wtorek, 20 stycznia 2015

O klimacie starych miast (w kontekście zapachu)



Jako historyk z wykształcenia i zamiłowania, mam wiele sentymentów do starych budynków i w ogóle do klimatów, jakie panowały w przeszłości. Niektóre sam pamiętam z dzieciństwa lub lat młodości, a niektóre mogę sobie wyobrazić na podstawie opowiadań starszych lub zdjęć i filmów. Czasami jakiś mistrz kina potrafi zrekonstruować klimat jakiejś epoki, którego nieodłącznym elementem jest architektura.

Doskonale pamiętam klimat starego Widzewa, gdzie mieszkałem, ale również klimat Bałut, gdzie mieszkała moja ciotka, którą często odwiedzałem. Z Bałutami zresztą wiązała się część historii mojej rodziny, ponieważ moja babcia, Marianna z Moszczyńskich wychowała się na Krzyżowej. Po domu moich pradziadków nie było śladu już w czasach mojego dzieciństwa, ale w jego pobliżu (na ulicy Żabiej, o ile dobrze sobie przypominam) odwiedzaliśmy czasami siostrę mojej babci, ciotkę Jasię, która mieszkała w przedwojennym dużym piętrowym drewnianym domu. Ba, pamiętam też niewielki drewniany domek państwa Lisieckich, który stał niedaleko ulicy Łagiewnickiej. O ile dom ciotki Jasi świadczył o zamożności i zaradności jej męża (tak samo jak dom pradziadka Moszczyńskiego – oczywiście jak na bałuckie warunki), to maleńki drewniak był reliktem przedwojennej rzeczywistości, która kazała biednym łodzianom samodzielnie budować małe tanie domki na możliwie najmniejszych parcelach. Żeby jednak dojść w okolice Krzyżowej trzeba było dojechać tramwajem do Rynku Bałuckiego, albo nawet przystanek dalej. Po drodze mijało się szare kamienice, jakich w Łodzi było (i jeszcze jest) pełno. 

W latach 70., ale z pewnością trend zaczął się dużo wcześniej, kto mógł, ten chciał się z takiej kamienicy wyrwać „do bloków”. Mieszkanie w bloku, „nowoczesne”, czyste, jasne i suche, z łazienką i ubikacją na miejscu (nie na podwórku lub na korytarzu) to był synonim niebywałego awansu społecznego. Sam doświadczyłem wielkiej euforii, kiedy w wieku 12 lat przeprowadziliśmy się z Wysokiej na Widzew-Wschód. Przy tym bloki z lat 70. różniły się zasadniczo od tych z lat 60. Specyfika bloków gomułkowskich bowiem polegała na tym, że były „oszczędne” – mieszkanka były w nich małe, kuchnie mikroskopijne i często „ślepe”, czyli bez okna, a pozostałe pomieszczenia również niezbyt przestrzenne. Porównując nasze, też przecież w końcu niewielkie, mieszkanie z mieszkaniami znajomych z bloków z poprzedniej dekady odczuwałem wielką dumę i satysfakcję. Tymczasem wielu ludzi nie miało tyle szczęścia, żeby dostać mieszkanie (no właśnie, za mieszkanie trzeba było zapłacić, ale i tak mówiło się „dostać”). Na przydział trzeba było czekać bardzo długo (od 2 lat w epoce późnego Gomułki do 10 pod koniec epoki Gierka), chyba, że zakład pracy wykupił ze spółdzielni jakąś pulę mieszkań. My mieliśmy takie szczęście, że tata przeniósł się EC3 do nowo wybudowanej EC4 i dzięki temu przeprowadziliśmy się na Widzew-Wschód, osiedle które powstało niemal na moich oczach, ponieważ jego teren odkąd pamiętam obserwowałem zza płotu cmentarza na Zarzewie, który odwiedzałem ze swoimi dziadkami i rodzicami. Doskonale pamiętam łany zboża na miejscu, gdzie w połowie lat 70. XX wieku stanęły bloki. 

Po zachwycie blokowymi „luksusami” przyszedł jednak sentyment człowieka, którego fascynują klimaty przeszłości. Kiedy przeprowadziłem się do Białegostoku lubiłem się przejść na Sienny Rynek, bo nieco mi klimatem przypominał Rynek Bałucki, ale to już były jego ostatnie chwile. Plac o takiej nazwie nadal w Białymstoku istnieje, ale z prawdziwym rynkiem, na który przyjeżdżają konnymi wozami chłopi ze swoimi produktami, nie ma już nic wspólnego. Ponieważ nadal wzruszają mnie klimaty przeszłości, z wielką przyjemnością oglądam stare fotografie miast. „Polubiłem” kilka stron na Facebooku poświęconych zarówno starej Łodzi, jak i staremu Białemustokowi. Lubię same stare fotografie, ale lubię też zestawienia zdjęć tych samych miejsc z przeszłości i współczesności. Rzadko można się natknąć na serię obrazów ilustrujących zmiany jednego punktu w danym mieście, ale jednak czasami się zdarzają. 

Jak się okazuje, ludzi podatnych na czar klimatów miejskich z ubiegłych epok jest niemało, o czym świadczą komentarze pod zdjęciami. Tutaj jednak często można spotkać ludzi, którzy w swoim uwielbieniu do historycznej atmosfery tej czy innej ulicy/dzielnicy, trochę jednak przesadzają. Pod jednym ze zdjęć pokazującym przedwojenne okolice ulicy Młynowej w Białymstoku ktoś umieścił komentarz: „Kiedyś miasta miały zapach, a teraz…?” Wielka szkoda, że ten miłośnik Białegostoku nie jest, tak jak ja, również miłośnikiem Łodzi, bo wtedy być może natknąłby się na zdjęcie przejścia między starymi kamienicami w okolicach ulicy Franciszkańskiej w Łodzi, które ktoś opatrzył z kolei następującym komentarzem: „Fiołkami to tam nie pachniało”. Otóż to. Co prawda nie urodziłem się w takich czasach, żeby pamiętać powszechność rynsztoków, czyli zagłębień ciągnących się przy wzdłuż jezdni tuż przy krawężnikach (o ile na takiej ulicy były chodniki), gdzie mieszkańcy danej ulicy wylewali wszelkie nieczystości, ale pamiętam z dzieciństwa, że gdzieś na Bałutach i na Grembachu na takie ulice się jeszcze natknąłem i daję słowo, że ich zapach fiołków nie przypominał. Zresztą nie trzeba było rynsztoków, żeby odczuć „zapach” miasta. W starych kamienicach, takich w jakiej mieszkałem do dwunastego roku życia, lokatorzy często, zwłaszcza latem, otwierali nie tylko okna, ale również drzwi na klatkę schodową, natomiast z ich mieszkań rozchodziły się „zapachy” tego, co akurat gospodynie domowe (takie były czasy, o gender jeszcze nikt w Polsce nawet nie marzył) przygotowywały na obiad. Często był to zaduch „brzuszka” (tak w Łodzi mówi się na surowy boczek) topionego na skwarki, czy woń duszonej kapusty. Na myśl przychodzi fragment wiersza Rafała Wojaczka Koniec poezji („Koniec poezji winien być w ciemnej sieni czynszowej/Kamienicy kapustą woniejącej wychodkiem”). Mimo całej słabości do klimatów minionych lat, jakoś tak nie potrafię w sobie wskrzesić tęsknoty do zapachów tamtych czasów. 

Tak na marginesie. Przypomniała mi się pewna pani, z którą przez dwa lata pracowałem w jednej z białostockich prywatnych szkół średnich. Była regularną słuchaczką toruńskiej rozgłośni, ale w rozmowie potrafiła być bardzo ujmująca, mimo zdecydowanych poglądów politycznych. Mówiła to, co później głosił PiS w czasach, kiedy nie było to jeszcze modne. Niemniej nikogo osobiście nie obrażała, więc rozmawiało się z nią całkiem sympatycznie. Tylko raz mnie zmroziła, kiedy w pokoju nauczycielskim tonem ex cathedra zaczęła głosić swoje teorie na temat odmienności kultury ludności wyznania prawosławnego. Jej koronnym (a właściwie jedynym) argumentem było powołanie się na opinię znajomej, która kiedyś mieszkała w Białymstoku w kamienicy, gdzie wszyscy jej sąsiedzi byli prawosławni. Ich odmienność kulturowa natomiast miała polegać na tym, że w czasie gotowania obiadu mieli pootwierane drzwi od mieszkań i całą klatkę schodową przepełniały wątpliwe zapachy gotowanych obiadów, w tym topionej słoniny, duszonej kapusty, czy smażonej cebuli. Kiedy człowiek coś głosi ex cathedra rzadko kiedy słyszy głos od strony publiczności. Moja uwaga, że ja osobiście pamiętam taką „kulturę” z łódzkiej kamienicy zamieszkanej wyłącznie przez rzymskich katolików, została zupełnie zignorowana. 

Wracając do tematu, nie tęsknię za zapachem dzielnic, co tu owijać w bawełnę, biedy. Za samymi warunkami życia w takich kamienicach, z wychodkiem wspólnym na kilku lokatorów gdzieś na podwórku, albo w najlepszym razie na korytarzu, bez ciepłej wody, z piecami opalanymi węglem i walącymi się komórkami na podwórku, w których ten węgiel trzymano, również nie. Jeżeli ludzie przeprowadzali się do bloków, kiedy tylko nadarzyła się taka okazja, to znaczy, że życie w starej czynszowej kamienicy do najprzyjemniejszych nie należało. Zupełnie inna sprawa, że takie kamienice można rewitalizować, w środku zaś urządzić bardzo przyzwoite mieszkania. W przypadku niektórych kamienic wystarczyło z powrotem scalić przedwojenne mieszkania, które władze PRLu rozparcelowały na pokoiki-mieszkanka dla klasy robotniczej. Tak się zresztą dzieje i bardzo dobrze. Pewien klimat da się odtworzyć dzięki samej zachowanej i odrestaurowanej architekturze. Niemniej kolei rzeczy jestem niezmiernie wdzięczny za to, że nie ma tendencji do przywracania „zapachów” z przeszłości. W dzielnicach biednych czynszowych kamienic fiołkami bowiem naprawdę nie pachniało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz