sobota, 21 lutego 2015

O przewadze natury nad ciężką pracą



Nie od dziś szkoła i wiele programów szkoleniowych chce, żebyśmy uwierzyli w to, że ciężką pracą można osiągnąć sukces i że pracowici, choć niekoniecznie bardziej utalentowani, osiągają więcej niż zdolni a leniwi. W wielu przypadkach jest to zresztą prawda, ale z drugiej strony świat (wiem, że to brzmi zbyt górnolotnie, ale trudno mi to oddać mniej metaforycznie) nam wysyła, a zresztą również my sami wysyłamy sygnały, że mimo wszystko bardziej cenne jest to, co przychodzi „naturalnie”, „niewymuszenie” i „bez wysiłku”. Pomijam tu całą analizę „talentu”, bo istnieją teorie, że nawet za tym, co uważamy za naturalny dar, kryją się tysiące godzin pracy od wczesnego dzieciństwa (za przykład podaje się Mozarta lub Paganiniego, których ojcowie od małego zmuszali do wielogodzinnych ćwiczeń na instrumentach). Niemniej, myślę, że jeżeli ktoś naprawdę czegoś nie chce się nauczyć, to nic go nie przymusi, więc z tymi muzykami nie byłoby później tak genialnie, gdyby jednak jakiejś „iskry bożej” w sobie nie mieli. Kto zajmuje się jakąkolwiek dziedziną wymagającą wysokich umiejętności ten nieraz zapewne zaobserwował kolegów i koleżanki, którzy wkładają w swoją pracę ogromny wysiłek, a wyniki mają „zadowalające”, „poprawne”, ale nigdy nie wybitne. Jest to oczywiście jeszcze kwestia wyjścia poza utarte szablony, myślenia nieszablonowego itd. itp. Nie to mnie jednak dzisiaj interesuje. 

Rzecz w tym, że tak czy inaczej zdecydowana większość z nas wyraża szczery podziw wobec „naturalnego piękna”, które nie jest wynikiem ciężkiej pracy. Oczywiście klasyczny przykład to konkursy piękności na miss i misterów świata, danego kraju, czy choćby Pcimia Dolnego. Nagrody przyznawane w takich zawodach są często ogromne w porównaniu z nagrodami przyznawanymi za umiejętność wymagającą wieloletniego przygotowania. 

Podziwiamy młode talenty zgłaszające się do rozmaitych konkursów telewizyjnych i rozpływamy się np. nad walorami głosowymi dziewczyny, która przyznaje, że nigdy specjalnie się śpiewu nie uczyła, tylko po prostu takim głosem obdarzyła ją natura. Podziwiamy muzyków, którzy przebierają palcami po swoich instrumentach, jakby im to nie sprawiało najmniejszego wysiłku. Kochamy aktorów, którzy grają tak „naturalnie” (choć z drugiej strony w tym wypadku chyba nie zdajemy sobie sprawy, co by było, gdyby jakikolwiek aktor grał naprawdę „naturalnie” – naturalnie to my się zachowujemy na co dzień i coś takiego na scenie lub ekranie wyglądałoby okropnie). Kiedy zaś inny artysta wykonuje swoją pracę równie dobrze (tzn. sądząc po efektach), ale jakiś znajomy jego znajomego nam powie, że u niego to wszystko takie „wypracowane” (tutaj należy sobie wyobrazić odpowiednio pogardliwą intonację przy wypowiadaniu tego słowa), „wymuszone” czy wręcz „wystękane”, zaczynamy tę opinię bezkrytycznie powtarzać, bo przecież lubimy się popisywać „wiedzą” na różne tematy. Nie to jest zresztą najgorsze. Nasi rozmówcy, jeżeli będą chcieli z nami polemizować, najczęściej użyją argumentu „A skąd ty to wiesz? Kto ci takich rzeczy naopowiadał? To kompletna nieprawda, on/ona jest wielkim talentem!” Praktycznie nikt nie ujmie się za krytykowanym artystą słowami  „A co w tym złego? Człowiek ciężko pracował i osiągnął sukces! Co masz przeciwko solidnie wykonanej pracy?” Osobiście nigdy się z takim argumentem nie zetknąłem. Wszyscy świadomie czy podświadomie zdajemy się podziwiać jedynie to, w co nie trzeba wkładać wysiłku, a pojawia się w taki sposób jak oddychanie żywych istot. 

Nie ma się co oszukiwać. Jako przedstawiciele świata zwierząt, jesteśmy w ogromnej mierze zakładnikami natury i tysiąclecia kultury i cywilizacji tego nie zmienią. Przyciągają nas osobniki atrakcyjne seksualnie, zdrowe, silne i piękne. Przeciętna odbiorczyni telenoweli wyrabia sobie opinię o postaci na podstawie urody aktora. Czarny charakter jest zwykle „tak brzydki”, że nie ma się co dziwić, że jest postacią złą. 

Walory „naturalne” (choćby w rzeczywistości stał za nimi cały sztab specjalistów) mają również przełożenie na politykę. Tutaj jednak sprawa jest nieco bardziej złożona, ponieważ poglądy polityczne i warunki fizyczne mogą w wyobraźni odbiorców oddziaływać na siebie w obie strony. Polityk atrakcyjny może przekonać do swoich poglądów łatwiej niż jego mniej piękny rywal, ale często bywa i tak, że polityk, którego popieramy staje się dla nas piękny, a jego przeciwnik ohydny. Doskonałym przykładem tego ostatniego przypadku jest Władimir Putin, który w samej Rosji ma tysiące fanek gotowych udostępnić swoje łono dla potomka idola, natomiast dla wielu jego przeciwników, jest to człowiek beznadziejnie brzydki! 

Nie chodzi o to, żeby dociekać obiektywnej prawdy na temat atrakcyjności Władimira Putina, ani żadnego innego polityka. Rzecz w tym, że w ogóle pojawia się takie zjawisko, jak ocena polityka czy jakiejkolwiek postaci publicznej na podstawie wyglądu zewnętrznego. 

Fora internetowe, które w ogromnej mierze przejęły rolę dwudziestowiecznych magli[1], pełne są uwag typu „on nawet wygląda jak …” (tutaj następuje odpowiednie exemplum nadające porównaniu odpowiednio odrażający wydźwięk – małpa, świnia, potwór, Zgredek z Harry’ego Pottera, Golum z „Władcy Pierścieni” itd. itp.) Uwagi te odnoszą się najczęściej do jakiejś wypowiedzi polityka lub dziennikarza, którą uczestnicy forum zgodnie krytykują. Do argumentów dotyczących treści takiej wypowiedzi praktycznie zawsze ktoś dołoży coś na temat jego/jej wyglądu zewnętrznego. 

Skądinąd możemy się domyślać, że atrakcyjność seksualna jest czułym punktem każdego, choćby nie wiem jak się tego wypierał i dlatego wiedząc, że atak na nią może nielubianą osobę bardzo zaboleć, wielu ma tendencję do stosowania tej metody „niszczenia przeciwnika”. 

Oceniania na podstawie tego, co „naturalne” (bo tego, co za danym efektem stoi, mało kto sprawdza), prawdopodobnie nigdy nie zostanie wyeliminowane. Wieki cywilizacji wypracowały pewne mechanizmy, których nas się uczy od dzieciństwa, a które pozwalają nam wszystkim żyć w jakiej takiej równowadze psychicznej, ale nigdy nie wiemy, na ile w danej sytuacji pokierujemy się rozumem, a na ile zwykłym instynktem nakazującym unikać tego co brzydkie, a szukać towarzystwa tego, co atrakcyjne i to atrakcyjne z przyrodzenia, bo dobrych genów nie da się osiągnąć nawet najcięższą pracą.


[1] Młodszym Czytelnikom wyjaśniam, że magiel to był taki punkt usługowy, gdzie gospodynie domowe, albo/i przed II wojną światową służące tych zamożniejszych, przynosiły upraną bieliznę pościelową do przepuszczenia przez urządzenie zwanym maglem w tym samym celu, w jakim się ją prasuje, w którym podczas oczekiwania na usługę odbywały się długie rozmowy na niekoniecznie najwyższym poziomie.

czwartek, 22 stycznia 2015

O skrusze



Zarówno w powieści Philipa Rotha Ludzka skaza (The Human Stain, 2000), jak i w Hańbie (Disgrace, 1999), w filmie Psy (1992) Władysława Pasikowskiego, a pewnie znalazłoby się jeszcze kilka przykładów z literatury i filmu występują sceny, w których protagoniści stają przed komisjami. W przypadku wyżej wymienionych powieści chodzi o akademickie komisje dyscyplinarne, zaś w filmie o komisję weryfikacyjną. To, co je wszystkie łączy, to reakcja na decyzję potępiającą podaną przez komisję do wiadomości. Podobne są reakcje tychże przez te komisje potępionych, jak i kontrreakcje samych komisji.
Otóż „podsądni” dość „łatwo” zgadzają się z „wyrokiem” i nie podejmują z nim żadnej polemiki, równocześnie pokazując komisji, że jej decyzja nie wyciska na nich większego emocjonalnego piętna. Członkowie komisji taka postawa irytuje. Wydają się rozumować w następujący sposób „Jak to? My mu dowalamy, a ten śmie się przeciwko temu nie buntować. A wszak nie ma większej przyjemności, niż wtedy, kiedy taki delikwent się zbuntuje, zacznie albo pyskować, albo zaprzeczać, a my będziemy wtedy mieli okazję przywalić mu jeszcze mocniej, zgnębić go do reszty i z reszty poczucia godności odrzeć”. Chodzi bowiem o to, że członkowie takich komisji chcą nie tylko podejmować sprawiedliwe decyzje, ale również od razu odczuć cierpienie ze strony „podsądnego”. 

Kiedy Święte Oficjum, czyli osławiona Inkwizycja, wydawało wyroki, często będące wynikiem samoobciążających zeznaniach wymuszonych torturami, nie chodziło tylko o to, żeby człowieka pozbawić życia. Wszak celem nie było ukaranie „zbłąkanej duszyczki”, ale jej oczyszczenie i następnie wieczne zbawienie. Aby to ostatnie mogło nastąpić, należało „grzesznika” zmusić do odwołania swoich poglądów i wzbudzić w nim tzw. skruchę. 

Kiedy czasami w telewizji słyszę wyrok wydany przez sąd już jak najbardziej świecki i współczesny, odnoszę wrażenie, że sędziowie również oczekują na objaw skruchy ze strony podsądnego. Ba, często od jej stopnia (jak sędziowie ją mierzą, nie wiem) może zależeć wysokość wyroku. 

Tymczasem warto przyjrzeć się naukom i radom, jakich udziela się ludziom, których przygotowuje się do „zwycięstwa” w jakiejkolwiek dziedzinie. Możemy więc usłyszeć lub przeczytać, że nie należy mówić o problemach, ale o wyzwaniach. Że żadna porażka nie jest ostateczną klęską, ale lekcją, która nas powinna doprowadzić do ostatecznego sukcesu. Ludzie, którzy po jednorazowym upadku uważają, że to jest już ich koniec, żadnego sukcesu nie odniosą, dlatego np. do „etosu” współczesnego biznesmena nie do końca pasuje model samuraja, który raz straciwszy twarz musi popełnić samobójstwo. Ten, kto samego siebie stawia pod pręgierzem, ten nie zostanie zwycięzcą, chyba, że w tej pokucie jest jakiś ukryty „haczyk” w postaci pozyskania sobie poklasku opinii publicznej. O ile w dawniejszych epokach metoda ta mogła być w jakimś stopniu skuteczna (cesarz Henryk IV w Canossie), to zazwyczaj, a już na pewno w czasach nam bliższych, jest ona wysoce wątpliwa. Przyznanie się do winy i ukorzenie przed trybunałem Inkwizycji, czy też w dwudziestowiecznych systemach totalitarnych nie było żadną okolicznością łagodzącą, a jedynie potwierdzało „słuszność” oskarżeń i prowadziło do nieuniknionego wyroku śmierci. 

Mentalność profesjonalnego przestępcy polega między innymi na tym, żeby się nigdy nie przyznawał. „Nawet jak cię złapią za rękę, to mów, że to nie twoja ręka”. W przypadkach może mniej drastycznych niż przestępstwo kryminalne, okazuje się, że metoda ta jest równie często stosowana i, co więcej, często okazuje się skuteczna. W świecie polityki przyznawanie się do winy, a nawet choćby do błędu samo w sobie jest błędem i praktycznie nigdy nie zaskarbia sobie przychylności opinii publicznej. Opozycji zaś nie przekonuje nigdy! Zbójeckim prawem opozycji jest bowiem krytyka politycznego przeciwnika, w związku z czym nigdy nie ma co liczyć na szacunek czy choćby cień życzliwości w obliczu skruchy, która jest przecież równoznaczna z popełnieniem czegoś złego. Dlatego uważam pewien rodzaj publicznych przeprosin, czy publicznego kajania się, za nic nie warte skamlenie o litość i pozwolenie na pozostanie w świecie polityki ludzi bez poczucia godności. Inne przypadki przeprosin za np. czyny popełnione w historii, to gesty zupełnie bez znaczenia. Prawdziwi adresaci bowiem zazwyczaj nie żyją, zaś ich spadkobiercy nie bardzo mają prawo do aktu wybaczenia. Politycy, którzy z kolei przepraszają w imieniu swoich przodków też nie mają do tego prawa. Całość wychodzi więc dość żałośnie i pusto. 

Przeprosiny, skrucha, żal za popełnione błędy/grzechy/przestępstwa, to wynik pewnego rodzaju wychowania. Wychowania w kulturze, w której pamięta się o przeszłości. Podobnie jak wdzięczność, nie są to stany, które przychodzą nam naturalnie. O ile polityk, biznesmen, czy generał, który poniósł klęskę, zapamiętał ją i wyciągnął z niej wnioski takie, które nie pozwolą mu powtórzyć błędu, to człowiek, który zaczyna odczuwać kompleks winy, staje się psychicznym wrakiem. O to mniej więcej chodzi „surowym sędziom” – on się tak właśnie ma poczuć, bo inaczej nie da się zbudować jego nowej, lepszej osobowości. Tutaj jednak chodzi o wywołanie pewnego stanu emocjonalnego, który jest wyuczalny, ale nie każdy chce się go uczyć (mentalność przestępcy), a niektórych specjalnie się go oducza (mentalność „zwycięzcy”).

Uważam, że życie w świecie „przestępców” i „zwycięzców” może być prawdziwym piekłem. Niemniej przebieranie nóżkami rozmaitych „sędziów” do poniżenia tych, których oceniają, w żadnym wypadku nie jest czymś godnym podziwu i polecenia. Czasami trzeba wydać sprawiedliwy wyrok i nie liczyć na to, że podsądny się przed kimkolwiek ukorzy. Powinien ponieść karę i to wszystko. Jak ona wpłynie na jego dalsze postępowanie to już osobny temat. 

wtorek, 20 stycznia 2015

O klimacie starych miast (w kontekście zapachu)



Jako historyk z wykształcenia i zamiłowania, mam wiele sentymentów do starych budynków i w ogóle do klimatów, jakie panowały w przeszłości. Niektóre sam pamiętam z dzieciństwa lub lat młodości, a niektóre mogę sobie wyobrazić na podstawie opowiadań starszych lub zdjęć i filmów. Czasami jakiś mistrz kina potrafi zrekonstruować klimat jakiejś epoki, którego nieodłącznym elementem jest architektura.

Doskonale pamiętam klimat starego Widzewa, gdzie mieszkałem, ale również klimat Bałut, gdzie mieszkała moja ciotka, którą często odwiedzałem. Z Bałutami zresztą wiązała się część historii mojej rodziny, ponieważ moja babcia, Marianna z Moszczyńskich wychowała się na Krzyżowej. Po domu moich pradziadków nie było śladu już w czasach mojego dzieciństwa, ale w jego pobliżu (na ulicy Żabiej, o ile dobrze sobie przypominam) odwiedzaliśmy czasami siostrę mojej babci, ciotkę Jasię, która mieszkała w przedwojennym dużym piętrowym drewnianym domu. Ba, pamiętam też niewielki drewniany domek państwa Lisieckich, który stał niedaleko ulicy Łagiewnickiej. O ile dom ciotki Jasi świadczył o zamożności i zaradności jej męża (tak samo jak dom pradziadka Moszczyńskiego – oczywiście jak na bałuckie warunki), to maleńki drewniak był reliktem przedwojennej rzeczywistości, która kazała biednym łodzianom samodzielnie budować małe tanie domki na możliwie najmniejszych parcelach. Żeby jednak dojść w okolice Krzyżowej trzeba było dojechać tramwajem do Rynku Bałuckiego, albo nawet przystanek dalej. Po drodze mijało się szare kamienice, jakich w Łodzi było (i jeszcze jest) pełno. 

W latach 70., ale z pewnością trend zaczął się dużo wcześniej, kto mógł, ten chciał się z takiej kamienicy wyrwać „do bloków”. Mieszkanie w bloku, „nowoczesne”, czyste, jasne i suche, z łazienką i ubikacją na miejscu (nie na podwórku lub na korytarzu) to był synonim niebywałego awansu społecznego. Sam doświadczyłem wielkiej euforii, kiedy w wieku 12 lat przeprowadziliśmy się z Wysokiej na Widzew-Wschód. Przy tym bloki z lat 70. różniły się zasadniczo od tych z lat 60. Specyfika bloków gomułkowskich bowiem polegała na tym, że były „oszczędne” – mieszkanka były w nich małe, kuchnie mikroskopijne i często „ślepe”, czyli bez okna, a pozostałe pomieszczenia również niezbyt przestrzenne. Porównując nasze, też przecież w końcu niewielkie, mieszkanie z mieszkaniami znajomych z bloków z poprzedniej dekady odczuwałem wielką dumę i satysfakcję. Tymczasem wielu ludzi nie miało tyle szczęścia, żeby dostać mieszkanie (no właśnie, za mieszkanie trzeba było zapłacić, ale i tak mówiło się „dostać”). Na przydział trzeba było czekać bardzo długo (od 2 lat w epoce późnego Gomułki do 10 pod koniec epoki Gierka), chyba, że zakład pracy wykupił ze spółdzielni jakąś pulę mieszkań. My mieliśmy takie szczęście, że tata przeniósł się EC3 do nowo wybudowanej EC4 i dzięki temu przeprowadziliśmy się na Widzew-Wschód, osiedle które powstało niemal na moich oczach, ponieważ jego teren odkąd pamiętam obserwowałem zza płotu cmentarza na Zarzewie, który odwiedzałem ze swoimi dziadkami i rodzicami. Doskonale pamiętam łany zboża na miejscu, gdzie w połowie lat 70. XX wieku stanęły bloki. 

Po zachwycie blokowymi „luksusami” przyszedł jednak sentyment człowieka, którego fascynują klimaty przeszłości. Kiedy przeprowadziłem się do Białegostoku lubiłem się przejść na Sienny Rynek, bo nieco mi klimatem przypominał Rynek Bałucki, ale to już były jego ostatnie chwile. Plac o takiej nazwie nadal w Białymstoku istnieje, ale z prawdziwym rynkiem, na który przyjeżdżają konnymi wozami chłopi ze swoimi produktami, nie ma już nic wspólnego. Ponieważ nadal wzruszają mnie klimaty przeszłości, z wielką przyjemnością oglądam stare fotografie miast. „Polubiłem” kilka stron na Facebooku poświęconych zarówno starej Łodzi, jak i staremu Białemustokowi. Lubię same stare fotografie, ale lubię też zestawienia zdjęć tych samych miejsc z przeszłości i współczesności. Rzadko można się natknąć na serię obrazów ilustrujących zmiany jednego punktu w danym mieście, ale jednak czasami się zdarzają. 

Jak się okazuje, ludzi podatnych na czar klimatów miejskich z ubiegłych epok jest niemało, o czym świadczą komentarze pod zdjęciami. Tutaj jednak często można spotkać ludzi, którzy w swoim uwielbieniu do historycznej atmosfery tej czy innej ulicy/dzielnicy, trochę jednak przesadzają. Pod jednym ze zdjęć pokazującym przedwojenne okolice ulicy Młynowej w Białymstoku ktoś umieścił komentarz: „Kiedyś miasta miały zapach, a teraz…?” Wielka szkoda, że ten miłośnik Białegostoku nie jest, tak jak ja, również miłośnikiem Łodzi, bo wtedy być może natknąłby się na zdjęcie przejścia między starymi kamienicami w okolicach ulicy Franciszkańskiej w Łodzi, które ktoś opatrzył z kolei następującym komentarzem: „Fiołkami to tam nie pachniało”. Otóż to. Co prawda nie urodziłem się w takich czasach, żeby pamiętać powszechność rynsztoków, czyli zagłębień ciągnących się przy wzdłuż jezdni tuż przy krawężnikach (o ile na takiej ulicy były chodniki), gdzie mieszkańcy danej ulicy wylewali wszelkie nieczystości, ale pamiętam z dzieciństwa, że gdzieś na Bałutach i na Grembachu na takie ulice się jeszcze natknąłem i daję słowo, że ich zapach fiołków nie przypominał. Zresztą nie trzeba było rynsztoków, żeby odczuć „zapach” miasta. W starych kamienicach, takich w jakiej mieszkałem do dwunastego roku życia, lokatorzy często, zwłaszcza latem, otwierali nie tylko okna, ale również drzwi na klatkę schodową, natomiast z ich mieszkań rozchodziły się „zapachy” tego, co akurat gospodynie domowe (takie były czasy, o gender jeszcze nikt w Polsce nawet nie marzył) przygotowywały na obiad. Często był to zaduch „brzuszka” (tak w Łodzi mówi się na surowy boczek) topionego na skwarki, czy woń duszonej kapusty. Na myśl przychodzi fragment wiersza Rafała Wojaczka Koniec poezji („Koniec poezji winien być w ciemnej sieni czynszowej/Kamienicy kapustą woniejącej wychodkiem”). Mimo całej słabości do klimatów minionych lat, jakoś tak nie potrafię w sobie wskrzesić tęsknoty do zapachów tamtych czasów. 

Tak na marginesie. Przypomniała mi się pewna pani, z którą przez dwa lata pracowałem w jednej z białostockich prywatnych szkół średnich. Była regularną słuchaczką toruńskiej rozgłośni, ale w rozmowie potrafiła być bardzo ujmująca, mimo zdecydowanych poglądów politycznych. Mówiła to, co później głosił PiS w czasach, kiedy nie było to jeszcze modne. Niemniej nikogo osobiście nie obrażała, więc rozmawiało się z nią całkiem sympatycznie. Tylko raz mnie zmroziła, kiedy w pokoju nauczycielskim tonem ex cathedra zaczęła głosić swoje teorie na temat odmienności kultury ludności wyznania prawosławnego. Jej koronnym (a właściwie jedynym) argumentem było powołanie się na opinię znajomej, która kiedyś mieszkała w Białymstoku w kamienicy, gdzie wszyscy jej sąsiedzi byli prawosławni. Ich odmienność kulturowa natomiast miała polegać na tym, że w czasie gotowania obiadu mieli pootwierane drzwi od mieszkań i całą klatkę schodową przepełniały wątpliwe zapachy gotowanych obiadów, w tym topionej słoniny, duszonej kapusty, czy smażonej cebuli. Kiedy człowiek coś głosi ex cathedra rzadko kiedy słyszy głos od strony publiczności. Moja uwaga, że ja osobiście pamiętam taką „kulturę” z łódzkiej kamienicy zamieszkanej wyłącznie przez rzymskich katolików, została zupełnie zignorowana. 

Wracając do tematu, nie tęsknię za zapachem dzielnic, co tu owijać w bawełnę, biedy. Za samymi warunkami życia w takich kamienicach, z wychodkiem wspólnym na kilku lokatorów gdzieś na podwórku, albo w najlepszym razie na korytarzu, bez ciepłej wody, z piecami opalanymi węglem i walącymi się komórkami na podwórku, w których ten węgiel trzymano, również nie. Jeżeli ludzie przeprowadzali się do bloków, kiedy tylko nadarzyła się taka okazja, to znaczy, że życie w starej czynszowej kamienicy do najprzyjemniejszych nie należało. Zupełnie inna sprawa, że takie kamienice można rewitalizować, w środku zaś urządzić bardzo przyzwoite mieszkania. W przypadku niektórych kamienic wystarczyło z powrotem scalić przedwojenne mieszkania, które władze PRLu rozparcelowały na pokoiki-mieszkanka dla klasy robotniczej. Tak się zresztą dzieje i bardzo dobrze. Pewien klimat da się odtworzyć dzięki samej zachowanej i odrestaurowanej architekturze. Niemniej kolei rzeczy jestem niezmiernie wdzięczny za to, że nie ma tendencji do przywracania „zapachów” z przeszłości. W dzielnicach biednych czynszowych kamienic fiołkami bowiem naprawdę nie pachniało.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

O islamskim zagrożeniu



Kiedy sprowadziłem się do Białegostoku od czasu do czasu natykałem się na ludzi w bliższym i dalszym otoczeniu, których podejście do prawosławia i białoruskości  (uwaga, to nie zawsze jest równoznaczne!) było pełne tak zacietrzewionej nienawiści, że przy najszczerszych chęciach zrozumienia tego zjawiska, nie mogłem tego nijak pojąć. Starsi nieodmiennie powoływali się na czasy komunizmu, kiedy to władze partyjne i państwowe faworyzowały przedstawicieli białoruskiej mniejszości. Lewicowe sympatie podlaskich Białorusinów w latach 90. XX w. faktycznie odzwierciedlały się w wynikach wszelkich wyborów, zwłaszcza tych lokalnych. Młodsze pokolenie białorusofobów nie powoływało się już na niedawną historię, ale po prostu nie lubiło „jak oni zaczną mówić tą swoją chachłacką gwarą”, albo „nie lubię i już”.
Antagonizm na podstawie różnic wyznaniowych też występował. Nie chcę bezpodstawnie oskarżać duchownych jednego czy drugiego wyznania, choć wiem, że po jednej i drugiej stronie zdarzały się wypowiedzi nie tylko krytyczne ale i bezsensowne pod adresem wyznawców drugiego odłamu chrześcijaństwa. M.in. ostrzegano (w tym w jednej z publicznych wypowiedzi biskupa prawosławnego) przed małżeństwami mieszanymi. Mniej wyrobieni teologicznie krytycy takich małżeństw używali „dowcipnego” zwrotu „dwa pacierze w jednym łóżku”. Na szczęście biologia swoje prawa egzekwuje często bez względu na różnice kulturowe, co mnie osobiście bardzo cieszy, a miłość okazuje się przezwyciężać podziały religijne. Białystok i województwo podlaskie pełne jest małżeństw mieszanych, tylko że w pewnych przypadkach następuje konwersja na religię małżonka (w przypadkach, które znam osobiście, przeważa wyznanie męża), a czasami nie. 

Swego czasu, pod koniec lat 90. wywiązała się wśród moich ówczesnych słuchaczy w jednej ze szkół językowych dyskusja na temat tolerancji religijnej. Jeden ze słuchaczy, powiedział, że jego rodzice to małżeństwo mieszane, w którym każda ze stron pozostała przy swoim wyznaniu i nie przypomina sobie żadnych konfliktów na tym tle. Jak wielu białostockich dzieciaków, Boże Narodzenie obchodził dwa razy w roku – u jednej i u drugiej babci i nikt nie robił żadnego problemu z różnic doktrynalnych czy rytualnych. W dalszej części dyskusji wyszedł jednak jeden bardzo ważny czynnik – zarówno dla ojca jak i matki mojego słuchacza, religia nie odgrywała jakiejś ważnej roli w życiu. Po prostu tradycja, a właściwie dwie tradycje, a poza tym z religii wyciągano uniwersalne wnioski, że po prostu należy być dobrym człowiekiem i starć się jak najlepiej współżyć z innymi ludźmi. 

Obecnie odnoszę wrażenie, że konflikt na linii katolicy-prawosławni nie zaprząta umysłów Podlasian w takim stopniu, jak te 15 lat temu i to też mnie niezmiernie cieszy, natomiast od czasu do czasu obserwuję zaciekłe dyskusje teologiczne między prawosławnymi a katolikami na tematy doktrynalne, które większości  i tak nie interesują, ale dla ludzi bardzo silnie zaangażowanych emocjonalnie i intelektualnie w swoją religię, odgrywają rolę zasadniczą. 

Wspominam o tym tak naprawdę w kontekście dyskusji , jaką wywołał zamach terrorystów islamskich na francuskie czasopismo równo ośmieszające wszystkie religie „Charlie Hebdo”.  Jeden z policjantów, który zginął w strzelaninie z mordercami był muzułmaninem. Na ten fakt powołał się jego brat ostrzegając społeczeństwo przed popadnięciem w islamofobię i zastosowaniem odpowiedzialności zbiorowej wszystkich muzułmanów na tę tragedię. 

Nie ulega żadnej wątpliwości, że wśród muzułmanów istnieje ogromna liczba tych, którzy nigdy mordercami nie byli, nie są i nie będą. Jestem przekonany, że immanentną cechą natury ludzkiej, mimo, że ma ona wbudowane odruchy obronne, w tym zdolność do zabijania, jest jednak unikanie stresu, a więc sytuacji konfliktowych. Muzułmanie nie są wyjątkiem. Z całą pewnością wielka ich liczba chciałaby normalnie żyć – pracować, zarabiać i budować osobiste szczęście. 

Pojawia się jednak problem. Otóż pewnego typu religie niejako z założenia mają na celu burzenie spokoju ducha swoich wyznawców, nadając im nie tylko sens życia, ale dokładny algorytm postępowania, żeby osiągnąć cel – wiekuiste zbawienie (cokolwiek to jest). Na tej zasadzie np. Wojciech Cejrowski może powiedzieć, że wręcz obowiązkiem katolika jest czepianie się homoseksualistów, bo katolik nie może być obojętny na „zło”. Jeżeli więc traktuje się swoją religię poważnie, wg pewnych jej wyznawców, należy robić rzeczy niekomfortowe, ale „konieczne”. 

W sytuacjach granicznych, np. w obliczu bezpardonowego ataku ze strony przeciwników danej religii, podział na ekstremistów i umiarkowanych znika. Jeżeli w Polsce uważano, że ksiądz Tadeusz Rydzyk to katolicka ekstrema, a np. biskup Pieronek jest umiarkowany, a z kolei redaktor Grzegorz Hołownia to katolicki liberał, to w obliczu dyskusji na tematy zasadnicze, tzn. tam, gdzie ateiści podważają założenia doktryny kościelnej, tam wszyscy stają murem „w obronie wiary”, bo po prostu sprawa została postawiona na ostrzu noża i wybór jest zero-jedynkowy. Swego czasu bardzo mnie zdziwił mój kolega o poglądach zachodnio-lewicowych, kiedy na uwagę innego kolegi, że Grzegorz Hołownia jest umiarkowany i liberalny, zareagował ze zniecierpliwieniem „Co? Hołownia umiarkowany? To przecież jeden z największych konserwatystów”. Wniosek jest jeden, każdy kto swoją religię traktuje poważnie, wcześniej czy później będzie musiał to zamanifestować, a wtedy dla ideologicznych wrogów swojej religii przestanie być partnerem do dialogu, a jedynie obiektem do unicestwienia. W przypadku konfliktu ateistyczno-chrześcijańskiego niekoniecznie w sensie fizycznym, ale politycznym już na pewno. Nie tak dawno moi wspaniali liberalni i lewicowi znajomi nie zostawili suchej nitki na pośle Johnie Godsonie (a ich liberalizm i lewicowość nie przeszkadzała im przy okazji przejechać się po jego pochodzeniu i kolorze skóry), który nigdy nie krył, że jest protestanckim pastorem, co znaczy, że w pewnych kwestiach będzie musiał się opowiedzieć w bardzo określony sposób. 

Powiedzmy sobie otwarcie – naprawdę tolerancyjni mogą być ludzie, którzy nie do końca poważnie traktują to, co mówią ich święte księgi oraz wykładający je uczeni w piśmie. Zdrowy krytycyzm i przede wszystkim zdrowy rozsądek nie pozwalają na traktowanie wszystkich dogmatów religii dosłownie. W tym momencie jednak można takim ludziom zarzucić odejście od heterodoksji. 

Islam musi się manifestować w polityce i prawie, ponieważ inaczej sobie tego Muhammad nie wyobrażał. Islam zakłada poddanie całej ludzkości woli Allaha, a w Koranie nie ma niczego o miłowaniu nieprzyjaciół czy o nadstawianiu drugiego policzka. Jest za to o zabijaniu niewiernych, podobnie jak w Biblii Hebrajskiej. O ile jednak dzisiaj nikt nie powołuje się na wersety nakazujące wybicie w pień Amalekitów czy Moabitów, więc Żydów nikt dzisiaj nie traktuje jako zdolnych do zabijania w imię religii, to jednak wystarczy posługach wypowiedzi osadników żydowskich na ziemiach Autonomii Palestyńskiej, dla których nie ma żadnej wątpliwości, ze tę ziemię dał im Bóg i że mają prawo jej bronić przy pomocy wszelkich środków. Istnieją też pewne grupy Żydów ortodoksyjnych, którzy popychają, krzyczą i plują na wszelkich „obcych”, w tym Żydów nieortodoksyjnych, realizując tym pewne nakazy z Talmudu, które każą im się odciąć z pogardą od wszystkich tych, którzy się od nich różnią. 

Problem z islamem polega na tym, że nigdy nie wiadomo na jakim etapie, kiedy i w jakich okolicznościach dziecko rodziców religijnie dość obojętnych, albo samo się doczyta, albo ktoś udzieli mu religijnego pouczenia, że żeby swoje bycie muzułmaninem traktować poważnie, trzeba mieć odwagę za religię walczyć, a nawet polec. Ponieważ pewnych wersetów, które są napisane w taki sposób, że można je odnieść do każdej epoki (bo np. Amalekitów już nie ma, więc Izraelici stracili biblijną legitymację do ich zabijania), nie da się po prostu anulować i wykreślić z Koranu, zawsze może pojawić się ktoś, kto powie umiarkowanym, że nie są dobrymi muzułmanami. O ile bowiem krzyżowców czy Inkwizycję można skrytykować na podstawie słów Jezusa w ewangeliach, o tyle ci, którzy szczerze wierzą w pokojowy charakter islamu, nie mogą ignorować wersetów nakazujących zwalczanie niewiernych. W takim wypadku, przyparci do muru, jak np. pewien brytyjski działacz muzułmański po zamachach na metro londyńskie 7 lipca 2005 r., który czynu nie pochwalił, ale oficjalnie stwierdził, ze odciąć się od czynu terrorystów nie może, bo to są jego bracia. Oczywiście były i są tysiące muzułmanów, którzy takich dylematów nie mają i otwarcie potępiają zbrodnie. Pojawia się jednak pytanie – jak daleko sięga ich tolerancja wobec zachodniego stylu życia, który jest przecież daleki od wzorców trzech religii Księgi? 

Jeżeli z pewnych szkolnych stołówek wycofuje się wieprzowinę, bo korzystają z nich dzieci muzułmańskie, jeżeli w pewnych gminach rezygnuje się ze świętowania Bożego Narodzenia w imię niedrażnienia lokalnej mniejszości muzułmańskiej, jeżeli niemiecka sędzia uniewinnia bydlaka bijącego żonę i przy tym powołuje się na islamskie przepisy dotyczące tego procederu, a inny sędzia uniewinnia muzułmańskiego kaznodzieję, który w niewybrednych słowach krytykował homoseksualistów, to należy sobie zadać pytanie, czy tu chodzi tylko o muzułmańskich ekstremistów. 

Ja nie wiem, czy rodziny, w których doszło do tzw. morderstw honorowych, z powodu zadania się córki/siostry z „niewłaściwym człowiekiem”, należą do Al.-Kaidy i czy popierają ISIS. Niekoniecznie każdy mąż nakazujący żonie zasłaniać twarz jest terrorystą. Nie znaczy to jednak, że w krajach, które się szczycą przebyciem dalekiej drogi dzielącą nas od średniowiecza, można przejść nad takimi praktykami do porządku dziennego. 

Religie ulegają reformom i ewolucjom, ale tak naprawdę rozmiękczeniu i deformacji. Machabeusze prawdopodobnie wyrżnęliby w pień dzisiejszych Żydów reformowanych (tak jak to zrobili z sobie współczesnymi Żydami hellenizującymi), zaś Inkwizycja musiałaby posłać na stos tysiące współczesnych teologów katolickich, a może nawet kilku papieży. Islam również przechodził i przechodzi rozmaite procesy. Co z tego, skoro na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce zwycięża wersja skrajnie fanatyczna – szczególnie po obaleniu przez Amerykanów krwawych, ale przewidywalnych arabskich dyktatorów. (W tym kontekście np. zadziwiające są np. ataki wojsk izraelskich na pozycje syryjskiego dyktatora Asada, które de facto służą islamskim fanatykom z tzw. Kalifatu). Stosunek np. Bractwa Muzułmańskiego do chrześcijan jest zupełnie jednoznaczny. Z Libanu i Iraku masowo uciekają chrześcijanie (Arabowie, jeśli chodzi o przynależność etniczną). 

Jahwe przyobiecał Abrahamowi, że jeżeli znajdzie się choćby dziesięciu sprawiedliwych w Sodomie, nie zniszczy miasta. Jestem przekonany, że sprawiedliwych muzułmanów jest znacznie więcej. A jeszcze więcej jest takich, którzy do swojej religijności podchodzą jak niejeden polski katolik, którego przy Kościele trzyma tradycja, a innego jakaś mglista wiara w jakąś transcendentną sprawiedliwość. Polscy Tatarzy, których nawet najzagorzalsi narodowcy i islamofobi się nie czepiają, czy Bośniacy, którzy tym się różnili od reszty połudnowych Słowian, że obrzezywali swoich chłopców i nie jedli wieprzowiny, bo poza tym tak samo jak reszta Słowian pili alkohol i ubierali się po europejsku, to przykłady tego, że muzułmanie, wśród których i z którymi można normalnie żyć, istnieją. Jestem przekonany, że tacy istnieją też w Europie Zachodniej. Niemniej są oni wystawieni na działalność „misyjną” i rekrutacyjną ze strony aktywnych ugrupowań ekstremistycznych. W Czeczenii lub Bośni, w sytuacji wojennej przybyły tysiące bojowników islamskich, którzy na nowo rozpalili fanatyzm religijny w wielu przedstawicielach tych narodów. Nigdy nie wiadomo, kto na kogo wpływnie. Dlatego osobiście uważam, że z czysto pragmatyczno-prewencyjnych powodów napływ imigrantów z krajów, gdzie przeważa islam, jest wielkim ryzykiem.Nigdy bowiem nie wiadomo, kto i kiedy rozpali na nowo wiarę, która już, jakby się wydawało, uległa złagodzeniu.