wtorek, 9 grudnia 2014

Sen o ucieczce...



Analiza snów to rzecz ciekawa, choć oczywiście w tej dziedzinie najłatwiej o szarlatanerię i wymyślanie cudów na patyku. Niemniej nie jest tak, że sny biorą się zupełnie z niczego. Owszem potrafią zaskoczyć pewnymi zestawieniami obrazów i samą swoją akcją, ale chyba jednak zawsze mają jakąś przyczynę.
Jedną z moich studentek męczył ostatnio sen, w którym Białystok jest okupowany przez wojska rosyjskie. Żyjemy informacjami o sytuacji na Krymie, czy o rosyjskich samolotach zapuszczających się głęboko nad terytorium NATO, słuchamy przemówień Władimira Putina i wypowiedzi naszych ekspertów na temat konieczności dozbrojenia naszej armii, więc element zagrożenia rosyjską okupacją może się wedrzeć do jakiejś głębszej warstwy naszej świadomości i zamanifestować się podczas snu. 

Podświadomość tworzy jednak przedziwne kombinacje, konfiguracje i rekonfiguracje, których świadomość nie do końca jest w stanie wytłumaczyć. Nie mówię „logicznie wytłumaczyć”, bo sny za nic mają uporządkowany świat naszej lewej półkuli mózgowej. 

Otóż ja dzisiaj miałem sen przedziwny, a mianowicie o ucieczce z Polski, w której panował jakiś bardzo nieciekawy reżim, … na Białoruś! Grupy uciekinierów przechodziły przez jakieś wiejskie podwórka, między tradycyjnymi płotami (takimi z drewnianymi sztachetami), żeby dojść do furtki w takim właśnie płocie, za którym już było wymarzone miejsce przeznaczenia. Wąż emigrantów najpierw maszerował, ale potem gwałtownie przyspieszał, bo okazało się, że granica otwarta jest tylko do pewnej godziny. W końcu dotarłem do furtki, której nikt zresztą nie pilnował i przez nią przeszedłem na drugą stronę. Znalazłem się na piaszczystej, a może szutrowej, drodze, którą nazwałbym zwykłą drogą zagumienną, taką typową dla starych polskich wsi, ale nie należała ona już do Polski, tylko do Białorusi właśnie. Tłumy uciekinierów gdzieś znikły. Idę więc sam przez jakieś zagajniki i pola aż mój gościniec zmienia się w szeroką asfaltową szosę. Dochodzę do jakichś budynków, po prawo stoi wiata przystanku autobusowego. 

Za przystankiem stoi jakaś rodzina, natomiast ojciec tejże piłuje wielką uliczną latarnię, taką zakrzywioną u góry, tak że wychodzi nad powierzchnię jezdni i ją oświetla. Facet natomiast z zapamiętaniem ją piłuje, aż w końcu latarnia pada na jezdnię. Myślę sobie, że ten człowiek ją zaraz stamtąd usunie, ale ten jakby zapomniał o całej sprawie. Z lewej strony natomiast nadjeżdżają w pełnym pędzie samochody. Jestem już pewien, że nastąpi wypadek, ale ze stacji benzynowej wybiega dwóch chłopców w żółtych kamizelkach i staje na dwóch pasach jezdni tuż przed obaloną latarnią. Samochody zwalniają i omijają przeszkodę. Tylko jeden dostawczak w ostatniej chwili dostrzega człowieka w żółtej kamizelce i w pełnym pędzie go omija wpadając na obaloną latarnię, co nie powoduje uszkodzeń, a jedynie obrót samochodu o 180 stopni.
Wraz z tą rodziną, której ojciec i mąż obalił latarnię, podchodzimy nieco dalej do poczekalni autobusowej, gdzie mamy udać się dalej. Słyszę, że matka z córką rozmawiają po rosyjsku. Pytam czy „rabota u nich jest”, na co matka odpowiada, że „skolko ugodno, niet probliema”. Proponują nawet, że mnie przenocują.
W tym momencie się przebudziłem. Dlaczego uciekałem opłotkami na Białoruś? Przed czym? Dlaczego Białoruś w tym śnie była krajem dobrobytu, a Polska nieciekawym miejscem rządzonym przez bliżej nieokreślony, ale niedobry reżim? 

Przedziwne są meandry ludzkiego myślenia nieświadomego. Ludzki umysł potrafi tworzyć przewrotne kombinacje. Niemniej sen był tak realistyczny, że zapamiętałem go ze szczegółami. 

A jeżeli okaże się, podświadomość podsunęła mi taki scenariusz, że oto Rosja przez Ukrainę wkracza do Polski i ją okupuje, a Białoruś Łukaszenki w tym kontekście okazuje się krajem, gdzie da się żyć?
Tak czy inaczej, wydarzenia na wschód od Polski wdzierają się na poziom nieświadomy i generują lęki. Czy uzasadnione? Obyśmy się nigdy nie musieli o tym przekonywać.

czwartek, 4 grudnia 2014

Refleksji powyborczych ciąg dalszy, czyli o partiach wodzowskich i niewodzowskich



Nie tak dawno krytykowałem wszystkie polskie partie za ich wodzowski charakter. Jako zwolennik jednomandatowych okręgów wyborczych uważam, że większościowa ordynacja wyborcza pomogłaby zreformować polskie partie polityczne i wymusiłaby demokratyzację w samych partiach.Łatwo było wszystkie partie nazywać raczej koteriami poszczególnych wodzów, bo na arenie politycznej kraju funkcjonowały partia pana Tuska, partia pana Kaczyńskiego, partia pana Pawlaka, partia pana Millera i partia pana Palikota. Tak to mniej więcej wyglądało, a Leszek Miller nawet buńczucznie stwierdził, że partie, które nie są wodzowskie to są już na śmietniku. Faktycznie te kilka lat temu tak było.Tymczasem musiałem dokonać pewnej weryfikacji już wobec faktu, że w PSL nie utrzymał się monopol władzy Waldemara Pawlaka, ponieważ w demokratycznych wyborach wewnątrzpartyjnych władza tegoż została obalona, a na jego miejsce na czele partii wszedł Janusz Piechociński. Ten ostatni musi się jednak mieć cały czas na baczności, ponieważ w partii pozostaje zarówno Pawlak, jak i Kalinowski, a więc silne osobowości w każdej chwili gotowe objąć przywództwo. Jednakowoż w PSLu nie nastąpiło to, co zawsze następuje w partiach typowo wodzowskich, czyli rozłam pod przywództwem albo obalonego wodza, albo przegranych pretendentów. Działacze PJN i Solidarnej Polski poza PiSem, czyli poza wszechwładzą Jarosława Kaczyńskiego, przestali się liczyć, natomiast w PiSie zostać nie mogli, bo tam jest miejsce tylko na jedną osobowość.

Z PO odeszli politycy o bardziej religijnych poglądach, czyli Jarosław Gowin, John Godson czy Jacek Żalek i próbują swoich sił w sojuszu z religijną prawicą, ale generalnie pomimo odejścia Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, trzyma się razem. Grzegorzowi Schetynie czy Cezaremu Grabarczykowi, jak się okazało, nie opłacały się jakieś fochy, bo kiedy odszedł Tusk, znowu znalazły się dla nich dobre posady. A to wszystko świadczy o tym, że jest to partia, której członkowie, jak SLD w latach 90. I jeszcze na początku XXI wieku, doskonale rozumieją, że żeby nie wiem co, opłaca się czasem zacisnąć zęby i pozostać we własnej gromadzie.

Lojalność wobec partii, jak się okazuje, jest opłacalna i da dłuższą metę sprawia, że partia zaczyna żyć faktycznie własnym życiem, a nie tylko życiem wodza. Nie wnikam w moralne motywy tej lojalności w takich partiach jak PO, czy PSL, ale wszystko wskazuje na to, że to one właśnie wychodzą zwycięsko z próby czasu. 

Twory polityczne Janusza Palikota okazały się groteskowymi meteorami na firmamencie polskiej polityki, a to z tego prostego powodu, że zbiór bardzo różnych ludzi trzymała w kupie tylko i wyłącznie osoba szefa. Ponieważ ten cierpi na światopoglądowe i ideologiczne ADHD, wielu członków jego ruchów nie wytrzymało psychicznie ciągłych zmian i obrotów, jakie czynił Janusz Palikot, od wolnorynkowca do socjalisty, czy od wydawcy katolickiego „Ozonu” do czołowego antyklerykała i zwolennika legalizacji narkotyków. Nie nadążało za nim ani środowisko feministek, ani LGTB, ani też spadochroniarze z SLD, którzy szukali dla siebie miejsca w „lewicowej” partii, która wydała im się naprawdę nowa i świeża. Okazało się przy tym, że te środowiska nie są w stanie ze sobą stale współpracować, dlatego bez „silnego wodza” ulegli rozproszeniu.
Leszek Miller może właśnie na własne oczy obserwować, jak jego partia, która jest jak najbardziej wodzowska, powoli ląduje na śmietniku. W latach 90. SLD miał jeszcze kilka osobowości o samodzielnym formacie, bo oprócz Leszka Millera byli w niej zarówno Aleksander Kwaśniewski jak i  Józef Oleksy. Była też plejada sprawnych kapitanów, którzy byli rozpoznawalni i medialni. 

Próba „odmłodzenia” SLD polegająca na odsunięciu od stanowisk decyzyjnych Wojciecha Olejniczaka i postawienie na czele partii kreatury Leszka Millera, a mianowicie Grzegorza Napieralskiego („polskiego Zapatero”, jak go buńczucznie wtedy nazywano) okazało się wielkim fiaskiem. Rządy z tylnego siedzenia nie okazały się najlepszym pomysłem. Okazało się, że SLD nie jest żadną nowoczesną lewicą, a po prostu przechowalnią starych pezetpeerowców, którym przewodzić mógł tylko sam Leszek Miller (pomimo obciachu, jakiego sobie narobił swoim flirtem z „Samoobroną”). I teraz widać jak na dłoni, że po Leszku Millerze w SLD jest długo długo nic, a po jego kompromitacji w postaci przyłączenia się do retoryki PiSu na temat fałszerstwa wyborów, partia ta nie ma żadnych szans na odbudowanie swojej pozycji. Prawdopodobnie powoli zatonie razem ze swoim wodzem. 
  
Na koniec zostawiłem sobie partię wodzowską, do której mam największe pretensje, ponieważ jest to partia, dzięki której PO może się nie obawiać o wyniki kolejnych wyborów, ponieważ elektorat mając do wyboru cwaniaków i szaleńców, wybiera jednak cwaniaków. Największym problemem organizacyjnym PiSu jest nie tylko wodzowski charakter tej partii, ale również osobowość samego wodza. W PiS od samego początku nikt nie mógł sobie pozwolić na samodzielną pozycję, ponieważ od razu był traktowany jako odstępca od linii partii, czyli od woli Jarosława Kaczyńskiego. Jednym z pierwszych silnych osobowości PiS, która się o tym przekonała, był Ludwik Dorn. „Miękka” grupa w partii, która próbowała ocieplić jej wizerunek, musiała odejść tworząc PJN, partię tak nijaką, że nie miała najmniejszej szansy na faktyczne zaistnienie (a Joanna Kluzik-Rostkowska szybko to wyczuła i czym prędzej dołączyła do partii władzy). Zbigniew Ziobro dostał bolesną nauczkę wylatując na twarz z PiSu. Klon tej partii w postaci Solidarnej Polski był z kolei na tyle do PiSu podobny, że prawicowy elektorat nie dostrzegł potrzeby istnienia dwóch partii o tak podobnym profilu. Przy tym dla jego większości wodzem pozostał Jarosław Kaczyński. Zbigniew Ziobro (możliwe, że podpuszczony przez Jacka Kurskiego) popełnił fatalny falstart. Gdyby skulił uszy i nie próbował podskakiwać wodzowi, być może kiedyś doczekałby się swoich pięciu minut (choć oczywiście musiałoby to nastąpić po śmierci Jarosława Kaczyńskiego, bo na jego odejście do Brukseli nie ma co liczyć). PiS składa się więc z Jarosława Kaczyńskiego i jego świty lizusów, zaś rozsądni ludzie (bo wbrew pozorom tacy też się w PiSie trafiają, choć oczywiście mają te swoje dziwactwa) siedzą cicho i nikt nie ma szansy się o nich dowiedzieć. 

PiS może zawsze liczyć na swój żelazny elektorat, ale wszyscy doskonale wiedzą, w tym sami działacze tej partii, że on od co najmniej kilku lat jest zbyt mały, żeby wygrać wybory. Na koalicję z kimkolwiek PiS nie ma najmniejszej szansy, bo przykład „Samoobrony” czy LPR był najlepszą nauczką dla wszystkich, którym kiedykolwiek przyszłoby do głowy wchodzić z PiSem w jakiekolwiek układy.  Żeby więc odnieść zwycięstwo w jakiejkolwiek elekcji należałoby pozyskać głosy ludzi niezdecydowanych lub wręcz przeciągnąć wyborców, którzy do tej pory głosowali na inne partie. W tym momencie PiS i jego żarliwi zwolennicy przyjęli bardzo oryginalną metodę przyciągania nowych wyborców, a mianowicie systematycznego ich obrażania. Nazywają ich polactwem, lemingami, komuchami itd. itp. Licząc prawdopodobnie na to, ze ktoś w ten sposób zwyzywany ocknie się, pomyśli „Mój Boże! Ale ze mnie nędzna kreatura godna pogardy. Oglądam jakieś tańce z gwiazdami zamiast posypać głowę popiołem i zapłakać nad rzekami Babilonu nad losem Ojczyzny miłej. Wiem! Jest dla mnie szansa na odkupienie! Zagłosuję na PiS!”. Prawdopodobnie na taką przemianę liczą „agitatorzy” tej partii, bo innych metod pozyskiwania elektoratu jakoś nie da się zauważyć. 

Jarosław Kaczyński co jakiś czas, czy to w środku kadencji Sejmu, kiedy chce coś pokazać (nie do końca wiadomo co, bo szansy na sukces w Sejmie zdominowanym przez swoich przeciwników nie ma najmniejszej), czy to w okresie wyborów, wyjmuje z szuflady jakieś postaci, których nikt nie zna i mówi „głosujcie na nich, to bycze chłopy (albo kobity); ja ich znam i ręczę, że będziecie z nich zadowoleni”. Owszem, taki numer się raz udał, a było to w 1989 roku, kiedy to mawiano, że gdyby nawet małpa sfotografowała się z Lechem Wałęsą, zostałaby z pewnością wybrana. Ale to były trochę inne czasy - demokracji w działaniu jeszcze wówczas nikt z nas nie znał, a komunę trzeba było obalić. Teraz sytuacja jest inna. Żal mi jest profesora Piotra Glińskiego, który robi wrażenie sympatycznego człowieka, a pewnie i wiedzę ma niemałą, ale niestety poza swoim środowiskiem nie dał się poznać szerokim masom, a po niefortunnej próbie przemycenia go na obrady Sejmu w postaci nieszczęsnego przemówienia z tabletu, dla wielu stał się postacią z typowej pisowskiej groteski. Podobnie jest z Andrzejem Dudą jako pisowskim kandydatem na prezydenta Rzeczypospolitej. Kiedy Jarosław Kaczyński ogłasza takie kandydatury na czołowe stanowiska w kraju, zawsze do głowy przychodzi mi kwestia z filmu „Vabank”, kiedy to Duńczyk na idiotyczny pomysł jednego z młodych uczestników wspólnego przedsięwzięcia przestępczego mówi do swojego starego przyjaciela, który ich wprowadził do interesu: „Kwinto! Kto to jest?” 

Oczywiście rządzący prezydenci czy burmistrzowie miast mieli dużą przewagę nad nowymi kandydatami, ponieważ przez samo sprawowanie swojego urzędu dali się poznać ich mieszkańcom. Niemniej wystawianie ludzi mało znanych wyborcom nie mogło skłonić elektoratu niezdecydowanego do zagłosowania na nich. Żelazny elektorat oczywiście poszedł w ciemno, ale jak już ustaliliśmy, jest on mimo wszystko zbyt mały, żeby zapewnić PiSowi zwycięstwo. Kim są panowie Sasin (Warszawa), Dobrzyński (Białystok), czy pani Kopcińska (Łódź)? Kto spoza PiSu (a nawet w samym PiSie) o nich słyszał. Owszem, Jan Dobrzyński był swego czasu wojewodą podlaskim, ale zresztą odwołanym przez samego Jarosława Kaczyńskiego (wówczas premiera). Kiedy poszedłem na debatę kandydatów na prezydenta Białegostoku, oprócz tego wojewodowania nie kojarzyłem go z niczym. W PiSie jest bowiem niemożliwe, żeby dać się poznać szerszemu elektoratowi, ponieważ wszelkie próby pozyskania popularności są postrzegane jako próby wybicia się na samodzielność, czyli wydostanie się spod żelaznej ręki wodza. To zaś w PiSie jest równoznaczne ze zdradą! 

Czy partie wodzowskie, czy bardziej oligarchiczne? Oto jest pytanie. Otóż kiedy Leszek Miller twierdził, że partie niewodzowskie są już na śmietniku, miał rację tylko w kontekście czasów, w których te słowa wypowiedział. Żeby jednak wyrobić sobie zdanie na pewne tematy, należy dać sobie więcej czasu na obserwację zjawisk. Oczywiście nie ma żadnej pewności, jak potoczą się losy naszej areny politycznej, ale osobiście jest skłonny twierdzić, że to właśnie partie wodzowskie będą odchodzić na śmietnik historii z powodu nieudolności, głupoty lub po prostu „wypalenia się” (taki spadek energii i entuzjazmu do działania jest przecież całkiem prawdopodobny z psychologicznego punktu widzenia) samych wodzów. Grupy zorganizowane nie tyle wokół wodza, ale wokół wspólnych interesów mają wszelkie szanse na przetrwanie i zwycięstwo. 

Opcja, w której PO i PSL występujące w sojuszu nie muszą się liczyć z żadnym realnym zagrożeniem ze strony opozycji (mam na myśli zagrożenie legalne w postaci perspektywy wygrania przez opozycję wyborów) nie jest dobra dla Polski i jej obywateli. Uważam, że polityka PO świadomie sprowadzająca się do transmisji poleceń z Brukseli nie jest dobrą opcją dla naszej gospodarki. To wiąże się z polityką Unii Europejskiej, w której hegemonia Niemiec nie ulega żadnej wątpliwości, a w której równocześnie Polsce przypisuje się rolę prowincji-peryferium. Utrącenie inicjatywy budowy Via Baltica, co czego przyczynili się również polscy politycy z Platformy Obywatelskiej, pokazuje dość jasno, o co chodzi w polityce budowy dróg w Unii Europejskiej. Wszystkie drogi muszą prowadzić do „Rzymu”, czyli Berlina. Droga łącząca Litwę z Grecją i ciągnąca się z północy na południe wzdłuż wschodniej granicy Unii nikomu w centrali nie jest potrzebna. Być może mogłoby się okazać, że kraje wschodniej części UE mogłyby rozwinąć handel między sobą bez pośrednictwa centrali, a to tej ostatniej nie byłoby na rękę. Proeuropejska polityka PO nie jest prawdopodobnie jakimś spiskiem. Uważam, że partia ta prowadzi ją w zupełnie dobrej wierze, wychodząc z założenia, że Polska w Unii odnosi i będzie odnosić same korzyści. Osobiście nie jestem tego taki pewny. Mieszkańcy obszaru peryferyjnego w naturalny sposób będą ciążyć ku centrum. To w Niemczech jest centrum przemysłowe Europy, tam też prowadzi się badania nad nowymi technologiami. To tam będą ciągnąć ludzie z peryferii – zresztą to już się dzieje. Nie twierdzę, że Polacy wyjdą na tym źle – w końcu w okresie zaborów życie jednostek nie było gorsze w sensie materialnym, niż za I Rzeczypospolitej (ba, w wielu dziedzinach dokonał się postęp!). Czy jednak o to nam chodzi? Czy odpowiada nam rola siły roboczej i rynku zbytu (jeszcze skansenu i rezerwatu przyrody)? 

To jest oczywiście takie moje głośne myślenie, ale tak czy inaczej, partia rządząca powinna czuć, że jej działalność jest krytycznie recenzowana i że istnieje alternatywa dla jej programu. Tymczasem może spać spokojnie, bo PiS jej z pewnością nie jest w stanie zagrozić.


poniedziałek, 17 listopada 2014

Refleksje powyborcze



Wyszedłszy wczoraj z lokalu wyborczego pomyślałem sobie, że o ile w wyborach na prezydenta miasta oddałem głos na człowieka, który wg mnie brzmiał najrozsądniej podczas debaty, na której byłem, to wybory do rady miasta i sejmiku wojewódzkiego boleśnie uzmysłowiły mi poczucie bezsensu. Mam oto przed sobą kilkadziesiąt nazwisk, z których zdecydowana większość nic mi nie mówi! Mogę więc zagłosować na kogoś, kogo np. znam osobiście, albo oddać głos na partię/komitet. Co jednak, jeżeli poglądy znajomych mi nie odpowiadają, a na partie polityczne w wyborach samorządowych nie chcę głosować. Nawet jeżeli jednak decyduję się na oddanie głosu wg klucza partyjnego, to znowu nie znam na tyle kandydatów, żeby oddać głos na najlepszego, bo na jedynkę, nominowaną przez lokalnego bossa, głosować bym nie chciał (chyba, że byłbym naprawdę przekonany co do tej osoby). 

Oczywiście ktoś mi może powiedzieć, że powinienem się bardziej zainteresować kandydatami, poszperać w internecie, poczytać, chodzić na spotkania wyborcze itd. itp. Ktoś inny może powiedzieć, że faktycznie demokracja reprezentacyjna nigdy nikogo nie zadowoli i dlatego należy dążyć do jej bardziej bezpośrednich form. Sam jestem zwolennikiem jednomandatowych okręgów wyborczych, w których wystawia się mniej kandydatów, ale za to mocnych, bez tzw. „zajęcy” wystawianych po to, by ich głosy zapracowały na sukces jedynki na liście. Uważam, że tak byłoby dużo lepiej, choć doskonale zdaję sobie sprawę, że do końca nie rozwiązałoby problemu, który mam na myśli. 

Chodzi bowiem o to, że demokracja, czy reprezentacyjna, czy bezpośrednia, wymaga zaangażowania społeczeństwa w życie gminy, miasta, województwa i w końcu całego kraju. Frekwencja wyborcza spada na całym świecie (nie tylko w Polsce, ale również w demokracjach o długich tradycjach), a sceny polityczne ulegają zabetonowaniu. Pojawiają się więc sarkastyczno-błagalne (w zależności od tego, kto pisze) apele do społeczeństwa, żeby nie było takie bierne. Tak naprawdę nie do społeczeństwa, bo społeczeństwo nie ma jakiegoś kolektywnego sumienia, ale do nas, jednostek. Zatroskani o losy demokracji publicyści, politolodzy lub filozofowie, namawiają nas, żebyśmy nie byli bierni, bo jeśli nie głosujemy, nie mamy prawa do krytyki i w ogóle niczego nie zmieniamy, za to decyduje grupa łobuzów, którzy się nie lenią i na wybory jednak chodzą. Gdyby w cywilizowanym świecie zapanowała demokracja bezpośrednia, jak np. w Szwajcarii z systemem referendów na rozmaite tematy, w których cała ludność danego kantonu decyduje, zainteresowanie sprawami publicznymi musiałoby być jeszcze większe! Teraz bowiem wybieramy sobie „chłopców do bicia”, oczekujemy od nich odpowiedzialnych działań, a sami oddajemy się słodkiemu narzekaniu. W demokracji bezpośredniej musielibyśmy się osobiście zainteresować np. całą procedurą prawną przetargów na wywóz śmieci, szkolnictwem, mechanizmami stojącymi za budową dróg itd. itp.
Powiedzmy sobie szczerze – kto dzisiaj ma na to wszystko czas? Zajmując się zarabianiem na życie, własną edukacją, czy choćby poszukiwaniem źródła przetrwania, gdzie nam w głowie studiowanie życiorysów kilkudziesięciu osób. Osobiście wolę sobie poczytać w tym czasie Tukidydesa i szereg innych książek, których nie zdążyłem przeczytać w młodości. Szkoda mi czasu na czytanie programów wyborczych i ścieżek kariery ludzi, z których siłą rzeczy po wyborach kilkadziesiąt procent zniknie z przestrzeni publicznej, a w moim życiu nie odegra żadnej roli. W przypadku demokracji bezpośredniej wydaje się, że sytuacja byłaby jeszcze bardziej beznadziejna. Dlaczego np. miałbym oddawać się studiom urbanistycznym, skoro moja praca polega na czymś zupełnie innym, a zainteresowania idą w absolutnie odmiennym kierunku? Jeżeli więc nie oddam się fachowej analizie problemu, nad którym mam głosować, dlaczego w ogóle miałbym prawo o nim decydować? 

Siostra pewnego kolegi, która od kilku lat mieszka w Szwajcarii, mówi, że np. szwajcarskie dzieci nie mogą uczęszczać do najlepszych prywatnych szkół na świecie z językiem angielskim jako wykładowym, i to nie dlatego, że ich rodziców na to nie stać (niektórych nie stać, a niektórych stać oczywiście), ale że tak postanowiła ludność kantonu! A miejscowe szkolnictwo wcale nie reprezentuje wysokiego poziomu, dlatego często prominentne stanowiska zajmują cudzoziemcy. Nie oszukujmy się, vox populi nigdy nie gwarantował mądrości decyzji, a we wspaniałej demokracji ateńskiej jej świetność przypadła na faktyczne rządy jednostki (Peryklesa), który po prostu umiał czarować tłumy. 

Demokracja ateńska uzyskała swój modelowy kształt, kiedy wprowadzono diety dla obywateli uczestniczących w Zgromadzeniu Ludowym. W ten sposób polityką mogli się zająć nie tylko najbogatsi, którzy sami się utrzymywali, ale również najbiedniejsi, którym państwo na czas obrad zapewniało utrzymanie.  Ktoś jednak musiał na to pracować! Bogaci mieli dobrze ustawione interesy, które mogły kwitnąć pod bezpośrednim nadzorem jakiegoś metojka (rezydenta Aten bez obywatelstwa), zaś dla biednych uczestnictwo w życiu politycznym mogło być po prostu źródłem utrzymania. Po śmierci Peryklesa system ten zresztą ujawnił wszystkie swoje słabości. 

Naprawdę trudno sobie wyobrazić coś takiego we współczesnym świecie. Nie oderwiemy się od codziennych obowiązków, nie będziemy się interesować wszystkimi dziedzinami życia, bo często na zgłębienie tajników własnego zawodu nie starcza nam czasu. Dlaczego więc mielibyśmy decydować o czymś, o czym nie mamy pojęcia, albo jest ono bardzo mgliste? 

Oczywiście ostateczną instancją w wielu przypadkach jest tzw. zdrowy rozsądek, zwłaszcza w sprawach o naturze dość ogólnej, nie wymagającej szczegółowej wiedzy. Niestety coraz częściej trzeba podejmować decyzje o sprawach, w których jest ona jednak niezbędna. Dlaczego więc wtedy miałaby o nich decydować większość, która nie ma o nich zielonego pojęcia? 

Nie ma się co oszukiwać. Historia uczy, że zawsze rządzą grupy mniejsze, a nie całość społeczności. Elitarne struktury tworzą się nawet w komunach hippisowskich. W takim razie pojawia się kwestia autorytetu. Ponieważ jestem zwolennikiem niedowierzania autorytetom, mam duży dylemat. Oddając decyzję w jakiejś dziedzinie komuś, komu zaufałem, że zna się na tym lepiej ode mnie, nie mam tak naprawdę żadnej pewności, że tak rzeczywiście jest, a przy tym nic nie gwarantuje dobrej woli takiego człowieka. Mądry i etyczny tyran (nie zawsze w historii był to do końca oksymoron) mógł zdziałać dużo dobrego dla rządzonej przez siebie społeczności, ale z drugiej strony wiemy, że nieograniczona władza może dokonać spustoszenia w psychice tyrana, kiedy ten odkryje, że może praktycznie wszystko, w tym krzywdzić ludzi. 

Ponieważ nie ma dobrych rozwiązań, które mogłyby okazać się trwałe, przewiduję, że, jak to już nieraz w historii bywało, ludzkości nie czeka nic innego jak okresowe zmiany ustrojów politycznych, spowodowanych rozczarowaniem, albo wręcz znudzeniem (czynnika nudy wcale bym nie lekceważył – ludzie potrafią zacząć mącić nawet w okresie powszechnej prosperity). Sukces gospodarczy Chin pokazuje, że demokracja nie jest czynnikiem niezbędnym do jego osiągnięcia. Popularność Władimira Putina w Rosji pokazuje też, że większość wcale nie musi pragnąć demokracji. Jeszcze lepszym tego przykładem są kraje arabskie, gdzie działalność Amerykanów jako „misjonarzy demokracji” przynosi efekt wręcz odwrotny od zamierzonego.
Tyrani nigdy nie brali się znikąd. Najczęściej byli to po prostu populiści, którzy zdobyli sobie poparcie dołów społecznych. Do władzy dochodzili jako pogromcy arystokratycznych oligarchii. Potem ich ucisk powodował powszechne niezadowolenie, a to z kolei ich obalenie i albo powrót do oligarchii albo wprowadzenie bardziej demokratycznych form rządzenia.  I tak to się kręci, a jedyne co jest pewne, to zmiana.

czwartek, 13 listopada 2014

Czytając Tukidydesa



Kolega niedawno się skarżył, że trzy razy przerabiał historię starożytną (podstawówka, gimnazjum, liceum) i ani razu nie doszedł do II wojny światowej. Tak oczywiście nie powinno być i to się już zmieniło! Dzisiejsi uczniowie na pewno dochodzą w VI klasie do czasów najnowszych, potem w gimnazjum i liceum, gdzie kurs historii zorganizowano tak, że zaczyna się w gimnazjum i kończy w liceum, a więc się nie powtarza, również. 

Z drugiej strony warto sobie zdać sprawę z tego, że jeżeli ktoś nie lubi wkuwać dat i nazwisk, a z historii lubi wyciągać wnioski ogólne, historia starożytna dostarcza wystarczającego materiału do przemyśleń. Czytając historię starożytnego Rzymu poznajemy wszystkie strony ludzkiej psychiki oraz motywy ludzkich działań, które się generalnie jakoś nie zmieniają. Idąc w głąb dziejów należałoby przyjąć, że historia starożytnych Greków, narodu żyjącego w kilkudziesięciu państewkach wzajemnie uznających się za państwa helleńskie (czyli w jakimś stopniu „swoje”), wszystkich poza nimi uważając za barbarzyńców, może służyć za model zachowań ludzkich we współczesnym świecie. Rola ideologii politycznej (demokracja kontra oligarchia, do tego dyktatorzy-populiści zwani tyranami), a za nią ukryta brutalna siła. 

O wojnie peloponeskiej czytałem na studiach. To, co czytałem, to były jednak podręczniki akademickie i opracowania. Teraz wreszcie postanowiłem sięgnąć do źródła i przeczytać samego Tukidydesa. Jestem naprawdę pełen podziwu dla tak zadziwiająco „nowoczesnego” myślenia autora. To, co jednak „poraża”, to natura wszelkich sojuszy, którą ateński historyk przedstawia ze wszystkimi szczegółami. Historia starożytnej Hellady od wojen perskich do końca wojny peloponeskiej pokazuje jasno, że zawsze liczą się hegemoni, czyli supermocarstwa, natomiast sojusznicy są po prostu poddanymi. Ta piękna demokracja ateńska opiewana przez podręczniki do historii (a najpiękniej ujęta w przemówieniu Peryklesa właśnie w Wojnie peloponeskiej Tukidydesa) została przecież zbudowana na brutalnym wyzysku „sprzymierzeńców” ze Związku Ateńskiego. Los Eubei (ale wcale nie tylko tej jednej wyspy) pokazuje, że wszelki sprzeciw przeciwko uciskowi fiskalnemu „wielkiego brata” kończył się po prostu ludobójstwem, gdyż Ateńczycy wymordowali wszystkich mężczyzn, a kobiety i dzieci sprzedali w niewolę. 

Wielu współczesnych intelektualistów doszukiwanie się paraleli w historii, czy też traktowanie jej jako autentycznej mistrzyni życia, uważa za podejście błędne, a wręcz niedopuszczalne. Ja jednak uważam, że choć historia nigdy się nie powtarza, pewne mechanizmy jednak stale powracają, ponieważ sposób myślenia ludzi zmienia się niezwykle powoli, a nawet jak się zmienia, to jego głębokie struktury wydają się stałe.
Historia starożytnych Greków uczy również tego, że żaden układ polityczny nie jest trwały. Warto bowiem pamiętać, że okres świetności demokracji ateńskiej to ok. 50 lat między wojnami perskimi a wojną peloponeską. To co prawda „aż” pół wieku, ale z drugiej strony co to znaczy w porównaniu z pięcioma tysiącleciami znanej nam historii cywilizacji? Wzór pięknego ustroju uwzględniającego potrzeby i wolę wszystkich obywateli (choć nie imigrantów, kobiet czy niewolników), trwał stosunkowo krótko i opierał się na nieludzkim traktowaniu sojuszników (w rzeczywistości poddanych), a przy tym, kiedy zabrakło Peryklesa, człowieka, który tak naprawdę sam rządził, ale tak sprytnie, że wszystkim się wydawało, że to demokracja tak sprawnie działa, cały ustrój się zdegenerował i obnażył swoje słabości. Demokracja bowiem, jak żaden inny ustrój pokazuje jakie jest społeczeństwo. Nigdy natomiast nie było tak, że większość ma monopol na słuszność! Po śmierci Peryklesa do głosu zaczęli dochodzić demagodzy z co najwyżej drugiej ligi. Na dodatek Ateńczycy zebrali burzę, którą sami zasiali przez bezczelny wyzysk swoich „sprzymierzeńców”, którzy podczas wojny peloponeskiej bez skrupułów przechodzili na stronę Spartan.
Pamiętamy niedawną przecież historię ZSRR, którego byliśmy „najważniejszym sojusznikiem”. Wiemy, czym się ów sojusz manifestował, a Węgrzy i Czesi odczuli na własnej skórze, czym się kończy próba odejścia od linii narzuconej przez hegemona. My w tamtych czasach tęskniliśmy do hegemonii Stanów Zjednoczonych, ale przecież nie trzeba było być politologiem, żeby się orientować, że np. w Ameryce Łacińskiej polityka USA polegała na brutalnym wyzysku w postaci eksploatacji bogactw naturalnych i na popieraniu krwawych tyranów w zamian za popieranie amerykańskich interesów. 

Kiedy dzisiaj słyszę bliższych i dalszych znajomych, że np. powinniśmy się wypiąć na Amerykanów, a zbliżyć się do Rosji, to od razu zadaję pytanie „Jak miałby się niby zamanifestować nasz sojusz z Rosją?” Bo jakoś by musiał, a układ mógłby być tylko wasalny (Łukaszenka na Białorusi niby od czasu do czasu wygłosi „samodzielne” zdanie, w tym krytyczne na temat Rosji, ale on i tak jest sercem wasalem Rosji, a z kolei Putin od czasu do czasu lubi go upokorzyć; tak samo zresztą było z byłym prezydentem Ukrainy, Janukowyczem). Inni znajomi z kolei mówią, że Polacy są „tacy głupi”, bo albo popadają w wasalną zależność od ZSRR, albo teraz od Jankesów, albo od Niemców (w postaci UE). Niestety sojusze kosztują. Na całkowitą samodzielność, trzeba to sobie otwarcie powiedzieć, nas nie stać. To, o czym powinniśmy dyskutować, to umiejętność wyrabiania sobie lepszej pozycji w układzie sojuszniczym, bo tutaj wiele byłoby do zrobienia. Gdybyśmy mieli być samodzielni, musielibyśmy sami stać się hegemonami, co z pewnością by się nam marzyło, ale niestety nie posiadamy niezbędnych środków. 

Na koniec przytoczę ustęp 76. Wojny peloponeskiej Tukidydesa. Jest to fragment mowy poselstwa ateńskiego do Zgromadzenia Spartan, w którym ostrzegają tych ostatnich przed opowiedzeniem się po stronie Koryntu w jego sporze z Atenami. Oczywiście w starożytnych pismach przemówienia nigdy nie są dosłownym odtworzeniem słów, które padły w rzeczywistości, ale tak czy inaczej oddają myśl autora, który genialnie ujął naturę polityki międzynarodowej. 


Przynajmniej wy, Lacedemończycy, sprawujecie hegemonię nad państwami peloponeskimi urządziwszy w nich wszystko zgodnie z waszą korzyścią; gdybyście zaś wówczas wytrwali do końca i dzierżąc hegemonię popadli w nienawiść tak jak my, to wiemy dobrze, że nie mniej bylibyście twardzi dla sprzymierzeńców: musielibyście bowiem albo rządzić silną ręką, albo sami narazić się na niebezpieczeństwo. Nie zrobiliśmy zatem nic nadzwyczajnego ani niezgodnego z naturą ludzką, jeśli ofiarowaną nam władzę przyjęliśmy i jeśliśmy jej z rąk nie wypuścili kierując się najbardziej naturalnymi pobudkami: strachem, honorem i względami na korzyść. I znów nie my pierwsi wprowadziliśmy zasadę siły: zawsze istniała zasada, że słabszy ulega mocniejszemu. Sądziliśmy, że jesteśmy w prawie nadal tak postępować, i wam także tak się wydawało; teraz dopiero, kierując się swoją korzyścią, zaczynacie posługiwać się argumentami prawa i sprawiedliwości, którego nikt jeszcze nigdy nie postawił przed argumentem siły, i który jeszcze nigdy nikogo nie pohamował w pędzie zdobywczym, jeżeli się zdarzyła do tego sposobność. Godni pochwały są ci, którzy – choć ulegają wrodzonej ludziom chęci władzy – są jednak sprawiedliwsi, niżby mogli być mając siłę. Gdyby inni znaleźli się w naszej sytuacji, wówczas przez porównanie najlepiej by się okazało, czy postępujemy umiarkowanie, czy też nie; nam zaś nasze łagodne postępowanie niesłusznie przysporzyło więcej niesławy niż uznania.