czwartek, 31 maja 2012

Reagować czy nie reagować, czyli pomyłka amerykańskiego prezydenta a rosyjscy kibice


Wczoraj pisałem o ciekawych powiązaniach studiowanych przedmiotów i poglądach politycznych. Oczywiście sam wykorzystałem pewien stereotyp, a więc historyk-polski tradycjonalista, anglista-zachodni liberał/lewak. Oczywiście takie postawienie sprawy byłoby strasznym uproszczeniem. Tymczasem dzieją się wokół nas takie rzeczy, czy też pojawiają takie problemy, które jednym się wydają błahe i niewarte uwagi, bo przy odrobinie dobrej woli i chęci porozumienia można by je wszystkie wyjaśnić, zaś dla drugich są sprawą życia i śmierci.

Jednym z takich problemów jest kwesta „Polish death camps”, którego to terminu użył ostatnio niefortunnie amerykański prezydent Barack Obama. Historycy i hurra patrioci szaty rozdzierają z okrzykiem „pamięć narodu naszego mordują i bezczeszczą!”, „o zbrodnie nie popełnione oskarżają!” itd. itp. Angliści, którzy posiadają jednak pewną świadomość językową, mogą wzruszyć ramionami i powiedzieć, że jest to określenie czysto geograficzne. Oświęcim czy Sobibór leżą na terenie Polski, więc są polskie. Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto się interesuje problemem holokaustu, nie wiedział, że były to obozy założone i prowadzone przez Niemców. Sławomir Sierakowski stwierdził nawet, że zwrotu „polski obóz” użyła sama Zofia Nałkowska w „Medalionach”, co skrzętnie sprawdziłem i faktycznie ten lewicowy publicysta się nie myli. W rozdziale „Dorośli i dzieci w Oświęcimiu” pisarka użyła słów:

Nie dziesiątki tysięcy i nie setki tysięcy, ale miliony istnień człowieczych uległy przeróbce na surowiec i towar w polskich obozach śmierci. Oprócz szeroko znanych miejscowości, jak Majdanek, Oświęcim, Brzezinki, Treblinka, raz po raz odkrywamy nowe, mniej głośne.

Z całą pewnością chodziło więc o obozy znajdujące się na terenie Polski, w odróżnieniu od „austriackiego obozu” w Mauthausen-Gusen, czy „niemieckiego” w Dachau. Grupa publicystów i polityków już ogłosiła, że pomyłka Obamy niczym wielkim nie jest, a strona polska reaguje histerycznie.

Generalnie już bym się nawet z takim podejściem zgodził, gdyby nie fakt, że nie wszyscy na świecie są historykami, nie wszyscy interesują się holokaustem i fraza „polski obóz koncentracyjny” czy „polski obóz zagłady” tworzy natychmiastowe skojarzenie – „Zagłada Żydów-Polacy”. Sławomir Sierakowski ma rację mówiąc, że istniał polski antysemityzm przed wojną, podczas wojny oraz, że istnieje dzisiaj. Prawdziwy jest przytoczony przezeń fragment sprawozdania Jana Karskiego, który wyraźnie wspomina o bezdusznej postawie wielu Polaków wobec zagłady swoich żydowskich współobywateli. O tym, podejrzewam, będziemy jeszcze w Polsce nieraz dyskutować. Rzecz jednak w tym, żeby nie tworzyć skojarzenia, że regularne „fabryki śmierci” jakimi były zorganizowane z niemiecką precyzją obozy zagłady, były tworami polskimi. Nie były i nikt nie powinien ich z Polakami kojarzyć.

Na ironię zakrawa fakt, że Amerykanie wcale nie są tacy „cool” jeśli chodzi o precyzję pewnych zwrotów językowych. Śmiertelnym grzechem jest użycie słowa „negro” – murzyn, które niegdyś było słowem neutralnym („nigger” było zawsze obraźliwe), bardzo nieładnie jest też użyć słowa „black”, choć jeszcze w latach 60. amerykańscy czarnoskórzy tak właśnie chcieli, żeby ich nazywano. Obecnie trzeba mówić „African American” lub „Afro-American” bo inaczej jest po chamsku.

Bardzo nietaktowne jest użycie „niemiecki obóz koncentracyjny”, bo to mogłoby urazić cały naród niemiecki, a przecież nie wszyscy byli hitlerowcami. Stąd używa się przymiotnika „nazi”, ale nigdy „German”. To też jest temat na bardzo długą dyskusję na temat współodpowiedzialności całego narodu niemieckiego za hitlerowskie zbrodnie, ale dla spójności tekstu, zostawmy ten problem.

Tymczasem do Polski przyjedzie niedługo niemała rzesza rosyjskich kibiców piłkarskich, których jeden z liderów oświadczył niedawno, że  „[m]y inaczej traktujemy radzieckie symbole, nasi ojcowie i dziadowie walczyli z faszystami i między innymi wyzwalali tę Polskę”. No właśnie, oni to robią inaczej, bo tak ich wychowano i nauczono. W Rosji nie ani o jotę nie zmieniono polityki wobec edukacji historycznej. Pomimo carskiego sztafażu, jaki stosuje Władimir Putin, jest to kraj nawiązujący przede wszystkim do tradycji sowieckiej i wychowujący nowe pokolenia w duchu uwielbienia dla legendy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. W zeszłym tygodniu kanał HBO pokazał dokument o miłośnikach internetowych gier polegających na wcielaniu się w role pilotów z czasów II wojny światowej. Grają w nie Polacy, Anglicy, Niemcy, Rosjanie i inne nacje. Co jakiś czas pokazywano wywiady z poszczególnymi graczami, którzy przy okazji obnażali swoje poglądy polityczne. Jeden z Rosjan oburzał się, że młode pokolenie Niemców mówi, że to przecież nie oni zabijali w czasie II wojny światowej. „Nu kak nie ty, kak nie wy?” pyta oburzonym głosem młody Rosjanin, który domaga się od kolejnego pokolenia Niemców wzięcia odpowiedzialności za zbrodnie dziadków i pradziadków. A kto jej nie bierze, to wg niego człowiek bez honoru. No i gadaj tu z takim.

Tymczasem o ile Niemcy ze wstydem uczą kolejne pokolenia o zbrodniach, jakie ich naród popełnił pod wpływem zbrodniczej ideologii Hitlera, to kolejne młode pokolenia Rosjan nie wiedzą nic o zbrodniczym charakterze sowieckiego komunizmu. Nie wiedzą o zbrodniach wobec własnego narodu, o łagrach czy o Wielkim Głodzie specjalnie wywołanym na Ukrainie przez Stalina, tak samo jak nie wiedzą o zbrodniach wobec Polaków, począwszy od zdradliwej napaści na spółkę z Niemcami, poprzez Katyń i zwalczanie partyzantki Akowskiej. Młodzi Rosjanie nie znają faktów. Gdyby to była kwestia interpretacji historii, sprawa byłaby dość skomplikowana, bo oczywiście każdy ma swój punkt widzenia, ale wtedy można byłoby przynajmniej jakoś dyskutować. Gdybyśmy mogli powiedzieć, że ci Rosjanie to podłe dranie, którzy nas zawsze nienawidzili i nienawidzą teraz, sprawa byłaby z kolei prosta i nie byłoby się nad czym zastanawiać. Tymczasem problem polega na tym, że ci młodzi Rosjanie w większości święcie wierzą, że to oni mają rację, bo tak im od dziecka wbijano do głowy. Oni naprawdę wierzą w to, co komunistyczne władze bezskutecznie chciały nam wpoić za PRLu. U nas to się nie udało, a u nich i owszem. Jeśli przyjadą młodzi Rosjanie i będą u nas robić zadymy wynikające ze szlachetnych acz kompletnie błędnie założonych pobudek, to niestety nie będzie już czasu na ich reedukację.

Tą rosyjską zsowietyzowaną młodzież wspominam w tym momencie m.in. z tego powodu, że naprawdę nie wolno lekceważyć nauk płynących z historii. Nie można wygadywać głupot, że jakiś tam szczegół mi się nie przyda, bo oto można oberwać bardzo konkretnie po łbie i nie wiedzieć nawet dlaczego.

Jestem przekonany, że Barack Obama przeczytał, to co mu napisano i z pewnością przyjął przymiotnik „polskie” jako termin geograficzny. Najprawdopodobniej ten, który mu to pisał, również tak to traktował. Niemniej później z takich nieświadomych (a przecież w niektórych przypadkach z pewnością świadomych) „przejęzyczeń” rodzą się pokolenia młodych ludzi, Żydów i nie tylko, którzy do historii się specjalnie nie przykładali, ale w telewizji wpadł im w ucho zwrot „polski obóz śmierci”, więc pewnie ci Polacy to naród zbrodniarzy.

Uważam, że polski rząd, tak samo jak wcześniej niejednokrotnie Fundacja Kościuszkowska, zrobił dobrze domagając się od prezydenta Obamy sprostowania, tak samo jak wcześniej niejednokrotnie Fundacja Kościuszkowska domagała się zakazu używania zwrotu „polskie obozy koncentracyjne” od amerykańskich organizacji dziennikarskich. Nie jesteśmy w stanie wymóc na prezydencie Obamie, żeby sam publicznie się pokajał i przeprosił Polaków za tę pomyłkę. Sprostowania, jakie nastąpiło powinno nam na razie wystarczyć i nie ma się co wygłupiać eskalując żądania przypierające amerykańskiego prezydenta do muru. Nie zgadzam się natomiast z tezą, że ten problem można sobie lekceważyć. Na każdą wzmiankę o „polskich obozach” należy grzecznie, ale stanowczo reagować, tak samo jak na słowo „nigger” czy nawet „negro”. Jest to akcja przeciwko zniesławianiu Polski, taka sama, jakie przeprowadzają organizacje żydowskie przeciwko zniesławianiu ich narodu. To nie powinny być wybuchy histerii z wielkimi słowami, typu „hańba”, czy „antypolski spisek”, ale stanowcze protesty przeciwko zwrotowi, którego sobie nie życzymy. Słowo „negro” też nie było obraźliwe, ale kiedy sami zainteresowani stwierdzili, że go sobie nie życzą, to czynniki oficjalne, w tym władze i media, to uznały. Domaganie się usunięcia z przestrzeni publicznej zwrotu zwodniczego i budzącego zdecydowanie złe skojarzenia powinno się stać naszym wkładem w amerykańską, i nie tylko, poprawność polityczną, którą kiedyś nazywano po prostu dobrymi manierami.

środa, 30 maja 2012

Wpływ uprawianej dziedziny wiedzy na światopogląd


Wszedłszy na stronę poświęconą szamanizmowi azjatyckiemu i północnoamerykańskiemu od razu rzuciła mi się w oczy informacja o jednym z jej animatorów, który jest uniwersyteckim antropologiem kultury. Fakt ten przypomniał mi o pewnej prawidłowości, którą już wcześniej zaobserwowałem, choć udowodnienie jej istnienia wymagałoby długich i pogłębionych badań. Chodzi mianowicie o to, że przedmiot studiów bardzo często wiąże się bądź to z poglądami politycznymi bądź w ogóle ze światopoglądem studiującego. Oczywiście pozostaje pytanie, czy ktoś wybiera konkretne studia, ponieważ chce w nich znaleźć potwierdzenie swoich przekonań, czy też to przedmiot owych studiów determinuje i kształtuje poglądy studenta.

Kiedy podjąłem studia anglistyczne dość szybko zorientowałem się, że spora grupa moich wykładowców ma poglądy lewicowe, ale nie komunistyczne, tylko takie, które komuniści określali jako lewackie. Ze sposobu przedstawiania problemów, czy też doboru tematów do dyskusji, można było jasno wywnioskować, że bliskie są im idee feminizmu, tolerancji i afirmacji homoseksualizmu, czy wielokulturowości. Było to tak widoczne, że w pewnym momencie student mógł sobie wyrobić zdanie o Anglikach czy Amerykanach, jako o społecznościach niezwykle otwartych i tolerancyjnych. Oczywiście poglądy lewicowe, czy też liberalne, jak się je nazywa w Stanach Zjednoczonych, mają rzesze zwolenników w krajach anglosaskich, ale nie znaczy to, że brakuje tam homofonów, ksenofobów czy rasistów. To jednak w tym wypadku nie ma większego znaczenia, bo to, co się liczy to fakt, że anglosascy intelektualiści, których czytają nasi naukowcy, często mają poglądy lewicowe, a czasem wprost marksistowskie.

Na historii było nieco inaczej. Część kadry naukowej to był po prostu komunistyczny beton i o nich można by było nie wspominać, gdyby nie fakt, że ich marksizm był właśnie taki toporny, siermiężny i skostniały, pojmowany po doktrynersku, co z drugiej strony nie powinno dziwić, bo przecież na tym polegał realny socjalizm. Inni, choć mogli nawet formalnie należeć do partii, specjalnie nie ukrywali swoich dość konserwatywnych poglądów. Prawda jest taka, że po upadku komuny w 1989 roku ci pierwsi nadal mieli się dobrze w strukturach uniwersyteckich, choć być może niektórzy zaczęli nieco rewidować swoje podejście do wykładanych tematów (generalnie dość wątpliwe). Tymczasem jednak kadrę zaczęła zasilać pewna grupa moich nieco starszych i młodszych kolegów, tudzież rówieśników, a ich poglądy od komunizmu były jak najdalsze. Niektórzy zasilili kadrę Instytutu Pamięci Narodowej, ponieważ byli pasjonatami historii PRLu badanej oczywiście od strony komunistom przeciwnej. Wystąpienia historyków telewizyjnych to najczęściej zdecydowana krytyka struktur Polski Ludowej. Natomiast koleżanki i koledzy zajmujący się historią Żydów, niejako siłą rzeczy stają się filosemitami.

Czy to dobrze, czy źle? Nie powiem, że to pytanie jest źle postawione, ponieważ byłoby to tak naprawdę wymigiwanie się od odpowiedzi. Jednakże jej znalezienie nie jest wcale łatwe. Wszyscy bowiem żyjemy złudną wiarą w obiektywizm nauki. Najgorzej jest, kiedy sami uczeni badacze podzielają tę wiarę. Obawiam się, że wśród historyków jest ona dość powszechna i że zrelatywizowanie ich pracy i sprowadzenie do tekstualności u niejednego wywoła poirytowanie, czy wręcz agresję. Tymczasem, należy się zgodzić z hermeneutykami, że w momencie czytania jakiegokolwiek tekstu (w tym źródła historycznego), od razu go interpretujemy poprzez pryzmat naszych dotychczasowych doświadczeń i przekonań. Od błędnego koła nie ma ucieczki. Owszem, ktoś się czasami może zdobyć na wyczyn przyznania się do zmiany poglądów pod wpływem zestawu faktów, ale tak czy inaczej, raczej nikt nie przystępuje do jakichkolwiek badań jako tabula rasa. Rzadkie przypadku obalenia błędnego założenia udowadniają, że to założenie jednak musiało być. Ono zresztą było niezbędne, jako element warsztatu badacza. Stawiamy hipotezę i albo ją uprawdopodobnimy (czasem nawet udowodnimy), albo obalimy.

Specjaliści od literatury krajów anglojęzycznych nabywają pewnego sposobu myślenia, który pozwala im się wczuć w mentalność i kulturę bohaterów czytanych przez siebie utworów, a przeczytanie odpowiedniej ich liczby siłą rzeczy musi ich nieco wyobcować z poetyki stosowanej „ku pokrzepieniu serc”. W związku z tym patriotyzm pojęty jako cześć dla jakichś haseł może być czymś, co ich wręcz od niego będzie odstręczał, choć nie znaczy to wcale, że są mniej z własnym krajem związani emocjonalnie. Gdyby się jednak spotkali z historykiem, mogliby nie zrozumieć czegoś, co dla polskiego historyka jest oczywiste – skoro on wie, że w przeszłości było tak i tak, to dlaczego ktoś inny nie chce tego słuchać i popełnia te same błędy? Ano dlatego, że wielu przedstawicieli innych dziedzin humanistyki niż historia w ogóle nie wierzy w wartość nauk z niej płynących. Jako znawcy tekstów, mogą się upierać, że to nie żadne fakty historyczne wpływają na rzeczywistość, ale narracje, jakie ludzie wokół nich tworzą. A to już przecież czysty relatywizm i postmodernizm, a więc coś, co historyka irytuje w stopniu najwyższym. 

Biologowi trudno będzie uwierzyć w chrześcijańskiego Boga, choć o dziwo znam kilku głęboko wierzących lekarzy (znam też wielu kompletnych ateistów). Historycy zajmujący się historią najnowszą często są konserwatywnymi katolikami, ale osobiście uważam, że jeśli ktoś przykładał się do historii starożytnego Bliskiego Wschodu, ten niekoniecznie musi takim pozostać. 

Uniwersytety to przedziwne instytucje. Przecież na jednej uczelni może istnieć wydział teologii, i równocześnie departament składający się z samych zaciekłych ateistów. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy to dobrze czy źle, znowu miałbym spory problem z odpowiedzią, ponieważ z jednej strony nadal jestem fanatykiem poszukiwania jakiejś uniwersalnej prawdy, a z drugiej wiem, że obiektywizm jest jednak jedynie pewną piękną utopią.

wtorek, 29 maja 2012

O Günterze Grassie i pisaniu wierszy na polityczne tematy


Trudno mi powiedzieć, czy niemiecki noblista, Günter Grass, ma całkowitą rację, w swoim wierszu bezwzględnie oskarżając państwo Izrael o zagrożenie dla pokoju światowego. Trudno mi też powiedzieć, czy słusznie robi pisząc inny wiersz w obronie Grecji przeciwko planowi oszczędnościowemu narzucanemu Grekom przez bankowy system najzamożniejszych krajów Europy (czytaj: jego własnego kraju, czyli Niemiec). Odnoszę wrażenie, że z Güntera Grassa wychodzą jakieś słowiańskie geny, i że facet wyraża bunt wobec uładzonego germańskiego poczucia porządku, odpowiedzialności i posłuszeństwa wobec oficjalnej politycznej linii reprezentowanej przez rząd w Berlinie. Ponieważ również mam naturę taką, że nie przepadam za ustalonym porządkiem świata i nic nie napawa mnie takim obrzydzeniem, jak wielkie grupy ludzi stanowiące towarzystwo wzajemnej adoracji i komplementacji W jakimś stopniu jest to moja fatalna wada, ponieważ wcale nie chcę odgrywać roli trolla celowo psującego wszelkie dyskusje na forach internetowych, a jedynie adwokata diabła, który lekko prowokuje do dyskusji i nie pozwala zasklepić się w samozadowoleniu wzmacnianym przez poparcie grupy odgrywającej rolę właśnie towarzystwa wzajemnej adoracji, ale zasadniczo nie jest tej grupy wrogiem pragnącym jej zagłady.

W tym sensie postawa autora Blaszanego bębenka jest mi bardzo bliska. Ja nie wiem, może Izrael inaczej nie daje rady, może musi prowadzić politykę oblężonej twierdzy z tą różnicą, że na dodatek wyznaje zasadę, że najlepszą obroną jest atak, ale fakty są takie, że jest to bodaj jedyny kraj na świecie, którego populacja jest relatywnie znikoma, a który prowadzi całkowicie samodzielną politykę, nie licząc się z uwarunkowaniami międzynarodowymi. Na taką swobodę decyzji pozwalają sobie jedynie Stany Zjednoczone, Rosja i Chiny. Mocarstwa europejskie są uwikłane w taką sieć wzajemnych powiązań, a przede wszystkim zobowiązań, że ich wola polityczna jest często sparaliżowana.

Grecki styl życia niewątpliwie daleko odbiega od niemieckiej dyscypliny i pracowitości, ale on się skądś wziął i skoro przez tyle lat nikomu nie przeszkadzał, dlaczego cały świat nagle wymaga od Greków, żeby stali się jakimiś oszczędnymi i pracowitymi protestantami? Osobiście naprawdę denerwuje mnie, kiedy grecki emeryt przed telewizyjną kamerą narzeka, że miał emerytury 1700 euro, a teraz mu ją obcięli i dostaje tylko 1200 euro. Jeżeli słyszę, że Polska przeznacza jakieś pieniądze na pomoc takiemu krajowi, w którym emeryci dostają 1200 euro, i w którym prawie nikt nie płaci normalnych podatków, to trafia mnie szlag i macham ręką na Greków. Taki jest odruch  mieszczańskiej strony mojej natury, ale w tym samym czasie „ciemna strona mocy”, która mnie ciągnie gdzieś do Kozaków na Zaporoże, albo do szemranej knajpy, czy też na koncert punk-rockowy, każe mi się buntować przeciwko grupie facetów w uniformach (czyt. garniturach i krawatach), którzy całemu światu mówią jak należy żyć, a więc ciężko harować, oszczędzać i gromadzić bogactwa (jak mawiał mój zmarły przyjaciel „robić pod siebie”). Mieszczańska strona mojej natury mimo wszystko przeważa, ponieważ wszelka alternatywa prawdopodobnie zaprowadziłaby mnie do zagłady, ale mam duże zrozumienie dla tych, którzy nie chcą codziennie jeździć w garniturach i krawatach na 8 godzin do biur i być trybikami w machinie sterowanej przez jakichś niemieckich czy francuskich facetów w garniturach i krawatach.

W całej sprawie Güntera Grassa pojawia się jednak jedno wielkie „ale”. Dlaczego autor genialnych powieści wyraża swoje polityczne poglądy w postaci grafomańskich wierszy? Proszę o wybaczenie, ale każdy wiersz zaangażowany w konkretny problem polityczny uważam za grafomański. Kiedy Jarosław Marek Rymkiewicz, polski poeta, którego świetne wiersze pamiętałem z początku lat 80. ubiegłego stulecia, napisał swoje rymowane manifesty polityczne adresowane do Jarosława Kaczyńskiego, uznałem to za morderstwo na poezji. Zbigniew Herbert, który poglądy miał bardzo zbliżone do tych, jakie dzisiaj reprezentuje Jarosław Kaczyński, i który również pisał poezję, nie zniżał się do tworów okolicznościowych pisanych na potrzeby bieżącej sytuacji politycznej i dlatego pozostaje wielkim poetą.

Günter Grass może ma trochę racji, może ma jej dużo, a może nie ma jej wcale. Problem w tym, że o tym zadecyduje rzeczywistość polityczna. Wielki literat może się oczywiście wypowiadać na każdy temat, ponieważ ma do tego prawo jako człowiek i obywatel. Może swoim wypowiedziom nadać formę powieści, a nawet wiersza, o ile dostatecznie z konkretnej sytuacji wyabstrahuje wystarczającą ilość ponadczasowej prawdy. Prawdy uniwersalnej, z której ludzkość będzie mogła czerpać jeszcze długo po śmierci autora. Jeżeli ktoś pisze wiersz „na temat” , a w dodatku na temat konkretnej bieżącej sytuacji politycznej, która, jak wiadomo, w przeciągu kilku/kilkudziesięciu lat może się diametralnie zmienić, robi rzecz niewłaściwą – degraduje poezję jako taką oraz siebie jako autora. Niemiecki noblista z pewnością ma aż nadto okazji do wyrażania swoich opinii politycznych. Czy jednak zaraz musiał pisać o tym wiersze?

Słuchać-nie słuchać, czyli o stereotypach na temat narodów-gospodarzy tworzonych przez Polaków


Często rozmawiamy o stereotypach i o ich zwodniczości. Stereotypy zastępują wysiłek umysłowy przy poznawaniu każdego nowego człowieka, zaoszczędzają nam więc wiele wysiłku, a może nawet bólu, jaki wywołuje konieczność myślenia.

Najczęściej mówimy o stereotypach krzywdzących, skazujących całe nacje, czy rasy na potępienie. Stereotypy są przedmiotem poważnych badań naukowych. Ja chcę poświęcić kilka słów stereotypom narodów-gospodarzy budowanym przez Polaków-emigrantów.

Podczas naszych zeszłorocznych rzymskich wakacji, mieliśmy okazję porozmawiać z Polakami, którzy w wyniku dwudziestu lat budowania gospodarczego raju we własnym kraju, z zupełnie niewiadomych powodów postanowili zamieszkać i pracować w spiekocie włoskiego słońca. W krajach, które otworzyły się na naszą emigrację po roku 2004, nasi rodacy trzymają się w mniejszych lub większych skupiskach razem, najczęściej kisząc się we własnym sosie. Bardzo popularny jest stereotyp Polaka, który drugiego Polaka w łyżce wody by utopił i nie jest on pozbawiony podstaw. Niemniej można znaleźć niemałą liczbę przykładów prawdziwej ludzkiej solidarności i przyjaźni. Nie jest lekko, ale nie jest też tak, że każdy Polak to zaraz polakożerca, choć oczywiście tych ostatnich nie brakuje.

Nie o Polakach chciałem jednak pisać, a o przedstawicielach narodów, wśród których Polacy żyją. W tym wypadku o Włochach oczami niektórych Polaków.

Jeszcze na lotnisku w Warszawie zagadała nas kobieta ok. trzydziestki, która wg swojej opowieści, jechała na egzamin, gdyż w Rzymie studiuje prawo. Od lat tam mieszka i zna Włochów na wylot. Prawdopodobnie odczuwała ogromną potrzebę rozmowy, ponieważ aż do wejścia na pokład opóźnionego samolotu, musieliśmy wysłuchać jej wywodów na temat tego, jak to Włosi nas nienawidzą i gardzą nami. Co tam nami? Oni tak samo traktowali naszego papieża! Włoscy mężczyźni zaś to sami brutalni erotomani i chamy, po czym nastąpił szczegółowy opis sytuacji, w której taki obleśny Włoch dobierał się do naszej rozmówczyni. Po gwałtownych deklaracjach braku potrzeby posiadania męża czy narzeczonego, oraz niestety po powierzchowności kobiety, doszedłem do wniosku, że ta historia mogła być albo jej fantazją, albo próbą racjonalizacji swojego braku powodzenia. To są jednak tylko moje przypuszczenia. Podsumowując jednak, to naprawdę dziwne jest mieszkanie kilku dobrych lat w środowisku, którego się nienawidzi i uważa za podłe i wobec naszej nacji pogardliwie nastawione. To musi wynikać z jakiejś desperacji.

Nasi znajomi, do których jechaliśmy, też opowiadali nam różne rzeczy o Włochach, w tym o ich arogancji, niechęci do pomocy, chamskim zachowaniu.

Oczywiście tygodniowy pobyt gdziekolwiek nie może być żadną podstawą do wyrobienia sobie opinii o jakiejś większej grupie, nie mówiąc już o narodzie. Niemniej, we wszystkich lokalach gastronomicznych, a codziennie jadaliśmy gdzie indziej, byliśmy obsługiwani z szacunkiem, miło i nikt nas nigdy nie oszukał przy płaceniu (raz tylko przepłaciłem za kapelusz, który kupiłem od chłopaków z Bangladeszu). Ludzie pytani o drogę odpowiadali uprzejmie i wyczerpująco. Zresztą nie pytani również, ponieważ kiedy rozłożyliśmy mapę w celu sprawdzenia jakiegoś punktu, natychmiast jakiś starszy przechodzień zaoferował nam swoją pomoc w pokazaniu drogi. Bardzo pomocni byli kierowcy autobusów, czy policjanci (no ci ostatni niewiele pomogli, bo sami nie wiedzieli, ale mocno się starali).

Skąd taka rozbieżność opinii. Rozumiałbym, że uprzejmi są kelnerzy czy sklepikarze, bo to część ich marketingu, ale kierowcy autobusów nie liczyli przecież na napiwek. Osobiście miałem nieodparte wrażenie, że Włosi, których spotkałem, są jak Polacy, których pamiętałem z dzieciństwa – którzy często potrafili pomóc obcemu z powodu swojej… towarzyskości (?), chęci nawiązania kontaktu z kimś „egzotycznym”, a może z samej potrzeby bycia użytecznym. Nie wiem. W każdym razie dobrze się czułem w tych krótkich kontaktach z Włochami.

A może wszystko zależy od tego, jak kto kogo odbiera? Może nasze bezradne, ale sympatycznie uśmiechnięte fizjonomie, wzbudzały w nich naturalne poczucie odpowiedzialności za gości we własnym mieście? Może to trochę tak jak z tymi kwantami, które zachowują się inaczej jak się je obserwuje? Może wszystko zależy od tego, kto obserwuje?

niedziela, 27 maja 2012

O tym jak wirtualnie "w pysk" dostałem


Do niedawna wydawało mi się, że monopol na tzw. oszołomstwo, ma żelazny elektorat PiS. Znam pewnych polityków związanych z tą partią i wiem, że oni oszołomami nie są, choć z ich poglądami się nie zgadzam, ale całe mnóstwo elektoratu jest. Oszołomstwo pojmuję jako postawę fanatycznego entuzjazmu wobec własnych idei bez liczenia się z rzeczywistością, w tym tą społeczną, połączonym z bezwarunowym zamknięciem na dyskusję.

Wydawało mi się, że zwolennicy PO to raczej wyrachowani pragmatycy, z którymi też się nie zgadzam, ale z którymi przynajmniej można porozmawiać na gruncie faktów. Tymczasem oszołomstwo po stronie PO ma się dobrze i ideologiczne zacietrzewienie zwolenników tej partii potrafi być równie impregnowane na rzeczywistość, co żelazny elektorat partii przeciwnej.

Profesor Leszek Balcerowicz wypowiedział się na temat „Solidarności” w takim oto duchu, że związek ten nie ma nic wspólnego z wielkim związkiem zawodowym, który wprowadził kraj na drogę rozwoju gospodarczego (czyt. gospodarki wolnorynkowej), bo teraz ten rozwój hamuje. Pan poseł Jerzy Borowczak z PO umieścił link do tej wypowiedzi na Facebooku. Ponieważ lubię wsadzić kij w mrowisko, zwłaszcza kiedy wszyscy komentatorzy zaczynają dąć w jeden róg, wyraziłem zdanie, że po pierwsze „Solidarność” jest związkiem zawodowym, a więc organizacją z definicji socjalną i roszczeniową, a po drugie, to akurat profesor Balcerowicz nie powinien się na ten temat wypowiadać, ponieważ jest reprezentantem strony na linii pracodawca-pracobiorca przeciwnej. Wiemy, jakie poglądy ma profesor Balcerowicz i mniej więcej wyobrażamy sobie, jakie zadania stawia przed sobą związek zawodowy. Nie można mieć pretensji do wrony, że kracze, do psa, że szczeka, ani do zebry, że ma paski.

Na to otrzymałem kilka odpowiedzi, z których wynikało, że obecna „Solidarność” jest związkiem archaicznym, porównywalnym do takich z lat 70. ubiegłego stulecia, zaś obecnie związki zawodowe w krajach wysoko rozwiniętych gospodarczo współpracują z zarządami firm w celu rozwoju przedsiębiorstwa. Fantastycznie, tylko, że Polska nie jest jeszcze wysoko rozwiniętym gospodarczo krajem. Nie przekonują mnie pochwalne artykuły z prasy niemieckiej czy brytyjskiej, ponieważ owszem, zrobiliśmy duży postęp, jeśli chodzi o infrastrukturę i Polska faktycznie na zewnątrz wygląda kolorowo, ale przecież nie można zaprzeczyć, że jesteśmy z krajem, gdzie przepaść między zarobkami a cenami jest ogromna i do krajów Zachodu jest nam pod tym względem bardzo daleko.

Jako przykład przytoczyłem poziom życia, a jako przykład tego przykładu możliwość całkiem przyzwoitego życia na zasiłku dla bezrobotnych. Oczywiście to sprowokowało pewną strategię heurystyczną polegającą na przyczepieniu się szczegółu i rozwinięciu ataku po tej linii. „A gdzie jest taki kraj, gdzie na bezrobociu można spokojnie żyć?” spytał jeden z interlokutorów, który na dodatek zaatakował mnie ad personam, twierdząc, że skoro uważam, że życie na zasiłku to coś fajnego, to muszę być niezłym pasożytem społecznym. No fajnie, myślę sobie, ale postanowiłem tę obraźliwą uwagę zignorować, bo po prostu wiem, że jest to zwyczajny polski sposób dyskusji tak dobrze znany z forum Onetu. Oczywiście, że świadome życie z zasiłku jest haniebną formą pasożytnictwa i co do tego nie ma wątpliwości. Niemniej, jeśli już przytaczać przykłady, to naprawdę znam osobiście rodowitych Anglików (żadnych tam imigranckich cwaniaczków), którzy tak żyją. Tylko, że to oczywiście nie o to w całej dyskusji chodziło.

Rzecz sprowadza się po prostu do tego, że PO-wskie myślenie oszołomskie polega na tym samym braku kontaktu z rzeczywistością, jaką cechował się Edward Gierek. Jak to? Przecież jest byczo, Polska rośnie w siłę a ludziom żyje się dostatniej, a tu jakaś tam „Solidarność”? Jacyś niezadowoleni? Skąd oni się w ogóle wzięli? Bieda? To niemożliwe! To nieroby i awanturnicy po prostu! Każdy przecież może założyć firmę i zostać Rockefellerem! Dlaczego tego nie robią?

Najśmieszniejsze jest to, że w jakimś stopniu mógłbym się w pewnych przypadkach zgodzić z takim rozumowaniem. Jest oczywiste, że wielu naszych rodaków to ludzie z wyuczonym nieudacznictwem (wcale nie naturalnym), że wielu woli narzekać i popijać piwko w gronie sobie podobnych. Tak się niewątpliwie również dzieje. Jednakże wrzucanie do jednego worka z nimi ludzi, którym akurat rozwiązano firmę, albo pracodawca zbankrutował i znaleźli się na bezrobociu, albo ludzi, którzy ani dnia w swoim życiu nie byli na bezrobociu, tylko całe życie pracują za nędzne grosze, bo pracodawca, jeśli nikt go do tego nie zmusi, nigdy dobrowolnie nie podniesie sobie kosztów w postaci wyższych wypłat, jest nadużyciem.

Dopóki będą ludzie żyjący na skraju nędzy, a tacy, wbrew PO-wskiemu oszołomstwu, istnieją i choć nie stanowią większości, to jednak są odsetkiem, którym pogardzić nie można, dopóty będą szukać oparcia w organizacjach, które obiecają im „solidarną” pomoc. Rzesze niezadowolonych będą się skupiać wokół albo marksistowskich albo katolickich socjalistów-populistów (obecnie w Polsce ci ostatni mają przewagę, a ich uosobieniem jest „Solidarność” właśnie) i to jest mechanizm normalny. W krajach wysoko rozwiniętych, kiedy populizmowi związków zawodowych przetrącono kark, ale gdzie nadal opieka socjalna daje pewien komfort psychiczny, tam po prostu nie ma potrzeby zwracania się do związku, czy populistycznej partii. U nas nadal istnieją ludzie, którzy czują się wykluczeni i skrzywdzeni. Czy słusznie? Niektórzy nie, ale niektórzy tak! Fakty są takie, że jedni i drudzy organizują się wokół przywódców, którzy mówią im to, co by chcieli usłyszeć i działają tak, jak wierzą, że powinni (inna sprawa, czy faktycznie tak jest). I teraz profesor Balcerowicz wyskakuje z połajanką i znanym od dwudziestu lat tekstem o rozwoju gospodarczym.

Jeden z moich interlokutorów każe mi nie lekceważyć rozwoju gospodarczego, bo bez niego nie może być przecież podwyższenia poziomu życia. No dziękuję pokornie za tę lekcję, bo już chyba o tej prostej relacji zapomniałem, ale to nadal nie zmienia faktu, że człowiek, który ma przed sobą perspektywę pracy za grosze i głodowej emerytury, o ile jej dożyje, skoro trzeba podnosić wiek emerytalny, gwiżdże na statystyki i laurki wystawiane przez zachodnią prasę.

A na tym tle, jeżeli widzi się „szklane domy” ZUSu czy NFZetu, bałagan w służbie zdrowia i permanentną „rewolucję” w oświacie, kilkudziesięciotysięczne gaże „celebrytów” w telewizji żebrzącej o abonament, tudzież prezesów firm, które rzekomo przechodzą głębokie trudności finansowe i nie stać ich na podwyżki, to nie można się dziwić, że rośnie fala zgorzknienia i niezadowolenia. Kto ma zagospodarować to niezadowolenie? Na pewno chce to zrobić partia opozycyjna, i organizacja, która z definicji służy wyrażaniu niezadowolenia pracowników, czyli związek zawodowy.

Tym, których przepełnia wiara w ideały PO, radzę zejść na ziemię, przyjrzeć się sytuacji we własnym kraju, ale i na Zachodzie również. Najskuteczniejszą metodą walki z socjalizmem jest sprowadzenie liczby niezadowolonych do minimum i nie mam tutaj na myśli metod Augusto Pinocheta. Kiedy ich liczba rośnie, dzieje się tak jak w starej grze komputerowej „Cywilizacja” – prowadzisz z sukcesem budowę imperium, a tu nagle wybucha bunt w twojej stolicy z powodu np. wzrostu kosztów utrzymania. Osobiście grałem w bardzo archaiczną wersję „Cywilizacji” (jeszcze pod DOSem), więc nie wiem, jak to rozwiązano później, ale o ile dobrze pamiętam, nie było tam opcji „przekonaj ludzi, że masz rację”, albo „nakrzycz na nich i powiedz, że są głupi i niewdzięczni”. Trzeba było albo wysłać wojsko do stłumienia buntu, albo przeznaczyć więcej pieniędzy na zaopatrzenie i zaspokojenie potrzeb buntowników. Wierzę, że życie takie być nie musi i że na jakimś etapie naprawdę można się dogadać. Do tego jednak nie wolno być oszołomem, ani na jedną ani na przeciwną modłę. Przede wszystkim nie wolno przeczyć faktom.

Ha! Na zakończenie dyskusji na Facebooku jeden z interlokutorów wyraził chęć dania mi w pysk za fałszywą „kulturę” i obłudę. Super! Wielka szkoda, że żyjemy w kraju, w którym monopol na życie publiczne przejęło oszolomstwo po wszystkich stronach sceny politycznej. Z oszołomami nie ma jak dyskutować. Saddam Hussein, który jeszcze jako młody student przysłuchiwał się dyskusji politycznej dwóch kolegów, po jakimś czasie zwrócił się do jednego z nich „Dlaczego z nimi dyskutujesz? Dlaczego go po prostu nie zastrzelisz?” Czy zbliżamy się do takiego sposobu myślenia? Od kilku lat balansujemy na jego krawędzi.

czwartek, 24 maja 2012

Spotkanie z balladą (4), czyli co zainspirowało Kurta Cobaina


Huddie Leadbetter znany w środowisku miłośników bluesa lepiej jako Leadbelly, nie mógł się skarżyć na nadmiar szczęścia w życiu. W latach 40. ubiegłego stulecia wystarczyło być czarnym na Południu Stanów Zjednoczonych, żeby żyć na pozycji pariasa, który w dodatku musiał ciężko walczyć o przetrwanie. Był to czas, kiedy być może apogeum zwyczaju linczowania czarnych za należało do historii (początek XX wieku), ale to nie znaczy, że on minął. Brutalne traktowanie przez policję, stronnicze sądy, w których ławy przysięgłych składające się z białych nie dawały czarnym wielkich szans na sprawiedliwy proces, to były elementy życia na Południu. Tym bardziej więc zadziwiająca jest postawa życiowa Leadbettera, który śpiewa w tym czasie niezliczoną liczbę piosenek, zarówno tradycyjnych „standardów” ludowych, jak i własnych kompozycji. Jeszcze bardziej dziwi jego amerykański patriotyzm wyrażony w jego własnej muzycznej „odezwie” do „pana Hitlera”, który zwraca się do przywódcy nazistowskich Niemiec „but we American people say "Mr. Hitler you is got to stop!"”, czyli „my, naród amerykański mówimy, ‘Panie Hitler, musisz pan przestać!’” W świetle postawy niektórych czarnych aktywistów, którzy podkreślali swoją rasową odrębność i poczucie wykluczenia z „narodu amerykańskiego”, słowa tego muzyka dają do myślenia na temat poczucia tożsamości i patriotyzmu.

Huddie Leadbetter, kiedy trafił do więzienia za śmiertelne pobicie człowieka w pijackiej burdzie, został wcześniej zeń zwolniony, ponieważ gubernatorowi Luizjany spodobała się piosenka, jaką Leadbelly dla niego napisał. Sytuacja znowu dziwna, ale z drugiej strony tylko z pozoru. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że politycznie świadomi sytuacji biali rasiści na Południu (ale nie jakieś oszołomy) nie chcieli eliminacji czarnych ze swojej społeczności. W tym sensie nie byli jakimiś nazistami. Chodziło im jednak o utrzymanie status quo, a więc o to, żeby czarni na zawsze zajmowali rolę „wykluczonych”, czyli tych, którzy wykonują proste roboty, nie mają żadnych ambicji w kierunku zdobywania wykształcenia i zajmowania ważniejszych stanowisk w społeczeństwie, oraz nie mieszają się do polityki. Jeżeli murzyn ciężko pracował, czapkował każdemu białemu, a przy tym od czasu do czasu robił z siebie pajaca w celu rozśmieszenia tego ostatniego, mógł liczyć na przetrwanie i protekcję ze strony białych „patriarchów”. W jakimś stopniu można doszukać się tutaj pewnych podobieństw do sytuacji w starożytnym Rzymie, gdzie „pater familias” był nie tylko szefem całej swojej czeladki, ale również jej opiekunem i protektorem. Być może więc gubernator Luizjany chciał się pokazać jako taki dobry ojciec ludu? A może po prostu lubił muzykę folk, ponieważ wiadomo, że odwiedzał Huddiego Leadbettera w więzieniu o nazwie Angola kilkakrotnie, żeby słuchać jego piosenek?

Jedno jest pewne, Leadbelly zaśpiewał i nagrał niezliczoną liczbę pieśni ludowych, ale nigdy na nich nie zrobił majątku. Przy tym wszystko wskazuje na to, że był człowiekiem o wielkim apetycie na życie, który z jednej strony chłonął wszystko, co mu przynosiło, a z drugiej dawał temu wyraz. Człowiek, który z pewnością niejedno przecierpiał, dzięki muzyce wydobywał się ponad nędzę i podłość zwykłej egzystencji czarnego na Południu.

Piszę o tym w kontekście muzyka, który na jednej z ludowych ballad śpiewanych przez Leadbettera, zrobił pieniądze i w ogóle osiągnął sukces i sławę, a mimo to nie umiał sobie dać rady ze swoim życiem, nienawidził go i w końcu je sobie odebrał. Mam na myśli Kurta Cobaina z grupy Nirvana, który do dziś pozostaje dla wielu przedstawicieli pokolenia tylko trochę młodszego ode mnie idolem i niestety dla niektórych też wzorem do naśladowania. „Ciemna strona mocy” ma w sobie niestety jakąś siłę przyciągania, a jeżeli jednostki o skłonnościach depresyjnych dostają dodatkowy bodziec w postaci muzyki doskonale wpasowującej się w stan ich umysłu, może się wytworzyć cała subkultura, której przedstawiciele cierpią i ze swojego cierpienia robią powód do poczucia wyższości oraz pogardy wobec miłośników prostych rytmów w tonacji durowej. Oni czują się lepsi i mądrzejsi, ponieważ wydaje im się, że dotknęli mrocznej tajemnicy świata. Niestety za taką postawą kryje się też potworne cierpienie z powodu egoizmu i braku umiejętności otwarcia się na innych ludzi, braku empatii, bo przecież zajmowanie się własnym cierpieniem zajmuje całą emocjonalną przestrzeń takiego człowieka, czy też braku zwykłych umiejętności komunikacyjnych.

Ballada, którą „po drodze” śpiewali zarówno Huddie Leadbetter, jak i Kurt Cobain, pochodzi z ok. 1870 roku. Jest więc młodsza od House of the Rising Sun, ale doczekała się również niezliczonych wersji i nagrań. Tym razem proponuję zacząć „od końca” i najpierw posłuchać wersji, którą wielu zna i a nawet uważa za oryginalny utwór Nirvany. Wybrałem akustyczną wersję koncertową, w zapowiedzi której Kurt Cobain wyraźnie nawiązuje do Leadbelly'ego.




Teraz wersja Leadbettera, nagrana pół wieku wcześniej, która zainspirowała Cobaina.



Ballada In the Pines (W sosnach), znana również jako Where did you sleep last night? (Gdzie spałaś zeszłej nocy?) w samej swojej podstawowej odmianie posiada kilka wariantów – sam Leadbelly nagrał chyba ich pięć – w których podmiot liryczny zwraca się raz do „my girl”, czasem do „black girl”, a jeszcze innym razem jest to „little girl”. Najczęściej mąż (w wielu wersjach to człowiek pracujący na kolei, u Cobaina to po prostu człowiek ciężko pracujący) dziewczyny, która chodzi spać do sosnowego zagajnika (pine grove) zginął w niewyjaśnionych okolicznościach pod kołami lokomotywy, gdzie znaleziono jego głowę, ale ciało nie zostało nigdy odnalezione.

W wersjach, w których adresatką pytania o miejsce spędzenia nocy jest mała dziewczynka, ofiarą wypadku kolejowego jest jej ojciec.



Bardzo ważna jest tutaj obserwacja, że tego typu ballady krążyły o całym Południu, a właściwie po całych Stanach i nie ma tutaj żadnego wyraźnego podziału na muzykę białych i czarnych. Pieśni te były wykonywane przez muzyków folkowych o różnych kolorach i odcieniach skóry, co jest m.in. ważnym sygnałem tego, jak wielką rolę odgrywa muzyka w łączeniu ludzi. Powiadamy, że muzyka łagodzi obyczaje. W tym wypadku bardzo smutna ballada o kobiecie, która straciła swojego mężczyznę w wyniku wydarzenia, którego ona nie rozumie (nie rozumie też narrator i nie wyjaśnia, czy to był zwykły wypadek, samobójstwo czy też morderstwo, skoro ciała nigdy nie znaleziono), powstała prawdopodobnie wśród białej społeczności Appalachów ok. roku 1870, stała się tak popularna wśród zarówno białych jak i czarnych, że doczekała się twórczych przeróbek i wzbogaceń tekstu, łącznie z takimi, które opowiadają dłuższe historie o pracy na kolei.

Wersja zaczynająca się od „black girl” (czarna dziewczyno) zainspirowała Nathana Abshire’a, przedstawiciela frankofońskiej społeczności Cajunów, zamieszkującej południową Luizjanę, do napisania prostego bluesa właśnie w stylu Cajun, pt. „Pine Grove Blues”, ale  lepiej znanego jako „Ma negresse” (Moja murzyneczko), w której jednak niewiele ma wspólnego ze smutną historią wypadku kolejowego, a jest raczej rubasznym nawiązaniem do zdrady czarnej kobiety, która spędziła noc nie wiadomo gdzie. Ale ta interpretacja pochodzi z wersji, którą znalazłem w pewnym śpiewniku Cajun, natomiast piosenka Nathana Abshire’a z 1967 roku wykonywana przez samego autora, to jedynie przekomarzanie się z dziewczyną, zaś interpretacja miejsca jej nocnego pobytu pozostaje kwestią domysłów słuchacza.


Ha! Czy ktoś kiedykolwiek skojarzyłby Where did you sleep last night Nirvany z Ma negresse?

środa, 23 maja 2012

Spotkanie z balladę (3), czyli c.d. historii "Domu wschodzącego słońca"

Związana w latach 60. ubiegłego stulecia z Bobem Dylanem twórczyni i odtwórczyni pieśni folkowych oraz politycznie zaangażowanych, Joan Baez, nagrała swoją wersję The House of The Rising Sun w 1960. Jest to pieśń o dziewczynie, która nie słuchała mamy, była młoda i głupia, więc dała się sprowadzić hazardziście na manowce. Tekst jest więc bliższy wersjom starszym, prostszym, bez szczegółów o krawiectwie matki itp. Melodia jednak przypomina już tę w ogólnym zarysie (przynajmniej w momentach wznoszenia się i opadania linii melodycznej) wersję powszechnie znaną.




 
Lata 60. XX wieku to w Stanach czas wzmożonej walki o prawa obywatelskie dla czarnoskórych Amerykanów. Wielu artystów zarówno białych jak i czarnych było w nią zaangażowanych. Nina Simone (Eunice Kathleen Waymon), czarnoskóra pieśniarka jazzowa, bluesowa, rhythm'n'bluesowa i soulowa, podobnie jak Joan Baez i Bob Dylan, również była zaangażowana politycznie. Jako wszechstronna wokalistka wykonywała różne utwory, w tym w 1961 roku zaproponowała jeszcze inne (co najmniej dwie) wersje piosenki o dziewczynie, która wylądowała w nowoorleańskim burdelu.

W tej wersji, jak u Woody'ego Guthrie, dowiadujemy się, że matka jest krawcową szyjącą niebieskie dżinsy. Melodia raczej nie przypomina starszych wersji.




I jeszcze raz Nina Simone, tym razem w wersji znacznie szybszej i z fortepianem.



 

Zakłada się, że autorem wersji z przełomu lat 50. i 60., która zainspirowała Boba Dylana, był nowojorski pieśniarz folkowy David van Ronk. Z pewnością kolejność akordów i zarys linii melodycznej przypomina już wersję powszechnie znaną z wykonania The Animals, ale maniera, z którą śpiewa i akompaniuje sobie na gitarze van Ronk, może przysporzyć pewnych trudności w jej rozpoznaniu. Jeśli chodzi o tekst, jest to znowu wersja dziewczyny, ale znowu z matką szyjącą dżinsy i tym razem z ojcem (nie kochankiem) pijakiem. Oto wykonanie Davida van Ronka z 1964 roku, a więc tego samego, w którym The Animals nagrali swoją wersję, która sprawiła, że "Dom wschodzącego słońca" dotarł m.in. do Polski.




Dochodzimy do wersji Boba Dylana, podobno inspirowana przez van Ronka, ale tutaj "czarnym charakterem" jest tradycyjnie uwodziciel-hazardzista, matka już zdecydowanie jest krawcową i szyje dżinsy.



18 maja 1964 roku, brytyjska grupa The Animals nagrała rockową wersję tej starej ballady, wersję, którą wszyscy tak dobrze znamy i kochamy. Ofiarą upadku moralnego jest chłopak, matka jest krawcową a ojciec hazardzistą i pijakiem. Narrator nie chce już ostrzegać młodszej siostry przed uwiedzeniem, ale generalnie zwraca się do matki, żeby wszystkie swoje dzieci ostrzegła przed czynem, który on popełnił i skończył w "Domu wschodzącego słońca". Takie przedstawienie sprawy doprowadziło niektórych do błędnych wniosków, że jest to ballada o poprawczaku lub więzieniu. Zresztą tutaj znowu pojawia się motyw łańcucha z żelazną kulą.

Jeśli chodzi o melodię, to wersja Brytyjczyków jest najbardziej zbliżona do dylanowskiej, który inspirował się van Ronkiem. Pytanie jednak brzmi, kto natchnął van Ronka? Z całą pewnością nie on wymyślił linię melodyczną, którą się posłużył, ponieważ można ją dostrzec już u Josha White'a.

Na początku 60. ubiegłego stulecia, kiedy muzycy folkowi święcili tryumfy, muzyka rockowa  wydawała się dogorywać. Elvisa wzięto "w kamasze", a prezenterzy radiowi, w wielu przypadkach pozostający pod wpływem środowisk religijnych, jak tylko mogli usuwali muzykę rock'n'rollową z eteru, jako szerzącą zepsucie moralne i sprowadzającą młodzież na manowce. W tym momencie do Stanów dociera "inwazja brytyjska", czyli zespoły młodych chłopaków zza oceanu, którzy fascynują się muzyką amerykańską. The Beatles z Johnem Lennonem uwielbiającym Elvisa Presleya, the Rolling Stones łaknących kontaktu z autentycznymi czarnymi bluesmanami z Chicago, czy w końcu the Animals, którzy na cały świat rozsławili pewną amerykańską balladę. Brytyjscy chłopcy, niczym irlandzcy mnisi przynoszący z powrotem prawidłową łacinę na kontynent europejski, zawieźli rock'n'rolla z powrotem do jego kolebki. Była to już jednak nieco inna muzyka niż to, co w latach 50. robił Bill Haley, Elvis Presley, Little Richard czy Chuck Berry. Podstawa harmoniczna niby ta sama, wykorzystywana skala dźwięków niby też, ale brzmienie jest już inne. Rock lat 60. stanowi już inną jakość.

Kiedy słyszę Erica Burdona, wokalistę the Animals nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jego "House of the Rising Sun" pobrzmiewa punkowo, choć punk rock pojawi się przecież dopiero dziesięć lat później.



Kto z początkujących gitarzystów nie uczył się akompaniamentu do "Domu wschodzącego słońca"? Do historii przeszła też solówka Alana Price'a na organach. Tak oto chłopcy z Newcastle-upon-Tyne rozsławili ludową balladę o ponurym losie tych, którzy nie słuchają mamy.

Czy przesłanie tej historii sprowadza się tylko do prostego morału - słuchaj rodziców i nie daj się zwieść obcym łajdakom? Jest to na pewno ważny element. Ballady mają jednak to do siebie, że zawierają w sobie element fatalistyczny, który podkreśla nieodwracalność pewnego procesu. Bohater/ka, obojętnie czy to chłopak czy dziewczyna, nie ma jak wrócić do domu, nie ma żadnej możliwości własnej poprawy moralnej i poprawy swojego losu. Skazana/y jest na powrót do Nowego Orleanu i straszny los, spędzając resztę życia albo w burdelu, albo w więzieniu, w zależności od wersji. Jest pogodzona/y z losem, a jedyne co może zrobić, to o tym opowiedzieć, względnie ostrzec młodsze rodzeństwo przed konsekwencjami błędu. Dla niej/go nie ma już ratunku ani nadziei. Jak to w ludowej balladzie właśnie! 

Ballady żyją własnym życiem, przechodzą z ust do ust, zmieniają swoje melodie, przekręcają tekst, co czasami prowadzi do diametralnej zmiany przesłania narracji. Tak to już z balladą jest. Może ktoś ją kiedyś napisał, a może tylko wymyślił i zaśpiewał, a ona poszła w świat i zaczęła się klonować, niczym fraktal. Ponieważ jednak po drodze następowały lekkie zniekształcenia, trudno w wykonaniu Animalsów doszukać się śladów wersji z 1630 roku. Po Ericu Burdonie jeszcze wielu muzyków wykonywało House of the Rising Sun, ale były to już tylko covery jego wersji tej ballady. W Polsce zaś dorobiono do jego melodii tekst o więźniu umierającym w więziennym szpitalu na zgniłym posłaniu. Całe szczęście, że ta wersja nigdy nie weszła do oficjalnego obiegu muzyki popularnej.


wtorek, 22 maja 2012

Spotkanie z balladą (2)


Każdą balladę ktoś wymyślił, bo przecież niekoniecznie napisał, skoro mógł nie umieć pisać, ale najczęściej nie jesteśmy w stanie dotrzeć do pierwotnego autora, ponieważ był anonimowym ludowym artystą, zaś jego utwór prawie od początku zaczął żyć własnym życiem. Choć być może trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale coś takiego jak prawa autorskie, zwane dzisiaj „własnością intelektualną” do połowy XIX wieku chyba mało komu przychodziło do głowy. Energiczne działania na rzecz ukrócenia literackiego piractwa podjął Charles Dickens, który m.in. w tym celu odwiedzał Stany Zjednoczone, gdyż to w tym kraju jego utwory bezczelnie drukowano jako anonimowe i z zyskiem sprzedawano, z czego autor nie dostawał ani centa. Przedtem jednak bardzo trudno było dojść praw autorskich, a już na pewno nie mógł tego zrobić ludowy artysta, którego pieśni przekazywano z ust do ust, przy czym niejednokrotnie zmieniano pojedyncze słowa, bądź całe fragmenty, nie wspominając już o melodii, która w zależności od wykonawcy mogła przyjąć formy całkowicie odmienne od oryginału.

Ballada, o której chcę dzisiaj opowiedzieć, wg niektórych etnografów sięga osiemnastowiecznej Anglii, a można temat podjęty przez jej autora dostrzec już w pieśni zapisanej już w roku 1630.

Z dużą dozą pewności można przyjąć, że w XIX wieku ballada o upadłej dziewczynie krążyła już wśród ludu Stanów Zjednoczonych, zaś liczba wersji tekstu sięgała od 15 do 75. To, co możemy już prześledzić to losy tej ballady w wieku XX, kiedy pojawiły się techniczne możliwości nagrania dźwięku. I tak w 1933 nagrano wersję ludowych artystów z Tennessee „Toma” Clarence’a Ashleya i Gwena Fostera. Jest to pierwsze znane nagranie tej historii, ale od razu spotykamy się z „maskulinistyczną” wersją historii. Hazardzistą i pijakiem nie jest już uwodziciel biednej dziewczyny, ale patologiczny ojciec, zaś ofiarą patologicznej sytuacji jest chłopak, który prawdopodobnie popełnił przestępstwo i popadł w tarapaty, przed czym chce ostrzec młodszego brata.








Wersja braci Callhanów (the Callahan Brothers) z 1934 to zupełnie inna melodia, ale to znowu wersja z chłopakiem w roli narratora.




 
Następnie, w 1937 wielki miłośnik amerykańskiego folkloru, kolekcjoner i badacz, John Lomax (taki amerykański Kolberg, ale wyposażony już w sprzęt do nagrywania dźwięku) po raz pierwszy zarejestrował jedną z najstarszych znanych wersji tej ballady, znanej jako „The Risin’ Sun Blues” w wykonaniu niejakiej Georgii Turner, szesnastoletniej córki górnika z Kentucky. W jej wersji historie opowiada dziewczyna uwiedziona przez pozbawionego skrupułów włóczęgę oddającemu się hazardowi i pijaństwu.  



 
Roy Acuff, urodzony w 1903 „król muzyki country” rok po Georgii Turner nagrał swoją, znowu „chłopięcą” wersję „Bluesa o Domu Wschodzącego Słońca”. (W nagraniu dostępnym na YouTube utwór zaczyna się od 2:44). 




 

W 1941 roku wielka legenda amerykańskiego folku, Woody Guthrie zarejestrował „The House of the Rising Sun”, gdzie usłyszymy znowu historię o losie „wielu biednych dziewczyn” (choć w innej wersji są to "dusze" - souls), ale gdzie narrator mówi o sobie „poor boy”, dalej jednak jest mowa o uwiedzeniu przez pijaka (hazard nie jest wspomniany). Czyżby chodziło o narrację gejowską, czy może zachowując całą opowieść w zgodzie z historią biednej ogłupionej dziewczyny, śpiewając o sobie, Woody Guthrie pomylił się i wstawił chłopca, bo przecież sam był facetem? W tej wersji mamy już matkę – krawcową szyjącą dżinsy i mamy na końcu powrót do Nowego Orleanu, gdzie narrator (narratorka?) będzie ciągnąć swój „ball land chain”. Ci, którzy znają kreskówki Disneya z lat 40. ubiegłego stulecia, pewnie kojarzą sobie obraz więźnia w stroju w poziome czarno-białe pasy z żelazną obręczą na nodze, do której przymocowany jest łańcuch z ciężką, również metalową kulą na końcu, co miało na celu uniemożliwienie ucieczki. Chodzi więc tutaj o powrót do Nowego Orleanu, ale raczej nie do burdelu, ale do więzienia. 




 

Czarnoskóry pieśniarz i działacz na rzecz praw człowieka, Josh White, w swojej wersji z 1944 roku śpiewa z perspektywy dziewczyny, a więc trzyma się tekstu starszego, bez wzbogaconej narracji Woody’ego Guthrie, ale uwaga, czy linia melodyczna, jakiej się trzyma nie przypomina nam już czegoś, co dobrze znamy? 




 

Osobiście znam dwie wersje „Domu wschodzącego słońca” w wykonaniu Huddie’go Leadbettera, zapisanego w historii amerykańskiego folku i bluesa, jako Leadbelly, W obydwu narratorem jest chłopak, ale znowu wydaje się to niezbyt logiczne, bo jest to chłopak, który chce ostrzec swoją młodszą siostrę, żeby nie zrobiła tego, co on i w rezultacie nie wylądowała w takim miejscu jak „the House of the Rising Sun”. Zaś co do melodii to jedna, nagrana w 1944, jest „tradycyjna”, powolna i dość rozwlekła, zaś druga, z 1948, to szybki blues.



Jeżeli wytrzymaliście tę porcję amerykańskiej muzyki ludowej, otrzymujecie ode mnie sprawność dzielnego słuchacza. Jeżeli się Wam ta zabawa w poszukiwanie źródeł tego, co wydaje nam się, ze dobrze znamy, obiecuję dokończenie "przedburdownowskiej" (czyli przedanimalsowskiej) wersji "Domu wschodzącego słońca".

CDN

poniedziałek, 21 maja 2012

Spotkanie z balladą (1)

Ludowe ballady mają to do siebie, że wrażliwą duszę wciągają w pewien klimat, który jest w dużej mierze mroczny i odwołuje się do naszych lęków i obaw. Oczywiście bywają też ballady optymistyczne i wesołe, jak np. piętnastowieczne pieśni o Robin Hoodzie, ale zadziwiające jest jak wiele wspólnych cech znajdziemy w balladach z anglosaskiego kręgu kulturowego i naszego rodzimego. Tak na marginesie – o ile np. Amerykanie czy Irlandczycy dbają o swoje muzyczne i poetyckie dziedzictwo kulturowe, nieustannie z niego czerpią i w ten sposób nadają mu nową jakość, to my się swojego wstydzimy, a niejednokrotnie wyrażamy się o nim z jawną pogardą. Szkoda.

Kultura „wysoka” odkryła balladę dzięki poetom romantycznym, którzy w literacki świat klasycznego ładu i porządku wprowadzili niepokój ludzi prostych, którzy nie umiejąc sobie pewnych problemów zracjonalizować, wypowiadali się słowem i muzyką, opowiadając o nim. Pani zabijająca pana i lilie kwitnące na jego grobie znane z ballady Adama Mickiewicza to jeden z przykładów takiej mrocznej historii zainspirowanej potworną zbrodnią, nad którą ludowy twórca nie umiał przejść do porządku dziennego, nie umiał sobie racjonalnie wytłumaczyć tak strasznego czynu, więc śpiewał o niej, a uzewnętrzniając swój niepokój tworzył literacką jakość samą w sobie, która się multiplikowała i przybierała różne wersje.

Osobiście uważam, że generalnie dobra literatura, która wg Umberto Eco opiera się na „dziełach otwartych”, a więc takich, które każdy czytelnik może sobie zinterpretować po swojemu, polega właśnie na wyrzuceniu z siebie problemu, z którym twórca jako człowiek sobie nie do końca radzi. Nie umie sobie wytłumaczyć natury pewnych zjawisk, więc opowiada o nich, dzieli się z czytelnikami, jakby pragnąc rozłożyć ciężar problemu. To dlatego proste historie o charakterze dydaktycznym są uważane za kiepskie literacko. Nie czujemy w nich żadnego napięcia, nie dotykają i nie nicują naszego bezpiecznego rozumienia świata, tylko opowiadają przewidywalne historie ze z góry zaplanowanym morałem.

Prawdziwe dzieło literackie jest wg mnie właśnie jak taka mroczna ludowa ballada. Oto obserwuję coś, co mnie przeraża, a czego nie rozumiem i nijak sobie nie umiem wytłumaczyć. Co ciekawe w tych ludowych historiach przejmowanych przez Mickiewicza, pojęcie etyki jest dalekie od chrześcijańskiego. O ile chrześcijaństwo podsuwa rozwiązanie dające nadzieję, ludowy poeta hołduje raczej fatalistycznej wizji świata. Jak ma ci się stać krzywda, to ci się stanie i żadne modlitwy nie pomogą. Nieuchronność katastrofy w mrocznej balladzie jest elementem bardzo istotnym. Wcale nie ma się co dziwić, ze w czasie, kiedy na salonach panuje jeszcze kult oświeceniowego racjonalizmu, Mickiewicz ze swoimi chłopskimi „horrorami” uznawany był za uosobienie złego gustu. Mało kto lubi być drażniony narracjami, które nie są zgodne z jego ustabilizowanym poglądem na rzeczywistość, a już zwłaszcza takimi, którymi karmi się jakaś pogardzana grupa społeczna.

Z dzisiejszego punktu widzenia uważam, że romantykom należy się od naszego pokolenia szacunek z powodu zapisania i przekazania nam pewnego stanu myślenia polskich twórców ludowych minionych epok, ponieważ autentyczne oryginały jeśli już nie zniknęły z ustnego przekazu, to znikają na naszych oczach. Owszem, wiem, że nadal istnieją współcześni „Kolbergowie”, a na uniwersytetach powstają rozprawy naukowe na temat kultury ludowej. Niestety szersza opinia publiczna niewiele o takich pracach wie, i, co smutniejsze, niewiele się tym zagadnieniem interesuje. Wielka szkoda, ponieważ badania nad ludowym dziedzictwem muzycznym w Stanach Zjednoczonych jest nie tylko szanowaną dziedziną badań akademickich, ale jest na bieżąco wykorzystywana przez jak najbardziej współczesnych i wcale nie zapatrzonych jedynie w przeszłość muzyków.

W ten sposób, kiedy my pogardzamy naszym folklorem, a zachwycamy się np. utworem wykorzystanym w reklamie pewnego batonu, nie zdajemy sobie często sprawy, że zachwycamy się cudzym folklorem, który jest równie „wsiowy” jak nasz.

Gorąco polecam przypomnienie sobie „Lilii” Adama Mickiewicza z prostym rymami, infantylnymi onomatopejami („stuk, stuk, stuk”), z unicką cerkwią (stąd wymiennie nazywaną kościołem) i wszystkimi elementami świata, którego generalnie już nie ma, ale którego ślady znajdziemy bez trudu, jeśli tylko wybierzemy się na długi spacer za miasto. Spróbujmy przez moment wyczyścić umysł z naszej współczesnej wiedzy i wczuć się w rolę niepiśmiennego wieśniaka, któremu wędrowny gęślarz opowiada taką „mrożącą krew w żyłach” historię:


Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana;
Zabiwszy grzebie w gaju,
a łączce przy ruczaju,
Grób liliją zasiewa,
Zasiewając tak śpiewa:
"Rośnij kwiecie wysoko,
Jak pan leży głęboko;
Jak pan leży głęboko,
Tak ty rośnij wysoko ".

Potem cała skrwawiona,
Męża zbójczyniżona,
Bieży przez łąki, przez knieje,
I górą, i dołem, i górą;
Zmrok pada, wietrzyk wieje;
Ciemno, wietrzno, ponuro.
Wrona gdzieniegdzie kracze
I puchają puchacze.

Bieży w dół do strumyka,
Gdzie stary rośnie buk,
Do chatki pustelnika,
Stuk stuk, stuk stuk.

"Kto tam?" - spadła zapora,
Wychodzi starzec, świeci;
Pani na kształt upiora
z krzykiem do chatki leci.
"Ha! ha!" - zsiniałe usta,
Oczy przewraca w słup,
Drżąca, zbladła jak chusta:
"Ha! mąż, ha! trup!"

"Niewiasto, Pan Bóg z tobą,
Co ciebie tutaj niesie,
ieczorną słotną dobą,
Co robisz sama w lesie ? "

"Tu za lasem, za stawem,
Błyszczą mych zamków ściany,
Mąż z królem Bolesławem
Poszedł na Kijowiany,
Lato za latem! bieży,
Nie masz go z bojowiska;
Ja młoda śród młodzieży,
A droga cnoty śliska!
Nie dochowałam wiary,
Ach! biada mojej głowie!
Król srogie głosi kary;
Powrócili mężowie.

"Ha! ha! mąż się nie dowie!
Oto krew! oto nóż!
Po nim już, po nim już!
Starcze, wyznałam szczerze.
Ty głoś świętymi usty,
Jakie mówić pacierze,
Gdzie mam iść na odpusty.
Ach, pójdę aż do piekła,
Zniosę bicze, pochodnie,
Byleby moję zbrodnię
Wieczysta noc powlekła ".

"Niewiasto - rzecze stary -
Więc ci nieżal rozboju,
Ale tylko strach kary ?
Idźże sobie w pokoju,
Rzuć bojaźń, rozjaśń lica,
Wieczna twa tajemnica.
Bo takie sądy boże,
Iż co ty zrobisz skrycie,
Mąż tylko wydać może;
A mąż twój straciłżycie ".

Pani z wyroku rada,
Jak wpadła, tak wypada.
Bieży nocą do domu
Nic nie mówiąc nikomu.
Stoją dzieci przed bramą.
"Mamo - wołają - Mamo!
A gdzie został nasz tato ?"
"Nieboszczyk? co? wasz tato? " --
Nie wie, co mówić na to.
"Został w lesie za dworem,
Powróci dziś wieczorem ".

Czekają wieczor dzieci;
Czekają drugi, trzeci,
Czekają tydzień cały;
Nareszcie zapomniały.

Pani zapomnieć trudno,
Nie wygnać z myśli grzechu.
Zawsze na sercu nudno,
Nigdy na ustach śmiechu,
Nigdy snu na źrenicy!
Bo często w nocnej porze
Coś stuka się na dworze,
Coś chodzi po świetlicy.
"Dzieci - woła - to ja to,
To ja, dzieci, wasz tato! "

Noc przeszła, zasnąć trudno.
Nie wygnać z myśli grzechu.
Zawsze na sercu nudno,
Nigdy na ustach śmiechu!

"Idź, Hanko, przez dziedziniec.
Słyszę tętent na moście
I kurzy się gościniec;
Czy nie jadą tu goście?
Idź na gościniec i w las,
Czy kto nie jedzie do nas?"

"Jadą, jadą w tę stronę,
Tuman na drodze wielki,
Rżą, rżą koniki wrone,
Ostre błyszczą szabelki.
Jadą, jadą panowie,
Nieboszczyka bratowie! "

"A witajże, czy zdrowa?
Witajże nam, bratowa.
Gdzie brat? " -"Nieboszczyk brat,
Już pożegnał ten świat ".
"Kiedy ?" -"Dawno, rok minął,
Umarł... na wojnie zginął" -
"To kłamstwo, bądź spokojna,
Już skończyła się wojna;
Brat zdrowy i ochoczy,
Ujrzysz go na twe oczy ".

Pani ze strachu zbladła,
Zemdlała i upadła,
Oczy przewraca w słup,
Z trwogą dokoła rzuca.
"Gdzie on? gdzie mąż? gdzie trup?"
Powoli się ocuca;
Mdlała niby z radości
I pytała u gości:
"Gdzie mąż, gdzie me kochanie,
Kiedy przede mną stanie?"

"Powracał razem z nami,
Lecz przodem chciał pośpieszyć,
Nas przyjąć z rycerzami
I twoje łzy pocieszyć.
Dziś, jutro pewnie będzie,
Pewnie kędyś w obłędzie
Ubite minął szlaki.
Zaczekajmy dzień jaki,
Poszlemy szukać wszędzie,
Dziś, jutro pewnie będzie".

Posłali wszędzie sługi,
Czekali dzień i drugi,
Gdy nic nie doczekali,
Z płaczem chcą jechać dalej.

Zachodzi drogę pani;
"Bracia moi kochani,
Jesień zła do podróży,
Wiatry, słoty i deszcze,
Wszak czekaliście dłużej,
Czekajcie trochę jeszcze ".

Czekają. Przyszła zima,
Brata nie ma i nie ma.
Czekają; myślą sobie:
Może powróci z wiosną?
A on już leży w grobie,
A nad nim kwiatki rosną,
A rosną tak wysoko,
Jak on leży głęboko.
I wiosnę przeczekali,
I już nie jadą dalej.

Do smaku im gospoda,
Bo gospodyni młoda;
Że chcą jechać, udają,
A tym czasem czekają,
Czekają aż do lata,
Zapominają brata.

Do smaku im gospoda
I gospodyni młoda.
Jak dwaj u niej gościli,
Tak ją dwaj polubili.
Obu nadzieja. łechce,
Obadwaj zjęci trwogą,
Żyć bez niejżaden nie chce,
Żyć z nią obaj nie mogą.
Wreszcie na jedno zdani,
Idą razem do pani.

"Słuchaj, pani bratowo,
Przyjm dobrze nasze słowo.
My tu próżno siedzimy,
Brata nie zobaczymy.
Ty jeszcze jesteś młoda,
Młodości twojej szkoda.
Nie wiąż dla siebie świata,
Wybierz brata za brata ".

To rzekli i stanęli,
Gniew ich i zazdrość piecze.
Ten to ów okiem strzeli,
Ten to ów słówko rzecze;
Usta sine przycięli,
W ręku ściskają miecze.

Pani ich widzi w gniewie,
Co mówić, sama nie wie.
Prosi o chwilkę czasu,
Bieży zaraz do lasu.
Bieży w dół do strumyka,
Gdzie stary rośnie buk,
Do chatki pustelnika,
Stuk stuk, stuk stuk!
Całą mu rzecz wykłada,
Pyta się, co za rada?

"Ach, jak pogodzić braci?
Chcą mojej ręki oba;
Ten i ten się podoba:
Lecz kto weźmie ? kto straci ?
Ja mam maleńkie dziatki,
I wioski, i dostatki,
Dostatek się zmitręża,
Gdy zostałam bez męża.
Lecz, ach! nie dla mnie szczęście!
Nie dla mnie już zamęście!
Boża nade mną kara,
Ściga mnie nocna mara,
Zaledwie przymknę oczy,
Traf, traf, klamka odskoczy;
Budzę się, widzę, słyszę,
Jak idzie i jak dysze,
Jak dysze i jak tupa,
Ach, widzę, słyszę trupa!
Skrzyp, skrzyp, i już nad łożem
Skrwawionym sięga nożem,
I iskry z gęby sypie,
I ciągnie mię, i szczypie.
Ach, dosyć, dosyć strachu,
Nie siedzieć mnie w tym gmachu,
Nie dla mnie świat i szczęście,
Nie dla mnie już zamęście!"

"Nie masz zbrodni bez kary.
Lecz jeśli szczera skrucha,
Zbrodniarzów Pan Bóg słucha.
Znam ja tajnie wyroku,
Miłą ci rzecz obwieszczę:
Choć mąż zginął od roku,
Ja go wskrzeszę dziś jeszcze".

"Co, co? jak, jak? mój ojcze!
Nie czas już, ach, nie czas!
To żelazo zabojcze
Na wieki dzieli nas!
Ach, znam, żem warta kary,
I zniosę wszelkie kary,
Byle się pozbyć mary.
Zrzekę się mego zbioru
I pójdę do klasztoru,
I pójdę w ciemny las.
Nie, nie wskrzeszaj, mój ojcze!
Nie czas już, ach, nie czas,
To żelazo zabojcze
Na wieki dzieli nas! "

Starzec westchnął głęboko
I łzami zalał oko,
Oblicze skrył w zasłonie,
Drżące załamał dłonie.
"Idź za mąż, póki pora,
Nie lękaj się upiora.
Martwy się nie ocuci,
Twarda wieczności brama;
I mąż twój nie powróci,
Chyba zawołasz sama ".

"Lecz jak pogodzić braci?
Kto weźmie, a kto straci ?" -
"Najlepsza będzie droga
Zdać się na los i Boga.
Niechajże z ranną rosą
Pójdą i kwiecie zniosą.
Niech każdy weźmie kwiecie
I wianek tobie splecie,
I niechaj doda znaki,
Żeby poznać, czyj jaki,
I pójdzie w kościół boży,
I na ołtarzu złoży.
Czyj pierwszy weźmiesz wianek,
Ten mąż twój, ten kochanek ".

Pani z przestrogi rada,
już do małżeństwa skora,
Nie boi się upiora;
Bo w myśli swej układa
Nigdy w żadnej potrzebie
Nie wołać go do siebie.
I z tych układów rada,
Jak wpadła, tak wypada.
Bieży prosto do domu
Nic nie mówiąc nikomu.
Bieży przez łąki, przez gaje,
I bieży, i staje,
I staje, i myśli, i słucha:
Zda się,że ją ktoś goni
I że coś szepce do niej,
Wokoło ciemność głucha:

"To ja, twój mąż, twój mąż!"

I staje, i myśli, i słucha,
Słucha, zrywa się, bieży,
Włos się na głowie jeży,
W tył obejrzeć się lęka,
Coś wciąż po krzakach stęka,
Echo powtarza wciąż:
"To ja, twój mąż, twój mąż!"

Lecz zbliża się niedziela,
Zbliża się czas wesela,
Zaledwie słońce wschodzi,
Wybiegają dwaj młodzi.
Pani, śród dziewic grona
Do ślubu prowadzona,
Wystąpi śród kościoła
I bierze pierwszy wianek,
Obnosi go dokoła:
"Oto w wieńcu lilije,
Ach, czyjeż to są, czyje ?
Kto mój mąż, kto kochanek?"

Wybiega starszy brat,
Radość na licach płonie,
Skacze i klaszcze w dłonie:
"Tyś moja, mój to kwiat!
Między liliji kręgi
Uplotłem wstążek zwój,
To znak, to moje wstęgi!
To mój, to mój, to mój!"

"Kłamstwo! - drugi zawoła -
Wyjdźcie tylko z kościoła,
Miejsce widzieć możecie,
Kędy rwałem to kwiecie.
Rwałem na łączce w gaju,
Na grobie przy ruczaju,
Okażę grób i zdrój,
To mój, to mój, to mój!"

Kłócą się źli młodzieńce,
Ten mówi, ten zaprzecza;
Dobyli z pochew miecza;
Wszczyna się srogi bój,
Szarpią do siebie wieńce:
"To mój, to mój, to mój !"

Wtem drzwi kościoła trzasły,
Wiatr zawiał, świece zgasły,
Wchodzi osoba w bieli,
Znany chód, znana zbroja,
Staje, wszyscy zadrżeli,
Staje, patrzy ukosem,
Podziemnym woła głosem:
"Mój wieniec i ty moja!
Kwiat na mym rwany grobie,
Mnie, księże, stułą wiąż;
Złażono, biada tobie!
To ja, twój mąż, twój mąż!
?li bracia, biada obu!
Z mego rwaliście grobu,
Zawieście krwawy bój,
To ja, twój mąż, wasz brat,
Wy moi, wieniec mój,
Dalej na tamten świat!"

Wstrzęsła się cerkwi posada,
Z zrębu wysuwa się zrąb,
Sklep trzeszczy, głąb zapada,
Cerkiew zapada w głąb.
Ziemia ją z wierzchu kryje,
Na niej rosną lilije,
A rosną tak wysoko,
Jak pan leżał głęboko.


sobota, 19 maja 2012

O reformowaniu polskiego szkolnictwa wyższego, czyli o tym od której strony się do tego przymierzyć


Przeczytałem wczoraj bardzo ciekawy artykuł Pawła Dobrowolskiego pt. Harvard w Polsce nielegalny (http://www.rp.pl/artykul/877153.html#.T7YGoQtsYEY.facebook ) na temat uczelni amerykańskich w porównaniu z polskim systemem szkolnictwa wyższego. W 80% zgadzam się z tezami autora, bo sam od dawna wiem, że nasza państwowa regulacja dosłownie wszystkiego, to zabójstwo dla jakiejkolwiek innowacyjności czy próby wprowadzenia pozytywnych zmian na polskich uczelniach. Zgadzam się, że pani minister zamiast dać większą swobodę uczelniom w sposobie organizowania procesu naukowego i dydaktycznego, na podobieństwo ministrów z czasów komuny i współczesnych rosyjskich, próbuje mnożyć przepisy, które mają na celu poprawienie przepisów uprzednich, ale w ten sposób polska nauka i szkolnictwo wyższe jest przytłoczone stalową siecią uregulowań prawnych, w której nie mają żadnego pola manewru.

Smutną prawdą jest też to, że w Polsce takie uczelnie, jak Harvard, czy angielski Oxford, byłyby nielegalne, ponieważ nie spełniałyby wymogów polskiego prawa o wyższych uczelniach.

Są jednak pewne punkty, z którymi już bym polemizował. Zacznę jednak od pewnego rysu historycznego. Ci z moich Czytelników, którzy uważają, że wiedza historyczna im się do niczego nie przyda, mogą ten fragment przeskoczyć, niczym opis przyrody w Nad Niemnem.
Współczesne uniwersytety wywodzą się w prostej linii od uczelni średniowiecznych. Owszem w starożytnych Atenach była Akademia i Likajon, była prężna uczelnia przy bibliotece aleksandryjskiej, ale niestety nie ma żadnej ciągłości z tymi ośrodkami nauki. Ze średniowieczem jest. Tak na marginesie – przysłowiowa średniowieczna ciemnota, a tu początki wyższych uczelni. Czy to nie zaskakujący paradoks?

Średniowieczne uniwersytety w Europie organizacyjnie opierały się na dwóch modelach: bolońskim i paryskim. Model boloński jest niezwykle interesujący, ponieważ tam studium generale (jak wówczas nazywano uniwersytet) to była korporacja studentów, którzy sobie wynajmowali profesorów. Profesor to był po prostu nauczyciel - człowiek, który posiadał książkę (czasami więcej niż jedną) i ją głośno czytał – stąd angielskie „lecture”, co przecież od razu kojarzy się z polską „lekturą”, a więc z czytaniem. Jeżeli profesor potrafił jeszcze skomentować to, co czytał, a robił to w sposób ciekawy i twórczy, rosła jego sława wielkiego uczonego. Niektórzy oczywiście sami pisali naukowe rozprawy. Ale wracajmy do tematu. W Bolonii rektorem mógł zostać wyłącznie student, ponieważ to studenci kierowali uczelnią. Zrzeszyli się bowiem po to, żeby sobie zorganizować naukę, a tę można było uzyskać od profesorów, więc ich wynajmowano. Owi studenci musieli mieć wręcz gigantyczne poczucie autonomii uczącego się oraz być ludźmi naprawdę odpowiedzialnymi! (W praktyce bywało jednak bardzo różnie, ale to inny temat).

W Paryżu, w uczelni, którą później nazwano Sorboną, a która rozwinęła się z paryskiej szkoły przykatedralnej, panował inny model organizacyjny, a mianowicie była to korporacja profesorów. Paryscy wykładowcy kontrolowali więc cały proces dydaktyczny, ponieważ założyli przedsiębiorstwo świadczące usługi edukacyjne, zaś studenci stawali się jego klientami.

Uniwersytet w Oxfordzie został założony przez grupę uczonych, którzy przybyli z Paryża, a Cambridge przez grupę odszczepieńców z Oxfordu. Można więc rzec, że te uczelnie to niejako klony Sorbony.

W Polsce Kazimierz Wielki, który przede wszystkim potrzebował prawników, postanowił założyć własne studium generale. Znamy akt powołania uczelni z 1364 roku, ale nie wiemy nic o jej działalności. Jest wysoce prawdopodobne, że przez kolejne 36 lat z uczelnią krakowską działo się to, co obecnie z odcinkiem autostrady A2, albo po prostu na projekcie poprzestano. Uczelnia Kazimierza Wielkiego miała być wzorowana na modelu bolońskim. Wiemy jednak, że kiedy królewska para Jadwiga i Jagiełło po raz kolejny wydali akt „odnawiający” studium generale, było to tak naprawdę założenie go na nowo, tym razem już na wzorze paryskim. Można więc powiedzieć, że od samego początku faktycznej działalności Uniwersytetu Jagiellońskiego, była to korporacja profesorów. Na tej zasadzie rozwinęły się wszystkie polskie uczelnie. Jak widać jednak, na przykładzie Oxfordu czy Cambridge, nie tylko polskie.

Choć nie ma żadnej ciągłości między platońską Akademią czy arystotelesowskim Likajonem (stąd nasze liceum), to warto jednak uświadomić sobie, że tamte starożytne ośrodki naukowe były przede wszystkim skupiskami ludzi przyciąganych przez wielkie nazwiska (no, imiona, mówiąc ściśle). Był mistrz i gromada jego uczniów. Dużo wcześniej na podobnej zasadzie działał Pitagoras, choć w jego przypadku, była to raczej sekta parareligijna, jeśli nie wprost religijna, niż jedynie uczelnia.

Dlaczego wprowadzam taki długi wstęp historyczny? Otóż chodzi o pokazanie pewnej tradycji, którą wszyscy znamy jako relacja mistrz-uczeń. Była ona podobna to stosunków panujących w cechach rzemieślniczych, gdzie trzeba było kilka/kilkanaście lat terminować zanim można było zostać wyzwolonym czeladnikiem, a jeszcze więcej czasu zajmowało uzyskanie tytułu mistrzowskiego, który nadawał rzemieślnikowi absolutną samodzielność jako przedsiębiorcy. Oczywiście działał w cechu, więc był jednak ograniczony przepisami, które nie pozwalały na wolną konkurencję, gdyż chodziło o to, żeby mistrzowie nie psuli sobie nawzajem rynku. Wiemy, że monopol cechowych mistrzów łamali „partacze” (fuszerzy), którzy działali nielegalnie poza murami miasta. To mogli być naprawdę ludzie, którzy wykonywali swoją robotę źle, ale równie dobrze mogli to być świetni fachowcy, np. czeladnicy, którzy nie mogli się doczekać na śmierć jakiegoś mistrza i zajęcia jego miejsca w cechu. Korporacje profesorów działały na bardzo podobnej zasadzie – cały proces uzyskiwania stopni naukowych to w prostej linii kontynuacja średniowiecznych tradycji korporacyjnych.

Kontynuacja tradycji ma oczywiście swoje dobre i złe strony. System cechowy, ale i uniwersytecki, miał na celu nieustanne doskonalenie się człowieka pragnącego zostać mistrzem czy profesorem. Jeżeli ktoś jednak osiągał podobne wyniki poza systemem, mógł spodziewać się szykan. Prawdziwy liberalizm, jaki pojawił się w Europie w wieku XVIII (nie mylić tym, co dzisiaj mówią o PO jego wrogowie – bo zarówno PO nie ma pojęcia o liberalizmie, jak i ci, którzy członków tej partii nazywają liberałami), m.in. polegał na likwidacji monopolu cechowego. W jakimś stopniu (cechy istnieją do dziś, więc chyba jednak nie do końca) się to udało nawet wcześniej, bo przecież system manufakturowy, czy praca nakładcza to już było przełamanie sztywnej kontroli cechu nad daną gałęzią. Uczelni jednak nikt nie ruszył.

Nie znaczy to, że nie następowały zmiany. W krajach niemieckich zaczął się stopniowo szerzyć model Humboldta, który uniwersytet z typowego centrum dydaktycznego przekształcał w ośrodek naukowo-badawczy i dydaktyczny. W przeciągu XIX i XX wieku taki typu uczelni opanował praktycznie cały cywilizowany świat. Co ciekawe, Harvard, założony już 16 lat po wylądowaniu „Mayflower” i 6 lat po dotarci „Arbelli" do Massachusetts, co jest naprawdę wielką sprawą, bo oto ludzie ledwo zdążyli przetrwać i się urządzić na nowym kontynencie, a już założyli szkołę wyższą, praktycznie do czasów poprzedzających I wojnę światową pozostawał jedynie szkołą. Owszem, można wśród absolwentów znaleźć wielkiego poetę Longfellowa, ale trudno mówić o jakichś osiągnięciach badawczych tej uczelni.

Należałoby jeszcze dodać, że do początków XX wieku jedyną formą zajęć uniwersyteckich był wykład i to nie taki, jakie znamy z amerykańskich filmów, na których studenci zadają profesorowi pytania, albo on zwraca się do jakiegoś konkretnego studenta z pytaniem w celu sprowokowania dyskusji, ale taki jak najbardziej tradycyjny, bez krzty interaktywności; taki, na którym profesor siedzi lub stoi i non stop mówi. Dzisiaj często uznajemy tę formę za najmniej efektywną dydaktycznie, ale przez cały XIX wiek, studenci zdobywali dzięki takim nudnym wykładom całkiem niezłe wykształcenie, ponieważ każdy student wiedział również i to, że jego wiedza nie może się ograniczać jedynie do tego, co zanotował z wykładów, ale również musi wykonać całe mnóstwo samodzielnej pracy i to takiej, do której nikt go nie przymusza, ani nikt go za nią nawet nie będzie oceniał. Na uniwersytecie typu humboldtowskiego należało bowiem już przychodzić z jakimś pomysłem na problem, którymi student chce się zajmować. Oczywiście nie każdy był do tego gotowy. Pamiętamy młodego Frankensteina z powieści Mary Shelley (wątek całkowicie pomijany we wszystkich adaptacjach filmowych), który zanim zajmie się chemią i fizyką, początkowo się miota co do wyboru przedmiotu swoich studiów. Tak przy okazji – nie musi wcale pisać podania do dziekanów czy rektorów o zmianę „kierunku studiów”, bo czegoś takiego tam nie ma. Przyszedłeś na uniwersytet z planem zrobienia czegoś ciekawego, masz do dyspozycji książki, masz też do dyspozycji profesorów, którzy mogą ci pomóc zarówno jako wykładowcy (jeśli uznasz ich wykłady za zgodne z twoim profilem zainteresowań), albo jako  mistrzowie, którzy dopuszczą cię do swojego warsztatu, czyli w tym wypadku laboratorium, albo grupy seminaryjnej.

W Stanach Zjednoczonych dopiero Woodrow Wilson, który zanim został prezydentem swojego kraju był prezydentem Princeton University, wprowadził zajęcia, które my w Polsce znamy jako „ćwiczenia”, tzn. zajęcia interaktywne, na które studenci muszą się przygotować z odpowiedniej porcji literatury i dyskutować z wykładowcą na zadany temat. Trudno sobie wyobrazić, ale wcześniej takich zajęć nie było!

Wiek XX przyniesie dopiero sprowadzenie z Europy szeregu wybitnych uczonych, zwłaszcza po dojściu Hitlera do władzy, choć Albert Einstein czy John von Neumann przybyli tam nieco wcześniej i po prostu do Niemiec już nie wrócili. Co ciekawe, to znowu Princeton, a nie Harvard, okaże się tą uczelnią, która otoczy opieką europejskich uczonych. Co więcej, na uczelni tej wykształci się też zwyczaj nie zawracania głowy wybitnym uczonym zajęciami dydaktycznymi, zwłaszcza że owi geniusze w wielu przypadkach w kontaktach ze studentami byli beznadziejni.

Jeżeli chodzi o tytuły naukowe, to jeszcze w XIX wieku panowały porządki średniowieczne. Ukończenie studiów z jednej dziedziny mogły się kończyć tytułem magistra (zazwyczaj po uprzednim osiągnięciu stopnia bakałarza, tak jak jest do dziś w krajach anglosaskich), a inne doktora. Np. Karol Marks, który studiował prawo (najpierw w Bonn, a potem w Berlinie) w końcu zrobił doktorat na podstawie rozprawy z filozofii w Jenie. Nie słyszymy, żeby najpierw uzyskał tytuł magistra. Na uniwersytetach anglosaskich jest zresztą podobnie. Jeśli ktoś jest zorientowany na pracę akademicka, ten od razu po uzyskaniu tytułu bakałarza (BA lub BSc) może robić doktorat. Ciekawostką jest przy tym, że np. na Oxfordzie czy Cambridge, rok lub dwa po uzyskaniu tytułu bakałarza można dostać magistra (MA) bez żadnych dodatkowych studiów, a za dodatkową opłatą.

Co warto jedna zapamiętać, to fakt, że tytuł doktora uprawnia do zatrudnienia na wyższej uczelni w charakterze wykładowcy. Profesor z kolei, to nie jest żaden tytuł naukowy, ale nazwa stanowiska pracy. Wiemy skądinąd, że wspomniany wyżej Marks starał się o katedrę, czyli o stanowisko profesora, ale jej nie dostał i całe życie pozostał niespełnionym wykładowcą akademickim.  

W międzyczasie jednak Niemcy, przy swoim zamiłowaniu do wprowadzania formalnego porządku, wprowadzili habilitację, oraz tytuły docenta i profesora, które stały się już nie tylko nazwami stanowisk, ale niejako osobnymi tytułami naukowymi. Nie dam głowy, ale to chyba również w Niemczech wykształcił się zwyczaj nadawania tytułu profesorskiego przez władze państwowe – rzecz w krajach anglosaskich zupełnie nieznana i chyba odbierana jako dziwactwo.

Wracając do artykułu Pawła Dobrowolskiego, należy od razu stwierdzić, że wprowadzenie porządków amerykańskich z „cywilnym” (czyli pozaakademickim) zarządem uczelni, oznaczałoby rewolucję, a nawet przewrót kopernikański w polskich stosunkach akademickich. Amerykanie są pragmatyczni i w dużym stopniu elastyczni, choć jeśli się przyjrzeć szczegółom funkcjonowania ich systemu, można znaleźć szereg punktów, które są dziwactwem z naszego punktu widzenia. Pragmatyzm polega m.in. na tym, że jeżeli ktoś przeszedł drogę „od zera do milionera” i prowadzi świetnie funkcjonującą firmę, to taki ktoś, choćby nawet nie skończył szkoły średniej, zostanie zaproszony do wykładania na prestiżowej uczelni, ponieważ jest to ktoś, kto naprawdę jest jedynym ekspertem w swojej dziedzinie. W Europie jest to praktycznie niemożliwe. Wykładać o działalności przedsiębiorstw może tylko ktoś z korporacji profesorów, który być może nigdy w życiu nie prowadził biznesu, a tylko czytał o biznesach innych. Ale uwaga! To wcale nie musi być zarzut. Jeżeli profesor na bieżąco obserwuje wszystkie zjawiska zachodzące w jego dziedzinie, a przy tym jest człowiekiem inteligentnym (co wcale nie musi być takie oczywiste), może robić wspaniałe rzeczy. Gorzej, jeżeli jest to ktoś, kto się swego czasu nauczył jednego lub nawet kilku podręczników na pamięć i przez 30 lat każe studentom traktować swoją wiedzę jak prawdę objawioną.

W Polsce w wielu przypadkach prywatnych uczelni faktyczny zarząd należy do osób, które nauką nie mają nic wspólnego, za to mają zmysł organizacyjny i wiedzą kogo zatrudnić. W takich przypadkach tytuł rektora faktycznie przypada profesorowi, ale w rzeczywistości całością rządzi kanclerz, który jest po prostu menadżerem. Czy sam ten fakt automatycznie sprawia, że uczelnia jest lepsza? Wcale nie, bo wszystko zależy od wiedzy, doświadczenia, zaangażowania i podejścia do kadry naukowo-dydaktycznej przez menadżera. Czasami daje to świetne wyniki, a czasami opłakane. Polski menadżer to przede wszystkim człowiek, który kieruje się twardymi wymogami wypracowania zysków, albo przynajmniej utrzymania uczelni w znośnej kondycji finansowej. Jeżeli komuś takiemu brakuje pasji i wizji, to niewiele z tego wynika. Niestety wizję wspaniałej uczelni najczęściej mają jednak ludzie związani z pracą naukowo-dydaktyczną, zaś menadżerowie w tym wypadku odgrywają rolę wielkich hamulcowych, co znowu czasami jest dobre, gdyż profesor-wizjoner mógłby puścić uczelnię z torbami, ale czasami tragiczne, ponieważ każda inicjatywa kadry naukowej może zostać sparaliżowana, zaś zakomunikowanie tego może przybrać dla wrażliwych naukowców formy nader upokarzające. Obawiam się więc, że przełamanie monopolu korporacji profesorskiej na zarządzanie polską nauką wcale nie implikuje automatycznej poprawy sytuacji.
Jedną z cech charakterystycznych systemów anglosaskich jest brak jakiejkolwiek ogólnokrajowej koordynacji pracy naukowo-dydaktycznej wyższych uczelni. Regulacja wszystkiego co się da do najmniejszego szczegółu jest plagą życia w Polsce i nie ogranicza się do szkolnictwa wyższego. „Sprzedaż wiązana” w postaci kierunków studiów, gdzie student musi przyjąć określony zestaw zajęć bez szemrania (to się gdzieniegdzie na szczęście zmienia i niektóre uczelnie wprowadzają pewien wybór przedmiotów, ale nadal dzieje się to w ramach sztywnego „kierunku studiów”). Tymczasem uważam, że z faktu, że w Polsce profesor to ktoś, kto uzyskał państwowe namaszczenie w uznaniu za wybitne osiągnięcia w swojej dziedzinie, można też wyciągnąć korzyści dla całości systemu, jeżeli rolę profesora się odpowiednio zinterpretuje i o ile dany profesor na swój tytuł faktycznie zasługuje.

Otóż wychodząc z założenia, że profesor to prawdziwy mistrz, czyli całkowicie samodzielny pracownik naukowy (tak zresztą się go nazywa), powinien być to człowiek, który jest w stanie poprowadzić własną szkołę. Rozumiem to tak, że gdyby taki profesor osiedlił się w przysłowiowym Pcimiu Dolnym, gdzie nie byłoby żadnej uczelni, to on miałby prawo we własnym domu otworzyć szkołę np. ekonomii, literatury angielskiej, czy jaka by była jego specjalność, przyjąć grupę studentów i przekazać im to, co sam wie, w ten sposób kształcąc swoich następców. Ponieważ jest to sytuacja raczej nieprawdopodobna, pozostańmy przy uczelniach, gdzie każdy profesor to katedra (w Polsce współczesne katedry nie mają nic wspólnego z tradycyjnym znaczeniem tego słowa, tak samo jak na wielu uczelniach nikt już nie rozumie pierwotnego znaczenia słowa asystent, czyli pomocnik profesora – istnieją „katedry”, gdzie profesorów jak na lekarstwo, za to cała gromadka asystentów). Każdy profesor powinien być niczym Platon w swojej Akademii, czy Arystoteles w Likajonie i być w stanie poprowadzić swoich studentów przez swoją dziedzinę, swoim asystentom zlecając dokształcenie ich w umiejętnościach i wiedzy wstępnej potrzebnej do owej dziedziny zgłębienia. Ale jeżeli ktoś jest w stanie np. samodzielnie przeczytać poradnik na temat metodologii badań, to nie należy mu zawracać głowy chodzeniem na obowiązkowe zajęcia ze wstępu do badań takich a takich. Ponieważ jednak realnie patrząc na zagadnienie, studentów, którzy samodzielnie i z własnej nieprzymuszonej woli się do czegoś przygotują jest u nas jak na lekarstwo, prawdopodobnie trzeba im zlecić chodzenie na pewne zajęcia.

Dlaczego jednak  o tym piszę i jaka byłaby w takim razie różnica między tym systemem, a obecną „sprzedażą wiązaną”? Otóż te dodatkowe przedmioty byłyby ściśle powiązane z głównym nurtem badań prowadzonych przez studenta pod kierunkiem mistrza-profesora, a nie zajęciami, których związku z głównym nurtem studiów student nie dostrzega. Owszem, student powinien jak najbardziej mieć prawo wybrać sobie zajęcia nawet nie związane ze swoją specjalnością, ale to już osobny temat. Chodzi o to, że mistrz-profesor zna cały proces, jaki musi przejść jego student i umiejętnie tym procesem kieruje. Np. po pierwszym fragmencie pracy pisemnej dostarczonej przez studenta widzimy, że ten ma problemy z pisaniem, więc kierujemy go na zajęcia z pisania tekstów akademickich. Jeżeli jednak widzimy, że inny student sobie z tym świetnie radzi, to niech więcej czasu poświęca samym badaniom, a nie osobnemu doskonaleniu umiejętności pisania. Ogólnie chodzi więc o to, żeby student nie czuł się przytłoczony mnogością przedmiotów pomocniczych, a jeżeli już musi na nie uczęszczać, powinien odczuwać to jako dobrodziejstwo, dzięki któremu łatwiej sobie poradzi z głównym przedmiotem swoich zainteresowań. Nie może być tak, że traktuje te wszystkie przedmioty jako balast przeszkadzający mu w pracy nad wybraną dziedziną.

Myślę, że kilku, a nawet kilkudziesięciu profesorów, którzy nie tylko są gigantami w swoich dziedzinach, ale prawdziwymi mistrzami, którzy wiedzą, jak się do mistrzostwa dochodzi, byśmy w Polsce znaleźli. Może jednak zamiast robić antyprofesorską rewolucję, warto byłoby do takich dotrzeć i z nimi próbować coś zmieniać? Tutaj tak do końca pewny nie jestem, bo tam, gdzie grupa ludzi działa na zasadzie korporacji, tam trudno przełamać opór betonu. Dlatego uważam, że wielkich profesorów z wizją należy powyrywać ze swoich środowisk i pozwolić im tworzyć nowe jakości. Tutaj byłoby dobrze, gdyby państwo w ogóle się nie wtrącało.

Osobiście uważam, że uczelnia powinna być miejscem spotkania ludzi, których łączy pasja zdobywania wiedzy. Dlatego sprzeciwiam się kategorycznie roli uczelni jako szkoły zawodowej z całą masą przypadkowych studentów, którzy na studia poszli, bo „coś trzeba studiować”. Nie trzeba. Potrzebujemy dobrych fachowców w wielu dziedzinach, które studiów nie wymagają. Uczelnia zaś powinna pozostać miejscem, gdzie młody pasjonat może spotkać starego pasjonata, którego rola nie będzie się sprowadzała do udowodnienia mu, że jest nieukiem i idiotą, ale pokazanie drogi jak dojść tam, gdzie on sam doszedł. Nie powinno się to odbywać na zasadzie „ja, wielki profesor, któremu winniście hołdy składać i pokłony bić, przyjmuję was łaskawie do terminu”, ale „młody człowieku, widzę, że fascynują cię te same zagadnienia, co mnie, a ja ci chętnie pomogę je zgłębić”.

Aby nastąpił taki stan, trzeba jednak zdać sobie sprawę z tego, że takie studia nie są dla wszystkich, bo ludzi z autentyczną pasją, czy choćby z poczuciem autonomii uczenia się, zbyt wielu nie mamy. Dla tych pozostałych należy faktycznie stworzyć sieć szkół zawodowych, w których zdobędą umiejętności niezbędne do przetrwania. Jeżeli jednak na jakimś etapie życia nagle najdzie któregoś z nich ochota na studia uniwersyteckie, ponieważ dojrzał do pewnego sposobu myślenia, powinien jak najbardziej mieć otwartą drogę.

To tyle o moim marzeniu.