wtorek, 29 października 2013

Niemcy i szkolnictwo zawodowe



Bezmyślne przerzucanie kanałów telewizyjnych to nawyk beznadziejny i na szczęście nie jest moim udziałem. Niemniej ostatniej niedzieli, kiedy doszedłem do wniosku, że może na koniec weekendu oddam się rozrywce beztroskiej i intelektu nie nadwyrężającej, włączyłem telewizję i ku swojemu przerażeniu odkryłem, że po prostu nie ma co oglądać. Jakieś stare i nie najlepsze filmy, kompletnie głupie seriale (owszem szukałem czegoś lekkiego, ale nie tak durnego), kabarety powtarzane po dziesięć razy.

Tak czy inaczej nic nie przyciągnęło mojej uwagi. Przebiegłem więc przyciskiem pilota po dostępnych mi kanałach i trafiłem na, o ile dobrze pamiętam Biznes TV, czy jakoś tak, czyli na stację, której programów raczej na bieżąco nie oglądam. A tam akurat końcówka programu, w którym mówią o czymś, co mnie żywotnie interesuje, a mianowicie o symbiozie biznesu z edukacją. Rzecz dotyczyła tylko częściowo Polski, a mianowicie polskiej młodzieży. Całość była o Niemczech. Otóż z programu dowiedziałem się, że polska młodzież z zachodnich województw bardzo chętnie podejmuje naukę w niemieckich szkołach zawodowych. Komentatorzy od razu dodali, że niemieckie szkoły zawodowe, o których mowa, to tak naprawdę szkoły przyzakładowe prowadzone przez przedsiębiorstwa.

Niemiecka firma przyjmuje więc polskie dzieciaki do pracy i zapewnia im szkołę – pół tygodnia pracy i praktyki zawodowej i pół tygodnia szkolnej nauki (no może z tą połową przesadziłem, bo przecież tydzień roboczy ma 5 dni, więc chyba pracy jest 3 dni, a szkoły 2). Podobno polska młodzież bardzo się do takich szkół garnie, bo wie, że nie tylko zarobi pieniądze, ale nauczy się konkretnego i potrzebnego fachu. Nie dosłyszałem, jak jest u młodych Polaków ze znajomością niemieckiego, ale widocznie na tyle dobrze, że sobie w takich szkołach radzą.

Chyba nietrudno zgadnąć, dla kogo niemieckie firmy wychowują lojalne i świetnie wyszkolone kadry. Bardzo wątpię w to, że młody człowiek, który ma zapewnioną pracę w niemieckim przedsiębiorstwie, które zapewniło mu dobry zawód, kiedykolwiek wróci do Polski. Ja natomiast wcale im się nie będę dziwił, ani z powodów patriotycznych wymówek im czynił. Młody człowiek bez zacięcia intelektualnego jak najbardziej ma prawo do godnego życia i jeżeli ma szansę w uczciwy sposób zapewnić sobie dobry start, ma wręcz obowiązek z takiej szansy skorzystać. Trudno również mieć pretensje do Niemców, że myślą perspektywicznie o przyszłości i szkolą sobie fachowców.

Ja wiem, że to, co teraz napiszę, można odczytać jako jakiś pisowski bełkot, ale radzę do tego podejść chłodno. Polska jest obecnie de facto krajem najbardziej przypominającym jeden z obiektów ekspansji neokolonialnej, a objawia się to właśnie m.in. w tym, że nie wykształciliśmy w przedsiębiorcach myślenia perspektywicznego. Cieszymy się, częściowo jak najbardziej słusznie, że nasza gospodarka opiera się na małych i średnich przedsiębiorstwach, ale one nie wytrzymają konkurencji z wielkimi korporacjami, oraz nigdy nie wyjdą poza etap dorabiania się, czyli ich właściciel nigdy nie osiągnie tego psychologicznego progu, za którym będzie mógł poczuć pewną stabilizację, a w związku z tym chęć dalszego rozwoju i planów na dalszą przyszłość. Przedsiębiorca, którego cieszy przede wszystkim bieżący zysk, a który przy pierwszej lepszej okazji własną firmę sprzedaje za możliwość słodkiego leniuchowania do końca życia, z całą pewnością nigdy nie otworzy szkoły zawodowej, w której mógłby sobie wykształcić lojalnych fachowców. Nie mówiąc już o tym, że w dobie tak modnego dziś outsourcingu, gdyby nawet ktoś myślał o przyszłości, to i tak wolałby żeby jego pracownicy kształcili się za pieniądze kogoś innego (państwowe, rodziców uczniów, jakichś sponsorów).

Niemcy to kraj okrzepły ze zdroworozsądkowo myślącym narodem. Tam niezależnie od ustroju wszystko jakoś działa. I dotowane przez państwo stocznie (podobno Komisja Europejska jest temu przeciwna, ale kto podskoczy Niemcom?) i elektrownie nieekologiczne, ale również elektrownie ekologiczne. To co ma działać, po prostu działa.

Nowe kolonie, tak samo jako te klasyczne, potrzebne są przede wszystkim jako źródło siły roboczej i rynek zbytu. To co, się naprawdę liczy, dzieje się w centrum. Centrum nie zależy na rozwoju peryferii ze zrozumiałych względów ekonomicznych. Rozbuchany konsumpcjonizm jak najbardziej jest na peryferiach pożądany, bo to on przecież tworzy rynki zbytu. Rozbuchany konsumpcjonizm to jednak polityka dość krótkowzroczna, bo w końcu prowadzi do przypadku Grecji. Niczego nie produkujemy, bo wystarczy, że przyjmiemy turystów, ale co sobie pożyjemy, to nasze. No i mamy w Grecji to co mamy.

Teorie spiskowe w tym wypadku mają zastosowanie tylko częściowe, bo w końcu kryzys w całej Europie może sprawić, że skurczy się rynek na niemieckie produkty, więc jeżeli byli jacyś świadomi spiskowcy, to raczej na dłuższą metę nie popisali się inteligencją, ale kogo obchodzą losy milionów Europejczyków. Wszystkich ich co prawda gospodarka niemiecka jako gastarbeiterów nie wchłonie, ale część pewnie tak i centrum będzie gospodarczo nadal kwitnąć. W ostateczności można faktycznie zrobić to, co robią wielkie korporacje w dobie kryzysu – wyzbywają się nierentownych filii. Niemcy bez Europy z pewnością dadzą sobie radę. Neokolonialne peryferia natomiast czeka wtedy los wyzwolonych kolonii afrykańskich nagle pozostawionych sobie samym.

poniedziałek, 28 października 2013

O sadystycznych ojcach, czyli o tym, że taki sam bodziec nie zawsze wywołuje taką samą reakcję



Przeczytałem wczoraj dwa teksty mówiące m.in. o sadystycznych ojcach. Jeden to był wywiad z Władysławem Kozakiewiczem, złotym medalistą z Igrzysk Olimpijskich w Moskwie, który z pokazania „wała” sowieckiej publiczności, zaś drugi traktował o Richardzie Kuklinskim (nie mylić z Ryszardem Kuklińskim), zawodowym mordercy i socjopacie.

Co łączy fenomenalnego tyczkarza z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego stulecia z profesjonalnym zabójcą? Właśnie to, że obaj mieli sadystycznych ojców i obaj z tego powodu w dzieciństwie przeszli piekło. Kontrast między dwoma bohaterami artykułu jest jednak tak wielki, że po raz kolejny możemy się przekonać, że podobne warunki w okresie dojrzewania wcale nie muszą prowadzić do takich samych rezultatów wychowawczych.

Ojciec Kozakiewicza był, jak mówi sam zainteresowany, „czerstwym chamem”, do którego nie docierały żadne argumenty i którego nie można było niczym wzruszyć, natomiast kiedy zaczynał bić, to tak, że krew tryskała po ścianach – synów i żony. Ojciec Kiklinskiego również katował swoją rodzinę. O ile jednak Władysław Kozakiewicz dostrzega jeden punkt pozytywny obcowania ze starym sadystą (broń Boże go nie usprawiedliwia, ani w żadnym momencie nie pochwala bicia), to amerykański  płatny zabójca w „metodach wychowawczych” swoich rodziców nie widzi niczego, co by pozytywnie wpłynęło na rozwój jego osobowości, czy osobowości jego brata, który również był sadystycznym psychopatą.

Otóż Władysław Kozakiewicz twierdzi, że dzięki ojcu – „czerstwemu chamowi” sam również jest po części „czerstwym chamem”, a więc człowiekiem nie do złamania. Z pewnością zbawienny wpływ na obranie dalszej drogi życiowej i postawy wobec życia słynnego tyczkarza miał sport. Cechy „twardziela” w tej dziedzinie bardzo mu się przydały, ponieważ wkrótce dostrzegł, że tam, gdzie inni się załamują niepowodzeniami i poddają się, on potrafił zacisnąć zęby i po prostu ciężej trenować, ale nie przychodziło mu do głowy poczucie własnej niższej wartości.

Richard Kukliński, kiedy sam założył rodzinę, starał się być jak najlepszym mężem i ojcem, choć jak sam przyznaje, nie zawsze mu się to udawało. Natomiast wobec ludzi, których mordował, był bezlitosny. Czasami lubił się nad nimi pastwić, dając im przed śmiercią jakiś cień nadziei, np. pozwalając ofierze na modlitwę. Jak z perwersyjną satysfakcją twierdził, Bóg nigdy nie przychodził z pomocą.

Człowiek nie rodzi się jako „tabula rasa”. Doskonale wiemy, że dzieci tych samych rodziców i wychowywane w identyczny sposób potrafią w sobie rozwinąć zupełnie odmienne cechy charakteru, zainteresowania i maniery. Wychowanie z całą pewnością ma wpływ na późniejszy stosunek do świata, ale obawiam się, że nawet najgenialniejszy pedagog nie jest w stanie opracować uniwersalnej metody wychowawczej, która by oddziaływała tak samo na każdego. Niewątpliwie po wychowaniu w rodzinie patologicznej trudno się spodziewać, że ktoś wyrośnie na wynalazcę lub lekarza, ale równocześnie bardzo łatwo o fatalny w skutkach błąd oceniając dziecko po tym, z jakiego wywodzi się środowiska. Sam znałem jeszcze chodząc do szkoły podstawowej rodzinę, w której kilku z licznych braci już w dzieciństwie popadło w konflikt z prawem, podczas gdy inni wyrośli na porządnych ludzi. Jako nauczyciel również obserwuję dzieci z tzw. rodzin patologicznych, które są wrażliwe, miłe i uprzejme.

Bodźce wychowawcze bowiem, jak każde zresztą bodźce, przychodzą z zewnątrz. To, jak na nie reagujemy świadczy o tym, jak nas potem postrzegają. Jest dla mnie wielką zagadką dlaczego ludzie poddawani tym samym czynnikom stymulującym, potrafią wyciągnąć z nich tak odmienne wnioski i dokonać tak odmiennych wyborów własnych reakcji. Być może wpływ mają tutaj również czynniki pozornie przypadkowe, ale pozwalające na znalezienie azylu w innym niepatologicznym środowisku? Być może Władysław Kozakiewicz nie wyrósłby na porządnego człowieka, gdyby pewnego dnia brat nie wyciągnął go na trening? Tego oczywiście nigdy się nie dowiemy. Równie dobrze jednak osobowość młodego Kozakiewicza od dziecka kształtowała się w opozycji do złego postępowania ojca. Odczuwając zło na własnej skórze, być może od małego wyrobił sobie krytyczne podejście do takich zachowań, zaś „czerstwe chamstwo” ojca utrwalało i utwardzało w nim potrzebę skierowania się ku zachowaniom pozytywnym?

Richard Kuklinski, można powiedzieć, wyrobił sobie pewien idealny obraz rodziny zupełnie odmienny od tego, który wyniósł z domu, ale równocześnie nauczył się, jak bardzo skuteczna potrafi być przemoc. W stosowaniu jej wobec ludzi, których uważał za wrogów (w czasach, kiedy był nastolatkiem), a później wobec celów wskazanych mu przez mafijnych zleceniodawców, nie miał żadnych skrupułów. Być może więc psychopatyczne zachowanie miało jakąś głębszą (genetyczną?) przyczynę, skoro samym wystawieniem na bolesne bodźce nie wszystko da się wytłumaczyć?

Istnieją zjawiska, których nauka z pewnością tak szybko i prosto nie wytłumaczy. Owszem, możemy prześledzić kilka, a nawet kilka tysięcy przypadków, i spróbować wyciągnąć z nich jakieś wnioski ogólne. Niemniej nie zapominajmy, że w nauce (odwrotnie niż w polskim powiedzonku) wyjątek zaprzecza regule. A gdzie brakuje reguły (ogólnego prawa), tam trudno mówić o naukowości.

Wywiad z Władysławem Kozakiewiczem:  http://eurosport.onet.pl/lekkoatletyka/wladyslaw-kozakiewicz-jak-ojciec-mnie-bil-krew-byla-na-scianach/dnrrm
Artykuł o Richardzie Kuklinskim:  http://film.onet.pl/artykuly-i-wywiady/polak-na-uslugach-mafii/qf3ek

niedziela, 20 października 2013

O perspektywach, których nie dostrzegamy w kontekście przewidywań nowego Złotego Wieku Polski



O hierarchii potrzeb Maslowa można dyskutować długo i namiętnie. Można bowiem znaleźć setki, jeśli nie tysiące przykładów na to, że człowiek głodny potrafi dążyć do samorealizacji, podobnie jak człowiek wyalienowany. Pomimo permanentnego braku poczucia bezpieczeństwa niektórzy ludzie potrafią zachowywać się tak godnie, że zdobywają szacunek innych. Wszystko to prawda, dlatego piramidę Abrahama Maslowa należy traktować jako swego rodzaju szkic, model bardzo ogólny, swego rodzaju założenie robocze, oparte raczej na zdrowym rozsądku, niż na badaniach przeprowadzonych na wielkich populacjach.

Trudno się jednak oprzeć obserwacjom przeciętnych zjadaczy węglowodanów, którzy nie są ani bohaterami, ani świętymi, ani ascetami, że kiedy są głodni i chce im się siku, to niestety nie mają głowy do poszukiwań dowodów na twierdzenie Fermata. Ba, nie mają nawet ochoty na miłą zabawę w gronie najbliższych.

Z kolei człowiek, który obawia się, że w najbliższym czasie ktoś go wyeksmituje z mieszkania, a na dodatek nie jest pewien, czy jutro będzie go stać na podstawowe zakupy, nie będzie raczej twórczo rozwijał teorii marketingu. Oczywiście chodzi też o przekroczenie pewnego progu, ponieważ lekkie zagrożenie na wielu działa bardzo mobilizująco, zaś zagrożenie poważne paraliżująco, co owocuje kompletnym załamaniem wiary w siebie i swoje możliwości wybrnięcia z ciężkiej sytuacji. Jeżeli taki stan trwa odpowiednio długo, w człowieku kształtuje się bardzo nieciekawa mentalność. Stajemy się zgorzkniali i zaczynamy mieć pretensje do całego świata.

Nie jest jednak wcale tak, że kiedy mamy zaspokojone podstawowe potrzeby – te naturalne, potem poczucie bezpieczeństwa, przynależności i szacunku, od razu zaczniemy się twórczo rozwijać, wznosząc się od razu poza okowy alienacji pracy wprost na wyżyny własnego głodu działalności twórczej. Wielu z nas po zaspokojeniu potrzeb z trzech dolnych warstw piramidy Maslowa, spoczywa na laurach i cieszy się przysłowiowym już grillem i piwkiem z najbliższymi znajomymi.

Kiedy czytam lub słyszę kolejny tekst na temat potrzeby innowacyjności w naszej polskiej gospodarce, od razu przychodzi mi do głowy myśl – jak człowiek, który całe życie walczy o przetrwanie od wypłaty do wypłaty (niektórzy od zasiłku do zasiłku) w ogóle ma być w stanie myśleć o jakichś innowacjach? Używając języka gier komputerowych można powiedzieć, że poza pewien określony level większość z nas nigdy się nie wydobędzie. Ci natomiast, którym się uda, szybko zostaną podkupieni przez korporacje, które mają siedzibę zupełnie gdzie indziej. Polski biznesmen, zwłaszcza ten drobny, bowiem też przede wszystkim walczy o przetrwanie. Innowacyjność nie jest wcale jego priorytetem, ponieważ osiągnięcie nieco wyższego poziomu przychodów od przeciętnego często zupełnie go zadowala. Tych z wyższymi ambicjami dotyczącymi podwyższania jakości swojej działalności oraz innowacyjności nie widać zbyt wielu.

Przedstawiciel biednej polskiej szarej masy praktycznie od dziecka ustawia się w roli tego, który nigdy swojego życia na lepsze nie zmieni. Nikt zresztą nie wymaga od niego twórczego myślenia, a przecież bez niego trudno mówić o jakiejkolwiek innowacyjności. Polska nie jest krajem dobrym do zarabiania pieniędzy przez ludzi o przeciętnych zdolnościach i ambicjach, w związku z czym, podobnie jak w czasach komuny, tworzymy sobie czarny obraz Polski i jasny obraz świata bogatego Zachodu. Jeżeli tam faktycznie znajdujemy zapotrzebowanie na nasze niezbyt skomplikowane usługi, wzmacniamy swój pozytywny obraz Zachodu i negatywny Polski.

Przeczytałem właśnie wywiad z Marcinem Piątkowskim, analitykiem Banku Światowego, w którym tenże specjalista roztacza tak optymistyczną wizję Polski w najbliższej przyszłości, że tylko nasz narodowy pesymizm przeszkadza nam się cieszyć z czekających nas cudownych perspektyw (http://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/finanse-publiczne/bank-swiatowy-nadchodzi-czas-dla-polski-najlepszy-od-500-lat/). Sam jakimś wielkim optymistą nie jestem, ale wbrew pozorom, nie jestem zamknięty na pozytywne wizje. Chyba nawet wręcz przeciwnie – na pewnym poziomie swojej osobowości jestem niepoprawnym marzycielem. Niemniej prawda jest taka, że trudno dziś w Polsce wykrzesać jakikolwiek entuzjazm do działań pozytywnych, ponieważ na każdym kroku obserwujemy zjawiska, które nas optymizmem nie napawają.

W czasach, kiedy chodziłem do szkoły podstawowej, czyli w latach 70. ubiegłego stulecia, panował wśród nas wielki kult wszystkiego, co zagraniczne, a równocześnie pogarda dla produktów polskich. Faktycznie na poziomie ogólnonarodowym można się było cieszyć z sukcesów orłów Kazimierza Górskiego, a kto był naiwny ten się jeszcze cieszył z Huty Katowice. Generalnie jednak, kiedy jako dzieciaki snuliśmy głośne marzenia o charakterze konsumpcyjnym, dodawaliśmy często, że wymarzony produkt będzie „niepolski”.

Obecnie jest tak samo, albo jeszcze gorzej. W zeszłym tygodniu podczas omawiania z uczniami wielkich zwycięstw oręża polskiego w pierwszej połowie XVII w. jeden uczeń zapytał, czy Polska kiedykolwiek była w czymś dobra. Nieco poirytowany odpowiedziałem, że przecież właśnie opowiadam o takich czasach. Na to on, czy byliśmy kiedyś dobrzy w sporcie, więc ja na to, że w latach 70. XX w. Tak czy inaczej nic go nie przekonało i stwierdził spokojnie, acz z wielką pewnością siebie, że Polska niczego już nigdy nie osiągnie. Obecnie wielkim moim marzeniem byłoby, żeby pan Marcin Piątkowski rozpoczął jakieś tournee po polskich szkołach podstawowych i zaraził dzieciaki swoim entuzjazmem. Z domu rodzinnego go nie wyniosą, bo te wszystkie pesymistyczne wizje przejmują przecież właśnie od rodziców. Nauczyciele też ich nie przekonają, ponieważ sami musieliby wierzyć w taką optymistyczną wizję. Dopóki nie wydobędziemy się choć trochę ponad poziom zaspokajania podstawowych potrzeb życiowych, czyli życia z dnia na dzień, nie przekonuje mnie wzrost PKB, który podobno od wielu lat mamy w porównaniu ze „starą Europą” wyższy. Na razie dają znać o sobie długi kraju, niż demograficzny, deficyt budżetowy i pesymistyczne wizje Komisji Europejskiej, którym pan Marcin Piątkowski się dziwi.

Ja się nie dziwię, ponieważ Komisja Europejska chyba sama najlepiej wie, jaką rolę w gospodarce Europy przewidziała dla Polski. Likwidacja cukrowni, zarzynanie polskiego rybołówstwa, zamykanie stoczni czy wkrótce zakładów tytoniowych to przecież decyzje tejże Komisji. Jeżeli ona przewiduje dalsze restrykcje wobec polskiej gospodarki, to jak tu jej prognozy mają być optymistyczne?

sobota, 19 października 2013

"Ministra" vs. "police officer"

Jakiś czas temu znajoma znajomej "nakrzyczała" na mnie na FB, kiedy napisałem, że feministki z krajów anglojęzycznych idą w zupełnie odwrotnym kierunku, niż feministki w krajach słowiańskich. O ile te ostatnie chcą podkreślać różnice płci w formach rzeczowników, to te pierwsze wręcz odwrotnie. Dostałem reprymendę, że to natura j.angielskiego narzuca formy neutralne itd. Tymczasem znalazłem czarno na białym potwierdzenie tego, że to żadna natura języka, tylko konkretnie działanie feministek dążących do zatarcia różnic płciowych w języku:

"A number of vocabulary changes are being introduced as a result of the feminist movement and heightened awareness of the sexist nature of some English vocabulary. David Crystal in The Cambridge Encyclopaedia of the English Language writes:

Attention has been focused on the replacement of 'male' words with a generic meaning by neutral items - chairman, for example, becoming chair or chairperson (though not without controversy) or salesman becoming sales assistant. In certain cases, such as job descriptions, use of sexually neutral language has become a legal requirement. There is continuing debate between extremists and moderates as to how far such revisions should go -- whether they should affect traditional idioms such as man in the street  and Neanderthal Man, or apply to parts of words where the male meaning of man is no longer dominant such as manhandle and woman. The vocabulary of marital status has also been affected with the introdution of Ms as a neutral alternative to Miss and Mrs."

(ostatnie zdanie akurat nie dotyczy różnic płci)

W ten sposób w świecie anglojęzycznym za sprawą ruchu o charakterze politycznym wyparto lub wypiera się np. policeman/policewoman neutralnym genderowo police officer. Air-hostess lub stewardess stała się flight attendant.

Kiedy polskie (ale generalnie słowiańskie) feministki wprowadzają ministrę czy biolożkę, ich anglosaskie siostry działają w kierunku wręcz odwrotnym.

Znajoma znajomej, która w ostrych słowach oskarżyła mnie o wyciąganie zbyt daleko idących wniosków na podstawie obserwacji zmian w języku angielskim, poradziła mi więcej poczytać, ponieważ jest obfita literatura na ten temat.Kiedy poprosiłem o jakieś konkretne tytuły, wykręciła się aroganckim stwierdzeniem, że nie jest katalogiem bibliotecznym, co odbieram jako nieznajomość tejże literatury. 

Wcale nie jest łatwo znaleźć literaturę na ten konkretny temat, a mianowicie wyjaśniającą jak anglojęzyczne feministki wpłynęły i wpływają na zacieranie różnic płciowych w języku. Cytat, który przytoczyłem, pochodzi z podręcznika do nauki angielskiego słownictwa: M.McCarthy, Felicity O'Dell, English Vocabulary in Use: advanced, Cambridge University Press 2003, p. 214.

piątek, 18 października 2013

O odpowiedzialności zbiorowej w ocenach moralnych



W cywilizowanym świecie stosowanie odpowiedzialności zbiorowej uważane jest za podejście skrajnie niesprawiedliwe, prymitywne i barbarzyńskie. W praktyce trudno jednak od niego uciec, choć nie chodzi tu już o prosto pojętą odpowiedzialność karną. Problemem jest raczej stosowanie stereotypów na temat grup ludzi na podstawie zachowań ich przedstawicieli, lub zachowań tychże grup w przeszłości. W ostatnim przypadku trudno nawet mówić, że była to ta sama grupa, bo najczęściej chodzi o zachowania przeszłych pokoleń, a więc konkretnie zupełnie innych ludzi.

Oczywiście istnieje coś takiego, jak spuścizna kulturowa obejmująca również cały zespół fobii i uprzedzeń. Dlatego też pewne grupy a priori zakładają, że ze strony innej grupy może je spotkać krzywda, więc najlepiej jest prewencyjnie skrzywdzić ją z wyprzedzeniem. Tak, żeby znała swoje miejsce i żeby jej przedstawicielom nie przychodziło do głowy krzywdzić nas.

Cały zespół memów dotyczących innych grup (etnicznych, narodowych, kibicowskich itd.) dziedziczymy w postaci nauk starszych pokoleń. W ten sposób całe społeczeństwa żyją uprzedzeniami sprzed wieków, natomiast często nie dostrzegają bardzo konkretnych działań, jakie w praktyce podejmują poszczególni politycy czy biznesmeni. Krytycy teorii spiskowych mylą się bowiem, próbując ośmieszyć samą koncepcję istnienia spisków. Tak naprawdę bez „spisków”, czyli zmów pewnych grup ludzi, najczęściej tych, którzy mają coś do powiedzenia, praktycznie nie działoby się nic, co się dzieje. Tragiczna głupota zwolenników teorii spiskowych polega jednak na tym, że doszukują się ich tam, gdzie ich nie ma, ponieważ są zbyt leniwi, żeby się przyłożyć do znalezienia tych, którzy faktycznie pociągają za sznurki.

Najczęściej więc stosują „odpowiedzialność zbiorową”. Nie są w stanie dotrzeć do np. strategów CIA, FSI czy Mossadu, więc wszem i wobec rozgłaszają, że takiemu czy innemu zjawisku winni są Amerykanie, Rosjanie czy Żydzi. Nie w samej teorii spiskowej tkwi błąd, ponieważ trudno sobie wyobrazić, żeby rządy, wywiady, tudzież korporacje i gangi nie prowadziły swoich machinacji, ale właśnie w prymitywnym przypisywaniu odpowiedzialności za spisek całym wielkim grupom.

Ponieważ myślenie wielkimi stereotypami, czyli stosowanie moralnej odpowiedzialności zbiorowej na dużą skalę jest bardzo kuszące i nie znam nikogo, kto byłby od niego wolny, choćby nie wiem za jak bardzo tolerancyjnego i otwartego człowieka się uważał, musimy pilnować nie tylko naszych interlokutorów, ale również siebie samych, żeby nie popaść w tego typu błędne myślenie. Łatwo bowiem ulec złudzeniu, że my w swojej szlachetności słusznie krytykujemy pewną grupę, zaś prymitywami stosującymi stereotypy są wszyscy inni.

Z tego też powodu warto zachować we wszelkich dyskusjach chłodny umysł (niestety sam będę musiał to jeszcze długo trenować) i nie odwoływać się do stereotypów dotyczących całych zbiorowości. Nie zapominajmy bowiem, że zupełnie świadomie robią to bowiem faktyczni spiskowcy, czego najlepszym przykładem był rozpad Jugosławii, gdzie panujące stereotypy zostały sprytnie wykorzystane przez bezwzględnych przywódców w celu przejęcia i utrzymania władzy (nikt bowiem nie miał już autorytetu Tity, którego szanowały wszystkie narody Jugosławii).

Dlatego

- nie będę z góry potępiał współczesnego Niemca, ponieważ jego przodkowie dokonywali straszliwych zbrodni ludobójstwa, o których doskonale wiem,
- nie będę z góry potępiał Rosjanina z powodu PRLu, zbrodni katyńskiej czy ponad stu lat zaborów,
- nie będę z góry potępiał każdego spotkanego muzułmanina z powodu zamachów terrorystycznych dokonywanych przez jego współwyznawców w imię religii,
- nie będę potępiał każdego Żyda za ubeckich oprawców z lat 40. i 50. XX wieku, za machinacje wielkiej finansjery, czy za krzywdy wypędzonych Palestyńczyków,
- nie będę potępiał każdego Ukraińca za Bohdana Chmielnickiego, za rzeź humańską w czasach koliszczyzny, czy za rzeź wołyńską w czasie II wojny światowej,
- nie będę potępiał każdego Czeczena za atak terrorystyczny w Biesłanie, czy zamach w Bostonie,
- nie będę potępiał każdego księdza katolickiego za rzezie dokonywane w czasie krucjat, za działalność Inkwizycji czy za pedofilię jego kolegów,
- nie będę potępiał każdego kibica piłki nożnej za bandyckie zachowanie ich towarzyszy z trybun boiska.

Nie wyobrażam sobie, żebym miał moim przyjaciołom Niemcom, czy Rosjanom, wypominać zbrodnie II wojny światowej, mimo, że jak najbardziej możemy o nich rozmawiać. Nie wyobrażam sobie, żebym miał lżyć moich przyjaciół Żydów za to, że jacyś Żydzi podejmują np. nieuczciwe próby wyłudzenia pieniędzy od państwa polskiego. Nie wyobrażam sobie, żebym miał zachować się nieuprzejmie wobec Ukraińca, który pyta mnie o drogę, tylko dlatego, że jego rodacy dwa pokolenia wstecz dokonali zbrodni na moich rodakach. (Tak na marginesie: W latach 80. ubiegłego stulecia pewien starszy znajomy w drodze do Bułgarii podróżował przez Ukrainę. W pewnym momencie stracił orientację, zwłaszcza, że zapadł zmrok. Widząc stojący traktor, zatrzymał się i zapytał ukraińskiego pracownika kołchozu o drogę. Na to ten do niego „A dlaczego ty mnie o drogę pytasz? Przecież wy tu byli pany, to chyba wszystko tu dobrze znacie”. Mimo, że liczę się z tym, że z takim chamstwem mogę się spotkać, sam nigdy się w ten sposób nie zachowam). Nie wyobrażam sobie, żebym miał źle traktować swoich czeczeńskich uczniów dlatego, że ich rodacy bywają terrorystami. Nie wyobrażam sobie, żebym miał werbalnie atakować katolicką zakonnicę, o której wiem, że jest wspaniałym człowiekiem, dlatego, że niektórzy księża są pedofilami, a wielu katolików to nietolerancyjni fanatycy.

Nie jest tak, że o pewnych rzeczach nie wiem i dlatego jeszcze jestem wobec ludzi życzliwy i otwarty, ale jestem wobec ludzi życzliwy i otwarty, ponieważ uważam, że taka postawa jest po prostu dobra. Nie znaczy to, że podoba mi się wszystko, co robią reprezentanci tej czy innej grupy. Zawsze wolę oczywiście dostrzegać w ludziach to, co w nich dobre. Przede wszystkim jednak staram się nie stosować odpowiedzialności zbiorowej.

Do powyższych refleksji, wydaje mi się, ze dość banalnych bo zrozumiałych samych przez się, skłoniła mnie pewna dyskusja na Facebooku, podczas której pewien mój znajomy, który swego czasu cieszył się w moim środowisku opinią geniusza, na słowa potępienia wobec kiboli wykrzykujących hasła nawołujące do palenia Żydów, zaczął wymieniać wszelkie zło, które popełniali/ją Żydzi. Niestety nie dało mu się przetłumaczyć, że rozmawiamy o zupełnie innych zjawiskach. Przy tym zastosował ton wypowiedzi, z którego wynikało, że wszyscy jesteśmy ignorantami i że o żadnych postawach pewnych Żydów, które są moralnie wątpliwe, w ogóle nie wiemy. Za nic nie dało mu się wytłumaczyć, że rozmawiamy o pewnych pryncypiach, poza którymi nie ma cywilizacji, tylko prawo plemiennej vendetty.

wtorek, 15 października 2013

O pracy fizycznej taka sobie myśl



Mój dziadek, rolnik z Kieleckiego (obecnie Świętokrzyskiego), często krytykował moją mamę, a swoją córkę, za to, że kazała mi się tylko uczyć, natomiast nie goniła mnie do żadnej konkretnej roboty, np. do pomocy w polu podczas wakacji. Zawsze przy takich okazjach stawiał nam za przykład rodzinę księcia Druckiego-Lubeckiego (oczywiście nie Ksawerego, ale najprawdopodobniej jego potomka, którego imienia niestety nie sprawdziłem), właściciela majątku w Bałtowie, który swoje własne książęce dzieci wychowywał w wielkiej dyscyplinie i poszanowaniu dla wszelkiej pracy.

Młodzi Druccy-Lubeccy nie tylko się uczyli, ale podczas żniw szli razem z chłopami na pole i razem z nimi ciężko pracowali. Dziadek sam był tego świadkiem, ponieważ kilka lat swojego życia spędził w Bałtowie pod opieką swojej ciotki, która w majątku księcia pracowała (praktyka oddawania jednego z licznych dzieci pod opiekę krewnych, którym się nieco lepiej powodziło, była dość powszechna).

Dziadek, jako człowiek twardo stąpający po ziemi i praktyczny, tłumaczył sobie, a potem nam, że taki wielki pan był bardzo mądrym człowiekiem, ponieważ wiedział, że zawsze mogą przyjść gorsze czasy, koło Fortuny się odwróci i dzieci wielkiego pana mogą same wielkimi panami nie zostać. Wtedy, żeby przetrwać i w życiu sobie poradzić, dobrze jest być wdrożonym do pracy fizycznej, w tym tej naprawdę ciężkiej.

Dziewiętnastowieczni Habsburgowie wychodzili zresztą z podobnego założenia. Dzieci austriackiej rodziny cesarskiej oprócz standardowej edukacji młodych arystokratów pobierały naukę bardzo konkretnych i przyziemnych zawodów. W razie np. rewolucji i utraty przywilejów i majątku Habsburgowie byli przygotowani do podjęcia zwyczajnej pracy zapewniającej im utrzymanie. Cesarz Franciszek Józef wyuczył się zawodu introligatora. Nie wiem, czy dzisiaj, w dobie spadku popularności książek, mógłby zarobić na życie, ale w czasach, w których żył, chyba tak.

Te historie przypomniały mi się po lekturze artykułu z Newsweeka o chińskich uczniach szkoły średniej, których posłano na przymusowe „stypendium”, czyli po prostu do roboty przy składaniu części elektronicznych do produktów zachodnich firm komputerowych (w tym Apple), które produkcję umieściły w Chinach. Ta forma niewolnictwa w obliczu opóźnień w pracy fabryk z pewnością nie przynosi chluby ani Chinom, ani zachodnim koncernom komputerowym. Niemniej przewrotnie przychodzi mi do głowy myśl, że składanie konsoli PlayStation czy iPhonów nie powinno być tak od razu traktowane jako coś z gruntu dla tych młodych ludzi niekorzystnego. Owszem, niektórzy skarżą się, że ta praca nie jest związana z ich specjalizacją, ale kto wie, co nam się w życiu przyda i czym nam przyjdzie się zajmować?

Szczerze mówiąc mój brak zainteresowań rzeczami praktycznymi i zajęciami wymagającymi pracy fizycznej wprawia mnie czasami w stan zawstydzenia. Może bym się i czegoś jeszcze nauczył, ale żeby tak sam z siebie, to raczej nie… Czasy robią się coraz mniej ciekawe – postępuje specyficzna barbaryzacja polegająca na bolesnej weryfikacji przydatności humanistów w społeczeństwie, więc jakiś fach z pewnością by się przydał! Być może dla mnie jest już za późno, ale byłoby do rzeczy, gdyby młodzi ludzie wzięli sobie do serca mądrość starych rodów arystokratycznych – warto uczyć się pracy.

niedziela, 6 października 2013

O pewnej mowie pogrzebowej



Pewien aktor zmarł w wieku, w którym nie jest się już młodzieniaszkiem, ale też nie jest to wiek, w którym ludzie normalnie umierają. Pewien znajomy, też nieżyjący alkoholik, mówił o takich przypadkach „ścigał się z gorzałą, ale gorzała go dogoniła”. Jakie by nie były powody śmierci dość powszechnie lubianego mężczyzny w sile wieku, przede wszystkim przysporzyło to ogromnego cierpienia jego najbliższym – zwłaszcza matce. Dalsza rodzina też to przeżyła, bo przecież dla niej to był „nasz ….”, a nie jakiś tam celebryta z telewizji. Wszyscy ci, którzy znali go od dziecka, czyli jeszcze z czasów, kiedy nie był rozpoznawalny przez przypadkowych przechodniów na ulicy, dość mocno przeżyli jego śmierć, ale przecież już wcześniej przeżywali jego drogę ku zagładzie.

Każdy, kto miał do czynienia z alkoholizmem i alkoholikami, wie, że pomóc osobie uzależnionej jest niezwykle trudno. Kiedy ma się do czynienia z człowiekiem żyjącym złudzeniami (m.in. złudzeniem kontroli nad własnym piciem i życiem), praktycznie nic nie można zrobić. Skłonienie go to terapii to wielki wyczyn, ale sprawienie, że się tej terapii podda i z niej nie zrezygnuje to czyn tytaniczny. Doskonale wiadomo, że nawet najbliższa rodzina jest w wielu przypadkach bezsilna. Podobno najskuteczniejsza metoda sprowadzenia alkoholika na drogę rozsądku jest uświadomienie mu jego stanu upodlenia. Od kochającej osoby wymaga to niemałego hartu ducha, bo taka osoba powinna np. zamiast układać pijanego do ciepłego i wygodnego łóżka, w ogóle nie wpuścić go do domu i zostawić na ulicy lub klatce schodowej. Mało kto jest takim twardzielem, a już na pewno nie osoba, dla której tenże alkoholik jest całym światem. Ponieważ najbliższa rodzina kocha bezwarunkowo, pozostaje jej cierpienie, na temat którego może najwyżej porozmawiać z dalszą rodziną.

Na pogrzeb aktora przyjechała z miasta, w którym pracował, grupa jego kolegów. Piękny gest świadczący o tym, że aktor był osobą lubianą w swoim środowisku. Wszystko byłoby w porządku, gdyby jednemu z teatralnych kolegów nie zebrało się na wygłoszenie mowy podczas obiadu po pogrzebie.

Sens jego wypowiedzi był mniej więcej taki, że owszem, wy tu jesteście jego rodziną, ale to my znaliśmy go najlepiej, bo to z nami spędzał najwięcej czasu. Nieraz żeśmy razem bradziażyli (to zapewne od bradiagi, który Bajkał pieriejechał, ale przecież wiadomo, że nie o ucieczkę ze zsyłki pogrzebowemu mówcy chodziło) …

Mówca miał wiele szczęścia, że trafił na ludzi generalnie spokojnych i pokój miłujących, bo właściwie każdy członek rodziny zmarłego miałby prawo po prostu obić mu twarz. Po pierwsze, może niechcący, ale obraził wszystkich tych, dla których zmarły był od dziecka „naszym….”. Po drugie, praktycznie przyznał, że czynnie brał udział w procederze, który się do jego śmierci przyczynił. Oczywiście w świecie dorosłych facetów obowiązuje zasada, że każdy jest odpowiedzialny sam za siebie, bo przecież „nikt nikomu do gardła na siłę alkoholu nie leje”. Takie są twarde prawa pijaństwa. Niemniej odrzucając cynizm, trzeba sobie jasno powiedzieć, że częstując alkoholika alkoholem, pijąc z nim i świetnie się z nim bawiąc, nie przyczyniamy się do polepszenia jego stanu zdrowia, a wręcz przeciwnie, powolutku i delikatnie, ale jednak konsekwentnie i skutecznie stukamy w czubek gwoździa, który jest tym ostatnim gwoździem do trumny.

Kiedy usłyszałem opowieść o aktorze, który nie mógł się oprzeć wygłoszeniu mowy na stypie po zmarłym koledze, przyszło mi do głowy „francuskie” powiedzonko – „stracił okazję, żeby siedzieć cicho.” Po jaką cholerę się w ogóle odzywał?