piątek, 10 kwietnia 2015

O metodach nauki języków


Interesuje mnie wszystko, co przyczynia się do tego, żeby proces uczenia się, a zwłaszcza uczenia się języków obcych, uczynić łatwym, przyjemnym, a przy tym diabelnie skutecznym, dlatego rzucam się na wszelkie nowości w tej dziedzinie, w tym na metody, o których nie słyszałem na studiach, ponieważ zostały opracowane dopiero niedawno.  Jak to wśród Polaków, każda z takich nowych (lub „nowych”) metod, spotyka z jednej strony fanatycznych wyznawców, a z drugiej bezlitosnych hejterów (bo określenie „krytyk” jest tutaj zbyt słabe). 

Do pewnego stopnia śmieszą mnie rozmaici specjaliści od rozwoju osobistego (często samozwańczy, ale UWAGA! To nie znaczy, że zaraz wszyscy oni są gorsi), którzy m.in. przechwalają się swoimi umiejętnościami nabytymi na rozmaitych kursach i szkoleniach, ale broń Boże nie w szkole! Tak naprawdę wszystkich ich łączy jedno – krytyka metod stosowanych w państwowej szkole. Chciałbym być w stanie z całą mocą wyśmiać tę ich krytykę systemu edukacji i kłam zadać ich zarzutom, ale niestety tak do końca nie mogę. Jest dużo prawdy w tym, ze kładzie się nacisk na formułki gramatyczne, że robi się testy z wydumanych zdań – takich, żeby na siłę użyć jakiejś struktury gramatycznej, a nie daje się okazji młodym ludziom, żeby się nacieszyli faktem, że potrafią coś powiedzieć w obcym języku. Natomiast sprawdzanie co trzy lata znajomości języka przy pomocy standardowych testów, tworzy system, który jest w ogóle zbrodnią na radości uczenia się.

Dlatego z jednej strony internetowe tyrady domorosłych „specjalistów” mogą drażnić, bo kiedy mówią „w mojej metodzie nie będzie gramatyki”, to od razu pokazują, że nie mają pojęcia, o czym mówią, ponieważ bez gramatyki nie ma języka, natomiast oni nie do końca rozumieją znaczenie tego słowa, ponieważ mówiąc „gramatyka” mają na myśli wiedzę o gramatyce, która faktycznie jest zbędna, a to zupełnie coś innego. 

Twórcy nowych „metod” z kolei, nawet ci z solidnymi podstawami naukowymi, najczęściej gubią po drodze kilka czynników, jak np. dr James Asher, twórca metody TPR (Total Physical Response), który opracował metodę dla kinestetyków i być może dotykowców, ale niekoniecznie dla wzrokowców. Swego czasu triumfy święciła sugestopedia i oparta na niej SITA (podobno stosowana w zachodnich armiach), ale moda na te metody chyba już przeszła. Czy słusznie? Trudno powiedzieć. Jestem niemal przekonany, że są ludzie, którzy dzięki metodzie głębokiej relaksacji potrafili przyswoić wiele słów języka docelowego, ale czy poszło im szybciej niż tym, którzy wybrali inną metodę? Tutaj już bym polemizował. Podobnie jest z metodą zwaną dziś Direct, która jest niczym innym, jak zmodyfikowanym Callanem. Z całą pewnością przynosi ona bardzo szybkie efekty w pierwszym roku nauki. Około trzeciego/czwartego roku, beneficjenci wszystkich metod spotykają się mniej więcej w tym samym punkcie, dlatego trudno jest ocenić wyższość jednej metody nad drugą, zwłaszcza, że, jak wiemy, istnieją różne typy uczących się, na których oddziałują różne bodźce.
Warto interesować się różnymi metodami i przemyśleniami poliglotów, ponieważ z każdego źródła możemy wyciągnąć coś dla siebie. Cenna jest uwaga Piotra Marta (twórcy metody 5S), że od wielokrotnego mechanicznego powtarzania nowych słów, o wiele ważniejsze jest ich sprzężenie z konkretnymi emocjami. Niemniej trudno powiedzieć, czy na wszystkich ta metoda zadziała równie skutecznie. W TPR rolę takiej emocji miał odegrać fizyczny ruch. Niemniej, niczego nie powinniśmy lekceważyć. Osobiście uważam, że każda metoda jest dobra, dopóki w nią wierzymy. Kiedy zaczynamy wątpić, czy nauka przy jej pomocy przynosi efekty, rozpoczyna się proces samospełniającej się wróżby – te efekty faktycznie zaczynają słabnąć. 

Oprócz autentycznie sprawdzonych (przynajmniej przez twórców) metod, pojawiają się od czasu do czasu typowe twory marketingowe opakowane w chwytliwą nazwę, a kryjące w sobie jakąś eklektyczną kompilację elementów z innych metod. Nie znaczy to wcale, że taki twór nie może przynosić efektów. Ostatnio np. trafiłem na stronę tzw. metody Krebsa. Stało się tak dzięki wszędzie się wciskającym reklamom. Ponieważ nauka języków niezmiernie mnie interesuje, oczywiście na taką reklamę musiałem kliknąć. 

Dzięki niej dowiedziałem się o Emilu Krebsie niemiecko-śląskim poliglocie, który biegle władał 48 językami. Wszystko wspaniale, ale wczytując się w opis metody, trudno nie dojść do wniosku, że to wszystko może być skuteczne, ale nie ma nic wspólnego z samym Emilem Krebsem. W opisie metody rozpoznamy znane od dawna koncepcje, że języka obcego należy się uczyć najpierw przede wszystkim ze słuchu, oraz teorię Noama Chomsky’ego uniwersalnego narzędzia językowego, w jaki podobno wyposażony jest umysł każdego człowieka (tzn. każdy człowiek np. tworzy zdania z podmiotem i orzeczeniem). Nie ma, mówiąc szczerze, żadnego fizycznego dowodu na istnienie takich wrodzonych „kolein” gramatycznych (właśnie – przypomnijmy sobie, że bez gramatyki nie ma języka) w naszym mózgu, ale w teorii ładnie to się prezentuje. Wszystko pięknie, ale tego wszystkiego nie mógł opracować Emil Krebs, bo jak się dowiadujemy, francuskiego nauczył się z jakiejś przypadkowo znalezionej książki, a kolejnych języków też nie mógł się przecież nauczyć ze słuchu, bo w latach młodości ze Śląska się nie ruszał, a nośniki dźwięku nie były jeszcze rozpowszechnione. Owszem później dużo jeździł, bo był dyplomatą, więc np. przy swoich zdolnościach językowych mógł faktycznie opanować różne dialekty chińskiego ze słuchu. Tak czy inaczej, nie mamy żadnych zapisków Krebsa nt. jego własnej metody przyswajania obcych języków. Wniosek z tego, że grupa anonimowych biznesmenów stworzyła produkt z kompilacji elementów z różnych, głównie nowszych metod, natomiast nazwisko Krebsa służy im za szyld i element mający przyciągnąć ewentualnych nabywców pakietu do nauki danego języka. Przyznam, że powstrzymałem się od zakupu pakietu do niemieckiego i francuskiego, mając na względzie pewne uprzedzenie, jakie wyrobiłem sobie na podstawie tego typu materiałów z kursów opracowanych metodami, które były swego czasu modne. Otóż przeważnie same teksty języka docelowego są dość „drętwe” i mało mające wspólnego z żywą jego wersją. Nie twierdzę, że tak samo jest w tym wypadku, ale wolę nie sprawdzać. 

Prawda jest bowiem dość banalna – języka, jak i wielu innych przedmiotów, nauczy się ten, kto naprawdę chce się nauczyć i posiada wystarczającą motywację. Taki człowiek sam sobie znajdzie metodę najlepszą dla siebie. Z doświadczenia wiem, że słuchacze/studenci/uczniowie, którzy lubią rozprawiać  o (nie)skuteczności metod nauki języków, albo którzy z mądrą miną pytają o najlepsze metody, w 90% są ludźmi, którzy lubią się pokazać jako ci, którzy się naprawdę interesują, ale tak naprawdę tylko zawracają głowę i przede wszystkim oszukują samych siebie. Kto chce się języka nauczyć, ten po prostu szuka dotąd, aż znajdzie metodę najlepszą dla siebie, ale przede wszystkim daje z siebie wszystko, żeby z każdego ćwiczenia wyciągnąć najwięcej dla siebie. Metod uniwersalnych raczej nie ma.

sobota, 4 kwietnia 2015

Biega, krzyczy pan Hilary....

Niedawno pewien młody znajomy, syn moich "starych" znajomych, napisał, że kiedy miał lat 17 i działał w pewnej młodzieżówce partyjnej, a równocześnie intensywnie interesował się pewnymi zagadnieniami polityki jednego z sąsiadujących z nami państw, rozpierało go radosne podniecenie z powodu tego, że coś wie i że może się tą wiedzą podzielić. Obecnie, zbliżając się do trzydziestki, zrozumiał, że żeby się na jakiś temat wypowiadać, należy przede wszystkim temat zgłębić, dużo przeczytać, potem zdobyte w ten sposób dane przemyśleć. Oczywiście przemyślenia typu naukowego powinny opierać się na stosowaniu jakichś założeń metodologicznych.

Ten blog nigdy nie aspirował do głoszenia prawd ostatecznych. Wręcz przeciwnie. Sam tytuł jest na tyle asekurancki, że nie powinien pozostawiać żadnych wątpliwości co do tego, że jakiś temat nagle mnie zafascynował i wciągnął emocjonalnie, dlatego rzucam w cyberprzestrzeń swoją ulotną impresję licząc albo na poparcie, albo na naprostowanie mojego błędnego myślenia. Podobnie jak mój młody znajomy, zdaję sobie jednak od dawna sprawę, że żeby się na różne tematy wypowiadać, potrzebna jest bardzo rzetelna wiedza, na której zgłębienie niestety nie wystarczy życia.

Ostatnio pochłaniały mnie sprawy zgoła nie związane z "bujaniem w obłokach" i wyciąganiu wniosków "natury ogólnej". Wręcz przeciwnie. Czas poświęcałem sprawom urzędowo-finansowym, tudzież zawodowym. Nie jest to w żadnym wypadku skarga na los kogoś, kto lubi sobie poblogować, a tu nagle przytłaczają go przyziemne obowiązki. Wręcz przeciwnie. Myślę, że nauczyłem się je należycie doceniać, ponieważ od nich zależy moja bardzo konkretna egzystencja.

Tymczasem nie chcę jednak odchodzić od dość chaotycznego charakteru tego bloga i postanowiłem opublikować coś, co zrobiłem dziś zupełnie spontanicznie. Prawdopodobnie szukając swoich okularów, bez których już niestety nie jestem w stanie czytać, przypomniał mi się wierszyk Tuwima o znanym (swego czasu - nie wiem jak teraz) roztargnionym okularniku, panu Hilarym. Nie wiem na jakiej zasadzie, ale zupełnie znienacka naszła mnie ogromna chęć zangielszczenia tego uroczego wierszyka. Oto wynik tej próby. Będę wdzięczny za wszelkie uwagi językowe, metryczne i merytoryczne.


Running and yelling Mr Hillary Tex
Asks all around “Where on earth are my specs?”
Searches trousers and his jacket,
Every pocket, every placket,

All his wardrobe’s upside down
He gropes the coat, and gropes the gown,
“Scandal!” shouts he, “No effects!
“Someone’s stolen my dear specs!”

Under the sofa and on the settee,
He’s looking and panting, all sweaty,
Rummages in the stove and the fire,
In the big piano and behind the hair-dryer,

He started chopping the floor into blocks,
He started calling out loud for cops,
All of a sudden, he looks in the mirror,
He can’t believe it, so he comes nearer,

There they are! He found them! For, as it goes,
His dear spectacles were still on his nose!





sobota, 21 lutego 2015

O przewadze natury nad ciężką pracą



Nie od dziś szkoła i wiele programów szkoleniowych chce, żebyśmy uwierzyli w to, że ciężką pracą można osiągnąć sukces i że pracowici, choć niekoniecznie bardziej utalentowani, osiągają więcej niż zdolni a leniwi. W wielu przypadkach jest to zresztą prawda, ale z drugiej strony świat (wiem, że to brzmi zbyt górnolotnie, ale trudno mi to oddać mniej metaforycznie) nam wysyła, a zresztą również my sami wysyłamy sygnały, że mimo wszystko bardziej cenne jest to, co przychodzi „naturalnie”, „niewymuszenie” i „bez wysiłku”. Pomijam tu całą analizę „talentu”, bo istnieją teorie, że nawet za tym, co uważamy za naturalny dar, kryją się tysiące godzin pracy od wczesnego dzieciństwa (za przykład podaje się Mozarta lub Paganiniego, których ojcowie od małego zmuszali do wielogodzinnych ćwiczeń na instrumentach). Niemniej, myślę, że jeżeli ktoś naprawdę czegoś nie chce się nauczyć, to nic go nie przymusi, więc z tymi muzykami nie byłoby później tak genialnie, gdyby jednak jakiejś „iskry bożej” w sobie nie mieli. Kto zajmuje się jakąkolwiek dziedziną wymagającą wysokich umiejętności ten nieraz zapewne zaobserwował kolegów i koleżanki, którzy wkładają w swoją pracę ogromny wysiłek, a wyniki mają „zadowalające”, „poprawne”, ale nigdy nie wybitne. Jest to oczywiście jeszcze kwestia wyjścia poza utarte szablony, myślenia nieszablonowego itd. itp. Nie to mnie jednak dzisiaj interesuje. 

Rzecz w tym, że tak czy inaczej zdecydowana większość z nas wyraża szczery podziw wobec „naturalnego piękna”, które nie jest wynikiem ciężkiej pracy. Oczywiście klasyczny przykład to konkursy piękności na miss i misterów świata, danego kraju, czy choćby Pcimia Dolnego. Nagrody przyznawane w takich zawodach są często ogromne w porównaniu z nagrodami przyznawanymi za umiejętność wymagającą wieloletniego przygotowania. 

Podziwiamy młode talenty zgłaszające się do rozmaitych konkursów telewizyjnych i rozpływamy się np. nad walorami głosowymi dziewczyny, która przyznaje, że nigdy specjalnie się śpiewu nie uczyła, tylko po prostu takim głosem obdarzyła ją natura. Podziwiamy muzyków, którzy przebierają palcami po swoich instrumentach, jakby im to nie sprawiało najmniejszego wysiłku. Kochamy aktorów, którzy grają tak „naturalnie” (choć z drugiej strony w tym wypadku chyba nie zdajemy sobie sprawy, co by było, gdyby jakikolwiek aktor grał naprawdę „naturalnie” – naturalnie to my się zachowujemy na co dzień i coś takiego na scenie lub ekranie wyglądałoby okropnie). Kiedy zaś inny artysta wykonuje swoją pracę równie dobrze (tzn. sądząc po efektach), ale jakiś znajomy jego znajomego nam powie, że u niego to wszystko takie „wypracowane” (tutaj należy sobie wyobrazić odpowiednio pogardliwą intonację przy wypowiadaniu tego słowa), „wymuszone” czy wręcz „wystękane”, zaczynamy tę opinię bezkrytycznie powtarzać, bo przecież lubimy się popisywać „wiedzą” na różne tematy. Nie to jest zresztą najgorsze. Nasi rozmówcy, jeżeli będą chcieli z nami polemizować, najczęściej użyją argumentu „A skąd ty to wiesz? Kto ci takich rzeczy naopowiadał? To kompletna nieprawda, on/ona jest wielkim talentem!” Praktycznie nikt nie ujmie się za krytykowanym artystą słowami  „A co w tym złego? Człowiek ciężko pracował i osiągnął sukces! Co masz przeciwko solidnie wykonanej pracy?” Osobiście nigdy się z takim argumentem nie zetknąłem. Wszyscy świadomie czy podświadomie zdajemy się podziwiać jedynie to, w co nie trzeba wkładać wysiłku, a pojawia się w taki sposób jak oddychanie żywych istot. 

Nie ma się co oszukiwać. Jako przedstawiciele świata zwierząt, jesteśmy w ogromnej mierze zakładnikami natury i tysiąclecia kultury i cywilizacji tego nie zmienią. Przyciągają nas osobniki atrakcyjne seksualnie, zdrowe, silne i piękne. Przeciętna odbiorczyni telenoweli wyrabia sobie opinię o postaci na podstawie urody aktora. Czarny charakter jest zwykle „tak brzydki”, że nie ma się co dziwić, że jest postacią złą. 

Walory „naturalne” (choćby w rzeczywistości stał za nimi cały sztab specjalistów) mają również przełożenie na politykę. Tutaj jednak sprawa jest nieco bardziej złożona, ponieważ poglądy polityczne i warunki fizyczne mogą w wyobraźni odbiorców oddziaływać na siebie w obie strony. Polityk atrakcyjny może przekonać do swoich poglądów łatwiej niż jego mniej piękny rywal, ale często bywa i tak, że polityk, którego popieramy staje się dla nas piękny, a jego przeciwnik ohydny. Doskonałym przykładem tego ostatniego przypadku jest Władimir Putin, który w samej Rosji ma tysiące fanek gotowych udostępnić swoje łono dla potomka idola, natomiast dla wielu jego przeciwników, jest to człowiek beznadziejnie brzydki! 

Nie chodzi o to, żeby dociekać obiektywnej prawdy na temat atrakcyjności Władimira Putina, ani żadnego innego polityka. Rzecz w tym, że w ogóle pojawia się takie zjawisko, jak ocena polityka czy jakiejkolwiek postaci publicznej na podstawie wyglądu zewnętrznego. 

Fora internetowe, które w ogromnej mierze przejęły rolę dwudziestowiecznych magli[1], pełne są uwag typu „on nawet wygląda jak …” (tutaj następuje odpowiednie exemplum nadające porównaniu odpowiednio odrażający wydźwięk – małpa, świnia, potwór, Zgredek z Harry’ego Pottera, Golum z „Władcy Pierścieni” itd. itp.) Uwagi te odnoszą się najczęściej do jakiejś wypowiedzi polityka lub dziennikarza, którą uczestnicy forum zgodnie krytykują. Do argumentów dotyczących treści takiej wypowiedzi praktycznie zawsze ktoś dołoży coś na temat jego/jej wyglądu zewnętrznego. 

Skądinąd możemy się domyślać, że atrakcyjność seksualna jest czułym punktem każdego, choćby nie wiem jak się tego wypierał i dlatego wiedząc, że atak na nią może nielubianą osobę bardzo zaboleć, wielu ma tendencję do stosowania tej metody „niszczenia przeciwnika”. 

Oceniania na podstawie tego, co „naturalne” (bo tego, co za danym efektem stoi, mało kto sprawdza), prawdopodobnie nigdy nie zostanie wyeliminowane. Wieki cywilizacji wypracowały pewne mechanizmy, których nas się uczy od dzieciństwa, a które pozwalają nam wszystkim żyć w jakiej takiej równowadze psychicznej, ale nigdy nie wiemy, na ile w danej sytuacji pokierujemy się rozumem, a na ile zwykłym instynktem nakazującym unikać tego co brzydkie, a szukać towarzystwa tego, co atrakcyjne i to atrakcyjne z przyrodzenia, bo dobrych genów nie da się osiągnąć nawet najcięższą pracą.


[1] Młodszym Czytelnikom wyjaśniam, że magiel to był taki punkt usługowy, gdzie gospodynie domowe, albo/i przed II wojną światową służące tych zamożniejszych, przynosiły upraną bieliznę pościelową do przepuszczenia przez urządzenie zwanym maglem w tym samym celu, w jakim się ją prasuje, w którym podczas oczekiwania na usługę odbywały się długie rozmowy na niekoniecznie najwyższym poziomie.

czwartek, 22 stycznia 2015

O skrusze



Zarówno w powieści Philipa Rotha Ludzka skaza (The Human Stain, 2000), jak i w Hańbie (Disgrace, 1999), w filmie Psy (1992) Władysława Pasikowskiego, a pewnie znalazłoby się jeszcze kilka przykładów z literatury i filmu występują sceny, w których protagoniści stają przed komisjami. W przypadku wyżej wymienionych powieści chodzi o akademickie komisje dyscyplinarne, zaś w filmie o komisję weryfikacyjną. To, co je wszystkie łączy, to reakcja na decyzję potępiającą podaną przez komisję do wiadomości. Podobne są reakcje tychże przez te komisje potępionych, jak i kontrreakcje samych komisji.
Otóż „podsądni” dość „łatwo” zgadzają się z „wyrokiem” i nie podejmują z nim żadnej polemiki, równocześnie pokazując komisji, że jej decyzja nie wyciska na nich większego emocjonalnego piętna. Członkowie komisji taka postawa irytuje. Wydają się rozumować w następujący sposób „Jak to? My mu dowalamy, a ten śmie się przeciwko temu nie buntować. A wszak nie ma większej przyjemności, niż wtedy, kiedy taki delikwent się zbuntuje, zacznie albo pyskować, albo zaprzeczać, a my będziemy wtedy mieli okazję przywalić mu jeszcze mocniej, zgnębić go do reszty i z reszty poczucia godności odrzeć”. Chodzi bowiem o to, że członkowie takich komisji chcą nie tylko podejmować sprawiedliwe decyzje, ale również od razu odczuć cierpienie ze strony „podsądnego”. 

Kiedy Święte Oficjum, czyli osławiona Inkwizycja, wydawało wyroki, często będące wynikiem samoobciążających zeznaniach wymuszonych torturami, nie chodziło tylko o to, żeby człowieka pozbawić życia. Wszak celem nie było ukaranie „zbłąkanej duszyczki”, ale jej oczyszczenie i następnie wieczne zbawienie. Aby to ostatnie mogło nastąpić, należało „grzesznika” zmusić do odwołania swoich poglądów i wzbudzić w nim tzw. skruchę. 

Kiedy czasami w telewizji słyszę wyrok wydany przez sąd już jak najbardziej świecki i współczesny, odnoszę wrażenie, że sędziowie również oczekują na objaw skruchy ze strony podsądnego. Ba, często od jej stopnia (jak sędziowie ją mierzą, nie wiem) może zależeć wysokość wyroku. 

Tymczasem warto przyjrzeć się naukom i radom, jakich udziela się ludziom, których przygotowuje się do „zwycięstwa” w jakiejkolwiek dziedzinie. Możemy więc usłyszeć lub przeczytać, że nie należy mówić o problemach, ale o wyzwaniach. Że żadna porażka nie jest ostateczną klęską, ale lekcją, która nas powinna doprowadzić do ostatecznego sukcesu. Ludzie, którzy po jednorazowym upadku uważają, że to jest już ich koniec, żadnego sukcesu nie odniosą, dlatego np. do „etosu” współczesnego biznesmena nie do końca pasuje model samuraja, który raz straciwszy twarz musi popełnić samobójstwo. Ten, kto samego siebie stawia pod pręgierzem, ten nie zostanie zwycięzcą, chyba, że w tej pokucie jest jakiś ukryty „haczyk” w postaci pozyskania sobie poklasku opinii publicznej. O ile w dawniejszych epokach metoda ta mogła być w jakimś stopniu skuteczna (cesarz Henryk IV w Canossie), to zazwyczaj, a już na pewno w czasach nam bliższych, jest ona wysoce wątpliwa. Przyznanie się do winy i ukorzenie przed trybunałem Inkwizycji, czy też w dwudziestowiecznych systemach totalitarnych nie było żadną okolicznością łagodzącą, a jedynie potwierdzało „słuszność” oskarżeń i prowadziło do nieuniknionego wyroku śmierci. 

Mentalność profesjonalnego przestępcy polega między innymi na tym, żeby się nigdy nie przyznawał. „Nawet jak cię złapią za rękę, to mów, że to nie twoja ręka”. W przypadkach może mniej drastycznych niż przestępstwo kryminalne, okazuje się, że metoda ta jest równie często stosowana i, co więcej, często okazuje się skuteczna. W świecie polityki przyznawanie się do winy, a nawet choćby do błędu samo w sobie jest błędem i praktycznie nigdy nie zaskarbia sobie przychylności opinii publicznej. Opozycji zaś nie przekonuje nigdy! Zbójeckim prawem opozycji jest bowiem krytyka politycznego przeciwnika, w związku z czym nigdy nie ma co liczyć na szacunek czy choćby cień życzliwości w obliczu skruchy, która jest przecież równoznaczna z popełnieniem czegoś złego. Dlatego uważam pewien rodzaj publicznych przeprosin, czy publicznego kajania się, za nic nie warte skamlenie o litość i pozwolenie na pozostanie w świecie polityki ludzi bez poczucia godności. Inne przypadki przeprosin za np. czyny popełnione w historii, to gesty zupełnie bez znaczenia. Prawdziwi adresaci bowiem zazwyczaj nie żyją, zaś ich spadkobiercy nie bardzo mają prawo do aktu wybaczenia. Politycy, którzy z kolei przepraszają w imieniu swoich przodków też nie mają do tego prawa. Całość wychodzi więc dość żałośnie i pusto. 

Przeprosiny, skrucha, żal za popełnione błędy/grzechy/przestępstwa, to wynik pewnego rodzaju wychowania. Wychowania w kulturze, w której pamięta się o przeszłości. Podobnie jak wdzięczność, nie są to stany, które przychodzą nam naturalnie. O ile polityk, biznesmen, czy generał, który poniósł klęskę, zapamiętał ją i wyciągnął z niej wnioski takie, które nie pozwolą mu powtórzyć błędu, to człowiek, który zaczyna odczuwać kompleks winy, staje się psychicznym wrakiem. O to mniej więcej chodzi „surowym sędziom” – on się tak właśnie ma poczuć, bo inaczej nie da się zbudować jego nowej, lepszej osobowości. Tutaj jednak chodzi o wywołanie pewnego stanu emocjonalnego, który jest wyuczalny, ale nie każdy chce się go uczyć (mentalność przestępcy), a niektórych specjalnie się go oducza (mentalność „zwycięzcy”).

Uważam, że życie w świecie „przestępców” i „zwycięzców” może być prawdziwym piekłem. Niemniej przebieranie nóżkami rozmaitych „sędziów” do poniżenia tych, których oceniają, w żadnym wypadku nie jest czymś godnym podziwu i polecenia. Czasami trzeba wydać sprawiedliwy wyrok i nie liczyć na to, że podsądny się przed kimkolwiek ukorzy. Powinien ponieść karę i to wszystko. Jak ona wpłynie na jego dalsze postępowanie to już osobny temat.