środa, 28 września 2011

Wyznania ekonomicznego ignoranta, czyli moje paranoje

Miałem napisać o czymś zupełnie innym, ale zaintrygowała mnie pogłoska jakoby Irlandczycy drukowali swojego starego funta na wypadek, gdyby euro miało upaść. Władze dementują na potęgę, ale wiadomo, ludzie jak o czymś usłyszą od „dobrze poinformowanego” sąsiada, to potem nie bardzo chcą wierzyć rządowi, bo rządy jak to rządy, „zawsze coś kręcą”.

Zostawmy spekulacje na temat irlandzkiego punta (gaelicka wersja angielskiego „pound”), i przejdźmy do zagadnienia bardziej ogólnego, jeśli nie abstrakcyjnego. Ponieważ jestem ekonomicznym ignorantem, nie wiem tak naprawdę skąd się bierze podaż pieniądza. Kiedyś było wiadomo, że pieniądzem był konkretny kruszec lub przynajmniej pokrycie w nim. Obecnie pieniądz wydaje się jakąś bardzo użyteczną metaforą, którą wszyscy się posługujemy na zasadzie umowy społecznej (kto się z kim umawiał to już inna kwestia). Dlaczego pewne kraje, np. Polska, przez ostatnie 20 lat prowadzi surową politykę antyinflacyjną, a takie Stany Zjednoczone, których obywatele szefują największym międzynarodowym instytucjom finansowym zalecającym małym krajom zaciskanie pasa, dodrukowują pieniądze i brną w dług publiczny niewiele się przejmując konsekwencjami? Osobiście mam taką teorię spiskową na miarę ekonomicznego ignoranta, że Stany Zjednoczone to kraj, który nadal ustala reguły gry (tzn. paru facetów w USA się umawia, jak ma działać gospodarka), a reszta może tylko do takiej gry przystąpić. Oczywiście zgrywam się nieco, bo już w samej Ameryce ekonomiści biją na alarm i tym razem chyba nie na żarty.

Powiadają, że obecnie Chiny kontrolują całą gospodarkę światową, ponieważ podczas gdy liberalne gospodarki zachodnie bawią się z zabawę metaforami, czyli różnymi spekulacjami i bańkami, a więc przelewaniem z pustego w próżne, ten komunistyczny reżim pozwolił na kontrolowany kapitalizm, który okazuje się systemem bardzo skutecznym. Patrząc z innej strony można oczywiście dostrzec i taki fakt, że jest to kraj legalnego niewolnictwa, bo tania siła robocza to największy jego atut. Na niej zbudowano potęgę finansową, a dzięki niej rozwija się nauka, technika i przemysł. Oczywiście pytanie, które mnie nurtuje od dość długiego czasu, a właściwie od końca komuny w Polsce, polega na tym, czy najważniejsze jest zbudowanie potęgi gospodarczej kraju jako całości, czy skupienie się na szczęściu obywateli. Ja oczywiście wiem, bo słuchałem profesora Balcerowicza i innych ekspertów przez 20 lat, że najpierw musi być silna gospodarka, a dopiero potem można dobrobyt dzielić między obywateli, ale czym dłużej żyję, tym mniej do mnie ten argument przemawia. Nic bowiem nie wskazuje na to, żeby polska gospodarka miała się stać potęgą, a z kolei przykład Chin pokazuje, że nawet jak już się tą potęgą jest, niekoniecznie ma to przełożenie na szczęście obywateli. Ha! Często wręcz przeciwnie! Żaden Europejczyk z pewnością nie pojechałby do Chin do roboty, natomiast kapitał chętnie tam wędruje, bo ma tam darmową i nie zbuntowaną siłę roboczą.

Ale pal licho Chiny. Przynajmniej na razie, bo podejrzewam, że to mimo wszystko do tego kraju będzie należało ostatnie słowo w kwestii ratowania gospodarki światowej.

To, co mi chodzi po głowie, to abstrakcyjna sytuacja, w której wszystko gruchnęło. Mam na myśli system powiązań finansowych, czyli ta wielka umowa, w której tak naprawdę umówiło się kilku bogatych facetów na Wall Street, w londyńskim City czy w Brukseli. Południe Europy bankrutuje, euro znika, Unia się rozpada (choć to akurat nie jest najistotniejsze). Kryzys na zasadzie naczyń połączonych pociąga za sobą inne kraje, w tym Polskę. Ponieważ nie ma już co liczyć na żadne dotacje z Unii, bo Niemcy mówią, że mają dość własnych kłopotów, trzeba sobie jakoś radzić.

Pytanie teraz brzmi: czy ludzie będą mieli inne potrzeby niż teraz? Oczywiście z wielu luksusów będą musieli zrezygnować, ale przecież nadal będą musieli jeść, gdzieś mieszkać i w coś się odziewać. Problem będzie polegał na tym, że większości będzie brakowało na to środków, a Ci, którzy będą w posiadaniu potrzebnych dóbr za cholerę nie zechcą zejść z ceny. Coś takiego się dzieje np. z nieruchomościami w Łodzi – niby ktoś chce wynająć komuś lokal, a jak ten ktoś się zgłasza, to wychodzi na to, że chyba jednak tej woli wynajęcia nie ma. Oczywiście znamy z XIX wieku, ale i z całkiem niedawnej historii (np. w Nowym Jorku) przypadki podpaleń własnych nieruchomości w celu wyłudzenia kasy z ubezpieczenia i oczyszczenia placu pod nową inwestycję.

Przyjmijmy jednak, że jakiś wizjoner proponuje ogólną seisachteję (strząśnięcie długów) i wprowadzenie nowej waluty. Oczywiście seisachtea jest niemoralna zwłaszcza wobec tych, którzy zawsze uczciwie spłacali długi, bo jest niejako nagrodą dla tych, którzy się od tego obowiązku uchylali, ale powiedzmy, że podmioty systemu są tak wzajemnie poblokowane, że praktycznie następuje paraliż gospodarki i bez takiego „oczyszczenia” nie da się nic zrobić.
Znamy przykład Niemiec, które po wojnie zaczynały wszystko od nowa. Powiedzmy, że cały świat zaczyna swoją przygodę z gospodarką od podstaw. Trzeba pamiętać, że to, co by upadło, to system umowy oparty na metaforze. To co natomiast by pozostało to ziemia, jej plony, budynki, park maszynowy itd., oraz ludzie.

Po upadku komuny wydawało mi się, że teraz wymiana handlowa będzie wyglądać bardziej naturalnie, czyli, że np. jak chcesz dobrego mleka, to sobie go kupisz od rolnika, albo przynajmniej w sklepie, do którego ten rolnik będzie to mleko dostarczał. Nie jestem przeciwnikiem wielkich zakładów mleczarskich, ale chciałbym, żeby konsument miał i taką możliwość, żeby miał wybór. W świecie, który sobie teraz wyobrażam na potrzeby niniejszego wywodu, powiedzmy, że wielkie mleczarnie upadły i faktycznie człowiek z miasta musi ruszyć na wieś w poszukiwaniu mleka. Oczywiście musi dać rolnikowi coś w zamian. I tutaj zaczyna się problem.

Kraje o słabym potencjale w postaci infrastruktury i zakładów przemysłowych, będą musiały się cofnąć w rozwoju cywilizacyjnym do epoki sprzed dwustu lat, natomiast kraje z rozwiniętym przemysłem, po kilku latach wrócą do dawnego poziomu życia. Oczywiście z inną walutą, innym (może prostszym) systemem funkcjonowania wymiany handlowej itd.
Myślę, że rozwinięte kraje przemysłowe mogłyby z takiego wstrząsu spowodowanego krachem dotychczasowej umowy wyjść na swoje nie tylko bez szwanku, ale wręcz wzmocnione. Jak na tym wyszłyby natomiast takie kraje, jak Grecja czy Polska? Grecja, o której już w latach 80. moi koledzy, którzy wyjeżdżali tam do pracy, mówili, że nie produkuje niczego własnego (oprócz sera feta i koniaku Metaxa), musiałaby znowu ściągnąć turystów, ale po wielkim krachu światowego systemu finansowego mało komu byłyby w głowie wakacje. Polska, która zniszczyła swój przemysł włókienniczy, czy pozamykała kopalnie, musiałaby… no nie wiem, co musiałaby zrobić Polska. Jesteśmy bowiem krajem, gdzie zamiast realistów i pragmatyków rządzą na zmianę, a czasami równocześnie, ideologowie z cwaniaczkami.

Być może nie mam pojęcia o ekonomii, ale na chłopski rozum wydaje mi się, że nadal są ludzie, którzy chcą kupować węgiel, a ten jest w kopalniach. Oczywiście olbrzymia czapa biurokratyczna i żądania związków zawodowych czynią opłacalność kopalni wątpliwymi, ale to nie znaczy, że w takim razie trzeba kopalnię zamknąć, a górnikom dać kilkudziesięciotysięczne odprawy z obowiązkiem podpisania zobowiązanie, że się już w górnictwie pracy szukać nie będzie. To była jedna z największych głupot, jakie popełniły polskie władze. Ale znowu, pal licho przykłady z ostatniego dwudziestolecia, bo się nóż w kieszeni otwiera.

Przypomniał mi się fragment jakiegoś socrealistycznego filmu z epoki wczesnego PRLu (a może to był serial „Dom” z lat 80.?). W każdym razie rzecz polega na tym, że oto robotnicy znaleźli silnik, który pozwoli uruchomić maszyny w fabryce i będzie można ruszyć produkcję. Pomijając całą kłamliwą ideologię komunistycznych propagandzistów przebijającą przez ten film, prawda jest prosta – są maszyny, jest surowiec, więc można zacząć coś produkować. W jednym z takich socrealistycznych filmów wygwizdano inżyniera, który twierdził, że nie da się niczego zacząć bez kapitału. Z tym kapitałem facet miał dużo racji, ale w praktyce okazało się, że to jednak ci żądni pracy robotnicy mieli rację. Bo teraz wróćmy do głównego wątku, czyli do świata po totalnym krachu systemu finansowego. Nie ma banków, nie ma pieniędzy, ale są maszyny. Jest jakiś konkret. System finansowy z pewnością znowu się pojawi, ale już jako rzecz wtórna.

Kwestia natomiast polega na tym, że jeżeli nie ma maszyn, to pozostaje powrót do orki wołami drewnianą sochą i dymarki do wytapiania żelaza na sierpy i kosy.

Wszystkich tych „ekonomistów”, którzy przez 22 lata głosili tezy, że wcale nie potrzebujemy przemysłu, żeby zbudować dobrobyt, a jeśli już to nie musi to być wielki przemysł, bo wystarczą małe warsztaty i fabryczki, należałoby wzorem Mao Zedonga posłać na „resocjalizację” do kołchozu. Może tam zdaliby sobie sprawę z podstaw handlu – że żeby handlować, trzeba mieć czym. Specjaliści zaś od obrotu papierem (obecnie wręcz niczym, bo tylko informacją w systemie komputerowym), musieliby poczekać dość długo na to, żeby nowy system stał się na nowo na tyle abstrakcyjny, żeby znaleźć dla nich zajęcie.

Oczywiście jeszcze raz zastrzegam, że o ekonomii mam pojęcie nikłe i wszystkie te dywagacje są do pewnego stopnia manifestacją lęków, które być może są w ogóle nieuzasadnione. Niemniej w obliczu kryzysu, który może się okazać gorszy od tego z 1929 roku, takie lęki są dość naturalne. I wcale nie chciałbym, żeby się cokolwiek z tego, co tu napisałem, sprawdziło. Scenariusz optymistyczny mile widziany!

poniedziałek, 19 września 2011

O szkole i wychowaniu (3), czyli uczeń nie zawsze ma rację

Ktoś, kto należy do mojego pokolenia i lubił oglądać poniedziałkowy „Zwierzyniec” z niezapomnianymi pogadankami o lesie pana Sumińskiego, ten powinien pamiętać seriale animowane, które puszczano na koniec programu. Tak naprawdę, kiedy jeszcze nie chodziłem do szkoły, oglądałem „Zwierzyniec” głównie dla tych seriali. Były to więc przygody psa Huckleberry, misia Yogi, kota Jinksa prześladującego dwie sprytne myszki Pixie i Dixie oraz perypetie dwóch psów – ojca i syna, pt. Ogie Doggie. Schemat każdego odcinka polegał na tym, że Ogie-syn zaskakiwał ojca, który najbardziej lubił czytać prasę w fotelu, różnymi przygodami, jakie mu się przytrafiały, zaś Ogie-senior oczywiście im nie wierzył i wszystko próbował sobie wyjaśnić za pomocą „Psychologii dziecka”, książki po którą sięgał na półkę w każdym odcinku. „Zajrzyjmy do ‘Psychologii dziecka’”, mawiał, po czym bez trudu znajdował odpowiedni ustęp, który mówił dokładnie o przypadku, jaki przytrafiał się małemu Ogie’mu.
            Dlaczego piszę o kreskówkach z lat mojego dzieciństwa? Tylko z jednego powodu, a mianowicie tej „Psychologii dziecka”. Dziedzina wiedzy, którą wielu nazywa hucznie „nauką”, a którą wszyscy znamy pod nazwą „psychologii”, zakłada uniwersalny zestaw prawidłowości w zachowaniu i myśleniu, który można przypisać dosłownie wszystkim. Bo jeśli uniwersalne, to ogólne, a więc naukowe. Oczywiście nietrudno zauważyć, że przedstawiciele naszego gatunku do pewnego wieku zachowują się nieco inaczej niż po jego osiągnięciu, więc nie ma się co dziwić, że taki dział psychologii, jak „psychologia dziecka” w ogóle się wyodrębnił. Kim, a raczej czym było dziecko w książce Ogie’go-ojca? To było jakieś dziecko abstrakcyjne, reprezentacja wszystkich dzieci na świecie, których modele zachowania zostały dokładnie zbadane i opisane. Oczywiście książka z kreskówki to wymysł jej autorów, ale jeżeli pomyślimy o podejściu do dzieci przeciętnego dorosłego mieszkańca naszej planety, to wcale nas nie zaskoczy fakt, wielu z nas uważa dzieci za bezkształtną gromadę podobnych do siebie słodkich (jeżeli dzieci lubimy) lub nieznośnych (jeżeli nie lubimy) naiwnych małych głupoli.
            Kiedy przyjrzymy się średniowiecznym obrazom dzieci, dostrzeżemy, że malarze tamtego czasu nie zadawali sobie zbytniego trudu w studiowaniu odrębności anatomicznych dziecka od dorosłego. Dzieci były przedstawiane z proporcjami głowy w stosunku do reszty ciała takimi samymi jak u osobników dorosłych, czyli jako małych dorosłych. Malarze mieli na szczęście tyle przyzwoitości, że nie malowali im zarostu. Bardzo wcześnie dzieci zresztą za dorosłych uznawano, że wspomnimy tylko 12-letnie dziewczynki wydawane za mąż za starych dziadów. W zachowaniu Hamleta możemy dostrzec wiele cech niedojrzałości nastolatka, co da się też powiedzieć o Romeo i Julii, ale przecież od wieków mało kto się zastanawia nad wiekiem tych szekspirowskich bohaterów, przeżywając ich tragiczne losy jak losy młodych, ale jednak dorosłych.
            Czytając choćby powieści dziewiętnastowieczne, żeby nie sięgać głębiej do historii, a choćby i te dziejące się w dwudziestoleciu międzywojennym, z pewnością dostrzeżemy, że do uczniów gimnazjum nauczyciele zwracali się per „pan”. Co więcej, często oni sami między sobą używali tego tytułu. Traktowano ich jak dorosłych i oni sami tak się traktowali. Oczywiście nie oznacza to, że ich rozwój emocjonalny faktycznie był równy, ale był tak stymulowany, że młody człowiek musiał w młodym wieku odczuwać odpowiedzialność za samego siebie, a nic tak nie świadczy o dojrzałości jak właśnie poczucie odpowiedzialności.
            Dzieci biedne miały ciężkie życie, bo musiały jak najszybciej odciążyć rodziców i jak najwcześniej zacząć na siebie zarabiać. To oczywiście również nie sprzyjało beztroskiemu dzieciństwu. Wydaje się, że to dopiero mieszczańska pedagogika drugiej połowy XIX w. zaczyna dostrzegać w dziecku istotę różną od dorosłego nie tylko ilościowo ale również jakościowo. Ostatnia zaś ćwiartka XX wieku to okres coraz większego ulegania złudzeniu, że dzieci należy utrzymywać jak najdłużej w ich stanie „dziecięctwa”, a w dodatku utrzymanie szczęścia dziecka zaczęto pojmować jako pobłażanie wszelkim jego zachowaniom, co doprowadziło do absurdów w szkołach, przede wszystkim zachodnich, ale z tendencją do rozszerzania się na byłe kraje komunistyczne, polegających na oszczędzaniu młodym ludziom krytycznych uwag na jakikolwiek temat.
            Nie jestem wcale zwolennikiem spartańskich metod wychowania, w tym celowego stwarzania sztucznych i niepotrzebnych sytuacji stresowych, ale nie sądzę, żeby oszczędzanie młodym ludziom stresu za wszelką cenę przyniosło im korzyść. Jeżeli młody człowiek w angielskiej szkole państwowej jest chwalony za to, że w ogóle zrobił pracę domową, a nauczyciel nie kwapi się, żeby porozmawiać o błędach do wyeliminowania, to staje się jasne, że młody człowiek zacznie sobie wyobrażać, że tak jest właśnie w porządku, bo przecież to sam nauczyciel go pochwalił, a więc jego praca nie mogła być niewiele warta. W ten sposób utwierdza się w dziecku nie tylko brak wiedzy, ale wręcz brak wiedzy o brakującej wiedzy! A to przecież podstawa, żeby z czymkolwiek ruszyć z miejsca.
            Jeżeli dziecko jest z kolei utwierdzane przez rodzica, że wszystko robi dobrze, a nauczyciel nie podziela tej opinii, rodzi się naturalna niechęć dziecka do nauczyciela. Jeżeli do szkoły przychodzi matka mówiąc, że jej dziecko wszystko świetnie umie, a nauczyciele stawiają mu złe oceny, to niestety często (oczywiście są sytuacje wyjątkowe, kiedy mamy do czynienia ze złą wolą, albo brakiem kompetencji nauczyciela) jest tak, że dziecko, całkowicie w dobrej wierze, przedstawia rodzicowi sytuację w korzystnym dla siebie świetle. Trzeba bowiem zgodzić się z doktorem Housem, że „wszyscy kłamią”, choć nie wszyscy robią to świadomie. Dziecko i rodzic mogą zupełnie szczerze wierzyć, że się nie mylą, ale szkolna klasówka potrafi boleśnie zweryfikować ich przeświadczenie.
            Rodzice przychodzący z pretensjami do nauczyciela twierdzący, że znają swoje dziecko bardzo dobrze i wiedzą doskonale, że ono nie kłamie, mogą być święcie o tym przekonani. Jeśli chodzi o np. interpretację szkolnych bójek, dziecko, które bójkę wszczęło, może zupełnie szczerze wierzyć, że to nie była jego wina, bo przecież zawsze jakiś powód do uderzenia kolegi był, ponieważ wydaje się, że tak działa nasz umysł. Nastawia się na „kłamstwo doskonałe”, które polega na tym, że kłamca zaczyna momentalnie sam wierzyć w swoją interpretację wydarzeń. A kiedy rodzic widzi „szczerą buzię” własnego dziecka, nie może nie uwierzyć. Znowu zastrzegam, że w żadnym wypadku, nie wyciągam z tego wniosku ogólnego, a mianowicie, że wszystkie dzieci zawsze kłamią. Oczywiście, że może się zdarzyć, że dziecko mówi prawdę, a nauczyciele i złośliwi koledzy mogą być przeciwko niemu. Tak może być np. w przypadku młodego człowieka o określonej „opinii”. Dodajmy, że nawet dzieci w wieku wczesnoszkolnym potrafią być doskonałymi manipulatorami. Traktowanie ich wszystkich z upupiającym chrześcijańskim podejściem, jako „niewinne dziateczki” to kompletna pomyłka. Z drugiej strony stosowanie dziewiętnastowiecznego założenia znanego z powieści Dickensa, że „wszyscy ci chłopcy są źli” fałszuje rzeczywistość od drugiej strony. Dlatego każdą sprawę należy rozpatrywać jako osobny przypadek i wcale nie jest to robota łatwa. Policja i sądy sobie z tym nie radzą, a wszyscy wymagają tego od nauczyciela.
            W swojej pracy z młodzieżą szkolną spotkałem się, jak mi się wydaje ze wszystkimi typami uczniów, z małym zastrzeżeniem, że posługiwanie się tak szerokim terminem jak „typ” może być oczywiście zwodnicze. Nigdy bowiem nie wiemy do końca z jaką jednostką mamy do czynienia. Są dzieci dobrze ułożone i mądre. Są dzieci inteligentne i źle wychowane. Można spotkać dzieci o słabych zdolnościach, czy też o znikomej umiejętności kojarzenia, ale za to spokojne, albo kierujące się dobrą wolą i zasadami współżycia społecznego. Często stykamy się też z dziećmi niezbyt inteligentnymi i do tego o skłonnościach destrukcyjnych. Wszystkie te kategorie można, jak mi się wydaje, dość łatwo zdiagnozować i, jak uważam, w olbrzymiej większości przypadków można tych młodych ludzi zakwalifikować do ludzi dobrej woli, mimo skandalicznego nieraz zachowania. To ostatnie może wynikać z bardzo wielu przyczyn, czasami z nieświadomości wyrządzanego zła, czasami z chęci zwrócenia na siebie uwagi lub popisania się przed rówieśnikami etc. etc.
            Czasami jednak, a w moim przypadku, o ile się nie mylę 3 razy na 15 lat, trafiają się „gady”, jak to mawiał pewien mój nieco starszy kolega z mojej pierwszej pracy. Jest to osobnik, który z całą premedytacją „niszczy” nauczyciela, bo może. Są to osobniki o specyficznej inteligencji, być może socjopaci, jeśli nie psychopaci, których bawi samo wprowadzenie nauczyciela w stan zakłopotania lub wytrącenia go z równowagi. Takich ludzi naprawdę nie jest wiele, ale kiedy się już trafią, faktycznie potrafią zniszczyć nauczyciela i tak naprawdę nie ma na nich metody, ponieważ dopóki osobnik taki nie popełni czynu podpadającego pod jakiś paragraf kodeksu karnego, praktycznie nikt z nim nic nie może zrobić. Są to silne osobowości, więc w zetknięciu z nauczycielem o mniej asertywnym nastawieniu do rzeczywistości ten ostatni nie ma szans. Jeżeli natomiast wokół takiego osobnika zbierze się grupa, dochodzi do tragedii podobnych do tej w Toruniu, kiedy to grupa rozwydrzonych łobuzów włożyła nauczycielowi kubeł na śmieci na głowę. Jeżeli taki młody socjopata nie posunie się zbyt daleko i kogoś poważnie nie pobije lub nie naubliża nauczycielowi otwartym tekstem przy użyciu wulgarnych słów, jest praktycznie bezkarny. Kiedy natomiast trafi na nauczyciela, który próbuje jednak w jakiś sposób przeciwstawić się złemu zachowaniu, sam potrafi zagrozić pójściem na skargę do dyrekcji lub kuratorium. Jeżeli w dodatku taki „gad” postanowi zniszczyć jednego nauczyciela, potrafi bez problemu uśpić czujność innych, w tym pedagoga szkolnego. (Pedagodzy szkolni to cały osobny rozdział – trafiają się wśród nich oprócz tych rzetelnie wykonujących swoją pracę i lenie na „ciepłej posadce” i tchórze, a także ludzie z bogatą wiedzą książkową, ale o dziecięcej naiwności, że użyję eufemizmu).
            Praca z dziećmi da się porównać z jakąkolwiek pracą z zespołem ludzkim. Każdy nauczyciel powinien więc mieć talenty przywódcze. W odróżnieniu od dyrektora firmy, lub kierownika jakiegoś działu w firmie, co pięćdziesiąt pięć minut spotyka się z innym zespołem i musi sobie z nim radzić. Dzieci i młodzież to zbiór indywidualności o odmiennych oczekiwaniach i ambicjach. Nauczyciele muszą to brać pod uwagę, choć, mówiąc najprościej, najczęściej nie ma na to czasu. Każda klasa składająca się z wielu osobowości, razem staje się jeszcze jedną, zbiorową „osobowością”. Ta sama lekcja, świetnie przygotowana przez nauczyciela, w jednej klasie spotka się z zainteresowaniem i pozytywną aktywnością uczniów, a już poprowadzona identycznie w innej grupie zostanie oceniona jako kompletna nuda! To dlatego o tym samym nauczycielu krąży tak wiele sprzecznych opinii nawet po wielu latach.  Uczeń oceniający nauczyciela wygłasza tylko własną subiektywną opinię. Przełożony nauczyciela dając posłuch skardze jednego ucznia nie badając sprawy szczegółowo, nie tylko krzywdzi nauczyciela i zniechęca go do pozytywnego działania, ale również wprost demoralizuje zarówno tego ucznia, jak i wszystkich innych, którzy bacznie się przypatrują takiemu przykładowi. Jeszcze nie tak dawno kiedy nauczyciel nie potrafił sobie poradzić z krnąbrnym uczniem, wysyłał go do dyrektora, który często samym swoim autorytetem potrafił go zdyscyplinować. Obecnie często zdarza się, że to uczeń szantażuje nauczyciela przy każdej próbie przywołania go do porządku.
            W Wielkiej Brytanii uposażenie nauczyciela jest bez porównania wyższe niż w Polsce i to nie tylko w sumach bezwzględnych, ale i w relacji z zarobkami innych grup zawodowych. Niemniej nawet tam spotyka się szereg przypadków, że nauczyciele rezygnują z zawodu na zasadzie „bierzcie sobie te pieniądze i dajcie mi spokój z waszymi dziećmi”. Kiedy dziesięć lat temu rezygnowałem z pracy w państwowej (potem też i w prywatnej) szkole średniej, zrobiłem to, żeby przy o wiele mniejszym stresie zarabiać więcej pieniędzy. Były wtedy takie możliwości. Skargi rodziców na to, że do zawodu nauczycielskiego idą ludzie, którzy się nie nadają gdzie indziej są przezabawne, bo przecież bierze się to z tego, że do zawodu przysparzającego tyle stresu przy relatywnie niskich zarobkach, nie będzie się pchał wybitny fachowiec. Niemniej nadal w każdej szkole można znaleźć ludzi, dla których praca nauczyciela jest powołaniem. Za ich istnienie rodzice powinni być wdzięczni losowi (lub Bogu, jeśli są wierzący). Tak się często niestety nie dzieje, ponieważ rodzice już jako dorośli ludzie często sami są efektem błędów wychowawczych – przede wszystkim demoralizacji jakiej ulegli w młodym wieku, która polega na braku podstawowej umiejętności odróżniania tego, co dla ich dzieci dobre od tego co złe. Bo rodzic też nie zawsze ma rację. .

środa, 14 września 2011

O szkole i wychowaniu (2), czyli nauczyciel nie zawsze ma rację

Istnieje pewien, ale wbrew pozorom, nie aż tak wielki,  odsetek nauczycieli, którzy chcieliby być obiektami czołobitnego szacunku z samej racji wykonywania swojego zawodu. Jest to jedna z najbardziej beznadziejnych postaw, jaką można sobie wyobrazić i jest szczególnie niebezpieczna dla samego nauczyciela, który w ten sposób naraża na śmieszność nie tylko siebie, ale całą swoją profesję. Co gorsza, najczęściej takie postawy występują u tych przedstawicieli zawodu, którzy sami (szukam tutaj możliwie łagodnego eufemizmu) nie reprezentują zbyt wielkiej zdolności sądzenia. Ponieważ mało kto chce otwartych konfliktów w miejscu pracy, a ta reguła stosuje się również do pokoju nauczycielskiego, koleżanki i koledzy zarozumiałego bufona żądającego nieustannych dowodów szacunku nie są skłonni do zwracania uwagi takiej osobie. Zazwyczaj osoby takie po kolejnej kompromitacji w oczach uczniów, co zaowocowało słowną utarczką (w tym wypadku afektowaną perorą rzeczonego nauczyciela – no powiedzmy sobie otwarcie, częściej nauczycielki – na temat chamstwa dzisiejszej młodzieży), w pokoju nauczycielskim dają popis mieszaniny przechwałek jak to sobie taka osoba poradziła z uczniami z wielkim żalem na temat braku wychowania uczniów.
      Mało kto ma chęć takiej koleżance powiedzieć, że nie ma racji i że w ogóle mówi od rzeczy. Najczęściej jest wręcz przeciwnie. Przez grzeczność i współczucie wszyscy potakują i w ten sposób tworzy się ta specyficzna atmosfera pokoju nauczycielskiego, która robi wrażenie jednolitego frontu przeciwko uczniom. Jeżeli na dodatek w pokoju znajdują się nauczyciele młodzi, którzy sami dopiero uczą się wypracowywać relacje z uczniami, a w dodatku nie są zbyt pewni siebie, przyjmują słowa starszych koleżanek nie tylko za prawdę, ale za cenną lekcję postępowania z uczniami, których zaczynają traktować jak samo zło!  Pracując w ciągu swojego życia zawodowego w wielu szkołach wszystkich szczebli (oprócz gimnazjum, bo kiedy opuściłem państwową oświatę gimnazjów jeszcze nie było), mogę jednak stwierdzić, że takich nauczycieli w każdej szkole naprawdę nie jest wielu. To oni jednak swoją panikarską postawą narzucają pewien sposób rozmowy wśród grona pedagogicznego, a sposób rozmowy rzutuje w jakimś stopniu na sposób myślenia.
            Łatwo jest na przykład samym sposobem prowadzenia rozmowy „zahipnotyzować” innych i przy pomocy fałszywej logiki i odpowiedniej intonacji głosu sprawić, że zaczynają myśleć tak samo. „Ale bo to doczekasz się od takiego (chodzi o ucznia) wdzięczności?” – takie pytanie wypowiedziane z odpowiednią modulacją głosu sugerującą szlachetną rezygnację sprawia, że interlokutorzy też zaczynają wzdychać i utwierdzać się w przekonaniu, że faktycznie „nie masz prawdziwej wdzięczności na świecie”. Wszystkich w tym momencie ogarnia atmosfera błogiej solidarności w niemocy wobec zła, na które nic się nie da poradzić. Taka piękna polska klęska. Nikt w takiej chwili nie śmie nawet wspomnieć o absolwentach, którzy ich przyszli niedawno odwiedzić, albo o miłym emailu, którego dostali od byłego ucznia. Kwiaty i bombonierki na dzień nauczyciela czy na zakończenie roku w ogóle nie są traktowane jako dowody wdzięczności, co po części nie jest pozbawione racji, gdyż jest to po prostu zwyczaj. Często rodzice uczniów organizują zbiórki pieniędzy na kwiaty dla nauczyciela, więc trudno w tychże kwiatach wyczuć procent prawdziwej wdzięczności. Są jednak uczniowie, którzy potrafią okazać wdzięczność indywidualnie – miłymi słowami przy odbiorze świadectwa. Wielu jednak nie potrafi wyrażać uczuć publicznie, co nie znaczy, że wdzięczni nie są. Oczywiście to wszystko nie znaczy, że nie ma wśród uczniów autentycznych niewdzięczników, którzy wszelkie wysiłki ze strony nauczyciela mające na celu ich edukację traktują jako akt wobec siebie wrogi. Nie w tym jednak rzecz.
            Zastanawiam się czasem, czy pracownicy linii montażowej w fabryce samochodu myślą o tym, jak potencjalni nabywcy ich produktu finalnego będą im wdzięczni za świetnie wykonany pojazd. Ilu z nas w ogóle o tym myśli. A czy gryząc rano smaczną bułkę myślimy z wdzięcznością o piekarzu, albo o młynarzu i rolniku? W świecie natury wdzięczność w ogóle nie występuje. Jest ona bowiem pochodną myślenia posługującego się czasem. Jest czyn z naszego punktu widzenia dobry, następnie go sobie przypominamy, oceniamy, że był on dobry i to, co odczuwamy w wyniku tego przypomnienia, to wdzięczność. Oczywiście mało wiemy o sposobie myślenia zwierząt, ale nie wydaje się żeby odczuwały wdzięczność. Zapamiętawszy przyjemną sytuację (np. rzucony kawałek kiełbasy) będącą zasługą  człowieka, będą najwyżej szukać towarzystwa tego człowieka oczekując kolejnej przyjemnej sytuacji (kawałka kiełbasy rzuconego ponownie). Żyje się bowiem „do przodu” bez abstrakcyjnego analizowania przeszłości. Uważam, że człowiek na swoim najgłębszym poziomie odczuwania, działa podobnie. Wdzięczności się uczymy. Jeżeli więc kogoś nie nauczono wdzięczności w domu czy w szkole właśnie (ale mądrze, nie przy pomocy żałosnego domagania się dowodów), to po prostu dziecko ma prawo nie wpaść na to, że trzeba cokolwiek okazać. Dodajmy do tego, że wiedza szkolna przynosi wymierne korzyści dopiero po dość długim czasie, a więc są one zbyt abstrakcyjne do odczucia przez młode osoby. Dlatego też wymaganie wdzięczności od dzieci czy młodzieży wobec nauczyciela za to, że ten czegoś ich nauczył, nie ma zbyt wiele sensu. Dodajmy do tego, że nauczyciel otrzymuje za pracę wynagrodzenie, takie samo jak mechanik z taśmy montażowej w fabryce samochodów, czy piekarz.
            Znowu jednak muszę zaznaczyć, że tych żądnych wdzięczności nauczycieli nie ma znowu tak wielu, ale wielu poddaje się temu specyficznemu „urokowi” wzdychającej koleżanki. Wystarczy nie oczekiwać wdzięczności za coś, za co ma się zapłacone, i może się okazać, że ma się jeden z nauczycielskich „problemów” mniej.
            Z doświadczenia wiem, że uczniowie potrafią okazać i szacunek i wdzięczność, natomiast nauczyciele często nie potrafią tego dostrzec, ponieważ mają inne wyobrażenie na temat manifestacji tych uczuć. Niemniej, trzeba to również otwarcie powiedzieć, młodzi ludzie doskonale wyczuwają słabość ze strony nauczyciela. Największą słabością jest brak merytorycznego przygotowania. Można je co prawda do pewnego stopnia pokryć metodyką nauczania, ale jeżeli na pewne tematy brakuje wiedzy, traci się szacunek momentalnie.
            W szkole, do której chodziły moje dzieci był pewien nauczyciel, który ze śmiertelną powagą i wiarą we własne słowa potrafił powiedzieć, że „gaz nie dociera powyżej czwartego piętra, ponieważ ma zbyt małe ciśnienie”. Świadectwa dzieci, które twierdziły, że mieszkają na piętrach wyższych i że w ich kuchni wszystko gotuje się na gazie, nie miały dla tego człowieka żadnego znaczenia. Innym razem pokłócił się z chłopcami z czwartej klasy (szkoła podstawowa) o to, czy w Japonii jest ruch lewostronny. Jako argument przeciwko wiedzy dzieci wytoczył fakt, iż wszystkie japońskie samochody, jakie widział, a więc Toyoty, Hondy czy Nissany, mają przecież kierownice po lewej stronie, a więc są przystosowane do ruchu prawostronnego. Nauczyciel ten jest pośmiewiskiem kolejnych pokoleń uczniów. Nie chce mi się wierzyć, że wieści o jego wiedzy „fachowej” nigdy nie dotarły do dyrekcji, bo do rodziców na pewno. I w takiej sytuacji teza mojego teścia o zbawienności jednolitego frontu szkoły (nauczycieli) i rodziców zostaje obalona przez samo życie, bo przecież żaden normalny rodzic nie poprze głupstw wygadywanych przez nauczyciela. Z drugiej strony większość z nas to chyba jednak miłe misie, nikomu źle nie życzymy, a już zwłaszcza utraty pracy w dzisiejszych czasach i zamiast domagać się zwolnienia niekompetentnego nauczyciela wolimy sprostować jego „rewelacje” i pośmiać się z niego razem z dziećmi. Okrutne to co prawda i zapewne całkowicie apedagogiczne, ale chyba najlepsze w tej sytuacji.
            Osobiście wierzę, że z nauczycielami i uczniami jest tak samo jak w przypadku każdych innych grup ludzi. Chodzi mianowicie o spotkanie osobowości. Istnieją ludzie, którzy nigdy nie powinni się spotykać, ani tym bardziej potem przebywać ze sobą. Są też tacy, którzy od razu przypadają sobie nawzajem do gustu. Dodajmy do tego, że kiedy mamy do czynienia ze zbiorowością sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje. Np. klasa składająca się z uczniów, z których każdy z osobna bardzo dobrze potrafiłby się porozumieć z nauczycielem (i vice versa), jako grupa stają się nową jakością, która do takiego porozumienia dojść nie może.
            Nauczyciele sami są wynikiem danego systemu wychowania (w domu, w szkole) oraz reprezentują różne typy osobowości. Grzeczne uczennice, zawsze chwalone przez swoje „panie”, kiedy same stają się nauczycielkami, oczywiście najbardziej cenią dzieci grzeczne, potulne i nieco nieśmiałe. Takie dzieci są nie tylko posłuszne, ale u takiej nauczycielki wzbudzają instynkt opiekuńczy. Uczniowie czasami tylko nieco bardziej samodzielni, albo po prostu potrafiące śmiało wypowiedzieć własne zdanie, mogą u takiej pani wywołać wręcz panikę (przypadek skrajny oczywiście).
            Pani, która sama była grzeczną uczennicą może np. uważać, że wyrażanie swoich myśli głosem pewnym jest objawem nieprzyzwoitej arogancji. Syn znajomych był uważany przez jedną z nauczycielek za niemal przedstawiciela patologii społecznej, a wszystko przez to, że z jej przedmiotu nie był orłem, a przy tym nie potrafił skromnie spuścić głowy i udawać skruszonego za winy, do których się nie poczuwał, a wg nauczycielki poczuwać się powinien. Oczywiście, w wyobraźni tej pani był chłopcem straconym dla przyszłości. Dostał się do szkoły morskiej, gdzie o miejsca nie jest wcale łatwo.
Istnieje jeszcze jeden aspekt powiązany z tym zagadnieniem. Ludzki umysł lubi różnicować. Bez znajdowania różnic i ich wartościującej gradacji praktycznie nie potrafi funkcjonować. Będąc na zebraniu rodzicielskim z wychowawczynią mojego syna, usłyszałem, co prawda nie o moim synu, ale o jego kolegach, że się źle zachowują. W ustach skądinąd bardzo mądrej nauczycielki zabrzmiało to tak, jakbyśmy mieli do czynienia niemal z czynem na skraju kryminału. Nie wytrzymałem i zabrałem głos. Poznałem tych chłopców podczas ich wizyt u mojego syna i byłem nimi naprawdę pozytywnie zaskoczony. W porównaniu do uczniów, czy studentów, których uczyłem i uczę, ci młodzi ludzie najbardziej przypominali mi młodych dżentelmenów z dwudziestolecia międzywojennego. Ani trochę nie przesadzam. Rozmawiając ze mną, jako z ojcem kolegi, wykazywali się nie tylko dobrym wychowaniem, ale i pewnością siebie. Bo i niby dlaczego nie mieliby? Są naprawdę wartościowymi ludźmi i są tego świadomi. Jestem przekonany, że jeśli nawet w jakiejś sytuacji trochę „rozrabiali”, robili to z klasą. Z całą pewnością nie popełnili czegoś karygodnego. Jak się okazało, faktycznie nie było to nic wielkiego, a nauczycielka przyznała mi rację. Nie muszę dodawać, jak podniosłem na duchu pozostałych rodziców, którzy już gotowi byli ogniem i żelazem we wspólnym froncie ze szkołą wypalać zło ze swych latorośli. Nie mając do czynienia z autentycznymi łobuzami, różnicuje się grupę, z którą się ma do czynienia i demonizuje się tych, którzy najmniej odpowiadają wyobrażeniu nauczyciela o ideale. (Bywa oczywiście i odwrotnie. W szkołach, gdzie wszyscy uczniowie reprezentują niski stopień kultury osobistej i zainteresowania pogłębianiem wiedzy, nauczyciele automatycznie doszukują się w niektórych przejawów czegoś pozytywnego.)
Nauczyciel, jak każdy człowiek, myli się. W odróżnieniu od sapera, wcale nie raz. Nie jest to jakaś tragedia, o ile jego błędy nie mają tragicznych konsekwencji dla ucznia. Dlatego dobrze jest, jeżeli oprócz wiedzy merytorycznej (bardzo ważnej), metodycznej (o tym przy innej okazji), posiada umiejętności psychologa, ale takiego, który swoją wiedzę nabył przez praktykę życia. Nie mam więc na myśli studiów psychologicznych (z kretyńskimi a przy tym uczonymi diagnozami zawodowych psychologów też się zetknąłem), ale po prostu znajomość różnych sytuacji życiowych, w tym patologicznych. Do tego potrzeba pewnej otwartości na to, co przynosi życie. Jeżeli ktoś taką otwartość posiada, będzie również próbował zrozumieć ucznia. Jeśli natomiast będzie próbował, to jest szansa, że będzie w tym coraz lepszy. Niestety, kiedy się zamknie w świecie swoich ideałów, rzeczywistość ten świat boleśnie zweryfikuje.
Nie wolno jednak popaść w drugą skrajność. Nie wolno z ideałów rezygnować, bo to oznaczałoby totalne poddanie się nie zawsze pozytywnym prądom, jakim ulegają uczniowie. No niestety, trzeba czasami powiedzieć coś, co nie brzmi przyjemnie w uszach ucznia. Powtarzam jednak co jakiś czas – tutaj najważniejsze jest to, żeby obiekt słusznej represji zdawał sobie cały czas sprawę, że nauczyciel działa dla jego dobra, że jest po jego stronie. O! To nie jest z pewnością łatwe. Mało kto potrafi czuć sympatię do kogoś, kto mówi mu przykre rzeczy. Nie wolno się jednak zniechęcać, bo poddanie się w takiej sytuacji działa destrukcyjnie nie tylko na ucznia ale i na nauczyciela. Jeżeli natomiast nauczyciel ma problem z działaniem stanowczym, ale przy całej dobrej woli wobec ucznia, to rada jest tylko jedna. Żeby uczeń wiedział, że nauczyciel jest w gruncie rzeczy po jego stronie, ten nauczyciel autentycznie powinien być po jego stronie. Nie ma większej klęski, jeśli nauczyciel poczuje się osobiście znieważony zachowaniem ucznia i rozpocznie z nim osobistą walkę. Wtedy niestety stawia siebie na równej pozycji z tym uczniem i już nie ma szansy, żeby zadziałał jako wychowawca. Jeżeli już dochodzi do osobistego konfliktu z uczniem, nauczyciel faktycznie musi stanąć wobec problemu już nie jako nauczyciel, ale jako człowiek prywatny. Jest to skrajność, do której nigdy nie powinno dochodzić, ale niestety zdarza się. Natomiast nie ma nic bardziej podłego i żałosnego zarazem, jak próba zniszczenia ucznia (nie wnikając kto był przyczyną konfliktu) korzystając i kryjąc się za pozycją nauczyciela. Chciałbym powiedzieć, że to się na szczęście nie zdarza, ale byłaby to nieprawda. Nie jest to problem całej populacji nauczycielskiej i uczniowskiej, ale zdarza się praktycznie w każdej szkole. Większości uczniów on nie dotyka, ale ten, który wszedł w ostry konflikt z nauczycielem przeżywa koszmar. Koszmar przeżywa też ten nauczyciel.
Uczniowie oczywiście nie są „czystymi tablicami”. Ich osobowości są już w jakimś stopniu ukształtowane, kiedy przychodzą do szkoły, ale mimo to nie wolno dorosłemu człowiekowi, zwłaszcza nauczycielowi, na dziecko się obrażać. Może tu bowiem być tak samo, jak ze wspomnianą wyżej wdzięcznością. To nauczyciel wie, że tak a tak się należy zachować. Uczeń, który się nigdy w danej sytuacji nie znalazł, może po prostu nie wiedzieć, że zachował się niewłaściwie. Dlaczego nauczyciele nie tłumaczą zasad właściwego zachowania, tylko od razu chcą karać to złe? Bo nie uruchamiają wyobraźni. Zapominają, że mają do czynienia z dzieckiem, a nie np. złośliwym sąsiadem. Oczywiście osobnym zagadnieniem jest to, że pewni młodzi ludzie wydają się impregnowani na wielokrotne próby uświadomienia im niewłaściwości ich zachowania, ale o tym we wpisie poświęconym uczniom.

CDN

wtorek, 13 września 2011

O szkole i wychowaniu (1)

Czy o czymkolwiek możemy powiedzieć „z reguły jest tak a tak”? Czy skoro w danym przypadku nastąpiło dane zdarzenie, a w jego wyniku nastąpiła taka a nie inna reakcja, oznacza, że już mamy prawo wyciągać z tego zdarzenia dalekosiężne wnioski na przyszłość? Tak naprawdę jest to pytanie, które nurtuje nasz gatunek, odkąd zaczęliśmy myśleć w sposób dyskursywny (osobiście wierzę, że zwierzęta myślą, to tak na marginesie).

Niedawno pisałem o tym, jak publicysta katolicki wytłumaczył sobie genezę chuligańskich rozruchów w Londynie. Praktycznie sprowadził cały problem do braku męskiego wzoru w rodzinie, tudzież słabości religii, która by taki wzór lansowała. Na nic szereg przykładów dzieci, które wychowują się bez ojców, ale wandalami nie zostają. Czy jednak taki publicysta zupełnie nie miał racji? Tak też wcale nie można powiedzieć, ponieważ szereg przykładów wskazuje na to, że tradycyjna rodzina typu matka, ojciec i dzieci, doskonale się sprawdza. Niemniej zdarzają się rodziny, gdzie rodzice są ludźmi przyzwoitymi, natomiast dzieci i tak wyrastają na łobuzów. Oczywiście jakiś mądrala może tutaj wysunąć argument, że coś jednak z tymi rodzicami musiało być nie tak. Wydaje mi się, że największy błąd w rozumowaniu popełnia się w traktowaniu dzieci jako tabula rasa, których ukształtowanie zależy wyłącznie od rodziców. Dlaczego jednak rodzeństwo z tych samych rodziców, wychowywane w niemal identyczny sposób na jakimś etapie się różnicuje i w dorosłe życie wkraczają osobniki o zupełnie innych cechach charakteru? Nie znacie takich przykładów? Ja znam.

Moi teściowie nie są odosobnieni w nostalgii za czasami, kiedy rodzice, nauczyciele i Kościół stanowili jednolity front wychowawczy w stosunku do dzieci. Gdyby dziecko z pokolenia moich rodziców czy teściów spróbowało poskarżyć się na nauczyciela, zostałoby dodatkowo ukarane przez rodzica. Nie podzielam wiary w zbawienność tej metody wychowawczej, która polega na jednolitym froncie łamania osobowości dziecka. Jaka bowiem płynie z takiej postawy nauka ogólna? Otóż, że należy zawsze być konformistą, ponieważ w przeciwnym wypadku cały świat będzie przeciwko tobie. Jeżeli do tego dodamy, że w skład takiego jednolitego frontu edukacyjnego mogły wchodzić pewne założenia, bądź religijne (przed II wojną światową), bądź ideologiczne (w czasach komunizmu), które z rzetelną wiedzą i umiejętnościami niewiele mają wspólnego, należy wyciągnąć wniosek, że może jednak dobrze się dzieje, że nie istnieje jednolity front ogłupiania dzieci (JFOD).

Niewątpliwie ważne w wychowaniu młodego człowieka jest uformowanie w nim silnego poczucia pewności siebie (ale w tym pozytywnym znaczeniu tego słowa, którego nie należy mylić z aroganckim zarozumialstwem) opartego o stabilny i mocny system wartości. Największą rolę w tym kształtowaniu postawy dziecka powinni odgrywać przede wszystkim rodzice. Trzeba jednak od razu zaznaczyć, że na całym świecie można znaleźć miliony rodziców, którzy się do takiego działania nie nadają. Rodziny patologiczne lub niewydolne wychowawczo muszą zostać albo wspomożone, albo wręcz zastąpione m.in. przez szkołę w procesie wychowawczym. Kto i w jakich okolicznościach ma prawo o tym decydować to jednak osobny temat – pasjonujący, ale również kontrowersyjny.

W czasach z taką nostalgią wspominanych przez mojego teścia (lata 70. ubiegłego stulecia) często bywało tak, że wezwany do szkoły rodzic stawał na baczność przed nauczycielem i się przed nim gęsto tłumaczył z braku wystarczającego nadzoru nad dzieckiem. Z jednej strony obserwując przykłady pijanej matki przychodzącej z zupełnie nieuzasadnionymi zarzutami wobec nauczycieli, która jest z szacunkiem wysłuchiwana przez dyrektora, który z kolei daje reprymendę nauczycielowi pozbawionemu szans wytłumaczenia całej tej chorej sytuacji, można by powiedzieć, że jednak w tych latach 70. było lepiej. Z drugiej strony jednak, kiedy przypomnę sobie jak niektóre (bo na szczęście nie wszystkie) nauczycielki traktowały rodziców niektórych koleżanek i kolegów tylko z tego powodu, że byli to zahukani i niezamożni robotnicy, do dziś mi się niedobrze robi.

Nauczyciel kiedyś mógł z uczniem zrobić wszystko, zaś kiedy rodzic pozwolił sobie na obronę dziecka (pamiętam jeden taki przypadek ze swojej szkoły podstawowej) na drodze prawnej, wszyscy o tym wiedzieli i potępiali raczej ucznia i jego rodziców niż nauczyciela. Nie było to dobre, ponieważ niezrównoważony emocjonalnie nauczyciel po prostu krzywdził dzieci. Przypominam sobie dyrektorkę swojej podstawówki, która krzyczała na dwie dziewczyny z ósmej klasy, że „ubrały się jak kurwy” (sic!), ponieważ obie miały na sobie zielone spodnie. Z drugiej strony, dzisiaj mamy czasy, że uczeń może zwymyślać nauczyciela, a gdy ten zareaguje, od razu ma na głowie wściekłego rodzica, dyrektora a czasem kuratorium.

I tak można mnożyć pary porównań, dochodząc do prostego wniosku, że nie ma prostych rozwiązań. Proste rozwiązania preferowane w zależności od tego, w czyim interesie są stosowane sprowadzają się do trzech reguł, z których każda jest mitem.

Mit pierwszy to ten, że „nauczyciel ma zawsze rację”, mit drugi, że „dziecko ma zawsze rację” i mit trzeci, że „rodzic ma zawsze rację”. Racja bowiem nie ma stałej przynależności, a najczęściej zależy od sytuacji. Oczywiście narażam się tutaj na zarzut relatywizmu. Niech tak będzie. Dopóki jednak różni przedstawiciele rzeczywistości szkolnej będą hołdować któremuś z tych trzech mitów (wszystkim naraz się nie da), nie będzie żadnego porozumienia społecznego na temat polskiej oświaty.

CDN

czwartek, 8 września 2011

Dlaczego dziennikarze nie lubią nauczycieli?

Od pewnego czasu zastanawia mnie dlaczego dziennikarze tak nienawidzą nauczycieli. Dochodzę do wniosku, że prawdopodobnie dziennikarzami zostają ludzie bardzo ambitni i o wysokim mniemaniu o sobie, natomiast prawdopodobnie w szkole nikt tego nie docenił. Teraz, kiedy taki ambitny człowiek dostał władzę kształtowania opinii publicznej, z dziką satysfakcją bierze odwet za lata swoich upokorzeń ze strony np. polonistki, która tępiła błędy ortograficzne i stylistyczne. Tak na marginesie. Właśnie się dowiedziałem, że w redakcjach gazet zlikwidowano funkcję korektora, więc teraz już nikt nie sprawdza tekstu pod względem poprawności językowej. Błędy ortograficzne wyłapią jeszcze edytory tekstu (choć co z takimi „może” i „morze”?), ale stylistycznych nikt nie sprawdza, co daje się zauważyć przy lekturze prasy.

Rzetelna praca researcherska (wiem, obce słowo, ale chodzi o merytoryczne przygotowanie materiału, czyli o zbadanie zgodności z faktami) to z kolei cały osobny temat. Już dawno temu zrozumiałem, że dziennikarze często nie mają złej woli, ale po prostu są tak zapracowani, tak wciągnięci w działanie, że brakuje im czasu na myślenie, a więc na przemyślenie tego, co się dowiedzą. Gorzej jest jednak, kiedy nie mają czego przemyśleć, bo się nie dowiedzą, albo dowiedzą nie do końca. Czego zaś nie wiedzą, to zmyślą i dopiszą tak, żeby wszystko zgrabnie się czytało. (Tutaj znowu jak bumerang powraca kwestia stylu – coraz częściej tego się zgrabnie nie czyta.)

Co roku pojawia się w prasie i na internetowych portalach informacyjnych wiadomość o podwyżkach płac nauczycieli. To, że rząd te podwyżki daje, jest faktem, więc informacja jest jak najbardziej prawdziwa. Na tym się jednak dziennikarska rzetelność kończy. Dalej bowiem następują liczby, rzekomo wysokość nowych stawek nauczycielskich, których żaden polski pedagog chyba nigdy na oczy nie widział. Moja żona, nauczyciel dyplomowany z dwudziestoletnim stażem pracy, wg autora takiego artykułu powinna od września zarabiać prawie pięć tysięcy złotych! Nie wiem, jak jej się udaje ukryć te pieniądze, bo na konto wpływa nieco mniej niż połowa tego! Konto mamy wspólne, więc mam wgląd we wszystkie operacje.

Oczywiście dziennikarze podają kwoty brutto, a więc nie tylko z podatkiem (18%), ale i z ZUSem. Do niedawna myślałem, że to ZUS pochłania ok. 40% przychodu nauczyciela, ale kiedyś sprawdziłem tzw. pasek żony i wyszło na to, że szkoły odprowadzają nauczycielom mniej więcej taką samą kwotę na ubezpieczenia społeczne, zdrowotne i fundusz pracy, jak prowadzący działalność gospodarczą, czyli stawkę minimalną. Po wstępnych obliczeniach wychodziłoby, że żona powinna tak czy inaczej dostawać jakieś 3,5 tys. na rękę, ale tyle nie dostaje. Oczywiście w tych wszystkich obliczeniach mogę się mylić, bo kto by się tam, panie, w tym wszystkim połapał, ale faktem pozostaje, że pensja nauczyciela nie przekracza, a nawet nie dochodzi do 3 tysięcy złotych. Nie mówię tu oczywiście o nauczycielach mianowanych i stażystach, którzy zarabiają dużo mniej.

Złośliwy dziennikarz zrobił swoje, a resztę robią frustraci na forum. Zaczyna się trollowanie typu: nauczyciel pracuje 18 godzin tygodniowo i ma 3 miesiące wakacji, a zarabia 5 tysięcy miesięcznie. Forumowe trolle mają z całą pewnością ogromny ubaw, kiedy do klawiatur rzucają się dziesiątki nauczycieli ze swoimi tłumaczeniami, jak to trzeba się do każdej lekcji przygotowywać, sprawdzać wypracowania i klasówki itd. itp. Kiedy np. ktoś pisze powyższą krytykę nauczycieli podając się przy tym za „harującego w kasie w TESCO” niemal całą dobę i za jakiś tysiąc złotych, to oczywiście od razu można poznać, że to prowokacja. Mimo to, ludzie dają się wciągać w tego typu dyskusje.

Trzeba do sprawy podejść obiektywnie. Skąd się bierze taka niechęć do nauczycieli. Oczywiście jedną z przyczyn jest z pewnością fakt, że dali się oni niejednemu we znaki w latach szkolnych. Kolejną przyczyną może być i to, że kiedy w przypadkowym towarzystwie znajduje się nauczyciel, od razu się wymądrza i wszystkim próbuje narzucić swój punkt widzenia (zwłaszcza polonistki).[1] Najbardziej jednak nie-nauczycieli denerwuje narzekanie na ciężką pracę i niskie płace. Faktycznie, jeżeli rozmawiamy z kasjerką czy szwaczką niszczącą sobie fizyczne zdrowie za naprawdę marne grosze, to narzekanie nauczycielki brzmi jak jakaś kpina. Z kolei w konfrontacji z menadżerem wysokiego szczebla, który zarabia bardzo dużo, pretensje nauczyciela do równie wysokich poborów brzmią śmiesznie, ponieważ nauczyciel nie pracuje w firmie, która sama z siebie przynosi przychody.

Już dawno doszliśmy z żoną do wniosku, że narzekanie jest głupie. Wiedzieliśmy i wiemy, przynajmniej w ogólnym zarysie, jakie zajęcia przynoszą określone profity. Nikt nikogo do niczego nie przymuszał i do uczenia cudzych dzieci nie pędził. Uważam, że nauczyciele nie zarabiają kroci, ale nie sądzę, żeby im się działa krzywda.

Z kolei nawoływanie do zwiększenia liczby godzin pracy w tygodniu i powoływanie się przy tym na przykład krajów Zachodu jest śmieszne, ponieważ wynika z nieświadomości (ze strony postronnych) ale podejrzewam, że często ze świadomej złośliwości ze strony dziennikarzy, którzy przecież mogliby z łatwością sprawdzić jak to naprawdę na Zachodzie jest. Jeżeli nauczyciel w obcym kraju przebywa w szkole 6-8 godzin dziennie, to nie znaczy, że przez tyle godzin prowadzi lekcje. Tych lekcji to może 3 godziny. Reszta to przygotowywanie się do zajęć, sprawdzanie testów i prac pisemnych, konsultacje z rodzicami, konsultacje z dyrekcją itd. W związku z tym nauczyciel zachodni nie przynosi „roboty” do domu, tylko ją całą wykonuje w miejscu pracy.

W całym myśleniu w kategoriach liczby godzin tkwi jednak zasadniczy błąd, o czym, o ile dobrze pamiętam, pisałem w jednym z wpisów z cyklu „Za co chcemy być wynagradzani”.
Jestem wielkim przeciwnikiem mierzenia wartości pracy ilością godzin w niej spędzonych. Uważam, że przeciętny urzędnik mógłby chodzić do biura na trzy godziny dziennie i zupełnie by to wystarczyło. Jeżeli nauczyciel woli sprawdzać prace i przygotowywać materiały w domu, to powinna być jego sprawa. Po co go trzymać w szkole, żeby to robił? Chyba tylko po to, żeby uspokoić opinię frustratów, którzy wierzą, że dobra praca, to długa praca. Nauczyciel, czy urzędnik niczego nie produkują, więc sztuczne tworzenie dla nich dodatkowych godzin rzekomej pracy, jest idiotycznym marnotrawstwem.

Wszyscy marzyliśmy już w 1989 r., że w nowych warunkach ustrojowych nastąpi zmniejszenie liczby uczniów w klasach, przez co wzrośnie jakość edukacji. Tendencja idzie niestety w kierunku odwrotnym i to wcale nie tylko w Polsce, ale i na Zachodzie. Tutaj sprawa jest prosta – w budżecie zawsze będzie brakować pieniędzy na zatrudnienie większej liczby nauczycieli dla większej liczby oddziałów. Ekonomicznie jest te oddziały wręcz połączyć. (Tak na marginesie, gdyby ktoś chciał wyskoczyć z wyższością prywatnego nad państwowym, to dodam, że na pewnych prywatnych uczelniach tworzy się grupy ćwiczeniowe liczące ponad 50 osób – ze względu na oszczędności).

Przedwczoraj usłyszałem w telewizji o kolejnym rankingu nt. pracy Polaków. Okazuje się, że pracujemy prawie najdłużej (jeśli chodzi o godziny spędzone w pracy) na świecie, za to w wydajności pracy jesteśmy przedostatni. To powinno dać do myślenia. Jeżeli ludzie pracujący w Wielkiej Brytanii w prywatnych małych firmach mówią, że kiedy pracowali w podobnych firmach w Polsce ich szefowie wyciskali z nich siódme poty a płacili grosze, podczas gdy angielski pracodawca płaci dużo więcej, a traktuje ich po ludzku (nie znaczy to, że pozwala się obijać, ale też nie narzuca norm doprowadzających do stanu wycieńczenia), to też powinno dać nam wszystkim do myślenia.

Organizacja pracy to coś, co wszyscy powinni nie tylko studiować, ale wdrażać w życie. Jeżeli w pracy spędzamy wiele godzin, a jej wyniki są kiepskie, to znaczy, że jest źle z jej organizacją. Ja nie twierdzę, że narzekanie pracodawców na pracowników bierze się znikąd, ale wierzę, że mądry pracodawca umie zorganizować pracę tak, żeby pracownicy nie czuli, że ciężko harują, a kiedy przyjdzie do przeliczenia wyników tej pracy, okazuje się, że cała para poszła w gwizdek. Błąd w myśleniu polega na wierze, że jak już ktoś zakłada własną firmę i zatrudnia ludzi, to automatycznie zna się na zarządzaniu zasobami ludzkimi (i w ogóle na zarządzaniu).

Odbiegłem od tematu, ale nie za bardzo, ponieważ chodzi o ogólne podejście do płacy za pracę. Uważam, że nauczyciele nie powinni mieć więcej godzin dydaktycznych niż mają obecnie, ale może faktycznie przydałoby się, gdyby sami nie traktowali tych 18 godzin jako końca ich obowiązków wobec uczniów. Wiem, że łatwo się przyzwyczaić do tego, że „robię swoje i spadam” i równie łatwo jest się przyzwyczaić do myślenia, że to „swoje” to właśnie te 18 godzin. Tak być nie powinno i nad tym trzeba pracować, ale temat etosu nauczyciela jest zagadnieniem na kilka prac doktorskich.

Dziennikarzom natomiast życzę dążenia do doskonalenia swojego warsztatu we wszystkich wymiarach ich pracy. Życzę, żeby pisali piękną polszczyzną, to raz. Po drugie, równie ważne, chciałbym, żeby tematy swoich artykułów poznawali dogłębnie poprzez rzetelne zebranie wszystkich niezbędnych materiałów. Może oprócz wejścia na stronę internetową MEN, warto jeszcze przejść się do najbliższej szkoły i zapytać nauczycieli o ich faktyczne pobory.


[1] Taki złośliwy żarcik z mojej strony ;)

wtorek, 6 września 2011

O londyńskich zamieszkach kilka luźnych myśli

Cioteczny szwagier mojej żony, a mój przyjaciel, od czasu do czasu podsuwa mi do przeczytania artykuły z „Gościa Niedzielnego”. Ponieważ jestem człowiekiem otwartym i przeczytać mogę wszystko, co nie znaczy, że muszę się z tym, co przeczytam, koniecznie zgodzić, czytam te artykuły, a czasami daję się przekonać autorom. No… przynajmniej częściowo.

Analiza zamieszek w Londynie i innych miastach brytyjskich autorstwa Jacka Dziedziny (Angielski pacjent, „Gość Niedzielny” 21 sierpnia 2011) jest oczywiście pisana z punktu widzenia wierzącego i praktykującego katolika, co przebija się przez cały tekst. Autor obala popularny i łatwy pogląd, że to czarni imigranci wywołali bandycką awanturę. Białych chuliganów było wśród młodocianych wandali nie mniej.

Słusznie zauważa za angielską dziennikarką, że trudno londyńskich wandali nazwać buntownikami, ponieważ te dzieciaki najczęściej nie mają pojęcia na jakim świecie żyją i przeciw czemu mogą czy też powinni się buntować.

Potem następuje teza, z którą autorzy francuskiego podręcznika, w którym przeczy się tradycyjnemu zróżnicowaniu ludzi na kobiety i mężczyzn, pewnie wzięliby za sztandarowy argument katolickiego obskurantyzmu. Mianowicie, że wszystkiemu winny jest brak męskiego wzorca w rodzinie. Młodociani chuligani pochodzą bowiem z rozbitych rodzin, gdzie ojca nie ma. Nie wiem, czy przeprowadzono badania wśród uczestników sierpniowych zamieszek i czy takie badania potwierdzają tę tezę.

Dalej idzie argument, że winna jest szkoła, która uczy konkretnych technik antykoncepcyjnych nie mówiąc nic o poczuciu odpowiedzialności. Generalnie system edukacyjny wzdraga się przed postawieniem klarownych granic między dobrem a złem.

Na koniec dochodzi krytyka Kościoła Anglikańskiego, który przez swoją nieograniczoną tolerancję jest kompletnie nijaki i nie jest w stanie odegrać żadnej roli strażnika etycznego ładu.

Zasadniczo mógłbym się zgodzić z tezami autora, ale po ich uzupełnieniu.

Owszem, łatwość znalezienia partnera seksualnego w każdym wieku prowadzi do zmian w mentalności. U wielu osobników coś, co znamy pod nazwą „miłości” może nigdy nie wystąpić, ponieważ w wielu przypadkach (co nie znaczy, że we wszystkich) brało się konieczności dłuższego zabiegania o seks. Towar powszechnie dostępny staje się tani. Jeżeli nie wykształci się przynajmniej na jakiś czas, coś co starsze pokolenia znały jako miłość, to w dalszej perspektywie w ogóle trudno mówić o wykształceniu innych więzi opartych też na miłości, ale pojętej mniej erotycznie (miłość rodziców do dzieci i odwrotnie). Jest to, oczywiście pewne uproszczenie, ponieważ miłość i jej aspekty to temat obszerny. Nie wierzę, że nagle wrócimy do czasów, kiedy faceci zabiegali kilka lat o względy swojej damy. Uważam jednak, że wychowanie w pewnym wzorcu, w którym wierzy się w istnienie miłości, bardzo pomaga w wykształceniu poczucia odpowiedzialności za drugiego człowieka niezależnie od obyczajów seksualnych.

Nie mogę się oczywiście wypowiadać o wszystkich Anglikach, ale o mogę o kilku, których poznałem osobiście. Sam uważam się za faceta mało dojrzałego. No niestety, w dużej mierze jestem nadal nastolatkiem z lat 80. Niemniej kiedy odbyłem rozmowę z kilkoma Anglikami w moim wieku i starszymi, miałem wrażenie, że rozmawiam z ludźmi cierpiącymi na jakieś deficyty w rozwoju emocjonalnym. Goście inteligentni, niektórzy oczytani i wykształceni, ale co jakiś czas wyskakiwali z czymś, co kazało mi się mieć na baczności. Dla nich życie to nieustanny „fun”. Kobiety są do seksu i miłych chwil spędzonych razem, ale dzieci… Dzieci psują „fun”. Kiedy były chłopak mojej dobrej koleżanki na wzmiankę o dzieciach niby w żartach się skrzywił z niesmakiem, wręcz mnie zmroziło. To, że ci goście spędzają kawał życia w pubie i na imprezach z prochami, byłbym w stanie zrozumieć, choć jestem przeciwnikiem prochów („Oh, you East Europeans!” skwitował z politowaniem jeden ze znajomych Anglików moją uwagę na temat prochów). W życiu człowiekowi należy się „fun”, to bardzo ważne, ale życie to nie jest „fun”, wbrew temu co twierdził inny z moich angielskich znajomych.

Można więc całą winę zwalić na złych facetów, którzy wolą być chłopcami grającymi na gitarach, palącymi trawę i wciągającymi kokę, zamiast statecznymi ojcami rodzin. To jednak nie tłumaczy wszystkiego.

Otóż osobiście znam niemałą liczbę mężczyzn wychowanych bez ojca. Różne były powody braku starszego mężczyzny w domu. W przypadku jednego z moich kolegów z liceum była to wczesna śmierć ojca, w przypadku innego odejście do innej kobiety. Potem poznałem wielu kolegów wychowywanych tylko przez matki. Można mówić o różnych dziwactwach w ich zachowaniu – jeden np. bardzo był przejęty rolą jedynego mężczyzny w rodzinie (oprócz matki miał jeszcze dwie siostry), inny traktował matkę jak dobrą koleżankę itd. itp., ale żaden, ŻADEN nie przejawiał skłonności chuligańskich! Nie twierdzę, że wśród wychowywanych tylko przez matkę, nie ma łobuzów, ale akurat wśród niemałej liczby moich znajomych wychowywanych bez ojca, takich nie było, a to świadczy o tym, że wiele zależy również od samej matki. Matka mojego dobrego znajomego, który już w wieku lat –nastu prowadził „działalność gospodarczą” w postaci handlu odzieżą kupowaną w Łodzi a sprzedawaną w Białymstoku, musiał się gęsto tłumaczyć z posiadania większej gotówki przed matką, która zaczęła podejrzewać syna o kradzież. Ta ostatnia natomiast nie mieściła się w jej kanonie wartości.

Może warto na problem spojrzeć również i z tego punktu widzenia, że w Anglii również dziewczyny są przygotowywane do pojmowania życia jako „fun”. Katoliccy publicyści trzymają się oczywiście tezy, że najważniejsze jest rozdzielenie wzorca mężczyzny i kobiety. Od kogo ma się młody chłopak uczyć jak być odpowiedzialnym mężczyzną, skoro w domu nie ma żadnego mężczyzny? Oczywiście dużo w tym prawdy, ale to jeszcze nie tłumaczy tak beznadziejnie głupich aktów brutalnego wandalizmu, z jakimi mieli do czynienia w sierpniu Brytyjczycy.

Kryzys nie jest spowodowany kryzysem po katolicku pojętej męskości (tak przy okazji, u mnie wzór męskości polegał na tym, że faceci nie chodzą do kościoła, dlatego mam pewnie lekko wypaczone podejście do religijnych facetów), ale kryzysem systemu wartości, który zdemontowano. Jeżeli szkoła nie pokazuje jasno granicy między tym, co wolno, a tym co nie, bo się boi komuś narazić, to nie ma się co dziwić, że zanika w ogóle jakakolwiek hierarchia czynów. Jeżeli ojca nie ma, jest źle. Jeżeli matka sama przedkłada „fun” nad wychowanie dziecka, to jeszcze gorzej. Najgorzej bowiem jest, kiedy dziecko wychowuje grupa rówieśnicza. Nie ma się czemu dziwić, jeżeli młody, często niezbyt rozgarnięty, człowiek spędza większość czasu z podobnym niezbyt rozgarniętym osobnikiem. Skąd może być mowa o poszanowaniu cudzej własności, jeżeli nikt im o tym nigdy nie mówił, a jak mówił to bez przekonania?

O roli Kościoła w kształtowaniu moralności wolałbym się nie wypowiadać. To fakt, że Kościół Anglikański jest nijaki, zaś jego tolerancja doprowadziła do zaniku własnej definicji i tożsamości, ale śmieszna wydaje się teza, że Kościół Katolicki gwarantuje na obszarze swojego oddziaływania wysoki poziom etyczny. Południowe Włochy z Sycylią włącznie trudno nazwać krainą, gdzie można zaprzeczyć istnieniu Kościoła Katolickiego. Kraje Ameryki Łacińskiej, w większości katolickie, to przecież obszar kultu machismo, który z naukami Jezusa Chrystusa ma niewiele wspólnego.

Ale uwaga! Południowoamerykańskie machismo i sycylijskie pojmowanie dona – ojca rodziny, to być może to, o co chodzi katolickim socjologom! Silny wzorzec mężczyzny w rodzinie! Co tam, że ma dziesiątki kochanek i nieślubnych dzieci – ważne, że swojej żony nie opuszcza i trzyma całość rodziny żelazną ręką.

No w każdym razie może taki jurny i niewierny ale posiadający poczucie odpowiedzialności za własną czeladkę południowiec to lepszy wzór do naśladowania niż rozmemłany infantylny Anglik, dla którego życie to tylko „fun”?

Ale zostawmy sarkastyczne uwagi. Rzecz w tym, że pewne działania, w założeniu szlachetne, na dłuższą metę okazują się katastrofalne w skutkach. Tolerancja jest cechą piękną, ale przecież nie tolerancja dla czynów kryminalnych! Żelazna konsekwencja i dyscyplina w młodym wieku powinna wykształcić pewien model zachowań opartych od odróżnieniu dobra od zła. Wbrew pozorom wzorce te w olbrzymim procencie pokrywają się we wszystkich religiach i systemach etycznych. Owszem w skrajnych przypadkach ideologii komunistycznej, czy w anarchizmie, własności prywatnej nie traktuje się jako wartości, a wręcz przeciwnie. W sierpniu nie mieliśmy jednak do czynienia z żadnymi ideologiami, ale z kryminałem w czystej postaci.

Tak na marginesie, żadne tam Nostradamusy, czy inne Sybille są najbliższe prawdy w przewidywaniu przyszłości, ale hollywoodzcy scenarzyści. Filmy katastroficzne przepowiedziały ataki terrorystyczne i katastrofy żywiołowe. Autorzy „Ucieczki z Nowego Jorku”, ale i kilka innych filmów, przewidzieli całe miasta rządzone przez pospolitych bandytów. Czy powszechna barbaryzacja jest już u bram? Jeżeli przeczy się racji bytu w ogóle takiej kategorii jak „cywilizacja europejska”, to może na zasadzie samospełniającej się wróżby doprowadza się do jej upadku?

czwartek, 1 września 2011

Amerykanin w Paryżu, czyli ciąg dalszy pewnego wątku w kulturze amerykańskiej


Od dawna już nie wierzę w możliwość obiektywnej oceny czegokolwiek, a już zwłaszcza dzieła sztuki. Oczywiście już w szkole średniej przygotowywano nas do wiwisekcji dzieła literackiego, przez co przed maturą straciłem umiejętność czerpania spontanicznej radości z czytania powieści czy oglądania filmu, ponieważ w głowie układały mi się wykresy struktury dzieła, zaś poszczególne postaci automatycznie analizowałem nie jako ludzi, ale pod względem konstrukcji. Czyli zamiast myśleć, czy np. John dobrze zrobił, że zostawił Jane, albo czy Peter to zły człowiek bo zastrzelił Iwanowa, po głowie chodziły mi raczej myśli typu „jaką rolę spełnia John w konstrukcji powieści?” lub „czy Iwanow jest postacią wiarygodną, czy też autor wprowadził go tylko po to, żeby Peter mógł go zabić?” Oczywiście przykłady te zmyślam na poczekaniu, ale mniej więcej o to właśnie chodzi. Przestałem wchodzić w wirtualny świat stworzony przez autora, ale cały czas pozostawałem na zewnątrz, nie tylko nie poddając się urokowi narracji, ale cały czas oceniając samą narrację.
            Moja żona pochłania tony książek wypożyczanych z dwóch bibliotek. Wśród nich można wyróżnić lepsze i gorsze, ale generalnie jest to literatura popularna. Taka papka dla ludzi uzależnionych od czytania. Kiedyś wziąłem jedną z takich pozycji, ponieważ zainteresował mnie tytuł – „Projekt Bronte” niejakiej Jennifer Vandever. Lubię literaturę popularną czyli lekką, która dotyka życiorysów wielkich pisarzy, dlatego uwzględniając szereg słabych stron książek Matthew Pearla, z przyjemnością przeczytałem „Klub Dantego” czy „Zagadkę Dickensa”. Podobnie było z „Szyfrem Szekspira” Carrell Jennifer Lee. Nie były to powieści wymagające wielkiego zaangażowania zdolności sądzenia, bo głównym ich celem było wyeksponowanie wątku sensacyjnego, ale przy okazji, niejako mimochodem, można było się dowiedzieć wielu ciekawych szczegółów o życiu i pracy protagonistów. Tymczasem „Projekt Bronte” o samym rodzeństwie z Yorkshire mówił trochę, zaś perypetie amerykańskich akademików, m.in. w Paryżu (o ile mnie pamięć nie myli) to były flaki z olejem. „Łyknąwszy” tę książkę pewnego wieczora miałem wrażenia jakbym zjadł purchawkę.
            Ale tu dochodzimy do sedna. Otóż było to moje subiektywne wrażenie. Mojej żonie książka się podobała, ponieważ wcześniej niewiele wiedziała o samych siostrach Bronte, oprócz tego, że napisały swoje słynne powieści. Dla niej to co się dowiedziała z książki Jennifer Vandever było wartościowe!
            Te wszystkie myśli naszły mnie w kontekście odbioru filmu „O północy w Paryżu” Woody’ego Allena. Obserwując wpisy moich znajomych na Facebooku, zauważam całe spektrum ocen – od „beznadziejny, chciałam wyjść z kina”, poprzez „taki sobie” lub „niezły, ale Woody robił kiedyś lepsze filmy” po „zachwycający”. Tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że o żadnym obiektywizmie mowy być nie może.
            Jeżeli założymy, że czy to film czy dzieło literackie to nic innego jak wypowiedź artysty, który chce do nas z nią i przez nią dotrzeć, a do tego zdając sobie sprawę, że olbrzymi procent naszej oceny wynika z osobistej interpretacji dzieła, to musimy też przyjąć, że odbiór dzieła jest swoistym dialogiem. Co prawda wydaje się, że jest raczej monologiem, bo to autor mówi, a widz czy czytelnik biernie mu się przysłuchuje. Ale przecież, choć w sensie nie dosłownym, to, co się dzieje w naszym mózgu podczas odbioru dzieła, to co się czasami dzieje z naszym ciałem (ogarnęło Was może kiedyś uczucie błogości przy czytaniu książki, albo przeszły Was ciarki?) czy fakt, że czasami mamy ochotę autorowi coś odpowiedzieć, świadczy o tym, że jednak jest to swoisty dialog.
            Rzecz teraz jest prosta. Nie zawsze mamy ochotę na rozmowę z jakimś znajomym. Są tacy ludzie, z którymi nigdy nie mamy ochoty rozmawiać. Wśród naszych kolegów mamy też takich, z którymi rozmawiamy chętnie i radośnie, ale kiedy ktoś trzeci nas potem spyta, o czym rozmawialiśmy, nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie niczego istotnego. Znamy też takich ludzi, z którymi rozmawiamy tylko na tematy praktyczne i takich, których chętnie słuchamy, bo mądrze prawią. Musimy do tego przyznać, że nawet obracając się wśród tego samego grona znajomych, każdy z nas ma inne preferencje. Ludzie łączą się w grupy i podgrupy m.in. na zasadzie bardzo subiektywnie pojętej atrakcyjności konwersacyjnej.
            Podobnie jest z dziełami narracyjnymi. Nie każdy lubi czytać o pewnych tematach. Czasami nawet lubimy, ale z kolei niezbyt często. Czasami banalny film czy książka nagle do nas przemawia, ponieważ wpadła nam do ręki akurat w takim momencie naszego życia, albo w takim stanie naszego nastroju, że wydaje się, że w tym właśnie momencie i w tym właśnie miejscu zamysł autora jest skierowany jakby osobiście do nas.
            Tak było w moim przypadku z „O północy w Paryżu” (Midnight in Paris). Szkielet historyjki dość banalny. Nieśmiały i trochę pogubiony pisarz zdominowany przez narzeczoną i teściów, odkrywa prawo do realizacji własnych marzeń oraz znajduje drogę do niej. Film, wg mnie, jest jednak wielkim hołdem złożonym Paryżowi przez Amerykanina. Jeżeli ktoś ogląda amerykańskie filmy, a z pewnością wszyscy z nas to robią, bo w telewizjach innych prawie nie ma, ten pewnie zauważył, że pierwsze i ostatnie skojarzenie większości amerykańskich postaci filmowych z Europą to Paryż. „John pojechał do Europy”, mówi dumna matka. „Ach, do Paryża!” zachwyca się sąsiadka. Dzieci w szkole „Wymień miasto w Europie”, „Paryż”, „doskonale”, itd. itp. Romantyczne kolacyjki zakochanych i zamożnych Amerykanów muszą się odbywać w Paryżu.
W czasach „roaring twenties” czyli szalonych lat dwudziestych, kiedy USA przeżywało wielką prosperity, a i Europa pełną piersią chłonęła życie po latach I wojny światowej, wielu czołowych amerykańskich artystów osiedliło się w Paryżu. W podróży w czasie, którą odbędzie Gil Pender, bohater „O północy w Paryżu”, spotka tam więc małżeństwo Fitzgeraldów, Ernesta Hemingwaya, Gertrude Stein czy Cole’a Portera (i szereg innych artystów, którzy Amerykanami nie byli). Niewykluczone, że oprócz cygańskiej atmosfery stolicy Francji, Amerykanów przyciągał tam nieograniczony dostęp do alkoholu, gdyż w ich ojczyźnie zaordynowano właśnie prohibicję. Czarnoskóre artystki (Josephine Baker, Ada ‘Bricktop’ Smith) ściągały z kolei do miasta nad Sekwaną, ponieważ nikt ich tutaj nie przeganiał z hotelu czy restauracji ze względu na ich przynależność rasową. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że spora część kultury amerykańskiej rozwinęła się w latach 20. ubiegłego stulecia w Paryżu właśnie. Gershwin pisze w 1928 roku swój poemat symfoniczny „Amerykanina w Paryżu”, a z kolei w 1951 roku druga dekada dwudziestego wieku znajduje artystyczne odzwierciedlenie w musicalu z Genem Kelly (z wykorzystaniem muzyki Gershwina), czyli, że nieco ponad 20 lat po „roaring twenties” stają się one rozpoznawalną zamkniętą epoką.
To w tej epoce marzy się życie Gilowi Penderowi z filmu Allena. W jego przenosinach w czasie jest mnóstwo pięknej nostalgii nie tylko za minioną epoką, ale generalnie za ideałem, który okazuje się względny (nie będę pisał o wszystkim, bo wierzę, że może kogoś jeszcze namówię do obejrzenia tego filmu), za ideałem stylu życia, za czasami, kiedy ludzie się nie tylko świetnie bawią, ale żyją bezkompromisowo, za nic mając mieszczańskie konwenanse – tworzą szczerze i do bólu, jak Hemingway.
Ponieważ lata 20. to również mój konik, najnowszy obraz Woody’ego Allena odebrałem jako prezent specjalnie dla mnie, niejako zwieńczenie wakacji, które w tym roku miałem naprawdę udane. Muzyka i taniec (scena, kiedy bohater wchodzi do lokalu Ady „Bricktop” jest po prostu magiczna), stroje i styl zachowania (uważam, że w latach 20. kobiety były najbardziej kobiece, zaś faceci eleganccy), pęd do tworzenia i odkrywania nowych przestrzeni w sztuce i w życiu – to wszystko składa się na mój, oczywiście wyidealizowany, obraz lat 20.
A do tego Paryż! Byliśmy w Paryżu z synem (wówczas dziesięcioletnim) w 2002 roku. Kiedy teraz zobaczyłem ulice tego miasta w filmie starego Woody’ego, zapałałem ogromną tęsknotą za tym miastem i chęcią jego ponownego odwiedzenia. I to jest niewątpliwie wpływ filmu, który akurat uderzył w odpowiednią strunę, a nawet szereg strun w mojej konstrukcji mentalnej. Jeżeli natomiast u kogoś nie ma tych strun, to film nie ma w co uderzać – taka jest rzeczywistość i nie ma się co na nią zżymać. Tym, którym bliskie są klimaty lat 20., którym ciało rwie się do tańca przy dźwiękach swingu, oraz tym, którzy kochają Paryż i jego smaki, najnowszy film Woody’ego Allena z czystym sumieniem i serdecznie polecam.