wtorek, 31 stycznia 2012

O pomyśle na Hollywood w Białymstoku (2)

Kilka lat temu mój zmarły przyjaciel zadzwonił do mnie z Łodzi i głosem pełnym entuzjazmu oznajmił, że w najbliższym czasie przyjeżdża na Białostocczyznę ze swoim kolegą-fotografem, bo mają pomysł na biznes. Kiedy spytałem, na czym będzie on polegał, poinformował mnie, że wraz z owym kolegą będą jeździć po podlaskich wsiach i fotografować cerkwie i cerkiewki, żeby z tych zdjęć przygotować album, bo przecież czegoś takiego jeszcze nie ma. Zrobiło mi się przykro, ponieważ nie lubię ludzi oblewać zimną wodą, sam bowiem nienawidzę tego stanu, kiedy ktoś gasi mój entuzjazm. Wobec przyjaciół i kolegów mam bardzo dużo empatii, więc często nie wiem, jak się w takich chwilach zachować. Udałem więc, że jest mi wesoło i spytałem dlaczego on chce wozić drewno do lasu, skoro m.in. ja pracuję dla wydawnictwa, które już kilka takich albumów ma na koncie. Potem wymieniłem mu ich tytuły i autorów, czym wyraźnie zepsułem mu humor, a ponieważ był to mój przyjaciel, mój humor też nie reprezentował najlepszego stanu. Problem jednak był głębszy, a biorący się z kompletnej nieznajomości realiów Podlasia. Jak zdążyłem się zorientować, ludzie w Polsce centralnej wyobrażają sobie ten region jako jakiś Dziki Wschód, zaś sam Białystok jako wielką wioskę zamieszkałą przez powolnie myślące dobroduszne misie, które tylko czekają na przedsiębiorczych i pomysłowych rodaków z dużych miast, którzy przybędą łaskawie z misją cywilizacyjną i podniosą Podlasie na wyższy poziom rozwoju.

I teraz ten bez wątpienia szlachetny i mądry człowiek, mój kolega ze studiów, sympatyzujący z partią, nawiązującą do tradycji Marszałka Józefa Piłsudskiego, która przez dwa lata rządziła Polską, wysuwa projekt oparty o marzenia kogoś, kto się naczytał Sienkiewicza, tudzież mnóstwa książek i opracowań historycznych, tudzież na podstawie wiary we własną inteligencję, stworzył sobie obraz całego regionu, a w szerszym kontekście całych obcych państw, w których nie wiem, czy przebywał dłużej niż tydzień. Znajomość i wyczucie realiów współczesnych to w dzisiejszej polityce podstawa. Nie można budować planów na „opowieściach drużynowego”, który „bohaterski wskrzesza czas”, bo on go tak naprawdę nie jest w stanie wskrzesić. Nikt nie jest.

Pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to chęć zapytania mojego kolegi, czy konsultował swój pomysł z kimś z partii, której jest sympatykiem (może nawet członkiem – tego nie wiem); czy zasięgał opinii np. posła Jurgiela, albo innych polityków z Podlasia. Znając prywatne opinie kół katolicko-narodowych bądź katolicko-niepodległościowych, taki plan zostałby „zmasakrowany” przy pierwszej wzmiance. Politycy z tych kół wiążą bowiem wszystko, co jest związane z białoruskością z czasami komunizmu, kiedy faktycznie Komitet Wojewódzki czy Komitet Miejski PZPR składał się w zdecydowanej większości z ludzi bądź to o białoruskich korzeniach, bądź za Białorusinów się uważających. I nie ma tu żadnego znaczenia, że ludzie ci już wtedy większą miłością pałali chyba do rosyjskiej sowieckości niż do faktycznej białoruskości. Ich dominację w komunistycznych władzach się pamięta i nie ma zmiłuj się (a tym bardziej „pomyłuj”).

Na Podlasianach z własnej opcji politycznej zwolennicy koncepcji jagiellońskiej rozbiliby więc głowy na samym początku nawet nieśmiałych prób wprowadzenia pomysłu w życie.

Zostawmy jednak podlaskich ksenofobów. Pytanie o wiele ciekawsze bowiem brzmi: Kto za to miałby zapłacić? Takie centrum filmowe to nie w kij dmuchał, bo filmy kosztują. Jestem bardzo ciekawy, jak mój kolega wytłumaczyłby polskim reżyserom, ale również i polskim podatnikom, że oto państwo polskie za ich pieniędzy finansuje produkcję filmów, jak by nie patrzył, przeznaczonego albo dla mniejszości narodowej albo dla obywateli obcego państwa, podczas gdy brakuje pieniędzy na ambitne filmy polskie. Nie mówiąc już o tym, że coś takiego, jak Centrum Filmów Polskich w ogóle nie istnieje! Propozycja więc zakłada budowanie za nasze pieniądze białoruskiego Hollywood w imię dalekosiężnych i zupełnie nierealnych potencjalnych korzyści politycznych, podczas gdy nie ma czegoś takiego, jak polskie Hollywood.

Gdyby jednak plan oparty na marzeniu, które z kolei wypływa z patriotycznej lektury historycznych ksiąg, zdołał się przebić przez niechęć lokalnych białorusofobów, jakimś cudem znalazł miliardy złotych na te ambitne produkcje o białoruskich bohaterach i ludziach kultury, to i tak zbyt poważnego efektu bym się nie spodziewał. Rosyjskojęzyczna większość na Białorusi nie zacznie się nagle uczyć języka białoruskiego tylko po to, żeby te filmy rozumieć, bo ona ten język i tak raczej bez trudu rozumie, co nie znaczy, że sama chciała by się nim czynnie posługiwać.

Pomysł generalnie jest utopijny. Założywszy jednak zupełnie hipotetycznie, że cały by się powiódł, i to do najmniejszego szczegółu, to jaka jest pewność, że odrodzony przy pomocy bohaterskich filmów wyprodukowanych w Białymstoku białoruski nacjonalizm nie skierowałby się przeciwko Polsce? Doskonale pamiętam wypowiedzi młodzieży białoruskiej (z Białorusi, nie mniejszości mieszkającej w Polsce) przyjeżdżającej na wycieczki do Białegostoku, w duchu ichnich „snów o potędze”. Nacjonalizm litewski właśnie przerabiamy. Gdybyśmy więc za sprawą pomysłu mojego kolegi mieli sobie „wyhodować żmiję na własnym łonie”, to ja serdecznie dziękuję.

Tak sobie oczywiście lekko żartuję i mam szczerą nadzieję, że kolega mój nie weźmie tego zbyt osobiście. Nie osobę bowiem krytykuję, ale pomysł, który fortunny niestety nie jest.

Białorusinom życzę jak najlepiej. Bardzo bym chciał, żeby między naszymi narodami zapanowały normalne i przyjazne stosunki. Trudno na razie przewidzieć jak się rozegra polityczna rzeczywistość na wschód od Polski. W jakim kierunku natomiast pójdzie rozwój samego języka białoruskiego również nie można przesądzać, choć tutaj niestety optymistą nie jestem. Niemniej proponuję, żebyśmy w tak delikatną materię jak świadomość narodowa, zwłaszcza cudza, nikomu się z pomocą nie narzucali. Sami tego nie lubimy, więc powinniśmy zrozumieć, że inni również nie byliby z tego powodu szczęśliwi.

Natomiast przy planowaniu jakichkolwiek konkretnych działań naprawdę gorąco zachęcam do zapoznania się z realiami, których nasze własne marzenia i pobożne życzenia nie powinny przysłaniać. Przez „mierzenie sił na zamiary” dostaliśmy w historii niejedną nauczkę i to bardzo bolesną.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

O pomyśle na Hollywood w Białymstoku (1)

Jednym z największych i najbardziej znienawidzonych wysiłków, jakich ludzie pragną uniknąć, kiedy tylko mogą, jest wysiłek umysłowy polegający na uczeniu się. Przyglądając się temu właśnie zjawisku, doszedłem już dość dawno do wniosku, że myślenie jednak boli, powoduje napięcie nerwowe, a to z kolei przekłada się na całkiem konkretne dolegliwości fizyczne. Z powodu unikania stresu wielu ludzi odczuwa wielką abominację do przyswajania wiadomości i umiejętności.

Opanowanie języka, którego nie nauczyliśmy się w dzieciństwie od naszych najbliższych, wymaga pewnej motywacji. Może nią być perspektywa lepszej pracy, albo atrakcyjnych podróży wakacyjnych lub też chęć nawiązania kontaktów z ludźmi spoza naszego kręgu językowego. Co jednak, kiedy proponowany język żadnego z tych punktów nie gwarantuje. Ba, być może wręcz przeciwnie, odizoluje nas od tych jakże atrakcyjnych możliwości i zamknie w coraz mniejszym getcie kulturowym?

Mam tutaj na myśli języki wymierające czy też te poważnie zagrożone. Za mojego życia zniknęła wersja języka gaelickiego z wyspy Man. Niewykluczone, że niektórzy z czytających te słowa doczekają naturalnego wygaśnięcia szkockiego gaelickiego, choć chciałbym się mylić. Irlandczycy niby narzucili naukę swojej wersji tego zachodnioceltyckiego języka dziatwie i młodzieży szkolnej, ale nie oszukujmy się – dla owej dziatwy jest on jak łacina. Na co dzień w domu najbardziej rdzenni Irlandczycy-katolicy mówią po angielsku. Procent użytkowników irlandzkiego gaelickiego jako naturalnego środka porozumienia między ludźmi kurczy się dosłownie z miesiąca na miesiąc.

W naszym sąsiedztwie obserwujemy systematyczny spadek populacji używającej języka białoruskiego. Kiedy Aleksander Łukaszenka po raz pierwszy wygrał wybory prezydenckie w swoim kraju, zupełnie legalnie, nastąpiło to m.in. dlatego, że dotarł ze swoim bardzo jasnym przekazem do zdecydowanej większości na co dzień posługującej się językiem rosyjskim: „towariszczi, wam nie nużno uczit’sja biełaruskowo”. Ta większość wybrała go na prezydenta i odetchnęła z ulgą, że nikt jej do jakiejś nauki nie będzie zmuszał. Jeśli więc białoruski na Białorusi wymrze, prawdopodobnie nikt po nim nie będzie płakał, oprócz wąskiej grupy świadomych historycznej roli tego języka w rozwoju Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Na początku lat 90. ubiegłego stulecia, kiedy jeszcze „wszystko się zdarzyć mogło”, bo oto rozpadł się Związek Sowiecki, a „ciężka czapka Monomacha” naprawdę poważnie ciążyła albo pijanemu albo skacowanemu Borysowi Jelcynowi, wielu z nas, Polaków zainteresowanych polityką, wierzyło, że należy jak najsilniej wesprzeć młode państwo białoruskie, które m.in. będzie odgrywało rolę bufora między nami a Rosją. Tak naprawdę mało kto sobie wówczas zdawał sprawę z tego, jakie stosunki językowe panują na samej Białorusi. Entuzjaści odrodzenia polityki jagiellońskiej karmili się mitami, że oto Białorusini, w odróżnieniu od Ukraińców i Litwinów, to naród bardzo, ale to bardzo nam przyjazny, a niektórzy hiperentuzjaści wyrażali opinie, że Białorusini tak nas kochają, że najchętniej by się przyłączyli do naszej państwowości. Wszystkie te mrzonki były budowane na niczym nie uzasadnionych pobożnych życzeniach i „opowieściach drużynowego”.

W tym samym czasie entuzjaści odrodzenia niepodległej Białorusi (no może bardziej pojawienia się, bo trudno odradzać coś, co się było po raz pierwszy praktycznie nie narodziło, nie licząc epizodu pod koniec I wojny światowej) w samym tym państwie, ale również dość wąska grupa wśród mniejszości białoruskiej północnego Podlasia (czyli Białostocczyzny, bo mam na myśli Podlasie historyczne, a nie dzisiejsze województwo o tej nazwie) z kolei w swoich mrzonkach roiło o Wielkiej Białorusi terytorialnie obejmującej Wileńszczyznę i Białostocczyznę. Te „sny o potędze” zostały szybko utemperowane przez zwyczajną rzeczywistość, ale przez jakiś czas nurt białoruskiego nacjonalizmu był całkiem widoczny zarówno na samej Białorusi nawiązującej nawet godłem do Wielkiego Księstwa Litewskiego, no bo i do innej historycznej państwowości byłoby trudno nawiązać, jak i wśród mniejszości białoruskiej w Polsce. Potem przyszedł Łukaszenko, bo, jak sądzę, większość obywateli Białorusi nie dała się porwać fali tegoż entuzjazmu między innymi dlatego, że nie chciała się uczyć języka „babuszek iz dieriewni” (babć z wiosek). Wielu użytkowników języka rosyjskiego białoruskim bowiem gardzi, uważając go za język niewykształconych wieśniaków. Smutna to prawda, bo często takie opinie wyrażają dosłownie wnuki owych „babuszek”.

Co ciekawe, w Polsce wielu mieszkańców podlaskich wsi, gdzie na co dzień używa się jeszcze języka białoruskiego, kiedy wyjedzie do miasta, lub kiedy ma do czynienia z „miastowym”, przechodzi na czystą polszczyznę, zaś o swoim języku wyraża się z lekceważeniem jako o „mowie prostej”, co oznacza ni mniej ni więcej, tylko coś podobnego do stosunku mieszkańca wsi kieleckiej do swojej gwary. W domu mówię swoim wiejskim dialektem, ale w urzędzie staram się używać polszczyzny literackiej (no, tak naprawdę to może telewizyjnej).

Wydziały białorutenistyki, czy to w Warszawie czy w Białymstoku świecą pustkami z braku kandydatów na studia. Dlaczego? Odpowiedź przecież każdy może dać sobie sam, bo logika jest tutaj okrutna i nieubłagana – co niby mieliby ci ludzie robić z samym białoruskim? Rusycystykę i owszem, można studiować, bo po tym można się np. zatrudnić w firmie handlującej z Rosją, a po białorutenistyce?

Wielkim pomysłodawcą odrodzenia polskiej polityki jagiellońskiej, skierowanej ku naszym bezpośrednim wschodnim sąsiadom był ś.p. Jerzy Giedroyć, wielki patriota oraz znany publicysta i współzałożyciel paryskiej „Kultury”. Obawiam się jednak, że i on ze swojej "wieży z kości słoniowej", czyli Maisons-Laffitte, żył raczej pewnym szlachetnym marzeniem, gdy tymczasem rzeczywistość szła w kierunku zupełnie innym.

Kiedy w 1991 roku przeprowadziłem się do Białegostoku oczekiwałem pewnej egzotyki, tętniącego wielokulturowością miasta i regionu.Ze względu na to, że rodzina mojej żony jest katolicka, choć sięgając do głębszych korzeni, prababcie bywały również prawosławne, siłą rzeczy najczęściej byłem wystawiony na towarzystwo podlaskich katolików. Mnie jednak interesowało to, co inne, czego w Łodzi nie znałem. Słuchałem więc np. audycji Radia Białystok nadawanych po białorusku, kiedy to ze zdziwieniem odkrywałem, że wszystko praktycznie rozumiem (czasami miałem wrażenie, że redaktorzy udają, że mówią po rosyjsku, ale ponieważ go nie znają, wychodzi im białoruski), zaś potem gdzieś doczytałem, że język białoruski faktycznie jest do polskiego podobny, szczególnie w warstwie leksykalnej. Wszystko mnie na Podlasiu fascynowało, poszerzałem krąg znajomych, m.in. o Białorusinów i prawosławnych (co nie do końca jest synonimem). Równocześnie bardzo jasno zacząłem sobie zdawać sprawę, że Polacy-katolicy zdecydowanie nie chcą mieć nic wspólnego z białoruskością, a już na pewno nie chcą jej promować. Nie mówię tutaj o jawnych ksenofobach, bo i z takimi się zetknąłem (ludzie wykształceni, jak najbardziej również). Niektórzy mają alergię na sam język, inni na jakąkolwiek wzmiankę w mediach (Co to? Nie mamy już innych sukcesów na Podlasiu do pokazywania?).

Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że z ust znajomych, którzy się za Białorusinów uważają, również niejednokrotnie słyszałem głupoty i teorie spiskowe, w której główną rolę odgrywali i odgrywają źli Polacy-katolicy. Generalnie prawda jest taka, że przejawów kultury białoruskiej w Białymstoku jest coraz mniej, księża prawosławni niby chcą ją pielęgnować i wśród swoich wiernych propagować, ale nabożeństwa odprawiają oczywiście w języku Cyryla i Metodego, zaś kazania głoszą po rosyjsku! Na ulicach i w miejscach publicznych słyszy się wyłącznie język polski. Nie chcę się tutaj wdawać w głębsze analizy i oceny tejże sytuacji, ponieważ to, co do tej pory napisałem jest bardzo długim, ale chyba koniecznym wstępem do polemiki wobec pewnego pomysłu, który wysunął mój kolega ze studiów, z którym wdałem się w dyskusję na Facebooku.

Znam jego entuzjazm wobec polityki jagiellońskiej (albo piłsudczykowskiej) wobec krajów byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, i nawet ją rozumiem, tylko, że kompletnie brakuje mi wiary w jej realność, a to z tego prostego względu, że od 21 lat mieszkam w Białymstoku i nieco się orientuję w tutejszych nastrojach. Wiem też mniej więcej na bieżąco, co się dzieje w stosunkach Polaków z Litwinami (zarówno w Polsce jak i na Litwie). Nie chodzi tu o doniesienia prasowe, ale o relacje tzw. zwykłych ludzi. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z ich zawodności jako źródła informacji, ale nie wolno ich lekceważyć jako źródła do poznania bieżącego stanu nastrojów społecznych. Odłóżmy jednak Litwę na kiedy indziej.

Pomysł mojego kolegi polega ni mniej ni więcej, ale na zbudowaniu w Białymstoku Centrum Filmu Białoruskiego. Owo centrum wyprodukowałoby szereg ruchomych obrazów o charakterze historycznym, które propagowałyby wielkich Białorusinów z przeszłości, m.in. tych, którzy byli równocześnie patriotami Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak mniemam. O ile dobrze odczytuję ten zamysł, owo białoruskie Hollywood w Białymstoku miałoby doprowadzić do odrodzenia świadomości narodowej wśród Białorusinów, którzy kiedy już do swojej przeszłości zapałają miłością tak gorącą, że na tej fali nauczą się języka swoich przodków, następnie w dowód wdzięczności do nas, Polaków, którzy przy pomocy tych dzieł filmowych przywróciliśmy ich ich własnemu dziedzictwu, staną się naszymi najwierniejszymi sojusznikami i buforem oddzielającym nas od Rosji.

Ponieważ kolegę szanuję i cenię, od złośliwości się powstrzymam, a wszak złośliwy być potrafię. Spróbuję więc w kilku punktach wyjaśnić na czym polega błąd w jego rozumowaniu.Można to również streścić w jednym punkcie – na braku elementarnej orientacji w sytuacji etniczno-politycznej już nie tylko na Białorusi, ale wręcz w regionie własnego kraju.

CDN

czwartek, 26 stycznia 2012

Czytając popularne czasopismo, czyli o Afryce i ilorazie inteligencji

Mój syn jest zagorzałym czytelnikiem artykułów popularyzujących wiedzę o świecie w ogóle, a w tym o odkryciach naukowych. M.in. dlatego regularnie kupuje polską wersję „Newsweeka”. Ja już teraz nie wiem, czy łamię prawo, czy jeszcze nie, kiedy czytam egzemplarz przywieziony przez niego do domu. W końcu on za pismo zapłacił, a ja nie! W ten sposób, czytając pożyczone czasopismo, pozbawiam jego wydawcę, a pośrednio autorów artykułów w nim umieszczonych ich należnego zarobku. Bo przecież skoro przeczytam pożyczony egzemplarz, to sam go już nie kupię, bo i niby po co? Moje wyrzuty sumienia jeszcze bardziej się pogłębiają, kiedy wchodzę na stronę www.newsweek.pl i czytam sobie te same artykuły w wersji online. No teraz to ja już na pewno nie kupię sobie tego numeru. I w taki to sposób chyba staję się przestępcą, a jeszcze większym staje się mój syn, który pozwolił staremu ojcu skorzystać z jego egzemplarza „Newsweeka”. Ciężka sprawa, psiakrew! Prawnikiem nie jestem, ACTA przeczytałem, ale nie jestem pewien, czy do końca zrozumiałem i masz babo placek! Paranoja mnie dopada i tyle!

Tymczasem w numerze udostępnionym mi przez syna (mam nadzieję, że żaden gorliwy urzędnik nie weźmie tego wpisu za donos na własne dziecko) znalazłem niezwykle interesujące artykuły. Między innymi jeden dotyczy sytuacji w Afryce. Wczoraj pisalem o Islandii jako o kraju, o którym praktycznie nic nie wiemy, bo generalnie, nie oszukujmy się, wiemy najczęściej tylko to, co nam zechcą podać media. Mało kto z nas jest na tyle dociekliwy, żeby specjalnie poszperać gdzieś dalej i głębiej.

Afryka do tej pory nie pojawiała się zbyt często na łamach gazet i czasopism, a jeśli już to albo w kontekście biedy i głodu, zacofania (np. historyjka o darze Amerykanów w postaci komputerów dla szkoły, która nie ma nawet dostępu do prądu), okrutnych dyktatur i krwawych wojen, a do tego w kontekście całkowitej obojętności bogatego Zachodu. Tzn. nie tak do końca, bo Zachód od czasu do czasu wysyła do Afryki wojsko (zwłaszcza Francuzi), zaś krwawe wojny są tam możliwe dzięki broni skwapliwie sprzedawanej miejscowym kacykom przez zachodnie koncerny. I tak przez ten jeden wielki stereotyp wyrabiany przez media przez dobrych kilkadziesiąt lat, my pospolici (nie mówię oczywiście o specjalistach) jako odbiorcy informacji z kraju i ze świata, przegapiliśmy gwałtowny rozwój gospodarczy szeregu państw afrykańskich.

Artykuł Moniki Rębały („Nesweek Polska” 3/2012 16-22.01.12) „Po pieniądze do Afryki” zaczyna bardzo wymowny akapit:

Nigeria zamierza wysłać człowieka na Księżyc, Angola chce pożyczać pieniądze bankrutującej Portugalii, a w Rwandzie [wydaje mi się, że kiedy chodziłem do szkoły, nazwa tego kraju była już spolszczona, a mianowicie Ruanda – SK) łatwiej robić biznes niż w Polsce. Nadchodzi dekada Afryki?

Artykuł gorąco polecam, zaś nad retorycznym pytaniem ze wstępnego akapitu należy się porządnie zastanowić i wyciągnąć wnioski. Wśród blogów, które obserwuję znajduje się również blog Kamila Cebulskiego, młodego biznesmena, który wykonuje mnóstwo dobrej roboty jeśli chodzi o edukację biznesową innych młodych Polaków. Wczoraj tam właśnie obejrzałem jego rozmowę z dziennikarzami śniadaniowego programu TVN, w którym dyskutowano wielką szansę polskich przedsiębiorców na dobre interesy z krajami afrykańskimi. Nigeryjski gość programu m.in. poinformował o inwestycjach Jana Kulczyka w nigeryjską ropę, zaś sam Kamil Cebulski opowiedział o swoich planach zbudowania przedszkola i szkoły w Zambii. Nie wiem, czy to będą instytucje płatne, no bo przecież, żeby były rentowne, ktoś musi ten zysk zapewniać, ale w każdym razie trzymam za Kamila kciuki.
Bardzo ciekawy jest przykład, jaki podał w różnicach rozwojowych krajów afrykańskich. Zimbabwe, które kiedyś było jednym z najbogatszych krajów Afryki, teraz przez totalitarną politykę Roberta Mugabe stała się krajem najbiedniejszy, i Botswany, która z kolei kiedyś była biedna, a teraz dzięki maksymalnej swobodzie działalności gospodarczej i minimalnej roli urzędników państwowych, stała się jednym z najszybciej rozwijających się krajów kontynentu.

Z artykułu Moniki Rębały wynika, że coraz więcej Portugalczyków decyduje się na emigrację do swojej byłej kolonii, czyli Angoli. Może się więc okazać, że Europie wcale nie grozi zalew biednych Afrykańczyków, a nasze europejskie społeczeństwa po prostu wymrą śmiercią naturalną, bo dzieci rodzimy mało, a skoro nie przyjadą młodzi imigranci, to nie będzie miał kto zarabiać na nasze emerytury. System emerytalny rządu Jerzego Buzka okazał się przecież fiaskiem.

Kiedy czytam o Nigerii moje pierwsze skojarzenie to nauczyciel matematyki z IV LO w Łodzi, do którego uczęszczałem, a prywatnie ojciec mojego nieżyjącego już niestety kolegi z klasy, Pawła, pan profesor Frankowski. Nigdy nie uczył mojej klasy, ale to, co się dało zauważyć, to fakt, że co kilka lat „znikał” z naszej szkoły na jakiś czas (rok/dwa lata), a potem znowu wracał. Oprócz tego, że był specjalistą od matematyki, świetnie znał angielski, rosyjski, francuski i niemiecki. Dzięki temu podczas tych swoich nieobecności w IV LO mógł wykładać na uniwersytecie w Lagos. Był postacią nietuzinkową, ale niestety jak to często bywa z takimi osobowościami, często miewał problemy z opanowaniem rozwydrzonych polskich nastolatków. To już jednak zupełnie inna historia.

Inny artykuł z tego pożyczonego od syna numeru „Newsweeka” dotyczy możliwości podniesienia swojego IQ. Nie ukrywam, że to zagadnienie mnie zawsze nurtowało i że intuicyjnie koncepcja raz na całe życie ustalonego ilorazu inteligencji zawsze wydawała się podejrzana. Okazuje się, że przez odpowiednią pracę nad sobą, wysiłek umysłowy i zdrowy tryb życia, choć przy tym, uwaga, poprzez granie w „gry pełne przemocy” możemy wydatnie poprawić swój iloraz inteligencji.

Przesłanie artykułu Sharon Begley, „Podnieś sobie IQ” jest bardzo optymistyczne, ale równocześnie powinien przyczynić się do stresu wielu nauczycieli, którzy na niektórych swoich uczniach postawili już przysłowiowy krzyżyk, że oni niby „z nich to już nic nie będzie, bo są tacy mało inteligentni”. Nie wolno więc nikogo traktować jak epsilona z „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya, tylko solidnie pracować z każdym uczniem.

Tu jednak widzę bardzo poważny problem – otóż lobby kretynów oświatowych, zwolenników kształcenia jedynie „złotych rączek” i wypełniaczy PITów, czyli „tego co się w życiu przydaje” z pewnością podniosą wrzask, jeśli nauczyciele zaczęliby zmuszać uczniów do „wyłączenia smartfona i odejściu od Internetu”, „pisania ręcznego”, „uczenia się na pamięć” w tym „uczenia się na pamięć wierszy” (Już słyszę „A po jaką cholerę mi/mojemu dziecku/młodym ludziom to?”).

Dlatego powtarzam po raz kolejny, bo artykuł ten dostarczył mi potwierdzenia mojej tezy – najlepsze szkoły prywatne, czy to angielskie grammar schools, czy to amerykańskie prep schools stawiają m.in. na „pamięciówę”, gry zespołowe (w tym rugby) i na rozwiązywanie ambitnych problemów. Szkoły publiczne, których nikt nie szanuje, nawet nauczyciele w nich pracujący, stawiają na to, żeby było łatwo i bezstresowo. U nas teraz też jest łatwo i bezstresowo, a już nie tylko poziom wiedzy, ale prawdopodobnie sam poziom IQ się obniża. Na szczęście nie wszędzie i nie u wszystkich.

Do rad podanych w artykule „Newsweeka” dorzucę – czytajcie inspirujące artykuły!

środa, 25 stycznia 2012

Demokracja kontra demokracja, czyli urządzanie sobie życia przez obywateli kontra wielki zgniły kompromis

Jak już Czytelnicy tego bloga się zorientowali, nie bardzo wierzę w naturalność demokracji i wolnego rynku (to się często wymawia jednym tchem, choć są to zjawiska niekoniecznie równoległe, ale dla celów tego wpisu uważam je za paralelne), choć wierzę, że jest to potencjalnie bardzo dobry ustrój, o ile istnieje większość światłych obywateli, którym na niej zależy. Doświadczenie historyczne pokazuje, że człowiek z natury chciałby urządzać świat po swojemu, a nie zgadzać się na kompromisy z innymi, którzy chcą z kolei wprowadzać własne porządki. W celu uniknięcia nieustannej walki, która jest stresująca i doprowadza wszystkich do ruiny, godzimy się na umowy społeczne, z których potem jesteśmy niezadowoleni. W rezultacie tworzą się systemy hierarchiczne, w których ci, którym nie udało się dopchać do władzy, muszą z pokorą znosić los podległych lub nawet wykluczonych. Ci z kolei, którym udało się władzę zdobyć, w naturalny sposób próbują tej władzy nigdy nie oddać, bo władza nie tylko korumpuje, ale władza uzależnia jak narkotyk.
    W wysłuchanej wczoraj audycji radiowej (chyba legalnie, skoro udostępniona była na stronach internetowych Polskiego Radia) profesor B.Grzegorzewska wspomniała m.in. króla Leara, tytułowego bohatera sztuki Szekspira, o której wypowiedziałem kilka refleksji jakiś czas temu. Polska uczona zwróciła uwagę na fakt, że stary Lear niby zrzeka się władzy na rzecz córek i zięciów (oprócz Kordelii, na której uczuciach się stary głupiec nie poznał – uwaga moja), ale tak naprawdę zachowuje poczet stu zbrojnych towarzyszy, z którymi odwiedza swoje córki, żeby dawać im rady i reprymendy. Tej władzy wraz z drużyną zostanie potem pozbawiony, ale to już inne zagadnienie. Zrzekając się władzy, chciał się tak naprawdę pozbyć stresu i odpowiedzialności, czyli tej nieprzyjemnej strony jej sprawowania, ale nadal chciał podejmować istotne decyzje!
    W historii znamy przykłady ludzi, którzy będąc u szczytu władzy, zrezygnowali z niej, wycofując się do zacisza domowego. Jednym z takich przykładów jest cesarz Dioklecjan, jeden z najtęższych organizatorów w historii, od którego datujemy początek rzymskiej monarchii w formie już nie zakamuflowanej republikańską tytulaturą (pryncypat – od pierwszy senator i pierwszy obywatel), ale wyrażonej wprost jako dominat (dominus – pan).
    Człowiek ten zorganizowawszy system rotacji władzy najwyższej (dwóch augustów i  dwóch cezarów mających się po pewnym czasie wymieniać władzą), po prostu się wycofał. Dziś powiedzielibyśmy, że przeszedł na emeryturę, a przecież nie musiał, bo przez nikogo nie był zagrożony!
    Niemniej i w jego przypadku sytuacja wyglądała tak, że niejednokrotnie augustowie i cezarowie zwracali się do niego o radę, a zdarzało się, że zbierali się w jego prywatnej willi, żeby zasięgnąć jego opinii. Człowiek ten miał po prostu ogromny autorytet, który opierał się nie tylko na sile legionów, ale na ogromnej wiedzy i doświadczeniu w rzemiośle rządzenia.
    Sulla, jeden z najkrwawszych dyktatorów w historii republikańskiego jeszcze Rzymu, po trzech latach rządów ciężkiej ręki, podczas których masowo mordował przeciwników politycznych (proskrypcje), wycofał się z życia publicznego i zmarł po roku śmiercią naturalną nie niepokojony przez nikogo.
    Tacy mężowie zdarzają się jednak niezwykle rzadko. Są to bowiem ludzie, dla których władza jest jedynie narzędziem do wypełnienia misji i niczym więcej. Zarówno Sulla jak i Dioklecjan uważali, że w kraju panuje chaos, który niszczy państwo, rujnuje obywateli i korumpuje system wartości etycznych, weszli na arenę polityczną, zdobyli pełnię władzy, wprowadzili porządek w taki sposób, jaki sami uważali za najlepszy (stąd ich ocena do dziś pozostaje przedmiotem kontrowersji) i „przeszli na emeryturę”, bo władza nie była dla nich narkotykiem, a życia bez niej nie uważali za mniej wartościowe.
    Jak jednak daje się zauważyć, takich ludzi można w historii policzyć na palcach, jeśli nie jednej, to w każdym razie na pewno dwóch rąk.
    Smutna rzeczywistość pokazuje, że zdecydowana większość tych, którzy władzę zdobyli, chcieliby ją utrzymać na zawsze. Hosni Moubarak, obalony w zeszłym roku autorytarny prezydent Egiptu, kiedy mu doniesiono, że Lech Wałęsa nie został ponownie wybrany na prezydenta Polski (wygrał wtedy Aleksander Kwaśniewski), mocno się zdziwił, że oto władzę stracił urzędujący prezydent.
    Mechanizmem obronnym demokracji, który nie pozwala na wieczyste sprawowanie władzy jest kadencyjność urzędów. Jak jednak widzimy na przykładzie Rosji, można sobie z tym poradzić (dwie prezydentury Putina, potem jego premierostwo, i pewnie teraz znowu dwie prezydentury). Łukaszenka, też pierwotnie wybrany demokratycznie, wiedział jak tę demokrację stłamsić i stać się dyktatorem.
    Idealistów, którzy „nie zgadzają się z tobą, ale życie by oddali, byś mógł głosić swoje poglądy” jest niezwykle mało, a wśród polityków aktywnie biorących udział w „grze o tron” praktycznie nie ma ich wcale. Skrajni zwolennicy katolickiej prawicy najchętniej zdelegalizowaliby SLD i PO, zaś Stefan Niesiołowski z PO jawnie wyraża pogląd, że PiS powinien zostać wyeliminowany z życia publicznego. Polska demokracja wydaje się więc istnieć tylko dlatego, że różne strony szachują się nawzajem, a nie dlatego, że ktokolwiek wierzy w demokrację jako wartość.
    Przypomina to trochę sytuację we francuskim Zgromadzeniu Narodowym po wojnie francusko-pruskiej, w którym to zdecydowaną większość stanowili monarchiści, a mimo to doprowadzili do utrzymania III Republiki. Stało się tak z tego prostego względu, że były trzy ugrupowania monarchistyczne – dwa ugrupowania zwolenników królestwa: 1. popierający starszą linię Burbonów, 2. popierający orleańską linię Burbonów, oraz (3) jedno ugrupowanie bonapartystyczne, a więc zwolennicy cesarstwa. Stronnictwa te tak dalece były ze sobą skłócone, że mimo łącznej większości w parlamencie, nie były w stanie przeforsować idei monarchistycznej. III Republika była więc tworem, którego właściwie nikt nie chciał, ale się na nią ostatecznie godził. Przykład ten pokazuje, jak często jesteśmy ofiarami systemów, które nie są od nas zależne. Ci, którzy uruchamiają system, często tracą nad nim kontrolę, a często ulegają „przemiałowi” przez tenże system. Stąd tam, gdzie doszukujemy się jakichś tajnych i wszechświatowych doskonałych spisków (spiski, podkreślam, są, ale nie są wcale takie doskonałe, ani tak wszechogarniające), często działają mechanizmy, nad którymi sami ich twórcy stracili kontrolę.
    W całym tym niewesołym kontekście, zwłaszcza w sytuacji kryzysu wywołanego przez pewien system, który oddaje kontrolę nad gospodarką kapitałowi finansowemu (mam na myśli sektor bankowy w odróżnieniu od przemysłowego), oraz w kontekście wprowadzenia międzynarodowego prawa, które stworzy mechanizmy stanowiące potencjalne zagrożenie dla wolności wypowiedzi, nietykalności osobistej i nienaruszalności miru domowego, bardzo optymistycznie nastroiła mnie wieść z Islandii, o której milczą wszystkie media głównego nurtu. Pamiętamy wielki kryzys Islandii, który sprawił, że państwo to zbankrutowało. Ale news, jak to news – pojawił się, pokomentowaliśmy, ucieszyliśmy się, ze to w Islandii a nie u nas i na tym koniec. Potem media wypełniły się innymi newsami, a o Islandii wszyscy zapomnieli z wyjątkiem chwil, kiedy wybuchały wulkany. Ale nawet przy okazji tych wybuchów, o sytuacji państwa-bankruta nikt już nic nie mówił, jakby się tam nic nie działo. A tymczasem, jak się okazuje, działo się i dzieje.
   
Czytających w języku angielskim odsyłam do: http://singularityhub.com/2011/08/03/25-ordinary-citizens-write-icelands-new-constitution-with-help-from-social-media/

Tych, którzy wolą wersję w języku polskim, wklejam (nikt nie zgłosił pretensji do praw autorskich) post, który mój kolega wkleił na Facebooku, ale który można znaleźć na kilku forach internetowych (m.in. Onetu czy TVN 24):

PRZECZYTANE W INTERNECIE - CO WY NA TO? Islandczycy sprawili, że rząd, który aprobował pod dyktando światowej finansjery zubożyć islandzki naród zgodnie ze scenariuszem aktualnie przerabianym przez Grecję, podał się w komplecie do dymisji! Główne banki w Islandii zostały znacjonalizowane i mieszkańcy zdecydowali jednogłośnie zadeklarować niewypłacalność długu, który został zaciągnięty przez prywatne banki w Wielkiej Brytanii i Holandii. Doprowadzono też do powołania Zgromadzenia Narodowego w celu ponownego spisania konstytucji. I to wszystko w pokojowy sposób. To prawdziwa rewolucja przeciw władzy, która doprowadziła Islandię do aktualnego załamania. Na pewno zastanawiacie się, dlaczego te wydarzenia nie zostały szeroko nagłośnione? Odpowiedź na to pytanie prowadzi do kolejnego pytania: Co by się stało, gdyby reszta europejskich narodów wzięła przykład z Islandii? Oto krótka chronologia faktów: Wrzesień 2008 roku: nacjonalizacja najważniejszego banku w Islandii, Glitnir Banku, w wyniku czego giełda zawiesza swoje działanie i zostaje ogłoszone bankructwo kraju. Styczeń 2009 roku: protesty mieszkańców przed parlamentem powodują dymisję premiera Geira Haarde oraz całego socjaldemokratycznego rządu,a następnie przedterminowe wybory. Sytuacja ekonomiczna wciąż jest zła i parlament przedstawia ustawę, która ma prywatnym długiem prywatnych banków (wobec brytyjskich i holenderskich banków) wynoszącym 3,5 miliarda euro obarczyć islandzkie rodziny na 15 lat ze stopą procentową 5,5 procent. W odpowiedzi na to następuje drugi etap pokojowej rewolucji. Początek 2010 roku: mieszkańcy zajmują ponownie place i ulice, żądając ogłoszenia referendum w powyższej sprawie. Luty 2010 roku: prezydent Olafur Grimsson wetuje proponowaną przez parlament ustawę i ogłasza ogólnonarodowe referendum, w którym 93 procent głosujących opowiada się za niespłacaniem tego długu. W międzyczasie rząd zarządził sądowe dochodzenia mające ustalić winnych doprowadzenia do zaistniałego kryzysu. Zostają wydane pierwsze nakazy aresztowania bankierów, którzy przezornie uciekli z Islandii. W tym kryzysowym momencie zostaje powołane zgromadzenie mające spisać nową konstytucję uwzględniającą nauki z dopiero co przerobionej lekcji . W tym celu zostaje wybranych 25 obywateli wolnych od przynależności partyjnej spośród 522, którzy stawili się na głosowanie (kryterium wyboru tej 25 poza nieposiadaniem żadnej książeczki partyjnej była pełnoletniość oraz przedstawienie 30 podpisów popierających ich osób). Ta nowa rada konstytucyjna rozpoczęła w lutym pracę, która ma się zakończyć przedstawieniem i poddaniem pod głosowanie w najbliższych wyborach przygotowanej przez nią Magna Carty . Czy ktoś słyszał o tym wszystkim w europejskich środkach przekazu? Czy widzieliśmy, choćby jedno zdjęcie z tych wydarzeń w którymkolwiek programie telewizyjnym? Oczywiście NIE! W ten oto sposób Islandczycy dali lekcję bezpośredniej demokracji oraz niezależności narodowej i monetarnej całej Europie pokojowo sprzeciwiając się Systemowi. Minimum tego, co możemy zrobić, to mieć świadomość tego, co się stało, i uczynić z tego legendę przekazywaną z ust do ust. Póki co, wciąż mamy możliwość obejścia manipulacji medialno informacyjnej służącej interesom ekonomicznym banków i wielkich ponadnarodowych korporacji. Nie straćmy tej szansy i informujmy o tym innych, aby w przyszłości móc podjąć podobne działania, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Mała Islandia pokazuje, że można się nie bać wielkich korporacji finansowych. U nas politycy wszystkich opcji ochoczo krytykują białoruskiego dyktatora Łukaszenkę, podczas gdy każda opcja, gdyby mogła bardzo chętnie przyjęłaby jego system. PiS w imię obrony niepodległości gotów był inwigilować obywateli, PO jest gotowe robić dokładnie to samo, tyle że w imię ochrony praw autorskich. A tymczasem może byśmy wybrali kolegium 25 ludzi nie należących do żadnej partii, którym naprawdę zależy na całej Polsce i na wszystkich Polakach, którzy opracowaliby taką konstytucję, która naprawdę by stała na straży ich praw i wolności.

Do polityki się nie nadaję. Zwolennikiem żadnej z istniejących w Polsce opcji politycznych nie jestem! Gdyby jednak przyszła potrzeba opracowania nowej ustawy zasadniczej, i gdyby ktoś mi zaproponował pracę w gremium się tym zajmującym, od takiego obowiązku bym się nie uchylił, bo myślę, że jestem na tyle obiektywny, a przy tym mam w sobie na tyle empatii, że zrobiłbym to sumiennie i dobrze. A po robocie spokojnie i bez żalu wróciłbym do domu.

Na razie kibicuję Islandii, małemu krajowi i jego nielicznej populacji obywateli, którzy nie wiem czy wierzą w demokrację, ale po prostu wierzą, że sami muszą urządzić swoje życie, bo kiedy robią to za nich inni, nie wychodzą na tym dobrze!

wtorek, 24 stycznia 2012

Na marginesie powieści Roberto Bolaño, czyli o wartości warsztatów literackich

Tuż przed Bożym Narodzeniem wybrałem się na spotkanie poświęcone promocji kolejnego numeru ambitnego pisma o charakterze kulturalno-naukowym „Kronos”. Pewnie to wstyd, ale wcześniej o nim nie słyszałem, ale tak bywa z wieloma rzeczami. Czegoś nie wiesz, potem się dowiadujesz i już wiesz. Kupiłem sobie dwa numery „Kronosa” i jestem z tego bardzo rad, bo dzięki nim po pierwsze odkrywam pewne obszary życia intelektualnego, które dotąd były mi obce, a po drugie (może nawet jeszcze przyjemniejsze) znajduję potwierdzenie dla własnych przemyśleń w tekstach ludzi publicznie uznanych.

Spotkanie odbyło się w białostockiej galerii sztuki „Arsenał”. Trzy wystąpienia poświęcone były Szekspirowi, w tym wspaniała prezentacja pewnego niuansu z „Makbeta” profesor Małgorzaty Grzegorzewskiej (jak nie zapomnę, to o tym jeszcze napiszę), natomiast w czwartym i ostatnim Marcin Rychter przedstawił sylwetkę i twórczość chilijskiego pisarza, który młodość spędził w Meksyku zaś potem zamieszkał w Hiszpanii, Roberto Bolaño. Ten zmarły w 2003 roku prozaik jest podobno bardzo dobrze znany w USA i w ogóle na Zachodzie, natomiast w Polsce, mimo ukazania się już przekładów pięciu z jego powieści, nie doczekał się jeszcze większego zainteresowania. Prezentacja tak mnie zaintrygowała, że stwierdziłem, że to nazwisko z pewnością muszę zapamiętać i przeczytać książki tego autora. Latynosi generalnie dość mocno zaznaczają swoją obecność w literaturze światowej, więc tym bardziej zapragnąłem poznać kolejnego przedstawiciela tego kręgu kulturowego.

Ponieważ miałem w planie przeczytanie kilku innych książek, i oczywiście codzienność gnała mnie w odmienne rejony, tego Bolaño odłożyłem na później. Jednakże w sobotę podczas wizyty w księgarni (sieci znanej w całej Polsce z wysokich cen) pośród tysięcy książek na półkach dostrzegłem „Dzikich detektywów”. Cena na moment stłumiła mój entuzjazm.

Decyzję o zakupie tej książki przyspieszył kolejny przypadek, a mianowicie rozmowa o Roberto Bolaño w WOK (Wszystko o kulturze) na drugim programie TVP. Nie chcę szpanować, że program ten oglądam regularnie i że akurat specjalnie przełączyłem telewizor na „dwójkę”, żeby go obejrzeć. W rzeczywistości trafiłem na rozmowę o chilijskim pisarzu wciskając przypadkiem guzik na pilocie. Nie wysłuchałem jej więc od początku, ale za to do końca i stąd dowiedziałem się, że każda z jego książek jest inna, jest jakby pisana z innej perspektywy i innym językiem. To przeważyło! Wczoraj znowu poszedłem do wyżej wspomnianej księgarni i zakupiłem „Dzikich detektywów”, których też zacząłem wczoraj czytać.

Na ogół o książkach mówię lub piszę, kiedy je już przeczytam w całości. Tym razem robię wyjątek, ponieważ zaintrygował mnie pewne zagadnienie, które w samej powieści jest zupełnie marginalne i prawdopodobnie nie odegra większej roli w rozwoju akcji, ale, jak to już ze mną bywa, dało mi bodziec do pewnych refleksji.

Otóż narrator pierwszej części „Dzikich detektywów”, Juan García Madara, to siedemnastoletni student prawa, który jednak chce zostać poetą i zapisał się na warsztaty poetyckie niejakiego Álamo, który sam jest poetą.

W czasach komuny śmialiśmy się ze Związku Sowieckiego między innymi z tego powodu, że organizowano tam kursy uniwersyteckie dla pisarzy. Kiedy później dowiedzieliśmy się, że zajęcia z „twórczego pisania” (creative writing) prowadzone są również w Stanach Zjednoczonych, śmieszyło nas to już trochę mniej, no bo przecież Amerykanie to nie jakieś ruskie głupole. Dzisiaj uważam, że być może owszem, ludzie o pewnych ambicjach ale o brakach warsztatowych mogą poprawić swój styl, technikę budowania struktury opowiadania czy powieści, poznać formy poetyckie i je „trenować”, ale nic, absolutnie żadne zaliczane na celujący warsztaty ni pomogą w przypadku braku talentu, a jeszcze gorzej w przypadku braku czegokolwiek ciekawego do powiedzenia. Owszem, zdarzają się pięknie wycyzelowane teksty o niczym i wtedy podziwiamy sprawność warsztatową twórcy, a czasami nawet doszukujemy się jakiejś głębszej idei stojącej za pisaniem o niczym właśnie (witkacowska „czysta forma” na przykład), ale mimo to, zdecydowana większość z nas woli czytać o czymś.

W 2007 r., na spotkaniu z Jonathanem Carrollem  (pisarzem, podobnie jak Wharton dość w Polsce popularnym, prawdopodobnie dlatego, że jest to twórczość „popularna” właśnie) dowiedziałem się od samego gościa, że przez jakiś czas prowadził kursy twórczego pisania na uniwersytecie. Z pewną nonszalancją, a może z brakiem świadomości pewnego zażenowania wśród tych, którzy się parają dydaktyką, przyznał, że polegały one na tym, że studenci pisali opowiadania, sporządzali liczbę kopii odpowiadających liczbie uczestników warsztatu plus dla prowadzącego. Na zajęciach się nimi wymieniali, potem je czytali i dyskutowali o ich wadach i zaletach. Rola prowadzącego sprowadzała się do koordynacji tych działań.

To spotkanie sprzed prawie pięciu lat przyszło mi od razu na myśl, kiedy zacząłem czytać „Dzikich detektywów”. Pozwolę sobie zacytować fragment (z wielką nadzieją, że nie łamię praw autorskich należących do spadkobierców Roberto Bolaño, tudzież polskiego tłumacza, polskiego wydawcy i wydawcy oryginału):

Do tej pory pojawiłem się na warsztatach cztery razy i nigdy nic się nie działo, to znaczy, tak tylko mówię, bo jakby się przyjrzeć, to zawsze coś się dzieje: czytaliśmy wiersze i Álamo, w zależności od aktualnego humoru, albo je chwalił, albo masakrował; ktoś czytał, Álamo krytykował, inny czytał,  Álamo krytykował, jeszcze jeden czytał, Álamo krytykował. Chwilami Álamo się nudził i prosił nas (tych, którzy akurat nie czytali), żebyśmy też krytykowali, i wtedy zaczynaliśmy krytykować, a Álamo czytał sobie gazetę.

Dalsza część tego fragmentu mówi o tym, że prowadzący warsztat nie do końca znał się na terminologii krytyki poetyckiej, np. „Wiedział, co to jest peryfraza, nie za dobrze, ale wiedział. Natomiast nie miał pojęcia, co to jest pentapodia (co jak wszyscy wiedzą, w klasycznej metryce oznacza pięciostopowy wers), nie wiedział też, co to jest wiersz nikarchejski (a to forma wiersza zbliżonego do jedenastozgłoskowca falecejskiego) ani co to tetrastych (czyli czterowersowa strofa).”

Narrator twierdzi, że „[j]edynym meksykańskim poetą, na pamięć zna takie rzeczy, jest Octavo Paz”. Nie zacytuję innych pytań młodego pretendenta do laurów poetyckich, którymi „zagiął” prowadzącego warsztaty, ponieważ powziąłem szatański plan zadania ich moim kolegom, specjalistom od poezji. Nie, żeby im zrobić na złość, ale żeby sprawdzić pewną tezę.

Wielu uważa, że danego zawodu najlepiej nauczy nie teoretyk, ale praktyk, czyli ten, który sam przez lata doświadczeń wie, jak się pewne rzeczy robi i teraz bez trudu podzieli się swoją wiedzą z uczniami. To jednak wcale tak nie działa, a przynajmniej nie we wszystkich przypadkach. Istnieją bowiem ludzie (w tym ja), którzy odwiedzając nowych znajomych korzystają z zapisanego przez nich adresu. Przy drugiej wizycie adres ten wylatuje im z głowy, ponieważ nie jest już do niczego potrzebny, drogę do domu starych przyjaciół zna się bowiem na pamięć bez zaprzątania sobie głowy nazwą ulicy czy numeru. Wielu wybitnych fachowców tak właśnie działa, natomiast śmiem twierdzić, że w świecie pisarzy to niemal norma. Co więcej, wielu pisarzy powiela, a następnie twórczo wzbogaca i przekształca, pewne formy, które poznali poprzez lekturę starszych kolegów i koleżanek, od autora eposu o Gilgameszu począwszy aż do pisarza, który ostatnią książkę wydał tydzień temu. Świat tekstu pisarzowi układa się w pewne struktury, ale dadzą się one raczej porównać do widoku ulic, które trzeba przebyć, by dotrzeć pod znajomy adres, niż ich nazwy i w końcu tenże dokładny adres wyrażony nazwą ulicy i numerami domu i mieszkania. Tak, jak bohater „Mieszczanina szlachcicem” Moliera, nie zdawał sobie sprawy, że mówi używając spółgłosek i samogłosek, tak samo pisarz wcale nie musi wiedzieć, że używa asyndetonu czy zeugmy.

Zarzut zarozumiałego mądrali z „Dzikich detektywów” można by wziąć za typowy dla tych, którzy się popisują dla samego popisywania się i to w dodatku kosztem nauczyciela. Literaturoznawcy z kolei powinni teoretycznie te terminy znać, choćby po to, żeby jakoś ponazywać omawiane przez siebie elementy. Techniczna analiza tekstów literackich jest jednakowoż zadaniem niewdzięcznym, a studenci za nią nie przepadają. Stąd, wychodząc im naprzeciw wykładowcy, którzy często sami nie przepadają za tego typu terminologią, wolą się skupić na innych aspektach literatury, np. na treści, na przesłaniu, czyli na tym „co autor miał na myśli”. Interpretacja utworu literackiego to zabawa bardzo wdzięczna i przyjemna, natomiast roztrząsanie aspektów technicznych tekstu z użyciem specjalistycznego metajęzyka, nudne, a ponieważ łatwo się pomylić, to również nieprzyjemne i stresujące.

Generalne założenie istnienia wszelkich teorii polega na tym, że ma ona pomóc praktyce. Normalny proces uczenia się jakiejś umiejętności polega na obserwacji fachowca wykonującego swoją czynność zawodową, a następnie na próbach naśladowania owej czynności. Przy umiejętnościach bardziej skomplikowanych, teoria powinna nam zaoszczędzić czasu poświęconego na obserwację, bo oto ten, który ją stworzył, zrobił to za nas – przyjrzał się (theoreo – przyglądam się), pojął cały mechanizm działania i go opisał. Niestety w wielu przypadkach studiowanie teorii okazuje się stratą czasu, ponieważ opis wymaga kolejnego tekstu do przeczytania, który często jest zbyt skomplikowany do zrozumienia. Najlepszym przykładem jest obsługa programów komputerowych. Opis zajmujący dziesiątki stron, których przeczytanie zajęłoby np. dwie godziny, może zostać zastąpiony pięciominutową demonstracją a następnie dwudziestominutową praktyką na zasadzie nawet prób i błędów.

Może mnie ktoś poprawi, ale nie znam ani jednego pisarza w historii literatury, który napisał dobrą powieść dzięki studiowaniu teorii literatury, nazw figur stylistycznych i form literackich. Część z tych rzeczy przychodzi im z czasem i to w sposób naturalny, ale nie zdarza się, żeby teoretyk literatury, znając wszystkie narzędzia do tworzenia wierszy lub powieści, tworzył je podążając za swoją wiedzą teoretyczną. Owszem, zdarzają się literaturoznawcy, którzy czasami nawet z sukcesem potrafią się pokusić o napisanie utworu narracyjnego, ale doprawdy trudno sobie wyobrazić, że tworząc swój tekst, popadają w chwile zadumy zastanawiając się, czy w danym momencie użyć oksymoronu, czy też ironii. Dzieje się tak na podobnej zasadzie, na jakiej my mówiąc, nie planujemy, czy w naszym kolejnym zdaniu użyjemy tej czy innej figury retorycznej.

Pewne teorie istnieją po prostu tylko dlatego, że można je było stworzyć. Niektóre z nich są bardzo atrakcyjne, ponieważ stanowią bardzo elegancką całość (kiedyś wspominałem o wymogu „elegancji” w matematyce). W celu poszerzenia naszych horyzontów warto je czasami postudiować. Natomiast pozostaje pytanie, kto powinien uczyć młodych pisarzy. Czy starszy pisarz-praktyk, czy też literaturoznawca-teoretyk?

Osobiście twierdzę, że żaden z nich. Pisarz bowiem, o ile ma coś ważnego do powiedzenia, a do tego wielką determinację, żeby to właśnie w formie pisanej wyrazić, znajdzie drogę do realizacji tego zamiaru. Między innymi będzie to naśladownictwo stylu poprzedników i jego twórcza modyfikacja, ale nie pamięciowe opanowanie „Słownika terminów literackich”.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Oryginalność kontra oryginalność, czyli myślenie twórcze kontra kupowanie markowych ciuchów

–Nigdy nie bij się z Makowiczem –mówił tymczasem pan Leim surowo i głośno –nie zbliżaj się do niego,nie proś go nigdy o jakieś tam jego parszywe okładki..." Stefan Żeromski, Syzyfowe prace (kopiuj-wklej z http://biblioteka.jubilerskie.info/syzyfowe/Praca08.htm).

Pamiętam, że jeszcze w latach 70. pewnym wyznacznikiem elegancji było noszenie ubrań szytych na miarę. Owszem, już wtedy docierała do nas moda na coś, co dziś nazywamy markowymi ciuchami, a także, co tu dużo gadać, coraz więcej kupowano ubrań gotowych ze sklepowego wieszaka. Dążność do posiadania czegoś, co przypomina świat wolności i nieograniczonych możliwości, prowadziła do tego, że ci, których było na to stać i którzy mieli możliwość wyjazdów, przywozili prawdziwe Wranglery lub Riffle, czyli dżinsy. Tkaninę znaną w krajach anglojęzycznych jako denim, my nazywaliśmy tak samo jak spodnie, a więc dżinsy (jeans), ale w telewizji lansowano nazwę teksas. Tak więc ktoś, kto miał spodnie, a w dodatku i bluzę z oryginalnego teksasu, to był gość. W Polsce pojawiły się oczywiście podróby, często nieudolne, natomiast któraś z państwowych firm włókienniczych zaczęła produkować tkaninę przypominającą nieco dżins, o nazwie arizona (że niby też taka amerykańska jak teksas).

Dzisiaj możemy się z tego śmiać, bo sklepów z oryginalnymi markowymi dżinsami mamy w Polsce mnóstwo, w tym z firm, które nie są aż tak drogie jak te najbardziej „prestiżowe”. Niemniej, pojawiają się też podróbki, a ludzie, którzy ubierają się na rynkach, „w budach” czy „u Wietnamczyka”, mogą kupić sobie „odrobinę luksusu” w postaci spodni czy innego wyrobu ze znakiem znanej firmy, co z ową firmą jednakowoż nie ma nic wspólnego.

Z jednej strony firmowanie swojego produktu o wyraźnie gorszej jakości znakiem znanego producenta jest przestępstwem. Jest tak oczywiście również wtedy, kiedy jakość niewiele ustępuje oryginałowi. Motywy przestępców są tutaj oczywiste – chodzi o lepszy zbyt, ale to co jest naprawdę dziwne, to postępowanie nabywców takich towarów. Oczywiście wielu z nich zwyczajnie daje się oszukać zwodniczej marce, bo w końcu po to została ona umieszczona, żeby klient sobie myślał, że to oryginał. Dziwi mnie jednak myślenie człowieka, który wie, że metka na ubraniu ma się nijak do producenta, a mimo to kupują, ponieważ chcą się pokazać w swoim środowisku, że noszą markowe ciuchy.

Niewątpliwie wielką rolę odgrywają tutaj media, zwłaszcza niektóre kolorowe magazyny, które lansują pewien styl życia polegający na noszeniu np. specjalnie podartego podkoszulka, ale jakiejś znanej firmy. Kilka lat temu czytałem artykuł, w którym wyjaśniano, że w świecie (może światku) artystycznym każdy od razu pozna, czy ktoś, kogo niewtajemniczony wziąłby za dziwoląga w bardzo pospolitym ubraniu (jakiś naddarty T-shirt, lekko wytarta kurtka czy postrzępione spodnie), nosi oryginalne markowe ciuchy, które od nowości takie były, bo tak właśnie zostały zaprojektowane, czy też jest to w faktycznie biedak chodzący w ciuchach podniszczonych przez czas i używanie. Rozpoznawanie takich rzeczy jest swego rodzaju kodem środowiskowym, nie pozwalającym na dopuszczenie do „elitarnego klubu” jakichś „parweniuszy”.

Kiedy powiem, że mnie to nieco bawi, to oczywiście narażę się na zarzut, że sam jestem biedakiem, którego nie stać na markowe ubrania a, jak wiadomo, jak ktoś czegoś nie może mieć, to próbuje to zdyskredytować, wyśmiać, pokazać, że mu nie zależy. Zdaję sobie sprawę z tego, ale na taki zarzut odpowiadam, gdyby mnie faktycznie było stać na drogie ubrania i gdybym do stroju przywiązywał aż taką wagę, nie kupowałbym tzw. markowych ciuchów, ale raczej kazałbym sobie szyć garnitury i inne części garderoby na miarę. Zawód krawca szyjącego w domu lub w niewielkim warsztacie, co prawda nie jest już tak popularny, jak w latach 70., ale jak ktoś chce, to dobrego rzemieślnika znajdzie. Oczywiście i tutaj są zakłady, często rodzinne, które wyznaczyły sobie wysoki standard jakości, a przez to obecnie mogą sobie pozwolić na dyktowanie wysokich cen swoich usług.

Na początku lat osiemdziesiątych przy różnych okazjach towarzyskich natykałem się na pewną dziewczynę (była to koleżanka moich starszych kolegów), która w latach komunistycznej szarzyzny (ta szarzyzna to jednak metafora, Polska to nie były Chiny, jakieś kolory w ubraniach oczywiście były) chodziła w bardzo oryginalnych strojach. Jej bluzki, spodnie, sukienki czy spódnice, były zupełnie inne od tych, które można było dostać w sklepie, czy nawet zobaczyć w telewizji. Jej córeczka (ok. 4-5 lat w tamtych czasach) również nosiła niebanalne ubranka. Jak się okazało, dziewczyna ta sama szyła i projektowała ubrania dla siebie i dla dziecka. Śmiała się, że czasami spotyka się z reakcją ludzi typu „o to te dziwaczki”, ale to był wynik kompletnego zakompleksienia ludzi, którzy tak mówili, ponieważ ich stroje w niczym nie przypominały „dyżurnych mundurków” hipisek i innych pozujących na oryginalność dziwaczek. Była to po pierwsze bardzo atrakcyjna kobieta ze świadomością swojej klasy, przy tym wcale nie zarozumiała, zaś jej stroje były bardzo eleganckie, tyle że kolorowe i zupełnie odmienne od peerelowskiej mody. Jak wielu ludzi niebanalnych w tamtych czasach, zabrała córeczkę i wyjechała za granicę. Co ciekawe, wcale nie do Niemiec Zachodnich czy USA, ale do Wenezueli. Nie wiem, jak potoczyły się jej losy.

W latach komuny kobiety starszego pokolenia często same sobie coś szyły. Niektóre, co bardziej utalentowane (jak np. moja babcia), szyły nawet dla ludzi. Nie były to rzeczy tak twórcze, jak ubrania dziewczyny, którą opisałem powyżej, panie te bowiem raczej korzystały z gotowych krojów z żurnali, jak wówczas nazywano katalogi mody z szablonami wykrojów, ale nierzadko dzięki takiej działalności (nigdzie nie rejestrowanej), kobiety PRLu wydobywały się ponad proponowaną przez państwo przeciętność.

Ponieważ zaostrza się walka z podrabianymi towarami i zresztą bardzo słusznie, proponuję tym, których na markowe ciuchy nie stać, żeby w ogóle przestali na nie chorować, i przede wszystkim nie kupowali czegoś, co nosi prestiżową markę, a jest dziwnie tanie. O wiele lepszym pomysłem jest poszukanie we własnym środowisku kogoś z talentem krawieckim, kto uszyje coś bez znaku firmowego, za to coś naprawdę oryginalnego. Przy okazji damy zarobić osobie znajomej, a nie jakimś amerykańskim czy włoskim molochom korporacyjnym. Tutaj wpadamy w semantyczną pułapkę dwóch znaczeń tego słowa. Oryginalność ciuchów markowych polega przecież na zgodności z marką, a niekoniecznie na odkrywczości. Pewne firmy produkujące dżinsy od dziesiątek lat wypuszczają tysiące podobnych modeli, co sprawia, że są to po prostu uniformy, w których nie ma żadnej inwencji twórczej, nie mówiąc już o dopasowaniu do indywidualnych potrzeb i indywidualnego typu urody nabywcy. Jeżeli z pewnych rzeczy zrezygnujemy bez żalu a postawimy na własną kreatywność, życie może okazać się o wiele ciekawsze, zaś molochy dyktujące ceny będą musiały spuścić z tonu. Czy jednak stać nas (w sensie metaforycznym, nie finansowym), żeby zrezygnować z tego co „robią wszyscy”?

niedziela, 22 stycznia 2012

Moje spotkania z księżniczką tebańską, Antygoną Edypówną

Tak jak sobie obiecałem, tak zrobiłem, czyli poszedłem wczoraj do Białostockiego Teatru Lalek na „Widmo Antygony” Nicoli Lusuardiego w reżyserii Farbrizio Montecchiego. Na początek może trochę wspomnień dotyczących moich „spotkań” z „Antygoną”. Ludzie mojego pokolenia, i jeszcze kilkanaście roczników później, omawiali tragedię Sofoklesa z bohaterką w tytule w pierwszej klasie liceum. Czytaliśmy więc tłumaczenie tekstu greckiego dramaturga, a potem dyskutowaliśmy na zasadzie „bronię Antygony” kontra „bronię Kreona”.
    Kiedy w budynku mojego liceum zawalił się sufit w auli, przeniesiono nas do budynku Zespołu Szkół Włókienniczych na ulicę Drewnowską w Łodzi. Wspominam o tym w celu ustalenia chronologii mojego kolejnego spotkania z teatrem opartym o grecką tragedię. Na Drewnowskiej chodziłem do III i IV klasy, a więc musiał to być rok 1983, kiedy to do niewielkiej salki „teatralnej” w podziemiach szkoły przybyła trupa aktorów (o ile dobrze pamiętam część z nich z pewnością była z teatru przy ul. Kopernika, który dzisiaj nazywa się Studyjny PWSFTiT, ale ówczesnej nazwy nie pamiętam (będę wdzięczny za przypomnienie), którzy wystawili „Antygonę”, ale Jeana Anouilha, napisaną w 1943 roku. Pamiętam, że grająca bohaterkę młoda aktorka miała nieco sepleniącą wymowę, co stanowiło pewne pocieszenie dla grupy koleżanek i kolegów, którzy marzyli o dostaniu się do szkoły filmowej, a których zgryz i wynikające zeń wady wymowy nie do końca pozwalały rokować nadzieję na sukces. Bo oto proszę, dziewczyna dziwnie „szeleści” przy pewnych dźwiękach, ale aktorką jest i gra na scenie.
    Nie miał to być zwykły spektakl teatralny, bo była to przecież chałtura szkołokrążna, a więc musiał być w tym jakiś element dydaktyczny. Po skończonej inscenizacji, jakiś pan, pewnie reżyser, próbował nas wciągnąć w dyskusję (teatr Studyjny miał wówczas takie zapędy; np. po spektaklu „Doktora Judyma” wg „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, tym razem już na scenie teatru, aktorzy też chcieli wywołać dyskusję, ale z dość miernym skutkiem, jak pamiętam). Niektórzy z nas dali się nawet „wyciągnąć do odpowiedzi”, ale poziom tych naszych wypowiedzi był o wiele gorszy, niż ten, który reprezentowaliśmy w klasie I podczas lekcji. Pan próbował nas zatem zaktywizować w inny sposób, a mianowicie zaproponował, byśmy zapomnieli o tragedii sprzed ponad dwóch tysięcy lat, żebyśmy przestali myśleć o Sofoklesie i starożytnej Grecji, tylko skupili się na „Antygonie” Anouilha, która, o ile dobrze pamiętam, rozgrywała się w czasach nam nowszych. Szczerze mówiąc przesłanie tego „nowego” tekstu nie wydawało nam się specjalnie odbiegać od tego Sofoklesowego i niczego „wpółczesnego” nie potrafiliśmy z niego wydobyć. Poza tym byliśmy cynicznymi siedemnastolatkami, którzy się cieszyli, że mogli posiedzieć na sztuce zamiast na kilku lekcjach i to bynajmniej nie lekcjach polskiego, a kiedy było po wszystkim, chcieliśmy już wyjść. Inaczej rzecz ujmując, ani gra aktorów nie była na tyle porywająca, ani pan zachęcający do dyskusji na tyle prowokacyjny, żebyśmy sobie mieli języki po próżnicy strzępić.
    Potem miałem długą przerwę w swojej znajomości z tebańską księżniczką, aż do czasu, gdy zacząłem pracować w liceum w Białymstoku. Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki, wiedząc, że „Antygona” Sofoklesa jest nadal żelazną pozycją w zestawie licealnych lektur szkolnych, przygotował spektakl tejże tragedii wystawiany na świeżym powietrzu w żwirowni w Ogrodniczkach. Sam pomysł świetny. Wyprawa „do teatru” stawała się wycieczką autokarową. Żwirownia stawała się starogreckim amfiteatrem, więc zapowiadało się naprawdę ciekawie. I może by i było, gdyby nie jakość spektaklu, który nie można było znowu określić inaczej jak chałturą pod określoną publikę. Młodzież z mojej klasy wychowawczej miała bardzo mieszane uczucia, co tym bardziej mnie wówczas utwierdziło, że teatr pod żadnym pozorem nie może być robiony byle jak i z lekceważeniem widza, bo młody człowiek, nawet niewyrobiony w odbiorze sztuki, doskonale wyczuwa, kiedy się go lekceważy. Jedna z moich uczennic wyraziła wówczas podziw dla aktora odgrywającego rolę wróżbity Tejrezjasza (Tyrezjasza), dlatego, że „to był jedyny aktor, który się wczuwał w rolę”, a  która akurat mnie zupełnie do gustu nie przypadła, ponieważ maniera, którą aktor ów zastosował w swoim monologu przywodziła mi na myśl sposób recytacji z dziewiętnastego wieku, lub co najmniej dwudziestolecia międzywojennego (patos, drżenie głosu, wykrzykniki itp.).
    Co jakiś czas sobie przypominałem wersję Anouilha i usiłowałem dociec, dlaczego francuski pisarz stworzył nowy tekst dla z grubsza tego samego przesłania, ale próby moje nie były na tyle intensywne, żeby ten tekst skądś pożyczyć i go przeczytać. Bo i tak na co dzień Antygona i jej sprawy nie zaprzątały głowy mojej.
    Na fali mojego planu nadrobienia zaległości w życiu teatralnym wybrałem się więc na „Widmo Antygony”. Oprócz tego, że po raz kolejny chciałem zobaczyć aktorów BTLu w akcji, bardzo byłem ciekawy, co nowatorskiego wnosi sam tekst autora, który nie jest Sofoklesem. Powiedziałbym, że ilościowo wnosi dość niewiele, ale jakościowo i owszem. Rzecz się bowiem dzieje na dwóch planach a i problemy dziewczyny kochającej brata są też różne, choć niby dość równoległe. Na planie współczesnym mamy oto dylemat taki, że brat leży w śpiączce, a kochająca siostra o silniejszej osobowości podejmuje decyzję o przerwaniu podtrzymywania czynności życiowych. Plan starożytny to Sofokles po prostu. Aktorzy przechodzą od jednego do drugiego przy pomocy masek, kostiumów i scenografii. Sceny współczesne są grane bez masek, we współczesnych strojach. Głównym problemem jest eutanazja, zaś dialogi są bardzo oszczędne. Aktor grający Kreona praktycznie powtarza jedną frazę, w której grozi surową karą tym, którzy popełniają zbrodnię przeciwko życiu. Do tego pojawiają się cytaty z książek medycznych, np. z definicją śmierci.
    Kiedy aktorzy przybierają maski i kostiumy, mamy do czynienia z takim bogactwem technik teatralnych, że o ile przy „Marsz, marsz Gombro…wski” narzekałem na ich brak, to tutaj byłem pod ogromnym wrażeniem. Grają aktorzy, grają maski, grają elektryczne lampki imitujące świece, bo powodują rzucanie przez aktorów cieni, które też grają. Aktorzy świetnie operują rękami, które z jednej strony stosują zasady gestykulacji teatru klasycznego, a równocześnie rzucają cień na białe tło (i nie jest to jednolita biała ściana, ale zmieniające kształty i proporcje białe połacie tkanin, które też się zmieniają i też grają). Do pewnych scen wykorzystano maski równocześnie przedstawiający front twarzy, jak i profil, co znowu daje niesamowity efekt cieni, które niejako grają równocześnie i równolegle do aktorów. Między dialogami mamy sugestywny indyjski teatr cieni rzucanych zza białych „prześcieradeł”, przywodzący z jednej strony Indie właśnie, a z drugiej zupełnie europejski „dance macabre”.
    Monologowi Tejrezjasza (Artur Dwulit) towarzyszy znowu gra światła i cienia, tym razem rzucanego przez piasek położony na szklanym podświetlonym blacie. Wróżbita przesuwając piasek, odsłania światło, które odbija się od białej tkaniny tym razem umieszczonej nad aktorem. Pomysł fantastyczny!
    Warto zwrócić uwagę na dosłownie każdy szczegół gry wszystkich elementów pojawiających się na scenie. Kiedy np. Antygona (Sylwia Janowicz-Dobrowolska) godzi się ze swoim losem, zdejmuje maskę, układa ją przed sobą i „przytula” równocześnie jedną ręką zakrywając jej oczy a drugą usta. Niesamowicie wymowny gest!
    Spektakl jest od początku do końca tragedią, więc tym razem Ryszard Doliński (Kreon) ani razu nie spowodował u mnie choćby zalążka wesołości, ale tak przecież miało być. Doskonale wcielił się w rolę władcy, który uważa, że wszystko co robi jest dobre dla miasta, czyli w przypadku starożytnej Grecji państwa-ojczyzny.
    Podsumowując, dawno nie widziałem tyle „teatru w teatrze”. Każdy widz powinien pozostać pod wrażeniem spektaklu, w którym zastosowano tyle środków typowych jedynie dla tej formy sztuki. Dlatego gorąco namawiam wszystkich znajomych i nieznajomych, zarówno białostoczan jak i mieszkańców innych części Polski do wizyty w Białostockim Teatrze Lalek i obejrzenia „Widma Antygony”. To jest prawdziwe przeżycie.
    Wracając do tego, co mnie zawsze zastanawiało, a mianowicie, dlaczego od czasu do czasu ktoś się zabiera do historii tebańskiej księżniczki i pisze ją na nowo, tak jakby oryginalny tekst Sofoklesa przestał spełniać swoją rolę. Oczywiście sam problem pochówku zmarłego jako złamanie praw boskich, polegającym na niedopuszczeniu duszy niepogrzebanego do Hadesu, nie do końca pewnie przemawia do coraz bardziej laickiego społeczeństwa. Z pewnością dylemat związany z eutanazją jest bliższy naszym czasom. Może szkoda, że został on w „Widmie Antygony” jedynie zaznaczony, bo jednak zdecydowana większość spektaklu to była tragedia starożytna.
    Starożytna tragedia polegała m.in. na tym, że nie tyle ścierało się ze sobą dobro i zło, ile racje równorzędne. Takie postawienie sprawy wzbudza bowiem w odbiorcy poczucie nierozwiązywalnego dylematu, co z kolei powoduje frustrację, która nie jest przyjemnym uczuciem. Zwolennicy prostych rozwiązań bardzo się męczą oglądając dobrze skonstruowaną tragedię. Z Antygoną jest jednak pewien problem. Otóż współczesny widz niejako z definicji opowie się za nią, już nie tyle jako za strażniczką praw boskich sprzeciwiającą się prawom ludzkim, ale jako za młodą dziewczyną prześladowaną przez starego tyrana. Równowaga sił jest więc zachwiana, a Kreon wcale nie wzbudza sympatii widza. Myślę, że jest to postać, którą należałoby lepiej skonstruować.
    W „Antygonie” Kreon jest człowiekiem pysznym, a do tego upartym starcem. Gdyby jednak trochę osłabić akcent na jego „ego”, a przesunąć go na obowiązek wobec prawa i porządku? Gdyby od początku w jego dialogach i monologach było mniej podkreślania jego roli jako prawodawcy, gdyby miał więcej wątpliwości? Ale człowiek na ważnym stanowisku nie może być „Hamletem”. Teby mitologiczne nie były demokracją, więc Kreon Ateńczykom musiał się kojarzyć jako tyran. Rozpatrując więc jego postać z tej perspektywy, można by powiedzieć, że jego postać od początku była źle skonstruowana, od początku była bowiem skazana na potępienie przez widza.
    Nie lubimy się wczuwać w rolę rządzących. Z jednej strony wielu z nas chciałoby, żeby sternicy nawy państwowej podejmowali dobre decyzje i deklarujemy poszanowanie dla prawa, a z drugiej każdą próbę egzekucji tej władzy uważamy za gwałt na naszej wolności, na demokracji itd. Tymczasem przecież, przynajmniej teoretycznie, mogą istnieć ludzie, którzy swoją rolę jako przywódcy traktują służebnie i faktycznie mogą wierzyć w swoją misję obrońców prawa, a przez to dobrobytu obywateli. Gdyby Sofokles napisał lepiej rolę Kreona, a więc gdyby położył większy nacisk nie na pyszałka zaślepionego władzą, ale na rozdartego dylematem człowieka, na którym spoczywają obowiązki wynikające ze stanowiska, dzieciaki w szkole mogłyby przeprowadzać bardziej burzliwe dyskusje w obronie przeciwstawnych sobie bohaterów, zaś widz, czy to starożytny, czy współczesny, doznawałby większej rozterki i frustracji z braku prostego rozwiązania.

ACTA

Kiedy jako młody człowiek widziałem na amerykańskim filmie, jak jakiś nastolatek wystukuje coś na komputerze i wyskakuje mu jakaś informacja, byłem zachwycony. Kiedy promotor mojej pierwszej pracy magisterskiej wrócił z Paryża i opowiedział o elektronicznym katalogu książek, nie mogłem się doczekać, kiedy coś takiego dojdzie do nas. Kiedy w dodatku powiedział, że niektóre książki można czytać w sieci, rwałem włosy z rozpaczy, że czegoś takiego nie ma jeszcze u nas. Ale to nadeszło. Dzisiejsza młodzież w ogóle nie wie, co to jest szukać informacji o informacji, a potem dopiero próbować dotrzeć do tej drugiej. Poszukiwanie jakiegoś cytatu z książki zajmowało czasami tygodnie. Dzięki internetowi stało się to dziecinną igraszką.

To, z czym mamy do czynienia obecnie, to nic innego jak cywilizacyjne zacofanie. Być może rację mają ci, którzy twierdzą, że młodzież zamiast siedzieć w internecie, powinna lepiej czytać Dostojewskiego. Ja nie widzę tutaj sprzeczności, bo akurat Dostojewskiego można znaleźć w internecie, a po rosyjsku są dostępne wszystkie jego dzieła.

Niedawno pisałem o spiskowych teoriach dziejów. Podtrzymuję tezę, że nie ma jakiejś jednej zorganizowanej grupy kontrolującej świat, ale wystarczy że jedna z wielu zmów ludzi interesu przeforsuje swój pomysł, a miliony ludzi na tym tracą. Uważam, że na to nie wolno pozwolić.

Umieszczam ten filmik, póki jeszcze mogę. Jeżeli to ma tak działać, jak jest to przedstawione w tym filmiku, to jest się czego bać.






A rząd polski uważa ACTA za sukces swojej prezydencji: http://www.pi.gov.pl/PARP/chapter_86198.asp?soid=AD169363BD3349D388F09D9FCB1BBCDA  Ze strony polskich polityków, jak mniemam, to akt totalnej głupoty (jak w wielu innych sprawach), bo nie chce mi się wierzyć, żeby byli częścią "mafii informacyjnej".

sobota, 21 stycznia 2012

O konieczności Realpolitik

Jan III Sobieski z wielkim szacunkiem wspominał historyczne zasługi swojego macierzystego pradziada, hetmana Stanisława Żółkiewskiego, „najszlachetniejszego i najmędrszego z Polaków, jacy żyli w ciągu dwóch z górą stuleci, od czasów Zygmunta Augusta aż do Kościuszki”, jak pisał autor obszernej biografii Sobieskiego, Tadeusz Korzon. W swoich obserwacjach na temat historii Polski sięgającej stulecia poprzedzającego jego życie i panowanie

[w]spominał wielką imprezę, na którą się król Stefan [Batory] zabierał i, lubo to było jeszcze w sekrecie, ale on już tego wszystkiego sam z kilką tylko poufałych był conscius (świadom). Wchodził w tę ligę za dyrekcją na ten czas Ojca Ś-go car moskiewski; inni panowie chrześcijańscy wszyscy tego domopódz [sic!] chcieli, osobliwie król jegomość hiszpański. Król Stefan miał być generałem terrestris exercitus (wodzem armii lądowej), a duca di Parma – navalis (księżę Parmy, znakomity Aleksander Farnese – admirałem floty); mieli się schodzić z sobą przy Archipelagu.

Tutaj Korzon umieszcza jednak przypis, który daje trochę do myślenia, a równocześnie powinien dawać do myślenia pewnym współczesnym politykom.

Ta wielka „impreza” była raczej marzeniem Stefana Batorego, niż projektem polityczno-militarnym. Car moskiewski, Iwan IV Groźny, nie zobowiązywał się do udziału w niej żadnem słówkiem, ani myślał o niej nigdy; król hiszpański Filip II nie mógł odwołać księcia Parmy z Niderlandów zbuntowanych, a pilniejszemi dlań były sprawy francuskie i angielskie; papież Sykstus V, przesłał wprawdzie 25000 skudów, jako pierwszą ratę subsydiów pieniężnych przed śmiercią Stefana Batorego i uczcił go allokucyą po śmierci, ale też odsłonił mimowolnie zupełną niepraktyczność projektowanej marszruty: „przez Moskwę na Turków, łącząc się w tamtych stronach z Tatarami i Persami!”

(T.Korzon, Dola i niedola Jana Sobieskiego 1629-1674, tom I, Wydawnictwo Akademii Umiejętności, Kraków 1898, s.3)

„Fałszywa historia mistrzynią fałszywej polityki”, napisał mój kolega ze studiów, a obecnie znany politolog, dr Przemysław Żurawski vel Grajewski, cytując innego dziewiętnastowiecznego historyka polskiego, Józefa Szujskiego. (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20120114&typ=my&id=my13.txt )   Trudno się doprawdy nie zgodzić z tą tezą. Ponieważ politycy zachodni uczą się historii dość wybiórczo, a mianowicie historii Europy pojętej jako Europa Zachodnia, pomijając wielki obszar między ową Europą Zachodnią a Rosją, traktują mieszkańców tego obszaru, czyli nas po prostu, jako wieczne dzieci do pouczania i narzucania swojej woli. Obserwując to, co się obecnie dzieje w Unii Europejskiej, znowu nie można tej tezie zaprzeczyć. Wymądrzanie się ministra Radosława Sikorskiego w Berlinie mogło wywołać entuzjazm u euroentuzjastów, ale raczej tylko niektórych dziennikarzy i „ludzi z ulicy”, bo już niekoniecznie polityków, nie mówiąc oczywiście o eurosceptykach. Decyduje duet Merkel-Sarkozy i to ten duet w porozumieniu z Rosją podejmuje decyzje np. w sprawie przyszłości Mołdawii, z pominięciem kraju żywotnie tą częścią Europy zainteresowanego, czyli Rumunii. Nie sprawdzałem tego u źródeł, ale w rzetelność faktograficzną doktora Żurawskiego vel Grajewskiego  wierzę bezwarunkowo.

Artykuł łódzkiego historyka i politologa stanowi doskonałą analizę historyczną sytuacji międzynarodowej, z którą mamy do czynienia dzisiaj. Moment, od którego zacząłem mieć wątpliwości to prognozy i zalecenia co do polskiej polityki zagranicznej na przyszłość. O ile zgadzam się, że obecny rząd przyjmuje postawę posłusznego wykonawcy zaleceń „mądrzejszych”, czyli tak naprawdę potężniejszych, w niektórych dziedzinach w ogóle rezygnując z własnej inicjatywy dyplomatycznej, o ile zgadzam się, że nie inwestuje się w to, co należy, a marnotrawi pieniądze na rzeczy, z których Polska nie będzie miała żadnych korzyści, to powrót do polityki wschodniej braci Kaczyńskich uważam za dokładnie taką samą mrzonkę, jak marzenie króla Stefana Batorego, że pokona Turcję montując olbrzymią antyosmańską koalicję z Moskwą włącznie. „Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz”, mówi polskie powiedzonko, a w całej polityce wschodniej PiSu problem polegał na tym, że Polska dużo chciała, tylko nie bardzo znajdowała partnerów tam, gdzie tych partnerów znaleźć chciała. Owszem blisko zaprzyjaźniliśmy się z Gruzją, ale na tym koniec. W dodatku Gruzja nie ma ropy ani gazu.

Na Ukrainie ponieśliśmy fiasko z bardzo prostego względu. Z założenia nie mogliśmy się oprzeć na rosyjskojęzycznej i rusofilskiej części tego kraju, więc naturalnym sojusznikiem Polski stawali się nacjonaliści z Ukrainy zachodniej. Ale bracia Kaczyńscy nie mogli lekceważyć np. ks. Isakowicza-Zalewskiego, czy innych przedstawicieli swojego elektoratu, którzy domagali się (generalnie całkiem słusznie) rozliczenia z rzezią na Wołyniu i działalnością band UPA, które dla ukraińskich nacjonalistów to oddziały partyzanckie składające się z prawdziwych patriotów i bohaterów. Stepan Bandera, UPA i OUN to nieodłączna część ich historii, a w jakimś stopniu to element kolejnego już w historii „mitu założycielskiego” (są oczywiście wcześniejsze „mity założycielskie” Ukrainy, jak powstanie Chmielnickiego, czy później państwo Semena Petlury). I jak by nie patrzył, z tą Ukrainą nam nie wychodzi.

Polityka porównywalna do post-kolonialnych zabiegów Francji w Afryce, czy Wielkiej Brytanii w krajach Commonwealthu w ogóle nie jest naszą mocną stroną. Celowo porównuję ją do tych zjawisk, ponieważ nawiązuję do słynnego powiedzenia wspomnianego już króla Stefana Batorego, który kazał Polakom nie szykować wypraw zamorskich, bo „nasze Indie i Japony” są całkiem blisko, na wschód od Rzeczypospolitej. Nie wychodzi nam nawet z Litwą, która jest członkiem Unii Europejskiej, a nie przestrzega podstawowych praw mniejszości polskiej w swoim kraju, czego dowody mieliśmy ostatnio w postaci ukarania grupy kolejarzy za rozmawianie między sobą po polsku.

Nie radziliśmy sobie na wschodzie między innymi dlatego, że kierowaliśmy się marzeniami, żeby nie powiedzieć mrzonkami, nie licząc się już nie tylko z aktywnością, ale również z determinacją Rosji. Rosja, a konkretnie Gazprom, przez który manifestuje się rosyjska racja stanu, a wręcz jej współczesna istota, zawładnęła praktycznie wszystkimi zasobami surowców energetycznych krajów byłego Związku Sowieckiego. Zrobiła to m.in. dlatego, że ma pozawierane całe mnóstwo kontraktów, z których by się nie wywiązywała na czas, gdyby się opierała jedynie na własnych krajowych zasobach. Rosja nie tylko kontroluje samo wydobycie surowców i rurociągi je przesyłające, ale nawet te, które sprowadzają ropę z zewnątrz. Swego czasu Armenia zbudowała sobie taki rurociąg, który miał sprowadzać ropę z Iranu. Dzisiaj jest on pod kontrolą Gazpromu. Trzeba sobie zdawać sprawę, że oprócz Gruzji, wszystkie sąsiednie republiki są bliskimi sojusznikami Rosji, łącznie z Armenią, która swoich surowców energetycznych nie ma i Azerbejdżanem, który ma ich mnóstwo. Piszę o tym m.in. dlatego, że kiedy ktoś poważnie pisze o konieczności powrotu do projektu rurociągu Nabucco, zapewniającego tranzyt ropy i gazu z Kaukazu przez Turcję do Europy południowej, a stamtąd nitka tego rurociągu prowadziłaby do Polski, to tego nie można traktować inaczej, jak tylko w kategoriach pięknego acz zupełnie nierealnego marzenia.

Czy Polska powinna w takim razie wywiesić białą flagę tym samym godząc się na rolę wiecznego wasala, „chłopca” jeśli nie „do bicia” to do wiecznego pouczania przez silniejszych? W tym miejscu całkowicie się zgadzam z doktorem Żurawskim vel Grajewskim, że absolutnie nie! Osobiście uważam, że na obecnym etapie trzeba się przede wszystkim skupić na wewnętrznym umocnieniu kraju. Nie mam tutaj na myśli np. budowy jakiejś super armii, choć oczywiście jestem całkowicie za wydobyciem jej ze stanu zapaści, w jakim znajduje się obecnie. Wielka armia to wielkie koszty, a w momencie, kiedy nie grozi nam jakaś wojna konwencjonalna, w której Polska samodzielnie mogłaby odgrywać jakąś rolę, utrzymywanie wielkiej liczby ludzi pod bronią, jest niepotrzebnym wydatkiem. Nie oznacza to, że możemy sobie pozwolić na marnotrawstwo zasobów ludzkich, jak np. zwalnianie ze służby oficerów z doświadczeniem z misji bojowych, niegospodarność w jednostkach wojskowych czy zakup drogiego sprzętu, który okazuje się nie być najwyższej jakości.

Przede wszystkim trzeba umacniać polską gospodarkę. Do znudzenia będę powtarzał, że kraje, które się na świecie liczą, to te wytwarzające i sprzedające wysokoprzetworzone produkty. Wiem na pewno, że istnieją w Polsce ludzie, którzy to potrafią robić. Może się narażę na zarzut kryptoreklamy, ale w Białymstoku istnieje firma eksportująca do USA maszyny będące wynikiem własnych patentów i są to urządzenia najwyższej jakości. Firma ta („Promotech”) przypomniała mi się dzięki wczorajszemu pojawieniu się w telewizji jej przedstawiciela, który wypowiadał się na temat kryzysu.

Niewątpliwie kiedy załamują się rynki, załamuje się eksport, a kiedy w dodatku tworzą się zatory finansowe, to najlepszy zarząd firmy niewiele poradzi. Niemniej fakt, że nie brakuje w Polsce ludzi zdolnych, pomysłowych i pracowitych, napawa optymizmem. Nie wiem tylko, czy mamy graczy biznesowych na poziomie takich, jakich znamy z amerykańskich filmów. Gdyby tacy byli i gdyby w dodatku oprócz interesu własnego potrafili zadbać o interes Polski jako całości, można byłoby patrzeć w przyszłość bardziej optymistycznie.

Żeby prognozować przyszłość, uważam, należy mieć olbrzymią wiedzę szczegółową. Ekonomiści, jak często możemy się przekonać, „wróżą z fusów” obserwując np. jedynie ruchy na giełdach. Myśląc o przyszłości kraju należy opierać się, jak mi się wydaje, na analizie fundamentalnej, biorąc pod uwagę cały szereg szczegółów. Szeroka i rzetelna wiedza jest podstawą do snucia planów. Wydaje mi się, że „sny o potędze” na obecnym etapie możemy raczej odłożyć na półkę, bo jest czas budowy. Ba! Uważam, że nadchodzi wręcz czas pracy u podstaw, ponieważ obserwując spadek po równi pochyłej poziomu edukacji na wszystkich poziomach, trzeba coś zrobić, żeby ten proces zatrzymać i odwrócić.

Tymczasem, jeśli ktoś po artykule mojego kolegi ze studiów i po moim tekście ma jeszcze ochotę coś przeczytać, to polecam prognozę młodego inteligentnego i oczytanego człowieka, mojego byłego studenta, Kazimierza Ganzke, który pokusił się o przewidzenie losów Polski, Europy i świata w najbliższych dziesięcioleciach:
http://www.facebook.com/note.php?note_id=350187444997640

środa, 18 stycznia 2012

On foreign accents in American motion pictures

Every film genre has its set of qualities which immediately help us recognize it. A genre is something that we like or not, and if we fall in love with one we want more and more of it despite the recurring structures, since in movies champions of structuralism should feel at home more than in literature or other arts, similar characters and predictable ending. In truth, if a director proposes something that is not typical of the genre, the viewer feels strongly disappointed.

Beside the differences that make us tell one genre from another, there are also features which are typical of particular period in the history of cinema, e.g. the music of the 1960s is immediately recognizable because it is different from that of the 1970s. We can also talk about some characteristics of French cinematic productions, German films and American or Hollywood motion pictures. The latter is more often than not criticized by people pretending to have more sophisticated tastes than a common mortal on the grounds that Hollywood releases just commercial pulp. Even if I can agree with this judgment, simultaneously I must admit that these commercial pulp is a very good commercial pulp. I hardly ever expect Fellini or Bergman from Hollywood. What I really know I’ll see is Spielberg, Scorsese or another director who does not try to operate with scarce yet artistically miraculous means of expression but will use the well-known stars, opulent decorations (if necessary), breathtaking scenery and special effects which nobody in the world cannot apply better than the Americans. What is more, commercial cinema may be good or bad and it is something we should bear in mind too.

American movies have, however, one idiosyncrasy that I cannot understand I do not really want to understand. I mean English with a foreign accent spoken by foreigners who are supposed to speak their mother tongue. I understand perfectly well a scene where a Russian in America tries to speak English but does it with a Russian accent. This requires no explanation since it is natural. However, when two actors play, for example, two Russian government members who certainly speak Russian (why should they speak English between each other?), actually speak English with a Russian accent, it sounds ridiculous. It would be much better to put Russian words in their mouths and place English subtitles than force them to speak English with a foreign accent. The effect is an impression that the Russian dignitaries cannot speak any language properly.

Hollywood directors are said to look for immigrants or actors from other countries to play foreigners in their pictures because their funny English sounds more natural then. Why should it, however, sound foreign? If a Polish director were to shoot a scene of a Polish film where, for instance, two American detectives speak to each other in Polish but with an American accent, everybody would take it as a comedy. First, because English-speakers using Polish sound much funnier than native speakers of other languages, and second, because the first association the Polish viewer may have is a Pole from a village in the sticks returning home after a year in the US and showing off with his American accent. A foreign accent gives an impression that its user just could not learn the target language correctly whereas foreigners depicted in movies are supposed to speak their mother tongue perfectly well. To my liking the actors speaking with a foreign accent produce an unintended humorous effect.

All in all, it is just my subjective observation. As a foreigner with little cultural awareness I may not understand certain nuances of this enormous umbrella genre called Hollywood motion pictures.

O nienawiści i antysemityzmie, czyli o intelektualistów i ludzi prostych ocenie świata

Intelektualiści, rozumiani w pozytywnym tego słowa znaczeniu, to ludzie, którzy starają się wyjść poza ciasnotę własnego wąsko pojętego interesu, wczuć się w Innego i dzięki temu ogarnąć w jakimś stopniu całość. Tam gdzie człowiek prosty zwyczajnie zastosuje pięść lub łokieć, intelektualista próbuje dojść do porozumienia z Innym, bo wie, że tak będzie najlepiej dla niego i dla Innego. Jest to postawa szlachetna i generalnie pochwalana, gdyż jest ona zrozumiała nawet dla ludzi prostych, ale posiadających nieco wiedzy na temat własnej religii – zasady tolerancji, miłosierdzia, wybaczania to przecież fundamenty chrześcijaństwa, a w pewnym stopniu również innych religii.

Wbrew krokodylim łzom wylewanym przez niektórych intelektualistów nad naturą ludzką, która rzekomo bestialska jest, bo wszak „człowiek człowiekowi wilkiem” itd., to że ludzkość przetrwała do dziś to przede wszystkim zasługa pewnej naszej wrodzonej cechy, która każe nam unikać stresów. Jeśli stres jest do uniknięcia, to go jednak unikamy. Niewątpliwie prowadzi to do postaw, które często są określane jako tchórzostwo albo w innych przypadkach lenistwo, ale niechęć do przeżywania stresu daje ten pozytywny rezultat, który każe nam powstrzymywać się od sytuacji stresowych, w tym konfliktowych. Walka jest sytuacją stresową, dlatego staramy się jej unikać. Zadanie Innemu śmierci wbrew tym, którzy w czambuł zaliczają gatunek ludzki do drapieżnych agresorów, nie przychodzi ludziom łatwo. Naturalnych drapieżników nie ma tak wielu, choć oczywiście się zdarzają, a większość natychmiast kwalifikuje ich jako zjawisko patologiczne. W większości przypadków do pozbawienia kogoś życia należy ludzi przyuczać w trakcie szkolenia wojskowego i nie mam tu na myśli jedynie techniki zadawania śmierci, ale całego przygotowania psychicznego do takiego czynu.

Jak wiemy, specjalne szkolenie przechodzili esesmani, które miało na celu wykształcenie uodpornienie nie tylko na własny ból, ale również obojętności na ból innych. Oczywiście nie możemy popadać w przesadę w drugą stronę i idealizować natury ludzkiej, która mimo wszystko jest nastawiona na obronę i atak. W końcu jesteśmy tymi drapieżnikami, które opanowały tę planetę. W przypadkach skrajnych, gdzie chodzi o obronę własnego życia, życia najbliższych czy zdobycie pożywienia w sytuacjach autentycznego głodu, nawet najspokojniejsi z nas są w stanie wykrzesać z siebie takie pokłady agresji, o które sami siebie byśmy nie podejrzewali. Istnieją więc sytuacje, w których okres szkolenia w okrucieństwie można wydatnie skrócić, wmawiając osobnikom, których chcemy do okrucieństwa skłonić, że ta czy inna grupa Innych jest ewidentnym zagrożeniem dla nas.

Zasada „divide et impera” była znana jeszcze zanim zastosowali ją Rzymianie. Napuszczanie jednych na drugich jest metodą, jaką stosował niejeden inteligentny władca przez całą historię ludzkości.

Nienawiść jest uczuciem bardzo konkretnym. Jeśli kogoś kochamy, to chcemy dla tej kochanej osoby jak najlepiej, ale z drugiej strony nie zawsze wiemy, co to jest to „najlepiej”. W wielu przypadkach ludzie nie bardzo wiedzą jak swoją miłość zamanifestować. Jeśli chodzi o miłość erotyczną, sytuacja jest o tyle prosta, że dąży się do odbycia stosunku płciowego z obiektem miłości. Ale nawet tutaj rodząca się i rozwijająca relacja niemal codziennie tworzy sytuacje, w których nie do końca wiemy co robić, jak je ocenić i jak na nie zareagować. W przypadku miłości bardziej wysublimowanej, czy żeby nie używać zbyt wielkich słów, życzliwości czy tolerancji, często chcemy dobrze, ale popełniamy błędy i w rezultacie wychodzi źle.

Z nienawiścią jest zupełnie inaczej. To uczucie niezwykle proste. Psychicznie zdrowy człowiek nie przepada za nim, ponieważ wiąże się ono nieuchronnie ze stresem, ale z drugiej strony daje ogromny komfort psychiczny w postaci braku konieczności zbyt długich rozważań. Określenie obiektu nienawiści zwalnia z myślenia, a jak już kiedyś napisałem, myślenie wbrew popularnemu powiedzonku, zdaje się być procesem bolesnym. Kiedy nie musimy rozważać żadnych dylematów, tylko możemy całą energię swojego jestestwa skierować przeciwko wrogowi, oddajemy się temu uczuciu bez reszty, bo oto reguły są jasne. Wroga trzeba zniszczyć, najlepiej fizycznie unicestwić, możliwie wszelkimi sposobami.

Nie uważam, żeby wykształcenie uwalniało ludzi od łatwego poddawania się nienawiści. Niestety znamy nawet profesorów uniwersyteckich, którzy wszem i wobec swoją nienawiść głosili i głoszą. Niemniej od człowieka wykształconego wymaga się by w ogóle nie poddawał się łatwym emocjom, żeby włączył do tego procesu rozum i to nie tylko jako tej negatywnej emocji sługę (bo tak najczęściej bywa, że cała inteligencja wykorzystywana jest w służbie zniszczenia przeciwnika), ale jako tychże emocji kontrolera.

Największą jednak winą ludzi wykształconych jest stymulowanie nienawiści ludzi prostych. Nie tak dawno obserwowaliśmy makabryczny teatr powszechnej nienawiści wzajemnej kilku (a więc więcej niż dwóch) grup etniczno-religijnych na terenie byłej Jugosławii. Gdzieś podskórnie nieufność, niechęć czy właśnie nienawiść zostały przekazane z pokolenia na pokolenie w postaci wychowania w domu. Tolerancja, która miłością nie jest, ale pozwala ludziom żyć, utrzymywała się, dopóki najwyższe władze, w tym wypadku Josip Broz Tito, miały w jej utrzymaniu interes. Kiedy do władzy doszli pomniejsi wodzowie etniczni (Milosević, Tudjman), zaczęli na tych starych emocjach grać wpędzając ten niegdyś najlepiej prosperujący kraj komunistyczny w piekło wojny o eskalacji okrucieństwa nieznanej na naszym kontynencie od czasów II wojny światowej. Jeżeli ktoś zbyt dużo o świecie nie wie, Innego poznawać nie chce (bo to jednak wysiłek intelektualny), ale ktoś, komu ufa, mu powie, że oto ten Inny się na niego szykuje (a wszak od dziecka słyszał, że ten Inny to drań i wróg), to wzbiera w takim człowieku nienawiść. Co więcej, w jego mniemaniu jest to nienawiść jak najbardziej usprawiedliwiona i szlachetna! W ten sposób ludzie prości zaczynają uważać się za bohaterów, podczas gdy dla obserwatora z zewnątrz są mordercami.

Serbowie, którzy w opinii tzw. Zachodu stali się największymi zbrodniarzami wojennymi, jakby takich zbrodni nie popełniali Chorwaci czy bośniaccy muzułmanie, sami siebie uważali, a wielu pewnie nadal uważa, za ofiary zmuszone do obrony. Sprawa Kosowa, która kosztowała Serbów bombardowania ze strony NATO (przede wszystkim USA), na długie lata jeszcze wzbudzać będzie kontrowersje. Z jednej strony bowiem Serbowie faktycznie prowadzili politykę dyskryminującą kosowskich Albańczyków, w którym to regionie stanowią one większość, ale poparcie dla tych ostatnich ze strony Zachodu (w tym niestety Polski) doprowadziło jedynie do odwrócenia ról, bo oto kosowscy Albańczycy prześladują dziś Serbów, wymuszając ich emigrację z własnego kraju.

Dlaczego tak się dzieje? Problem z intelektualistami polega na tym, że deklarując swoją dobrą wolę i gotowość do ogarnięcia rozumem całości, a nie tylko interesów jednej ze stron, popełniają błąd ufając, że dyskutują z podobnymi sobie. Jeżeli do stołu negocjacji siada na przykład intelektualista i twardziel o prostym sposobie myślenia (co nie znaczy, że z niskim IQ, to są bowiem zupełnie inne kwestie), zakładając, że siły stojące za nimi są mniej więcej równe, to intelektualista jest na z góry straconej pozycji, bo coś tam rozważa, chce dla wszystkich dobrze, nikogo nie nienawidzi. Tymczasem człowiek prosty ma proste cele do osiągnięcia i najkrótszą drogą do tego dąży.
Zostawmy jednak jakichś tam negocjatorów i zupełnie teoretyczne sytuacje. Przyjrzyjmy się lepiej intelektualistom potępiającym nienawiść. To, że to podłe i niskie uczucie potępiają nie powinno nikogo dziwić. Jest to bowiem powinność każdego człowieka, który choć trochę odczuwa odpowiedzialność za losy świata. Tym bardziej więc człowieka wykształconego.

Problem polega jednak na tym, że wielu intelektualistów w szlachetnym oburzeniu publicznie potępia ludzi prostych, którzy poddali się nienawiści i dopuścili się zbrodni. Kiedy mamy do czynienia z jednorazowym przestępstwem, sprawa powinna być stosunkowo prosta (choć często niestety nie jest). Jest udowodniona zbrodnia, więc powinna być przewidziana prawem kara i sprawa jest załatwiona.

W przypadku zbrodni wojennych rzecz jest niestety o wiele bardziej skomplikowana. Jeśli bowiem mamy konkretnych sprawców konkretnej zbrodni, albo lepiej dowódców odpowiedzialnych za rozkaz jej popełnienia, możemy ich aresztować, osądzić z skazać. Co jednak z całymi populacjami, które poddały się szaleństwu nienawiści? Niejednokrotnie przypomina się dzisiaj, i słusznie, że nazistowskich zbrodni nie dokonywali tylko członkowie NSDP, ale często robili to zupełnie zwyczajni żołnierze Wehrmachtu, natomiast przez szereg lat zbrodnie hitlerowskiego reżimu miały zdecydowane poparcie większości narodu niemieckiego. Jako państwo, RFN niejednokrotnie płaciło innym państwom czy grupom pokrzywdzonych pieniędzmi. Na arenie międzynarodowej rządzący tym państwem swego czasu dość często kajali się za zbrodnie wojenne. Niewątpliwie jednak żadnej kary nigdy nie poniósł niejeden szary obywatel Niemiec, który z radością witał pozbycie się Żydów z sąsiedztwa, czy sukcesy frontowe Wehrmachtu.

Słusznie co jakiś czas Polacy przypominają całemu światu, że obozy koncentracyjne nie były „polskie” tylko „niemieckie”, bo to Niemcy stworzyły cały wysoce sformalizowany system zorganizowanej zbrodni przeciwko ludziom. Wielu z nas się oburza, kiedy Gross, czy inny pisarz żydowski przypomni sobie, że wielu Żydów spotkała krzywda z rąk Polaków. Jak to? Z rąk naszego umęczonego i bohaterskiego narodu? Od razu bowiem rozumujemy w kategoriach solidarności grupowej – oto znowu ci Żydzi czegoś od nas chcą, a myśmy ich przecież chronili przez 800 lat! Tutaj w grę wchodzi błąd metodologiczny w rozumowaniu, ponieważ myślimy o całej grupie, całym narodzie – zarówno o naszym, polskim, jak i o żydowskim. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że narody jako jakieś całości to pewna kategoria, którą stosujemy w naszym rozumowaniu. Myślenie wielkimi kategoriami to zresztą m.in. wielki błąd intelektualistów. Tymczasem cierpienie spowodowane bólem, strachem czy chorobą odczuwają  nie żadne narody, tylko jednostki ludzkie.

Jednostki odczuwają też nienawiść. Największy problem zaczyna się tam, gdzie nienawiść jednostki skupia się na całej grupie Innych, z których może dwóch czy trzech faktycznie zrobiło mu coś złego (jeśli w ogóle). Jeżeli jakiś polityk czy ideolog zaszczepił w kimś nienawiść do jakiejś grupy, to spowodował, że konkretne jednostki z jego grupy są gotowe zabijać wszystkie jednostki z grupy wskazanej jako wroga.

Kwestia stosunków polsko-żydowskich, polsko-ukraińskich, polsko-niemieckich, ukraińsko-żydowskich, ukraińsko-niemieckich i niemiecko-żydowskich doszła do punktu kulminacyjnego podczas II wojny światowej. Nie chcę się teraz wdawać w cały historyczny proces, który doprowadził do takiej czy innej sytuacji w tymże czasie, bo musiałoby to być kilka opasłych tomów historii stosunków etnicznych w Europie i na świecie, ale należy pamiętać, że w historii nic nie bierze się z niczego. Każda sytuacja wynika z poprzedniej. Nie wolno się oszukiwać i wmawiać sobie, że Polacy byli narodem Żydów miłującym. To, że np. Rosjanie w swoim antysemityzmie potrafili być o wiele gorsi (zorganizowane pogromy), nie znaczy, antysemityzm był nam obcy. Nie wolno też zapominać, że po stronie żydowskiej uczucia wobec Polaków nie były wcale bardziej przyjazne. Oczywiście można w tym momencie mówić o proporcjach, ale to też jest często popełniany błąd metodologiczny. Nienawidzą jednostki, głupoty wygadują jednostki, a fakt że jednych jednostek jest więcej niż drugich, nie zdejmuje odpowiedzialności z jednostek! Na ten temat mam zamiar wypowiedzieć się jeszcze w najbliższym czasie.

To, że część Żydów żyła w hermetycznie zamkniętym świecie własnej religii wzbudzało w jednostkach prymitywnych po stronie polskiej-katolickiej (ale nie tylko, wśród prawosławnych było tak samo) taką samą niechęć, jaką wśród gitowców wzbudzali hippisi w latach 70. ubiegłego stulecia. Byli inni, więc trzeba ich bić. Psychika prostego człowieka z definicji skomplikowana być nie może, więc człowiek prosty, czego nie rozumie, to niszczy albo w najlepszym razie wyśmieje.

Część Żydów to byli bogacze, właściciele fabryk i sklepów, a to zawsze w tzw. prostych przedstawicielach naszego narodu wzbudzało zawiść i nienawiść. Tak jest zresztą do dzisiaj – jak ktoś jest zamożniejszy, to od razu musi być złodziej i cwaniak. Jeżeli w dodatku taki prosty człowiek pracował u Żyda i nie zarabiał tyle, ile oczekiwał, nienawiść gotowa. No i żeby to do tego konkretnego biznesmena, ale nie, od razu do wszystkich przedstawicieli jego wyznania. I przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie to, że widział przecież całe masy żydowskiej biedoty, której przynależność do tej grupy finansistów i fabrykantów, którzy „wspomagają swoich” wcale im nie pomogła.

Byli też syjoniści, czyli świeccy Żydzi, których marzeniem był wyjazd do Palestyny i stworzenie tam państwa dla narodu, który wszędzie w Europie wzbudzał niechęć. Ci nie cuzli żadnej lojalności wobec państwa polskiego, ponieważ myśli ich koncentrowały się na swoim własnym państwie. Obok nich występowali też socjaliści i komuniści. Ci ostatni, jak to w ogóle komuniści, byli po prostu pożytecznymi idiotami Moskwy i wypełniali zadania przez nią powierzone. Podczas okupacji sowieckiej wschodniej części II Rzeczypospolitej ci ostatni jawnie przyłączyli się do okupanta.

Była też znaczna grupa Żydów zasymilowanych, którzy nie tylko byli częścią kultury polskiej, ale którzy ją aktywnie współtworzyli.

Dla człowieka prostego cała ta (i tak uproszczona) typografia nie ma żadnego znaczenia, tak samo jak to, że Żyd-komunista mógł zesłać do łagru nie tylko sąsiada-Polaka, ale również Żyda-fabrykanta. Dla antysemity wszystko przemawia przeciwko Żydom bo to wszystko jeden wielki spisek.

Oczywiście do prostych rozwiązań zagadek typu, skąd się wzięły problemy tego świata, dochodzi podłoże religijne. Jak już kiedyś napisałem, chrześcijaństwo z definicji jest antyjudaistyczne (nie antysemickie, ale to z kolei dla dzisiejszych nadgorliwych tropicieli antysemityzmu jest równoznaczne), ponieważ współczesny judaizm wywodzi się z tradycji rabinicznej, a więc faryzejskiej. Ten odłam żydostwa Jezus najbardziej krytykował i był jego naturalnym przeciwnikiem. Jeśli pamiętamy Ewangelie, to wiemy, że Jezus był przeciwnikiem pustego formalizmu faryzeuszy, kładąc nacisk na raczej na indywidualną moralną postawę niż na skrupulatne przestrzeganie każdego najmniejszego przepisu. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa to Żydzi prześladowali chrześcijan, m.in. faryzeusz Paweł z Tarsu, ale potem role się odwróciły. Prości ludzie jednak nie studiują historii starożytnej, bo wystarczyło im usłyszeć, że Żydzi zamordowali Jezusa.

Kolejnym czynnikiem przyczyniającym się do antysemityzmu pewnych Polaków w czasie okupacji niemieckiej, była niewątpliwie chciwość. Nie twierdzę, że była ich większość, ale wystarczyła jedna taka rodzina na jedną wieś, żeby w świat poszła opinia o Polakach antysemitach. To jest jednak dość proste tłumaczenie, bo mielibyśmy tu do czynienia z twardymi złodziejami. Logika rabunku umierającego ma bowiem jeszcze inne podłoże. Pamiętamy scenę z „Greka Zorby”, po śmierci Bubuliny? Wieśniacy, ludzie bogobojni i do cerkwi regularnie chodzący, bez skrupułów rabują dom zmarłej. Salman Rushdie również opisuje scenę, w której wieśniacy rabują, a jak trzeba dobijają ofiary wypadku kolejowego.
Sama bieda nie tłumaczy tak okrutnego zachowania, ponieważ na świecie żyją tysiące ludzi biednych, którzy nigdy nie popełnią przestępstwa. Musi nastąpić czynnik, który sumienie takiego wieśniaka rozgrzeszy. Rozumowanie może być bardzo proste – przecież on już umarł, więc jemu się na nic nie przyda, a mnie i owszem. A jak jeszcze nie umarł? No nie umarł, ale przecież umrze na pewno, więc na co mu bogactwa jego, a mnie się przydadzą. Myślę, że w wielu przypadkach i takie rozumowanie towarzyszyło polskiemu prostemu człowiekowi?

A co jeśli te wszystkie czynniki się w danym osobniku skumulowały? A jeśli skumulowały się w grupie osobników? Bieda, chciwość, do tego usprawiedliwienie tej ostatniej poprzez rozumowanie na zasadzie „przecież i tak ich zabiją Niemcy”, a do tego usprawiedliwienie na innej zasadzie, a mianowicie „przecież to krwiopijcy, lichwiarze i bogacze, przecież zabili Jezusa bo to wszystko bolszewicy”? Myślę, że to takie właśnie myślenie kierowało polskimi „prostymi ludźmi”, którzy do łapania Żydów przykładali rękę. Nie tylko jacyś wyrachowani szmalcownicy, ale również zwykli bogobojni chłopi i mieszczanie.

Problem jest o tyle drażliwy, że kiedy rozmawiamy o odpowiedzialności całych narodów za jakieś zbrodnie, automatycznie robimy krzywdę przedstawicielom tego narodu, którzy tego nie robili. Stosowanie odpowiedzialności zbiorowej jest zawsze krzywdzące. Niemniej wypieranie pewnych czynów z pamięci historycznej jest zabiegiem równie żałosnym. Sam się nieraz zetknąłem z opinią, że „Hitler dobrze zrobił, że Polskę z Żydów oczyścił” i to ze strony ludzi skądinąd dobrych, którzy muchy by nie skrzywdzili. Zapewne z ulgą przyjęli fakt, że ktoś inny wykonał to stresujące zadanie. Nie możemy równocześnie mówić, że nie jesteśmy antysemitami, a równocześnie deklarować biologiczną nienawiść do wszystkich Żydów. To jest logicznie sprzeczne, a niestety z taką postawą w Polsce możemy się spotkać powszechnie. Nie można nawoływać do jakiegoś moralnego oczyszczenia, jeżeli wypieramy się jakiegoś elementu naszej historii. Jednym z najgłupszych aktów tego typu było obrażenie się Turcji na Francję za ogłoszenie prawdy o zbrodniach na Ormianach. Sami domagamy się słusznie prawdy o Katyniu, która w końcu została przyznana przez Rosję, i słusznie domagamy się prawdy o Wołyniu, do której Ukraińcy przyznać się nie kwapią.

Nie musimy się przyznawać do zorganizowanych akcji ludobójstwa, bo polskie działania przeciwko Żydom można by nazwać „antysemityzmem pełzającym”, nie zorganizowanym na szeroką skalę, a często niebezpośrednim. Nie można jednak mówić, że go nie było, albo nie ma! Ba, obecnie mamy do czynienia z antysemityzmem „drugiego stopnia”, który polega na tym, że „nienawidzę Żydów za to, że mówią, że ich nienawidzę”.  Czy wśród Żydów nie ma chorobliwych antypolaków? Oczywiście, że są i głupotą byłoby z kolei twierdzić, że po ich stronie nie wypowiada się stereotypowych opinii krzywdzących Polaków. To też jest fakt. Z rachunkiem sumienia jest jednak tak, że każdy go musi zrobić wobec siebie. Nie jest to jednak rzecz łatwa ani prosta. Nie można usprawiedliwiać braku własnego rozliczenia się z tego, co nam obciąża kartotekę, brakiem podobnego aktu po drugiej stronie, bo to nie jest jakiś targ, tylko kwestia oczyszczenia własnego sumienia właśnie.

Oczywiście tutaj dochodzą takie kwestie, że np. ja się osobiście do żadnej winy wobec innych narodów nie poczuwam, bo ani za swoich przodków odpowiadać nie mogę, ani też potomkowie pokrzywdzonych nie mają żadnego upoważnienia do wybaczania w imieniu swoich przodków. Nie chodzi więc o klasyczny rachunek sumienia, czy akt skruchy (tu przypominam, że są to pojęcia ze słownika chrześcijańskiego), ale raczej o otwarte i odważne mówienie o historii. Postawa typu „nie mówmy o tym, czy o owym, bo oto cały świat będzie nas postrzegał jako złych ludzi i szanował nas nie będzie” jest śmieszna i głupia. Wielu Anglików, których znam, wprost mówi, że wstydzą się swojej imperialnej historii (no, tutaj wydaje mi się, że trochę przesadzają), niemieccy politycy głośno mówią o winie swojego kraju za II wojnę światową. Ale już Rosjanie, Ukraińcy i Turcy nie chcą tego zrobić. Proporcjonalnie wina Polaków wobec Żydów jest z pewnością mniejsza niż Niemców, lub wyżej wymienionych narodów wobec innych, ale nie należy sprawy zamiatać pod dywan, czy zamykać ust tym, którzy o tym głośno mówią. Stawianie tych, którzy z premedytacją propagują wizję Polski jako kraju współwinnego holokaustu zapominając o tych, którzy Żydom pomogli przetrwać, obok tych, którzy domagają się prostej prawdy o tym, że wielu Polaków przyczyniło się do śmierci Żydów jest przesadą, która w rezultacie obraca się przeciwko nam.

Intelektualiści próbują ogarnąć wszystko i często podejmują się zadania pogodzenia ognia z wodą. W szlachetnym zapale walki z nienawiścią w sobie i w sobie podobnych rozpalają nienawiść do ludzi prostych, co z kolei powoduje niechęć tych ostatnich do intelektualistów. Proste potępienie nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Jeżeli bowiem ktoś chciałby w Polsce jakimś łatwym aktem potępić wszystkich, którzy się krytycznie wyrażali/wyrażają o Żydach, pewnie musiałby zamieszkać w pustelni, bo nie miałby do kogo ust otworzyć. Nie tędy droga. Sposobem na problem antysemityzmu jest, niestety, bardzo żmudna edukacja i to w dodatku niezbyt namolna, ponieważ buntujemy się często, kiedy w szkole czy w mediach słyszymy coś innego, niż usłyszeliśmy w rodzinnym domu od kochanych osób. Robota jest więc długa i niewdzięczna, ale konieczna.

Ponieważ obrazy przemawiają do ludzi lepiej niż słowa, zaś ruchome obrazy wraz ze słowami tym bardziej oddziałują lepiej niż same słowa, sztuka filmowa w przypadku wielu ludzi może odegrać wielką rolę w szerzeniu postaw otwartych na innych ludzi. „Skrzypek na dachu” z niezapomnianym Topolem w roli głównej, odegrał ogromną rolę w przybliżaniu społeczności i kultury żydowskiej ludziom, którzy o niej do tej pory niewiele wiedzieli.

Artyści nie muszą być intelektualistami. O ile ludzie prości nie chcą ogarniać całości, bo wystarczy im, że pilnują tylko własnego interesu („chłop żywemu nie przepuści”), zaś intelektualiści nie dość, że próbują zrozumieć całą złożoność problemu to w dodatku czują się w obowiązku znaleźć całościowe rozwiązanie, o tyle artyści mogą również próbować ogarnąć całość, ale nie podsuwają prostych rozwiązań, zadowalając się sprowokowaniem odbiorcy do samodzielnego zmierzenia się z problemem. Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo, że widz dokona zupełnie nieprawidłowej interpretacji, lub dopuści się nadinterpretacji, niemniej artysta nie powinien próbować narzucać mu gotowej odpowiedzi na postawione przez swoje dzieło pytania.

Myślę, że Agnieszka Holland kręcąc swój najnowszy film „W ciemności” przedstawiła złożoność stosunków narodowościowych we Lwowie pod niemiecką okupacją w sposób najlepszy, w jaki to można było zrobić. Polak Leopold Socha, człowiek prosty, kanalarz i złodziej z przeszłością więzienną sprzed wojny, o poglądach standardowo wobec Żydów pogardliwych, ratuje ich grupę przed pewną zagładą z rąk Niemców. Jego przyjaciel z więzienia, Ukrainiec, służy w policji współpracującej z Niemcami m.in. w wyłapywaniu ukrywających się Żydów. Nie wydaje się potworem. Wobec Sochy jest bardzo lojalnym przyjacielem i za takiego wobec siebie ma Sochę. „Niemcy to najlepsza rzecz, jaka mogła się przytrafić Ukraińcom”, powiada. Niestety, historia rzutuje na nasze stosunki z Ukraińcami, bo oto mamy do wyboru albo prorosyjską Ukrainę wschodnią, albo zachodnią, czyli tę, gdzie do dziś żywy jest kult Stepana Bandery i współpracy z Niemcami, jako „najlepszej rzeczy, jak się mogła Ukraińcom przytrafić”. Z intelektualnego punktu widzenia impas nie do przezwyciężenia. On oczywiście byłby do rozwiązania, gdybyśmy wszyscy nauczyli się swobodnie i bez emocji mówić o historii, o wszelkich, nawet tych najbardziej wstydliwych aspektach, a w zamian za to zaczęli myśleć o teraźniejszości i przyszłości jak o nowej karcie w naszych stosunkach. Niby wiele nie trzeba, a jednak tego nie potrafimy. Może ten i ów polityk by nawet potrafił, ale przecież zakrzyczą ich ich własne elektoraty.

Realistyczny jest obraz Żydów, którzy w żadnym wypadku nie jest wyidealizowany. Obok wzorowej rodziny Chigerów, mamy np. Janka, który do kanału nie zabrał swojej żony i córki, ale swoją kochankę. Obok Żydów mówiących czystą niemczyzną, są ci mówiący jidysz i po polsku. Jeden z ukrywających się w kanale to pobożny ortodoks, którego w pewnym momencie Janek chce zastrzelić, bo drażni go modlitwa w tałesie i z filakteriami.

Czytając wypowiedzi internautów na portalu Filmweb, dostrzegłem zarzut, że Leopold Socha (doskonały Robert Więckiewicz w tej roli) jest nieprzekonujący, bo nie widzimy momentu, w którym dokonuje się jego przemiana z chciwego cwaniaczka ukrywającego Żydów za pieniądze, w człowieka szlachetnego pomagającego im z samej potrzeby serca. Na ogół staram się unikać argumentu wieku i nie zwalać czyjegoś braku zrozumienia problemu na młody wiek. Myślę jednak, że w tym przypadku muszę założyć, że ktoś kto taki zarzut filmowi postawił naprawdę nie przeżył zbyt wiele lat i nie zdążył zaobserwować pewnych procesów. Otóż ludzie się do siebie przywiązują bardzo często na bardzo dziwnych zasadach. Istnieją np. grupy znajomych, gdzie od lat wszyscy się między sobą kłócą, ale nie potrafiliby bez siebie funkcjonować. Po jakimś czasie obcowania ze sobą ludzie nawet nie darzący się nawzajem sympatią zaczynają odczuwać jakaś solidarność wobec siebie nawzajem. Uważam, że w filmie Agnieszki Holland doskonale pokazano ewolucję Sochy, który od pewnego momentu (i bardzo dobrze, że nie wiadomo od jakiego konkretnie) zaczyna odczuwać odpowiedzialność za całe dzieło, którego dokonuje. Końcówka filmu pokazuje to doskonale, kiedy z radością i dumą mówi wszystkim o wychodzących z kanału ludziach: „To moje Żydy!”

Inne, już pozafilmowe źródła podają, że Socha ratując Żydów chciał w ten sposób odpokutować swoje przedwojenne przestępstwa. Mogło być i tak. Sposób ludzkiego rozumowania bywa bowiem bardzo pokrętny i często wymyka się prostym analizom.

W filmie Agnieszki Holland nie spodziewajmy się wielkich efektów w stylu Spielberga. To w ogóle inne kino, oszczędne, oparte na grze aktorów. W tym wypadku uważam, że taki styl przemawia na korzyść tego obrazu. Tak przy okazji chwała reżyserce i aktorom za odtworzenie gwary lwowskiej i swoistego klimatu tego miasta, czego chyba nikt po wojnie nie robił. Nie jest to kino hollywoodzkiego patosu (na szczęście) ani prostych czarno-białych kresek. Sami musimy się zmierzyć z oceną występujących postaci, bo, inaczej niż w Hollywood, reżyser nam w tym nie pomoże.
Przed pójściem do kina, podobnie jak wielu znajomych, miałem pewne obawy co do swoich reakcji. Po co się dołować? Mało to człowiek ma problemów? Po co jeszcze iść do kina, żeby oglądać smutne rzeczy. Smutne i straszne sceny oczywiście są. Znęcanie się niemieckiego żołdactwa nad ludnością getta podczas jego likwidacji to scena wstrząsająca i pozostawiająca człowieka w stanie przygnębienia przez długi czas. Scena pędzonych świtem przez las nagich kobiet, które za moment będą rozstrzelane to kolejna taka scena. To są zresztą sceny znane z wcześniejszych filmów o tematyce niemieckiej eksterminacji ludności żydowskiej. Najgorsze w nich zawsze jest to, że ukazują, jak człowiek potrafi odrzeć drugiego człowieka z godności umierania, bo śmierć Żydów z rąk niemieckich oprawców nie miała w sobie niczego ani bohaterskiego ani godnego. Myślę, że wrażliwy człowiek nigdy nie będzie sobie w stanie poradzić z takimi scenami.

Niemniej większa część filmu ma wydźwięk pozytywny. Jest to bowiem opowieść o nadziei, o pozytywnej przemianie i po prostu o ludziach i ich uczuciach. Wzruszające są sceny z dziećmi Chigerów. Na podstawie książki Krystyny Chiger (czyli małej Krysi) „Dziewczynka w zielonym sweterku”, napisano scenariusz. Na portalu Filmweb można obejrzeć jej wypowiedź na ten temat. Jej brat, Staś, zginął w 1978 roku jako żołnierz izraelski z rąk Palestyńczyków. Sam Leopold Socha poniósł śmierć odpychając swoją córkę spod kół rozpędzonej sowieckiej ciężarówki 12 maja 1945 roku, czyli tuż po kapitulacji Niemiec. Co za ironia losu!

Ten film trzeba obejrzeć, jeżeli się chce cokolwiek zrozumieć z tamtych czasów. Jeżeli chce się pojąć całą złożoność nie tylko skomplikowanych stosunków etnicznych Lwowa czasów niemieckiej okupacji, ale przedziwne mechanizmy rządzące myśleniem pojedynczych ludzi skłaniające do przyjęcia przez nich określonych postaw.