poniedziałek, 2 maja 2016

O zerwanej ciągłości i lewicy nieuporządkowanych myśli kilka



Wczoraj spotkaliśmy się z przyjaciółmi. Rozmawiamy tak sobie na różne tematy. Rozmowa nie w każdym punkcie się klei, bo kolega jest kibicem piłki nożnej i wie kto z kim grał i jaki był wynik, a ja niekoniecznie.  Potem my mówimy, że oglądamy serial „Bodo”, na co kolega, że jest słaby i przestał oglądać po trzecim odcinku. Ponieważ jesteśmy przyjaciółmi od lat, wcale nie jest konieczne, żebyśmy się na jakieś tematy zgadzali, ani tym bardziej, żebyśmy mieli podobne gusta. Niemniej, nasza rozmowa skłoniła mnie do refleksji, co tak naprawdę trzyma mnie w niedzielny wieczór przy ekranie telewizyjnym? Historia przedwojennego celebryty, który skończył tragicznie w sowieckim więzieniu? 

Podziw dla tegoż aktora i szansonisty? Mam duży sentyment do przedwojennych filmów dzięki programom „W starym kinie” Stanisława Janickiego z lat 70., ale nie oszukujmy się, to nie było kino wysokich lotów. Komedie czasami śmieszne, ale raczej dzięki grze aktorów (np. Dymszy) niż poczuciu humoru scenarzystów. Dramaty i filmy patriotyczne z kolei z powodu zarówno nadętych scenariuszy jak i specyficznej manierze aktorskiej, są dla dzisiejszego widza praktycznie nie do przełknięcia. 

W takim kontekście oglądanie z zainteresowaniem nie do końca dobrze zrealizowanego serialu poświęconego jednemu z tych przedwojennych artystów może się wydawać co najmniej dziwne. Mogę się przyczepić do gry aktorów, do kreacji postaci, do całego szeregu scen wymyślonych, bo przecież szczegółów wielu okresów w życiu Eugeniusza Bodo nie znamy i nigdy nie poznamy ze względu na brak źródeł. Mam wiele wątpliwości co do intuicji językowej scenarzysty, bo niektóre dialogi wydają się brzmieć nieco zbyt współcześnie. Zastrzegam jednak, że to tylko moje wrażenie, bo nigdy nie badałem przedwojennej polszczyzny. Krytykiem filmowym też nie jestem, więc żadnych konkretów nie będę wymieniał. Tak czy inaczej, serial i tak oglądam i niecierpliwie czekam na każdy kolejny odcinek.

W czasach komuny moim ulubionym serialem była „Kariera Nikodema Dyzmy” z niezapomnianym Romanem Wilhelmim w roli głównej. Był to jeden z nielicznych przypadków, w których uważam, że film był lepszy od książki. (Powieść Dołęgi-Mostowicza przeczytałem zaraz po pojawieniu się serialu). Co więcej,  oglądałem go wielokrotnie, kiedy tylko telewizja zaproponowała powtórkę. W końcu kupiłem wszystkie odcinki na DVD.  Prawda jest taka, że dzisiejszym twórcom filmowym naprawdę trudno osiągnąć poziom profesjonalizmu z czasów PRL, ale to jest osobny temat. Dlaczego akurat ten serial stał się dla mnie produkcją „kultową”? Dlaczego, pomimo, że mam na DVD film Juliusza Machulskiego „Vabank”, i tak go oglądam, jeżeli akurat jest w telewizji? 

Otóż wydaje mi się, że istniała i nadal istnieje ogromna potrzeba odkrycia i nawiązania jakiegoś emocjonalnego kontaktu z Polską międzywojenną, okresem odsądzonym od czci i wiary przez komunistów, natomiast przez ich przeciwników wyniesionym na piedestał jako wzór wspaniałego tworu państwowego, w którym ludzie żyli szczęśliwie ciesząc się odzyskaną po 123 latach niepodległością. 

Obraz II Rzeczypospolitej w podręcznikach historii zawsze będzie nieco powierzchowny, bo podręczniki historii po prostu inne być nie mogą. Nie ma w nich miejsca na szczegóły, na życie codzienne, smród rynsztoków, atmosferę czynszowych kamienic, menu wykwintnych rautów, czy przemyśleń wiejskiego nauczyciela.  Strzępy takich rzeczy odnajdujemy raczej w powieściach lub filmach, które jednak też zawsze są pewnym przekształceniem rzeczywistości.  Dobrą robotę wykonuje w tym względzie Stanisław Koper, autor całego szeregu książek na temat rozmaitych aspektów życia w II Rzeczypospolitej, jak i PRLu.
Problem z dotarciem do Polski przedwojennej polega oczywiście na tym, że II wojna światowa przerwała po raz kolejny polską ciągłość państwową, a komuna po prostu ten okres przeklęła. 

W moim domu rodzinnym zbyt dobrze się tej II Rzeczypospolitej nie wspominało. Pamiętam, jakim zaskoczeniem dla mnie była uwaga dyrektorki mojej szkoły podstawowej, zdeklarowanej komunistki (która uczyła jeszcze mojego Ojca, jako młoda nauczycielka przepełniona ideą Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina) pochodzącej z Wilna, że „przed wojną, jak ktoś miał pracę, to żył w dobrobycie”. Powiedziała to w kontekście wspomnień o własnym ojcu, który właśnie pracę miał i nieźle zarabiał. Moi dziadkowie też pracowali przed wojną. Biedy na pewno nie klepali, ale do dobrobytu to chyba było jednak daleko. Dziadek chodził z ulicy Krzyżowej na Bałutach do pracy w zakładach Grohmana (po wojnie UNIONTEX) piechotą, bo nie stać go było na bilet tramwajowy. Babcia wspominała okresy, kiedy pracowała tylko 3 lub 2 dni w tygodniu, ponieważ właściciele fabryki, w której pracowała (niestety nie zapisałem ani nie zapamiętałem nazwy) musieli ograniczyć produkcję. Pamiętała też strajki i demonstracje uliczne brutalnie rozganiane przez policję na koniach (zapamiętałem z jednej z takich opowieści, że policjanci ustawiali się do tłumu demonstrantów tyłem, tak żeby konie mogły ich kopać.  Mimo, że dziadkowie sympatyzowali z PPSem, w ich opowieściach zawsze pojawiały się również wątki antysemickie. Tak naprawdę z bezrefleksyjnej zautomatyzowanej krytyki Żydów „wyleczyli” mnie pewni znajomi dopiero w ostatniej klasie liceum i na studiach. 

Moi dziadkowie ze strony Mamy byli z kolei przedwojennymi działaczami WICI i w ogóle byli związani z ruchem ludowym.  Też jakoś specjalnie dobrze tej przedwojennej Polski nie wspominali, choć dziadek jednak wolał ją od PRLu (wieś, w której mieszkali była dawnym miasteczkiem, więc na reformie rolnej nic nie skorzystali – gospodarowali nadal na tej samej ziemi, co przed wojną), bo jak twierdził „przed wojną, to jak miałeś pieniądze, to mogłeś się kazać na rękach nosić, a teraz nawet jak masz pieniądze, to gówno za nie kupisz”. To była rzeczywistość lat 70., do której się dziadek wtedy odnosił. Nie bardzo się chyba z tym wtedy zgadzałem, bo za Gierka było trochę atrakcyjnych towarów w sklepach, do których dostępu bronił brak gotówki, choć w dużej mierze prawda była również i taka, że pomimo posiadania pieniędzy, artykułów codziennego użytku dobrej jakości specjalnie nie było. Talon na „malucha” (fiata 126p) uważano za przejaw wielkiego materialnego awansu (społecznego też). Nie do końca też rozumiałem chęć dziadka bycia noszonym na rękach. Oczywiście była to metafora, a sam dziadek pamiętał, jak jako młody chłopak pracował na polu otrzymując za cały długi dzień pracy 50 groszy, za co mógł się spokojnie utrzymać, ale w żadnym wypadku nie były to duże pieniądze. 

Lubiłem słuchać opowieści moich babć i dziadków, ale z nich wyłaniała się rzeczywistość, o jakiej trudno było przeczytać w książkach do historii. Owszem, autorzy pisali o ciężkiej doli robotnika i chłopa, o bezrobociu, o prześladowaniu lewicy, o autorytarnych (w starszych podręcznikach wręcz „faszystowskich”) rządach Piłsudskiego itd. itp., ale nie czułem bezpośredniego związku między opowieściami ludzi, którzy tamte czasy pamiętali, a suchymi lub przesiąkniętymi komunistycznymi banałami opisami z podręczników. Dlatego też powieści, czy filmy traktujące o czasach przedwojennych były tak przeze mnie pożądane.

W latach 80. ubiegłego stulecia, na fali pierwszej „Solidarności”, powstała wielka potrzeba nawiązania do tradycji II Rzeczypospolitej. Po prostu tak bardzo trzeba było się przeciwstawić sterowanym z Moskwy komunistom, że mit II Rzeczypospolitej stawał się niezbędnym elementem pozytywnej propagandy. Studiowałem historię w drugiej połowie tej dekady i doskonale pamiętam, że pomimo, że w naszym Instytucie działali pracownicy naukowi o zdecydowanie komunistycznych poglądach, pomijając fakt, że inwigilowała nas esbecja, nie było już nachalnej propagandy ideologicznej. Niektórzy nasi wykładowcy bez skrępowania krytykowali komunistów i Sowietów, choć jeden z naszych kolegów już po 1989 r. oblał egzamin (a był to student, który od samego początku zdawał na same piątki) u profesora, którego wszyscy uważali za miłego dziadzia, który nikogo nie skrzywdzi, bo powiedział, że Marceli Nowotko i PPR to byli zwyczajni sowieccy agenci. Miły staruszek się obruszył, wykrzyknął, że to przecież byli Polacy i postawił koledze dwóję. Tak, takie rzeczy tez się zdarzały, ale mimo to, w drugiej połowie lat 80. o II Rzeczpospolitej mówiło się już jednak inaczej niż jeszcze dekadę wcześniej. Na dodatek chyba jakoś podskórnie wszyscy czuli, że komuna niedługo upadnie. W podziemiu działała „Solidarność”, w Moskwie Gorbaczow ogłosił pierestrojkę. Jakoś tak koniec komuny wisiał w powietrzu. Tylko, że mało kto wówczas (no może oprócz pierwszego pokolenia korwinowców) sobie wyobrażał powrót do przedwojennego kapitalizmu (pamiętam wypowiedzi moich sporo starszych kolegów, działaczy podziemnej opozycji – dzisiaj o poglądach bardzo prawicowych – którzy twierdzili, że „no, o powrocie do takiego czystego kapitalizmu to mowy być nie może, bo przecież nastąpiły zbyt duże zmiany w społeczeństwie)”).  Dlatego też pojawiło się duże zainteresowanie polskim socjalizmem niepodległościowym sprzed II wojny światowej. 

Pamiętam, że pisałem referat (dziwna sprawa, ale wcale nie pamiętam na czyje zajęcia) nt. PPS-WRN i m.in. Kazimierzu Pużaku. Książeczka, z której czerpałem swoją wiedzę, była wydawnictwem nielegalnym, ale to już był rok 1990. Poza tym w BULe (BUŁ – Biblioteka Uniwersytetu Łódzkiego) pewne pozycje potępiane przez władze były całkiem dostępne i nie wymagały nawet zgody na czytanie tzw. prohibitów. Pamiętam, że byłem zdziwiony dowiadując się, że PPS podczas II wojny światowej był tak aktywną partią – zarówno w rządzie londyńskim, jak i w polskim podziemiu, że dzielił się na frakcje, z których odłamywały się PPSy coraz to bardziej „lewicowe”, by w końcu osiągnąć postać tego PPSu, który się połączył z PPR i stworzył Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą. Natomiast cały czas działali socjaliści, którzy owszem, chcieli radykalnych zmian społecznych, ale na pewno nie pod kontrolą Stalina, i ci socjaliści byli potem przez komunistów aresztowani, więzieni i zabijani. 

W latach 80. Jan Józef Lipski „wznowił” wydawanie „Robotnika”, organu PPS, nawiązując tym do przedwojennej lewicowej tradycji. Pamiętam z lat 80. ulotki na Piotrkowskiej, które nawoływały, żeby socjaliści odebrali komuchom święto 1 maja, które ci drudzy tym pierwszym byli ukradli. Później, już w latach 90. do tradycji PPSu nawiązywał Piotr Ikonowicz, ale jego poglądy były jak na tamte (dzisiejsze zresztą też) czasy już nie do przyjęcia. Wielu ludzi dorobiło się na odrodzony kapitalizmie, konieczność dania swobody przedsiębiorcom stała się doktryną już wcale nie tylko Korwin-Mikkego, ale praktycznie każdej liczącej się partii politycznej (w tym SLD). Unia Pracy była kolejną partią, która chciała odgrywać rolę lewicy niekomunistycznej, ale szybko zorientowawszy się, że jest raczej formacją kanapową, przyłączyła się do post-komunistów i całkowicie utraciła tożsamość.  Przez szereg lat „lewica” automatycznie kojarzyła się z SLD, zaś po kompromitacji tej partii (czasy „afery Rywina”) już tylko kolejne „bon moty” Leszka Millera przypominały o jej istnieniu. Propaganda PiSu i innych ugrupowań prawicowych doprowadziła do zupełnej inflacji słowa „lewica”, ponieważ zaczęto je przypisywać wręcz Platformie Obywatelskiej. 

Partie i ugrupowania prawicowe dość sprawnie i bezproblemowo znalazły sposób na nawiązanie do tradycji II Rzeczypospolitej. Co prawda Piłsudski, a nawet Dmowski pewnie w grobach się przewracają obserwując głupotę swoich dzisiejszych piewców, ale owi piewcy przynajmniej sprawiają, że te nazwiska nie znikają z przestrzeni publicznej. Mogą wzbudzać kontrowersje, ale się o nich mówi. 

Nie widać natomiast, żeby współczesna lewica nawiązywała do jakiejś przedwojennej tradycji. Owszem, środowisko związane z pismem „Nowy Obywatel” wydaje się nią fascynować, ale to dla grupek „nowoczesnej” lewicy trąci pewnie faszyzmem, bo przecież teraz chodzi o stworzenie społeczeństwa globalnego.  „Nowoczesna” lewica, będąca raczej spadkobierczynią roku 1968 w krajach Zachodu niż przedwojennej lewicy polskiej, specjalnie nie ma pomysłu na to, co zrobić z kapitalizmem, tzn. godzi się nań, bo wie, że generalnie alternatywy nie ma, ale chce żeby państwo bardziej kapitalistów kontrolowało i nie pozwoliło im wykorzystywać pracowników. Pomijam tu cały aspekt obyczajowy, który wysunął się na plan pierwszy w wielu działaniach lewicy. Osobiście uważam, że uznanie wolnego rynku jako jednak elementu, którego nie da się wyeliminować, za słuszne. Natomiast za słabość współczesnej lewicy uważam brak umiejętności podejmowania konkretnych działań mających na celu polepszenie standardu życia gorzej sytuowanych warstw społeczeństwa. Kiedy np. nieśmiało proponuję, żeby znajomi lewicowcy sami coś zrobili, oni z oburzeniem odkrzykują, że to PAŃSTWO jest od tego, żeby się tymi sprawami zająć. Ponieważ „państwo” nie chce się pewnymi sprawami zajmować, oni, owi „lewicowcy”, nie będą go w tym wyręczać, bo wtedy owo „państwo” już w ogóle przestanie cokolwiek dla społeczeństwa robić. 

Otóż właśnie przedwojenni socjaliści działali jako legalna partia parlamentarna próbująca wpłynąć na legislację państwową, ale oprócz tego podejmowali cały szereg działań w ramach istniejącego systemu ekonomicznego, mających na celu konkretne podniesienie poziomu życia robotników. Socjaliści tworzyli kasy chorych (nie żadne tam państwowe twory-potwory z czasów reformy Jerzego Buzka), czyli ubezpieczalnie, do których niezbyt zamożni odprowadzali niewielkie składki po to, żeby mieć dostęp do lekarzy (również ideowych socjalistów nie pobierających zbyt wysokich opłat), tworzyli spółdzielnie mieszkaniowe (to wcale nie wymysł komunistów) po to, żeby robotnicy mogli dla siebie i swoich rodzin zbudować mieszkania, prowadzili szeroko zakrojoną akcję edukacyjną wśród młodzieży robotniczej, prowadzili zajęcia kulturalne itd. itp. Tworzyli też ruch spółdzielczy. Spółdzielnie (po wojnie włączone do systemu kontrolowanego centralnie przez państwo) organizowały produkcję i handel tak, by potem ich członkowie mogli podzielić się zyskami (bez wypracowywania „wartości dodanej”). Wszystko w ramach przedwojennego kapitalizmu (wiem, że dzisiejsi wolnorynkowcy polemizowaliby z nazwaniem II Rzeczypospolitej państwem gospodarki rynkowej, ale to jest kolejny fascynujący osobny temat). Dzisiaj tego zapału do działania nie ma. Wytwarzanie dóbr i generowanie kapitału dzisiejsza nowoczesna lewica pozostawia najwyraźniej prawdziwym kapitalistom. Wygląda na to, że swoją rolę widzi raczej jako tych, którzy będą owych kapitalistów doić z pieniędzy i wydawać na różne fajne projekty. Całkiem możliwe, że przesadzam z sarkazmem, ale niezwykle często takie odnoszę wrażenie. 

Być może brak ciągłości i odcinanie się od tradycji jest immanentną cechą lewicy, która chyba wychodzi z założenia, że świat rozwija się na zasadzie permanentnej „rewolucji” (zastrzegam, że ta moja „rewolucja” tutaj to dość szeroka metafora i nie chcę tu wchodzić w niuanse odcieni socjalistów, anarchistów, komunistów itd.). Czytając teksty z lat 60. i 70. z Włoch czy Francji można dojść do wniosku, że lewicowe szaleństwo, jakie wówczas ogarnęło te społeczeństwa, doprowadziło do kompletnej inflacji pojęć. W dyskusjach politycznych między lewicującymi działaczami często padał zarzut faszyzmu, co było po prostu groteskowe i prawdziwi faszyści musieli mieć z tego dobry ubaw. 

W dzisiejszej Polsce, wydaje się, że lewica nie tylko nie istnieje (oprócz grupek „fabian” – kółek wzajemnej adoracji intelektualistów raczej oderwanych od rzeczywistości i partii „Razem”, której program jest lewicowy, ale jak na mój gust raczej utopijny), ale nawet jeśli istnieje, to nie ma nic do zaoferowania. Brakuje ogólnej teorii, brakuje planu działania. Ideologicznego pomostu, nawiązanie do historycznej tradycji, czy też gadamerowskiej „fuzji horyzontów” po prostu nie ma. 

Historię trzeba znać, bo historia powinna być nauczycielką życia, a nie narzędziem do jakiejś polityki  („polityka historyczna” kojarzy mi się jakoś tak automatycznie z „1984” Orwella). Historię dobrze byłoby jednak czuć, żeby zrozumieć, dlaczego teraz jest tak, a nie inaczej.  Prawica dzisiaj triumfuje, bo zdecydowanie lepiej odrobiła lekcje z historii. A że przybiera to kształt przerażający w postaci przemarszu kontynuatorów przedwojenny pałkarzy z „mieczykami Chrobrego” to niestety wina tych, którzy spoczęli na laurach i doszli do wniosku, że pewne rzeczy zrobią się same.  To wynik zaniedbań poprzednich ekip rządzących, ale też nas wszystkich jako społeczeństwa. Zostawienie młodzieży samej sobie skutkuje tym, że przejęły ją organizacje bardziej zwarte i aktywne. Ale tutaj wchodzimy w obszar rozważań na jeszcze inny temat, więc lepiej w tym miejscu skończyć.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Chan Si Gong, czyli o potrzebie budowania podstaw



Naukę taiji (tai chi) w stylu Chen rozpoczyna się od ćwiczenia zwanego Chan Si Gong. Nazwę tę najczęściej tłumaczy się jako rozwijanie jedwabnego kokonu, choć, jak twierdzą niektórzy, lepszym tłumaczeniem byłoby skręcanie jedwabnej nici. Jakiekolwiek z tych tłumaczeń byśmy przyjęli, jest to ćwiczenie fundamentalne dla stylu Chen nie tylko dlatego, że od niego zaczyna się naukę, ale również dlatego, że ze świadomości  ciała osiągniętej dzięki temu ćwiczeniu wyprowadza się praktycznie wszystkie inne ruchy. Jednym słowem, Chan Si Gong jest obecne we wszystkim, co robi uprawiający taiji na każdym etapie zaawansowania. 

Rozwijanie kokonu ma również ogromne znaczenie praktyczne, choć oczywiście chodzi o metaforę. Mianowicie chodzi o to, żeby wypracować ruch na tyle delikatny, żeby „nie zerwać nici”, ale na tyle zdecydowany, żeby ją jednak „skręcać” czy też „rozwijać”. Należy więc unikać szarpnięć, czy zaangażowania zbyt wielkiej siły, a równocześnie konsekwentnie realizować założenie. 

Wbrew powyższym dwóm akapitom, ten wpis nie dotyczy taiji. Ćwiczenie Chan Si Gong jest samo w sobie metaforą stylu przyswajania wiedzy i umiejętności. Jeżeli przeanalizujemy metodykę nauczania czy to języków obcych, czy jakiegokolwiek innego przedmiotu, zauważymy, że pewne założenia ich nauczania na poziomie podstawowym zawiera jakiś element, który można porównać do Chan Si Gong. Naukę języka obcego generalnie można porównać do budowania osnowy, a następnie jej zagęszczania. O ile przedmioty wymagające w większości „jedynie” zapamiętania wiadomości  mogą być przyswajane na zasadzie gęstego tkania miejsce przy miejscu, to języków, czy w ogóle przedmiotów polegających na kształtowaniu umiejętności, tak się tego zrobić nie da. Lepsze rezultaty daje zbudowanie rzadkiej osnowy pokrywającej całość zagadnienia, a następnie jej systematyczne zagęszczanie. Ba, nawet w przypadku przedmiotów polegających na zapamiętywaniu wielkich porcji informacji, metoda ta znajduje zastosowanie. Ktokolwiek próbował nauczyć się kilkuset stron na egzamin (współczesnym studentom ku uwadze: tak się kiedyś studiowało!), ten chyba wie, że zamiast od razu wkuwać szczegółowo rozdział po rozdziale, lepiej jest najpierw „ogarnąć całość”, czyli przeczytać (i najlepiej zapamiętać) spis treści, potem taką książkę przeczytać dość szybko, żeby się zorientować w jej zawartości, a dopiero potem, wiedząc czego w ogóle musimy się nauczyć, zabrać się do „zagęszczania” wiedzy, czyli do wkuwania szczegółów (które dawni egzaminatorzy bardzo lubili, mimo, że w swoich deklaracjach odżegnywali się od tego). W czasach powszechnego dostępu do informacji, być zapamiętywanie ogromnych porcji materiału nie odgrywa już takiej roli (choć nie wierzę, żeby się tego dało do końca uniknąć), ale tak czy inaczej bardzo ważna jest „osnowa”, czyli to, żebyśmy wiedzieli, co przynajmniej powinniśmy wiedzieć. 

„Chan Si Gong” powinien zostać wypracowany już gdzieś na etapie przedszkola lub wczesnych lat szkolnych, bo chodzi o najbardziej ogólną zasadę budowania własnego korpusu wiedzy i umiejętności przez każdego ucznia. Na pewnych fundamentach przyswajania wiedzy powinniśmy umieć odpowiednio je wzbogacać i zbudować gmach oparty na solidnych podstawach. Tak się jednak w większości przypadków nie dzieje, ponieważ często już na poziomie szkoły podstawowej następuje „zerwanie nici”. Dziecko zostaje przywalone wiadomościami z różnych dziedzin, ale nikt w nim nie wypracował metody radzenia sobie z nimi. Nikt bowiem nie uczy dzieci ich integracji we własnym umyśle. Owszem co jakiś czas są podejmowane takie próby, ale najczęściej są albo powierzchowne, albo traktowane jako „zawracanie głowy” i „kolejna wydumka ministerstwa”. Nauczyciel lubi poruszać się po obszarze, w którym czuje się dobrze, a więc w swoim przedmiocie. Żaden integralny rozwój ucznia go specjalnie nie interesuje, bo i tak swój przedmiot traktuje jako bardzo ważny (jeśli nie najważniejszy). 

Syn mojego znajomego mechanika odziedziczył zamiłowanie do samochodów po ojcu. Od dziecka pomagał mu w warsztacie. Potem poszedł do technikum mechanicznego. Nadal pracował z ojcem w warsztacie, a czasami przywoził do niego swoich kolegów z klasy. I tutaj widać było jak na dłoni różnicę, między chłopakami, którzy nigdy wcześniej nie byli w warsztacie a nim. Po prostu człowiek, który przyswoił wiedzę tylko z podręczników, miał wielkie problemy z przełożeniem tej wiedzy na praktykę, podczas gdy syn znajomego po prostu „przykleił” wiedzę nabytą w szkole do „osnowy”, którą budował od dzieciństwa. Kiedy poszedł na studia techniczne w Warszawie również był jednym z nielicznych, którzy z tych studiów byli w stanie w pełni korzystać, ponieważ, jak powiedział jeden z jego profesorów „na te studia nie powinni przychodzić ludzie po liceum”. Bo teoria jest taka, że niby mogą, bo przecież głupi nie są, ale zbudowanie podstaw, do których można potem dodawać wiedzę na wyższym poziomie może im zająć o wiele więcej czasu, niż komuś, kto od wielu lat żył mechaniką samochodową. A ponieważ tego czasu nie ma, ponieważ studia trwają tyle samo dla każdego, młodzi ludzie opuszczają uczelnię z poczuciem wielkiego pomieszania przypadkowych informacji, których nie wiedzą z czym powiązać. 

Na poziomie wyższej uczelni brak osnowy jest jeszcze bardziej widoczny. Jedynie w konserwatoriach student kończył (i nadal kończy) klasę profesora takiego a takiego i wiadomo, że ów profesor przyjmując go do siebie wziął na siebie odpowiedzialność za jego wykształcenie. Na polskim uniwersytecie często mamy niestety do czynienia z sytuacją, że student dostaje listę przedmiotów do zaliczenia, poszczególni wykładowcy przychodzą do pracy i z niej wychodzą po przeprowadzeniu zajęć o charakterze przyczynkowo-wstępnym, których student często nie umie powiązać z pozostałymi. Sam pamiętam, kiedy jedna z moich wykładowczyń tłumaczyła nam, że pewnego dnia sami zrozumiemy, że wiedza z teorii lingwistyki będzie miała przełożenie na metodykę nauczania języka. Jak najbardziej miała rację, ale tak, jak powiedziała, w moim przypadku stało się to „pewnego dnia”, a u niektórych nie nastąpiło nigdy i do dziś twierdzą, że „było tyle niepotrzebnych przedmiotów”. Czy to jest wina studenta? Nie do końca, bo wystarczyłoby, że ktoś opracowałby jakąś metodę dla studentów pierwszego roku, która pozwoliłaby im zrozumieć wszelkie powiązania między całą wiedzą podawaną podczas studiów. 

Tymczasem po serii kursów wstępnych student wreszcie zaczyna pisać pracę badawczą, która powinna wreszcie stać się osią, wokół której zbudowałby gmach swojej wiedzy, ale najczęściej polski student traktuje pisanie pracy dyplomowej jako kolejny dopust boży i zawracanie głowy.
System boloński narobił w tym względzie jeszcze więcej zamieszania, choć już wcześniej wiele rzeczy postawiono na głowie. Po pierwsze przerwano pewną ciągłość procesu, co jest wprawdzie problemem raczej psychologicznym niż organizacyjnym, ale jednak dość istotnym. Młody człowiek po licencjacie może odnieść wrażenie, że osiągnął pewną pełnię wiedzy z danego zakresu, podczas gdy tak naprawdę znalazł się dopiero na początku drogi. Nie byłoby sprawy, gdyby studia magisterskie były po prostu kontynuacją licencjackich, ale bardziej ukierunkowaną. Tymczasem często jest tak, że student znowu staje w obliczu szeregu przedmiotów, które z jego pracą badawczą mają mało wspólnego (za to więcej z koniecznością zapewnienia pensum wykładowcom). W przypadku niektórych kierunków zwodnicze okazało się na dodatek założenie, że posiadając licencjat z jednego kierunku można bez problemu dostać się na studia magisterskie z innego przedmiotu. Zetknąłem się osobiście z przypadkiem, że pani, o ile dobrze pamiętam, po ekonomii, przyszła studiować filologię angielską, ale zupełnie sobie nie radziła. Pewnych rzeczy po prostu nie należy robić nie mając solidnych podstaw. To, że dzisiejszy student nie zdaje sobie sprawy z tego, co umie, a czego nie umie, to jedno. To, że często nie zdaje sobie sprawy, co powinien umieć, to drugie. Najgorsze jest jednak to, że to system i brak jakiejś zintegrowanej strategii metodycznej w ramach samych wydziałów doprowadza do takiej sytuacji. Trzeba być naprawdę silną osobowością i mieć bardzo sprecyzowany plan wobec samego siebie, żeby w takim systemie wyciągnąć dla siebie maksimum intelektualnych korzyści. 

Nie jest łatwo zaproponować „chan si gong” dla każdej dziedziny wiedzy. Niektórzy powiadają, że filozofia to nic innego, jak tylko komentarze do Platona. Nie jest to jednak prawda, choć jest to jedno z takich „efektownych” powiedzonek do popisywania się w towarzystwie (młodzież nazwałaby je sucharem). Niejednokrotnie zastanawiano się, czy żeby uprawiać filozofię trzeba znać całą historię filozofii. Trzeba sobie przy tym uświadomić, że przyjmując jakiś jeden system filozoficzny za prawdziwy, praktycznie wszystkie inne należy odrzucić, więc po co się o nich uczyć? A jednak prześledzenie wielkiego dyskursu jaki się ciągnie od czasów starożytnych dałby współczesnemu filozofowi pewien pogląd na jego rozwój, metody i problemy, jakimi się zajmował. Ktoś jednak może powiedzieć, że przecież nie ma czasu na dokładne prześledzenie całej historii filozofii, zwłaszcza tej sokratejskiej, skoro żyjemy w czasach po Nitschem, Heideggerze, Foucaulcie czy Derridzie. Tutaj pojawia się rola doświadczonego mistrza – profesora, który sam ma wyczucie, co jest kanonem i korpusem jego wiedzy, którą chce przekazać. To doświadczony profesor powinien wiedzieć, jak skonstruować u swoich studentów odpowiednią osnowę, którą ci będą wzbogacać przez resztę swojego życia badaczy i myślicieli. 

Niestety często sytuacja wygląda tak, że studenci chodząc na rozmaite zajęcia i czytając (no, mam tu na myśli rzetelnych studentów) rozmaite teksty, dopiero po latach są w stanie zintegrować swoją wiedzę. Ich studia przypominają raczej tkanie zupełnie oddzielnych kawałków materiału, które leżą w zupełnie innych częściach pokoju i które, jeżeli taki wysiłek w ogóle wystąpi, zostaną ułożone w jakiś kolaż i pofastrygowane w mniej lub bardziej udolny sposób. Najczęściej większość z nich zostaje zapomniana i ulega rozkładowi. 

Oczywiście znam naukowców, którzy zacząwszy jeszcze w latach szkolnych od pewnego „zadzierzgnięcia” w postaci zainteresowania jakimś tematem, potrafią go zgłębiać przez całe życie, obudowując go bogatą wiedzą, która niekoniecznie ogranicza się tylko do niego. Chodziłoby teraz o to, żeby swoim studentom przekazali nie tylko tę wiedzę, ale sam sposób jej integrowania, żeby zaproponowali im swoisty „Chan Si Gong”, do którego zawsze można wrócić i poczuć, że jest się na właściwej drodze.

piątek, 10 kwietnia 2015

O metodach nauki języków


Interesuje mnie wszystko, co przyczynia się do tego, żeby proces uczenia się, a zwłaszcza uczenia się języków obcych, uczynić łatwym, przyjemnym, a przy tym diabelnie skutecznym, dlatego rzucam się na wszelkie nowości w tej dziedzinie, w tym na metody, o których nie słyszałem na studiach, ponieważ zostały opracowane dopiero niedawno.  Jak to wśród Polaków, każda z takich nowych (lub „nowych”) metod, spotyka z jednej strony fanatycznych wyznawców, a z drugiej bezlitosnych hejterów (bo określenie „krytyk” jest tutaj zbyt słabe). 

Do pewnego stopnia śmieszą mnie rozmaici specjaliści od rozwoju osobistego (często samozwańczy, ale UWAGA! To nie znaczy, że zaraz wszyscy oni są gorsi), którzy m.in. przechwalają się swoimi umiejętnościami nabytymi na rozmaitych kursach i szkoleniach, ale broń Boże nie w szkole! Tak naprawdę wszystkich ich łączy jedno – krytyka metod stosowanych w państwowej szkole. Chciałbym być w stanie z całą mocą wyśmiać tę ich krytykę systemu edukacji i kłam zadać ich zarzutom, ale niestety tak do końca nie mogę. Jest dużo prawdy w tym, ze kładzie się nacisk na formułki gramatyczne, że robi się testy z wydumanych zdań – takich, żeby na siłę użyć jakiejś struktury gramatycznej, a nie daje się okazji młodym ludziom, żeby się nacieszyli faktem, że potrafią coś powiedzieć w obcym języku. Natomiast sprawdzanie co trzy lata znajomości języka przy pomocy standardowych testów, tworzy system, który jest w ogóle zbrodnią na radości uczenia się.

Dlatego z jednej strony internetowe tyrady domorosłych „specjalistów” mogą drażnić, bo kiedy mówią „w mojej metodzie nie będzie gramatyki”, to od razu pokazują, że nie mają pojęcia, o czym mówią, ponieważ bez gramatyki nie ma języka, natomiast oni nie do końca rozumieją znaczenie tego słowa, ponieważ mówiąc „gramatyka” mają na myśli wiedzę o gramatyce, która faktycznie jest zbędna, a to zupełnie coś innego. 

Twórcy nowych „metod” z kolei, nawet ci z solidnymi podstawami naukowymi, najczęściej gubią po drodze kilka czynników, jak np. dr James Asher, twórca metody TPR (Total Physical Response), który opracował metodę dla kinestetyków i być może dotykowców, ale niekoniecznie dla wzrokowców. Swego czasu triumfy święciła sugestopedia i oparta na niej SITA (podobno stosowana w zachodnich armiach), ale moda na te metody chyba już przeszła. Czy słusznie? Trudno powiedzieć. Jestem niemal przekonany, że są ludzie, którzy dzięki metodzie głębokiej relaksacji potrafili przyswoić wiele słów języka docelowego, ale czy poszło im szybciej niż tym, którzy wybrali inną metodę? Tutaj już bym polemizował. Podobnie jest z metodą zwaną dziś Direct, która jest niczym innym, jak zmodyfikowanym Callanem. Z całą pewnością przynosi ona bardzo szybkie efekty w pierwszym roku nauki. Około trzeciego/czwartego roku, beneficjenci wszystkich metod spotykają się mniej więcej w tym samym punkcie, dlatego trudno jest ocenić wyższość jednej metody nad drugą, zwłaszcza, że, jak wiemy, istnieją różne typy uczących się, na których oddziałują różne bodźce.
Warto interesować się różnymi metodami i przemyśleniami poliglotów, ponieważ z każdego źródła możemy wyciągnąć coś dla siebie. Cenna jest uwaga Piotra Marta (twórcy metody 5S), że od wielokrotnego mechanicznego powtarzania nowych słów, o wiele ważniejsze jest ich sprzężenie z konkretnymi emocjami. Niemniej trudno powiedzieć, czy na wszystkich ta metoda zadziała równie skutecznie. W TPR rolę takiej emocji miał odegrać fizyczny ruch. Niemniej, niczego nie powinniśmy lekceważyć. Osobiście uważam, że każda metoda jest dobra, dopóki w nią wierzymy. Kiedy zaczynamy wątpić, czy nauka przy jej pomocy przynosi efekty, rozpoczyna się proces samospełniającej się wróżby – te efekty faktycznie zaczynają słabnąć. 

Oprócz autentycznie sprawdzonych (przynajmniej przez twórców) metod, pojawiają się od czasu do czasu typowe twory marketingowe opakowane w chwytliwą nazwę, a kryjące w sobie jakąś eklektyczną kompilację elementów z innych metod. Nie znaczy to wcale, że taki twór nie może przynosić efektów. Ostatnio np. trafiłem na stronę tzw. metody Krebsa. Stało się tak dzięki wszędzie się wciskającym reklamom. Ponieważ nauka języków niezmiernie mnie interesuje, oczywiście na taką reklamę musiałem kliknąć. 

Dzięki niej dowiedziałem się o Emilu Krebsie niemiecko-śląskim poliglocie, który biegle władał 48 językami. Wszystko wspaniale, ale wczytując się w opis metody, trudno nie dojść do wniosku, że to wszystko może być skuteczne, ale nie ma nic wspólnego z samym Emilem Krebsem. W opisie metody rozpoznamy znane od dawna koncepcje, że języka obcego należy się uczyć najpierw przede wszystkim ze słuchu, oraz teorię Noama Chomsky’ego uniwersalnego narzędzia językowego, w jaki podobno wyposażony jest umysł każdego człowieka (tzn. każdy człowiek np. tworzy zdania z podmiotem i orzeczeniem). Nie ma, mówiąc szczerze, żadnego fizycznego dowodu na istnienie takich wrodzonych „kolein” gramatycznych (właśnie – przypomnijmy sobie, że bez gramatyki nie ma języka) w naszym mózgu, ale w teorii ładnie to się prezentuje. Wszystko pięknie, ale tego wszystkiego nie mógł opracować Emil Krebs, bo jak się dowiadujemy, francuskiego nauczył się z jakiejś przypadkowo znalezionej książki, a kolejnych języków też nie mógł się przecież nauczyć ze słuchu, bo w latach młodości ze Śląska się nie ruszał, a nośniki dźwięku nie były jeszcze rozpowszechnione. Owszem później dużo jeździł, bo był dyplomatą, więc np. przy swoich zdolnościach językowych mógł faktycznie opanować różne dialekty chińskiego ze słuchu. Tak czy inaczej, nie mamy żadnych zapisków Krebsa nt. jego własnej metody przyswajania obcych języków. Wniosek z tego, że grupa anonimowych biznesmenów stworzyła produkt z kompilacji elementów z różnych, głównie nowszych metod, natomiast nazwisko Krebsa służy im za szyld i element mający przyciągnąć ewentualnych nabywców pakietu do nauki danego języka. Przyznam, że powstrzymałem się od zakupu pakietu do niemieckiego i francuskiego, mając na względzie pewne uprzedzenie, jakie wyrobiłem sobie na podstawie tego typu materiałów z kursów opracowanych metodami, które były swego czasu modne. Otóż przeważnie same teksty języka docelowego są dość „drętwe” i mało mające wspólnego z żywą jego wersją. Nie twierdzę, że tak samo jest w tym wypadku, ale wolę nie sprawdzać. 

Prawda jest bowiem dość banalna – języka, jak i wielu innych przedmiotów, nauczy się ten, kto naprawdę chce się nauczyć i posiada wystarczającą motywację. Taki człowiek sam sobie znajdzie metodę najlepszą dla siebie. Z doświadczenia wiem, że słuchacze/studenci/uczniowie, którzy lubią rozprawiać  o (nie)skuteczności metod nauki języków, albo którzy z mądrą miną pytają o najlepsze metody, w 90% są ludźmi, którzy lubią się pokazać jako ci, którzy się naprawdę interesują, ale tak naprawdę tylko zawracają głowę i przede wszystkim oszukują samych siebie. Kto chce się języka nauczyć, ten po prostu szuka dotąd, aż znajdzie metodę najlepszą dla siebie, ale przede wszystkim daje z siebie wszystko, żeby z każdego ćwiczenia wyciągnąć najwięcej dla siebie. Metod uniwersalnych raczej nie ma.

sobota, 4 kwietnia 2015

Biega, krzyczy pan Hilary....

Niedawno pewien młody znajomy, syn moich "starych" znajomych, napisał, że kiedy miał lat 17 i działał w pewnej młodzieżówce partyjnej, a równocześnie intensywnie interesował się pewnymi zagadnieniami polityki jednego z sąsiadujących z nami państw, rozpierało go radosne podniecenie z powodu tego, że coś wie i że może się tą wiedzą podzielić. Obecnie, zbliżając się do trzydziestki, zrozumiał, że żeby się na jakiś temat wypowiadać, należy przede wszystkim temat zgłębić, dużo przeczytać, potem zdobyte w ten sposób dane przemyśleć. Oczywiście przemyślenia typu naukowego powinny opierać się na stosowaniu jakichś założeń metodologicznych.

Ten blog nigdy nie aspirował do głoszenia prawd ostatecznych. Wręcz przeciwnie. Sam tytuł jest na tyle asekurancki, że nie powinien pozostawiać żadnych wątpliwości co do tego, że jakiś temat nagle mnie zafascynował i wciągnął emocjonalnie, dlatego rzucam w cyberprzestrzeń swoją ulotną impresję licząc albo na poparcie, albo na naprostowanie mojego błędnego myślenia. Podobnie jak mój młody znajomy, zdaję sobie jednak od dawna sprawę, że żeby się na różne tematy wypowiadać, potrzebna jest bardzo rzetelna wiedza, na której zgłębienie niestety nie wystarczy życia.

Ostatnio pochłaniały mnie sprawy zgoła nie związane z "bujaniem w obłokach" i wyciąganiu wniosków "natury ogólnej". Wręcz przeciwnie. Czas poświęcałem sprawom urzędowo-finansowym, tudzież zawodowym. Nie jest to w żadnym wypadku skarga na los kogoś, kto lubi sobie poblogować, a tu nagle przytłaczają go przyziemne obowiązki. Wręcz przeciwnie. Myślę, że nauczyłem się je należycie doceniać, ponieważ od nich zależy moja bardzo konkretna egzystencja.

Tymczasem nie chcę jednak odchodzić od dość chaotycznego charakteru tego bloga i postanowiłem opublikować coś, co zrobiłem dziś zupełnie spontanicznie. Prawdopodobnie szukając swoich okularów, bez których już niestety nie jestem w stanie czytać, przypomniał mi się wierszyk Tuwima o znanym (swego czasu - nie wiem jak teraz) roztargnionym okularniku, panu Hilarym. Nie wiem na jakiej zasadzie, ale zupełnie znienacka naszła mnie ogromna chęć zangielszczenia tego uroczego wierszyka. Oto wynik tej próby. Będę wdzięczny za wszelkie uwagi językowe, metryczne i merytoryczne.


Running and yelling Mr Hillary Tex
Asks all around “Where on earth are my specs?”
Searches trousers and his jacket,
Every pocket, every placket,

All his wardrobe’s upside down
He gropes the coat, and gropes the gown,
“Scandal!” shouts he, “No effects!
“Someone’s stolen my dear specs!”

Under the sofa and on the settee,
He’s looking and panting, all sweaty,
Rummages in the stove and the fire,
In the big piano and behind the hair-dryer,

He started chopping the floor into blocks,
He started calling out loud for cops,
All of a sudden, he looks in the mirror,
He can’t believe it, so he comes nearer,

There they are! He found them! For, as it goes,
His dear spectacles were still on his nose!