czwartek, 16 października 2014

Arystokratyczne wychowanie, czyli o nawiązywaniu kontaktów i komunikacji



Nie wiem na ile kieruję się tutaj stereotypem, na ile własnym jednostkowym doświadczeniem, a na ile moją obserwację można uznać za jakąś ogólniejszą regułę, ale uważam, że okres życia obejmujący ostatnie lata liceum i lata studiów wyższych to czas, kiedy człowiek jest najbardziej otwarty na innych ludzi. Oczywiście można to jakoś uzasadnić czysto biologicznie. To przecież szczyt ludzkiej witalności, czas szukania partnera/partnerów, tudzież czas początków mniej lub bardziej uświadomionej konieczności wyrabiania sobie pozycji w społeczeństwie, a więc budowania sieci powiązań – przyjaźni, znajomości itd. itp. Moje asekuranckie zastrzeżenie na początku wzięło się z tego, że nader często obserwuję jednak całkiem niemałą liczbę młodych ludzi, z których jedni są potwornie nieśmiali i zakompleksieni, a inni prawdopodobnie też, ale pokrywają to arogancją i ostentacyjnym lekceważeniem wszystkiego czego nie poznali w swojej wsi/miasteczku/dzielnicy. Niestety mało kto wyciąga rękę do tych nieśmiałych zachowujących się nieśmiało, natomiast tych nieśmiałych pokrywających swoje kompleksy arogancją uważa się za buraków i chamów. Mają oni jednak pewną szansę na przełamanie swojej izolacji organizując się w grupy podobnych sobie. Stąd mamy dość szczelnie zamknięte kręgi tych, którzy np. „nigdy w życiu się nie będą uczyć języków obcych”, albo którzy „wolą własną kaszanę od cudzych frykasów” itp. Konieczność ekonomiczna niejednokrotnie jednak zmusza niektórych z nich do wyjazdu za granicę do pracy, a tam… A tam grzęzną w środowisku podobnych sobie, języka nadal nie chcą się uczyć i to często wcale nie dlatego, że nie mają talentu, ale dlatego, że znajomość języka obligowałaby ich do porozumiewania się z rodzimymi mieszkańcami kraju, w którym się znajdują, a więc w kolejnym przełamaniu własnej nieśmiałości, a to jest często ból nie do zniesienia. Całe szczęście, że znowu konieczność przetrwania lub wydostania się z zaklętego kręgu pracy za najniższe wynagrodzenie często po prostu zmusza ich do podjęcia pewnego wysiłku i otwarcia się na innych. 

Kiedy czytamy powieści rozgrywające się w kręgach arystokratycznych XVIII, XIX czy XX wieku, bardzo łatwo zauważyć, że „klasa próżniacza” w edukacji swoich dzieci bardzo silny akcent stawiała na umiejętność porozumiewania się – komunikacji, jak to się dziś przyjęło mówić w kręgach o pretensjach naukowych. Nawiązanie kontaktu towarzyskiego było niejako obowiązkiem każdego człowieka z wyższych sfer spotykającego innego człowieka z wyższych sfer. Kiedy byłem dzieckiem i nastolatkiem bardzo mnie dziwiło, dlaczego arystokrata pojawiający się w obcym mieście, od razu składał wizyty obcym ludziom, rozsyłał swoje bilety wizytowe itd.itp. Wiązało się to oczywiście z całym stylem życia, który polegał na tym, że trzeba było pokazać, że się człowiek bawi, a bawić się można tylko w odpowiednim dla siebie towarzystwie. Przy okazji oczywiście nawiązywano stosunki biznesowe, które też zamykały się w pewnym kręgu. Chodziło więc z grubsza o to, żeby wszelkie przywileje kasty arystokratów pozostały w owej kaście, a te wszystkie zabiegi towarzyskie miały na celu sprawienie, żeby poznał swój swego. 

Naturalnie jest to duże uproszczenie, ponieważ arystokraci, jak to ludzie, reprezentowali całe spektrum poglądów na tematy społeczne. W końcu zaczęli się wśród nich trafiać ludzie o poglądach wręcz lewicowych, którzy jednakowoż nie przyjęli sposobu bycia proletariuszy, o poprawę losu których walczyli, ale próbowali tychże proletariuszy podnieść na wyższy poziom życia, zarówno materialnego jak i intelektualnego. Wiadomości nabyte w szkołach i uniwersytetach z pewnością imponowało wielu reprezentantom klasy robotniczej, ale wiele wskazuje na to, że nie aż tak, jak pewna łatwość w nawiązywaniu kontaktów, która również była wynikiem edukacji szkolnej i uniwersyteckiej. To właśnie poprzez placówki oświatowe pewien styl, wcześniej dostępny tylko klasom najwyższym, przedostawał się do reszty społeczeństwa, a częścią tego stylu była umiejętność uprzejmego rozpoczęcia konwersacji z obcym człowiekiem, łącznie z człowiekiem posługującym się innym językiem. 

To dlatego w Wielkiej Brytanii do dziś ważną rolę odgrywają we władzach państwowych i biznesie absolwenci starych uniwersytetów i prywatnych szkół średnich, z których nie wszyscy są koniecznie arystokratami z pochodzenia, ale których się na takich arystokratów przerabia. Nie twierdzę, że taka hiperelitarność  to coś godnego polecenia. Twierdzę jednak stanowczo, że każdy normalny człowiek lubi mieć do czynienia z kimś, kto umie uprzejmie i z sensem zagadać do drugiego człowieka.
W dobie internetu i facebooka wydaje się, że wielu ludzi, zwłaszcza młodych, potrafi nawiązywać kontakty ze swoimi rówieśnikami i to nawet zagranicznymi. Pobieżne przejrzenie dialogów między nimi niestety nie napawa optymizmem. Łatwo zauważyć, że kręgi znajomych są dość zamknięte, a jakość wymiany monosylab, wykrzykników i równoważników zdań (bo rzadko zdań) pozostaje na dość żenującym poziomie. Tematy owych czatów do najistotniejszych też nie należą. 

Optymizmem napawa jednak pewna grupa młodych ludzi, których po prostu fascynują inni ludzie, którzy jeżdżą na uczniowskie i studenckie wymiany oraz porozumiewają się piękną polszczyzną, angielszczyzną i innymi językami. Tylko, że to jest znowu wąska grupa, która będzie stanowić elitę, nowoczesną arystokrację. Problem w tym, że idea pociągnięcia szerokich mas na wyższy poziom życia, co osiągnąć można właśnie dzięki umiejętności nawiązywania kontaktów i klarownej komunikacji, jest bardzo daleka od realizacji. Kompleksy, często wyniesione z rodzinnego domu, wzmocnione towarzystwem takich samych rówieśników z sąsiedztwa oraz zwykłym lenistwem nie sprzyjają wysiłkowi na rzecz wyjścia do innych ludzi, bez czego trudno marzyć o jakimkolwiek, nawet najmniejszym sukcesie.   

sobota, 4 października 2014

O trudnej sztuce oceniania


Idę sobie dziś rano ulicą, a z naprzeciwka nadjeżdżają dwie dziewczyny w wieku licealnym na rowerach. Do moich uszu dobiega  ich rozmowa, a właściwie kwestia jednej z nich. Dzieliła się z koleżanką obserwacją na temat oceniania na lekcjach wychowania fizycznego. 

- Musisz zaliczyć np. bieg na 100 m, albo na kilometr, i za to dostajesz stopnie, a nikt nie patrzy na to, jak pracujesz na wuefie…. 

Dalszej części rozmowy już nie słyszałem, ponieważ obie rowerzystki były już kilkadziesiąt metrów za mną.
Przypadkowo przypomniały mi problem, nad którym się zastanawiam praktycznie przez całe swoje życie zawodowe. Co nauczyciel powinien oceniać? Czy osiągnięcie z góry założonego wyniku, czy też wkład pracy i indywidualny postęp ucznia? Intuicyjnie prawie każdy opowie się za tym drugim. Dobry nauczyciel powinien premiować pracowitość i dążenie do doskonalenia, nawet, jeżeli droga do doskonałości u danego ucznia jest o wiele dłuższa, niż u innych. Tak jest wychowawczo i szlachetnie, bo kształtuje właściwą postawę wobec wyzwań rzeczywistości opartą na wierze, że ciężka praca popłaca. 

Zetknięcie z „prawdziwym życiem”, tzn. nie z tym szkolnym, potrafi być jednak bolesne. Szefowie, jeżeli są ludzcy, doceniają starania pracownika, ale jeżeli tenże pracownik nie osiągnie wymaganego wyniku, taki ludzki szef będzie musiał go w najgorszym wypadku zwolnić, a w najlepszym przesunąć na mniej odpowiedzialne i mniej płatne stanowisko. Generalnie bowiem wychodzimy z założenia, że firma nie jest od wychowywania ani od pomocy słabszym, ale od osiągania wyników finansowych. 

Od czasów starożytnych (z przerwą na nieco przedłużone średniowiecze) lubimy uważać sport za wspaniałe narzędzie wychowawcze kształtujące u młodych ludzi właściwe postawy wobec życia. Niestety w sporcie (bo mowa o sporcie, a nie w ogóle o aktywności fizyczno-rekreacyjnej) z założenia jest tak, że ktoś musi przegrać, żeby ktoś inny mógł wygrać. Porażki są same w sobie bardzo bolesne, ale jeszcze bardziej bolą, jeżeli włożyliśmy mnóstwo ciężkiego wysiłku w trening przed zawodami, a przeciwnik, który wygrał, jak się okazuje, tyle pracy nie włożył, bo ma po prostu od urodzenia lepsze warunki fizyczne.  Nikt medali nie daje za wysiłek, ale za zwycięstwo. 

Podobnie jest zresztą z wszelkimi innymi konkursami. Lata pracy człowieka przeciętnie uzdolnionego matematycznie mogą nie zrównoważyć umiejętności kogoś, kto ma np. lepszą zdolność koncentracji i to, na osiągnięcie czego złożyło się przewalenie setek zadań, jemu wystarczyła tylko obserwacja nauczyciela, kiedy dane zagadnienie tłumaczył. 

Nauczyciel powinien doceniać wkład pracy. Tak nam podpowiada poczucie przyzwoitości i chyba tak jest istotnie słusznie, ale z drugiej strony nie ma prawa stawiać niższych ocen uczniowi, któremu wyniki przychodzą bez trudu. Młody człowiek nie zrozumie bowiem, że nauczyciel chciał mu dać bodziec do wykształcenia w sobie nawyku pracy. Wręcz przeciwnie. Pomyśli, że to coś z tym nauczycielem jest nie tak (np., że go osobiście nie lubi, bo zazdrości mu geniuszu). 

Chyba każdy z nas miał okazję obserwować kogoś, czy to wśród własnej rodziny, czy wśród znajomych, kto w młodości robił wrażenie geniusza, a kto w dorosłym życiu niczego nie osiągnął, bo po prostu nigdy nie wyrobił w sobie nawyku systematycznego doskonalenia się. W czasach, kiedy jest młody, nauczyciele mówią o nim „zdolny, ale leń”, a on wcale nie bierze tego za przyganę, ale wręcz za komplement.  Dla niego jest to przesłanie, które brzmi  „Co z tego, że jestem leń, skoro jestem zdolny?” Co więcej, taki młody człowiek z pogardą podchodzi do koleżanek i kolegów, którzy muszą na swój wynik zapracować.  Niestety nauczyciel, żeby nie wiem jak bardzo chciał takiego człowieka ukarać za pychę, która już wkrótce w dorosłym życiu może mu się odbić czkawką, nie powinien tego robić, ponieważ taka kara nie osiągnie żadnego efektu, albo będzie to efekt wręcz negatywny. 

Co w takim razie robić? Byłaby oczywiście metoda. Zdolniejszemu należałoby mianowicie zaproponować dodatkowe, trudniejsze zadania i za nie go oceniać.  Tutaj jednak pojawia się niebezpieczeństwo, że ten obciążony dodatkowymi zadaniami uczeń może poczytać takie postępowanie nauczyciela, jako szczególną dyskryminację i chęć pognębienia.  Dodajmy od razu, że w systemie, gdzie wszyscy mają być traktowani „sprawiedliwie” (ale nie jest to żadna sprawiedliwość, bo tak naprawdę chodzi, żeby było równo), stosowanie indywidualizacji w podejściu do ucznia sprawia dużo problemów.
Nie oszukujmy się, nie znalazłem dobrego rozwiązania tego dylematu i nie bardzo wierzę, że w najbliższym czasie ktoś się z tym problemem upora.  W końcu nikt nie mówił, że będzie łatwo!

piątek, 3 października 2014

Przy okazji którejś z kolei "sensacji" nt. szczepień



Moja córka urodziła się w prywatnej klinice położniczej w pobliżu naszego mieszkania, więc żony nie musiałem nigdzie wozić, bo sobie poszła po prostu piechotą. Właściwie razem poszliśmy, bo zostałem przy porodzie. Wszystko przebiegło gładko. Żona dostała znieczulenie, poród trwał bardzo krótko (ok. pół godziny), po czym poszedłem do domu się zdrzemnąć, żeby z rana przyjść z synem i pokazać mu siostrzyczkę. Cały stolik przy łóżku żony zastawiony był mnóstwem przysmaków, które w niczym nie przypominały typowego szpitalnego jedzenia. Obsługa była wspaniała, opieka lekarska i pielęgniarska troskliwa, wszyscy uśmiechnięci i gotowi do pomocy. Ktoś powie, że jasna sprawa, bo przecież za pieniądze. Owszem tak, trochę nas to kosztowało, ale uważam, że były to najlepiej wydane pieniądze w naszym życiu! 

Piszę o tym, ponieważ przypomniały mi się wszystkie komentarze bliższych i dalszych znajomych. Po pierwsze na temat samej kliniki. „No wiesz, oni tam są fajni i mili, ale jak tylko pojawiają się jakieś komplikacje, to zaraz pacjentkę wsadzają do karetki i odwożą do państwowego szpitala!” – ostrzegały koleżanki żony. „Znieczulenie w kręgosłup? Oj wiesz, po tym mogą się pojawić komplikacje!”, itd. itp. Kiedy się słucha takich komentarzy w takim natężeniu, można naprawdę zacząć odczuwać życie w świecie o wiele gorszym, niż on w rzeczywistości jest. 

Żona miała bardzo nieprzyjemne wspomnienia z porodu naszego syna, który przyszedł na świat w państwowym szpitalu i to jeszcze przed akcją „Gazety Wyborczej” „Rodzić po ludzku”. Było zupełnie nie po ludzku. Pielęgniarki i lekarze traktowali ją jak przedmiot, warunki były fatalne, a na dodatek już po porodzie okazało się, że pojawiły się jakieś problemy u żony z powodu błędu w sztuce lekarza. O szpitalnym jedzeniu lepiej nie mówić. Oczywiście nie było też mowy, żebym był obecny przy porodzie. Dlatego poród w prywatnej klinice był dla mojej żony tak niesamowicie pozytywnym kontrastem. Do dziś z wielkim sentymentem go sobie przypominam. 

Przy okazji przypomniał mi się wiersz Gałczyńskiego o ulicznym sprzedawcy herbaty, którego na koniec ktoś oskarżył, że jego herbata jest z pluskiew i cały jego interes przez tę zszarganą opinię diabli wzięli. Oczywiście wszyscy ci, którzy ostrzegają i krytykują przed tym czy owym mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku, bo przecież kierują nimi tylko jak najlepsze intencje. Wyciągną każdy przykład – co z tego, że jeden na dziesięć tysięcy – na potwierdzenie swojej tezy, a zignorują wszystkie inne, które jej przeczą.
Tak modna obecnie w pewnych środowiskach nagonka na szczepionki przekracza granice absurdu. Zastrzegam jednak od razu, że niektóre sam uważam za nikomu niepotrzebne, a koncerny farmaceutyczne naprawdę chcą przede wszystkim zarabiać pieniądze, bo nie są instytucjami charytatywnymi. Kiedy kilka lat temu obecna pani premier Ewa Kopacz jako minister zdrowia zaoszczędziła państwu polskiemu ładnych kilku milionów złotych na szczepionki przeciw którejś ze zwierzęcych gryp, naskoczyli na nią politycy PiS i nie przeprosili nawet wtedy, kiedy się okazało, że cała tamta epidemia była faktycznie tylko fałszywym alarmem i wcale nie wiadomo, czy nie nakręconym przez koncerny farmaceutyczne w celu zgarnięcia niezłej i pewnej (bo państwowej) kasy i to od razu od wielu państw. 

Wszystkie sprawy należy rozpatrywać dogłębnie i dokładnie. Niczego nie powinno się lekceważyć. Jednakowoż kiedy słyszę lub czytam, że szkodliwe są szczepionki, które od wielu dziesięcioleci ratują życie i zdrowie milionom ludzi na całym świecie, otwiera mi się nóż w kieszeni. Trzeba być kompletnym ignorantem, żeby nie wiedzieć jakie żniwo wśród populacji całego świata zbierała czarna ospa, tyfus, cholera czy gruźlica zanim wynaleziono szczepionki przeciwko tym chorobom i zanim wprowadzono obowiązek powszechnych szczepień. 

Po upadku cesarza Francuzów, Napoleona Bonapartego, były takie państwa, które zakazały szczepień na ospę (bo te już wtedy były) tylko dlatego, że obowiązek szczepień wprowadził znienawidzony zdobywca. Teraz mamy do czynienia z bandą oszołomów, która wyleje dziecko z kąpielą, byle tylko dokopać chciwym koncernom farmaceutycznym. O koncernach i ich polityce trzeba rozmawiać. O szczepionkach zupełnie niepotrzebnych też, ale nie wolno wypisywać głupot, że oto np. szczepionka przeciw polio powoduje autyzm i raka! Warto przestudiować historię i przekonać się jak straszną chorobą jest choroba Heinego-Medina i ile dzieci na nią chorowało, zanim wprowadzono szczepionkę. Jeżeli teraz w wyniku działań panikarzy i oszołomów ich własne dzieci i dzieci tych, którzy uwierzą w ich bajdurzenie, będą chorować na okropne przypadłości, które znamy już tylko z historii, to nie ma kary, na którą ci ludzie nie będą zasługiwać! 

Przede wszystkim potrzebna jest wiedza. Wiedza rzetelna, oparta na potwierdzonych badaniach. Jeżeli czegoś do końca nie wiemy, nie popisujmy się zasłyszanymi „mądrościami”, bo skutki mogą być nieobliczalne.

czwartek, 2 października 2014

Kilka refleksji po pogrzebie byłego szefa


Byłem dziś na pogrzebie pana Stefana Kęski. Na ok. 16 (o ile dobrze liczę) szefów, jakich miałem w życiu był to mój trzeci dyrektor. Pracowałem pod jego kierownictwem tylko jeden rok, a było to w czasie, kiedy urodził się mój syn i moja żona po urlopie macierzyńskim poszła na wychowawczy, więc wziąłem za nią całoroczne zastępstwo. Bardzo dobrze wspominam ten rok, ponieważ praca w szkole kierowanej przez dyrektora Kęskę była błogosławioną odmianą po mojej pierwszej posadzie w innej białostockiej szkole. Nie wiem, ile jest prawdy w przysłowiu „pańskie oko konia tuczy”, ale wiem na pewno, że od profesjonalizmu menadżera zależy cała jakość pracy danej firmy. Stworzenie zespołu z szeregu najrozmaitszych indywidualności to wielka sztuka. Zdobycie niekłamanego szacunku uczniów przy dużych wymaganiach, tudzież dość surowej dyscyplinie (w porównaniu z tym, co się dzieje dzisiaj), to wyczyn niemały. Co tu dużo gadać? Z perspektywy czasu, kiedy porównuję wszystkich swoich zwierzchników, nie potrafię wymienić nikogo, kto do tego stopnia spełniałby kryteria dobrego menadżera oświaty, co pan Stefan Kęska. 

Jeżeli ktoś oglądał „Wakacje Mikołajka”, być może pamięta dyrektora i „Rosoła” (nauczyciela od pilnowania porządku na przerwie – u nas funkcja zupełnie nieznana), którzy z utęsknieniem czekali na koniec wakacji, ponieważ szkoła to było ich życie. Przypomniała mi się opowieść o panu Stefanie, który swego czasu przyjechał z wakacji do Białegostoku i zanim udał się do domu, ze wszystkimi walizami przyjechał najpierw do szkoły. Znajomi, którzy znali go dłużej i lepiej, ironicznie go za ten pracoholizm krytykowali, ale należy sobie zadać pytanie co niby w tym podejściu było złego. Pan Stefan w roli dyrektora szkoły znalazł najlepszy sposób na własne spełnienie zawodowe, ponieważ prawdopodobnie był człowiekiem, który dyrektorem szkoły był z powołania! 

Kiedy porównuję, znowu z perspektywy czasu, miotanie się i amatorszczyznę ludzi na kierowniczych stanowiskach, których miałem okazję poznać, a również i pod których wątpliwym kierownictwem przyszło mi pracować, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że pochowany dziś pan dyrektor Stefan Kęska, zawsze wiedział, co robi, ponieważ nie było ani jednego aspektu funkcjonowania szkoły, którego by nie znał. Tutaj bardzo dobrze sprawdzi się tak modne dzisiaj wśród młodzieży słowo „ogarniał”, ponieważ on po prostu dosłownie ogarniał całość. Wiedział wszystko o uczniach, znał bolączki nauczycieli, doskonale rozumiał problemy sprzątaczek i kucharek w stołówce. Na dodatek musiał umieć, jak to zresztą w każdej epoce bywa, postępować ze swoimi zwierzchnikami, których radosna twórczość w postaci bzdurnych rozporządzeń była plagą oświaty zarówno za komuny jak i po jej upadku. Pan dyrektor Stefan Kęska umiał sobie z nimi radzić i to tak, że dzięki niemu praca szkoły jako miejsca, gdzie wychowuje się i uczy dzieci i młodzież tych wszystkich idiotyzmów nie odczuła. Każdy, kto procował w SP 15 w Białymstoku, miał poczucie, że jest częścią solidnej firmy – stabilnego systemu konkretnych pozytywnych wartości – takich, jakich się intuicyjnie oczekuje od szkoły. 

Przyznam się, że podczas dzisiejszych uroczystości było kilka momentów, które przyprawiły mnie o wzruszenie. Przyznam też, że to wzruszenie zaskoczyło mnie samego. Po prostu zdałem sobie sprawę, że z panem dyrektorem Stefanem Kęską i czasem, kiedy pracowałem pod jego kierownictwem, wiążą się najpiękniejsze wspomnienia z lat mojej młodości. Dziś na pogrzebie spotkałem również koleżanki i kolegów, którzy już dawno w SP 15 nie pracują, a którzy stanowili część niezapomnianej ekipy, z którą się wspaniale pracowało. Wielka szkoda, że spotkaliśmy się po latach przy tak smutnej okazji. Jednakże fakt, że znowu zgromadziliśmy się w takim składzie, jest bardzo wymowny, bo świadczy o tym, jak wielkim szacunkiem cieszył się człowiek, który swego czasu stworzył z nas zespół.

wtorek, 23 września 2014

Artyści a podejście do życia (poedyburska refleksja)



Podczas sierpniowego pobytu w Szkocji trafiliśmy na edynburski festiwal, a tak naprawdę to kilka festiwali, które odbywają się w tym samym czasie. Tak, jak u nas spotykamy mnóstwo młodych ludzi rozdających na ulicach ulotki reklamujące prywatne szkoły lub jakieś produkty, tak w Edynburgu tacy sami młodzi ludzie wręczali „zaproszenia” na niezliczone spektakle teatralno-kabaretowo-muzyczne. Najwięcej plakatów na murach z kolei zachęcało do występów dziesiątek „standupowców”.  Cudzysłowu użyłem z tego prostego powodu, że nie były to oczywiście prawdziwe zaproszenia implikujące darmowe wejście na imprezę, ale po prostu reklamy tychże imprez, które do tanich niestety nie należały. Niemniej, kto był głodny sztuki aktorskiej, pantomimicznej, lalkarskiej, muzycznej, plastycznej, czy też ich dowolnej kombinacji, dostawał jej pod dostatkiem podczas spaceru po Royal Mile i ulicach przyległych.  

Artyści występujący na ulicach Edynburga nie przypomnieli mi się tak sobie, z powodu tęsknoty za naprawdę wspaniałymi wakacjami, choć ten czynnik na pewno też odegrał pewną rolę. Tak naprawdę przyszło mi do głowy zestawienie naszego, polskiego, podejścia do życia i ichniego, czyli wyspiarskiego, a może w ogóle tzw. zachodniego. Otóż wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu skażeni pewnym myśleniem pochodzącym z lat komuny (być może z okresu tzw. „małej stabilizacji”), kiedy to wszyscy, łącznie z robotnikami i chłopami w jakimś stopniu staliśmy się wyznawcami wartości mieszczańskich. Z góry zastrzegam, że sam jestem w dużej mierze ich zwolennikiem, więc nie jest to z mojej strony jakaś zjadliwa krytyka z pozycji anarchistyczno-nihilistycznych, ale po prostu pewne skojarzenie. Jedną z wartości mieszczańskich jest właśnie poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa, jakie zapewnia stałe zatrudnienie. Oczywiście już słyszę hardkorowych wolnorynkowców, którzy z oburzeniem powiedzą, że stałe zatrudnienie to wartość socjalistów, czyli „lewaków”, ale mimo to upieram się, że tzw. realny socjalizm w dużej mierze próbował (przynajmniej w teorii) realizować właśnie wartości mieszczańskie, idee inne uważając właśnie za „lewackie” (komuniści bowiem używali tego słowa w innym znaczeniu, niż korwinowcy). Stała praca, pełna micha, z czasem mieszkanie i samochód, awans zawodowy itd., czyli, co tu dużo gadać, klasyczny model konsumpcyjny, to był przecież ideał, do którego komuniści udawali, że dążą!
Rozpisałem się o tym, bo kiedy faktycznie wprowadzono u nas elementy wolnego rynku objawiające się przede wszystkim tym, że mnóstwo ludzi straciło grunt pod nogami w postaci stabilnego zatrudnienia, czy też w ogóle zatrudnienia, pojawiły się ogromne rzesze nie tylko polityków, ale również publicystów jak i zwykłych zjadaczy chleba, którzy posiadanie stałego miejsca zatrudnienia uczynili swoim sztandarowym hasłem kreując pewną mentalność wśród swoich zwolenników, która nigdy nie pozwoli im podjąć ryzyka podjęcia działalności na własną rękę. Przypomniałem sobie niedawno, jak to wkrótce po roku 1989 polscy aktorzy zaczęli się publicznie skarżyć przed kamerami telewizyjnymi, jak to zostali oszukani przez nowy system, bo za komuny mieli stałe miejsca pracy (teatry) z możliwościami dorobienia sobie w filmie, a teraz muszą się chwytać różnych zajęć, żeby się utrzymać. Żal ich był tym większy, że przecież tak aktywnie pomagali obalać komunę. To, że znaleźli się wśród niemałej rzeszy tych grup społecznych, które tylko w komunie mogły liczyć nie tylko na bezpieczeństwo socjalne, ale nawet na swego rodzaju przywileje ze strony instytucji państwowych, a teraz stanęli twarzą w twarz z rynkiem, o co przecież walczyli, jakoś do nich nie docierało.

Jako konsumenci sztuki nie jesteśmy raczej narodem zbyt wyrobionym. Nie chodzi mi tutaj wcale o to, że nie znamy się na niuansach teatru Grotowskiego, albo że nie łapiemy wszystkich aluzji w sztukach Szekspira, ale nie należymy jako masa do tych, którzy z samej ciekawości i chęci obcowania ze sztuką zatrzymają się przed ulicznym grajkiem, usłyszawszy, że ten dobrze sobie radzi ze swoim instrumentem. Dzieje się to m.in. dlatego, że z góry wychodzimy z założenia, że on sobie nie radzi, bo przecież gdyby sobie radził, to nie grałby na ulicy, tylko na estradzie albo w filharmonii. Dlatego m.in. idąc ulicami Paryża rzadko się zatrzymamy przed uliczną orkiestrą, która składa się z wykształconych muzyków (bo innym w Paryżu na ulicy grać nie wolno!), i przeżyjemy prawie całkowicie za darmo (no, za ten skromny datek, którego nie powinniśmy poskąpić) coś, za co w filharmonii musielibyśmy słono zapłacić.
Chyba nie zbytnio nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że wszyscy uwielbiamy Grupę Mozarta. Kwartet smyczkowy składający się z profesjonalistów, który stroi sobie muzyczne żarty i są to żarty naprawdę zabawne a przy tym z zachowaniem poziomu muzycznego, zawsze wywołuje wśród publiczności dowody sympatii. Znacie więcej takich grup muzyków klasycznych, którzy bawią nas i siebie w ten sposób? Jest jeszcze pan Waldemar Malicki i zaprzyjaźniona z nim orkiestra z grupą śpiewaków operowych. Skąd ich znamy przede wszystkim? Oczywiście z telewizji. Tymczasem w Wielkiej Brytanii takich grup musi być co najmniej kilkanaście, a może kilkadziesiąt. Sam natknąłem się na filharmoników-komediantów w kawiarni na Covent Garden w Londynie (za każdym razem byli to inni ludzie) i ostatnio również w Edynburgu. Nie wiem, czy ich pokazują w telewizji i czy cieszą sią tak ogólnokrajową sławą jak nasza Grupa Mozarta, ale za każdym razem odnosiłem wrażenie, że ludzie ci naprawdę świetnie się bawią bawiąc innych – na ulicy.
Ogromny podziw we mnie wzbudził linoskoczek wyprawiający niesamowite sztuczki „pieszo” i na monocyklu na rozpiętej nad ulicą linie, żonglując przy tym różnymi przedmiotami i m.in. wrzucając sobie stopą melonik wprost na głowę. Takie poczucie równowagi i zręczność  musiało kosztować tego człowieka wiele lat codziennych wielogodzinnych ćwiczeń! W zinstytucjonalizowanych czasach PRLu była szkoła cyrkowa w Julinku i stamtąd wychodzili rozmaici artyści cyrkowi. Państwowa Szkoła Sztuki Cyrkowej znajduje się dziś w Warszawie. Nie wiem, co robią ze sobą jej absolwenci, ale chyba nieczęsto da się ich oglądać na ulicy. Być może jako absolwenci instytucji nadającej dyplom szukają stałej pracy w kolejnej instytucji? Nie wiem. Myślę jednak, że w Wielkiej Brytanii społeczeństwo ma większą możliwość obcowania z programami artystycznymi wymagającymi profesjonalnego przygotowania, ponieważ jest większa ich podaż. Pojawia się oczywiście stałe pytanie – czy może ta podaż jest większa bo i popyt jest również większy, bo publika jakaś, jeśli nie bardziej wyrobiona (z tym to nie przesadzajmy), to po prostu bardziej otwarta na ofertę artystyczną?

Ćwierć wieku temu miałem okazję poznać niemałą grupę artystów (niekoniecznie ulicznych) z Nowego Jorku. Po dwóch dniach rozmów z nimi zorientowałem się (to był jeden z pierwszych kubłów zimnej wody na moją głowę jeśli chodzi o wyobrażenie o standardzie życia i zarobkach na Zachodzie), że ci malarze, rzeźbiarze, performerzy i aktorzy żadną miarą nie należą do klasy zamożnej. Ba, dowiedziawszy się o poziomie ich przychodów dziwiłem się, że ci ludzie są w stanie przeżyć w takim kraju jak Stany Zjednoczone. Z pewnością zdawali sobie sprawę z tego, że materialnie przynależą do jednej z niższych warstw piramidy zamożności społeczeństwa amerykańskiego, ale nigdy nie słyszałem, żeby ktoś z nich narzekał na swój los. Ci ludzie byli cały czas czymś zaaferowani. Oczywiście przede wszystkim tym, co sami robili, ale również pracą kolegów, o czym żywo dyskutowali. Po prostu bohema!
Jak już kilka lat temu wspomniałem, nie wszyscy na Zachodzie spełniają standardy poziomu materialnego, jaki sobie wyobrażamy. Oczywiście nie jest prawdą, że ludzie Zachodu nie narzekają na niskie zarobki czy słabą służbę zdrowia. Tacy są wszędzie i chyba w każdej epoce. Niemniej uważam, że więcej jest tam takich, którzy czerpią więcej satysfakcji z życia, ponieważ posiadają tę umiejętność cieszenia się z tego, co robią. Zarówno sobie jak i nam wszystkim życzyłbym sobie tego twórczego, artystycznego podejścia do życia. Prawdziwy artysta bowiem nie oczekuje od razu instytucjonalnych hołdów i przywilejów, ale robi to, co robi, bo to samo w sobie jest sensem jego życia.