samym systemie, w samy kodzie źródłowym całego programu, a ten wziął się z błędnej filozofii nauki i edukacji!

Przy malejącej liczbie młodych ludzi w naszym kraju, których z jednej strony urodziło się zbyt mało, a z drugiej ci, którzy się urodzili, uciekają za granicę (bądź jeszcze jako dzieci z rodzicami, bądź już jako dwudziestolatki na skutek własnej decyzji) nie ma się co łudzić, że tych studentów będzie przybywać. Można oczywiście liczyć na ściągnięcie ich z Chin, Ukrainy czy Białorusi, ale to trochę tak jak planowanie budżetu domowego na podstawie ewentualnej wygranej w totolotka. Rzeczywistość jest brutalna i niczyje żale nic nie pomogą.

Mimo wszystko bardzo bym chciał, żebyśmy mieli w Polsce naukę, a oprócz niej również humanistykę (przepraszam, ale ta ostatnia jeszcze długo „nauką” nie będzie). Dlatego mądre głowy, przy tym muszą to być mądre głowy, które mają coś do powiedzenia, muszą ciężko i intensywnie pracować nad nowym modelem wyższej uczelni.

Jeżeli państwa nie stać na utrzymywanie tylu pracowników nauki, tudzież zapewniania im budynków, książek i sprzętu, trzeba przede wszystkim pracować nad sposobem alternatywnego finansowania nauki. Oczywiście państwo nie może nikogo zmusić, żeby dobrowolnie płacił na utrzymanie grupy archeologów czy filozofów, ale powinno do tego zachęcać przy pomocy odpowiednich przywilejów podatkowych, tworzeniu fundacji itd.

Prywatne uczelnie mają się w Polsce kiepsko. Jedną z przyczyn takiego stanu jest fakt, że niczym się w swojej strukturze czy podejściu do studentów nie różnią od państwowych! Tam też królują sztywno określone kierunki studiów, a elastyczność w myśleniu o uczelni jest kadrze profesorskiej raczej obca. Prędzej się zgodzą na zamknięcie połowy wydziałów, w tym swojego, niż zaczną myśleć „outside the box”. Młodsi pracownicy z kolei nie mają nic do gadania, a poza tym są „najsłabszym ogniwem”, czyli są pierwsi do redukcji.

Uczelnia musi się stać miejscem, gdzie każdy kto chce spotkać mistrza w dziedzinie, która go interesuje, po prostu go spotka i będzie mógł z jego wiedzy skorzystać. Całość pracy uczelni powinna być zorganizowana na zasadzie badań naukowych w ramach wydziału, który świadczy usługi dydaktyczne w postaci serii kursów, które wcale nie muszą być połączone sztywnymi i obowiązkowo narzuconymi więzami w postaci „szkoły w szkole”, czyli kierunku studiów. Doradcy dydaktyczni oczywiście powinni pomóc zdezorientowanemu maturzyście dobrać sobie odpowiednie zajęcia, ale z drugiej strony nie powinni się wtrącać do tego doboru tym, którzy sami wiedzą, czego szukają i czego od uczelni oczekują. Coś, co dzisiaj jest wielkim wyjątkiem i nazywa się indywidualnym tokiem studiów (ITS), powinno się stać po prostu normą. Uczelnia powinna być gotowa zarówno zapewnić kursy i seminaria na wysokim poziomie zaawansowania, jak i te „wyrównawcze”, jeżeli student musi nabyć jakąś umiejętność, z którą sobie nie radzi (np. pisanie akademickie, z którym niejeden doktor miewa poważne problemy), ale nie zmuszać do nich tych, którzy sobie radzą.

Myślę, że przy takim systemie, czesne nie wywołałoby wielkich protestów, skoro student wiedziałby, że płaci za to, co chce. Czesne nie może być jednak jedynym źródłem utrzymania uczelni, bo to nie tylko może okazać się niepewne, ale demoralizujące. Przykład prywatnych polskich uczelni wyrosłych jak grzyby po deszczu w latach 90. XX w. wyraźnie pokazuje, że żadna nie stała się Harvardem czy Yale po prostu dlatego, że zbytnio była uzależniona od czesnego, a więc od studenta, który skoro zapłacił, to i dyplom powinien dostać. Przede wszystkim więc trzeba opracować system niezależnych fundacji opłacających stypendia studentom najlepszym, oraz system sponsoringu całej uczelni.

Tymczasem uczeni siedli nad rzekami Babilonu i zapłakali. Niektórzy zaczęli złorzeczyć rządzącym, a jeszcze inni własnym kolegom. W ten sposób problemu się nie rozwiąże.

sobota, 2 sierpnia 2014

O marketingu patriotycznym



Telewizja generalnie kłamie, ale są takie kanały, które nadają programy mądre a pożyteczne. Swego czasu na jednym z kanałów Discovery pokazano film dokumentalny na temat historii francuskiego winiarstwa, z którego dowiedziałem się, że pod koniec lat 30. XX wieku było ono w stanie upadku. W każdym razie do całkowitego upadku zmierzało. To, co uratowało francuskich winiarzy, to była… okupacja niemiecka. Mający kompleks niższości wobec kultury francuskiej Niemcy, zająwszy kraj Moliera, zaczęli chłonąć wszystko, co im się z francuskością kojarzyło, w tym ogromne ilości wina, którego sami Francuzi wcześniej nie chcieli kupować. Winnic nie trzeba było wycinać, ani zamykać rozlewni. Po wojnie moda na francuskie wina się utrzymała, więc stara tradycja cały czas się trzyma.

Ponieważ tak jak owi Niemcy w pierwszej połowie lat 40. ubiegłego stulecia wielu współczesnych Europejczyków ma ten specyficznie „nabożny” stosunek do francuskich win, mało kto myśli o nich jak o zwykłym interesie, takim samym jak handel ziemniakami czy wieprzowiną. Nie jestem tak wytrawnym koneserem, żeby się wypowiadać w tych kwestiach, ale zetknąłem się z wypowiedziami, że francuskim winom nie ustępują niektóre włoskie, hiszpańskie czy gruzińskie, tudzież chilijskie i kalifornijskie. Tak naprawdę wszystko to rzecz gustu (no dobrze, oczywiście, że chodzi też o swoiste wytrenowanie smaku, czyli nauczenie się odróżniania wszystkich niuansów wina, ale nie oszukujmy się, ludzi, którzy potrafią się w nie zagłębić jest naprawdę niewielu). Dlatego też często zakochujemy się w tym, co nam Francuz oferuje, choćby ten Francuz sam nie miał o tym zbyt wysokiego mniemania. Znajomi, którzy dobrze znają Francję, twierdzą, że owszem, pija się tam dużo wina, w tym do posiłku, ale nie jest prawdą, że wszyscy są tam jakimiś koneserami. Po prostu piją, bo to część ich stylu życia. Jeżeli zaś ktoś sobie przypomina ostatni film z Luisem de Funesem („Kapuśniaczek”) i jego dywagacje na temat wina, wyłoni nam się całkiem swojski obraz ludu, który jak wiele innych na świecie, po prostu lubi sobie golnąć.

Niektórzy znawcy, a może tylko snoby na znawców się kreujący – nie umiem tego zweryfikować – twierdzą, że jednym z najskuteczniejszych chwytów marketingowych, na jaki nabrały się miliony snobów na całym świecie, to promocja „młodego beaujolais”. Powiadają, że wino czym starsze tym lepsze (spotkałem się z pewnymi zastrzeżeniami w tym względzie, ale nie będę się wymądrzał, bo jestem w tej materii laikiem), więc młode niejako z definicji do najlepszych się nie zalicza. Ponieważ jednak winiarze, jak to biznesmeni, chcą swój towar szybko zbyć, zrobili akcję (która się przyjęła i ciągnie już od wielu lat), w której przedstawia się młodego sikacza jako nie lada atrakcję winiarską. No i dobrze! Ja tam ludziom nie lubię interesu psuć. Jak ktoś umie zarobić, niech zarabia, o ile nie truje ludzi, ani nie szkodzi im w inny sposób.

Wszystko to przypomniało mi się przy okazji akcji, którą obserwujemy obecnie w Polsce, a mianowicie wielkiego namawiania do jedzenia polskich jabłek (przy okazji też innych owoców, ale jabłka są najbardziej wyeksponowane). Ponieważ Władimir Władimirowicz, czy też po polsku Włodzimierz Włodzimierzowic Putin, nic od nas kupować nie chce, nasi sadownicy zostali ze swoimi jabłkami jak głupi jacyś i coś muszą z nimi zrobić. Mnie osobiście akcja się bardzo podoba, choć oczywiście słowa, w jaką się ją ubiera, nie mają nic wspólnego z prawdą. To, że będziemy kupować i spożywać więcej jabłek to chyba dobrze, bo w myśl powiedzonka ukutego przez Benjamina Franklina „an apple a day keeps the doctor away”, a więc wielu z nas powinno wyjść na zdrowie (choć przesadzać też nie należy, bo się można nabawić s…., przepraszam, rozwolnienia). Wbrew pomysłowym i dowcipnym memom namawiającym do jedzenia polskich jabłek oczywiście militarna i gospodarcza potęga Rosji niestety nic na tym nie ucierpi. Najwyżej zwykli Rosjanie będą musieli kupować droższe jabłka skąd indziej. Nieporozumieniem jest też wiara, że wschodniemu imperium zaszkodzimy zjadając jabłka z własnego sadu czy ogródka! Nie o to chodzi, moi drodzy! Patriotyczny marketing nie ma na celu namówienie Was, żebyście wcinali więcej darmowych własnych jabłek, ale żebyście ich dużo kupowali i to od polskich sadowników, którzy normalnie wysłaliby je na eksport do Rosji. Kto więc skupia się na spożyciu jabłek z własnej niekomercyjnej uprawy do niczego się nie przyczynia, putinowskiej Rosji nie niszczy (tak czy inaczej ta akcja jej nawet nie dotknie, ale fajnie jest w to wierzyć), a przede wszystkim nie nakręca rynku wewnętrznego, dzięki któremu nasi sadownicy-plantatorzy mogliby wyjść na swoje przy tej klęsce urodzaju.

Kilka lat temu na tym blogu wyraziłem zdziwienie i życzenie zarazem dotyczącego produkcji cydru. Dlaczego taka jabłkowa potęga jak Polska nie produkuje tego lekkiego, orzeźwiającego ale równocześnie rozweselającego napoju? No i proszę! Mówię i mam! Obecnie można w sklepach dostać polski cydr i w ramach patriotyzmu Polacy powinni go spożywać więcej niż piwa produkowanego przez wielkie korporacje z kapitałem zagranicznym.

Myślę, że w tym roku uratujemy polskich sadowników, a Włodzimierzowi Włodzimierzowicowi powiemy stanowcze „nie!” i na dodatek pokażemy mu gest Kozakiewicza dzierżąc w zgiętej ręce ogryzek! Po takim sukcesie, w następnym roku polscy producenci jabłek wyprodukują ich jeszcze więcej i… No właśnie. I wtedy nie wiadomo co z nimi zrobią, bo taka masowa niechęć do wschodniego sąsiada wiecznie trwać nie będzie. A może będzie? Ha! W takim razie jeżeli w kolejnych latach ktoś będzie się dziwił, skąd u Polaków taka permanentna rusofobia, będziemy wiedzieli kto za nią stoi i kto ją podsyca! Lobby sadownicze!

piątek, 1 sierpnia 2014

Refleksja nad pokoleniami (z okazji 1 sierpnia)



Ludzie nie mają wyczucia. Już nie mówię o empatii, bo tę nie każdy w sobie rozwinął, choć akurat uważam, że jej podstawy mamy wrodzone. Nie mówię też o takcie, bo taktowne zachowanie to sztuka wymagająca praktyki u dobrych mistrzów, których niestety brakuje, chyba, że się dobrze rozwinęło empatię. Chodzi mi więc jakieś takie wyczucie na elementarnym poziomie, które polegałoby na minimalnym wysiłku nabycia wiedzy na pewne tematy, na które się potem wypowiadamy w formie artystycznej. Artysta to podobno człowiek wrażliwy, ale czy to nie jest aby przestarzały stereotyp?

Niedawno obejrzałem sobie po raz setny „Szatana z siódmej klasy” – wersję z 1960 r. Historię znam na pamięć, ale po prostu uwielbiam ten klimat. Książka z dwudziestolecia międzywojennego jest przeniesiona w lata 50. XX wieku, gdzie mimo stalinowskiego komunizmu ludzie jeszcze zachowują maniery uważane za wzorcowe jeszcze od okresu sprzed wojny. Nastolatki płci przeciwnej mówią do siebie per „pan/pani”, a żartobliwe koleżeńskie wyzwiska to „ty małpo zielona” albo „ty koczkodanie”. Ciekawym przyczynkiem dla studiów przemian kulturowych wśród polskiej młodzieży jest serial „Wojna domowa” z lat 1965-1966, w którym młodzież „rozrabia” już nieco inaczej, już się zaznacza fascynacja Zachodem i rockowym stylem, ale tak naprawdę to nadal sympatyczne wisusy. Oczywiście obejrzenie kronik filmowych czy filmów dokumentalnych z lat 50. czy 60., ale również takich filmów fabularnych jak „Koniec nocy” z 1957 burzy ten sielankowy obraz, bo wynika z niego, że wśród polskiej młodzieży nie brakowało zwyczajnych żuli, którzy pili mnóstwo alkoholu (w tym dziewczyny, z którymi chłopcy uprawiali seks, ale ich za to nie szanowali). Już wtedy nazywano ich chuliganami (pamiętamy odcinek „Wojny domowej”, w którym matka Pawła tłumaczy policjantowi, że nie jest on żadnym chuliganem), choć nie wiązało się to wówczas z kibolstwem. Tak czy inaczej, zachowania patologiczne były naprawdę marginesem.

Władze komunistyczne nadużywały terminu chuligan, bo tak samo nazywały w latach 70. XX wieku gita, czyli bandziora terroryzującego szkolnych kolegów i spokojnych dzieciaków z sąsiedztwa, jak i pacyfistycznie nastawionego długowłosego hipa. Niemniej w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wizerunek sympatycznych rozrabiaków ustąpił młodzieży, która ma problemy. Kiedy w szkole podstawowej czytałem powieści Edmunda Niziurskiego, nie mogłem się nadziwić, że mogą być takie miejsca, gdzie można spotkać tylu przedstawicieli inteligentnej młodzieży naraz, bo w swoim otoczeniu trudno było takie zjawiska zaobserwować. W liceum było nieco inaczej, bo jednak działała selekcja w postaci egzaminów wstępnych, ale zmiany obyczajowe były już tak zaawansowane, że znalezienie analogii mojego pokolenia wobec pokoleń sprzed dwóch dziesięcioleci, nie mówiąc już o wcześniejszych, było naprawdę trudne. Owszem, pojawienie się pierwszej „Solidarności” wydawało się odrodzić pewnego przedwojennego ducha, ale wszyscy byliśmy już przesiąknięci, czy tego chcieliśmy, czy nie, duchem zachodnich subkultur.

Osiągnąwszy wiek, w którym ludzie zostają dziadkami, nie mogę powiedzieć, że kolejne pokolenia są lepsze, czy gorsze. Osobiście uważam, że tragicznie chyba jednak nie jest. Wśród dzieci i młodzieży szkolnej nadal trafia się całkiem sporo wartościowych jednostek. Nie to jest jednak moim tematem. Otóż podejście do pewnych kwestii obyczajowych jest diametralnie inne i pomimo, że jest mnóstwo prawdy w tym, że od zarania dziejów ludzie kierują się podobnymi, a właściwie tymi samymi motywami (seks, władza, zapewnienie sobie utrzymania), to jednak naturę pokrywają bardzo różne warstwy kultury.

Jeżeli artysta, pisarz lub filmowiec, zabiera się do przedstawiania rzeczywistości sprzed 70 lat, to jeżeli nie ma wyczucia, to powinien przynajmniej poświęcić mnóstwo czasu na studia epoki i na wywiady z ludźmi, którzy te czasy pamiętają.

Przeczytałem dziś kilka artykułów dotyczących Powstania Warszawskiego oraz filmu „Miasto 44” na jego temat. Pozwolę sobie na zacytowanie kilku fragmentów:

„Daniela Ogińska ps. "Pszczoła", harcerka Szarych Szeregów, gościła w ubiegłym roku, na zaproszenie ekipy, na planie zdjęciowym "Miasta44". Po środowym pokazie komentowała w rozmowie : "Film mi się podoba. Ale od początku byłam przeciwna temu seksowi, który jest w filmie przerysowany". "W takich warunkach, w powstaniu, nie było mowy o takim podnieceniu seksualnym. Była zupełnie inna atmosfera. W tamtych czasach sprawy seksu były tylko dopełnieniem uczucia między dwójką ludzi. Nie było przypadkowych spotkań, które miały rozładować podniecenie czy stres" - mówiła.”



“– My oczekiwaliśmy, że to będzie film, który w pewnym sensie odda i nastrój tamtych chwil i nas samych. Pokaże nas zgodnych, przyjaznych sobie, mających przed sobą pewien cel. A doznałem zawodu – mówi Edmund Baranowski.”

“– Ja, chłopak urodzony na Woli, takich wulgaryzmów w życiu nie słyszałem. Gdyby ktoś z nas sobie na nie pozwolił, to od razu miał cztery godziny pod karabinem. Dowódca nie pozwalał na takie rzeczy. Mam nadzieję, że część tych wulgaryzmów zostanie usunięta – mówi.
– Pewnie, takie słowa zawsze były używane, tylko nie tak, jak dzisiaj to się robi. Poza tym, w naszych powstańczych środowiskach rzucanie mięsem należało do rzadkości, miało miejsce w jakichś zupełnie wyjątkowych sytuacjach – dodaje inny, siedzący naprzeciwko mnie weteran.”

“– Przede wszystkim on kategorycznie musi skreślić tą scenę z podrzynaniem gardła niemieckim jeńcom. Powtarzam, to jest obraza powstańców! – unosi się jeden z kombatantów odnosząc się do scenariusza autorstwa Komasy i na dowód swoich słów przytacza własną historię.

– Zaczynałem powstanie na Służewcu, na wyścigach konnych. Po pierwszym zaskoczeniu Niemców oni się zorganizowali, otoczyli nas, trzeba było się wycofać. Kupa chłopaków zginęła w nocy z pierwszego na drugiego sierpnia... Natomiast my mamy ze sobą trzech jeńców niemieckich, których żeśmy wzięli ze sobą i w tej sytuacji, w jakiej żeśmy się znaleźli, nie mamy co z nimi zrobić. W związku z tym dowódca pyta, kto na ochotnika do egzekucji tych jeńców? Do strzelania do człowieka, który jest bezbronny, nikt się nie zgłosił, dosłownie nikt! I dopiero jak się o tym dowiedziało dwóch Rosjan, którzy byli przez nas wyswobodzeni, to szybko załatwili sprawę – kwituje powstaniec.”

“Moi rozmówcy zżymają się też na myśl o zawartej w scenariuszu scenie seksu, rozgrywającej się na kilka godzin przed upadkiem Czerniakowa. – My myśleliśmy wtedy o przeżyciu, a nie o przeżyciach seksualnych – podkpiwają powstańcy.”


Niech te fragmenty wystarczą do zilustrowania tego, co czują prawdziwi powstańcy warszawscy, kiedy jakiś smarkacz opowiada im ich własną historię, tylko że tę historię tak naprawdę ma gdzieś, bo on ma swoją wizję, która jest dla niego o wiele bardziej istotna. Nie jest to zresztą jakaś oryginalna wizja, ale po prostu prymitywna recepta na film, który „przyciągnie widza” – musi być okrucieństwo i seks. Bez tego nie ma dzisiaj kina. A, i jeszcze jeden aspekt bardzo istotny w Polsce – „odbrązowienie”. „No przecież nie wszyscy byli aniołami. Wśród nich musieli być też tacy, którzy lubili się pastwić na wrogiem, bo wojna wyciąga z ludzi najniższe instynkty”, zapewne myśli sobie niejeden twórca na podstawie swojej „wiedzy ogólnej”. Ale dla powstańców to, co naprawdę przeżyli to nie była wizja jakiegoś domorosłego Tarantino, tylko ich życie, najprawdziwsze i jedyne jakie mieli.

Jeden z uczestników rozmowy w artykule w „Na temat” stwierdził, że obraz, który powinien być wzorem kręcenia filmów na temat jego pokolenia to serial „Kolumbowie” z 1970 roku. O co chodzi? Komuniści zrobili lepszy film o Powstaniu Warszawskim i młodzieży z AK niż twórcy wolnej RP? Na to wygląda, bo po prostu mieli większy szacunek dla realiów epoki. Nie oszukujmy się, komuniści kręcili masę filmów i seriali, które z wojenną rzeczywistością nie mają nic wspólnego, ale są niestety do dziś oglądane, i to przez kolejne pokolenia, chyba właśnie dlatego, że są zbliżone do kulturowych wzorców zachowań w przedstawianej epoce.

Artysta zawsze może powiedzieć, że nie jest przecież dokumentalistą i że tworzy dzieło będące wynikiem jego wizji. Pewnie będzie miał rację, ale wtedy może przecież umieszczać akcje swoich wizji w jakimś wyimaginowanym świecie, którego nikt nie zna a tym bardziej pamięta.

Ilekroć w telewizji widzę weteranów Powstania Warszawskiego odczuwam wielki podziw dla tych ludzi, ale nie jest to podziw, jaki usiłuje wzbudzić w dziecku pani od historii wobec spiżowego pomnika, ale taki szczery i ludzki, pomieszany z odrobiną zazdrości. Nie, nie chodzi o to, że przeżyli swoje dni chwały, ale o to, jacy to są ludzie dzisiaj. Nie mogę się bowiem oprzeć wrażeniu, że mimo zaawansowanego wieku ci ludzie są w przedziwny sposób młodzi. Energia, inteligencja i dowcip z jaką się wypowiadają świadczy o jasności umysłu przewyższającej niejednego czterdziestolatka, ale przede wszystkim z wypowiedzi tych ludzi bije coś, co nazywamy klasą. Są to ludzie, których sposób wypowiadania swoich myśli powinien być wzorem dla nas wszystkich. Przedwojenna szkoła, przedwojenna kindersztuba (i wcale nie jestem jakimś entuzjastą dwudziestolecia międzywojennego), stosunek do własnego kraju i do innych ludzi – wszystko to stanowi jakąś zintegrowaną całość, przed którą ludzie z kolejnych pokoleń mogą się tylko pokłonić, bo naśladować im się już chyba nie uda.

Aha, i jeszcze jedno. Kiedy człowiek z taką klasą wypowie w afekcie jakieś wulgarne słowo (w końcu wojna to nie piknik) to jest to zupełnie co innego, niż kiedy to samo słowo powie współczesny „inteligent” o mentalności żula. Dobrze by było, gdyby ten ostatni o tym pamiętał, zwłaszcza kiedy odtwarza tamtą epokę.

środa, 30 lipca 2014

Mój sezon ogórkowy, czyl znowu o jedzeniu, wypadkach na drodze i mazowieckiej komendzie wojewódzkiej policji



Znajoma niedawno stwierdziła, że w tym roku nie ma sezonu ogórkowego, bo sytuacja polityczna jest zbyt napięta, na dodatek w niejednym rejonie świata. Ponieważ nie wybieram się ani na Ukrainę, ani w okolice Strefy Gazy, nie bardzo sobie wyobrażam rolę zarówno swoją, jak i owej znajomej rolę w rozwiązywaniu tych problemów, których w żadnym wypadku nie lekceważę w lemingozie swojej, ale po prostu wiem, że kwestie, którymi się przejmujemy, a na które nie mamy żadnego wpływu, powodują jedynie frustracje, czyli stan bardzo nieprzyjemny, a nikomu do niczego nieprzydatny.

Ja sobie świadomie zrobiłem sezon ogórkowy i nie żałuję. Do wielu spraw nabrałem (jak mi się wydaje) większego dystansu, w tym do swojej roli w społeczeństwie. Ponieważ jest ona dość znikoma, mogę sobie absolutnie na sezon ogórkowy pozwolić.

Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, jedzenie uważam z jeden z istotnych elementów sprawiających, że człowiek czuje się szczęśliwy i spełniony. Co prawda wakacje traktuję też jako okres, kiedy staram się odżywiać zdrowo, czyli tak, żeby mój organizm czuł się dobrze oraz żeby utrzymać stan glukozy i ciśnienia tętniczego na właściwym poziomie (wyłączenie myślenia typu „cierpię za miliony” to zwłaszcza w kwestii ciśnienia podstawa!). Na ogół mi się to udaje, choć nie oszukujmy się, kto lubi smaczne jedzenie, ten nie zawsze jada zdrowo.

W ostatni weekend pojechałem z rodziną pod namiot (od wieków nie nocowałem pod namiotem!) do Hołn Mejera, ośrodka wypoczynkowego Politechniki Białostockiej, gdzie znajomi spędzają rok w rok dwa tygodnie wakacji. Zabrałem ze sobą arabskie płaskie chlebki typu sadź, które sam upiekłem w piątek rano oraz dwie własnoręcznie sporządzone dipy na bazie sezamowej pasty tahini (jak się okazuje w różnych regionach Bliskiego Wschodu mówią na nią albo tahini, albo tahina . Jedna z nich to dość dobrze już w Polsce znany humus, druga zaś to baba ganusz (baba ghanoush, ale dlaczego by nie spolszczyć tej nazwy?). Babę ganusz robi się z upieczonego uprzednio w całości bakłażana, którego po ostygnięciu łatwo obiera się ze skóry, zaś jego miąższ miksuje z tahini właśnie, czosnkiem, sokiem z cytryny i przyprawami (słodka papryka, kumin alias kmin rzymski), oraz opcjonalnie z odrobiną jogurtu. Do takiej bazy można wkroić drobno posiekany szczypiorek, paprykę i natkę pietruszki. Sam nie mogłem uwierzyć, ze ten libański dip zrobi tak dobre wrażenie na wszystkich znajomych. Tutaj naprawdę okazuje się, jakim wspaniałym wynalazkiem jest Internet, o ile pożytecznie z niego korzystamy. Oprócz konkretnych przepisów można znaleźć filmiki z ich wykonania!

Dziś np. zrobiłem genialne (wiem, przechwalam się, ale to raczej zasługa instruktażu znalezionego na YouTube) risotto z grzybami. I tak właśnie wykorzystuję wakacje do spędzenia kilku minut dziennie robiąc to co lubię, i czego efekt jest przeważnie bardzo pozytywny.

Ośrodek wypoczynkowy w Hołnach Mejera jest miejscem naprawdę wartym polecenia. Co prawda miejsca w pokojach w dworku trzeba chyba zamawiać z wielotygodniowym wyprzedzeniem, ale pola namiotowe są bardzo przyzwoite, a miejsca na nich tanie. Jezioro Hołny jest bardzo malownicze, zaś korzystający z noclegów na terenie ośrodka PB mają nieograniczony dostęp do sprzętu pływającego (tzn. ograniczony chęcią innych chętnych na ten sam sprzęt). Kajakami, łodziami i rowerami wodnymi można zwiedzić całe rozległe jezioro.

Dwa kilometry dzielą Hołny Mejera od granicy z Litwą, którą przecież można bez problemu przekraczać. Zrobiliśmy sobie spacer do litewskiego sklepu pełnego rozmaitych napoi, w tym litewskich specjałów typu „999” (trejos devynerios, które nie wiadomo dlaczego Melchior Wańkowicz nazywał „trisz diwinisz”).

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Sejny, żeby zjeść obiad w restauracji przy konsulacie litewskim, w którym jak zwykle od lat jest o tej porze ogromny ruch. Co prawda udało nam się dość szybko znaleźć wolny stolik, ale na zamówienie czekaliśmy około godziny. Było warto, bo kołduny i bliny były bardzo smaczne. Niestety to były te sytuacje, kiedy smak wygrał z rozsądkiem, bo trzeba od razu otwarcie powiedzieć, że o kuchni litewskiej da się wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest zdrowa.

Skutki litewskiego obżarstwa zostały chyba nieco zneutralizowane przez stres, o jaki przyprawił mnie korek przed Augustowem i w samym Augustowie, jak i potem widok samochodu po wypadku gdzieś między Sztabinem a Suchowolą.

Polscy kierowcy jak zwykle „nie zawodzą”. W poprzedni weekend, wracając z Płocka minęliśmy dwa miejsca po wypadkach na trasie między Wyszkowem a Ostrowią Mazowiecką. Jeden samochód z przodem ściśniętym w harmonijkę na drzewie przodem w moją stronę, ale po mojej prawej! Podejrzewam, że wyprzedzając „na trzeciego” w ostatniej chwili zorientował się, że jechał na zderzenie czołowe, a ponieważ nie miał już jak „się schować” (może na jego pasie jechał już jakiś tir?) zjechał na lewo od szosy i uderzył prosto w drzewo.

Kilka kilometrów dalej minęliśmy samochód stojący po naszej lewej z całym poharatanym lewym bokiem a kilkadziesiąt metrów dalej samochód z podobnymi „obrażeniami” po naszej prawej. Też podejrzewam, że były to skutki wyprzedzania „na trzeciego”, ale tym razem nie doszło do czołówki, a do dotkliwego otarcia się bokami. Od samego Wyszkowa mijały nas karetki na sygnale w jedną i drugą stronę, więc na pewno na uszkodzeniu samochodów się nie skończyło.

Co tu jednak poradzić? Od co najmniej dwudziestu lat w Polsce obowiązuje „kozacki” styl jazdy, wyprzedzanie za wszelką cenę, choćby o długość jednego samochodu. Przysłuchując się zaś rozmowom niektórych swoich studentów na temat swojego stylu jazdy, mam ochotę prewencyjnie zatelefonować po policję. Wtedy jednak przypominam sobie, że niektórzy z nich to właśnie policjanci.

A propos policji. W Płocku trafiliśmy na festyn z okazji otwarcia nowoczesnego budynku, który wkrótce będzie mazowiecką komendą wojewódzką. Przyznam, że bardzo mi się spodobała, bo osobiście uważam, że policjanci (tak samo zresztą jak i przedstawiciele innych zawodów) powinni mieć zapewnione jak najlepsze warunki pracy.

Tymczasem w Białymstoku spadło trochę deszczu, ja zaś włączam na YouTube koncerty skrzypcowe Bacha i wracam do pracy.

czwartek, 24 lipca 2014

Wakacyjne lekkie myślenie, czyli o jedzeniu

Na jakiś czas zdezaktywowałem swoje konto na Facebooku, ponieważ, jak się okazuje, posiadanie wielu znajomych reprezentujących całe spektrum poglądów politycznych wcale nie jest takie dobre dla równowagi psychicznej. Jeżeli dodamy do tego, że każdy z tych znajomych ma swoich znajomych, a ci z kolei dają się poznać jako prymitywni hejterzy, albo przynajmniej zadufani w sobie zarozumialcy, portal społecznościowy przestaje być miejscem przyjemnej wymiany lajków i pochlebnych komentarzy. Zresztą z portalami społecznościowymi jest tak, że praktycznie po kilku tygodniach (czasami po kilku godzinach) poznajesz praktycznie wszystkie poglądy danego człowieka, i tak naprawdę jakakolwiek dyskusja z nim nie ma sensu, bo ile byśmy nie wymienili komentarzy, w ostatecznym rozrachunku praktycznie każdy pozostaje przy swoim stanowisku. Na dyskusje polityczne natomiast szkoda czasu, ponieważ fakt, że rozmawiamy na portalu, gdzie być może mamy większą publiczność, niż w domu czy w gronie znajomych w realu, wcale nie znaczy, że staliśmy się ludźmi o większym wpływie na kształtowanie rzeczywistości. W rezultacie tak naprawdę tracimy czas na przekonywanie kogoś, kto i tak swoje wie.

W żadnym wypadku nie twierdzę, że z FB zrezygnowałem na zawsze, ani nawet na długo, bo mimo wszystko wymiana informacji ze znajomymi w formie komentarzy do statusu może być całkiem przyjemną formą spędzenia czasu. Nie wolno tylko przesadzać, ani zbytnio się przejmować, ponieważ tak naprawdę o niczym nie decydujemy. To, że w Egipcie dzięki FB obalono prezydenta, a w Polsce zablokowano ustawę o ACTA, nie znaczy, że w ten sam sposób uda się rozwiązać wszystkie problemy. Ba, poddając się takiemu złudzeniu łatwo o frustrację, kiedy po wielu godzinach dyskusji, podczas której rozwiązaliśmy już wszystkie problemy tego świata, okazuje się, że ten świat się przez to nic a nic nie zmienił. Warto więc zrobić przerwę i nabrać nieco dystansu.

Ponieważ kilka rzeczy, które kiedyś tam postulowałem na tym blogu, stały się ciałem (np. wyszukiwarka muzyki, do której wprowadzamy kilka dźwięków poszukiwanej melodii, albo to, że w niektórych restauracjach w Polsce już podają wszystkim gościom przy jednym stole ich dania równocześnie), niewykluczone, że i te „ogórkowe” (to od sezonu, a niekoniecznie od samych ogórków) życzenia doczekają się urzeczywistnienia.

Kiedy chodziłem do szkoły podstawowej uczono nas, że wołowina to bardzo zdrowe mięso. O wiele zdrowsze od wieprzowiny. Ponieważ za komuny szynka i baleron na święta wszystkim wydawały się nie lada luksusem, zaś tradycyjnym „polskim” przysmakiem obiadowym pozostawał kotlet schabowy, nasza tradycja spożywania mięsa wieprzowego za komuny uległa utrwaleniu, a z powodu braków w zaopatrzeniu nabrała wręcz charakteru kultu, nic dziwnego, że i po upadku ustroju „jedynie słusznej drogi” najpopularniejszym mięsem na polskich stołach pozostaje wieprzowina. Na dodatek na początku lat 90. w Wielkiej Brytanii wybuchła epidemia „choroby wściekłych krów”, spożywanie ich mięsa zaś groziło już „ludzką” chorobą Creutzfelda-Jakoba. Na dodatek w USA popularna prezenterka telewizyjna Oprah Winfrey ogłosiła, że przestała jeść czerwone mięso, bo jest niezdrowe, czym naraziła amerykańskich hodowców bydła na poważne straty. Polacy natomiast nie zdążyli się dobrze do wołowiny przyzwyczaić, kiedy z Zachodu przyszedł sygnał, że jedzenie tego mięsa nie jest ani bezpieczne ani zdrowe.

Kiedy wśród Polaków nastała moda na spędzanie czasu przy grillu, co dzisiaj jest jednym z symboli „lemingozy”, czyli zadowolenia z życia, podczas gdy „Ojczyzna w niebezpieczeństwie”, którą „wolną racz nam wrócić, Panie”, nie do końca poszliśmy w ślady Amerykanów, którzy również kochają barbecue, czyli smażyć mięso na ruszcie i zaraz je spożywać w towarzystwie rodziny i znajomych. Zasadnicza różnica polega na tym, że w Polsce zawrotną karierę dzięki grillowi zrobiła karkówka wieprzowa. Schab podobno na grilla się nie nadaje, bo jest „zbyt suchy”. Karkówka jest za to poprzerastana tłuszczem i często dość żylasta, więc nie nadaje się raczej na ubity kotlet w panierce, choć pamiętam, że w latach ograniczonego dostępu do mięsa takie „oszukane schabowe” również w naszym kraju przyrządzano. Na grilla karkówka nadaje się świetnie, bo „tłuszcz się wytapia”, mięso „doskonale kruszeje” itd.

Generalnie mięso jadam niezbyt często, ale wegetarianinem nie jestem. Na grillach bywam rzadko, ale wtedy oczywiście próbuję wszystkiego, co jest akurat serwowane. Grille moich znajomych nie są może reprezentatywne, ale u nikogo nie zanotowałem grillowanej wołowiny. Polska wołowina, najczęściej z zaszlachtowanych krów mlecznych, na stek się raczej nie nadaje. Pod wpływem temperatury robi się twarda, a żeby ponownie stała się miękka i krucha, trzeba ją obróbce termicznej poddawać długo. Tymczasem tacy Amerykanie raz dwa przewrócą swój stek z jednej na drugą stronę i już go podają.

Nie jestem wielkim znawcą steków, ponieważ okazje, przy jakich miałem okazję ich skosztować potrafię policzyć na palcach jednej ręki. Jakieś 20 lat temu jadłem stek we „włoskiej” (talianskiej) restauracji u podnóża słowackich Tatr i pamiętam, że był jednak stosunkowo twardy. Później było to już 12 lat temu w Paryżu i zaraz potem w belgijskim Namur. Ten ostatni był najlepszy, lekko różowy w środku, gruby, ale delikatny i miękki. Potem jakoś steki wołowe nie zaprzątały moich myśli, chyba że pojawiały się w jakimś amerykańskim filmie.

W zeszłą niedzielę poszliśmy z rodziną do restauracji należącej do znanej w Polsce sieci znanej z doskonałej kuchni bliskowschodniej. Oczywiście jest to jednak przede wszystkim restauracja polska, bo dań z wieprzowiny w niej nie brakuje. Niemniej nie zamówiłem tym razem ani świetnej shoarmy, ani niczego, z czego słynie kuchnia basenu Morza Śródziemnego, a stek właśnie. Stek z angusa. Przy okazji sprawdziłem w Internecie, co to za bestia i okazało się, że jest to jedna z ras bydła rzeźnego. Przyznam, że dawno nie jadłem czegoś równie smacznego! Zażyczyłem sobie mięso średnio wysmażone, ale było miękkie, kruche i soczyste – wszystko w jednym. Po prostu pyszne. Jak później doczytałem, w takiej wołowinie ras hodowanych na mięso występuje dużo tłuszczu, ale jest on tak „zmieszany” z tkanką mięśniową, że całość robi wrażenie jednolitej masy.

Stwierdziłem, że dobrze byłoby rozpropagować wśród znajomych lubiących urządzać grillowi przyjęcia mięso z angusa. Niestety jest ono w porównaniu z każdym innym bardzo drogie, a przy tym praktycznie niedostępne w sklepie. Kelner spytany o to, gdzie restauracja się zaopatruje w angusowe steki, odpowiedział, że to wie tylko szef. W internecie można też znaleźć sklepy handlujące „stekową” wołowiną, ale nie prowadzą działalności detalicznej, ale nastawione są zaopatrzenie lokali gastronomicznych. Pomyślałem więc sobie, że może byłoby dobrze, gdyby polscy rolnicy zaczęli hodować angusa, polskie sklepy zaczęły sprzedawać jego mięso, zaś Polacy rozsmakowali się w tym rodzaju mięsa. Myślę, że kto miałby okazję zjeść dobry stek w przystępnej cenie, temu chyba przeszłaby ochota na żylastą i tłustą karkówkę wieprzową.

Dziesięć lat temu w Norymberdze zajadałem się arabskim płaskim chlebem, kupowanym w tureckim sklepie. Od tej pory bezskutecznie szukałem jego odpowiednika w Polsce, gdzie już podobno można „wszystko dostać”. Płaskiego chleba typu „sadź” chyba jednak nie. To, co w naszych sklepach wielkopowierzchniowych sprzedają jako „chlebek pita” to coś zupełnie innego. Tzw. wrapy, czyli niby meksykańskie tortille produkowane przemysłowo, to jednak też coś zupełnie innego, w czym przy okazji dosłownie wyczuwa się jakąś chemię. Na szczęście w Internecie można faktycznie znaleźć prawie wszystko, więc i przepis na płaski chleb typu „sadź” można znaleźć, łącznie z demonstracją na YouTube. Dzisiaj na zwykłej płaskiej patelni upiekłem taki właśnie chlebek, który faktycznie o wiele bardziej przypominał ten, który jadłem w Norymberdze, niż twardawa klucha, którą polskie hipermarkety sprzedają jako „chlebek pita”.

W gospodarce rynkowej jeśli jest popyt pojawia się podaż. Nikt nie będzie ryzykował podażą czegoś, na co może nie znaleźć się popyt. Niemniej czasami warto pewne rzeczy zarekomendować i spróbować stworzyć na nie rynek. Tutaj jednak wkraczamy w sferę polityki (gospodarka jest niestety powiązana z polityką, a propagowanie arabskiego chleba w kształcie elastycznego a równocześnie chrupiącego placka w kraju, gdzie się mawia że „kupując kebaba popierasz Araba” to sprawa tym bardziej ryzykowna, a może nawet niebezpieczna. O polityce jednak nie chce mi się gadać. Są wakacje, a ja nie ukrywam, że jedzenie uważam za jedną z istotnych przyjemności tego świata.

środa, 16 lipca 2014

Słowo o "murzynach" w Parlamencie Europejskim

Nie wiem, gdzie Janusz Korwin-Mikke uczył się angielskiego, że mówi z takim bliskowschodnim akcentem, ale pal licho akcent. Po co najpierw użył słowa ‘nigger”, a potem powtarzał „negro”, skoro od dłuższego czasu wiadomo, że w krajach anglosaskich to pierwsze słowo jest obraźliwe, a to drugie już też. Gdyby mówił po polsku i użył słowa „murzyn”, być może tłumacze jakoś by z tego wybrnęli, ale JKM chciał się popisać angielszczyzną, którą na poziomie performance włada słabo. Z pewnych wypowiedzi z lat wcześniejszych można faktycznie wyciągnąć wniosek, że Korwin jest rasistą, ale okrzyki w Parlamencie Europejskim były trochę nie na temat. Gazeta Wyborcza, która nie omieszkała wykorzystać tej sytuacji, zrobiła z tych niefortunnych słów punkt centralny wystąpienia, do jego merytorycznej treści już się nie odniosła. 

A tymczasem Korwin-Mikke poruszył istotny problem nie tylko Polski, ale w ogóle krajów, które przystąpiły do UE w i po 2004 roku. Poruszył problem, który Polski dotyczy tak naprawdę od 1989 roku, a który został bardzo dobrze ujęty przez profesora Kieżuna. Przedsiębiorcy z rozwiniętych krajów zachodnich na spółkę z popierającymi ich politykami zrobiły z krajów Europy Wschodniej swoiste kolonie, które w tym wypadku należy rozumieć jako rynek zbytu i rezerwuar taniej siły roboczej. Na taniość naszej siły roboczej liczył profesor Leszek Balcerowicz w przyciągnięciu zagranicznego kapitału, niewiele zrobiwszy dla rozwoju kapitału rodzimego. Znajomość ekonomii na poziomie szkoły podstawowej pozwala się zorientować, że kraje rozwinięte to te, które eksportują skończone produkty o wysokim stopniu przetworzenia, podczas gdy kraje mniej liczące się sprzedają surowce, zaś kraje zależne eksportują siłę roboczą. 

Dlaczego tak się dzieje, to cały osobny temat. Brak kultury przemysłowej, która polegałaby m.in. na tym, że pracownika się szkoli i szanuje. Brak odpowiedniej edukacji, która w obecnej postaci ze wszystkich chce zrobić absolwentów wyższych studiów, a z drugiej nie kształtuje w młodych ludziach elementarnego poczucia, że każde działanie ma określone skutki, co owocuje nieodpowiedzialnymi pracownikami i nieodpowiedzialnymi szefami. Wypuszczamy więc rzesze robotników niewykwalifikowanych, zaś ci, którzy kwalifikacje posiadają sami uciekają, gdzie pieprz rośnie, bo miejsca pracy są jakoś pozajmowane, a i rynek jakiś mały na ich usługi – nie z powodu braku zapotrzebowania, ale braku środków na zapłatę. Jesteśmy więc rezerwuarem taniej siły roboczej, bo kto nie wyjechał pracować za godziwe pieniądze, ten pracuje za grosze. Władze zaś zawsze ogłaszają triumf, kiedy kilkuset bezrobotnych dostanie pracę za minimalną krajową. Są w Polsce jednak geniusze, którzy uważają, że sposobem na bezrobocie byłaby praca za ekwiwalent zasiłku. Gdyby nie tradycja (niestety często zanikająca) pokoleniowego solidaryzmu sprowadzającego się praktycznie do pomocy ze strony rodziców, żaden przeciętny młody człowiek nie mógłby marzyć o własnym mieszkaniu. W Wielkiej Brytanii władze miejskie budują mieszkania dla ludzi. W Polsce to zjawisko praktycznie nie występuje. Co ma niby trzymać młodych ludzi w Polsce? Sam patriotyzm? 

Korwin poruszył więc problem istotny, ale zrobił to we właściwy sobie irytujący sposób, pogardliwym i roszczeniowym tonem, przy tym niedopuszczalnym dziś językiem. Tak samo, jak ś.p. Andrzejowi Lepperowi nieraz udało się powiedzieć prawdę, ale poprzez zastosowane środki retoryczne nikt nie chciał go słuchać, tak samo JKM w gąszczu kabotyńskich popisów zmarnuje nawet to, co jest warte poważnej dyskusji. 

PS: Korwin nie jest żadną alternatywą dla Polski. Jeżeli w ciągu jednej kadencji większość obywateli dowiedziałaby się, że dostęp do lekarza podrożał, albo że ich na niego nie stać, jeżeli dzieci z mniej zamożnych rodzin nie miałyby dostępu do oświaty (a choćby tylko do państwowej indoktrynacji, bo to lepsze niż ulica), zaś od tej pory muszą skombinować jakieś pieniądze na starość, bo do ZUSu nie można mieć pretensji, bo go właśnie rozwiązano, wtedy należałoby tylko pobłogosławić powszechny dostęp do broni palnej, bo myślę, że ci obywatele pozbawieni z dnia na dzień poczucia bezpieczeństwa (złudnego bo złudnego, ale jednak) zaczęliby do korwinowców strzelać. Powrót do XIX wieku skończyłby się początkiem wieku XX, a więc rewolucją bolszewicką, czego ani sobie, ani nikomu nie życzę. 

PS 2: W warunkach absolutnie wolnego rynku nie można byłoby chyba stosować protekcjonizmu, więc polskiego rynku i tak nic nie uchroni przed zachodnią konkurencją, zaś w kwestii niewolniczej siły roboczej w warunkach bez żadnych związków zawodowych (choć wcale nie twierdzę, że one obecnie spełniają jakąś pozytywną rolę) nie zmieniłoby się nic, a właściwie zmieniłoby się na gorsze, więc do końca nie wierzę w szczerość tego nieszczęsnego przemówienia w PE.