piątek, 7 listopada 2014

O wychowaniu seksualnym



„Wódz słońca. Autobiografia Indianina” to książka, którą przeczytałem w liceum. Był to czas, kiedy uwielbiałem tzw. serię ceramowską, czyli serię książek popularyzujących przede wszystkim historię, ale również antropologię kultury. Do dziś, jeśli mogę znaleźć na Allegro jakiś ciekawy egzemplarz, kupuję go sobie, bo pomimo wieku, są to nadal książki warte czytania i dyskusji. „Wodza słońca” chyba też sobie kupię, ponieważ stanowi niezwykle ciekawą relację Indianina Hopi, niejakiego D.C. Talayesvy, z jego szczęśliwego dzieciństwa i młodości, jakie spędził wśród swojego ludu. 

Indianie Hopi, jak się uważa, to potomkowie starej kultury Asanazi, którzy pod względem cywilizacyjnym zdecydowanie wyprzedzała sąsiednich Nawahów czy Apaczów, którzy w porównaniu z nimi byli wojowniczymi barbarzyńcami. Hopi pozostają ludem o bardzo ciekawych wierzeniach, co sprawia, że interesują się nimi rzesze zwolenników New Age, ale nie to jest istotne. 

Przypomniałem sobie o tej książce w kontekście dość już długo trwającej w naszym kraju debacie na temat wychowania seksualnego. Talayesva wspomina swoje życie wśród swoich rodaków i porównuje je z poczuciem przygnębienia, jakiego doświadczył wśród białych, od których, o ile dobrze pamiętam, przyjął chrzest i którzy zaczęli mu wkładać do głowy cały system polegający na myśleniu w kategoriach dychotomii cnota-grzech, gdzie na dodatek grzechem okazywały się rzeczy, które on sam nigdy by nie uznał za zło. Pojęcie dobra i zła nie było mu obce, ale ta para przeciwieństw nie miała takiego charakteru, jak u białych.
Jednym z jego najwcześniejszych wspomnień były kąpiele jakim poddawały go kobiety. Musiał być już na tyle duży, że już coś pamiętał, ale jednak na tyle mały, że kąpała go matka i ciotki. Otóż ciotki przy tej kąpieli żartowały sobie, że jest z niego wspaniały mężczyzna i że mają ochotę na jego penisa. Czy w ten sposób chłopca zdeprawowały? Nic na to nie wskazuje. 

Później, kiedy jako nastolatek wybiera się z dorosłymi mężczyznami na jakąś wyprawę (prawdopodobnie miało to jakiś obrzędowy charakter), wszyscy oni onanizują się do szczeliny skalnej, przy tym każdy mówi, kogo sobie będzie przy tym wyobrażał. Talayesva wybrał sobie jedną z ciotek. Nie miało to żadnych konsekwencji na jego zdrowie psychiczne, ani system wartości. Autor nie pisze też, żeby problemem jego plemienia było kazirodztwo. 

Najważniejsza obserwacja, jaką poczynił porównując kulturę Hopi i kulturę białych, był fakt, że w języku Hopi nie było wyrazów wulgarnych. Po prostu nikt nie przeklinał i nie używał pewnych wyrazów w charakterze wulgaryzmu, ponieważ narządy czy też akty płciowe nie były jakimś tabu, którego złamanie szokowałoby interlokutora. 

Autor nie zanotował jakiegoś rozprzężenia obyczajowego, rozpadu rodzin, przemocy rodzinnej czy zaniedbań wychowawczych. Być może idealizował styl życia swoich rodaków z dawnych czasów, ale nie wydaje się, żeby wszystko zmyślił. Wszystko natomiast wskazuje na to, że wychował się w kochającej się rodzinie i pośród podobnych rodzin. 

W Polsce słusznie krytykuje się pruderię ludzi tworzących system oświatowy. Nauczycielki (bo to najczęściej kobiety), czy to przedmiotu zwanego życiem w rodzinie, czy to biologii, boją się podejmować tematów seksu i seksualności z różnych powodów, z których najczęstsze są zahamowania wynikające z własnego wychowania, a w następnej kolejności nabyte później przekonania. Trafiają się jednak i takie, które „trudnych” tematów nie unikają, ale mimo wszystko spotykają się z problemami. O ile bowiem z niektórymi dwunastolatkami można poważnie na tematy płciowe porozmawiać, z ich rówieśnikami płci męskiej bywa bardzo różnie. Pojawiają się głupie śmiechy i komentarze, które mają z jednej strony pokazać jacy to chłopcy są uświadomieni, a z drugiej obnażające ich brak dojrzałości. W tym momencie pojawia się pytanie skąd takie zachowanie. Zdecydowani zwolennicy wychowania seksualnego w szkołach powiedzą, że po prostu należało o tym mówić dzieciom wcześniej, bo w szóstej klasie jest już za późno. Czy to jest jednak jedyna recepta? Wiemy skądinąd, że istnieją propozycje, żeby o seksie mówić dzieciom już w przedszkolach. Problem jednak polega na tym, że żadna instytucja edukacyjna nie zastąpi mądrej rozmowy z rodzicami. Jeżeli więc rodzice będą tłumaczyć dzieciom, że sprawy związane z seksem są „świńskie”, to próby podjęcia tematu przez nauczyciela, zawsze się spotka z reakcją, która będzie reakcją na sprzeczne sygnały płynące do dziecka. 

Kiedy w domu seks staje się tematem tabu, rolę wychowawcy seksualnego przejmuje podwórko. Oczywiście jest to metafora, bo dzisiaj mało jest już klasycznych podwórek, ale chodzi po prostu o kolegów z osiedlowej ławki. Myślę, że w literaturze pedagogicznej i socjologicznej ktoś kiedyś opisał to zjawisko. Ja osobiście jestem zafascynowany tym fenomenem. Z jednej strony bardzo pozytywne jest posiadanie przyjaciół czy kolegów, z którymi czujemy się dobrze. Z drugiej jednak, wpływ rówieśników i nieco starszych kolegów może być zgubny dla młodego człowieka, co nie jest przecież żadnym odkryciem, bo to w grupie rówieśniczej próbuje się pierwszych papierosów, alkoholu czy narkotyków. Grupa rówieśnicza może człowieka wciągnąć też w działalność kryminalną. To oczywiście przypadek skrajny i trzeba naprawdę wielkiej ostrożności przy ocenie takich grup. Często osiedlowe grupki młodzieży to żadne gangi, tylko zupełnie nieszkodliwe matołki. Co w takim razie mnie fascynuje? Otóż nie mogę się nadziwić, jak często lekceważy się rolę wychowawczą grupy rówieśniczej. Z patosem wymienia się takie czynniki jak rodzina, szkoła i kościół, a niektórzy strasznie ubolewają nad brakiem solidarnej postawy tych trzech czynników, ale zapomina się, że podwórko na niektórych wywiera wpływ największy i najtrwalszy. Fascynuje mnie sam fakt, że jest to możliwe i sam mechanizm „wychowawczy”. Młody człowiek, spędzający czas w grupie rówieśników uczy się po pierwsze pewnej hierarchii. W osiągnięciu pozycji w grupie ważne są takie czynniki jak wiek, siła fizyczna, czy też umiejętność poradzenia sobie w bójce, oraz również inteligencja. W tym ostatnim przypadku nie chodzi w żadnym razie o mądrość czy wiedzę, ale spryt i umiejętność manipulacji. Młodym chłopcom imponują starsi koledzy. Ojciec schodzi na plan dalszy, matka jest kochana, bo daje jeść, nauczyciele to w ogóle „żal”, że użyję terminologii współczesnej białostockiej młodzieży, za to starsi kumple to są ludzie, z którymi warto trzymać i warto starać się być takimi jak oni. Starsi koledzy, mimo, że młodsi często doskonale wiedzą, że niektórzy z nich to zwykłe świry i głąby, świadomie czy nieświadomie stają się autorytetami dla tych drugich. A w sprawach seksu autorytetami jedynymi i niepodważalnymi. Jeżeli szesnastolatek, który już nabył pewnych doświadczeń seksualnych, opowiada o nich czternastolatkowi lub jedenastolatkowi, to jest po prostu „tym, który wie”. „Edukacja” odbywa się więc wśród ludzi, między którymi różnica wieku jest stosunkowo niewielka, ale w wieku szkolnym często już rok różnicy jest pokoleniową milą. Z jednej strony mechanizm jest bardzo prosty, a z drugiej nie mogę się nadziwić, jak on może funkcjonować praktycznie nienaruszony od wielu pokoleń. Bardzo prymitywna i najczęściej przekazywana w wulgarnej formie „wiedza” starszych kolegów żyje na podwórku od dziesiątek lat i bywa impregnowana na wpływ domu czy szkoły. Nie dokonuje się w niej żaden postęp, ponieważ kiedy słyszę teksty dialogów współczesnych dzieci i młodzieży w szkole, czy też na osiedlowej ławce, niewiele się różnią od podobnych tekstów z lat 80. czy 60. ubiegłego wieku. Oczywiście nie jest tak, że nie ma żadnych różnic. Żyjemy w dobie internetu, więc w sprawach seksu dochodzi bardzo potężny czynnik „edukacyjny” w postaci powszechnie dostępnej pornografii. Chłopcy nadal wymieniają się „doświadczeniami”, niektóry autentycznymi, inni tylko podpatrzonymi w filmie pornograficznym, ale proces dyskursu podwórkowego nieprzerwanie trwa od dziesiątek, jeśli nie setek lat. 

Kolejne zjawisko, które się wiąże z tematem edukacji seksualnej to poczucie, że to, o czym z kolegami rozmawia się bez skrępowania, ale jednak najczęściej w prymitywny i wulgarny sposób, jest absolutnym tabu, o którym nie wypada rozmawiać z rodzicami a już tym bardziej z nauczycielami. Z tymi ostatnimi to owszem można zrobić jakąś aluzję, ale tylko po to, żeby ich wprowadzić w zakłopotanie i w ten sposób upokorzyć. Jeżeli to się udaje i nauczyciel(ka) wychowania do życia w rodzinie lub biologii faktycznie się czerwieni i unosi świętym oburzeniem, stawia się w pozycji przegranej, ponieważ cel prowokatora został osiągnięty. Wytwarza się kompletnie absurdalna sytuacja, z której młodzi ludzie każdego pokolenia od co najmniej pięćdziesięciu lat są przekonani, że o seksie wiedzą więcej niż dorośli. Rola podwórka w procesie wychowawczym ulega wzmocnieniu, a wraz z nią przeświadczenie o braku życiowego doświadczenia wśród nauczycieli, a więc oderwaniu szkoły od rzeczywistości. 

Kiedy obserwuję dorastanie osiedlowej młodzieży, ogarnia mnie poczucie jakiejś wielkiej klęski. Osiedlowe dziewczyny wysiadujące z osiedlowymi chłopakami i dające się traktować jak idiotki. Później te same dziewczyny idące z wózkiem i z mężem (jeżeli osiedlowy chłopak się z nią ożeni – to nie jest takie rzadkie, bo ci chłopcy to nie zawsze są jakieś kompletnie zepsute łobuzy i do jakiejś odpowiedzialności niektórzy się poczuwają) i tenże mąż traktuje tę młodą żonę jak idiotkę, a ona daje się tak traktować. Poczucie klęski bierze się stąd, że oto obserwuję wśród młodych ludzi powielanie stereotypu krytykowanego od co najmniej półwiecza. Niektórzy powiedzą i na pewno słusznie, że to powielanie wzorca z własnego domu. Ja dodałbym do tego jednak wpływ podwórka. Pewien typ rodziny tworzą chłopcy wychowani przez innych chłopców w inkubatorze podwórka, który okazuje się niezwykle trwały.

Teraz wyobraźmy sobie w szkole lekcję, gdzie porusza się zagadnienia seksu. Osiedlowe dziecko „wyedukowane” przez swoich rówieśników i przekonane, że nauczyciel(ka) albo nic ciekawego nie powie, bo sam nie wie, albo nie powie, bo się wstydzi, nic nie skorzysta z takiej lekcji. Jeżeli nauczyciel utrwali w nim przekonanie, że seks jest tematem tabu, nigdy nie skończy się takie traktowanie tego problemu. Nie skończą się obleśne uśmieszki czy idiotyczne chichoty podczas omawiania zagadnień, które dla młodego człowieka są przecież bardzo ważne. 

Z tabu wiąże się nierozłącznie zakłamanie i hipokryzja. Alkoholika można między innymi poznać po tym, że zaprzecza swojemu piciu. Z tematem seksu jest natomiast tak, że chłopcy i dziewczynki, które w gronie rówieśniczym go poruszają, przed dorosłymi chcą za wszelką cenę zrobić wrażenie tych, których sam temat nie tylko nie interesuje, ale go wręcz potępiają. Swego czasu uczniowie szóstej klasy z ożywieniem zaczęli rozmawiać o seksie, uważając, że ich nie słyszę, albo może wręcz przeciwnie, chcąc się popisać, jak bardzo są uświadomieni. Kiedy już się rozchodzili, do jednego z nich, chłopaka raczej inteligentnego, z którego chłopcy trochę żartowali, że w porównaniu z nimi mało, wie, a który próbował im udowodnić, że jest inaczej, powiedziałem, żeby się nie przejmował, bo z całą pewnością jeszcze w życiu czeka go dużo seksu, z oburzeniem mi odpowiedział „Co? Ja nie jestem jakiś zboczony!” Zakłamanie w akcji. 

Co ciekawe, daje się zauważyć, że nierzadko dzieci z rodzin patologicznych okazują największe fałszywe zawstydzenie, kiedy nauczycielki poruszają tematy seksu, podczas gdy skądinąd (m.in. od policji i kuratorów sądowych) wiadomo, że dzieci te bywają świadkami pijaństwa i seksu, w tym również „gwałtów za karę” na matce ze strony ojca lub kolejnego konkubenta matki. 

To co obecnie szkoła proponuje dzieciom, nie jest wystarczające, a najczęściej przychodzi już za późno, bo wtedy, kiedy podwórko zrobiło już swoje. Pruderia nauczycielek i nauczycieli tudzież kompletnie fałszywy i często niemal świadomie zakłamany obraz młodego człowieka, jako osoby, która o seksie nie wie nic (kościelny mit niewinności), tylko utrwala i wzmacnia patologiczną rolę podwórka (grupy osiedlowych kolegów) w wychowaniu, w tym w edukacji seksualnej. 

Proponowana alternatywa to lansowanie pokazywania mechanicznych funkcji seksualnych od przedszkola, co wzbudza niemałe kontrowersje, ponieważ kojarzy się wprost z deprawacją małych dzieci. Dlatego osobiście uważam, że powierzanie roli seksualnego edukatora szkole jako instytucji bez oglądania się na rodziców, którzy sami mogą albo mieć zahamowania, albo kompleksy, albo wychodzić z założeń religijnej pruderii, nie jest dobry. Oznaczałoby to jawną wojnę szkoły publicznej, a więc pośrednio państwa, z rodzicami o ich własne dzieci. Owszem, do takich absurdów już dochodzi w rozwiniętych krajach Zachodu, ale nie sądzę, żeby to było dobre dla kolejnych pokoleń wchodzących w życie. Uważam więc, że pierwszym krokiem na drodze wychowania seksualnego dzieci jest edukacja rodziców. Dobrze przygotowani psychologowi i pedagodzy (podkreślam, dobrze przygotowani) powinni prowadzić zajęcia z metodyki nauczania wychowania seksualnego z rodzicami, tak aby ci faktycznie mogli zostać tymi, z którymi z zaufaniem można o tematach płciowości rozmawiać bez obawy o potępienie czy wyśmianie. Nie ma oczywiście gwarancji, czy wszyscy rodzice sami będą otwarci na tego typu edukację, ale myślę, że mimo wszystko od tego należy zacząć. Jeżeli dom i szkoła będą współdziałać na zasadzie zapewnienia dziecku maksimum poczucia bezpieczeństwa i godności, można będzie się pokusić na wyrwanie go z patologicznego wpływu podwórka. Oczywiście nie wolno się łudzić, że seks przestanie młodych ludzi fascynować i podniecać, bo zresztą wcale nie o to chodzi. Chodzi tylko o to, żeby zdjąć z niego etykietkę tabu, które sprawia że ta fascynacja jest niezdrowa, bo oparta na fałszywych wzorcach, np. pornografii i opowieściach –  często zmyślonych – starszych kolegów, w których traktują swoje partnerki przedmiotowo używając do tego wulgarnego i pełnego pogardy słownictwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz