wtorek, 30 czerwca 2009

Wiersz na zakończenie miesiąca

Czerwcowe wpisy na blogu rozpocząłem od wiersza, wypada więc wierszem ten miesiąc zwieńczyć. Tym razem proponuję „Albatrosa” Charlesa Baudlaire’a w przekładzie Wisławy Szymborskiej.

Czasami dla zabawy uda się załodze 
Pochwycić albatrosa, co śladem okrętu 
Polatuje, bezwiednie towarzysząc w drodze, 
Która wiedzie przez fale gorzkiego odmętu. 

Ptaki dalekolotne, albatrosy białe, 
Osaczone, niezdarne, zhańbione głęboko, 
Opuszczają bezradnie swe skrzydła wspaniałe 
I jak wiosła zbyt ciężkie po pokładzie wloką. 

O jakiż jesteś marny, jaki szpetny z bliska, 
Ty, niegdyś piękny w locie, wysoko, daleko! 
Ktoś ci fajką w dziób stuka, ktoś dla pośmiewiska 
Przedrzeźnia twe podrygi, skrzydlaty kaleko! 

Poeta jest podobny księciu na obłoku, 
Który brata się z burzą, a szydzi z łucznika; 
Lecz spędzony na ziemię i szczuty co kroku - 
Wiecznie się o swe skrzydła olbrzymie potyka. 

sobota, 27 czerwca 2009

Po kolejnym obejrzeniu "Gorączki" Agnieszki Holland

Nie lubię być zmuszanym do deklaracji typu „twoja ulubiona książka”, „twój ulubiony film”, albo „twoja ulubiona piosenka”, bo zazwyczaj przy takim pytaniu nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Owszem, myślę wówczas o kilku ważnych dla mnie pozycjach, ale nigdy nie ma pewności, że wśród nich będzie ta, która faktycznie ma dla mnie znaczenie.

Gdybym jednak się z czymś zadeklarował, to jeszcze bardziej kłopotliwym pytaniem byłoby „dlaczego?” Uzasadnienie preferencji jednego filmu niewątpliwie sprawiałoby mi kłopot. Oczywiście nie zabrakłoby mi słów, żeby jakoś się wyłgać od odpowiedzi, a może nawet nałgałbym ile wlezie, żeby efektownie wypaść, ale nie o to chodzi. Dlatego wolę jedno dzieło sztuki od innego, ponieważ trafia do mnie gdzieś tak bezpośrednio, że słowa są tu tylko strywializowaniem problemu. To dlatego analiza wiersza to według mnie morderstwo – morderstwo na samym wierszu, ponieważ nikt nie byłby w stanie przeżyć dokładnej sekcji własnego ciała.

Dziś telewizja Polonia pokazała „Gorączkę” Agnieszki Holland, film na podstawie „Historii jednego pocisku” przedwojennego socjalisty Andrzeja Struga. Nie pamiętam, który to już raz oglądam ten film. Nakręcono go w roku 1980, czyli w czasach wybuchu pierwszej „Solidarności”, w czasach, kiedy zacząłem naukę w IV LO im. Emilii Sczanieckiej w Łodzi. Mogę go oglądać ilekroć nadarzy się okazja. Problemy każdej z postaci tam występującej stają się moimi problemami, a rzeczywistość roku 1905 i lat bezpośrednio po ówczesnej rewolucji, staje się dla mnie tak realna, jak dzień dzisiejszy.

Drugim takim filmem są „Zaklęte rewiry”. Na dobrą sprawę w ogóle nie wiem, na czym polega magia tego obrazu, który mnie po prostu hipnotyzuje i sprawia, że ilekroć jakikolwiek kanał telewizyjny nadaje ten film, śledzę go od początku do końca i ani przez moment nie ogarnia mnie nuda. Podobnie jest z „Rękopisem znalezionym w Saragossie”. Mogę oczywiście silić się na samoanalizę mojej fascynacji tymi filmami, ale to wszystko będzie jakieś „obok”, bo sedna sprawy słowami nie da się wyrazić.

Mąż jednej z sióstr mojej babci, którego znam tylko z opowieści rodzinnych, na okrągło czytał „Dobrego wojaka Szwejka”. Za każdym razem odkrywał w tej lekturze coś nowego. Powieść Haška traktował chyba niczym ortodoksyjny Żyd Talmud, który po kilka stron dziennie musiał studiować przez cały rok, a po skończeniu cyklu zaczynać od nowa. Może to była książka jego życia, którą po prostu MUSIAŁ czytać? Nie wiem.

A może to wszystko ma związek z tym, o czym pisałem ostatnio – o próbie zatrzymania czasu? Dzieła sztuki, do których lubimy wracać i które nam się nie nudzą to być może jakieś nieudolne próby zatrzymania czasu, oszukania go, wyrwania się z błędnego koła historii, a może nie błędnego koła, tylko z obłędnego pędu ku nieznanemu? Może to jakiś ekwiwalent obrzędów religijnych? Może…

czwartek, 25 czerwca 2009

Obrzęd jako próba zatrzymania czasu

W gawędzie Krzysztofa Zanussiego pojawia się wyjaśnienie tajskiego mnicha buddyjskiego, który nie zgodził się na duble w filmowaniu obrzędów, na jakie pozwolono polskiemu reżyserowi. Wyjaśnienie polegało na tym, że powtarzalność jest elementem świętości. Przypomniało mi się to, co pisał na ten temat Mircea Eliade. Powtarzalność obrzędów to element, który przeciwstawia się historii, jest stały. W powtarzaniu tych samych obrzędów ludzie odnajdują transcendentalne bezpieczeństwo. Oto wszystko płynie, wszystko się zmienia, a nasze obrzędy nie, bo są środkiem do zatrzymania czasu.

Zatrzymać czas to coś, czego wielu z nas bardzo by chciało. Obrzęd religijny jest więc święty sam w sobie i dlatego tak trudno jest ludzi przekonać do zmian. W rzeczywistości, jeśli nie interesujemy się historią, nasza pamięć nie sięga niczego więcej niż tego, co zdarzyło się za naszego życia. XVII-wieczna reforma Cerkwi moskiewskiej patriarchy Nikona była po prostu powrotem do starszych form, oczyszczeniem z nowszych naleciałości. Wielu ludzi to jednak nie przekonało. Dla nich zmiany Nikona (np. żegnanie się trzema palcami zamiast dwoma) były niebezpiecznymi nowinkami w "odwiecznym" kanonie świętych obrzędów. Ludzie ci utworzyli kilka zgromadzeń, których członków nazwano "starowierami".

Reformy Soboru Watykańskiego II również znalazły zagorzałych przeciwników w Kościele katolickim. Nostalgię za mszą odprawianą tyłem do wiernych i po łacinie wyrażał nawet Franciszek Starowieyski, który lefebrystą przecież nie był, ale w jego umyśle taka właśnie forma kultu stała się synonimem doskonałej harmonii. Nie mógł pamiętać mszy sprzed soboru trydenckiego, a tym bardziej rytu pierwszych chrześcijan. To, co pamiętamy z dzieciństwa staje się w naszych umysłach harmonijne, pełne, po prostu doskonałe. Nie uważam, żeby było coś złego w kultywowaniu (czyt. powtarzaniu) pewnych obrzędów. Jeżeli daje to ludziom poczucie bezpieczeństwa wynikające z silnej wiary we własne zakorzenienie w transcendencji, to dlaczego nie? Problem zaczyna się tam, gdzie chce się innym narzucić konieczność uczestnictwa we własnych rytuałach, albo kiedy się potępia tych, którzy nie podzielają entuzjazmu wobec nich. To już jednak zupełnie inny temat.

Krzysztof Zanussi

Wyraźnie się starzeję i nie chodzi tylko o stan zdrowia, ale przede wszystkim o podejście do niektórych problemów. Nie odczuwam tego procesu bynajmniej jako czegoś złego. Może nawet wręcz przeciwnie. Do pewnych spraw nabiera się niezbędnego dystansu, który pozwala się zbytnio nimi nie przejmować i to jest zdecydowany plus. Oczywiście gorzej będzie, jeśli ten dystans osiągnie rozmiar całkowitego lekceważenia otaczającej nas rzeczywistości, bo wtedy dalsze istnienie w ogóle traci sens. Na szczęście jest jeszcze kilka spraw, którymi, jak mniemam, jestem w stanie się zainteresować i poświęcić czas.

Jednym z symptomów procesu, o którym napisałem powyżej, jest fakt, że coraz bardziej podziwiam Krzysztofa Zanussiego, natomiast coraz częściej drażni mnie Kuba Wojewódzki. Z tym drugim jest tak, że nadal czasami potrafi mnie rozśmieszyć swoją otwartą bezczelnością, ale z drugiej strony drażni mnie pustka jego przesłania. Jeśli jest w nim jakaś głębia, to tak zakamuflowana, że trudno ją wykryć. Nie chcę się jednak skupiać nad negatywami życia.

Jak zwykle jadąc samochodem słuchałem programu II Polskiego Radia, a w nim rozmowę z Krzysztofem Zanussim. Jest to prawdziwy dżentelmen, człowiek który jest po prostu naturalnie grzeczny. Zapewne olbrzymią rolę w tym fakcie odegrało jego wychowanie, ale myślę, że z takim rodzajem osobowości trzeba się urodzić. Ileż to razu nieżyjący już Zygmunt Kałużyński krytykował go za nudę w jego filmach. Inni również czepiali się wszystkiego, czego można się przyczepić. Tymczasem jest to jeden z „najtwardszych graczy” w polskim świecie artystycznym. Nigdy nie schlebiał publiczności i nie puszczał do niej oka, choć przyznaje, że miał z „romans” z poprzednią władzą, ale który reżyser żyjący w tamtych czasach nie miał?

W audycji, której dzisiaj słuchałem, pokazał się jako człowiek o olbrzymich horyzontach, wielkim poczuciu humoru (sic!) oraz dystansie do samego siebie. W prosty sposób wyłożył też swój stosunek do kultury masowej. Stwierdził np., że hip hop jest lepszy od nie robienia niczego, bo młody hip hopowiec w ogóle wchodzi w obszar kultury. Kultura jest jednak hierarchiczna i zatrzymanie się na jej jednym etapie nie jest zjawiskiem godnym polecenia.

Ściągnąłem sobie podcast z „dwójkowego” cyklu Zapiski ze współczesności. Doskonale w kilku słowach ujął niezwykle ważne zagadnienie różnicy kultur. Nic dodać nic ująć. Gorąco polecam – to tylko 13 minut, ale jest to 13 minut z wielkim człowiekiem.




środa, 24 czerwca 2009

Spotkanie z Martą Cywińską

Właśnie wróciłem ze spotkania autorskiego z Martą Cywińską, pisarką polską i francuską. Tak tak, Autorka tworzy i publikuje po francusku, a także należy do francuskiego związku literatów. Marta to jeden z tych dobrych duchów, z którymi spotkanie zawsze jest przeżyciem miłym i ciepłym. Wcale nie byłem pewny, czy mnie pozna, ponieważ poznaliśmy się zupełnie przypadkiem jakieś sześć czy siedem lat temu w Belgii, gdzie braliśmy udział w dniach Walonii wraz z delegacją województwa podlaskiego. Marta była bardzo zajęta, ponieważ tłumaczyła rozmowy naszego ówczesnego wojewody, więc nasza rozmowa mogła trwać góra pół godziny, ale może znacie to odczucie, kiedy człowiek ma wrażenie, jakby kogoś znał od wieków.

Po raz drugi w życiu spotkałem Martę, kiedy pracowała jeszcze na romanistyce Uniwersytetu w Białymstoku, gdzie znowu z powodu pośpiechu wymieniliśmy dosłownie po dwa zdania. Potem, kiedy ja zacząłem pracować na uniwersytecie, Marta przeniosła się do Warszawy.

Kiedy dzisiaj zbliżyłem się z jej książką po autograf, poznała mnie od razu! Coś niesamowitego! Zanim to nastąpiło, miały miejsce zaplanowane punkty spotkania. Słowo wprowadzające wygłosiła pani Ewa Cywińska, dyrektor Muzeum Kresowego Domu. Znowu nastąpiło coś, co tak mnie fascynuje – wskrzeszenie świata, którego już nie ma. Tym razem była to ulica Mickiewicza w Białymstoku, niedaleko której mieszkam, a przy której urodziła się Marta. Potem przemawiał pan Bohdan Gawroński, który jest redaktorem serii, w ramach której ukazała się książka Marty, a przy tym urodził się w tym samym domu przy Mickiewicza, co Marta.

Wreszcie nastąpiła część najważniejsza, czyli telewizyjny wywiad z Martą. W tym momencie poczułem się, jakbym się znalazł w jakiejś scence z Wańkowicza. Nie, tym razem nie dzięki Marcie, ale publiczności. Najpierw dwóch siwych dżentelmenów siedzących tuż przede mną zaczęło wymieniać się uwagami i to bynajmniej nie szeptem. Inny dżentelmen, siedzący bliżej okna nieustannie próbował zabawić panią siedzącą obok niego. Te rozmowy z kolei oburzyły zażywną damę, która siedziała dwa rzędy za mną i głośno komentowała fakt, że ludzie sobie rozmawiają podczas wywiadu z Autorką. Wreszcie nie wytrzymała i w chwili, kiedy to dżentelmen przy oknie znów popisał się przed panią obok jakąś dowcipną uwagą, podeszła do dwóch panów siedzących przede mną i dała im reprymendę, choć akurat w tym momencie oni siedzieli cicho. W międzyczasie młoda mama musiała wyjść z niemowlęciem na ręku, którego najwyraźniej cała atmosfera dość męczyła. Kiedy zapanowała względna cisza, rozmowę zagłuszyła swoimi głośnymi komentarzami zażywna dama, która nie tak dawno sama oburzała się podobnym zachowaniem ze strony innych. Została uciszona przez sąsiadkę ze swojego rzędu.

Zdążyłem zrozumieć jeszcze fragment książki czytany przez Martę, po czym rozległa się burza oklasków, co oznaczało, że wywiad się już skończył. Witkacy napisał, że nie ma tego złego, co by na jeszcze gorsze nie wyszło, ale nie będę się tu popisywał wątpliwą oryginalnością. Banał okazał się zbawienny – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Po dwóch paniach, z których każda ucięła sobie z Martą pogawędkę, nastąpiła moja kolej. Nastąpiło miłe rozpoznanie mnie przez Autorkę, może 2 minuty rozmowy i trzeba było ustąpić kolejnym chętnym do otrzymania jej autografu. Widocznie tak musi być. Spotkania z dobrymi duchami chyba nie muszą być długie. Wystarczy, że się zdarzają.


Wbrew tytułowi swojej najnowszej książki, Marta nie deklaruje się jako feministka. Żeby jednak zrozumieć jej pojmowanie kobiecości, trzeba przeczytać książkę, co jest jeszcze przede mną.

Mam książkę Marty i przeczytam ją, natomiast wywiad przy odrobinie szczęścia… obejrzę w telewizji!

wtorek, 23 czerwca 2009

Moskiewskie majstrowanie przy historii

Siedzę sobie w uroczej Hajnówce, po ulewie wdycham wspaniały żywiczny zapach lasu, a tu humor człowiekowi psują wieści z Moskwy. Niejednokrotnie wyrażałem swój sprzeciw wobec traktowania języka jako jedynej dostępnej nam rzeczywistości, bo to prowadzi właśnie do takich sytuacji, jakie tworzą moskiewscy "historycy" generując czyste kłamstwa nazywając się przy tym komisją do przeciwdziałania kłamstwom, czy coś w tym stylu.

Lubimy się pośmiać z braci Kaczyńskich i PiSu, kiedy głośno wyrażają zdenerwowanie przekłamywaniem historii przez Niemców. Krytykujemy ich, kiedy "podskakują" potężnemu niedźwiedziowi, czyli Rosji, a konkretnie jej niekoronowanemu carowi Putinowi. Niewątpliwie reakcje szefa PiSu oraz prezydenta RP robią wrażenie przesadzonych. Jeżeli jednak wydaje nam się, że to ich polityka wywołuje jedynie reakcje Moskwy, to jest to po prostu śmieszne. Kaczyńscy co najwyżej się Moskwie "podkładają", ale to nie ma żadnego znaczenia! Kwaśniewski nie był rusofobem, a Putin traktował go per noga, natomiast lizusostwo Łukaszenki na nic się nie zdało, ponieważ kiedy gangster chce kasy, to ją wyciąga nawet od najlepszego przyjaciela.

Polska odgrywa w wewnętrznej polityce Putina rolę szczególną. Urasta do wroga numer jeden, naród rosyjski jest oburzony i jednoczy się wokół męża opatrznościowego, cara-batiuszki Putina, który na szczęście twardo dzierży ster władzy i nie pozwoli jakimś tam Polakom skrzywdzić matuszki Rosiji. Czy rządzą Kaczyńscy, czy Kwaśniewski, czy Tusk, nie ma żadnego znaczenia. Taki wróg jak Polska jest Putinowi potrzebny do budowy integralności samej Rosji, więc to do niego należy inicjatywa, to on rozdaje karty, to on mówi z kim można handlować, a z kim nie, kogo z kim skłócić i jak manipulować własnym narodem oraz opinią publiczną całego świata.

Bezczelność polegająca na jawnym odwróceniu ról w 1939 roku, jest po prostu niewyobrażalna. Związek Sowiecki, który w sojuszu z Niemcami doprowadził do unicestwienia II Rzeczypospolitej, jest przedstawiony jako ofiara, a Polska, faktyczna ofiara jako wspólnik Hitlera! Coś niebywałego! Po prostu w Moskwie wracają czasy stalinowskie, albo właśnie jesteśmy świadkami wcielenia pomysłów George'a Orwella z jego 1984. Pamiętamy, że praca bohatera tej powieści polegała na nieustannym śledzeniu bieżącej sytuacji politycznej, i zgodnie z nią kompletnym zmienianiu całych okresów historycznych na poziomie źródeł. Jeśli ktoś wypadł z łaski wierchuszki, to nie było możliwe, że 10 lub 20 lat wcześniej odgrywał był w polityce jakąś pozytywną rolę. Zmieniało się więc całe archiwalne numery gazet pod bieżące potrzeby polityczne. To jest powieść, fikcja, wytwór wyobraźni pisarza. Tymczasem widzimy coś takiego na własne oczy. Oczywiście znamy oszczerstwa pewnych kół żydowskich (bo wcale nie wszystkich Żydów), znamy wersje historii niemieckiego Związku Wypędzonych, ale można powiedzieć, że ludzi szalonych, nawiedzonych lub po prostu ludzi złej woli nigdy nie brakowało. Tymczasem mamy do czynienia z czymś, od czego chyba zdążyliśmy się odzwyczaić. Od czasów komuny nikt mający tytuł naukowy i oficjalne poparcie władz jakiegoś kraju nie pozwolił sobie na tak jawne kłamstwa.

Można powiedzieć, że to trzeba przeczekać, pokiwać z politowaniem głową i nie narażać się silnemu sąsiadowi. Musimy jednak pamiętać, że w czasach kiedy wytwory języka są aktami performatywnymi, czyli wystarczają za same fakty, nie możemy sobie pozwolić na takie traktowanie, bo za tym pójdą konkretne konsekwencje. Moskwa w coś gra, i to jest pewne. To jest coś dużo poważniejszego niż "odgrywanie" się na Kaczyńskich. Kaczyńscy i Polska to dla Putina za mała sprawa, żeby się nią przejmować. Inicjatywa należy do niego. Narzuca światu pewną grę, w której Polsce przypada rola kozła ofiarnego. O co w tym jednak chodzi na dłuższą metę? Czy tylko o wewnętrzną konsolidację narodu rosyjskiego wokół Kremla wobec wymyślonego zewnętrznego wroga? A może chodzi o zniszczenie reputacji Polski na całym świecie, w którym jej głos protestu przeciw polityce Moskwy czy to w sprawach gospodarczego terroru, czy obrony suwerenności byłych narodów ZSRR, ma odtąd brzmieć niewiarygodnie i śmiesznie? Może wszystko naraz. W każdym razie sygnał jest przy całej swojej groteskowości bardzo groźny.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Trzy europejskie sposoby traktowania herbaty

kwaśny deszcz

zasilający

bursztynowy staw

z pokrytym liśćmi dnem

* * *

jesienny wodospad

uderzający o śnieżną biel

łączący się z nią

w bury aksamit

* * *

kryształy w wirze

złocistej kipieli

łagodzące stres


sobota, 20 czerwca 2009

Jeszcze raz o "Cieszyniance" Jaromira Nohavicy

Ciekawa sprawa. Jaromir Nohavica podobno napisał swoją "Cieszyniankę" pod wpływem poezji Renaty Putzlacher-Buchovej, a potem ona dokonała przekładu tekstu tej piosenki na polski. Artur Andrus śpiewa jednak tekst innego przekładu, Antoniego Murackiego. Osobiście wydaje mi się, że przekład Renaty Putzlacher bardziej by się wpasował w melodię i nie wymagał "galopowania" szeregu sylab w ograniczonej frazie. Oba teksty oddają jednak ducha oryginału i wywołują te ciepłe i nostalgiczne uczucia, o jakich pisałem wczoraj.

Cieszyńska przekład: Renata Putzlacher-Buchtová

Gdybym urodził się przed stu laty
w moim mieście
w ogrodach Larischa kradłbym kwiatów
całe wiechcie

Dla mej wybranej córki Kamińskiego
mistrza nad mistrze szewca lwowskiego
kochałbym ją i pieścił
chyba lat dwieście

Mieszkalibyśmy na Sachsenbergu
u żyda Kohna
ja i cieszyński klejnot sehr gut
ma narzeczona

Po polsku czesku niemiecku nieskładnie
mówiłaby i śmiałaby się ładnie
raz na sto lat cud się zdarza
zázrak se koná

Gdybym urodził się przed stu laty
byłbym drukarzem
u Procházki w dzień i noc na raty
za marną gażę

Miałbym piękną żonę trójkę dzieci
patrzyłbym jak czas powoli leci
w powijakach dwudziesty wiek
długie życie pełne marzeń

Gdybym urodził się przed stu laty

w tamtej erze
tylko dla ciebie zrywałbym kwiaty
w to święcie wierzę

Tramwaj na moście codzienny raban
słońce by samo podnosiło szlaban
obiadu zapach i
pełne talerze

Wieczorem śpiewałbym z Mojżeszem
o dawnych wiekach
lato rok tysiąc dziewięćset dziesięć
za domem rzeka

Widzę wyraźnie siebie tamtego
rodzinne szczęście i cieszyńskie niebo
dobrze że człowiek nigdy nie wie
co go czeka

Tesinska – Cieszynianka przekład Antoni Muracki

Gdybym się urodził przed stu laty
w moim grodzie
U Lariszów dla mej lubej rwałbym kwiaty
w ich ogrodzie.
Moja żona byłaby starsza córką szewca
Kamińskiego, co wcześniej we Lwowie by mieszkał.
Kochałbym ją i pieścił
chyba lat dwieście.

Mieszkalibyśmy na Sachsenbergu,
w kamienicy Żyda Kohna,
najpiękniejszą z wszystkich cieszyńską perłą
byłaby ona.
Mówiąc - mieszałaby czeski i polski,
szprechałaby czasem, a śmiech by miała boski.
Raz na sto lat cud by się dokonał,
cud się dokonał.

Gdybym sto lat temu się narodził
byłby ze mnie introligator
U Prochazki bym robił po dwanaście godzin
i siedem złotych brałbym za to
Miałbym śliczną żonę i już trzecie dziecię,
w zdrowiu żył przez trzydzieści kilka lat na tym świecie
I całe długie życie przed sobą,
całe piękne dwudzieste stulecie

Gdybym się urodził przed stu laty
i z tobą spotkał
U Lariszów w ich ogrodzie rwałbym kwiaty
dla ciebie, słodka.
Tramwaj by jeździł pod górę za rzekę,
słońce by wznosiło szlabanu powiekę
A z okien snułby się zapach
świątecznych potraw.

Wiatr wieczorami niósłby po mieście
pieśni grane w dawnych wiekach.
Byłoby lato tysiąc dziewięćset dziesięć,
za domem by szumiała rzeka.
Widzę tam dzisiaj nas - idących brzegiem,
mnie, żonę, dzieci pod cieszyńskim niebem.
Może i dobrze, że człowiek nie wie,
co go czeka.

piątek, 19 czerwca 2009

Cieszyn Jaromira Nohavicy

Niedawno dostałem od kuzyna płytę z piosenkami Jaromira Nohavicy w wykonaniu polskich artystów. Wiedział, że mi się spodoba, a to z trzech powodów. Mam słabość do naszych południowych sąsiadów, uwielbiam Cieszyn i lubię nostalgiczny nastrój wywołany wspomnieniem światów, których już nie ma. Do pewnego stopnia jest to pewnie tani sentymentalizm, ale z drugiej strony to, czym teraz żyjemy też niedługo stanie się czymś śmiesznym i nieważnym bo po prostu odejdzie w niebyt. O ile możemy jeszcze podziwiać jakieś zachowane artefakty czy budynki, a także możemy czytać teksty z dawnych czasów, atmosfery i odczuć ludzi wtedy żyjących nigdy nie będziemy w stanie odtworzyć. Dlatego wszelkie próby artystyczne mające na celu wniknięcie w sposób odczuwania tych, którzy w znanym nam miejscu żyli przed wielu laty, zawsze witam z ciekawością.
W Cieszynie ożenił się mój nieżyjący już wujek. Nadal mieszkają tam moje trzy siostry cioteczne i ich dzieci. Kiedy tylko jest mi po drodze, odwiedzam to miasto. Kiedy byłem tam po raz pierwszy granica czeska była otwarta dla mieszkańców Cieszyna, którzy mogli przechodzić na drugą stronę na dowód osobisty. Był to taki eksperyment gierkowski, który zresztą długo nie potrwał. Potem odwiedziłem wujka i jego rodzinę, kiedy byłem po trzecim roku studiów i granica była zamknięta, a o paszport niełatwo. Po 1989 roku można było wreszcie przechodzić przez granicę swobodnie, ponieważ otrzymanie paszportu nie było już problemem. Obecnie jesteśmy w systemie Schengen i Cieszyn powoli zaczyna dostrzegać szansę stania się jednym organizmem miejskim. Oczywiście istnieją wzajemne animozje wynikłe ze znajomości historii, ale uważam, że jak rzadko gdzie, tak w Cieszynie ludzie powinni się dogadać dla wspólnego dobra. Po czeskiej stronie oczywiście mówią po czesku, ale w sklepach można bez problemu dogadać się po polsku. Nie wiem, czy to samo mógłbym powiedzieć o polskiej stronie miasta. Pamiętam kiedy wybraliśmy się z żoną do restauracji dworcowej w czeskim Cieszynie, ponieważ mieli tam najlepsze „ohnive maso”, czyli bardzo pikantny paprykarz mięsny z knedlikami. Obsługująca nas kelnerka mówiła piękną śląską mową, która wg mnie jest polskim dialektem, ale to samo mogą o niej powiedzieć Czesi. Ja upieram się przy swoim, bo o ile Ślązaków jestem w stanie zrozumieć, to Czechów już niekoniecznie, choć wydaje nam się, że ich język jest naszemu bardzo bliski. Ale to już inny temat. W każdym razie jest wielka szansa, że mimo innej przynależności państwowej ludzie będą żyli w prawdziwej (a nie tylko deklarowanej politycznie) przyjaźni i, jak już wspomniałem, ku obopólnej korzyści.
Nie umieszczę wersji Artura Andrusa w języku polskim, bo musiałbym ją przerobić na mp3, potem umieścić w jakimś internetowym magazynie plików itd., a przy tym pewnie złamałbym prawo. Skorzystam więc z tego, że ktoś już prawo autorskie chyba naruszył i umieścił oryginał na YouTube.
A teraz Jaromir Nohavica




Kdybych se narodil před sto lety
v tomhle městě
u Larischů na zahradě trhal bych květy
své nevěstě

Moje nevěsta by byla dcera ševcova
z domu Kamińskich odněkud ze Lvova
kochał bym ją i pieśćił
chyba lat dwieśćie

Bydleli bychom na Sachsenbergu
v domě u žida Kohna
nejhezčí ze všech těšínských šperků
byla by ona

Mluvila by polsky a trochu česky
pár slov německy a smála by se hezky
jednou za sto let zázrak se koná
zázrak se koná

Kdybych se narodil před sto lety
byl bych vazačem knih
u Prohazků dělal bych od pěti do pěti
a sedm zlatek za to bral bych

Měl bych krásnou ženu a tři děti
zdraví bych měl a bylo by mi kolem třiceti
celý dlouhý život před sebou
celé krásné dvacáté století

Kdybych se narodil před sto lety
v jinačí době
u Larischů na zahradě trhal bych květy
má lásko tobě

Tramvaj by jezdila přes řeku nahoru
slunce by zvedalo hraniční závoru
a z oken voněl by
sváteční oběd

Večer by zněla od Mojzese
melodie dávnověká
bylo by léto tisíc devět set deset
za domem by tekla řeka

Vidím to jako dnes šťastného sebe
ženu a děti a těšínské nebe
ještě že člověk nikdy neví
co ho čeká

wtorek, 16 czerwca 2009

Młodzieży chowanie (7), czyli o nauce języków na lektoratach

Nauczanie języków obcych na lektoracie w polskiej wyższej uczelni, to robota dość niewdzięczna. Mało kto traktuje naukę języka obcego poważnie. W hierarchii pracowników uczelni lektorzy stoją na najniższym szczeblu, natomiast studenci…

Studentów można z grubsza podzielić na kilka kategorii.

  1. Ci, którzy języka uczyli się od szkoły podstawowej i zdali z niego maturę (co prawda na poziomie podstawowym, ale jednak maturę!), ale celowo zapisują się do grupy początkującej, żeby bez trudu dostać dobry stopień,
  2. Ci, którzy się jakimś cudem faktycznie nigdy danego języka nie uczyli, więc w dobrej wierze zapisują się do grupy początkującej (w przypadku języka angielskiego tacy ludzie trafiają się na studiach niestacjonarnych wśród nieco starszych wiekiem),
  3. Ci, którzy uczyli się języka i zapisali się na poziom właściwy ich umiejętnościom.
  4. Typ podobny do powyższego, ale wykazujący się ambicjami faktycznego podniesienia swojego poziomu umiejętności – przypadek niezwykle rzadki.
  5. Ci, którzy spędzili/spędzali jakiś okres swojego życia zagranicą (w przypadku j. angielskiego) albo w USA albo w Wielkiej Brytanii i nauczyli się lepiej lub gorzej komunikować w języku angielskim, ale mają braki w gramatyce i często nieco bardziej zaawansowanym słownictwie.
  6. Teoretycznie mogą trafić się i tacy, którzy spędzili jakiś czas w kraju, gdzie danego języka się używa i opanowali go doskonale w mowie i piśmie, ale tacy idą studiować do Warszawy ;)

Istnieją jeszcze kombinacje powyższych typów, które w sumie składają się na przedziwną mieszankę ludzi o bardzo zróżnicowanych aspiracjach związanych z językiem obcym.

Typ 1. na uczelniach, gdzie pracowałem, jest przeważający. Jest to, ogólnie rzecz biorąc, typ młodego Polaka, który potem w realnym życiu będzie się kierował zasadą, żeby „zarobić, ale się nie narobić”. Przez nich cały proces dydaktyczny przygotowany przez lektora bierze w łeb, bo cokolwiek im zaproponuje, oni już to znają i żądają jak najszybszego zakończenia danego ćwiczenia. Gdyby lektor próbował jednak rozszerzyć zakres materiału, pojawia się bunt, że przecież nie po to się zapisywali na poziom początkujący, żeby robić rzeczy zaawansowane. Przez tego typu studentów najwięcej traci typ 2., czyli ci, którzy się faktycznie nigdy języka nie uczyli. Mogliby się nauczyć, ale zniecierpliwienie tych pierwszych nie pozwala na spokojne przećwiczenie nowego materiału.

W atmosferze równania w dół typ 4. cierpi na wielką frustrację i obwinia lektora (do pewnego stopnia słusznie), że nie wyznacza im zadań na miarę ich ambicji. Wkrótce jednak wpływ otoczenia zaczyna się udzielać i ambicje wyparowują jak kamfora.

Najgorsze są jednak kombinacje tych typów, np. typu 5. i 1. Praca z takimi ludźmi jest niezwykle utrudniona, ponieważ najczęściej domagają się po prostu zwolnienia z egzaminu i w ogóle uczestnictwa w zajęciach, ponieważ uważają, że język mają opanowany doskonale, zaś na poziomie, do którego są formalnie przypisani, nie mają sobie równych. Bardzo często okazuje się jednak, że wcale nie jest tak dobrze.

Częstym argumentem jest „Jak byłem w Anglii, to się z każdym dogadywałem!” Mój Boże! Przecież dogadać można się z każdym nawet na migi. Opanowanie kilku zwrotów pomagających zrozumieć polecenie szefa w pracy, czy zamówić sobie jedzenie w barze to bardzo cenne umiejętności, i faktycznie wykonując te czynności codziennie można uwierzyć, że doskonale opanowało się język. Wielu studentów, w tym nawet na filologiach (sic!), często powtarza, że gramatyka do niczego nie jest aż tak ważna. Do komunikowania się? Zgoda! Zasób słów sięgający ok. 1000 niekoniecznie łączonych ze sobą w sposób gramatycznie poprawny, często zupełnie wystarczy, żeby przeżyć całe życie w USA czy UK, nie umrzeć z głodu i nawet nieźle się bawić.

Lektorat ma jednak inne cele. Teoretycznie powinien przygotować studenta do korzystania z literatury obcojęzycznej niezbędnej do studiowania danego przedmiotu. Człowiek legitymujący się wyższym wykształceniem powinien również być w stanie pisać artykuły w swojej dziedzinie w językach obcych, a także korzystać z wykładów zagranicznych gości. W większości prywatnych uczelni (w państwowych, jak się zdaje, również) jest to utopia, ponieważ wyższa uczelnia nie stawia sobie zadań wychowawczych (może trochę szkoda, bo w dobie, gdy szkoła średnia się poddaje, na uczelnie trafiają ludzie o paskudnych manierach), lektorowi nie musi zależeć, żeby studenta zmusić, czy umotywować do nauki. To nie szkoła podstawowa, gdzie nauczyciele chcą ucznia uszczęśliwić na siłę. W związku z tym tworzy się swego rodzaju błędne koło, gdzie studenci starają się zrobić jak najmniej (nie wszyscy, bo jak już wspomniałem, typ 4. bardzo cierpi), natomiast lektorzy robią tyle, ile mogą, ale też i nie więcej (poza tym niewiele mogą).

Jakie kryteria powinien przyjąć lektor przy ocenianiu studenta? Czy ma oceniać jego umiejętność kupienia sobie kanapki w amerykańskim fast foodzie? Najlepiej ocenia się coś namacalnego, a namacalny jest test! Powiedzmy sobie szczerze – wykonywanie zadań testowych w bardzo znikomym stopniu przygotowuje do rzeczywistego użytkowania języka. Zaznajamia co prawda z regułami gramatycznymi, ale nijak się ma do jakiejkolwiek rzeczywistej czynności w realnym życiu. Niemniej nie znaczy to, że opanowanie gramatyki nie jest ważne! Kiedy mówimy i piszemy, powinniśmy to robić gramatycznie!

Studenci, którzy spędzili jakiś czas w W.Brytanii i uważają się za świetnie mówiących po angielsku, najczęściej posługują się (co prawda wielu z nich płynnie i szybko), okropnym slangiem środowiska, wśród którego przebywali, a przy tym nie słysząc wszystkich niuansów, powtarzają ten slang również niedokładnie, co skutkuje takim językiem, jaki parodiował Henryk Sienkiewicz w „W pustyni i w puszczy” – „Kali kochać mała bibi”. Ponieważ Anglik, czy to pracodawca czy kolega z pracy, nie ma specjalnego interesu, żeby nas uczyć prawidłowego języka (może często sam go kaleczy), nigdy nie zwróci nam uwagi na nasze błędy. W związku z tym błędy te ulegają utrwaleniu przy najlepszej wierze we własne wysokie umiejętności.

Nauczyciele/lektorzy lubią testy, bo łatwo jest sprawdzić i łatwo od razu przyznać jakieś punkty, a więc określić ocenę. Dobry lektorat powinien polegać np. na dyskusji na temat zadanego artykułu w fachowej (dotyczącej studiowanego kierunku) prasie akademickiej, analizie źródeł w języku docelowym, napisaniu prawidłowego formalnego emaila do np. władz angielskiego hrabstwa (na kierunku administracja) w celu zaczerpnięcia potrzebnej informacji, oraz wyprodukowanie własnego artykułu na zadany temat, który można by umieścić w Internecie. Tak się jednak nie dzieje, ponieważ każdy lektor, stawiający takie wymagania naraziłby się na bierny opór ze strony studentów, a często na kłopoty ze strony zwierzchników, do których studenci pobiegliby się poskarżyć. A studenci to przecież źródło utrzymania uczelni…

Na ten temat można by napisać kilka rozpraw doktorskich, ale ponieważ chcę jeszcze trochę popracować w zawodzie, który zapewnia mi chleb, na tym zakończę… ;)

poniedziałek, 15 czerwca 2009

O byciu artystą

Nikomu chyba nie trzeba już dzisiaj tłumaczyć, że w sztuce od dawna już nie chodzi o to, żeby było ładnie, czy doskonale, ale żeby zaproponować coś nowego, coś, czego widz, słuchacz, czytelnik, czy inny odbiorca jeszcze nigdy nie doświadczył. Uwagi typu "pięcioletnie dziecko by lepiej narysowało" są kompletnie bezsensowne, bo nie chodzi o tę sprawność techniczną, którą tak na marginesie artysta ma zazwyczaj bardzo wysoką, ale o to spenetrowanie nowej przestrzeni. Malowanie w nieskończoność czarnego kwadratu na białym tle nie uczyni z nikogo Kazimierza Malewicza. Na nic się zda naśladowanie Kandinsky'ego, Picassa czy Basquiata, bo po co? Oni już swoje zrobili i malowanie w ich stylu niczego nowego nie wniesie. W związku z tym tworzenie tego, co dzisiaj uważa się za prawdziwą sztukę nie jest łatwe. Warsztat trzeba mieć i tak opanowany do mistrzostwa, a potem dodatkowo trzeba robić coś, czego nikt przed nami nie robił. Do tego dochodzi szczęście, albo przeznaczenie, o którym pisałem wczoraj (a właściwie już dzisiaj). Gdyby Andy Warhol nie odkrył Basquiata, pewnie nikt by o tym artyście nigdy nie usłyszał.

Kolejnym niezwykle istotnym czynnikiem jest poważne podchodzenie do swojego zajęcia. Zbigniew Zapasiewicz powiedział kiedyś, że aktorstwo jest tak mało poważną sztuką, że jeśli się go nie potraktuje poważnie, czyli jeśli się samemu nie nada mu odpowiedniej rangi poprzez swoje do niego podejście, taką właśnie mało poważną sztuką pozostanie. Poeta składający osiem słów na krzyż, musi postawić za swoim wierszem całego siebie. Jeżeli potraktuje go jako taką sobie zabawę, to i jego żaden krytyk nie potraktuje poważnie, zwłaszza, że konkurencja jest duża.

Dotykamy tu niezwykle poważnego i delikatnego problemu. Mianowicie niewielu jest dana świadomość bycia artystą. Niemniej ci, którzy nimi zostają, jak się później okazuje, zawsze wiedzieli, że nimi być muszą. Słuchanie czy czytanie autobiograficznych zwierzeń wielkich wprawia w zdumienie ich całkowitym brakiem skromności. Oni od dzieciństwa wiedzieli, że muszą być malarzami, muzykami, pisarzami, aktorami itd. Skąd się bierze takie niezachwiane przekonanie - to wg mnie wielka tajemnica.

Artysta styka się z koniecznością wyeksponowania tego, co chce z siebie wyemanować jego ego, ale przecież żyjemy w kulcie skromności (co może i dobrze), "nie wychylania się", czy też "nie kłucia innych w oczy" (czy to swoim majątkiem, czy urodą, czy też talentem). Jak tu się popisywać, a równocześnie nie robić wrażenia pysznych zarozumialców?

Druga strona tego samego medalu polega na tym, że artyści to ludzie najczęściej niezwykle wrażliwi, egocentryczni i na punkcie swojej osoby przewrażliwieni. Tymczasem od wczesnych lat szkolnych muszą się zmagać z nawałą przeciwności, bo jak nikt inny są narażeni na krytykę. Jeśli zaczynasz wykonywać zawód artystyczny, to oprócz tych, którzy cię lubią, od razu natykasz się na legion tych, którzy chcą za wszelką cenę ci udowodnić, że swoją sztuką nie powinieneś się zajmować, że się nie nadajesz. Tak było zawsze, tak jest i chyba na zawsze pozostanie, bo to jest cena wychylenia się poza szarą masę. Artysta musi więc nadal pozostać wrażliwy, bo inaczej artystą być by przestał, a równocześnie musi wyrobić w sobie naturę twardziela odpornego na ciosy. Mieszanka wybuchowa, nieprawdaż? Tym bardziej należy ich podziwiać i wybaczać nieuniknione słabości.

Wielu młodych ludzi nawet posiadając talent artystyczny i coś nawet na tym polu robiąc, asekuruje się, lekceważąco wyrażając się publicznie na temat własnej twórczości. W ten sposób chcą się uchronić od miażdżącej krytyki ze strony najbliższego otoczenia, bo to najczęściej rodzina i przyjaciele są pierwszymi śmiertelnymi krytykami, i zostawić sobie furtkę do zachowania godności. Gdyby bowiem coś nie wyszło, zawsze można powiedzieć, że to przecież nie było na poważnie. Niestety tak się wielkości nie osiąga. Asekuranctwo i tchórzostwo w ogóle w sztuce nie popłaca.

Żeby w danej dziedzinie dojść do mistrzostwa należy się odważnie przyznać do swoich ambicji i robić wszystko, aby im sprostać. Pretekstem do napisania tego tekstu jest obserwacja niektórych satyryków, którzy mają wielki talent muzyczny i nawet potrafią go okazać, ale nikt nigdy nie będzie ich odbierał jako muzyków. Kompletnie kretyńska amerykańska komedia "Tenacious D" ukazuje historyjkę dwóch muzyków rockowych, którzy potrafią sparodiować (wg mnie doskonale!) wielkich tego gatunku, ale sami nigdy nie będą postawieni obok Led Zeppelin czy Van Halen, ponieważ sami siebie nie traktują poważnie, mimo swojej doskonałej techniki gitarowej i wokalnej. Grzegorz Halama ma świetne warunki głosowe i musi mieć świetny słuch, sądząc po jego parodiach Freddie'go Mercury'ego, ale nikt go nie traktuje jako doskonałego piosenkarza, choć technicznie bije na głowę co najmniej dziesięciu polskich wokalistów z pierwszych stron gazet. Po prostu sam siebie nie traktuje jako piosenkarza, a satyryka i kabareciarza po prostu i tak już chyba zostanie.

Lubię studentów, którzy mają pasje artystyczne. Może ich nawet nieco faworyzuję, choć staram się tego nie robić. Wielu z nich próbuje godzić studia z wyjazdami na trasy koncertowe ze swoimi zespołami rockowymi. Życzę im jak najlepiej, ale rzeczywistość jest bezlitosna. Jeśli naprawdę chcesz coś osiągnąć w jakiejkolwiek dziedzinie, nie możesz się rozdrabniać, bo w rezultanie osiągasz najwyżej przeiciętność zarówno w muzyce jak i w kierunku studiów, na jakie jesteś zapisany. Przy tym jest to rodzaj asekuranctwa. "Nie poszedłem do szkoły muzycznej, bo nie czułem się dość dobry, więc wybrałem np. kulturoznawstwo, bo to sztuki bliskie, a muzyką będę się zajmował w ramach amatorskiego zespołu, który być może kiedyś stanie się profesjonalny". Owszem, tak się zdarza, i to może być nawet wspaniały sposób na życie, ale trzeba sobie zdać sprawę z jednego - to nie jest droga na same szczyty. Ci, którzy tam trafiają mają nie tylko talent, ale tę wielką determinację wywodzącą się z niepojętej wiary we własne przeznaczenie. Tego można im tylko pozazdrościć, ponieważ tego nie można się nauczyć, ani wykształcić nawet najwspanialszymi technikami doskonalenia umysłu. To jest też kolejne zagadnienie, które każe mi pokornie podejść do tego, co wczoraj nazwałem Tajemnicą.

Pewien mój przyjaciel mawiał (powtarzał gdzieś zasłyszane czy przeczytane powiedzonko), że "artystą się bywa". Kiedy to zdanie wypowadają artyści z górnej półki oznacza to, że całe życie muszą ciężko pracować jak rzemieślnicy, a od czasu do czasu udaje im się zrobić coś wielkiego. Mój przyjaciel pojmował to po prostu tak, że od czasu do czasu zajmował się sztuką, do której miał wielki talent. Niestety do końca życia pozostał bardzo utalentowanym amatorem, ponieważ nie miał tej odwagi, żeby samego siebie po prostu nazwać artystą. Bo prawdziwym artystą się nie bywa, tylko się jest!

Przeznaczenie?

Właściwie to chętnie stałbym się twardo stąpającym po ziemi racjonalistą, ale "niestety" pojawiają się od czasu do czasu takie wydarzenia, które każą się zastanowić nad czymś, czego nie da się inaczej nazwać, jak Tajemnica. Od ludzi religijnych różnię się tym, że wierzę, że kiedyś jakąś jej część uda się ludzkiemu umysłowi przeniknąć. W końcu cała historia naszego gatunku to dzieje kolejnych etapów wydzierania jej fragmentów rzeczywistości, którymi wcześniej władała niepodzielnie, począwszy od tego wyświechtanego pioruna przypisywanego Zeusowi czy Perkunasowi, na energii kwantowej koń...., (koń jaki jest każdy widzi, hehehe!), żadne tam "kończąc". Odkrywanie tajemnic Natury nie powinno mieć końca.

Przedziwne koincydencje, jakie przytrafiają się mnie samemu, albo znajomym, często każą się zastanowić nad linią graniczną między jakimś determinizmem a wolną wolą jednostki. Z jednej strony determinizm jest bardzo kuszący, ale, jak to powiedział kiedyś mój przyjaciel, "powoływanie się na przeznaczenie jest bardzo wygodne". Oczywiście, że jest, bo w ten sposób możnaby usprawiedliwić każde swoje łajdactwo. Rozpaczliwie więc rzucamy się ku planowaniu, a następnie wykonywaniu kolejnych etapów tego, cośmy zaplanowali, już zaczyna nam coś wychodzić, ale nagle... No i tutaj każdy może sobie wpisać dowolną cholerę, która nam się przytrafia i plany nasze krzyżuje. Ale przecież są ludzie, którym wszystko idzie "jak po maśle", którzy są "w czepku", albo "pod szczęśliwą gwiazdą" urodzeni. Ci, którym się nie wiedzie, popadają potem we frustracje i wypisują złośliwe komentarze na forum Onetu.

Napisano setki książek nt. drogi do sukcesu, determinacji, innowacyjnym sposobie myślenia itd. itp., a jednak od czasu do czasu trzeba z całkowitą rezygnacją przyznać, że o ostatecznym sukcesie albo klęsce zadecydował przypadek. Ba wej (fajny wykrzyknik, nieprawdaż, z jakiego wiersza pochodzi?), ale czy to przypadek?

Dziadek i babcia mojej żony (rodzice teściowej) pochodzili z maleńkiej wioski Wierocieje na Białorusi. Kilka lat przed II wojną światową osiedlili się w Hajnówce. Dwa razy byli okupowani przez Sowietów (1939-41 i potem od 1944). Za drugim razem nastąpiła wielka sowiecka akcja namawiania ludzi, zwłaszcza pochodzenia białoruskiego, do osiedlania się w Sojuzie. Tak od razu po wojnie wcale nie było takie pewne, czy Stalin odda północne Podlasie Polsce. Zrobił jednak psikusa miejscowym komunistom, w większości Białorusinom, i "Zachodniej Białorusi", jak to przedwojenni komuniści nazywali te tereny, nie zatrzymał, ale oddał "bratniej" Polsce. Stąd ta akcja przesiedlania chętnych. Obiecywano dobrobyt, bo przecież ZSSR to było państwo, gdzie robotnikom i chłopom żyło się wg propagandy najlepiej. Ludzie, którzy przeszli gehennę sowieckich zsyłek dobrze wiedzieli, co to był za dobrobyt, ale dziadek i brat babci całą okupację przeżyli dość spokojnie w Hajnówce, więc na lep propagandy bolszewickiej dali się złapać. Zapisali się na osiedlenie na Białorusi. Tymczasem babcia miała sen, w którym jej mąż (czyli dziadek mojej żony) i jej brat razem toną w bagnie. W tym śnie wyciągnęła z topieli dziadka, ale swojego brata już nie. Nazajutrz opowiedziała dziadkowi ten sen, zabrała go do sowieckiego urzędu i sprawę z wielkim kłopotem odkręciła. Dzięki temu babcia z dziadkiem pozostali w Hajnówce, teściowa poznała teścia i mogła się urodzić moja żona. Brat babci wraz ze swoją rodziną wyruszył do sowieckiego dobrobytu i słuch po nim zaginął do czasów Chruszczowowskiej odwilży. Po 1956 roku zaczął przyjeżdżać do Polski, w latach 60. i 70. rodziny odwiedzały się dość regularnie. Przy którejś z kolei wizycie wujek przyznał się, że przez te pierwsze 10 lat na Białorusi dosłownie przymierali głodem i żywili się zielskiem. To jest temat na całą książkę, ale nie o to teraz chodzi.
Trudno jest zrozumieć, jak ludzie podejmują tak brzemienne w skutki decyzje. Jeszcze trudniej pojąć, jak prosta kobieta swoim nieświadomym (bo śpiącym) umysłem przenika zło, które się czaiło za sowiecką propagandą, której ulegli jej brat i mąż. To są właśnie te rzeczy, których racjonalnie na razie wyjaśnić się nie udaje.

Agnieszka Czarkowska z Radia Białystok dotarła z kolei do białoruskiej (geograficznie, bo etnicznie polskiej) wsi, w której urodził się Czesław Wydrzycki, szerzej znany jako słynny polski muzyk Czesław Niemen. Reportaż jest nostalgiczny, bo m.in. znowu opowiada o umieraniu całej kultury na pewnym terenie wraz z ludźmi będącymi jej nośnikami. Wspaniałymi, gościnnymi, otwartymi i inteligentnymi polskimi rolnikami żyjącymi do pokoleń w sercu Białorusi. Oni tam zostali, natomiast rodzina Wydrzyckich do Polski trafiła w roku 1958, kiedy to Sowieci na krótko znowu uchylili furtkę swojej szczelnej granicy i pozwolili Polakom przesiedlić się do PRLu. Z całej wsi mówiącej piękną polszczyzną tylko Wydrzyccy zdecydowali się na taki krok! Czy to nie jest jakieś fatum. Jak się dowiemy z reportażu, Czesław Niemen z wielkim sentymentem wspominał lata młodości. Wspomnienie to "pachniało", jak mówił. Co by się jednak stało, gdyby został na Białorusi? Prawdopodobnie nigdy nie usłyszelibyśmy o wielkim muzycznym eksperymentatorze Czesławie Niemenie, a w najlepszym wypadku być może ktoś by kiedyś poznał artystę ludowego Związku Radzieckiego o jakimś rosyjskobrzmiącym pseudonimie o świetnych warunkach wokalnych pięknie wykonującego czastuszki. Kto wie, jak by było, ale nie było, bo miało się stać, jak się stało! Szkoda, że Czesława Niemena nie ma już z nami. "Takie to są sprawy..." jak kończy swoje frazy jeden z dawnych przyjacił wielkiego muzyka.

Polecam wysłuchanie tego reportażu. To jest też dokument odchodzenia czegoś pięknego, do czego nie ma niestety powrotu.



sobota, 13 czerwca 2009

Some English before the summer

Rainy weekend, isn't it? I strongly recommend studying English before your summer holiday tours. Everybody knows very well that nowadays you are nothing without English. Although some journalists keep complaining about our knowledge of this international language, the situation seems far better than twenty years ago. Many of our countrypeople are working in the British Isles and claim to speak good English. There are also school swots who have whole dictionaries in their heads. However, we sometimes deserve a lesson of humility. Let's see how good we are at understanding different English accents.





And now for America and other English speaking countries...




You may also happen to visit a non-English country the command of whose language is not your strongest point. English remains the only means of communication...




Good luck!!! :D

piątek, 12 czerwca 2009

Młodzieży chowanie (6), czyli o nauce języków

Pracę nauczyciela można porównać do pracy uczestnika zawodów jeździeckich. Jeśli ten ostatni odnosi sukcesy, zazwyczaj mówi się, że to zasługa konia, jeśli natomiast przegrywa, jest to wina jeźdźca. Nauczyciel też nigdy nie odnosi sukcesów – odnosi je uczeń. Za klęski ucznia natomiast bardzo często obwinia się nauczyciela. W tym drugim przypadku jest na pewno wiele przesady, bo najlepszy nauczyciel nie zmusi lenia do wysiłku, ani nie wtłoczy mu wiedzy do głowy za pomocą jakiejś magicznej strzykawki. Jeśli jednak chodzi o te sukcesy, to uważam, że tak faktycznie jest. To uczeń wykazuje się inteligencją, pracowitością i systematycznością, dzięki którym odnosi sukces albo we współpracy z nauczycielem, albo wręcz wbrew nauczycielowi. Np. jeden z nauczycieli Einsteina powiedział kiedyś ojcu tego ostatniego, że Albert niczego w życiu nie osiągnie.

Uczniowie cenią nauczycieli za jasność i przystępność wykładu, za chęć wytłumaczenia trudnej partii materiału oraz za jasne kryteria wymagań i konsekwencję w ich egzekwowaniu. Mimo wszystko nauczyciel rzadko się dowiaduje, na ile sukces ucznia jest jego zasługą, a na ile pracy i zdolności samego ucznia. Oczywiście, jeśli wiemy, że uczeń był „tabula rasa” na początku procesu kształcenia w danym przedmiocie, a potem widzimy, że umie to, co mu konkretnie przekazaliśmy, to możemy sobie pogratulować. Gorzej, gdy tak przyzwyczaimy się do uczniów przeciętnych czy wręcz słabych, że kiedy pojawia się raz na jakiś czas uczeń dobry jesteśmy całkowicie zaskoczeni.

Tylko dwa razy w życiu prawie od razu wiedziałem, że osoba ucząca się przejęła to, co umie, ode mnie. Mimo to i tak nie mogłem przypisać sobie zasługi. Znajoma, która wówczas jeszcze znajomą nie była, przyszła do mnie na prywatne lekcje. Oznajmiła na samym początku, że nigdy wcześniej angielskiego się nie uczyła. Po trzecich zajęciach stwierdziłem nieco ironicznie, że nie rozumiem ludzi, którzy się kiedyś uczyli języka, a potem udają, że są początkujący. Jej zdziwienie wobec mojej aluzji było bezgraniczne. Przysięgła, że nigdy nie uczyła się angielskiego, natomiast na bieżąco uczy się materiału, który z nią przerabiam. Oprócz tego, że jest osobą niezwykle inteligentną, jest aktorką, więc być może tej umiejętności pracy ze słowem należy przypisać jej natychmiastowe opanowanie prawidłowej wymowy, intonacji i przede wszystkim płynności! Chyba na tych trzecich zajęciach znajoma poprosiła mnie, żebym jej wyjaśnił cały system czasowy j. angielskiego, co tak naprawdę da się zrobić w ciągu piętnastu minut, ale opanowanie używania odpowiednich form czasownika w odpowiednim kontekście wielu uczącym się zajmuje kilka dobrych lat. Moja znajoma zaczęła używać czasu przeszłego i present perfect już na kolejnych zajęciach. Nie powiem, że od razu szło jej wszystko tak jak trzeba, ale próbowała i w większości przypadków robiła to dobrze. Wiem jednak, że oprócz wygimnastykowanego umysłu – w końcu aktorzy muszą zapamiętywać olbrzymie partie tekstu – wkładała w naukę angielskiego bardzo dużo pracy. Nasze lekcje, które ze względów czasowych nie mogły być zbyt częste, stały się tylko okazją do konwersacji (do tego jednak potrzebny jest partner), do sprawdzenia i potwierdzenia jej umiejętności oraz do wyznaczenia kolejnych zadań.

Z innym przypadkiem błyskawicznego opanowania nowego materiału językowego zetknąłem się w swojej pracy jako nauczyciel licealny. Miałem oczywiście uczennice (przeważnie to były dziewczyny), które regularnie się przygotowywały do lekcji i zrobiły znaczny postęp jeśli chodzi o znajomość gramatyki i słownictwa, ale mówienie było ich piętą achillesową. Któregoś roku do jednej z moich klas trafił chłopak, na lenistwo którego inni nauczyciele strasznie narzekali, ale na angielskim radził sobie nadzwyczaj dobrze. Każdy nowy zwrot od razu potrafił bezbłędnie powtórzyć, przy okazji ćwiczeń z mówienia od razu go wykorzystywał. Problem pojawiał się na klasówkach, ponieważ do nauki struktur i słownictwa w domu zupełnie się nie przykładał. Nie dotrwał w tym liceum do następnego roku, więc nie wiem, co się z nim stało, ale do dziś wspominam ten jego samorodny talent do języka angielskiego.

Czy to jednak był talent, czy pracowitość? W przypadku mojej znajomej aktorki chodziło o jedno i drugie. W przypadku tego ucznia pracowitość w ogóle nie wchodziła w rachubę. Co to jednak jest talent do języka? Czasami mówi się, że w nauce najważniejsza jest motywacja. Owszem, człowiek zmotywowany będzie dużo pracował np. nad słownictwem i gramatyką. Będzie słuchał nagrań w języku docelowym i szukał okazji do wykorzystania języka w praktyce. Śmiem twierdzić, że w przypadku ludzi, których nazwę „gąbkami”, chłonącymi wiedzę (competence) i niezbędne umiejętności jej wykorzystania (performance), o wiele istotniejszy jest brak motywacji w danym momencie. Można powiedzieć, że o ile motywacja długotrwała jest ważna, o tyle usilna chęć szybkiego opanowania materiału w ogóle nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Ambitnego ucznia dążenie do doskonałości tak niszczy, że nie docierają do nich najprostsze rzeczy.

Uczeń, który tak świetnie sobie radził przy nowym materiale, był maksymalnie „wyluzowany” i lubił się popisywać swoim talentem przed kolegami i przede mną. Nie niszczyła go jednak ambicja, bo nie myślał o tym, żeby dobrze wypaść, ale po prostu skupiał się na nowych zwrotach. Między podaniem nowego zwrotu przeze mnie, a jego opanowaniem przez ucznia nie nastąpił z jego strony żaden proces myślenia „dodatkowego”, zbędnego. Nie zdążył pomyśleć, czy mu się uda, czy nie. Nie oceniał siebie. Po prostu robił to, czego każdy nauczyciel oczekiwałby od każdego ucznia. Oczywiście nie bez winy jest tu cały system szkolny, który polega przede wszystkim na ocenianiu i automatycznym selekcjonowaniu uczniów. W szkole nie ma miejsca na radość z „wchłonięcia” czegoś nowego. Dlaczego tak się dzieje, to jednak cały osobny temat. W każdym razie daleki jestem od potępiania w czambuł całego systemu oświatowego.

Polskie przysłowie mówi, że nie należy być „hop do przodu” bo może nas „z tyłu zabraknąć”. To kolokwialne powiedzonko bardzo dobrze jednak ilustruje ten proces jaki się odbywa przy opanowywaniu nowego materiału językowego. Wiem z własnego doświadczenia jako uczący się innych języków, że najlepsze wyniki osiągam, kiedy spokojnie poddaję się rytmowi narzuconemu przez koleżanki uczące mnie francuskiego czy niemieckiego. Każdy „wyskok” spowodowany ambicją powoduje, że popełniam błąd, potem następuje moment zdania sobie z niego sprawy, co z kolei powoduje poczucie wstydu, który nie pozwala wrócić do rytmu konwersacji i w rezultacie ta ostatnia zamienia się w katastrofę. Rytm to klucz do sukcesu. Przy odpowiednim opanowaniu rytmu można za pomocą ograniczonego słownictwa (na poziomie początkującym trudno o bogate) wyrazić bardzo dużo. Nie można tylko myśleć o tym, jak się mówi, ale skupić się raczej na treści wypowiedzi. To dlatego czasami mówię studentom, że nauka języka to nie jest myślenie, tylko mówienie. Oczywiście biorą to za żart i może i dobrze, bo przecież nie chodzi o całkowite wyłączenie mózgu, a tylko jednej z jego operacji – tej która sprawia, że jest mówiący i od razu pojawia się jeszcze ten, który mówiącego ocenia. Tego drugiego trzeba absolutnie wyłączyć. Przy nauce języka mówionego nie ma miejsca na schizofrenię!

Dlatego życzę sobie i wszystkim, którzy pragną opanować jakiś język obcy, swobodnego otwarcia się na zwroty tego języka, co w praktyce oznacza wyłączenie systemu oceniania zarówno samych zwrotów (nie wiem jak to działa, ale są wyrazy, o których od razu się wie, że się ich „nigdy” nie nauczy), jak i siebie samego jako uczącego się.

czwartek, 11 czerwca 2009

Droga ku słońcu

Na naszych oczach odchodzą nie tylko poszczególni ludzie, ale całe kultury. Dzieje się to bliżej, niż nam się wydaje. Kto w dzieciństwie jeździł do dziadków na wieś, ten wie, że tych wsi już nie ma. To znaczy są na mapie, stoją zabudowania, żyją jeszcze niektórzy starzy ludzie, ale tętniącej życiem w porze żniw czy wykopek atmosfery już nie ma i nigdy nie będzie. Na naszych oczach wsie albo wymierają, albo zamieniają się w osiedla letniskowe. Moi znajomi np. kupili sobie takie wiejskie siedlisko i spędzają tam weekendy, ale wiadomo, że jest to pewien rodzaj życia wzięty w nawias, taki nie na poważnie - po prostu jest to sposób spędzenia wolnego czasu, a nie sposób na przetrwanie. Wraz z wiejskim cyklem pracy oraz ludźmi z niej żyjącymi odchodzą ich obyczaje, przyzwyczajenia, rozrywki. Wymiera cała kultura. Czy to źle? Nie mogę tak powiedzieć, bo nikt nie może odmawiać ludziom prawa do przeniesienia się do miasta i urządzenia sobie wygodniejszego życia. Ci, którzy się ze wsi wyrwali, a po studiach czy szkole osiedlili się w mieście, do wiejskiego trybu życia już nie wrócą. Trochę szkoda, ale taka jest kolej rzeczy i trzeba się z nią pogodzić.

W Kozłowym Ługu, gdzie moi znajomi mają domek, żyje jeszcze kilku "autochtonów", ludzi używających w sposób naturalny czasu zaprzeszłego! Ale nie ma się co oszukiwać - kiedy oni umrą, ich wieś stanie się swego rodzaju parkiem tematycznym. To już się stało z Sośnią, leśną wsią nad Biebrzą.

Można się zadumać nad losem tych skupisk ludzkich, nad odchodzącą kulturą, ale nic z tym zrobić nie można. Jedyne, co pozostaje w naszej mocy, to udokumentować ten proces. Zrobiła to Agnieszka Czarkowska, dziennikarka Radia Białystok.




Można też popełnić kilka rymów, bo rymy, i to właśnie takie, bardziej tu pasują od wiersza białego...

Nie budujcie nam tutaj asfaltowej drogi

Kto chce, to do nas dotrze, my tu zostajemy,

Na łąkę nas zaniosą jeszcze własne nogi,

Dalej nas już nie ciągnie, wyjeżdżać nie chcemy.


Nie budujcie nam tutaj asfaltowej szosy

Piaszczystego gościńca wystarczy nam przecie

By przynieść promień słońca, wilgoć rannej rosy,

Niebo, które jest dla nas najczystsze na świecie


Nie budujcie nam tutaj drogi asfaltowej,

Bo nas konik dociągnie bez niej do miasteczka,

I nie potrzebujemy tutaj szosy nowej,

Żeby dotrzeć do lasu wystarczy ścieżeczka


I wesoło bywało u nas swego czasu,

Chociaż plon z naszej gleby zazwyczaj ubogi,

Pośród własnego pola i łąki i lasu…

Nie budujcie nam tutaj asfaltowej drogi.


Ci z miasta chcą zbudować nam tu drogę nową,

Na lepsze odmienić nasze stare losy,

Lecz po co nowa droga tym tu sześciu wdowom?

Nie budujcie nam tutaj asfaltowej szosy.


Jeszcze nas tu znajdują dzieci na wakacje,

Wnuki się bawią pośród łąki kolorowej.

Nie ważne kto się myli, ani kto ma rację.

Nie budujcie nam tutaj drogi asfaltowej.


Nie chcemy by wylewać asfalt na gościniec,

Nie chcemy, bo nam szosy takiej nie potrzeba.

Czas człowieka jest krótki i szybko przeminie

Na co komu asfalt na drodze do nieba?


środa, 10 czerwca 2009

"Wtedy byliśmy bezinteresowni..." czyli o pewnym wywiadzie prasowym

Pewien znajomy z małego miasteczka w roku 1989 był bardzo zaangażowanym w działalność opozycyjną studentem. Oprócz dystrybucji bibuły zajmował się również pisaniem do opozycyjnej – wówczas już nie podziemnej, prasy. Po zmianach ustrojowych mój znajomy poszedł zrobić wywiad z pierwszym niekomunistycznym burmistrzem swojego miasteczka. Ten go nie znał, ale skoro zorientował się, że ma do czynienia z chłopakiem zaangażowanym politycznie, zaproponował mu udział we władzy! Chciał go zrobić szefem miejskiej instytucji odpowiedzialnej za rekreację i kulturę fizyczną. Mój znajomy nie bardzo się widział w tej roli, ale burmistrz stwierdził, że na pewno sobie poradzi, a przecież skoro nastały zmiany to i oni, opozycjoniści, muszą „załatwić coś dla siebie”. Te słowa tak zbulwersowały młodego ideowca, że w ogóle zarzucił wszelką działalność polityczną. Chyba nawet wyszło mu to na dobre, ponieważ założył własny biznes, w którym nie potrzebował żadnych znajomości, a dzisiaj ten biznes przynosi mu naprawdę niezły dochód.

Historia banalna, rzec można, bo przecież wiadomo, że ludzkość tak już jest skonstruowana, że zwyciężają cwaniaczki bez skrupułów. Można powiedzieć, że nie ma co się przyłączać do głosów frustratów, którzy mają pretensje o to, że komuś się udało, a im nie. Chodzi jednak o koszmarną hipokryzję, o której niby wszyscy wiemy, ale też po cichu na nią przyzwalamy. Otóż ówczesny burmistrz jest teraz działaczem partii pozostającej u władzy. To też nic wielkiego. To, co wstrząsnęło moim znajomym to wywiad byłego burmistrza udzielony lokalnej dziennikarce. Polityk z rozrzewnieniem wspomina czasy sprzed 20 lat, po czym wyraża rozczarowanie dzisiejszą rzeczywistością polityczną, kiedy byli ideowcy, którzy wówczas działali BEZINTERESOWNIE, teraz patrzą tylko własnych korzyści.

Znajomy zaczął się zastanawiać, czy nie pójść do tej dziennikarki i nie opowiedzieć swojej historii z początku demokracji w Polsce związanej z obecnym działaczem partii rządzącej. Doszedł jednak do wniosku, że to nie miałoby sensu, no bo właśnie wyszedłby na jakiegoś frustrata, który krytykuje tych, którym się w polityce powiodło i odreagowuje fakt, że on takich sukcesów na tym polu nie odniósł. W dodatku nie ma żadnych nagrań ani innych materiałów obciążających byłego prezydenta, a tylko własne wspomnienie.

Były burmistrz, a obecny lokalny polityk rządzącej partii reprezentuje to, czego właśnie w politykach nie mogę znieść – obłudę posuniętą do granic przyzwoitości. Mój znajomy nie czuje się „oszukany”, jak wielu ówczesnych działaczy opozycji, którym nie udało się zająć intratnych stanowisk, ponieważ ich bardziej „obrotni” koledzy już je pozajmowali. Nie czuje się oszukany, ponieważ jemu intratne stanowisko proponowano, a on sam odmówił. Co pozostaje z całej historii? Niesmak, rozczarowanie do polityki jako takiej, oburzenie? Myślę, że wszystko naraz. To, że polityka jest brudna, jest wyświechtanym komunałem, niemniej, czytanie „okrągłych” wypowiedzi na temat bezinteresowności z ust człowieka, którego prawdziwym hasłem powinno być WŁASNY INTERES PRZEDE WSZYSTKIM, bardzo boleśnie o tym fakcie przypomina.

wtorek, 9 czerwca 2009

"KIerownik Grad" czyli o sztuce (również aktorskiej)

Wczoraj TVP Kultura pokazała Benka kwiaciarza, film z 1972 roku w reżyserii Jerzego Sztwiertni. Jest to ekranizacja sześciu opowiadań Marka Nowakowskiego z tomu Mizerykordia. Film ten widziałem kilkakrotnie, natomiast wczoraj trafiłem na niego zupełnie przypadkiem po powrocie z pracy. Przypadek (czy istnieją przypadki to inne zagadnienie) chciał, że akurat trafiłem na nowelę "Kierownik Grad" - moją ulubioną. Uwielbiam ją nie tylko za genialne kreacje aktorskie Zdzisława Maklakiewicza (kierownik Grad), czy Ferdynanda Matysika (intelektualista Snitko), ale za samą koncepcję przeciwstawienia sobie bezsilnego intelektu w starciu z brutalnym poczuciem władzy ze strony kompletnego nieuka.

Była to satyra na stosunki panujące w PRLu, ale czy pod tym względem coś się zmieniło? Nie wiem zresztą, czy jakakolwiek zmiana jest możliwa, skoro ludzka natura jest tak skonstruowana, że osobowości silne, a często brutalne, choć niekoniecznie mądre, są tymi, którym inni automatycznie się podporządkowują, natomiast intelektualiści bujają w obłokach erudycji, która wcale im nie pomaga w osiągnięciu statusu społecznego. Dziś komunistycznego kierownika zastąpił właściciel firmy, który zrobił pierwsze pieniądze na handlu ulicznym, a teraz ma "do roboty" różnych "inteligentów" po studiach, którym też może kazać "kopnąć się" po wódkę.Taki już chyba jest porządek tego świata, ale nie należy się zniechęcać.

Chętnych do rozmowy o poezji, czy sztuce, trudno było znaleźć w PRL, i tak samo trudno jest dzisiaj. Dzisiejsi twórcy filmów satyrycznych próbują ukazać groteskowość nowobogackich nieuków, ale wychodzi im karykatura tak przerysowana (np. Janusz Rewiński w Tygrysach Europy), że w rezultacie nie jest ani wiarygodna, ani śmieszna. W PRLu umiano robić filmy, a aktorzy umieli grać! Jan Nowicki jest już emerytem, ale np. drugi czołowy krytyk(ant) obecnego stanu w polskiej sztuce aktorskiej Krzysztof Majchrzak, zamiast tylko narzekać, powinien coś robić w celu ocalenia tego szlachetnego rzemiosła.

Z braku współczesnej satyry na wysokim poziomie polecam fragment Kierownika Grada.



"Widzisz?" :D To, wg mnie, jest powalające!!!

To jest dopiero perełka. Jeśli ktoś nie rozumie co Jan Nowicki ma na myśli, krytykując młode osoby grające w telenowelach mówiąc, że np. Gajos potrafi mimiką zrobić w kilka sekund więcej, niż oni się nauczą przez całe życie, to polecam przyjrzenie się twarzy Maklakiewicza w tej chwili triumfu nad intelektualistą. Nie ma tu cienia przerysowania, ale występuje wszystko, co na jego twarzy wystąpić powinno. Po prostu doskonała gra aktorska.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

On John Lennon's 'Imagine'

John Lennon's Imagine is recognized the third song of all times by The Rolling Stone. It's also considered antireligious, anticapitalist and antinationalist. Young people have liked it since it was created, because it has a nice (some claim beautiful) melody and noble yet rebellious message. When I was a teenager I didn't pay much attention to the lyrics and when some Catholics criticised Lennon's hit as Satanistic, I shrugged my shoulders. Now the song is part of the English textbook New English File. As a teacher and a person who used to like John Lennon I decided to 'analyze' the lyrics with no sentimental rubbish. I still love the tune, so I'll focus on the message.


Imagine there's no Heaven
It's easy if you try

OK, no sweat. One can imagine the worls without the trandenscental dimension. The question is why should I... but OK.

No hell below us

What an absolutely great idea! However, what to do with the hell in us?

Above us only sky
Imagine all the people
Living for today

We can definitely imagine people living for today. We usually call this lifestyle 'from hand to mouth' and do not respect such people.

Imagine there's no countries
It isn't hard to do

The world without countries is quite imaginable. There used to be such a period in the history of humankind. On the other hand it is much harder to imagine the world without tribes. People will always gather around some individuals who convince them they are worth being gathered around. If such an organization has a territory or not, doesn't matter.

Nothing to kill or die for

Very nice indeed, people normally never want to die, although they like to succumb to their own aggression. Although they don't kill as often as they would like to, it is absolutely unimaginable that human beings would ever stop finding pretexts to release their negative engergies. Moreover, in extreme situations, like famine, people are ready to kill for a slice of bread...

And no religion too

OK again. It is possible to live without religion although in the cases of most people an ideal sense of emptiness is inconceivable. If they overthrow their gods, they usually create others, usually worse (Hitler, Stalin). Hardly anyone can imagine the whole world full of Socrateses.

Imagine all the people
Living life in peace

Yes, I can imagine peace in an international dimension. Regular people, if they don't have enemies feel lost in the chaos of the world! What's more, an ideal peace is like enthropy, a perfect stillness, an ideal death!

You may say that I'm a dreamer
But I'm not the only one

OK, John, you were!

I hope someday you'll join us
And the world will be as one

Well, no, thank you. And I don't want the world to bo a perfect unity. What would it be like? Like Mao's China? People wearing identical uniforms, and eatig a bowl of rice every day? No! It's definitely not for me.

Imagine no possessions
I wonder if you can

Yes, I can but I don't like it! I want to have and use my things.

No need for greed or hunger

Ha ha ha! No greed or hunger? Maybe, but we can't forget about the need for multiplying our genes, so what about access to representatives of the opposite sex? Should they always reciprocate somebody else's desire? What if not? What about, for example, alpha males? Wouldn't they try to have sexual intercourses with the highest possible number of partners? Who will have sexual partners? The one who has resources such as food! Greed and hunger will never disappear.

A brotherhood of man
Imagine all the people
Sharing all the world

A brotherhood or solidarity? Well, for a week or a month yes... but no longer. Nobody would be able to stand it. It's against our nature!

When I was a teenager and didn't speak English, I didn't even bother to understand John Lennon's lyrics. I lived under the communist regime and whatever came from 'the free world' was unconditionally accepted. The fact is that what Lennon wanted was very close to the utopia the communists tried to instill in us. Even today there are people who claim that the principles of the real socialism were good but the people who tried to implement them screwed everything up. The people of course screwed it up because they were just fallible human beings and, in contrast to what they preached, they didn't want to share what they had with anybody else! Another question is whether the imaginery ideal world proposed by John Lennon is really worth pursuing. Listening to Imagine today, I can't resist the comparison of Lennon's humans with a school of seals or a horde of chimpanzees, but even these animals suffer from mutual aggression. Another association that occurs to me is Shakespear's line in As You Like It describing the last stage of human life in Jacques's soliloquy:

... second childishness and mere oblivion,
Sans teeth, sans eyes, sans taste, sans everything

In this state of human body are John's proposals quite imaginable...

niedziela, 7 czerwca 2009

Zdrowy relaks

Jeśli ktoś się przejmował wynikami wyborów do Parlamentu Europejskiego, proponuję teraz chwilę relaksu przy całkiem nieeuropejskich ćwiczeniach. Są proste, nie wymagają jakiejś nadzwyczajnej sprawności, a prawidłowo wykonane dają dużo satisfakcji - zapewniają dobre samopoczucie, zaś jeśli się ktoś postara, może poczuć krążącą w nim/niej energię qi. Nie chcę tłumaczyć, co to jest, bo kto przez jakiś czas poćwiczy, ten sam zrozumie, jak to działa. Od mistrzów napierających krtanią na włócznię dzieli mnie przepaść, ale po Ośmiu Kawałkach Brokatu (Ba Duan Jin) zawsze czuję się lepiej. Polecam!



sobota, 6 czerwca 2009

Młodzieży chowanie (5), rozwój nauki i inne takie tam...

Od wielu lat (tzn. zaczęło się jeszcze w latach komuny) dyskutujemy na temat systemu oświatowego, włączając w to szkolnictwo wyższe. Pamiętam nasze rozmowy podczas studiów historycznych, kiedy to gloryfikowaliśmy system zachodni, a raczej amerykański, o którym niewiele tak naprawdę wiedzieliśmy, ale wiedzieliśmy na pewno, że studiuje się tam lżej, a efekty są sto razy lepsze niż po naszych uczelniach. Dzisiaj śmieję się sam z siebie, a i pewnie moi koledzy z tamtych lat również podchodzą do naszych ówczesnych rozmów z humorystycznym sentymentem. W latach 80. po prostu wszystko na Zachodzie było lepsze i koniec!

Tymczasem w latach 90. jak grzyby po deszczu wyrosły prywatne uczelnie, gdzie jak się zapłaci faktycznie studiuje się lżej, natomiast efekty są niekoniecznie lepsze niż na komunistycznym uniwersytecie. Najlepsza kadra profesorska i najwyższej klasy sprzęt komputerowo-audiowizualny, ani najlepiej wyposażona biblioteka nie załatwią jednej podstawowej sprawy - nie zrobią z lenia entuzjasty zdobywania wiedzy. (Pomijając już to, że wcale niekoniecznie mamy do czynienia z najlepszymi profesorami, najwyższej klasy sprzętem, czy też z choćby przyzwoicie wyposażoną biblioteką). To są wszystko problemy, które obserwujemy dzisiaj, nad którymi nieśmiało zaczęto dyskutować (i znowu trafiłem na audycję radiową w jej środku, więc nie zapamiętałem profesora, który o tym mówił), ale na razie nie widzę rozsądnego rozwiązania problemu poziomu wiedzy.

Przez moment skoncentrujmy się na tym, co nas irytowało za komuny w samym systemie wymagań. Otóż pamiętam, że na pierwszym roku historii tłumaczono nam, że historyk to nie jest jakiś tam zawodnik teleturnieju "Wielka Gra", który się musi na zawołanie popisywać bardzo szczegółową wiedzą, bo tę to sobie zawsze może znaleźć w odpowiednich książkach (z jakim to dowcipem Wam się to kojarzy?). Chodzi bowiem o ogólną orientację w czasie i przestrzeni oraz przede wszystkim o myślenie! Oczywiście wykładowcy mieli na myśli myślenie historyczne. Nasłuchaliśmy się więc o związkach przyczynowo-skutkowych itd.itp. i po kilku miesiącach poczuliśmy się wielkimi historykami. Egzaminy okazały się dla wielu z nas kubłem zimnej wody na głowę.

Ponieważ wszystkie egzaminy na historii były ustne, większość z nich polegała po pierwsze na odpytaniu ze szczegółów (np. w ilu trumnach leżał Tutenchamon, kiedy go znaleziono), natomiast osobiście egzaminów polegających na inteligentej rozmowie na temat problemu historycznego, czyli "na myślenie", doświadczyłem może dwóch, a może i tyle nie.

Na studiach historycznych również boleśnie odczułem, na czym polega życie świata naukowego. W swojej naiwności wierzyłem, że chodzi o wiedzę merytoryczną oraz praktyczne umiejętności jej wykorzystania. Otóż nic bardziej błędnego. Na egzaminie z dydaktyki historii, który jak mi się wydawało przebiegał bardzo dla mnie korzystnie, ostatnie pytanie doprowadziło do obniżenia stopnia do czwórki. Egzaminatorka poprosiła mnie o wymienienie czołowych polskich dydaktyków historii. Nie tylko ich nie znałem, ale wówczas po prostu nawet do głowy by mi nie przyszło, że należy się o nich uczyć!

Tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Otóż świat nauki (nie tylko polskiej, jak się okazuje) to przede wszystkim świat prestiżu i nazwisk. Nie tyle jest ważne, czy Gilgamesz istniał naprawdę i czy Ut-Napisztim to pierwowzór biblijnego Noego, ale kto to napisał, kto zaproponował taką a taką koncepcję. Oczywiście dzisiaj moje podejście do tego zagadnienia nie jest już tak buntownicze, ponieważ doskonale zdaję sobie sprawę z tego, aby nie wyważać otwartych drzwi, należy znać dotychczasowy dorobek w danej dziedzinie, więc jest istotne kto co powiedział/napisał/opublikował. Wszystko rozbija się jednak o proporcje. Śmiem twierdzić, że w większości przypadków są one zachwiane na rzecz prestiżu współczesnego naukowca. Na szczęście w nauce historii jest tak, że jeśli ktoś chce zaproponować jakąś nową hipotezę to i tak musi ją oprzeć na bezpośrednich źródłach i dopiero wyszedłszy od nich może podjąć polemikę z kolegami, którzy na ten temat się już wypowiedzieli. Słabością historii i historyków jest niemożliwość podjeścia obiektywnego. W ich przypadku koło hermeneutyczne Friedricha Schleiermachera ma bardzo wyraźne zastosowanie. W przypadku teorii literatury jest jeszcze gorzej, bo burzliwa dyskusja jest już możliwa z pominięciem meritum, czyli samej literatury. Przedstawiciele psychoanalizy, hermeneutyki, feminizmu itd. itp. mogą tworzyć setki tekstów teoretycznych i w ogóle się nie przejmować tym, że cały czas ktoś tworzy powieści i wiersze. Oczywiście żartuję - do takiego absurdu nie dochodzi, ale jest on wysoce prawdopodobny.

Muszę się tutaj przyznać, że olbrzymi wpływ na moje zainteresowanie wiedzą w ogóle odegrał włoski serial telewizyjny o Leonardzie da Vinci obejrzany w którejś z młodszych klas podstawówki, a także książka Ernsta Gombricha, Godziny wieków: historia świata dla Ciebie. (Krótka dygresja - tę książkę dostałem od ciotki, która mi ją oddała przy okazji pozbywania się z domu starych "szpargałów". Rok wydania 1938, Lwów! Tymczasem w zeszłym roku w księgarni zobaczyłem znajome nazwisko i znajome ilustracje! Serce zabiło mi mocniej, bo to była ta sama książka, tylko w dużo mniejszym formacie i pod tytułem Krótka historia świata dla młodszych i starszych. Nikt nie wspomina o przedwojennym wydaniu. Może nawet niewielu ludzi o nim wie.)

("treść" arkusza zapisywanego przez mnicha to radosna twórczość dziewięciolatka, czyli moja ;) )





W książce Gombricha od razu odszukałem fragmenty o Leonardzie da Vinci i zafascynowała mnie idea nie opierania się na autorytetach, ale samodzielnym dochodzeniu do wiedzy, jako jedynie wartościowej metodzie. Oczywiście przy dzisiejszym zaawansowaniu wielu dziedzin jest to zupełnie niemożliwe. Żeby móc je rozwijać, dobrze jest jednak skorzystać z dorobku poprzedników.

W humanistyce problem jest jednak poważniejszy, ponieważ teksty powstają jak grzyby po deszczu. Fizycznie nie jest możliwe opanowanie ich wszystkich, natomiast z źródłem pojętym jako coś pierwotnego, a najlepiej empirycznego jest tragicznie! Źródła oczywiście są (choć nie zawsze), ale są to po prostu znowu teksty. Z zaklętego koła intertekstualności nie ma ucieczki. A jak już się studiuje historię idei, to w ogóle obcuje się tylko z tekstami. Oczywiście teksty pierwotne powstały pod wpływem rzeczywistości empirycznej, a niektóre z nich same wywołały skutki jak najbardziej empiryczne (Marks chyba w najśmielszych marzeniach nie przewidywał zbrodni stalinizmu, ale to jego teksty były ich przyczyną). Humaniści prawdopodobnie najchętniej żyliby w świecie ksiąg i tekstów, natomiast żywi ludzie interesują ich o tyle, o ile są tekstów autorami (ci są w ich hierarchii na szczycie), albo bohaterami. To dlatego tak często zaskakują nas swoimi wywodami pełnymi nazwisk autorytetów (to nic, że często te autorytety pozostają w sprzeczności ze sobą nawzajem) i cytatów, które bywają w swojej treści żenująco naiwne (wywody, nie cytaty ;) ).

Cytowany niedawno przeze mnie Walerian Kalinka, który dokonał gigantycznej pracy źródłoznawczej, na całe strony rozciąga swoje prywatne przemyślenia na temat potrzeby wojen dla zdrowia narodu, albo o zgubnym wpływie kobiet na politykę. Współcześni erudyci bez zająknięcia wymieniają V.S. Naipaula i Salmana Rushdiego jako literackich przedstawicieli byłych ludów uciśnionych przez mocarstwa kolonialne, bo tak napisały w dziesiątkach artykułów i książek "autorytety". Bez żadnej refleksji "łykają" wszystko, co przeczytają, a potem to przepisują i "tworzą naukę". Nie interesuje ich to, ze Hindusi czy muzułmanie wcale tych pisarzy za swoich przedstawicieli nie uważają, ponieważ poprzez swoją krytykę i skłonność do pouczania swoich byłych współplemieńców, dawno wywołali ich niechęć.

Uniwersytecki system punktacji stosowany wobec pracowników naukowych ma pewien pozytywny cel - zmusić tych bardziej leniwych do działania na niwie naukowej, ale dochodzi do paranoi, kiedy ludzie piszą byle pisać, nawet jeśli nic nowego nie mają do powiedzenia. Jednym z kryteriów oceny wartości naukowca jest liczba cytatów w pracach innych naukowców. Co to jednak oznacza? Że w danym okresie jest moda na tego człowieka, i wcale niekoniecznie jego koncepcja jest najwłaściwsza. Co więcej, może się okazać, że wszyscy ochoczo powtarzają jakąś bzdurę, a powiedzonko, że kłamstwo wielokrotnie powtórzone staje się prawdą, w naukach humanistycznych wcale nie ma wydźwięku ironicznego. Utrwalenie jakiejś myśli w tekście, a właściwie w wielu tekstach, ukonstytuowuje ją jako obowiązujący stan wiedzy. Ma charakter performatywny, bo samo w sobie jest aktem, który nie ma odniesienia w świecie empirycznym i mieć nie musi!

Konkludując, młody człowiek, który chciałby rozwijać swoją pasję naukową w zaciszu bibliotek i archiwów, nie ma lekkiego życia. Oczywiście podstawowa przeszkoda zawiera się w pytaniu "Kto będzie za to płacił?" Potem dochodzą konkretne problemy międzyludzkie znane z innych "zakładów pracy". Grupa ludzi miernych ale wzajemnie się wspierających to potęga, wobec której jakaś tam wiedza merytoryczna to rzecz marginalna.


piątek, 5 czerwca 2009

Wybory do Parlamentu Europejskiego

Jakkolwiek mało interesujący może się wydawać świat polityki, nie będę ukrywał, że lubię go obserwować. Sam zupełnie się do niego nie nadaję, ponieważ nie umiałbym obrać sobie jednego wodza i całkowicie oddać się na jego usługi, ale popatrzeć lubię i czasami jakąś ogólną obserwację wyciagnąć. Dlaczego o tym piszę? Otóż zbliżają się wybory do Parlamentu Europejskiego i po długich wahaniach postanowiłem na nie jednak pójść.

Unia Europejska, taka jaka teraz jest, zupełnie mnie zadowala. Nie jestem na pewno wrogiem tej paneuropejskiej umowy, ale wcale się nie kwapię do pogłębiania integracji w duchu tworzenia superpaństwa. Unia Europejska powinna pilnować, żebyśmy tu w Europie nie wszczęli jakiegoś kolejnego konflktu. Powinna zapewniać swobodny przepływ towarów i usług, a przede wszystkim robić to, co do tej pory, czyli pomagać krajom biedniejszym wejść na wyższy etap cywilizacji. I na tym koniec. Wcale nie chcę, żeby o naszym życiu w Polsce decydowali Francuzi na spółkę np. z Włochami i Niemcami. Samorządność i decentralizacja to są nadal te liberalne zasady, którym jestem wierny. Regulacje typu kąt zakrzywienia ogórka czy banana, to groteskowy horror, albo potworna groteska. Mam nadzieję, że to już mamy za sobą. Traktat lizboński to dokument zbyt długi, żeby się przeciętny obywatel chciał w niego wczytać i zrozumieć, a tam gdzie tak się dzieje (tzn. przeciętnego obywatela się olewa), tam już nie ma mowy o demokracji. Nie o tym jednak chciałem dzisiaj pisać.

Słucham sobie audycji wyborczych w radio i nadziwić się nie mogę, jak politycy z tak odmiennych opcji mogą wygadywać takie bzdury, żeby pozyskać głosy wyborców. Każda partia mówi, że będzie działać dla Polski. W Europarlamencie mamy 50 posłów. Europarlament to nie jest miejsce, gdzie przedstawiciele konkretnych narodów przegłosowują swoje interesy, bo to nie miałoby sensu. Ta pięćdziesiątka naszych posłów zostanie rozparcelowana między wielkie europejskie koalicje, w których przewagę prawdopodobnie będą mieli przedstawiciele największych krajów europejskich. Gdzie będzie wtedy głos Polaków działających dla Polski?

Broń Boże nie zarzucam PE braku zainteresowania Polską, bo niby dlaczego poseł z Portugalii miałby się nami interesować, ale zastanawiam się nad realnymi możliwościami załatwienia spraw Polski w PE.

Błąd tkwi w tym, że nikt nie prowadzi akcji edukacyjnej na temat tego, czym jest Parlament Europejski, jakie są jego kompetencje, jaka jest jego rola w kształtowaniu polityk regionalnych, w przyznawaniu dotacji itd. Nic praktycznie nie wiemy o wielkich partiach-koalicjach europejskich. Niedawno do mnie dotarło, że PO i PSL są w chadeckiej koalicji razem z CDU/CSU. Znowu nie jest to zarzut, a tylko obserwacja przeciętnego obywatela, któremu nikt niczego nie tłumaczy, tylko wciska ideologiczne androny.

Zrobiłem sobie test na stronie latarnikwyborczy.pl. Ku mojemu zaskoczeniu wyszło na to, że najbliższą mi partią byłaby Prawica Rzeczypospolitej Marka Jurka! Nie! Na pewno na nich nie zagłosuję. Jeżeli chcemy faktycznie coś ugrać w PE, to musimy tam posłać pragmatyków, a nie tych, którzy się okopią na szańcach Św.Trójcy z Nieboskiej komedii, i raczej zginą, niż z kimkolwiek wejdą w układy. Prawdopodobnie zginą i na tym się ich kariera skończy, a tymczasem trzeba będzie podejmować konkretne decyzje dla całej Europy.

Nawoływanie do przejmowania się sprawami całego kontynentu może świadczyć o szerokości horyzontów i wielkoduszności. Osobiście poznałem kilku Niemców, którzy twierdzili, że najpierw czują się Europejczykami a dopiero potem Niemcami. Wyczuwam w tym albo jakąś obłudę, a jeśli nie obłudę to skrajną naiwność. Dlatego tym razem postawiłbym na pragmatyzm. Tymczasem w Polsce każdy się sadzi na wielkie idee!

Wybory już w niedzielę. Frekwencja zapowiada się niska. Ja zagłosuję na człowieka, którego w miarę znam - związanego z regionem w którym mieszkam, historyka posiadającego doświadczenie polityczne. Dość słabe kryterium, jakie można brać przy politycznych wyborach, ale chyba lepsze niż np. takie, że to "przystojny mężczyzna" (opinie o M.Krzaklewskim z czasów AWS), czy że "on taki ładny" (opinia o A.Kwaśniewskim z czasów jego pierwszej kampanii prezydenckiej). Mechanizmy demokracji to olbrzymi temat, któremu w swoim czasie zamierzam poświęcić kilka wpisów.