czwartek, 13 grudnia 2012

Trzynastego grudnia roku pamiętnego...



Szczerość, jak to mówią, nie popłaca, ale należę do ludzi, którzy mają jakiś chorobliwy pęd do szczerych wypowiedzi na wszystkie tematy. Dziś jest 31. rocznica ogłoszenia stanu wojennego przez generała Jaruzelskiego, który owego pamiętnego 13 grudnia 1981 roku wygłosił, jak zwykle beznamiętnie, drewnianym głosem, swoje drętwe przemówienie, które chyba wszyscy w Polsce znają. W telewizji nic nie było, ale ja miałem 16 lat, więc już Teleranka nie oglądałem. A może i oglądałem, ale akurat jego braku szczególnie boleśnie nie odczułem.

Pamiętam, że podobnie jak strajki z sierpnia 1980 roku, kiedy to byłem na wczasach z ciotką, wujkiem i babcią w samym Gdańsku, stan wojenny nie był dla mnie jakimś zaskoczeniem. Cała atmosfera wielkiego festiwalu demokracji dla wielu była czymś, do czego społeczeństwo gierkowskiej „małej stabilizacji” nie było przyzwyczajone, natomiast odpowiednia polityka mediów sprawiała, że powstawał obraz jednego wielkiego chaosu, w którym „Solidarność” tylko strajkuje, państwo ponosi miliardowe straty, na tradycyjne rynki zbytu naszego węgla wchodzą nasi konkurenci, a w kraju chcą obalić socjalizm i wprowadzić imperialistyczny kapitalizm. Ludzie, którzy byli zaangażowani w działalność związkową, oczywiście przeciwstawiali się takiemu stawianiu sprawy, ale media należały do komunistów i wystarczyło, że kilka razy pokazali Wałęsę, który przez telefon mówi „tak nie będziemy rozmawiać, ja ogłaszam strajk” w jakimś kolejnym zakładzie, i do tych mniej zaangażowanych docierała wiadomość, że oto Wałęsa znowu „podpala kraj”. .

Nigdy nie ukrywałem, że w mojej rodzinie poglądy panowały lewicowe i choć do partii nikt nie należał, szczerze wierzono w wyższość socjalizmu nad kapitalizmem, zaś to, co komuniści pokazywali w mediach, było uznawane za prawdę. Na dodatek mimo faktu, że mój Tata zawsze lubił Rosjan, podobnie jak jego siostra i jej mąż, czyli moja ulubiona ciotka i wujek, strach przed interwencją zbrojną Armii Czerwonej był odczuwalny, ponieważ moi ideowi lewicowcy rodzinni z jednej strony nie wyobrażali sobie przekształcenia Polski w kraj kapitalistyczny, oraz tego, że Związek Radziecki na to pozwoli, a z drugiej mimo wszystko doskonale zdawali sobie sprawę, że obecność wojsk sowieckich w granicach Polski to dla nas nic dobrego. Trzeba bowiem pamiętać, że nawet wśród szczerych zwolenników sojuszu z Sowietami wśród polskich komunistów panował przed władzami sowieckimi paniczny strach.

Niemniej miałem lat 16 i akurat dojrzewałem do buntu wobec całego zastanego świata. Argumenty ciotki i wujka, czy też Taty, jakoś do mnie przestały trafiać, ponieważ od szóstej klasy podstawówki słuchałem po nocach „Głosu Ameryki”, więc kapitalizmu jakoś nie dało się w mojej świadomości zdemonizować. Na dodatek miałem też innych wujków w rodzinie, których poglądy były diametralnie od komunistycznych odmienne. Problem w tym, że w tym samym czasie moje wątpliwości religijne również stały się bardzo poważne, zaś sojusz „Solidarności” z Kościołem Katolickim był faktem bezsprzecznym. Matka Boska w klapie marynarki Lecha Wałęsy tudzież długopis z papieżem, którym podpisywał porozumienia sierpniowe, wróżyły krajowi kurs częstochowsko-kalwaryjski, co niezbyt mi się podobało. Na dodatek Kościół był wtedy wyraźnie zaangażowany politycznie (co z drugiej strony wcale nie powinno dziwić – odegrał wówczas rolę pozytywną, wspierając na wszystkie sposoby działaczy antykomunistycznej opozycji), a mnie jako nastolatkowi bardziej był potrzebny ktoś, kto by cierpliwie rozwiewał wątpliwości światopoglądowe. Moja postawa była więc egoistyczna i potępienia godna.

Kiedy się obudziłem w niedzielę 13 grudnia 1981 roku i Mama powiedziała mi, że Jaruzelski ogłosił stan wojenny, zaspanym głosem poprawiłem ją „chyba wyjątkowy”, bo takie określenie znałem z Dziennika Telewizyjnego, kiedy mówiło się o Indiach czy jakiejś innej Syrii. Kiedy jednak zobaczyłem przemówienie generała, ku swojemu zdziwieniu musiałem przyznać, że stan, jaki u nas wprowadzono, był jak najbardziej „wojenny” zaś chyba niczego „wyjątkowego” w nim nie było. Taka reakcja komunistów była do przewidzenia, pomyślałem sobie wówczas przy śniadaniu. Następnie pojechałem do koleżanki z klasy, Joanny, na Teofilów, gdzie jakieś dwie godziny pogadaliśmy o sytuacji w kraju, ale też o naszej szkole i klasie, a więc polityka nie zdominowała do końca naszej rozmowy.

Telefony nie działały, ale moi rodzice nie mieli wówczas aparatu w domu, więc nie odczułem różnicy. Tramwaje jeździły normalnie. Kiedy wróciłem od koleżanki, obserwując z okien tramwaju grupy żołnierzy na ulicach, udałem się do kościoła.

Mszę w kościele Matki Boskiej Częstochowskiej odprawiał proboszcz, który zaczął homilię od słów „Drodzy członkowie „Solidarności”…” Ponieważ członkiem „Solidarności” nie byłem, zaś do religii miałem stosunek co najmniej ambiwalentny, wyszedłem z kościoła.

Takie jest moje wspomnienie 13. grudnia 1981 roku, które przytaczam bez dumy, ale też i bez wstydu. Moje myślenie wypływało z takiego, a nie innego rozkładu źródeł informacji oraz postaw światopoglądowych, ze specyfiki wieku, a pewnie również z cech charakteru (choć te pewnie również wzięły się z powyższych czynników). Dopiero później poznałem ludzi, którzy wpłynęli na moje myślenie w taki sposób, że upadek komuny zacząłem uważać za kwestię czasu, zaś ideałem do osiągnięcia stała się dla mnie najprościej pojęta demokracja i gospodarka rynkowa. O ile więc nieco starsi koledzy, z których niektórzy imponowali mi swoją inteligencją i siłą charakteru, a inni wzbudzali poczucie zażenowania swoją postawą emocjonalno-histeryczną, posiadali już spore doświadczenie (często bolesne) w czynnej walce z komuną, nigdy do końca nie potrafiłem się z nimi utożsamić. Już wtedy bowiem widać było zalążek tego, co widzimy dzisiaj – po stronie opozycji opcja histeryczno-kalwaryjska wyraźnie była bardziej widoczna niż ta zdroworozsądkowa. Ponieważ już w latach 1988-89 Adam Michnik i Jacek Kuroń, których propaganda komunistyczna przedstawiała jako najgorszych ekstremistów („dogadamy się nawet z Wałęsą, byleby odsunął od siebie Kuronia i Michnika”), wydawali się reprezentować opcję zdrowego rozsądku, przez kolejną dekadę stałem się ich wielkim fanem.

„Syndrom sztokholmski” Adama Michnika, tudzież nowe rozdanie na arenie politycznej Polski na początku obecnego tysiąclecia, to już kolejne zagadnienie, które nierozerwalnie się z wczesnymi latami osiemdziesiątymi wiąże, ale wymaga oddzielnej analizy.

W latach 90. nie było wątpliwości, że podział polityczny w Polsce przebiega na linii (post-)komuniści i ci, którzy wywodzą się z „Solidarności”. To dlatego któryś z ówczesnych polityków (niestety nie pamiętam już który) deklarował, że on może dyskutować z lewicą, ale lewica to dla niego Unia Pracy (ówczesna partia Aleksandra Małachowskiego i Leszka Bugaja), a nie SDRP czy też SLD, czyli byli aparatczycy PZPR. Paradoksalnie po aferze Rywina (paradoksalnie, bo to przecież Adam Michnik ją ujawnił), nastąpiło przetasowanie na arenie politycznej Polski i obecnie postkomuniści znajdują się na marginesie, choć oczywiście trudno się wypowiadać o ich wpływach zakulisowych, natomiast do gardeł skoczyli sobie spadkobiercy tradycji solidarnościowej.

Nie wiem jaki odsetek Polaków jest faktycznie zadowolony ze swojej sytuacji bytowej oraz z pozycji swojego kraju na świecie. Jestem szczerze przekonany, że w tej dziedzinie jest bardzo dużo do zrobienia, a ludzie pozostający u władzy nie gwarantują, że doprowadzą do pozytywnych zmian. Żyjemy w kraju, w którym niezadowoleni są ci najsłabiej usytuowani –  bezrobotni i zarabiający poniżej 1500 zł miesięcznie. Niezadowoleni są też drobni i średni przedsiębiorcy, którzy nadal narzekają na biurokrację i ucisk fiskalny. Rząd, nie mając społeczeństwu niczego do zaoferowania, do znudzenia powtarza jak to władze Unii Europejskiej nieustannie klepią go po plecach, co ma niby oznaczać, że jest super. Kiedy jednak jedyną opcją chcącą realnie walczyć z obecnym rządem jest ta wywodząca się z religijnego nurtu „Solidarności”, który roboczo nazwałem „częstochowsko-kalwaryjskim”, a który w latach 90. ubiegłego stulecia stał się całkiem realnym ruchem toruńskim, obawiam się, że wygra jednak „Solidarność” Wałęsy i Tuska, co wcale nie jest opcją dobrą.

Pora na zupełnie inne rozdanie, na nowe myślenie i nowe postawy społeczeństwa. Historycznie zasług „Solidarności” w obaleniu systemu sowieckiego nie można zaprzeczyć. Obserwując obecną sytuację wiecznych wojen między byłymi kolegami związkowymi, czasami pojawia się przekorne pytanie, co by było, gdyby Edward Gierek utrzymał się u władzy aż do pierestrojki. Czy poszlibyśmy drogą chińską? Przy pomocy zwykłych dla komunistów represji, Gierek wprowadziłby zachodnie standardy zarządzania gospodarką? Wiele na to wskazywało, choć nie sądzę, by się to Gierkowi udało. Polskiego komunizmu chyba jednak nie dało się reformować, a Gierek na dodatek chyba nie miał na to pomysłu. To też jednak oddzielny temat. Tak czy inaczej, podwyżki cen żywności doprowadzały w komunie do niezadowolenia społecznego, aż w końcu do Sierpnia 1980 i „Solidarności”. Obecnie podwyżki cen żywności odbywają się nieustannie i nikt z tego nie robi problemu. I to jest m.in. nadzwyczajny fenomen transformacji ustrojowej, na drodze do której bezskutecznie stanął generał Jaruzelski 13 grudnia 1981 roku.

środa, 12 grudnia 2012

Co chciałbym usłyszeć od Mistrza, gdybym go szukał i znalazł


Rzekł Mistrz, którego nie ma
a którego chcę spotkać,
bo to miło mieć Mistrza: 

Kiedy się spotykamy,
spotykajmy człowieka
ten stan jest taki piękny.

Kiedy się spotykamy,
nie szukajmy idei
ani własnej nie głośmy

Gdy idee się zetrą
my przestaniemy istnieć
choć wciąż będziemy cierpieć

Kiedy się spotykamy
spotykajmy człowieka
i cieszmy się tą chwilą

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Kolęda i inne kościelne "usługi" w I Rzeczypospolitej wg księdza Jędrzeja Kitowicza



Tydzień temu Teatr Telewizji przypomniał Opis obyczajów, czyli jak zwyczajnie wszędzie się mięsza złe do dobrego, spektakl w reżyserii Mikołaja Grabowskiego z 1990 r. Reżyser uczynił z tekstu osiemnastowiecznego księdza, Jędrzeja Kitowicza, spektakl, który porwał ówczesną publiczność, a mnie po raz kolejny rozbawił.

Z Kitowiczem zetknąłem się po raz pierwszy podczas serii wykładów monograficznych, jakie w drugiej połowie lat 80. ubiegłego stulecia wygłaszał w Instytucie Historii Uniwersytetu Łódzkiego nieodżałowanej pamięci profesor Zbigniew Kuchowicz. Jego wykłady dotyczyły obyczajowości staropolskiej, stylu życia szlachty w czasach baroku, strojów i odżywiania się rozmaitych warstw społecznych Polski od XVI do XVIII wieku, tudzież poszukiwań wpływu stanu zdrowia (będącego m.in. efektem takiej a nie innej diety) na sposób myślenia polityków i ich decyzje. Od człowieka, którego ciągle bolała wątroba, na przykład, trudno wymagać, żeby był np. miłym dyplomatą, a będąc pijanym, trudno dowodzić wojskiem i wygrywać bitwy. Myślę, że do wrócę jeszcze do książek profesora Kuchowicza, bo studiowanie sposobów życia naszych przodków to zajęcie bardzo pasjonujące.

Na szczęście dla tej dziedziny historii, źródeł mamy całkiem sporo, ponieważ zachowało się szereg pamiętników. Nie wszystkie oczywiście osiągnęły jakieś literackie wyżyny, jak np. Pamiątki Soplicy Rzewuskiego, które co prawda nie są autentycznym pamiętnikiem, ale źródłem do obyczajowości przedrozbiorowej za to są świetnym.

Ksiądz Jędrzej Kitowicz przekazał nam z kolei doskonały i wręcz szczegółowy opis życia i obyczajów Polski epoki saskiej i stanisławowskiej – arcykatolickiej, kiedy to dawna słynna polska tolerancja należała już do historii, gdzie publiczne życie miejskie organizowane było głównie przez kler zakonny i diecezjalny.

W tym kontekście może do jakiegoś stopnia dziwić fragment dotyczący obyczajów magnackich. Otóż z opisu Jędrzeja Kitowicza wynika, że wielcy panowie niezbyt chętnie się poddawali wpływom kleru. Oddajmy jednak głos samemu kronikarzowi czasów saskich:

Na koniec  e w a n g e l i e  wspierały ubogich studentów. Był zwyczaj po miastach, iż dyrektorowie szkółek parochialnych wysyłali na swój zysk chłopaków po domach w dni niedzielne, aby tym, którzy nic byli na kazaniu, czytali Ewangelią. Jeden, starszy, kropił święconą wodą swoich słuchaczów, mówiąc te słowa: „Aqua benedicta deleantur nostra delicta” , a po tej aspersji Ewangelią czytał, a drugi, młodszy, za nim wodę święconą z kropidłem i dzbankiem nosił. Za co słuchacze ordynaryjnie czytającemu dawali po groszu, a noszącemu wodę wrzucali w dzbanek po szelągu. Dwie części takiej kolekty ewangelicznej należały do dyrektora, trzecia zaś szła na ewangelistę. Co zaś wrzucano w dzbanek, całkowicie należało do noszącego wodę, a że ci ewangelistowie często oszukiwali dyrektorów szkoły, swoich jurisdatorów, więc ci woleli ten awantaż arendować z umówionej kwoty na kwartety i najwięcej dyrektorom z szkół publicznych jako pewniejszym kontrahentom, z których w przypadku nierzetelności, bądź przez zaaresztowanie płacy od kondycji, bądź przez uskarżenie się przed prefektem szkól, prędszą mogli mieć satysfakcją niż z innych, których nie było na czym patrzeć.


Te ewangelie były niezłym zyskiem dla ubogich studentów: albowiem natenczas wszyscy, nawet panowie wielcy, mieli sobie za uczynek pobożny przyjmować do domów i pałaców swoich słowo Boże i nie groszami, ale szóstakami i tynfami odbywali ewangelistę. Na końcu jednak panowania Augusta III ten zwyczaj wyszedł z mody u panów i majętniejszych mieszczan i nie miał przystępu jak tylko do ludu pospolitego, tak jak i kolęda, która jeszcze prędzej od Ewangelii wypchnięta została z pańskich domów.


Pierwszy książę Michał Czartoryski, na ten czas podkanclerzy wielki litewski, nie kazał puszczać do siebie z kolędą, a gdy ksiądz zdjąwszy z siebie komżą udał, iż ma inny do książęcia interes, i tym sposobem wpuszczony do pokoju zaczął obrządek kolędy, książę natychmiast kazał go wypchnąć i wyrzuciwszy mu za drzwi czerwony złoty napomniał, aby się odtąd nigdy z takimi benedykcjami nie zawołany do niego nie ważył wchodzić. Za przykładem książęcia Czartoryskiego inni panowie poczęli przed księżmi z kolędą chodzącymi drzwi zamykać, a natrętnie wdzierających się łajać. I tak duchowni, od panów wzgardzeni, nie noszą więcej do nich tego niegdyś od dawnych chrześcijan szacownego błogosławieństwa, według słów Chrystusowych u Mateusza św. w rozdziale 10, wierszu 13: Et si quidem fuerit domus illa digna, veniet pax vestra super eam. Si autem non fuerit digna, pax vestra revertetur ad vos!


  Kolęda jest to obrządek kościelny pewny, który się zaczyna od Nowego Roku i trwa do wielkiego postu. Księża plebani lub ich wikariuszowie w te czasy jeżdżą po dworach i wsiach albo po miastach chodzą po domach, ogłaszają w krótkiej przemowie przyńście na świat Słowa Wcielonego, życzą błogosławieństw wszelkich niebieskich i ziemskich i po skończonej perorze egzaminują czeladź domową i służących z katechizmu. Asystujący księdzu do tej kolędy organista z bakałarzem, gdzie jest, i kilku chłopców śpiewają na wchodzeniu i wychodzeniu jaką pieśń o Bożym Narodzeniu. Po wyjściu księdza dziewki ubiegają się do stołka, na którym ksiądz siedział; która pierwsza usiędzie, ma sobie za wróżkę, że tego roku za mąż pójdzie. Po wsiach chłopi w Wielkiej i Małej Polszcze dają księdzu kawałki słoniny, serki, grzyby suche, orzechy i owoce kokosze, a oprócz tego po kilka groszy. Po miastach zaś tylko same pieniądze, na jakie kogo stać; toż samo i po dworach szlacheckich, w których pospolicie po odbytej kolędzie raczą się gospodarz z księdzem, obchodząc dzień kolędy bankietem według przepomożenia.


   W Prusach zaś kolędny akcydens jest dochodem kościelnym stałym, tak na przykład, jak meszne i dziesięcina. Muszą to kolędne oddawać księżom katolickim nawet dysydenci pod księżmi katolickimi mięszkający, chociaż kolędy nie przyjmują. I gdy Prusy dostały się podziałem Polski królowi pruskiemu Fryderykowi II, a dysydenci rozumiejąc się być wolnymi od danin, księżom katolickim przedtem dawanych, jako pod monarchą dysydentem, zaprzestali oddawać pomienionych danin, księża zaś katoliccy nie rozumiejąc inaczej, tylko że z dołożeniem się królewskim te daniny ustały, nie śmieli się upominać; ale na ostatek dla finalnej rezolucji odważyli się podać do króla tegoż pruskiego memoriał względem nie oddanych sobie przez trzy lata należytości kościelnych. Król pruski zaraz wydał ordynanse do całego kraju zabranego, aby kościołom katolickim wszystkie daniny zatrzymane oddane i odtąd punktualnie corocznie oddawane były, nie pytając się, od kogo one należą, czy od dysydentów, czy od katolików, dosyć że z posesji tymi daninami obciążonej.


Rzecz nowa i tylko w samych Prusiech znajoma: po całym kraju kiełbasy nie idą pod miarę, oznaczają się tylko sztukami różnej wielkości. W Prusiech Zaś te, które należą kościołom za kolędne, mierzą na łokcie, i tak kościół jeden ma kiełbasy kolędnej łokci 40, drugi 80, inny 120, według zaszłej raz na zawsze zgody, czyli asygnacji fundatorskiej. Nie bierze jej ksiądz wtenczas, kiedy kolęduje, ani potem razem, ale po trosze, kiedy chce, posyłając do sołtysa po tylo łokci, wiele chce, który natychmiast księdzu wyznaczoną miarę kiełbasy szafuje.

Jędrzej Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III, cz. 1, Oficyna Wydawnicza FOKA, Wrocław 2010, s. 71-74



Jak widać, Kościół dla wielu stanowił po prostu źródło utrzymania (tak samo jak dzisiaj zresztą), zaś ludzie z nim związani wykazywali się niemałą pomysłowością biznesową, oferując takie „produkty” (jakby to powiedział dzisiejszy marketingowiec), jak wyżej przytoczona usługa czytania ewangelii tym, którzy nie udali się na niedzielną mszę. Tymczasem magnaci się od przyjmowania tych usług uchylali, a ponieważ byli ludźmi wielce wpływowymi, a władza ich była potężna, ubogi i średni kler nie śmiał ich moralnie szantażować. W końcu przestał ich nachodzić i to nawet w okresie kolędy. I to wszystko jeszcze w XVIII wieku, w arcykatolickiej Pierwszej Rzeczypospolitej! Prawdopodobnie jednak wypadnięcie magnaterii z kręgu odbiorców usług księży nie wpłynął na kształt całego rynku, ponieważ, jak widzimy w dalszej części opisu, to co pozostała ludność oddawała Kościołowi z całą pewnością wystarczyło jego przedstawicielom na dostatnie życie, a w zaborze pruskim sam król zadbał, żeby im nie zabrakło kiełbasy!

sobota, 8 grudnia 2012

Motywacja wewnętrzna kontra motywacja zewnętrzna, czyli stary problem marksowskiej alienacji pracy w postaci marketingowej



Trudno mi sobie przypomnieć, czy wyczytałem tę historię w jakiejś książce, czy też pojawiła się w filmie lub serialu telewizyjnym z lat 70. ubiegłego stulecia, ale choć zetknąłem się z nią z całą pewnością jeszcze w szkole podstawowej, utkwiła mi w pamięci jej istota. Otóż stosunkowo młody pracownik pewnej fabryki, nie pamiętam już czy to młody inżynier czy technik, wymyśla jakieś usprawnienie w pracy, które pozwoli na wydajniejszą, a przy tym wygodniejszą pracę całego zespołu. On chce swój pomysł po prostu zwyczajnie wdrożyć, ponieważ uważa, że jest logiczny i dla wszystkich oczywisty. Tak się nie dzieje, bo szefowie nie potrafią tak na pstryknięcie palcami podjąć decyzji o wprowadzeniu innowacji. Tak, tak, tego tak modnego dziś słowa używano już wtedy i też było ono wymawiane z szacunkiem, jako coś co jest ze wszech miar pożądane. Tylko, że jak już innowację wymyślił jakiś robotnik, albo pracownik niższego lub średniego szczebla, robił się problem, bo od myślenia to byli przełożeni, a tutaj taki wcinający się ze swoimi pomysłami szarak mógł podważyć owych szefów autorytet. W prywatnych rozmowach nieustannie się słyszało, że żeby jakiś projekt przepchnąć, należało do niego dopuścić szefa, tzn. przyznać mu współautorstwo.  Na filmie (czy też w książce – naprawdę już nie pamiętam), o którym mówię, tak tego nie przedstawiono. Wręcz przeciwnie, życzliwy szef mówi do młodego podwładnego, żeby po prostu sporządził dokumentację całego pomysłu i zgłosił go jako projekt racjonalizatorski. Wtedy nie tylko innowację się wdroży, ale jeszcze młodemu pracownikowi parę groszy do kieszeni wpadnie, bo pomysły racjonalizatorskie były premiowane. Tymczasem mądry innowator okazuje się niezbyt mądry życiowo, bo oto mówi, że on to tak wcale nie che, że przecież nie chodziło mu o żadne dodatkowe pieniądze, tylko żeby się po prostu lepiej wszystkim pracowało i żeby firma na tym lepiej wyszła. Tak po prostu i zwyczajnie. Niestety tak po prostu i zwyczajnie za komuny się nie dawało, a nasza tragedia polega na tym, że najczęściej i dzisiaj się nie da. Jak chcesz wprowadzać swoje pomysły, to najlepiej załóż własną firmę. W przeciwnym wypadku, czy to pracujesz na państwowym etacie, czy to w wielkiej prywatnej korporacji, czy w końcu u drobnego prywatnego przedsiębiorcy, lepiej nie wyskakiwać z własnymi pomysłami, a już broń Boże lepiej ich nie wdrażać bez odpowiednich korowodów z przełożonymi.

Inny przykład, tym razem z opowieści kolegów mojego Taty, którzy zwiali (jak to się wówczas mówiło) na Zachód i tam posmakowali kapitalizmu. Otóż jeden z takich gierkowskich emigrantów pracował w pewnej fabryce (nie pamiętam dokładnie czego, ale chodziło o produkcję jakichś ciężkich maszyn). Popracowawszy kilka dni na swoim stanowisku zapytał majstra, czy ktoś mógłby mu zainstalować jakiś element nieco wyżej. Zachodni (chyba niemiecki) majster się nieco zdziwił, ale po kilku minutach sprowadził ekipę, która dokonała odpowiedniej zmiany na stanowisku pracy owego Polaka. Kiedy ten zaczął ponownie pracować, zauważył, że majster mierzy mu czas. Następnego dnia odpowiednia ekipa mechaników dokonała zmian wg pomysłu Polaka na wszystkich stanowiskach pracy w tejże fabryce, zaś dzielny innowator otrzymał solidną premię, a wkrótce awans na lepiej płatne i bardziej odpowiedzialne stanowisko.

To tyle, jeśli chodzi o historie z dzieciństwa. Nie wiem, na ile opowieść o polskim robotniku na Zachodzie w czasach Edwarda Gierka, była prawdziwa, a na ile była pewnym mitem kompensacyjnym, ale jeśli nawet była wymyślona, to ktoś ją wymyślił dobrze, bo po prostu pokazał bardzo proste przełożenie wkładu pracy twórczej na rzecz firmy na konkretną nagrodę w postaci premii i awansu.

Historia z filmu/książki z kolei zawsze wydawała mi się trochę naciągana, ale w latach 70. lubowano się w przedstawianiu takich młodych idealistów, którzy chcieli coś zrobić dla idei, a tu ich chciano wciągnąć w jakieś myślenie w kategoriach komercyjnych. Jako dziecko uważałem tego racjonalizatora-idealistę za dziwoląga, żeby nie powiedzieć frajera. Co mu niby szkodziło wdrożyć swój wymarzony wynalazek a przy okazji zarobić kilka dodatkowych złotych?

Obie te historie przytaczam przy okazji prezentacji Damiana Redmera, który na swoim blogu rozwojowiec.pl powiedział coś, co od dawna zaobserwowałem u siebie, ale czego się raczej wstydziłem. Chodzi mianowicie o motywację wewnętrzną kontra motywacja zewnętrzna. Ta ostatnia to nic innego jak metoda kija i marchewki. Motywuje nas strach przed przykrymi konsekwencjami zaniechania jakichś działań lub pęd do spodziewanej nagrody. Jak się jednak okazuje, to nie kij i marchewka wyzwalają w nas największy potencjał twórczy i zmieniają nas w niepoprawnych pracoholików. Nic tak bowiem człowieka nie motywuje, jak sama przyjemność wykonywania samej czynności, którą się akurat wykonuje.

Jak już wspomniałem, sam się takiego myślenia zawsze wstydziłem, ponieważ uważam, że jedną z moich paskudnych cech jest tzw. słomiany ogień. Nie jest to jednak dokładnie taki słomiany ogień, że rzucam się do robienia czegoś z entuzjazmem, a po tygodniu mi się nudzi, choć to jest również jedna z moich przywar, ale dotyczy raczej rzeczy mniej dla mojej egzystencji istotnych. W tym wypadku chodzi o rzeczy, które wydają mi się naprawdę ważne i dopóki je robię bez żadnej wyraźnej motywacji, jestem w stanie zrobić całkiem sporo, ponieważ samo zajmowanie się tym jest dla mnie motywacją samą w sobie, natomiast kiedy tylko zaczynam nadawać tej czynności bardziej sformalizowany charakter, np. zaczynam regularne studia z całym systemem egzaminów i zaliczeń, gdzie ktoś mnie pogania (kij) lub nagradza dobrą oceną (marchewka), owszem robię to, co mam robić, ale mój entuzjazm wobec tych czynności jest wyraźnie osłabiony.

Wielu specjalistów od rozwoju osobistego ukazuje sytuację idealną, jaką byłoby zarabianie na czymś, co i tak nam sprawia przyjemność. Sytuacja to faktycznie wymarzona, a z pewnością wielu z nas wyda się jedynym rozsądnym rozwiązaniem i przepisem na szczęście, ale znowu pojawia się problem. Ilekroć coś, co robię dla przyjemności uda mi się przekształcić w sposób zarobkowania, cała przyjemność wyparowuje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Wiem z rozmów z rozmaitymi znajomymi i nieznajomymi, że nie jestem sam z tym problemem, ale to dość kiepskie pocieszenie. Ludzie sukcesu to bowiem ci, którzy całe życie robią z pasją to, co lubią i dzięki temu dużo zarabiają. Nie zawsze dowierzamy bogaczom, którzy deklarują głośno, że pieniądze nigdy nie były dla nich najważniejsze. Obserwując jednak kariery niektórych z nich, np. Henry’ego Forda czy Steve’a Jobsa, wypada się chyba zgodzić z tą tezą. Dla Forda samochody i organizacja pracy były same w sobie największym czynnikiem motywacyjnym, a pieniądze były po pierwsze środkiem do celu, a po drugie niejako „efektem ubocznym” tej motoryzacyjnej pasji. Z wypowiedzi niestety nieżyjącego już Steve’a Jobsa jasno wynika, że też był człowiekiem gnanym swoimi pomysłami, ale przede wszystkim pomysłami na atrakcyjne produkty oraz pomysłami na alternatywną organizację pracy w swojej firmie. Miliony przyszły niejako w wyniku tych działań.

Może to właśnie dlatego wszyscy „specjaliści”, „coachowie” i inni mądrale piszący książki dla gołodupców marzących o zostaniu milionerami, mają tak niewiele sukcesów w kreowaniu owych krezusów, ponieważ ciągle im wmawiają, że trzeba sobie stawiać konkretne cele finansowe, że trzeba te cele zapisać, bo jak się ich nie zapisze, to się ich nie traktuje poważnie itd. Tymczasem takie postawienie celu sprawia, że motywacja wewnętrzna, czyli ten naturalny pęd do robienia czegoś, co nam daje satysfakcję, staje się motywacją zewnętrzną. Pojawia się presja osiągnięcia celu bo 1) będzie fajnie jak go osiągniemy (marchewka), lub/i 2) będzie kiepsko jak go nie osiągniemy (kij). Ta presja wprowadza czynnik stresu, stres wywołuje nieprzyjemne sensacje w organizmie. Ponieważ mało kto z nas je lubi, a stres na dodatek zaczyna nam się kojarzyć z naszym celem, istnieje niebezpieczeństwo, że ten cel po jakimś czasie odrzucimy jako właśnie powodujący utratę zdrowia na skutek stresu.

Wspomniany już Damian Redmer w jednej ze swoich wcześniejszych prezentacji zwrócił uwagę na mit, nieustannie powtarzany przez wszystkich coachów, dotyczący stawiania sobie celów. Otóż przytaczają oni (nawet niedawno natknąłem się na YouTube dosłownie na na tę historię) badania przeprowadzone na studentach ostatniego roku Uniwersytetu Yale (lub Harvardu, bo zdążyły powstać wersje „heterodoksyjne”, ale co do przesłania identyczne). Części z nich nakazano sformułować cele życiowe i je zapisać, innym też postawić sobie cele, ale ich nie zapisywać, a grupie kontrolnej w ogóle nic nie kazano robić z celami. Po dwudziestu latach odnaleziono tych ludzi i okazało się, że ci, którzy postawili sobie cele w formie pisemnej, odnieśli niebywałe sukcesy – stali na szczycie hierarchii w swoich firmach, zarabiali krocie itd. Cała reszta, tzn. ci, którzy cele mieli, ale ich nie zapisali, oraz ci, którzy w ogóle ich sobie nie postawili, zasilili szarą masę społeczeństwa amerykańskiego borykającą się ze zwykłymi takiej szarej masy problemami. Niskie zarobki, niespłacone hipoteki, rozczarowanie życiem itd. itp.

Z to cenię Damiana Redmera na tle całego szeregu innych młodych i starych ludzi wymądrzających się na tematy rozwoju osobistego, że podaje bibliografię do swoich prezentacji, gdyby ktoś chciał dotrzeć do źródeł jego wiedzy w języku angielskim oraz, że stara się nie wciskać ciemnoty, choć co do skuteczności pewnych proponowanych przezeń metod można zgłosić szereg wątpliwości. Cenię go jednak za to, że stara się być uczciwy. Otóż jest on pierwszym z całej pokaźnej gromady trenerów, który otwarcie powiedział, że to całe wyżej przytoczone badanie na amerykańskich studentach po prostu nigdy nie miało miejsca. Jego przykład jest ciągle powtarzany i przepisywany, ale brakuje podstawowych źródeł do ich potwierdzenia jako faktu historycznego (brakuje źródeł pierwotnych, jakby to powiedzieli historycy).

Z drugiej strony byłoby wielkim błędem zrezygnować ze stawiania sobie celów. W końcu podejmując jakąś czynność chyba większość z nas wyobraża sobie jej efekt! Myślę, że chodzi o to, żeby nie robić z celu fetysza, który przybiera w naszej podświadomości postać wiszącego nad nami miecza Damoklesa. Porównanie przywodzi na myśl kij, ale marchewka działa bardzo podobnie. Jak mi się wydaje dzieje się tak dlatego, że mamy skłonność do traktowania nie uzyskania nagrody jak porażki, choć obiektywnie nic się w naszym położeniu nie zmienia (to dlatego brak wpływu z podatków nasze władze klasyfikują jako „stratę”). W rezultacie w systemie motywacyjnym w ogóle nie ma marchewki, a tylko kij w postaci strachu przed porażką w uzyskaniu tejże.

Przy okazji trafiłem w Internecie na wykład, który prawdopodobnie był jednym ze źródeł inspiracji dla Damiana Redmera: http://www.ted.com/talks/lang/pl/dan_pink_on_motivation.html - gorąco polecam.

Słuchając wszystkich tych prezentacji i wystąpień natrętnie wraca do mnie myśl, że przecież te wszystkie „rewelacje” to naprawdę nic nowego. Nawet nie dlatego, ze dawno doszedłem do nich sam i tak samo zrobiło wielu moich znajomych, ale że to było już opisane. Karol Marks, pisząc o alienacji pracy miał przecież na myśli nic innego, jak właśnie określenia ludzkiego nieszczęścia jako przymusu pracy pod presją głodu, braku ubrania czy mieszkania. Marks wierzył, że alienację pracy da się wyeliminować, ponieważ żywił również wiarę w to, że ludzie są z natury twórczy i lubią pracować (w sensie przetwarzać otaczającą ich rzeczywistość). Dlatego to komunizm miał być ustrojem, w którym każdy ma dostać wszystko, czego potrzebuje – niezależnie od wkładu pracy, zaś ten wkład wnosiłby i tak z własnej nieprzymuszonej woli, ponieważ taka jest ludzka natura. Niestety to z powodu tego podejścia właśnie Leszek Kołakowski uznał marksizm za kompletną utopię.

Niektórym z nas się jednak udaje wyrwać z upokarzających okowów przymusu, który sprawia, że lubimy się porównywać do niewolników. Nie musimy mieć dozorcy z batem, bo przecież wystarczy, że nie będziemy mieli za co przeżyć do końca miesiąca i godzimy się na każde warunki, które nam owo przeżycie zapewnią. Niektórym z nas się jednak udaje. Niektórzy odnoszą sukcesy w biznesie robiąc to, co ich naprawdę bawi i daje im satysfakcję. Niektórzy artyści z kolei potrafią się nawet wyzwolić spod presji konsumpcjonizmu. Wolą czasem nie dojeść, niż dać się wepchnąć w kierat narzucony im przez innych. Z uporem maniaka robią tylko to, co sami uważają za warte robienia i nie idą na kompromisy z komercją. Niestety takich ludzi zbyt wielu nie ma.

Pojawia się jeszcze i taki problem, że większość z nas, czyli ci, którzy dali się wtłoczyć w cudze jarzmo z prozaicznych powodów, i którzy uwierzyli, że to jedynie słuszny sposób na życie, każdy przejaw próby wyzwolenia się z tego systemu uważają za zachowanie aspołeczne i godne potępienia. W ten sposób współcześni „właściciele niewolników” nawet nie muszą wydawać na nadzorców. Wszyscy bowiem jesteśmy takimi nadzorcami dla siebie nawzajem. Szkoda tylko, że tak rzadko przychodzi nam to do głowy.

piątek, 7 grudnia 2012

Szekspir, czyli do czego zainspirowała mnie debata na temat "Burzy", czyli o Kalibanie słów kilka



Doktor Piotr Nowak podczas debaty na temat „Burzy” Szekspira zdecydowanie przyjął założenie, że Kaliban, (postać, która w dyskusji pojawiła się dość późno – aż się nie mogłem doczekać) dzikie monstrum zmuszane przez Prospera do ciężkiej pracy i boleśnie karane przezeń za każde najmniejsze przewinienie, to po prostu personifikacja cielesności samego Prospera. Głęboko to freudowska interpretacja, zwłaszcza w świetle próby gwałtu na Mirandzie, córce Prospera, po której Kaliban stracił łaskę tegoż.

Piotr Kamiński, autor najnowszego tłumaczenia „Burzy” przy okazji rozmowy o Kalibanie bardzo krótko potraktował post-kolonialną interpretację tej postaci jako prymitywną i najwyraźniej niewartą dyskusji. Kiedy później zabrałem głos i mu to wypomniałem, całkiem słusznie stwierdził, ze chodziło mu o to, żeby nie przenosić naszego myślenia wynikającego z czterech stuleci kolonializmu i okresu post-kolonialnego na czasy Szekspira i nie przypisywać mu takiego myślenia. Niewątpliwie jest to racja, ale generalnie ta odpowiedź mnie nie zadowoliła i nadal nie zadawala, bowiem wcale nie trzeba mieć wiedzy na temat kolonializmu oraz wcale nie trzeba myśleć jak liberalny demokrata XXI wieku, żeby docenić geniusz obserwacyjny Szekspira.

„Burza” została napisana w 1612 roku, a więc pięć lat po założeniu osady Jamestown w Wirginii, przed którym zresztą żeglarze angielscy zdobyli już niemałe doświadczenie w kontaktach z ludnością tubylczą Ameryki i nie tylko. W 1584 kapitanowie Philip Amadas i Arthur Barlow zabiorą do Londynu dwóch Indian z wysp Hatteras i Roanoke o imionach zapisanych jako Manteo i Wanchese. W „Burzy” zresztą wspomina się Indian jako atrakcji dla ludu. Pojawia się arcyciekawe zagadnienie do przemyślenia – problem człowieka nieskażonego cywilizacją. Konfrontacja społeczeństwa żyjącego na innym poziomie rozwoju kultury materialnej z ludźmi, którzy żyli tak, jak być może przodkowie tych pierwszych, musiało zmuszać inteligentne i wrażliwe jednostki do refleksji. Nie oszukujmy się jednak, ludność Anglii, tak samo zresztą jak i innych europejskich krajów, nie była w stanie myśleć o ludności tubylczej Afryki czy Ameryki inaczej niż jako o dzikusach. Naturalnie anachronicznym przeniesieniem naszego sposobu myślenia na początek XVII wieku byłoby wystąpienie z pretensjami do ówczesnych Europejczyków, że nie byli bardziej szlachetni, empatyczni czy z powodu tego, że nie traktowali mieszkańców kolonizowanych kontynentów jak równych sobie. Niemniej pogardliwe odrzucenie koncepcji, ze Szekspir wypowiedział się na temat kontaktu ludzi cywilizacji europejskiej z pierwotnymi mieszkańcami podbijanych ziem, wydaje się nieuzasadnione.

Doktor Nowak, który z uporem godnym lepszej sprawy forsował ideę Kalibana jako cielesności (może powinniśmy od razu użyć jungowskiego konceptu „cienia”), również z pogardą skwitował interpretację stosunków Prospero-Kaliban jako kolonisty, który bije biednego mieszkańca kolonii. Oczywiście debaty mają to do siebie, że przy pomocy chwytów erystycznych można wznieść na wyżyny najbardziej wydumaną i naciąganą koncepcję, a logiczną przedstawić jako niewartą dyskusji i właśnie coś takiego udało się doktorowi Piotrowi Nowakowi (przedtem panu Piotrowi Kamińskiemu) – krótkie zdanie wypowiedziane odpowiednim tonem przez postaci, które już zdobyły pozycję autorytetu (mam tu na myśli trójkę dyskutantów) i publiczność już wie, że taką a taką koncepcją nie ma sobie nawet co głowy zawracać.

Tymczasem pomysł, że Kaliban jest jednak pierwotnym mieszkańcem wyspy rządzonej przy pomocy magii przez Prospera, jest najbardziej naturalny ze wszystkim możliwych interpretacji tej postaci, co nie znaczy, że jest prymitywny. Problem ludzi „dzikich”, a zwłaszcza koncepcja „szlachetnego dzikusa” jest o wiele starsza od Jana Jakuba Rousseau, ponieważ już sto lat przed Szekspirem Montaigne wymyślił „szlachetnego kanibala”. Szekspirowski Kaliban to nie tylko anagram słowa „kanibal”, ale możliwe, że satyra na tę rzekomą szlachetność pierwotnych mieszkańców terenów zamorskich, jaką przypisyał im Montaigne. Być może mamy tu do czynienia z trzeźwym pragmatyzmem przeciwstawionym europejskiemu idealizmowi zblazowanemu własną cywilizacją.

Kiedy Kaliban wypomina Prosperowi, że przecież kiedyś ten traktował go bardzo dobrze, a potem sprowadził go do roli okrutnie wykorzystywanego niewolnika, to przecież mamy sytuację, którą Szekspir bardzo łatwo mógł sobie wyobrazić. Pierwsze kontakty z ludnością miejscową prawie zawsze były przyjazne, zaś kiedy tylko biali czuli się pewniej na nowym gruncie stosunki się pogarszały – nawet niekoniecznie z powodu agresywnych zachowań ze strony Europejczyków, ale po prostu z poczucia zagrożenia rodzimych mieszkańców kolonii przez rozrastające się osady kolonistów. Tak przecież było z plemieniem Powhatan, z którego pochodziła Pocahontas, o czym wieści mogły już do Szekspira dojść.

Nawet jeśli założymy, że Szekspir nie interesował się bezpośrednio doniesieniami z kolonii, jako człowiek o niezwykłej przenikliwości mógł wręcz antycypować pewne schematy zachowań na styku odmiennych kultur, z których jedna uważana jest za wyraźnie gorszą od drugiej. Osiem lat po wystawieniu „Burzy” do Ameryki wyruszy „Mayflower”, zaś w kolejnych latach purytańscy „pielgrzymi” przejdą te same etapy w kontaktach z tubylcami (zwłaszcza plemieniem Wampanoag) – od przyjaźni i wzajemnej pomocy (stąd przecież tradycja Dnia Dziękczynienia) do jawnej wrogości, kiedy to Indianie przeklinają swoich ojców, że nie wyrżnęli białych, kiedy tych było jeszcze mało.

Żeby było wszystko jasne, to sympatia Szekspira pozostaje jednak po stronie Prospera, pomimo pewnych cech, które pozwalają nam na jego krytykę. Kaliban jest dzikusem i to w tym jak najbardziej negatywnym znaczeniu tego słowa (żadnym tam „szlachetnym”). Owszem, autor rozumie jego punkt widzenia – pięknie go wykłada w formie monologu Kalibana, który skarży się na swój niesprawiedliwy los, bo oto przecież miał być jedynym władcą wyspy po śmierci swojej matki, a tu zjawił się jakiś Prospero, najpierw go obłaskawił, a potem zniewolił. Podczas tego monologu widz/czytelnik może nawet zacząć współczuć nieszczęśnikowi, ale przecież nie pozostajemy w tym stanie zbyt długo, ponieważ wiemy, że Kaliban jest synem czarownicy, a więc jest niejako z góry skazany na potępienie. Naturę ma nieokiełznaną, bo przecież chciał zgwałcić niewinne dziewczę (jedyną kobietę na wyspie, jeśli nie liczyć istot bezcielesnych), za co jej ojciec miał prawo brzydala ukarać. Właśnie, bo na dodatek Kaliban jest brzydki.

Przypisanie Szekspirowi prostego rasizmu byłoby niewątpliwie projektowaniem pojęć współczesnych na czasy nam odległe, co nie miałoby większego sensu. Nie ma się co oszukiwać – do całkiem niedawna (a zresztą i dzisiaj) ludzie jak najbardziej życzliwi przedstawicielom innych typów antropologicznych i grup językowych nie mieli wątpliwości, że sami stoją na wyższym poziomie cywilizacji. Dla Anglika początku XVII wieku ludność pierwotna terytoriów zamorskich to były okrutne dzikusy, wśród których może trafiały się jednostki szlachetne, ale generalnie niczego pozytywnego nie można się było w nich doszukać, ponieważ zła była ich natura. Taki właśnie jest Kaliban.

Przychodzi mi przy okazji na myśl Shylock, żydowski kupiec z Wenecji, bohater innego dramatu stradfordczyka. On również wygłasza monolog, w którym bardzo logicznie wykłada przyczyny swojego systemu wartości – odrzucanie i pogarda ze strony ludności chrześcijańskiej kształtuje taką a nie inną postawę Żydów. Szekspir rozumie, ale nie pochwala, bo Shylock jest i tak postacią negatywną. Nazwanie Szekspira antysemitą jest znowu rzutowaniem naszej siatki pojęciowej na czasy sprzed czterystu lat.  Niewątpliwie jego stosunek do Żydów nie jest życzliwy. Jednakowoż fakt, że w usta Kalibana i Shylocka wkłada monologi, w których ci wykładają swój punkt widzenia, to ogromny wkład Szekspira do rozwoju literatury opartej na pogłębionej analizie sytuacji. Szekspir nie przełamuje jeszcze pewnych stereotypów, ale przygląda im się bardzo uważnie i kładzie podwaliny pod refleksję na ich temat, co jest krokiem niezbędnym do rozwoju naszego podejścia do nich w kierunku humanitarnej empatii. Zasiewa w widzu pewne wątpliwości, choć moralnie ocenia jednoznacznie. To, na tle tradycji literackiej, która rozwinie się jeszcze po nim, stanowi wielką wartość i świadczy o geniuszu twórcy komercyjnych hitów teatralnych znanego jako William Szekspir.

czwartek, 6 grudnia 2012

Szekspir, czyli do czego zainspirowała mnie debata na temat "Burzy" (wcale nie o "Burzy")



Moja miłość do Szekspira nie jest bezwarunkowa. Nie jestem tak krytyczny wobec niego jak George Lord Byron czy George Bernard Shaw, którzy go uważali za miernego dramaturga, ale też nie padam na kolana przed wszystkim co ów producent tekstów użytkowych stworzył. Te „teksty użytkowe” to taka trochę prowokacja z mojej strony, ponieważ takie określenie niby od razu zawiera nutkę pogardy, ale nic z tych rzeczy. Napisać dobry tekst użytkowy to wielka sztuka, tak samo jak zrobić dobry film komercyjny. Czasami kompletny niskobudżetowy chłam pretenduje do miana wielkiej sztuki tylko i wyłącznie na tej podstawie, że stanowi kontrast dla hollywoodzkiej produkcji wymagającej wielkich nakładów finansowych. Możemy sfilmować parę rozwieszonych płacht. dwoje aktorów, którzy będą coś bełkotać z nawiedzonymi minami, a już ambitni krytycy zrobią z tego arcydzieło, a rzesze pretensjonalnych panienek i młodzieńców prześcigać się będą w bogactwie interpretacyjnym tej jakże „oszczędnej” sztuki. Tymczasem naprawdę wielką sztuką jest dysponować potężnymi środkami i ich nie zmarnować, ale zrobić z tego coś naprawdę wartościowego.

Szekspir pisał komercyjne hity i robił to bardzo dobrze, a czasami po prostu genialnie. Nie wszystko mu się jednak udawało, bo np. jego komedie są dzisiaj jakoś mało zabawne, choć oczywiście zdarzają się fragmenty ponadczasowe. Dłuższe fragmenty śpiewane (nie mówię tutaj o krótkich pieśniach) to zapowiedź sztuki znanej w XVII wieku jako „maska”, które, mówiąc szczerze, są potwornie nudne. Wszystko to jednak można mu wybaczyć, skoro skądinąd w każdej sztuce dostarcza nam tak bogatego materiału do przemyślenia.

Niektóre sztuki są genialne z powodu ponadczasowości poruszanych problemów. Namiętności związane z seksem czy żądzą władzy pojawiają się w każdej epoce i nic nie wskazuje na to, by ktoś wymyślił w tych kwestiach jakieś sensowne rozwiązania. Dlatego właśnie zawsze będę wielkim fanem „Makbeta” i, w nieco mniejszym stopniu, „Hamleta”, ponieważ zawiązanie samego głównego problemu jest wiarygodne (nie mam tutaj na myśli wiedźm czy ducha starego Hamleta, bo te mogły być równie dobrze metaforami lub tworami wyobraźni bohaterów).

W zeszły piątek wziąłem udział w bardzo pouczającej debacie (Piotr Kamiński – tłumacz, prof. Anna Cetera – szekspirolożka i Piotr Nowak – filozof) na temat nowego przekładu „Burzy”, w której bardziej dyskutowano samego Szekspira niż nowy przekład Piotra Kamińskiego (którego chyba nikt z widowni jeszcze nie zdążył przeczytać), podczas której padł problem „nieudanych abdykacji”, albo „udawanych abdykacji”. Księciem zmuszonym do abdykacji w rodzinnym Mediolanie jest Prospero, królem, który nie umie rzeczywiście abdykować jest Lear, a książę Wiednia Vincentio w „Miarce za miarkę” w ogóle nie abdykuje, tylko udaje, że udaje się w podróż do Polski.

Postanowiłem w związku z tym przypomnieć sobie „Miarkę za miarkę”, a ponieważ posiadam kolekcję swego czasu wydawaną jako dodatek do Gazety Wyborczej z przekładami Macieja Słomczyńskiego i DVD z produkcjami BBC, włączyłem sobie płytkę i z przyjemnością obejrzałem. Wersja BBC z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego stulecia to niestety nie jest szczyt teatralnych możliwości interpretacyjnych, ale akurat „Miarka za miarkę” została zrobiona całkiem przyzwoicie.

Uważam, że ta poważna komedia jest skonstruowana dość wiarygodnie, ale samo zawiązanie akcji jest potwornie naciągane. Książę, który udaje, że wyjeżdża do Polski, ale tak naprawdę w przebraniu mnicha obserwuje konsekwencje swojej „nieobecności” w Wiedniu, robi to w celu, który jest naprawdę mało wiarygodny. Oto bowiem stwierdza, że są pewne surowe prawa,, których on sam nie stosował od dawna, a więc jakoś mu chyba głupio nagle do nich wracać, ale jeśli odda władzę na jakiś czas komuś innemu, to tenże zastępca nie będzie się wahał zrobić z nich użytku.

Gdybym chciał ten gest zinterpretować zgodnie z dzisiejszą praktyką państw demokratycznych, zrozumiałbym go tak, ze oto polityk będący u władzy ma problem z egzekucją pewnych praw, ponieważ jest populistą i obawia się utraty popularności, jeśli te prawa zastosuje. Współczesne partie rządzące, kiedy popadają w tarapaty z ulgą oddają władzę w kolejnych wyborach swoim oponentom, żeby to oni się męczyli z problemami, które to one spowodowały. Czy Vincentio musi jednak wrabiać młodego Angela w taką sytuację? A może znając ambicję swojego zastępcy, z góry zakłada, że ten narobi kłopotów, zaś on sam się pojawi jako mąż opatrznościowy, który naród z owych kłopotów wybawi? Być może tak właśnie jest, ale to są oczywiście moje domysły. Gdyby jednak tak nie było, cała koncepcja czasowego oddania władzy w celu przywrócenia starych surowych praw świadczyłaby tylko o braku cywilnej i politycznej odwagi ze strony księcia.

Potem wszystko toczy się już logicznie. Młody ambitny (kto nie zna młodych ambitnych nauczycieli, którzy chcą się wydać bardziej groźni od wszystkich swoich koleżanek i kolegów razem wziętych), który na dodatek jest potwornym formalistą i nie dopuszcza do siebie dylematów typu większa czy mniejsza szkodliwość czynu, wydaje surowy wyrok. Oczywiście dobry książę czuwa i nie dopuszcza do tragedii, przy okazji robiąc wiele dobrego dla wszystkich dookoła.

Wiarygodność, tzn. przedstawienie postaci i ich sytuacji w taki sposób, które jesteśmy sobie w stanie łatwo wyobrazić, ponieważ przypominają rzeczywistość, podtrzymuje w całej sztuce Lucio (tak na marginesie, te włoskie imiona w całej Europie są trochę drażniące u Szekspira), żołdak, który jest generalnie dobrym człowiekiem, ale posiada typowe przywary bywalca szynków i domów rozpusty – jest samochwałą i niepoprawnym gadułą. To on doradza Izabelli, siostrze skazanego Claudia, udanie się do Angela i błaganie go o litość dla brata, w czym dzielnie jej sekunduje. Niestety później w rozmowie z księciem przebranym za mnicha przechwala się swoją dobrą znajomością samego księcia, a dla dodania wiarygodności swoim przechwałkom opowiada niestworzone rzeczy na temat przywar księcia, w tym jego przygód z płcią przeciwną. Na koniec o mało nie okazuje się, że Lucio zostanie jedyną postacią surowo przez księcia ukaraną, ponieważ wszystkim Vincentio wspaniałomyślnie wybacza lub ułaskawia. Pojawia się tutaj ironia losu, która jest wynikiem ludzkiego sposobu myślenia prowadzącego do wybaczenia potwornego błędu i wydania wyroku za przewinę stosunkowo niewielką. Na szczęście jest to jednak komedia (choć niewiele znajdziemy w niej momentów do śmiechu), więc kara dla Lucia zmienia się tylko w jego pohańbienie małżeństwem z prostytutką (Szekspir wkłada Luciowi w usta słowo „punk” jako synonim „whore”, czyli „kurwa”).

Szczegółowa analiza „Miarki za miarkę” nie jest celem niniejszego wpisu, choć właśnie to, że teksty Szekspira są tak bardzo wdzięcznym materiałem do tego typu analiz sprawia, że nadal go kochamy, oglądamy i czytamy. Czasami trąci myszką, a czasami drażni pewną przesadą czy mało wiarygodnym sposobem zawiązania intrygi. Kiedy jednak wejdziemy już w wewnętrzny świat jego sztuki, znajdziemy się w przebogatym uniwersum ludzkich emocji, myśli, dylematów i namiętności, z którym cały czas mamy do czynienia w codziennym życiu, ponieważ Szekspir był doskonałym obserwatorem praw rządzących ludzkim zachowaniem. Choć z pewnymi zastrzeżeniami, nie bezwarunkowo, ale jednak za to Szekspira kocham.

O błędnym kole, w którym czasami bywa całkiem fajnie



Tak sobie lubimy pokrytykować banki i wielkie korporacje jako zło wcielone. Lubimy też narzekać na rządy i polityków. Niewątpliwie kierują nami szlachetne intencje, ale przecież gdzieś w głębi zakamarków naszego umysłu doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że walka z tymi instytucjami jest w ogromnej mierze utopią.

Wszyscy wiemy, że obecny kryzys został wywołany przez zachłanną do absurdu politykę potężnych banków działających na skalę międzynarodową. Reakcją na to jest m.in. propaganda grupy Anonymous, grupy, której hasła osobiście bardzo lubię, ale znowu – jako objaw buntu i groźby wobec możnych tego świata. Nie do końca bym jednak chciał, żeby świat ogarnęła jakaś wielka anarchistyczna rewolucja, bo ta pogrążyłaby go w totalnym chaosie i walce każdego z każdym.

Niewątpliwie przyjemnie jest oddać się nostalgicznym marzeniom o romantycznych czasach, kiedy to rzemieślnik pracował we własnym warsztacie, jak wyprodukował dużo swoich towarów i je sprzedał, to mógł pomyśleć o rozbudowie warsztatu i zatrudnieniu większej liczby czeladników itd. itp. Na pewnym etapie rozwoju gospodarczego ten system był zupełnie wystarczający. Wzrost liczby ludności spowodował większe zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne, stąd potrzeba lepszej, bardziej wydajnej, organizacji produkcji. Wyzwolenie spod dyktatu cechowego doprowadziło do gwałtownego rozwoju przedsiębiorczości w Europie zachodniej. Niestety bez dostępu do kredytu, rozwój oparty jedynie na środkach własnych byłby o wiele wolniejszy, jeśli w ogóle miałby miejsce. Kto opracował jakiś atrakcyjny prototyp i chciał go wdrożyć, ten musi zdobyć kapitał. W handlu nieustannie potrzebny jest kapitał obrotowy, a więc ten potrzebny na bieżące wydatki – zakup surowca, opłacenie pracowników, czynsz za wynajęty lokal itd. Jeżeli przedsiębiorca wydawałby na te rzeczy pieniądze z wypracowanego zysku, mógłby najwyżej wypuścić jedną partię swojego produktu, bo przychód z niego nie wystarczyłby na zakup następnej partii surowca, pensji dla pracowników itd. Gdyby jednak wystarczył, poziom produkcji musiałby się utrzymać najwyżej na tym samym poziomie. Jeżeli ktoś planowałby rozwój firmy, ten musi mieć dodatkowy kapitał. W ten sposób przedsiębiorstwa wchodzą w symbiozę z bankami, które niczym innym się nie zajmują, jak tylko udzielaniem pożyczek i kredytów na procent. Banki stają się niejako automatycznie wspólnikami przedsiębiorców przemysłowych czy handlowych. Jeżeli komuś się wydaje, że można je w jakiś sposób ominąć czy przeskoczyć, to niestety wykazuje się dużą naiwnością. Kapitał jest potrzebny, a mają go banki, czyli przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w finansach i podaży pieniądza.

Wielkie korporacje, zwłaszcza te działające na skalę międzynarodową i teoretycznie niezależne od rządów, to kolejny obiekt, który lubimy werbalnie atakować powodowani strachem przed ich potęgą.  Generalnie niezależność, czy zależność od rządów państwowych to sprawa w wielu przypadkach wielce dyskusyjna. Ideologiczni zwolennicy wolnego rynku (np. korwinowcy lub Centrum Adama Smitha) uważają, że rządy powinny się w ogóle wycofać z kontroli nad gospodarką i wszystko zostawić prywatnym przedsiębiorcom – najlepiej średnim i małym, a jeśli dużym, to takim jak w XIX wieku, w których jest konkretny właściciel, który w dodatku jest odpowiedzialnym szefem (menadżerem). Jest to kolejna utopia, której się nie da osiągnąć, ponieważ gra wolnorynkowa, która opiera się m.in. na ludzkim dążeniu do gromadzenia zapasów i zabezpieczaniu zasobnej przyszłości (zwanym przez zazdrośników chciwością) zawsze będzie prowadzić do sytuacji, w której najlepsi jej uczestnicy w miarę rozwoju swoich przedsiębiorstw będą dążyć do zbudowania imperium w postaci wielkiej korporacji. Korporacje z kolei nie działają w próżni politycznej, więc z całą pewnością będą chciały wpływać w postaci mniej lub bardziej jawnego lobbingu na rządy, w których często zasiadają koledzy właścicieli lub menadżerów owych korporacji. Tak zbudowano potęgę Ameryki i choć od czasu do czasu pojawia się jakiś polityk, który próbuje okiełznać galopującą korupcję (np. prezydent Theodor Roosevelt na początku ubiegłego stulecia), to jest to w jakimś stopniu walka z wiatrakami, bo przenikanie się światów biznesu i polityki jest nie tylko nieuniknione, ale po prostu naturalne. W krajach rządzonych autorytarnie różnice między państwem a korporacją mogą nawet ulec zatarciu. Patrząc na rosyjski Gazprom trudno powiedzieć, czy to Rosja jest bardziej Gazpromem, czy Gazprom bardziej Rosją, ponieważ interes współczesnej Rosji jako państwa to przede wszystkim interes Gazpromu.

Czasami korporacje, niczym mafie, poczynają sobie już tak bezczelnie, jak np. Monsanto, które wdraża swoje wynalazki bez odpowiednio długiego okresu badań (np. na szczurach), lub wbrew ich negatywnym wynikom, że interwencja władz państwowych wydaje się niezbędna. Dlaczego jednak ona albo nie następuje, albo jest zbyt niemrawa? Odpowiedź wydaje się prosta – grupy polityków są powiązane ze światem wielkich korporacji szeregiem więzów towarzyskich i biznesowych, że trudno byłoby ich tak naprawdę odróżnić, gdyby nie ich stanowiska. Są to przecież absolwenci tych samych uczelni. Mogą to być koledzy ze studiów, z golfa, z loży masońskiej (od razu zastrzegam, że nie należę do zaciętych tropicieli spisków masońskich), lub z polowań, grilla czy innych popijaw (w zależności od kultury kraju).

Nawoływanie do anarchii czy to w postaci tradycyjnie lewicowej (anarchiści, którzy się nazywają anarchistami), czy to prawicowej (zwolennicy Janusza Korwina-Mikke w Polsce czy Rona Paula w Stanach Zjednoczonych) byłoby rozwiązaniem na bardzo krótką metę, tak samo jak nawoływanie Slawoja Žižka do walki o prawdziwy komunizm (przez to straciłem szacunek do tego człowieka, ponieważ jest kolejnym dowodem na to, że wysoka inteligencja plus ogromna wiedza wcale nie równają się mądrości) nie biorą pod uwagę natury ludzkiej, która wcześniej czy później upomni się o swoje prawa. W każdym społeczeństwie będą się pojawiać ludzie, którzy zechcą zgromadzić więcej zapasów niż inni oraz zechcą kierować życiem innych. Przy odrobinie sprytu uda im się osiągnąć swoje cele i dlatego po pewnych okresach utopii, często okupionych życiem milionów ludzi, ponieważ tłamszenie natury ludzkiej wymaga nieustannej czujności i systemu zbrojnej kontroli, powracają jak bumerang proste zasady kierujące ludzkim myśleniem w kategoriach generowania zysków, a ponieważ nie wszyscy to potrafią robić w takim samym tempie, pojawiają się nierówności, a za nimi korporacje i potężne instytucje finansowe.

Na pytanie, czy jest metoda na przezwyciężenie tego błędnego koła, nie mam optymistycznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że to co można zrobić, to od czasu do czasu starać się przywrócić pewien stan równowagi. Od czasu do czasu należy rozbić jeden czy kilka wielkich monopoli na rzecz większej konkurencyjności po stronie przedsiębiorstw średnich i małych. Po jakimś czasie jedno z nich znowu obejmie pozycję monopolisty, i wtedy rządy powinny znowu interweniować.

Nie można też zrezygnować z systemu opieki społecznej, która faktycznie w wielu przypadkach promuje postawę bierną, często po prostu nieróbstwo i nieudacznictwo, ale bez której ludzie, którym się w życiu nie powiodło z przyczyn obiektywnych, umieraliby na naszych oczach. W teoriach tzw. darwinizmu społecznego być może takie zjawisko byłoby do zaakceptowania, ale uważam, że darwinizm społeczny jest dokładnym zaprzeczeniem istoty bycia człowiekiem. Wierzę bowiem, że jakościowa zmiana, jaka odróżniła nasz gatunek od naszych zwierzęcych kuzynów, nastąpiła z chwilą, kiedy nasi przodkowie przełamali determinizm biologiczny, kiedy zaczęli się opiekować swoimi starcami i kalekami. To nie jest żaden socjalizm, to jest podstawowa cecha gatunku ludzkiego i to jest jednak w dużym stopniu optymistyczne.

Oczywiście system pomocy społecznej powinien być szczelny i dobrze zorganizowany, żeby nie dopuścić do nadużyć, ale musi istnieć.

Tak czy inaczej, wiara w jakieś wspaniałe ustroje polityczne, które uszczęśliwią całą ludzkość, daje się porównać do wiary w diety-cud z kolorowych czasopism. Po krótkiej euforii lekarstwo najczęściej okazuje się gorsze od choroby.

Osobiście uważam, że podstawowy błąd w pracy naszych umysłów polega na skłonności do doktrynerstwa. Zamiast szukać najlepszych rozwiązań w świetle akceptowanego przez wszystkich (no, przez zdecydowaną większość) celu, przypinamy sobie etykietki i nie walczymy już o te rozwiązania, bo całą energię pochłania nam walka z tymi, którzy noszą inne etykietki niż nasze.

Tutaj nie mogę się oprzeć wspomnieniu przykładu powojennych Niemiec (najpierw tych Zachodnich, a teraz już całych). Pragmatyzm tego narodu jest naprawdę godny podziwu. Pomimo ostrych sporów, politycy tego kraju potrafią działać wspólnie dla wspólnego dobra. Sam fakt, że w Niemczech możliwe jest coś takiego jak „wielka koalicja”, czyli sojusz partii pozostających wobec siebie w ideologicznej opozycji, świadczy o tym, że ci ludzie naprawdę wiedzą o co chodzi w odpowiedzialności za wspólne dobro. Tego życzyłbym z całego serca Polsce, ale również wszystkim krajom na świecie.