czwartek, 16 października 2014

Arystokratyczne wychowanie, czyli o nawiązywaniu kontaktów i komunikacji



Nie wiem na ile kieruję się tutaj stereotypem, na ile własnym jednostkowym doświadczeniem, a na ile moją obserwację można uznać za jakąś ogólniejszą regułę, ale uważam, że okres życia obejmujący ostatnie lata liceum i lata studiów wyższych to czas, kiedy człowiek jest najbardziej otwarty na innych ludzi. Oczywiście można to jakoś uzasadnić czysto biologicznie. To przecież szczyt ludzkiej witalności, czas szukania partnera/partnerów, tudzież czas początków mniej lub bardziej uświadomionej konieczności wyrabiania sobie pozycji w społeczeństwie, a więc budowania sieci powiązań – przyjaźni, znajomości itd. itp. Moje asekuranckie zastrzeżenie na początku wzięło się z tego, że nader często obserwuję jednak całkiem niemałą liczbę młodych ludzi, z których jedni są potwornie nieśmiali i zakompleksieni, a inni prawdopodobnie też, ale pokrywają to arogancją i ostentacyjnym lekceważeniem wszystkiego czego nie poznali w swojej wsi/miasteczku/dzielnicy. Niestety mało kto wyciąga rękę do tych nieśmiałych zachowujących się nieśmiało, natomiast tych nieśmiałych pokrywających swoje kompleksy arogancją uważa się za buraków i chamów. Mają oni jednak pewną szansę na przełamanie swojej izolacji organizując się w grupy podobnych sobie. Stąd mamy dość szczelnie zamknięte kręgi tych, którzy np. „nigdy w życiu się nie będą uczyć języków obcych”, albo którzy „wolą własną kaszanę od cudzych frykasów” itp. Konieczność ekonomiczna niejednokrotnie jednak zmusza niektórych z nich do wyjazdu za granicę do pracy, a tam… A tam grzęzną w środowisku podobnych sobie, języka nadal nie chcą się uczyć i to często wcale nie dlatego, że nie mają talentu, ale dlatego, że znajomość języka obligowałaby ich do porozumiewania się z rodzimymi mieszkańcami kraju, w którym się znajdują, a więc w kolejnym przełamaniu własnej nieśmiałości, a to jest często ból nie do zniesienia. Całe szczęście, że znowu konieczność przetrwania lub wydostania się z zaklętego kręgu pracy za najniższe wynagrodzenie często po prostu zmusza ich do podjęcia pewnego wysiłku i otwarcia się na innych. 

Kiedy czytamy powieści rozgrywające się w kręgach arystokratycznych XVIII, XIX czy XX wieku, bardzo łatwo zauważyć, że „klasa próżniacza” w edukacji swoich dzieci bardzo silny akcent stawiała na umiejętność porozumiewania się – komunikacji, jak to się dziś przyjęło mówić w kręgach o pretensjach naukowych. Nawiązanie kontaktu towarzyskiego było niejako obowiązkiem każdego człowieka z wyższych sfer spotykającego innego człowieka z wyższych sfer. Kiedy byłem dzieckiem i nastolatkiem bardzo mnie dziwiło, dlaczego arystokrata pojawiający się w obcym mieście, od razu składał wizyty obcym ludziom, rozsyłał swoje bilety wizytowe itd.itp. Wiązało się to oczywiście z całym stylem życia, który polegał na tym, że trzeba było pokazać, że się człowiek bawi, a bawić się można tylko w odpowiednim dla siebie towarzystwie. Przy okazji oczywiście nawiązywano stosunki biznesowe, które też zamykały się w pewnym kręgu. Chodziło więc z grubsza o to, żeby wszelkie przywileje kasty arystokratów pozostały w owej kaście, a te wszystkie zabiegi towarzyskie miały na celu sprawienie, żeby poznał swój swego. 

Naturalnie jest to duże uproszczenie, ponieważ arystokraci, jak to ludzie, reprezentowali całe spektrum poglądów na tematy społeczne. W końcu zaczęli się wśród nich trafiać ludzie o poglądach wręcz lewicowych, którzy jednakowoż nie przyjęli sposobu bycia proletariuszy, o poprawę losu których walczyli, ale próbowali tychże proletariuszy podnieść na wyższy poziom życia, zarówno materialnego jak i intelektualnego. Wiadomości nabyte w szkołach i uniwersytetach z pewnością imponowało wielu reprezentantom klasy robotniczej, ale wiele wskazuje na to, że nie aż tak, jak pewna łatwość w nawiązywaniu kontaktów, która również była wynikiem edukacji szkolnej i uniwersyteckiej. To właśnie poprzez placówki oświatowe pewien styl, wcześniej dostępny tylko klasom najwyższym, przedostawał się do reszty społeczeństwa, a częścią tego stylu była umiejętność uprzejmego rozpoczęcia konwersacji z obcym człowiekiem, łącznie z człowiekiem posługującym się innym językiem. 

To dlatego w Wielkiej Brytanii do dziś ważną rolę odgrywają we władzach państwowych i biznesie absolwenci starych uniwersytetów i prywatnych szkół średnich, z których nie wszyscy są koniecznie arystokratami z pochodzenia, ale których się na takich arystokratów przerabia. Nie twierdzę, że taka hiperelitarność  to coś godnego polecenia. Twierdzę jednak stanowczo, że każdy normalny człowiek lubi mieć do czynienia z kimś, kto umie uprzejmie i z sensem zagadać do drugiego człowieka.
W dobie internetu i facebooka wydaje się, że wielu ludzi, zwłaszcza młodych, potrafi nawiązywać kontakty ze swoimi rówieśnikami i to nawet zagranicznymi. Pobieżne przejrzenie dialogów między nimi niestety nie napawa optymizmem. Łatwo zauważyć, że kręgi znajomych są dość zamknięte, a jakość wymiany monosylab, wykrzykników i równoważników zdań (bo rzadko zdań) pozostaje na dość żenującym poziomie. Tematy owych czatów do najistotniejszych też nie należą. 

Optymizmem napawa jednak pewna grupa młodych ludzi, których po prostu fascynują inni ludzie, którzy jeżdżą na uczniowskie i studenckie wymiany oraz porozumiewają się piękną polszczyzną, angielszczyzną i innymi językami. Tylko, że to jest znowu wąska grupa, która będzie stanowić elitę, nowoczesną arystokrację. Problem w tym, że idea pociągnięcia szerokich mas na wyższy poziom życia, co osiągnąć można właśnie dzięki umiejętności nawiązywania kontaktów i klarownej komunikacji, jest bardzo daleka od realizacji. Kompleksy, często wyniesione z rodzinnego domu, wzmocnione towarzystwem takich samych rówieśników z sąsiedztwa oraz zwykłym lenistwem nie sprzyjają wysiłkowi na rzecz wyjścia do innych ludzi, bez czego trudno marzyć o jakimkolwiek, nawet najmniejszym sukcesie.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz