sobota, 29 maja 2010

Artysta a polityka w warunkach polskich

Gdzieś na początku lat 90., kiedy w Polsce rodził się na nowo kapitalizm wzorowany na tym z komunistycznych podręczników do historii, TVP wyemitowała powtórkę jednego z moich ulubionych filmów, „Ziemi Obiecanej”. Jak wiemy tę „łódzką” powieść Reymonta wyreżyserował Andrzej Wajda. Zmienił nieco szczegóły akcji, pewne postaci wyeliminował, a tym, które pozostawił, nadał większą wyrazistość, co dla celów dramaturgicznych było jak najbardziej korzystne. Rzeczywistość dziewiętnastowiecznej Łodzi przedstawił przerysowaną, bo np. stary Bucholz, człowiek rzekomo wzorowany na Carlu Scheiblerze, to sadystyczny kaleki starzec lubujący się w poniżaniu pracowników, w dodatku typowy wzbogacony prostak, co z rzeczywistym Scheiblerem, człowiekiem wykształconym, kulturalnym i o pracowników dbającym, nie miało nic wspólnego.

Film Wajdy pokazywał rzeczywistość dziewiętnastowiecznego kapitalizmu zgodnie z poglądami lansowanymi przez partię komunistyczną, dlatego po okresie kinowym, film był często powtarzany w telewizji jeszcze w latach 70. i 80. Książka Reymonta jest dość wyraźnie antysemicka, a i w filmie Wajdy żydowscy kapitaliści okazują się cwaniaczkami mówiącymi ze śmiesznym akcentem i używającymi niegramatycznej polszczyzny. W dodatku są nieukami (scena, kiedy jeden z żydowskich przedsiębiorców pyta, czy Victor Hugo to ten, który napisał powieść „z ogniem i z mieczem”). Niemniej środowiska żydowskie w Nowym Jorku filmu Wajdy za antysemicki na szczęście nie uznały. Jedną z istotnych zmian w stosunku do książki jest fakt, że fabrykę trzech przyjaciół podpala na koniec zdradzony mąż, którego żona (Kalina Jędrusik) przyprawiła mu rogi z Borowieckim (Daniel Olbrychski). W powieści robi to jeden ze wspólników, Moryc (Żyd w spólce z Borowieckim – Polakiem i Maksem – Niemcem), w celu wyciągnięcia odszkodowania.

W filmie Wajdy pojawia się słynna scena, w której trzej wspólnicy mówią: „Ty nie masz nic, ja nie mam nic, czyli mamy akurat tyle, żeby założyć fabrykę”. Dalej akcja rozwija się w ten sposób, żeby pokazać, że początkujący kapitalista nie ma praktycznie żadnych szans przebić się w świecie, gdzie wszystkie role są już rozdane. W dodatku okazuje się, co Borowiecki wyraża z żalem, że łatwo obliczyć, iż budowanie pozycji nowego przedsiębiorstwa na rynku zajmie całe lata, a spłacanie kredytów jeszcze więcej. Dorobienie się więc majątku marzeń przy pomocy własnej fabryki może okazać się praktycznie niemożliwe. To dlatego spółka się rozpada, a każdy z partnerów szuka szczęścia na własną rękę. Borowiecki żeni się z Madą Mueller (Bożena Dykiel) i przez to zapewnia sobie pozycję w łódzkim świecie bezwzględnych przedsiębiorców.

Ale wróćmy do początku lat 90. Przed emisją powtórki filmu, pojawia się na małym ekranie sam Mistrz i tłumaczy, jakie to były fantastyczne czasy ten dziewiętnasty wiek. Ileż optymizmu krzesał w młodych ludziach! W tym miejscu przytoczył cytat „Ja nie mam nic, ty nie masz nic…” Andrzej Wajda wyraźnie przeinterpretował własne przesłanie i nagle chciał, żeby jego film odbierać jako apoteozę wolnego rynku, inicjatywy prywatnej i niczym nie skrępowanej przedsiębiorczości. Wszystko to jest wg mnie godne polecenia, ale „Ziemia Obiecana” jest obrazem takie wartości dekonstruującym. Wajda obnażył (a może wymyślił za Karolem Marksem) słabości systemu kapitalistycznego, bezwzględnie go ośmieszył i pokazał jego niehumanitarność. I tu nagle na początku lat 90. zmienia przesłanie własnego filmu, wygłaszając nową jego wykładnię.
Bodajże po raz pierwszy na poważnie zwątpiłem w „autorytet” artystów.

Z początku lat 90. pamiętam też doskonale wywiad telewizyjny z aktorem Piotrem Skargą, który w gorzkich słowach wyrażał żal do nowych czasów, do nadejścia których aktorzy tak walnie się przyczynili, że zostawiły artystów na lodzie w twardych warunkach walki o byt. Nie zdawał sobie wówczas chyba sprawy z tego, że tylko ustroje totalitarne hołubią aktorów, pisarzy i wszelkiego rodzaju artystów, ponieważ oczekują od nich wzmocnienia poczucia legitymacji swojej władzy. Demokracja i wolny rynek mówią: „radź sobie, jak umiesz”. Niektórzy artyści myśleli może, że demokracja to będzie coś takiego samego jak socjalizm finansujący, czasami całkiem obficie, działalność teatrów, filmów itd. W jakimś stopniu na pewno państwo powinno odgrywać jakąś rolę w opiece nad dziedzictwem kulturowym narodu i nad rozwojem kultury. Jednakże czasy, kiedy aktor był „autorytetem” bezpowrotnie minęły. Owszem w swoim zawodzie panowie Łapicki, Seweryn, czy nieżyjący już Łomnicki, osiągnęli intelektualne wyżyny i ich wypowiedzi na temat sztuki aktorskiej są niezwykle cenne. Kiedy aktorzy wchodzą jednak w rolę nauczycieli życia, popełniają wyraźne nadużycie.

Andrzej Wajda na politycznej fecie wyborczej ku czci kandydata PO Bronisława Komorowskiego, wyświadczył temu ostatniemu chyba dość niedźwiedzią przysługę, nazywając obecną rzeczywistość polityczną w Polsce „wojną domową”. W chwili, kiedy Jarosław Kaczyński stara się za wszelką cenę zmienić swój wizerunek na łagodniejszy i bardziej pojednawczy, wyskok Wajdy jest co najmniej żenujący. Sam Komorowski jest chyba daleki od takiego formułowania zagadnienia (choć nie wiadomo, czy się z nim nie zgadza). Tymczasem pojawia się „nazwisko”, wielki Mistrz, i wyskakuje z taką głupotą.

Na forach internetowych pojawiły się głosy krytyki, które oczywiście, jak to na forach, poszły o krok za daleko. Jak pisowcy wsiedli na Wajdę, to od razu pojechali po nim jako artyście. Niektórzy nazwali go „miernotą” itd. itp. Polskiego piekiełka ciąg dalszy.

Andrzej Wajda jest wg mnie doskonałym reżyserem. Jego „Ziemię Obiecaną”, mimo wszystkich przekłamań historycznych, uwielbiam i uważam za jeden z najlepszych obrazów kinowych kina światowego. Wajda ma doskonały warsztat i talent, specyficzny zmysł postrzegania rzeczywistości, który pozwala mu robić świetne filmy. Chwała mu za to i niech tak pozostanie. Na inne tematy mógłby się jednak wypowiadać oszczędniej, ponieważ nie ma o nich zielonego pojęcia i po prostu bredzi. To samo da się powiedzieć o Andrzeju Żuławskim czy Agnieszce Holland.

Ponieważ żyjemy w świecie rzeczywistości wirtualnej kreowanej przez media, w świecie „celebrytów” (brr, co za ohydne słowo), czyli ludzi z kółka wzajemnej adoracji, których się w mediach pokazuje, mamy takie kwiatki jak ta wajdowska „wojna domowa”. Z drugiej strony trudno zabronić ludziom mieć własne zdanie na różne tematy związane z życiem publicznym. W takim wypadku należałoby może dać większą szansę wypowiedzi publicznej innym grupom zawodowym – stolarzom, policjantom, nauczycielom, rolnikom itd. Ich zdanie na temat polityki nie jest ani trochę gorsze od poglądów aktorów, reżyserów czy satyryków.

Pozwolę sobie przytoczyć fragment przeklejony z Krótkiego filozoficznego słownika zabobonów Jozefa Innocentego Marii Bocheńskiego:

ARTYSTA. Artysta odgrywa ważną rolę w społeczeństwie: jest specjalistą w sztuce, umie lepiej niż inni wyrażać ludzkie uczucia i ideały, tworzy piękne dzieła itd. Ale jako taki artysta nie jest nauczycielem cnót, przywódcą politycznym ani filozofem. Gdy się uważa za takiego i występuje jako autorytet* w tych dziedzinach, staje się intelektualistą*. Przyznawanie mu tego autorytetu jest pierwszym zabobonem dotyczącym artysty. Bo artysta, podobnie jak literat i dziennikarz, jest specjalistą i autorytetem tylko w jego własnej dziedzinie, którą jest sztuka, a nie w innych. Co prawda może się zdarzyć, że artysta jest równocześnie np. politykiem albo filozofem ale jako artysta nim nie jest.

Szczególnie niebezpieczne jest przypisywanie mu prawa występowania jako nauczyciela moralności. Wypada sobie zdać sprawę, że i pod tym względem artysta w niczym nie góruje nad innymi ludźmi, że nie jest ani autorytetem moralnym, ani uprawnionym kaznodzieją etyki religijnej. Z tego, że umie dobrze przedstawiać czyny ludzkie nie wynika, by posiadał ten autorytet. Przeciwnie, artyści wygłaszali nieraz poglądy moralne sprzeczne z przyjętymi w ich społeczeństwie i darzyli zwykłych ludzi niczym nie uzasadnioną pogardą. Można , więc powiedzieć, że artysta nadużywający swojego autorytetu w tej dziedzinie jest społecznie szczególnie szkodliwy. Inny zabobon dotyczący artysty to mniemanie, że przysługują mu prawa, których nikt inny nie posiada. lak na przykład zdarza się. że artyści malarze, względnie ludzie uważający się za takich, domagają się w imię rzekomej “wolności sztuki prawa .zdobienia" ścian cudzych domów bez zgody właścicieli. Szewc mógłby równie dobrze domagać się prawa sporządzenia pantofli z mojej teczki bez mojego pozwolenia, a rzeżnik prawa zarżnięcia mojego kota, aby z niego ..stworzyć" sznycel. Artysta nie ma w rzeczywistości większych praw niż ktokolwiek inny i kto mu takie prawa przypisuje, popada w zabobon.

Popularność tych zabobonów można wytłumaczyć w następujący sposób: Wartości* estetyczne, które artysta zna lepiej niż inni i umie wcielać w swoje dzieła, są bardzo wysokimi wartościami. Szacunek, jaki dla nich (słusznie) mamy, przenosimy na twórców dzieł sztuki, to jest na artystów, zdarzą się wówczas, że otoczony szacunkiem artysta staje się prawdziwym guru*, bezwzględnym autorytetem we wszystkich dziedzinach. Dochodzi do tego tym łatwiej, im bardziej inne autorytety zwłaszcza moralne są osłabione, jak to się zdarza zwykle w okresach upadku społecznego.

http://www.polonica.net/Sto_zabobonow_JM_Bochenski.htm

niedziela, 16 maja 2010

O Unii Europejskiej myśli kilka

Ostatnio kolega zarzucił mi cyniczny stosunek do Unii Europejskiej. No trochę jest, choć wcale nie do końca taki znowu cyniczny. Sama idea kontynentu bez granic bardzo mi się podoba, bo to po prostu powrót do pewnej normalności z czasów sprzed XIX wieku. Podoba mi się integracja gospodarcza i pomoc dla słabszych regionów, ale... I tutaj zaczyna się lista zastrzeżeń, które są dość istotne.

Mój kolega jest typowym intelektualistą, człowiekiem o ogromnej erudycji i, jak mi się wydaje, pewnym idealistycznym podejściu do rzeczywistości ukształtowanym może nie tyle pod wpływem, co równolegle do "Gazety Wyborczej". Jest bowiem spora grupa ludzi, którzy uważają, że ich poglądy są nie tyle przez "Gazetę" ukształtowane, co po prostu z poglądami "Gazety" się zbiegają. Sam należałem do tej grupy od samego początku istnienia "Gazety", więc wiem, o czym mówię. Kiedy pojawił się "Dziennik", odkryłem, że można mieć nadal poglądy liberalne, ale niekoniecznie zgodne z linią "Gazety Wyborczej". Przy okazji wyszła sprawa Maleszki, postaci tyle intrygującej, co ohydnej, i cała idea wybaczania i zasypywania linii podziałów przestała być dla mnie tak jednoznacznie pozytywna, choć nadal jestem za! Jestem za wybaczaniem, dlatego bracia Kaczyńscy ze swoją retoryką bezwzględnego rozliczania wszystkich, którzy mieli na swoim koncie choćby poddanie się szantażowi bezpieki, napawali mnie strachem.

Od jakiegoś czasu czytam również "Rzeczpospolitą", która ma opinię gazety pro-Kaczyńskiej i prawicowej. Pisują do niej Rafał Ziemkiewicz i Bronisław Wildstein, faceci, z których poglądami nie do końca się zgadzam (zwłaszcza kiedy Ziemkiewicz zaczyna bredzić o wspaniałości przedwojennego ONR, w którym miał zdaje się jakichś krewnych), ale których poglądy warto czasami wziąć pod uwagę, jeżeli się nie chce poddać "jedynie słusznej linii" "Gazety Wyborczej". Bo "Gazeta" to właśnie "jedynie słuszna linia", a każdy kto ma inne zdanie jest przez jej dziennikarzy bezwzlędnie piętnowany. Pod tym względem jest przeciwległym biegunem "Naszego Dziennika".

Jeżeli chciałoby się wyrobić jakieś obiektywne zdanie, należałoby czytać wszystkie tytuły prasowe pojawiające się na rynku. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że po pewnym czasie można sobie już darować teksty Paradowskiej, Wildsteina, Żakowskiego, Ziemkiewicza czy Kingi Dunin, bo z góry wiadomo jaki będzie sens ich wypowiedzi, może lepiej się zastanowić nad darowaniem sobie lektury prasy i zajęciem się czymś konkretnym i konstruktywnym.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Mój kolega, człowiek którego podziwiam za niesamowite oczytanie, żyje w świecie tekstów, czyli tego co ktoś powiedział/napisał. Stopień ich abstrakcji jest tak wielki, że bardzo łatwo zatracić najprostszy instynkt jakim wyposażyła nas natura w celu zapewnienia nam przetrwania.

Handel polega na niczym innym jak na zasadzie, żeby taniej kupić a drożej sprzedać. Cała rozbudowana w setki tysiące tekstów nauka ekonomii to tylko komentarze do tej najprostszej zasady.

Edukacja to nic innego jak przekazywanie wiedzy przez tych, którzy w danej dziedzinie wiedzą więcej tym, którzy wiedzą mniej. Cała bogata literatura pedagogiczna to nic innego, jak komentarz i próby wejścia w szczegóły tego samego w sobie dość prostego procesu. Gdyby na studiach nauczycielskich specjaliści od metodyki wychodzili od tej prostej zasady, nie byliby potem rozczarowani młodymi nauczycielami mającymi problem z określeniem celu lekcji, albo wręcz nie zdającym sobie sprawy z konieczności jego określenia.

Intelektualiści nie biorą pod uwagę tego, że cała ich bogata wiedza służy grupie tych, którzy tę wiedzę umieją wykorzystać bardzo praktycznie. Co więcej, ci którzy tę wiedzę potrafią wykorzystać niekoniecznie ogarniają całość. Najbogatsi ludzie, którzy decydują o przyznawaniu funduszy na te czy inne cele, niekoniecznie znają wszystkie teorie ekonomiczne. Oni po prostu wiedzą jak taniej kupić, a drożej sprzedać.

Podobnie jest z Unią Europejską. Jest to pewne pożyteczne forum, na którym narody Europy mogą się spotkać, określić swoje stanowiska i podjąć wspólne działania, tam gdzie są konieczne. Mój częściowy cynizm bierze się m.in. z tego, że nie jestem przekonany co do konieczności wszystkich działań, jakie Unia proponuje i podejmuje.

Niewątpliwie są wśród wysokich urzędników Unii ludzie, którzy wierzą, że jej obywatele powinni kierować się interesem wspólnym przede wszystkim a dopiero potem narodowym. Jest to na obecnym etapie myślenie naiwne, bo biznesmeni i politycy Niemiec i Francji, będą pilnować swoich interesów. Wcale niekoniecznie dlatego, że są jakimiś strasznymi nacjonalistami, ale po prostu nie są idiotami pozbawionymi instynktu samozachowawczego. Niemcy to bardzo ciekawy przykład najsilniejszego członka Unii, który wnosi najwięcej do wspólnej kasy, ale też prowadzi handel i inwestycje na tak szeroką skalę, że pieniądze przydzielone słabszym partnerom, wcześniej czy później wrócą do najbogatszej gospodarki kontynentu. Denerwują mnie prymitywni krytycy Unii, którzy mówią, że ta nas po prostu "doi". To nie jest chyba tak ("chyba" bo dokładnej wiedzy nie mam - no właśnie, a kto w szerokim spektrum społeczeństwa ma?). Korzystamy na członkostwie niewątpliwie. Budowa i remonty dróg to coś, co mi szczególnie leży na sercu i widzę konkretny postęp w tej dziedzinie.

Rzecz w tym, że mimo wszystko, najwięksi gracze pilnują swoich własnych interesów przede wszystkim. Oczywiście pomogą teraz Grecji, choć Angela Merkel otwartym tekstem przyznała, że musi przede wszystkim zadbać o interesy Niemców, którzy wcale nie są skłonni do rozdawania swoich pieniędzy. Warto zauważyć, że przy całej przyjaźni z Francją, w Niemczech nie ma sieci "Auchan" czy "Carrefour". U nas są obok "Kauflandów". Zawsze mnie zastanawiało, ile trudu kosztuje postawienie wielkiego baraku ze stoiskami? Czy hipermarketów nie mogą budować polscy kupcy? Może nie mamy tak bogatych inwestorów? Nie wiem, ale coś nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Zupełnie inna sprawa to zaawansowane technologie, w których trudno prześcignąć Niemców.

Kolega jako argument w obronie integracji z Unią przytoczył Grecję, która już by zbankrutowała, gdyby nie pomoc pozostałych członków Wspólnoty. Wszystko się zgadza, ale to też jest w dużym stopniu chore! Przecież Grecy mają swój kryzys na własne życzenie. Kłamali w sprawie swojej sytuacji gospodarczej, ale w gospodarce takie cwaniakowanie ma krótkie nogi. Teraz za to płacą, ale płacić nie chcą. Wiadomo, że instytucje międzynarodowe udzielające pomocy ubogiemu krewnemu chcą mieć gwarancje, że ten krewny nie zmarnuje kolejnych pieniędzy. Tymczasem Greków ogarnął szał niszczenia własnego państwa. Osobiście wolałbym, żeby to Polska dostała więcej pieniędzy z kasy unijnej niż, żeby ją pchać w ręce idiotów, którzy chcą mieć warunki socjalne, o jakich nawet nie marzymy.

Otóż cała kwestia jest w tym, że Unia jako twór federalny do mnie nie przemawia, bo wtedy musielibyśmy się godzić na demokratycznie uzasadnione rządy Niemców i Francuzów w sojuszu z Włochami. Dopóki istnieją państwa narodowe, można bronić swoich interesów, tak jak robią wyżej wymienione państwa.

Janosik

W niedzielne poranki nasza telewizja raczy nas powtórką serialu „Janosik” z Markiem Perepeczko w roli głównej. Oglądają go moje dzieci, śmieją się z Kwicoła i Pyzdry, tak jak ja kiedyś. Pamiętam, że kiedy byłem w szkole podstawowej byłem wielkim fanem „Janosika” i chciałem koniecznie zdobyć wszelkie książki na jego temat. Niestety nie dysponowałem własną gotówką i kiedy w kiosku „Ruchu” na rogu ul. Kilińskiego i Nawrot w Łodzi zobaczyłem, ku mojej wielkiej ekscytacji grubą książkę z moim bohaterem w tytule, obiecałem sobie, że w jakiś sposób wyciągnę od rodziców pieniądze i owo dzieło nabędę. Niestety, następnego dnia książki już nie było, a ja byłem wówczas w takim wieku, w którym autor tekstu jest kwestią absolutnie drugorzędną.

Mój kolega, Irek, posiadał z kolei jedną dość cienką książeczkę w bardzo estetycznej szacie graficznej traktującą o jednej z przygód Janosika. Do dziś zachodzę w głowę, czy książeczki z tej serii pojawiły się po serialu, czy przed, bo pamiętam, że występowały w niej wszystkie postaci z niego – Jakubek, Maryna, Kwicoł, Pyzdra, Wróblik i burgrabia. W każdym razie znowu miałem pecha, bo choć wiedziałem, ze tomik, który posiadał Irek jest częścią większej całości, nigdy nie trafiłem na żadną z innych części.

Oczywiście Janosik był dla mnie uosobieniem bojownika o sprawiedliwość, Robin Hoodem broniącym słabych przed możnymi tego świata. Pierwsze rozczarowanie przyszło po przeczytaniu artykułu w „Panoramie”, kolorowym czasopiśmie z lat 70. ubiegłego wieku (a może to był „Przekrój”?), gdzie przedstawiono postać Juraja Janošika z Terchowej na Słowacji w zupełnie innym świetle. Co prawda w pierwszym odcinku polskiego serialu „Janosik” jeden ze zbójników, którego Perepeczko poznaje w lochu, opowiada, że „był u nas taki Janosik”, czyli od razu wiadomo, że ten przez Perepeczkę grany jest Janosikiem wtórnym. Później zbójnik, który opowiedział o tym pierwszym Janosiku, nosi góralski kapelusz z rondem podwiniętym do góry, po czym można poznać jego słowackie pochodzenie. Tak czy inaczej, Janosik był dla nas polskim zbójnikiem, a ta opowieść z pierwszego odcinka szybko uciekła z naszej pamięci. Z artykułu z „Panoramy” dowiedziałem się, że prawdziwy Janosik był po prostu niebezpiecznym kryminalistą, okrutnym zbójem, który najczęściej rabował bogatych chłopów, wójtów i sołtysów i bynajmniej z nikim się zrabowanym bogactwem nie dzielił. Został aresztowany i skazany na śmierć przez powieszenie na haku. O ile dobrze pamiętam, wyrok wykonano w Liptowskim Mikulašu. Juraj Janošik prawdopodobnie nigdy nawet nie był po polskiej stronie.

Filmu Agnieszki Holland „Janosik – prawdziwa historia” jeszcze nie obejrzałem, bo moja fascynacja Janosikiem już mi dawno przeszła. Udało mi się jednak obejrzeć czechosłowacki film z roku 1921 – oczywiście czarno-biały i niemy. Stary baca opowiada historię Janosika grupie turystów w „miastowych” strojach. Historia jest prosta i jak najbardziej zgodna z legendą, tzn., że zbójnik rabował panów i wspomagał chłopów. Na uwagę zwraca jednak jeszcze jeden bardzo istotny element. Oto panowie to przecież wyłącznie Węgrzy, zaś chłopi to Słowacy. Ostatni napis po scenie skazania Janosika na powieszenie za żebro na haku oznajmia, że był on pierwszym bojownikiem o wolność ludu słowackiego („Takto skončil Janošik, prvý bojovnik za slobodu slovenského l’udu”).

Pojęcie narodu, jego definicji, granic i cech charakterystycznych powraca do mnie jak bumerang. Niewątpliwie wszystkie narody są tworami historycznymi, mającymi swój początek, swój mit założycielski, coś, co pozwala jego członkom rozpoznawać się nawzajem. Dla człowieka kultury zachodniej naród to po prostu ludzie zamieszkujący jedno państwo i posiadający jego obywatelstwo. Dla Polaków niekoniecznie, bo przecież egzystowaliśmy bez własnego państwa (podobnie jak przez prawie dwa tysiące lat Żydzi, albo obecnie Kurdowie). Państwo polskie istniało jednak dość długo, żeby sama pamięć o nim pozwalała na przetrwanie narodu w okresie zaborów. Żydzi mieli Torę i Księgi Królewskie, które pozwalały im żyć w wirtualnym królestwie króla Dawida i jego syna Salomona, które w rzeczywistości nie istniały od dwudziestu kilku stuleci. Tymczasem w XX wieku pojawiają się państwa narodowe, w których w roli narodów występują grupy etniczne, które nigdy przedtem swojego państwa nie miały.

Po I wojnie światowej Węgry zostały ukarane utratą większości swoich terytoriów nie tylko dlatego, że stanowiły część monarchii habsburskiej walczącej po „niewłaściwej” stronie, ale również za krwawą komunistyczną rewolucję Beli Kuna. Siedmiogród oddano Rumunom, a Słowację przyłączona do Czech tworząc Czechosłowację, twór państwowy niezwykle ciekawy i godny studiowania nie tylko przez historyków, ale również przez wszystkich tych, którzy interesują się działaniem demokracji parlamentarnej w praktyce.

Od początku było wiadomo, że Czesi są w tym państwie elementem dominującym, ale język słowacki jak najbardziej funkcjonował w oficjalnym obiegu. O ile Czesi mogli nawiązywać do tradycji państwowej nieco starszej niż Polska, Słowacy od czasów zmiażdżenia państwa wielkomorawskiego przez Madziarów pozostawali pod ciągłym panowaniem tych ostatnich (z krótkim epizodem z Bolesławem Chrobrym w roli głównej). O historii Słowacji tak naprawdę wiemy bardzo niewiele. Nie słychać jednak o żadnych buntach na tle etnicznym. Porządek tam utrwalony, to pan-Węgier i chłop-Słowak. Ten ostatni nie ma elity, która by mu uświadomiła, że jest członkiem dumnego plemienia, które powinno mieć państwo. W dziewiętnastym wieku pojawia się inteligencja świadoma swojej odrębności od Węgrów i od Czechów. To dopiero początek żmudnej pracy uświadamiania „tutejszym”, że są narodem. Nie oszukujmy się – „uświadamianie” to eufemizm na tworzenie narodu od podstaw. Wiadomo było jednak już wtedy, że „prawdziwy naród” potrzebuje bohaterów, potrzebuje po prostu mitu założycielskiego. Jest rok 1921, Czechosłowacja dopiero co powstała. Czesi w XIX wieku też specjalnie o niepodległość nie walczyli (pomijając to, że niektórzy byli zaczadzeni ideą panslawizmu, co oznaczało po prostu działanie na rzecz cara Rosji), ale wystarczyło, że przypomnieli tradycję państwa Przemyślidów i Wacławów. Słowacy niczego takiego nie mieli, więc jakąś legendę trzeba było dorobić. W ten sposób reżyser Jaroslav Siakel’ przy pomocy amerykańskiego kapitału taką legendę stworzył, czyniąc okrutnego kryminalistę, z którym nikt również i dzisiaj nie chciałby mieć nic do czynienia, bohatera narodowego. (Niestety, „historia prawdziwa” Agnieszki Holland jest tylko kolejną bajką).

Mity założycielskie to słaby punkt wielu narodów, które wypływają na powierzchnię historii jako byty państwowe. Nasze problemy z Ukrainą wynikają przecież z niczego innego, jak z tego, że oto potomkowie Rusinów zamieszkujących zachodnie i centralne tereny dawnej Rusi Kijowskiej, w pewnym momencie zaczęli czuć odrębność wobec Rusinów skupionych wokół Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Ukraińcami zaczęli nazywać siebie samych jeszcze później. W XIX wieku car co prawda każe im się uważać za Małorusinów (tak jak Moskali za Wielkorusinów), czyli po prostu Rosjan, ale pod zaborem austriackim, rodzi się inteligencja ukraińska. Taras Szewczenko daje im literaturę w języku, który rosyjskim nie jest. Nadal jednak trzeba bohatera. Jednym z nich musi zostać Bohdan Chmielnicki, szlachcic z polskiej rodziny, który zbuntował się przeciw polskim panom. Potem długo nic, no może Semen Petlura, a dalej w czasie II wojny światowej OUN, UPA i ich działacze. Tak się niestety składa, że organizacje te były jawnie antypolskie i mają polską krew na rękach. No i się nie dogadamy. Dlatego uważam, że w większości przypadków historii nie tyle nie należy ruszać, co oddać ją do przebadania i opisania historykom. W żadnym wypadku nie należy się nią kierować w polityce bieżącej.

Takie narody, jak Litwini, Białorusini czy Ukraińcy mieli problem z mitem założycielskim oczywiście trochę przez nas, choć nie sądzę, żeby Polacy w tamtym czasie prowadzili świadomą politykę wynaradawiania elit. To same owe elity skłaniały się ku polskości ze względu na jej polityczną atrakcyjność. To dlatego potem niepodległe państwo białoruskie próbowało budować tradycję nawiązującą do Wielkiego Księstwa Litewskiego („Pogoń” w godle), bo wiadomo, że starobiałoruski był językiem dworu wileńskiego. Nie ma się jednak co oszukiwać, samego pojęcia Białoruś i narodowość białoruska nie było, bo to pojawiło się dopiero w wieku XIX (Ruś Biała była przedtem tylko terminem geograficznym). Krótkie dzieje Republiki Białoruskiej z 1918 wieku nie mogły się odcisnąć na świadomości mieszkańców jej ziem na tyle, żeby potem masowo dążyć do jej odrodzenia. A w końcu Łukaszenka znalazł nową formułę dla narodu białoruskiego – rosyjskojęzyczną tradycję sowiecką. Co ciekawe, taka formuła zdaje się wielu zadowalać.

Litwini mają o wiele bogatszą tradycję, ale mają ten sam problem, co Szkoci z Anglikami. Wielu wybitnych Litwinów równocześnie było wybitnymi Polakami, a przeciwstawienie tych pojęć wydawałoby im się pewnie nie na miejscu. Niemniej mają już całkiem dużą liczbę historycznych postaci, które z polskością nie mają nic do czynienia, a to dzięki istnieniu niepodległego państwa litewskiego. I znowu – istnienie państwa, o ile jak się okazuje nie jest czynnikiem niezbędnym do przetrwania narodu, to jednak bardzo mu w tym pomaga.

Słowacy wysadzili się na niepodległość, ale niestety przy pomocy hitlerowskich Niemiec. Nie sądzę też aby ostatni rozwód z Czechami był z ich strony krokiem najrozsądniejszym. Z gospodarczego punktu widzenia, raczej nie sądzę. Skąd więc ta usilna dążność do niepodległości? Co daje Słowakom takie poczucie odrębności i dumy? Czyżby tradycja Juraja Janosika, zbója z Terchowej?

środa, 5 maja 2010

O pohukiwaniu

Wszelkie próby naukowego opracowania tzw. charakteru narodowego są zawsze bardzo ryzykowne. Samo słowo „charakter” jest dość wieloznaczne, ale każdy z nas pojmuje je na tyle precyzyjnie, że jest w stanie dogadać się z drugim człowiekiem używającym tego samego słowa. Podobnie jest ze słowem „narodowy”, bo przecież brakuje precyzyjnej definicji narodu. Dr Edmund Lewandowski, socjolog z Uniwersytetu Łódzkiego specjalizuje się w charakterach narodowych, czyli w cechach większych społeczności, które da się jakoś wyróżnić. Problem w tym, że jeżeli powiemy, że ten naród jest taki a taki, to ktoś może odpowiedzieć, że jakiemuś innemu narodowi w tym względzie również niczego nie brakuje. Jeżeli do tego dodamy fakt, że ludzkie modele zachowań zmieniają się z czasem, uchwycenie cech charakterystycznych dla danej wspólnoty językowo-kulturowej może być zadaniem karkołomnym. Najlepszym przykładem są zmiany w modelu spożywania alkoholu. My, naród słowiański, który nie lubi rosyjskiego rządu, ale lubi czasem wypić z Rosjanami, zajmujemy obecnie jedno z ostatnich miejsc w spożyciu alkoholu w Unii Europejskiej.

Porywanie się więc na jakiś ogólny charakter narodowy jest bardzo ryzykowne. To, o czym chciałbym dzisiaj napisać nie pretenduje do dogłębnej analizy „charakteru polskiego”, ale jest pewną obserwacją na temat akurat naszego narodu. Całkiem możliwe, że inne społeczności też mają podobny problem, ale ja piszę o nas, Polakach.

Otóż uważam, że jedną z najsilniejszych naszych cech jest nie tyle indywidualizm, co wrażliwość na punkcie własnej godności. Być może pamiętacie odcinek „Czterdziestolatka”, w którym pojawia się stażystka po studiach, ale znająca realia zachodnie i japońskie. Nie pamiętam już czy to sam tytułowy bohater serialu, inż. Stefan Karwowski, czy ktoś inny powiedział, że w Polsce nie da się zarządzać tak jak w Japonii czy na Zachodzie, gdzie wystarczy wydać polecenia (nie wiem na ile te słowa były w ogóle prawdziwe, bo nigdy nie byłem niczyim podwładnym, a tym bardziej szefem na Zachodzie czy w Japonii). U nas trzeba z ludźmi negocjować, niejako ich „podchodzić”, brać na ambicję, trochę naobiecywać, albo wręcz wziąć na litość. Za każdym razem człowiek na wyższym szczeblu w hierarchii musi wysilić swój talent negocjatorski, żeby jego podwładni zechcieli zrobić cokolwiek, a już szczytem umiejętności menedżerskich jest sprawienie, że zrobią to dobrze.

Oczywiście pamiętamy, że za komuny w sprawach zarządzania państwem czy miastem, ludzie niewiele mieli do powiedzenia. Można oczywiście to samo powiedzieć o ówczesnych zakładach pracy. Rzecz w tym, że ci na dole, którzy nie mieli żadnej mocy decyzyjnej, ani nawet nie mieli prawa do głośnego wyrażenia swojego zdania, masowo stosowali mniej lub bardziej świadomą obstrukcję. Urzędnik zbesztany przez zwierzchnika, olewał sprawy petentów. Robotnik skrzyczany przez kierownika, tym bardziej zapierał się w sobie i z wielką niechęcią robił to, co normalnie do niego należało. Była to taka norma, że kiedy znalazła się w jakiejś fabryce dobrze zarządzana i motywowana brygada, jej sława rozchodziła się szerokim echem. Generalnie jednak etos pracy istniał w szczątkowej formie i jako coś wyjątkowego.

Jedną z metod, jaką powzięto w stosunkowo krótkim czasie, która pozwoliła ograniczyć pewne złe nawyki w podejściu do obowiązków, była likwidacja, bądź poważne osłabienie bezpieczeństwa socjalnego. Strach przed bezrobociem w dużym stopniu przyczynia się do pewnej dyscypliny. On sam jednak nic nie pomoże, jeżeli kadra kierownicza nie nabędzie umiejętności odpowiedniego motywowania do pracy. Znowu, jeżeli szef tylko pohukuje na pracownika, nie tłumacząc mu, czego dokładnie oczekuje, a i odpowiednio nie motywując go finansowo (odpowiednio wcale nie musi oznaczać bardzo wysokich wynagrodzeń), ten nawet podświadomie zacznie stosować obstrukcję i bojkotować zarządzenia takiego szefa. Z czasem sprawy nabierają takiego obrotu, że granica, za którą pracownik ma już tylko „honor”, albo „godność” (o ta granica potrafi być u niektórych baaaardzo elastyczna!), zostaje przekroczona i woli on odejść z pracy, czy nawet być z niej wyrzucony niż dalej znosić „pohukiwanie jakiegoś głupka/chama/itp.”

Poczucie godności jest u nas bardzo silne i niczego tak nie cierpimy, jak „pohukiwania” na nas. Owszem czasami pojawiają się ludzie, których prawie dobrowolnie (prawie, bo ta „dobrowolność” ma swoje źródła często poza naszą świadomą wolą) uznajemy za uprawnionych do pouczania nas, a nawet do podniesienia na nas głosu czy wręcz poszturchiwania nas. Takim człowiekiem był np. marszałek Józef Piłsudski. Nie do końca jest tak, że dla wszystkich i bezwarunkowo był autorytetem. Endecy nigdy jego autorytetu nie uznawali, ale to akurat dlatego, że to oni właśnie chcieli innych pouczać i na nich pohukiwać. „Dobrowolne” uznanie autorytetu Marszałka było bardzo mocno poparte argumentem siłowym – wojskowym zamachem stanu, a potem represyjną polityką wobec opozycji. No nie ma się co zżymać, to są fakty i już. Wielu, jeśli nie większość, ludzi wbrew pozorom ma taką naturę, że przed siłą się ugina, a chcąc żyć w poczuciu nie utraconej godności, wmawiają sobie i wtłaczają to do podświadomości, że właściwie to wszystko im się podoba i że są dumni, a tylko ci opozycjoniści to jacyś awanturnicy i wywrotowcy. Tak mnie więcej działa umysł wielu zwykłych zjadaczy chleba. Autorytet poparty siłą ma prawo pohukiwać, bo jest jak „miłujący ojciec”, który chce naszego dobra. Na wszelki wypadek tę siłę trzeba trzymać w pogotowiu.

Gorzej jest w naszym narodzie, kiedy ktoś przekonany o swojej świętej misji nie ma za sobą żadnych „argumentów” w postaci brutalnej policji czy wojska, a tylko „moralne prawo” do pouczania co jest dobre a co złe. O, tutaj nie wróżę sukcesów. Po pierwsze, jeżeli ktoś poucza, to „z jakiej racji niby”, „za kogo on się uważa?” Często bywa tak, że ktoś taki może i nawet ma rację, ale zraża do siebie tych, których powinien właśnie do siebie przyciągnąć, jeżeli naprawdę mu zależy na osiągnięciu celu. Sam popełniałem ten błąd nieraz i wiem, o czym mówię. Kiedy zaczynałem pracę jako młody nauczyciel historii, uważałem, że mam moralne prawo pohukiwać na leniwych uczniów, bo przecież ja to robię dla ich dobra. Być może, gdybym pracował w Polsce przedwojennej, kiedy za nauczycielem stała powaga państwa, a dyscyplina, nie tylko ta pojmowana jako porządek na lekcji, ale również jako umiejętność samodyscypliny wobec obowiązków, stanowiła wartość samą w sobie, swój cel bym osiągnął. Niestety tak nie było. Uczniowie już wtedy doskonale wiedzieli, że za „nadmiar” złych ocen, które się brały po prostu z braku poświęcenia przez nich wystarczającej ilości czasu na przygotowanie do klasówki, to nauczyciela spotka kara ze strony dyrekcji. Można powiedzieć, że powinienem twardo stać na straży swoich zasad i za wszelką cenę próbować ich zmusić do przyswojenia wiedzy z historii. Bywają takie sprawy, za które warto nawet życie poświęcić. Mając przeciwko sobie uczniów, rodziców i dyrekcję, stwierdziłem, że priorytetem jest dla mnie utrzymanie mojej własnej rodziny, a nie utrata zdrowia w słusznej sprawie. Zmieniłem szkołę, a w tej nowej moje podejście było już zupełnie inne. Kto tu popełniał błąd? Oczywiście, że ja! Bo tu nie o to chodzi, że z moralnego punktu widzenia to ja miałem rację, a wszyscy inni brali udział w jakimś łajdackim relatywizowaniu najprostszych zasad, którymi powinniśmy się wszyscy kierować. Chodzi o to, że przyjmując stanowisko pryncypialne bez poparcia znikąd byłem po prostu śmieszny. Pohukując na wszystkich nie mając żadnego argumentu poza samą zasadą moralną, ośmieszałem siebie i samą tę zasadę, bo po prostu nikogo do swojego toku rozumowania nie umiałem przekonać. Moje koleżanki (kobiety chyba są o wiele lepsze w osiąganiu celów pedagogicznych) jakoś sobie z uczniami radziły. Meandrując między „zgniłymi kompromisami”, „relatywizowaniem zasad” i obniżaniem poziomu wymagań, osiągały coś, cokolwiek, ale powoli posuwały się do przodu. Nie liczyły na to, że swojego przedmiotu nauczą wszystkich uczniów, ale trafiały przynajmniej do ich części. Ja mogłem najwyżej zostać, jak to się mówiło w czasach mojej młodości, „dumny i blady”.

Marek Żydowicz, inicjator i organizator Camerimage, (najpierw w Toruni, teraz w Łodzi, a już wkrótce nie wiadomo gdzie) zażądał od łódzkiej Rady Miejskiej jakichś gigantycznych pieniędzy na budowę gmachu zaprojektowanego przez znanego architekta z Toronto, Franka Gehry’ego. Miasto odmówiło złożenia u drogiego architekta (owszem jednego z najlepszych na świecie, choć myślę, że nam też nie brakuje zdolnych projektantów) takiego zamówienia. Na to pan Żydowicz całemu światu obwieścił, że łodzianie są przeciwnikami kultury i że on Camerimage z Łodzi zabierze. Szkoda, naprawdę szkoda, bo taka impreza by się temu miastu przydała. Ba, nawet taki budynek byłby z pewnością atrakcją turystyczną. Rzecz w tym, że pan Żydowicz na ludzi pohukuje, a mało który Polak to lubi. Na „pohukiwacza” Polak się wypina i woli nawet stracić, niż mieć z nim cokolwiek do czynienia.

Jarosław Kaczyński, człowiek, w którego osobistą uczciwość wierzę, cały swój styl kierowania zarówno własną partią jak i krajem, oparł na pohukiwaniu. To dlatego z PiSu odszedł m.in. Ludwik Dorn, Radek Sikorski i szereg innych działaczy. Niektórzy może i faktycznie wykazali się złą wolą wobec braci Kaczyńskich, inni jednak ośmielili się mieć tylko inne zdanie. „Huknięto” na nich i już ich w PiSie nie ma. Być może okazali się nadwrażliwością i wcale racji nie mieli odchodząc, skoro w zasadzie nadal zgadzają się z linią polityczną partii, którą opuścili. Być może nie powinni się zachowywać jak primadonny, a po prostu ze skruchą poddać się „ojcowskiemu” napomnieniu szefa. Być może. Problem w tym, że jest nas tu w Polsce wielu i jeżeli chcemy osiągnąć coś dobrego dla naszego kraju, nie możemy na ludzi pohukiwać, choćbyśmy mieli rację (a Jarosław Kaczyński wcale nie ma na nią monopolu), bo nie będziemy mieli ani z kim ani dla kogo pracować. Metoda negocjacyjna w zarządzaniu to niejednokrotnie męka i orka na ugorze w dodatku pod górkę. Metoda pohukiwania prowadzi jednak często do kresu jakichkolwiek działań.

Powiedzmy sobie otwarcie, każdy z nas nieraz by chciał na kogoś huknąć. Sam się zaangażowałem w pewną organizację społeczną, której dobra i rozwoju pragnę, a której działania są skierowane ku dobrym celom. Metody tych działań, a często po prostu brak jakichkolwiek działań, gdzie powinny one zaistnieć, doprowadzają mnie do pasji. Nieraz chciałoby się huknąć na osoby z zarządu, a niektórzy koledzy nawet czegoś takiego próbowali. No niestety, odpowiedzią często bywa to, że „i tak robimy to społecznie, nikt nam nie pomaga, a do krytyki każdy jest skory”. Ze strachu, że cała organizacja się rozpadnie jak domek z kart, każdy się boi powiedzieć cokolwiek krytycznego. Żeby był jasne, ze względu na dystans, jaki mnie dzieli od siedziby tej organizacji, sam się w jej zarządzanie zaangażować nie mogę. Na początku tej działalności co jakiś czas wyskakiwałem z jakimiś pomysłami, których nikt oficjalnie nie krytykował ani nie odrzucał, tylko po prostu ignorował. Nie mam pretensji, takie są realia.

Nie mogę się wypowiadać autorytatywnie na temat realiów zachodnich, czy japońskich. O polskich da się powiedzieć tyle, że pohukiwaniem wiele się nie zdziała. Nie zawsze dlatego, że pohukujący jest apodyktycznym chamem, a ofiary pohukiwania biednymi zastraszonymi szarakami. Często pohukujący ma kryształowe intencje, a ci, na których pohukuje, to gromada warchołów. Rzecz w tym, że innych ludzi nie mamy i musimy sobie jakoś radzić z takimi jacy są.