czwartek, 21 marca 2013

Mądre postulaty, niemądre roszczenia... czyli jak to się dobro ze złem miesza



Jak już pewnie Czytelnikom tego bloga wiadomo, jestem zwolennikiem wprowadzenia w Polsce jednomandatowych okręgów wyborczych. Ruch zmieleni.pl, których powstał z inicjatywy Pawła Kukiza, uważam za wspaniałą inicjatywę, jaka nieczęsto się w Polsce udaje, ponieważ z reguły jesteśmy społeczeństwem biernym. Osobiście doskonale się czuję poza światem polityki, ale do tego ruchu przystąpiłem ze spontanicznym entuzjazmem, ponieważ uważam, że brytyjski system wyborczy zapewnia stabilne państwo równocześnie dając obywatelowi poczucie odpowiedzialności za wybór swojego reprezentanta.

Ruch zmieleni.pl łączy w sobie ludzi o bardzo różnych poglądach politycznych, co jest z jednej strony wspaniałe, ponieważ pokazuje, że ludzie w Polsce potrafią się zorganizować w celu załatwienia jednej sprawy, niekoniecznie zgadzając się w innych. M.in. tak właśnie działają inicjatywy oddolne w Stanach Zjednoczonych, które powstają niezależnie od afiliacji partyjnej, natomiast po okrzepnięciu wpływają na politykę obu wielkich partii.

Z drugiej strony zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że ktoś przy okazji walki o jednomandatowe okręgi wyborcze będzie chciał (często w jak najlepszej wierze) uzewnętrznić własne poglądy polityczne, społeczne czy religijne. Na tym tle zawsze mogą zrodzić się konflikty i dlatego w ramach ruchu należy unikać podnoszenia pewnych tematów.

Istnieje oczywiście pewien problem, a mianowicie taki, że cele naszego ruchu będąc politycznie bezstronne dla wielu pozostają zbyt wielką abstrakcją, żeby się porwać masy. Te bowiem muszą poczuć albo wielką trwogę, albo naprawdę wielką frustrację, żeby zacząć działać. Wielką trwogą przepełniła wielu Europejczyków zapowiedź wprowadzenia kontroli internetu (ACTA). Wielka frustracja doprowadziła do obalenia rządu w Bułgarii. Zły system wyborczy nie przepełnia ludzi trwogą, a frustruje nielicznych, czyli tych, którzy się trochę tematem interesują.

Generalnie jednak frustracja wśród Polaków narasta, ponieważ pomimo stopniowych pozytywnych zmian, nadal jesteśmy krajem, z którego się ucieka, ponieważ wielu trudno jest znaleźć swoje miejsce z powodu braku perspektyw godziwego zarobkowania. Właściwie bieda w postaci bezrobocia i pracy za bardzo niskie stawki przy cenach zbliżonych, bądź w szeregu przypadków identycznych jak w rozwiniętych krajach Zachodu, powinna już dawno wywołać oburzenie, ale przecież po roku 1989 związek zawodowy stanął po stronie budowy kapitalizmu, więc pojęcia uległy kompletnemu pomieszaniu. Obecnie „Solidarność” wydaje się wracać na pozycje typowe dla związku zawodowego, czyli stające w obronie człowieka pracy. Używając brzydkiego słowa, na pozycje roszczeniowe.

W zdrowym kapitalizmie związki zawodowe spełniają ważną rolę, ponieważ stanowią czynnik równowagi. Jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że pracodawca, czy przedsiębiorca nastawiony na maksymalizację zysku, będzie chciał oszczędzić na płacy pracownika ile się tylko da. Związek zawodowy, występując w interesie pracownika z kolei będzie chciał wyciągnąć jak najwięcej. Kompromis między tymi przeciwstawnymi interesami to właśnie sytuacja, dzięki której firma nie bankrutuje, a pracownicy są w miarę zadowoleni. Kiedy tej równowagi brakuje, czyli kiedy żadna grupa nie broni pojedynczego pracownika, jest on wykorzystywany do granic możliwości. Zawsze przypomina mi się rozmowa z parą amerykańskich nauczycieli ze stanu Nowy Jork, których poznałem w 1992 r., którzy stwierdzili, że oni zarabiają naprawdę nieźle (wówczas ok. 50-60 tys. dolarów rocznie), ponieważ mają silny związek zawodowy nauczycieli. W Missouri, gdzie takiego związku nie ma, nauczyciele zarabiali 11-12 tys. rocznie.

Z drugiej strony pamiętamy, że w latach 70. ubiegłego stulecia związki zawodowe doszły w Wielkiej Brytanii do takiej potęgi, że omal nie doprowadziły do ruiny finansów państwa. Pozycja bossów związkowych żyjących na poziomie wyższym od niejednego kapitalisty to jeszcze inny temat.

Generalnie jednak uważam, że związek zawodowy to ważny czynnik w zdrowej gospodarce rynkowej, o ile przestrzega się podstawowych reguł, a mianowicie szanuje się zasadę, że z pustego i Salomon nie naleje. Dlatego związkowcy powinni doskonale znać możliwości przedsiębiorstw, od których np. żądają podwyżek.

Obecna „Solidarność” wróciła do walki o prawa pracownicze i w jakimś stopniu odcięła się od politycznej zależności od Prawa i Sprawiedliwości. Wbrew temu, co w telewizji można było usłyszeć od Adama Hofmana, „Solidarność” Piotra Dudy nie jest zapleczem PiS, a sam przewodniczący raczej się nie podporządkuje Jarosławowi Kaczyńskiemu. Pytanie jednak polega na tym, czego żąda obecna „Solidarność”.

Platforma Oburzonych, czyli zjazd najrozmaitszych organizacji przeciwstawiających się obecnemu układowi reprezentowanemu w Sejmie, zgromadziła ludzi o różnych poglądach, choć raczej nie było tam liberałów i lewicowców. Media, jako że są przyzwyczajone do swojej roli wyznaczania tych, których wg nich warto słuchać oraz potępiania tych, z których wg nich warto się pośmiać, wykonały oczywiście swoją robotę bardzo dobrze. Kilkusekundowe migawki wystąpień co bardziej emocjonalnych prelegentów prawdopodobnie wywołały w przeciętnym widzu odpowiedni efekt, że był to zlot przedstawicieli folkloru politycznego. Praktycznie o jednomandatowych okręgach wyborczych i zmielonych na zjeździe powiedziano prawie nic, choć trzeba oddać mediom sprawiedliwość, że skądinąd zaczęły o tej sprawie i o ruchu mówić coraz częściej.

W postulatach „Solidarności” na pierwsze miejsce wysunął się postulat referendów jako narzędzia demokracji bezpośredniej. Niemniej to zupełnie inne żądanie przykuło uwagę opinii publicznej (tak naprawdę to mediów, a za ich pośrednictwem naszą). Stało się tak za sprawą listu otwartego przewodniczącego Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, Cezarego Kaźmierczaka, który w niewybrednych słowach określił, gdzie ma postulat likwidacji „umów śmieciowych”. Realizacja postulatu „Solidarności”, żeby zmusić pracodawców do zatrudniania na umowę o pracę, czyli na etacie, z pewnością dałby części pracowników poczucie (dodajmy, że złudne) bezpieczeństwa socjalnego.

Podobno psycholodzy odkryli, że konieczność zmiany pracy jako czynnik stresogenny stoi bardzo blisko rozstaniu z bliską osobą, a nawet śmierci bliskich osób (piszę podobno, bo wyczytałem to kiedyś w jakimś czasopiśmie, które nie było naukowe). Ludzie, którzy mnie znają osobiście, wiedzą, że do jakichś twardzieli się raczej nie zaliczam, ale co jakiś czas następuje pewna rotacja miejsc, w których pracuję i przez wiele lat jakoś specjalnie z tego powodu nie cierpiałem, choć oczywiście we wrześniu zawsze następowało kilka tygodni stresu, kiedy to jeszcze nie wiedziałem ile będę miał pracy i gdzie. Zawsze się jednak z tym liczyłem, a później pracy zazwyczaj było tyle, że ciężko było z nią wyrobić. Niemniej stać mnie było na przeżycie nie tylko roku szkolnego/akademickiego, ale również trzech miesięcy wakacyjnych, kiedy w ogóle nie zarabiałem, w tym na wyjazdy z rodziną. Obecnie dość boleśnie odczuwam zmianę w sytuacji demograficznej Polski, ponieważ mam mniej godzin, a przez co mniej zarabiam, ale moi koledzy, którzy byli w różnych instytucjach zatrudnieni na zasadzie umowy o pracę, swoje etaty po prostu stracili! Oczywiście w obecnej sytuacji z całą pewnością cieszyłbym się z pracy na pełnym etacie, który w dodatku byłby zagwarantowany, ale szkopuł w tym, że on po prostu zagwarantowany być nie może.

Niestety, przy całym szacunku dla przewodniczącego Dudy, nie mogę się zgodzić z żądaniami, które spowodują cały łańcuch konsekwencji, które z kolei obrócą się ostatecznie przeciwko pracownikowi. Firmy czy instytucje, które obecnie zatrudniają człowieka na umowę-zlecenie lub umowę o dzieło na kilka godzin w tygodniu, zostałyby zmuszone zatrudnić go na pełny etat, mogłyby dojść do wniosku, że płacenie dodatkowego tysiąca zlotych (to minimum!) miesięcznie ZUS za niego absolutnie się im nie opłaca i lepszym rozwiązaniem będzie obciążenie pracą tego człowieka mniejszej liczby pracowników etatowych. Będzie to sytuacja praktycznie identyczna, jak ta, która przytrafiła się pewnemu mojemu znajomemu kilka lat temu, kiedy to sąd zakazał mu prowadzenia działalności gospodarczej, ponieważ nie opłacał składek ZUS. W uzasadnieniu powiedziano „Skoro nie stać pana na ZUS, to nie powinien pan prowadzić działalności gospodarczej”. Człowiek mógł zarabiać na życie – skromne bo skromne, ale nikogo o łaskę nie prosił, ale został zmuszony do zarejestrowania się jako bezrobotny, bo w jego gminie pracy jak na lekarstwo. Na tej samej zasadzie rozumują roszczeniowi związkowcy – przedsiębiorco, nie stać cię na ZUS dla pracownika oraz na opłacenie 40 godzin jego pracy (choć potrzebujesz np. tylko 10), to lepiej zwiń interes i niech nikt w ogóle u ciebie nie pracuje.

Jak zwykle przetrwają wielkie korporacje po przeprowadzeniu restrukturyzacji (czyt. pewna liczba ludzi straci pracę), natomiast drobni przedsiębiorcy maja wybór – albo stać się potentatami, albo wynocha z rynku. Wydaje mi się, że nie tędy droga.

Nasz rząd oczywiście w jakimś stopniu „wyjdzie naprzeciw” postulatom związkowców, a mianowicie „uzusowi” umowy o dzieło i umowy-zlecenia, skutkiem czego pracownik dostanie na rękę dużo mniej, natomiast co się z tymi pieniędzmi stanie tego już najmądrzejsi nie są w stanie przewidzieć. O ile bowiem uważam, że podatki płacić należy, bo podatek to jest składka na rzeczy, których wszyscy potrzebujemy (abstrahując od rzeczywistego ich wydatkowania, bo to cały osobny temat), to ZUS jest przykładem katastrofalnych błędów w zarządzaniu, i tam przeznaczenie pieniędzy z naszych składek, choć niby od 1999 roku miało być bardzo przejrzyste i proste do zrozumienia, jest dla przeciętnego obywatela kompletną enigmą.

Zobaczymy, co przyniesie nadchodzący rok. Niektórzy moi znajomi obawiają się, że obecnie „światłym, odpowiedzialnym i postępowym” rządom przeciwstawi się „roszczeniowa konserwa”. Kto kiedykolwiek grał w „Cywilizację” (ja grałem bardzo dawno w najstarszą wersję tej gry, jeszcze pod DOS), ten wie, że bunty wybuchają, kiedy liczba niezadowolonych przekracza liczbę zadowolonych. W rzeczywistości może nawet niekoniecznie przewyższać, ale wystarczy że osiągnie pewną masę krytyczną. Dlatego, każdy kto podejmuje się ryzyka rządzenia krajem, musi się liczyć z tą podstawową prawdą. Gdyby więc „oświecenie i postępowość” obecnych rządzących w jakiś sposób kojarzyły się Polakom z dobrymi zarobkami i sytym życiem, „roszczeniowa konserwa” nie miałaby szans na zaistnienie. Tymczasem jest inaczej i kto tego nie dostrzega, bo sam akurat znajduje się w dobrej sytuacji materialnej, tego może spotkać jeszcze niejedna przykra niespodzianka.

piątek, 15 marca 2013

O pewnej recenzji, czyli "brązowić" czy też "odbrązawiać"



Na „Baczyńskiego” jeszcze się nie wybrałem, ale myślę, że zrobię to w przyszłym tygodniu. Niemniej przeczytałem recenzję Krzysztofa Vargi w „Gazecie Wyborczej”. Stało się tak tylko dlatego, że skomentował go mój kolega na Facebooku. Nie będę pisał o filmie, bo go nie widziałem. Nie mogę również w związku z tym ocenić recenzji Krzysztofa Vargi, ani polemiki mojego kolegi (której Varga pewnie i tak nie przeczytał). To, co przykuło moją uwagę to temat samej krytyki i oczywiście polemiki z tą krytyką.

Cały dlugi tekst Vargi można streścić w jednym zdaniu: Film nie odbrązawia bohaterskiego wizerunku Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Mój kolega Darek z kolei uważa, że film jest w porządku, bo jednak odbrązawia.

Mój problem polega na tym, że mnie tego typu spory na poły śmieszą, a na poły nudzą. Tzn. bardziej wierzę tutaj mojemu koledze niż Krzysztofowi Wardze, ale i tak problem „odbrązawia czy nie odbrązawia”, jest wałkowany w dyskusjach krytyków odkąd pamiętam, a z kolei nie pamiętam, żeby to zagadnienie komukolwiek przyniosło jakiś pożytek.

Jako historyk z pierwszego wykształcenia, myślę, że jestem impregnowany na brąz.  To właśnie podczas studiów historycznych oduczyłem się czcić jakichkolwiek idoli, ponieważ przestudiowanie biografii „wielkich” zawsze pokazuje, że byli to ludzie podlegli wszystkim mechanizmom, jakie zna psychologia, socjologia i jeszcze kilka innych –logii. Nie ma więc ziemskich bogów, półbogów i herosów, choć bywają prawdziwi bohaterowie i mężowie stanu. Trzeba tylko pamiętać, że bohaterem się bywa, a mężowie stanu zanim dokonali czegoś wielkiego, popełniali mnóstwo błędów, a najczęściej po największych sukcesach następował ich upadek. Niemniej za kilka lub wręcz jeden czyn stawiamy tym ludziom pomniki. Czy to źle? Niekoniecznie. W końcu potrzebujemy przykładów pożądanych zachowań.

Gorzej jest oczywiście, kiedy pomnik jest zbudowany z tekstów. Wtedy ten, który dokonał jednego lub kilku wspaniałych czynów okazuje się bohaterem od kołyski aż do śmierci, choćby to była zwyczajna śmierć w łóżku. Już tam hagiograf się postara, żeby każdemu momentowi życia takiego człowieka nadać wiekopomne znaczenie. Tak starannie budowane pomniki kolejne pokolenia najczęściej właśnie „odbrązawiają”.

Zarówno „brązowienie’ jak „odbrązawianie” najczęściej odbywa się z powodów politycznych. Jeden reżim „brązowi” swoich bohaterów, a kolejny ich „odbrązawia”. Spiżowy „Komendant/Marszałek/Dziadek” pod rządami komunistów stał się wręcz faszystą. Nie trzeba dodawać, że oba skrajne obrazy były skrajnie nieprawdziwe.

Z pisarzami i poetami rzecz się ma podobnie, ale jednak trochę inaczej. Nauczycielki języka polskiego od małego uczą kultu literatów i stąd już przed II wojną światową Witold Gombrowicz miał z czego żartować – uwielbiamy Słowackiego, bo „Słowacki wielkim poetą był”. Brązowienie jest tutaj procesem mniej planowym (choć oczywiście Broniewskiego trzeba było wykreować na wielkiego piewcę komunizmu, choć był to alkoholik wcześniejszym życiorysie niekoniecznie z komunizmem związanym). Już w liceum, gdzie na szczęście nasza polonistka nie kazała nam bić czołem przed pisarzami, doszedłem do wniosku, że pisarz odbrązowiony jest pisarzem o wiele ciekawszym, niż statua ze spiżu. Szalony Witkacy, zbuntowany Hłasko, czy depresyjny Wojaczek z pewnością właśnie dlatego byli autorami, których czytaliśmy z wielką chęcią, że nikt im pomników nie stawiał.

W liceum też omawialiśmy wiersze Tadeusza Gajcego i Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. O ile pamiętałem to ostatnie nazwisko ze szkoły podstawowej, gdzie faktycznie musieliśmy raczej podziwiać jego pomnik z brązu niż poznawać młodego człowieka, którego życie przypadło w czasie strasznej wojny i który przy okazji pisał doskonałe wiersze. W liceum po raz pierwszy zacząłem sobie intensywnie wyobrażać, jak jego życie mogło naprawdę wyglądać. Baczyński był polskim chłopakiem wychowanym w przedwojennym patriotycznym duchu. Jego wiersze jednak dalekie są zarówno od młodzieńczej ckliwości, czy patriotycznej egzaltacji. To są dojrzałe wiersze. Nawet jeśli nawiązują do bieżących wydarzeń, które młody człowiek obserwował, nie jest to żadna wierszowana publicystyka, ale doskonała i ponadczasowa liryka. Za to Baczyńskiemu należy się miejsce w panteonie poezji polskiej i nie tylko. Szczerze mówiąc nic innego mnie nie obchodzi. Gdyby ktoś próbował go „odbrązowić” w takim sensie, że zmieszałby z błotem jego wiersze, pewnie wytoczyłbym przeciwko takiemu komuś ciężkie działa. Jeżeli ktoś jego życie pokazuje w miarę prawdziwie – to dobrze, a właściwie tym lepiej. Poeta nie musi być bohaterem, aniołem czy czymkolwiek innym. Wystarczy, że pisze dobre wiersze.

„Brązowienie” nie zawsze bywa złe. Właściwie znowu należy podchodzić do sprawy w kontekście sztuki w osiąganiu wyznaczonego celu. Jeżeli reżyser postawił sobie za cel wystawienie jakiejś postaci pomnika, to trzeba po prostu oceniać, czy nie zrobił tego zbyt prymitywnymi środkami. Eisenstein zbudował bardzo piękny pomnik Aleksandrowi Newskiemu i dopiero po obejrzeniu filmu historyk zaczyna sobie przypominać, że nie wszystko mogło się tak wydarzyć, jak reżyser zechciał przedstawić.

Podobnie jest z odbrązowaniem. Jeżeli zastosowane przez reżysera środki są zbyt bezpośrednie i widz nie ma wcale wrażenia, że chodzi o prawdę, ale o „odbrązowienie” na siłę, pozostaje w nim tylko niesmak.

Celem reżysera powinno być dobre opowiedzenie dobrej historii. Jeżeli przy okazji coś „brązowi” lub „odbrązawia”, to niech sobie to robi na zdrowie. Jest tylko jeden warunek – cokolwiek robi, musi to zrobić dobrze.

czwartek, 14 marca 2013

O współczesną politeję



Jeżeli w XXI wieku w ogóle mówimy o demokracji, to oczywiście nie jest to ta sama demokracja, jaką miały starożytne Ateny, gdzie każdy wolny obywatel (mężczyzna!) mógł przyjść na obrady Zgromadzenia i zabrać głos w sprawach miasta. System diet za udział w Zgromadzeniu pozwolił wszystkim, nawet najbiedniejszym brać udział w życiu politycznym.

Jak wiemy, w czasach, kiedy przywództwo należało do mądrych i światłych obywateli, np. Peryklesa, państwo kwitło. Wiadomo jednak, że przy rządach głupców państwa idą na zatracenie. W Atenach konieczność „sprawiedliwego” obsadzenia stanowisk państwowych doprowadziły do takiego absurdu, że zamiast wyborów wprowadzono losowanie. Po Peryklesie zresztą faktycznie było już tylko gorzej.

Śmierć Sokratesa w wyniku działania mechanizmów, które jego uczeń Platon, uznał za typowe dla demokracji, tudzież zapewne jego wcześniejsze nauki wyrobiły w Platonie bardzo nieprzychylne uczucia wobec demokracji. Arystoteles, uczeń Platona, choć jego filozoficzny przeciwnik, raczej podzielał zdanie mistrza na temat niedoskonałości ustroju ateńskiego. Obaj uważali, że należy dążyć do doskonałej formy rządów, którą nazwali politeją.

Ponieważ uważali, że demokracja łatwo przeradza się w ochlokrację, czyli rządy motłochu, może wrócić do formy oligarchicznej, a więc do rządów grup najzamożniejszych i najmożniejszych grup obywateli, uważali, że rządy powinny należeć do klasy średniej. Wiadomo bowiem, że tam, gdzie istnieje duże rozwarstwienie społeczne, tam bogaci kupują biednych i zawłaszczają całą władzę.

Nie można powiedzieć, niestety, że we współczesnym świecie mamy, czy też mieliśmy gdziekolwiek do czynienia z politeją. Z całą pewnością nigdzie nie ma też klasycznej demokracji. Jedynie w Szwajcarii mamy do czynienia z pewną jej formą, choć do końca nie jestem przekonany, czy to dobrze (to cały rozległy temat).

Tak naprawdę we wszystkich krajach, które dziś nazywają się demokratycznymi panują takie lub inne oligarchie. Myślę, że tak by te ustroje określili starożytni. To, co nam się przedstawia jako demokrację, to po prostu rywalizacja różnych grup oligarchicznych. Kiedy słyszymy słowo „oligarchia” najczęściej od razu nam się ono kojarzy z Rosją. Faktycznie w Rosji rządy tego typu przybrały najbardziej wynaturzone formy, ale nie znaczy to, że w Europie czy w Ameryce Północnej ich nie ma. Każdy zna słowo „establishment” i to jest po prostu taka „cywilizowana oligarchia”. Owszem, czasami udaje im się zbliżyć do ideałów politei, ale dzieje się to tylko wtedy, kiedy cały kraj przeżywa prosperity, ludziom żyje się naprawdę coraz lepiej, co oznacza, że wchodzą na poziom dobrobytu i samoświadomości klasy średniej.

Kiedy klasa średnia faktycznie stanowi zdecydowaną większość, być może następuje proces konwergencji w politycznych programach największych partii politycznych, ale specjalnie nikt z tego powodu nie narzeka. Przykładem zbliżania się do pewnego rodzaju politei (niestety ograniczonej tylko do stanu szlacheckiego) był Złoty Wiek w Polsce, czyli czasy ruchu egzekucyjnego. Wiek XVIII pokazuje z kolei coś zupełnie odmiennego, a mianowicie samolubną oligarchię magnatów manipulujących szlachecką biedotą. Te same mechanizmy, które działały bardzo dobrze w wieku XVI w XVIII zawiodły.

W prawdziwej politei powinni rządzić najlepsi obywatele, ale niekoniecznie arystokraci z urodzenie (skoro „aristoi” to najlepsi), a tych trzeba jakoś wyłonić. Ponieważ uważamy, że w cywilizowanych krajach jedyną metodą są wybory powszechne, powinniśmy mieć możliwość wyłaniania naszych przywódców w taki sposób, żeby faktycznie wybrać najlepszych i najmądrzejszych.

Przy obecnym układzie partyjnym, gdzie pięć największych oligarchii raz rzuca się sobie do gardeł, a raz po cichu współpracuje, nie ma praktycznie żadnej szansy na wypracowanie dobrych rozwiązań dla Polski. Od myślenia są niewielkie sztaby przy partyjnych szefach, doły partyjne są od głosowania w Sejmie (w obecnym systemie wydają się zbędne, bo wystarczyłoby na zasadzie zarządu w spółce akcyjnej, przydzielić poszczególnym liderom konkretną „siłę głosu” odzwierciedlającą wyniki wyborów i już), a obywatele są jedynie do oddania jednego głosu w okręgu, gdzie wybiera się np. 14 posłów. Całość pomyślana jest tak, że szef partii nominuje posłów – posłusznych wykonawców rozkazów. I wcale nie chodzi mi o to, że partie powinny działać jak jakaś grupa rozwydrzonych przedszkolaków i że każdy poseł powinien głosować jak mu się podoba, bo skoro decydują się na działanie w jednej partii, to powinni się faktycznie czegoś trzymać. Rzecz jednak w tym, że wśród dobrze wychowanych ludzi wypadałoby trochę porozmawiać, dowiedzieć się, jakie są nastroje we własnej partii i w ramach tejże partii wypracować jakąś wspólną linię. Tymczasem podziały potrafią wyjść w najmniej oczekiwanym momencie, bo już podczas głosowania w Sejmie. Wystarczyłoby trochę szacunku i mniej arogancji wobec własnych ludzi, w takie sytuacje by się nie zdarzały. Jeżeli jednak jest się pewnym swojej absolutnej kontroli nad wszystkimi posłami swojego klubu i stawia się ich przed faktem dokonanym, to czasami można się naciąć.

Głęboko wierzę, że potrafilibyśmy wyłonić spośród siebie ludzi, którzy byliby i kompetentni i wystarczająco silni, żeby dobrze pokierować naszym państwem. Nie obawiam się, że lokalny biznesman lub wręcz mafioso „przekupi” wyborców, a człowiek szlachetny odpadnie. Naprawdę nie wydaje mi się to w Polsce możliwe, zwłaszcza, że do ludzi zamożnych mamy, jako masa, stosunek raczej nieprzychylny. Przy limicie dozwolonych wydatków na kampanię wyborczą, nikt zresztą nie mógłby legalnie wydać więcej, niż pozwalałoby prawo. W sytuacji, w której moglibyśmy wybierać ludzi ze swojego otoczenia (sąsiedztwa), o których naprawdę coś wiemy, Sejm miernot uczepionych pańskiej klamki nie mógłby istnieć.

Na drodze do politei, czyli najlepszej formy rządzenia państwem, jednomandatowe okręgi wyborcze są warunkiem niezbędnym i to można zrobić na drodze legislacyjnej. Budowa klasy średniej jest nieco bardziej skomplikowana, bo wymaga rozwoju gospodarczego i mądrego systemu dystrybucji wypracowanych dóbr. Niemniej wzrost zamożności wszystkich obywateli jest również konieczny do zbudowania politei, czyli ustroju optymalnego, w którym (prawie) wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi.

wtorek, 12 marca 2013

Krótka obserwacja na temat czytania



Przeprowadziłem pewien eksperyment ze swoimi studentami. Ponieważ doświadczenie z tą grupą nauczyło mnie, że polecenie przeczytania dłuższego tekstu w domu nie zda się na wiele, dałem im 20 stron tekstu do przeczytania na zajęciach. Szybko omówiliśmy słowa, które mogłyby sprawić ewentualne problemy i studenci przystąpili do czytania.

Szczerze mówiąc nie liczyłem, że cała niewielka grupa skończy ten tekst czytać w określonym czasie. Przewidziałem też mniej więcej kolejność wyłączania się poszczególnych osób z procesu przyswajania tekstu za pośrednictwem wzroku. Na dodatek każdy ma inne tempo czytania, więc niektórzy zdołali przeczytać ok. 10 stron, inni chyba nawet 18, ale do końca tekstu nie dotrwał nikt. Być może nie było to najciekawsze opowiadanie na świecie, ale niestety na studiach nikt nam nie zagwarantuje samych fascynujących tematów. Są lektury, które trzeba poznać i już, żeby zdobyć choćby minimalne pojęcie o literaturze.

Lubimy sobie z koleżankami i kolegami ponarzekać na to, że młodzi ludzie nie czytają, że ich poziom intelektualny jest coraz niższy itd. Z tym ostatnim stwierdzeniem nie do końca się zgadzam, ponieważ ludzie, którzy nie czytali i w ogóle bywali umysłowo ociężali istnieli w każdej epoce. Uważam, że nieustanne narzekanie nic nam nie da – nie rozwiąże żadnego problemu. Tymczasem ci krytykowani przez nas studenci naprawdę nie są ludźmi z gruntu mało rozgarniętymi. Często jest tak, że po rozmowie można od razu wyczuć duży potencjał intelektualny, ale niestety na tym potencjale się kończy. Skoro nie są tępi, to w takim razie leniwi. No niby tak. Lenistwo to cecha, na którą najłatwiej wszystko zwalić, ale niestety jest to termin używany najczęściej bezrefleksyjnie, niczym jakiś aksjomat, pojęcie pierwotne, które samo nie potrzebuje definicji, a dzięki któremu możemy zdefiniować wiele innych zjawisk.

Ekonomika ludzkiego organizmu jest generalnie taka sama, jak u każdego zwierzęcia. Swój niesamowity sukces, jak wierzę, homo sapiens uzyskał jednak dzięki jej przezwyciężeniu. O ile nawet szybki gepard, jeżeli dotrze do granicy wyczerpania organizmu, zatrzyma się i zrezygnuje z dalszego pościgu, to właśnie człowiek zaczął zwyciężać m.in. dzięki temu, że może niezbyt szybko, ale za to z żelazną konsekwencją szedł za zwierzyną, aż ją wreszcie dopadł. Zaryzykowałbym tezę, że jest to główna cecha wiodąca do osiągnięcia jakiegokolwiek celu. Historie życia ludzi sukcesu pokazują, że jedną z zasad, którymi się kierowali, były konsekwentne powroty na drogę do celu pomimo pasma klęsk, które go z tej drogi spychały.

To wszystko jednak brzmi górnolotnie i przypomina nieco typowy poradnik dla naiwnych. Nie każdy osiąga sukcesy i nie każdemu są one potrzebne do szczęścia. Nie chodzi bowiem o jakieś hipersukcesy, jakieś szczyty ludzkich osiągnięć, ale po prostu o zdobycie zwykłego ludzkiego szacunku, który pozwala na zachowanie zdrowej samooceny i poczucia godności.

Tymczasem „ADHD” (cudzysłów stąd, że psycholog chyba nie wszystkich by tak zdiagnozował) wśród młodych ludzi jest zjawiskiem tak powszechnym, że zaczynam odczuwać obawy, czy mam do czynienia z przedstawicielami tego samego gatunku. Nie wymagam, żeby młody człowiek przez 8 godzin skupiał się na jednym problemie. Przez jedną godzinę mógłby jednak przeczytać te 20 stron. Tymczasem pierwsza osoba „wymiękła” chyba już po 10 minutach. Lenistwo jest to pojęcie szersze, o którym można mówić obserwując m.in. takie przykłady. Niestety nie jest to pojęcie, które by tę niezdolność do dłuższej koncentracji w jakiś sposób tłumaczyło. Owa niezdolność jest bowiem elementem szerokiego zjawiska zwanego lenistwem, a nie jego rezultatem. Tak mi się wydaje przynajmniej teraz. 

A może generalnie nie ma się czym przejmować? Ci, którzy są zdolni do dłuższego skupienia nad tekstem, zostaną uczonymi, a ci, którzy nie są, zostaną pracownikami niższego szczebla i już – tak było zawsze i tak pewnie będzie. Jak na ironię wśród tych, którzy nie potrafią długo czytać, charakteryzują się wielką energią i radością życia, która pozwala im zdobyć sympatię środowiska i sukces w postaci objęcia przywództwa nad grupą. Nic, co ludzkie nie powinno być nam obce. Nie każdy musi być uczonym. Jeżeli jednak ktoś decyduje się na studia, ten powinien się liczyć z tym, że trzeba nad tą książką trochę wytrzymać.

wtorek, 5 marca 2013

Utopia jako czynnik niezbędny do przetrwania, czyli syzyfowe prace



Niektórzy z nas, w tym ja sam, lubią uchodzić za realistów twardo stąpających po ziemi, w związku z czym piętnujemy wszelkich pięknoduchów, którzy w imię swoich idei (a idee są przecież „z założenia” utopijne) wyprowadzają ludzi na manowce i każą wierzyć w coś, co wcześniej czy później przyniesie tylko rozczarowanie.

Realistycznie podchodząc do życia, należy sobie zdać sprawę z takich brutalnych prawd, że zwycięża silniejszy lub przebieglejszy, który przeciągnie na swoją stronę siłę; że w naturę ludzką, jako część natury w ogóle, wpisany jest konflikt; że wszystkie systemy etyczne, łącznie z tymi wynikającymi z religii, wywodzą się z naszej potrzeby bezpieczeństwa i unikania stresu, a z drugiej z dyskursu władzy, która nam to bezpieczeństwo zawsze obiecuje zapewnić.

Pobieżna analiza procesów przebiegających w niemal dosłownie każdej grupie ludzkiej, pokazuje, że wszędzie odbywa się albo jakaś walka, albo podporządkowanie jednych jednostek drugim. Wszystko to może mieć piękną formę wynikającą z wieków cywilizacji, ale podskórnie każdy czuje, o co chodzi i wcale nie czuje się z tego powodu szczęśliwy.

Świadkowie Jehowy zagadujący na ulicy lubią czasami zadać na początek pytanie skierowane właśnie do tej części naszego umysłu, która dąży do bezpieczeństwa i życia bezstresowego. „Jak pan/pani myśli? Dlaczego na świecie jest tyle zła – wojen, konfliktów?” Pytanie to zadają antycypując odpowiedź „nie wiem”, ponieważ faktycznie człowiek idący ulicą do pracy lub z pracy i myślący o czymś zupełnie innym, może nie mieć na poczekaniu gotowej odpowiedzi na tak sformułowane pytanie. Wtedy „napełnia ich Duch”, bo oto oni są w stanie takiej odpowiedzi nam udzielić – wszystko dlatego, że przestaliśmy słuchać Boga. Ludzie ci żyją w świecie Księgi, a właściwie specyficznej interpretacji tejże, więc zgodnie z regułami „matriksu”, w którym tkwią, wszystko im się ładnie układa. Najczęściej instynkt przechodnia zaczepionego przez świadków Jehowy podpowiada mu jednak, że to jakaś piramida metafor i każe mu iść dalej.

Tymczasem z konfliktami i stresem trzeba żyć. Owszem głęboka wiara religijna pomaga niektórym znieść te przypadłości ludzkiej egzystencji, ale ich nie eliminuje. Żeby na trwałe wyeliminować konflikty należałoby bowiem w jakiś „cudowny” sposób zabić instynkt gromadzenia zapasów jedzenia oraz popęd płciowy. Całe nasze życie jest zdeterminowane koniecznością zapewnienia sobie środków do przetrwania oraz znalezienia sobie partnera seksualnego. Walka jeleni na rykowisku bardzo prosto rozstrzyga te sprawy, przy czym samice nie mają nic do gadania, podczas gdy u człowieka jest to bardziej złożone. O ile u zwierząt największy problem mają samce alfa, to u ludzi praktycznie każdy walczy z każdym i tego się nie da wyeliminować. Te same czynniki, które generują konflikty, są nam po prostu niezbędne do życia, a wręcz są naszym życiem. Gdybyśmy zostali ich pozbawieni, musielibyśmy się stać chyba minerałami. Owszem, niektórzy buddyści dążą do osiągnięcia takiego stanu, ale patrząc realnie, nie jest to propozycja dla całej ludzkości.

Organizujemy się w grupy, które posiadają swoje struktury i hierarchie. Czasami te grupy stają się wielkie i zaczynają nazywać się narodami. W grupie łatwiej o redukcję stresu, zaś skierowanie agresji na przedstawicieli grupy innej nie powoduje tak wielkiego napięcia, jak bezpośrednie starcie dwóch jednostek, a wręcz jest odbierane za uczucie szlachetne! Nikt nie jest wolny od tego typu myślenia, chyba, że jest to człowiek, który zrealizował się jako święty pacyfista, lub osiągnąć stan nirwany. Ilu jest takich ludzi na świecie, nie wiem. Brutalnym faktem pozostaje, że stresujemy się codziennie i że codziennie czujemy się zagrożeni przez innych ludzi.
Teraz jednak pojawia się zasadnicze pytanie. Czy powinniśmy poddawać się pacyfistycznym utopiom i masowo przekuwać miecze na lemiesze, czy też wręcz odwrotnie – powinniśmy zrzucić obłudne maski ludzi pokój miłujących i pokazać swoje prawdziwe oblicze istot gromadzących zapasy (w najgłębszej strukturze) i zdobywających partnerów seksualnych, dążąc przy tym do dominacji nad innymi?

Czy politycy zamiast snuć obłudne wywody o moralności i etyce, powinni otwartym tekstem mówić o naturalnej nienawiści wynikającej z równie naturalnego instynktu przetrwania? Czy zamiast Biblii, Platona i innych utopijnych humanistów, nie powinni się raczej wprost powoływać na Sun Tzu i Machiavellego?

Adolf Hitler jest przykładem polityka, który prawie (bo też jednak nie do końca) tak praktycznie zrobił. W systemie wychowawczym postawił na kult siły i zwycięstwa, uważając chrześcijaństwo za religię osłabiającą naturalne ludzkie instynkty. Propagował eugenikę, a więc pozbawione sentymentów pozbywanie się jednostek słabych (np. chorych psychicznie) ze społeczeństwa. Jak wiemy, nie tylko słabych, bo za zupełnie naturalną uważał eksterminację grup, które, jak uważał, zagrażają jego grupie, czyli Niemcom. Doskonale wiemy, że odarcie życia publicznego z tej i tak cienkiej warstwy cywilizacji (czyt. hipokryzji), czyni je piekłem, którego większość z nas nie jest w stanie psychicznie znieść. Dlatego więc, po pewnym czasie druga strona naszej natury, czyli ta dążąca do stanu komfortu psychicznego, a więc sytuacji bezstresowych, znowu wprowadza do obiegu społecznego idee o tolerancji i pokojowej koegzystencji.

Karol Marks zresztą również nie mówił, że ma być lekko. Wręcz przeciwnie – zakładał otwartą wojnę między klasami społecznymi. Późniejsi jego interpretatorzy, jak np. Stalin, uważali, że walka ta jest permanentna, a raczej niewiele wskazuje na to, że wierzyli w ostateczne osiągnięcie społeczeństwa idealnego, czyli komunistycznego, bez poczucia alienacji pracy za to z pełnym poczuciem bezpieczeństwa i szczęścia. W imię jednak tej utopii wpędzał w stan nieprzerwanego stresu i strachu całe narody.

Wracając do zasadniczego pytania. Czy nie uczciwiej jest powiedzieć wprost – walczę o władzę, bo chcę mieć np. większy dostęp do środków materialnych i samic?  (Wiem, jestem męskim szowinistą, ale to wynik wychowanie w konkretnym kręgu kulturowym, gdzie kobiety nie przyznają się wprost do chęci posiadania dostępu do wielu samców).

Otóż odpowiadając samemu sobie na te pytania, stwierdzam, że być może i byłoby uczciwiej, ale do diabła z taką uczciwością. Rezygnacja z walki o formę ludzkiej egzystencji i  koegzystencji wznoszącą się ponad determinizm biologiczny, byłaby najpodlejszym aktem cynicznego draństwa, które wpędziłoby nas wszystkich w stan permanentnego piekła, z którego nie byłoby ucieczki. Dokopanie się do najgłębszej struktury naszej natury doprowadza nas do stanu skrajnego cierpienia, gdzie być może chwilowy zwycięzca cieszy się poczuciem szczęścia, ale przecież nie na długo, bo konkurenci czyhają na każdym kroku.

Kiedyś już pisałem, że miarą cywilizacji jest stopień hipokryzji, bo brzmi może cynicznie, ale jest prawdą. Piekłem byłoby nasze życie, gdybyśmy zawsze reagowali „uczciwie”, czyli spontanicznie. Ulice spłynęłyby krwią, np. kobiet, bo na głośną uwagę jednej na temat kompletnego braku gustu w ubraniu drugiej, ta druga z pewnością chwyciłaby tę pierwszą za włosy, mężczyźni tłukliby się za samo krzywe spojrzenie, a w szkołach zapanowałyby stosunki jak we „Władcy much” Gordinga. To, co nas chroni przed stanem permanentnego chaosu i brutalnego okrucieństwa, to właśnie ta cienka warstwa hipokryzji, która każe nam ugryźć się w język na widok czegoś, co nam się nie podoba w drugiej osobie. To dzięki tej sztuce gryzienia się w język nasz gatunek jeszcze się nawzajem nie powybijał, a wielu z nas żyje w błogim poczuciu względnego bezpieczeństwa i komfortu psychicznego.

Myślę, że ludzkość generalnie nie wychodzi źle na tym, że życie społeczeństw na jakimś etapie zostało oparte na założeniach sokratejsko-jezusowo-konfucjańskich (zestawienie pozornie od Sasa do lasa, ale ja widzę wiele wspólnych wartości w tych filozofiach). Wiadomo, że ci głęboko przywiązani do ich wartości, są skazani na rozczarowanie, bo konfliktowa natura ludzka zawsze wcześniej czy później da o sobie znać. Gdyby jednak ludzkość nie podejmowała tych utopijnych wysiłków, po prostu by nie przetrwała jako gatunek. To dzięki tym utopiom przez dużą część naszego życia czujemy się dobrze, a dla tych chwil dobrego samopoczucia, jak uważamy, warto żyć. Dlatego nie powinniśmy ustawać w syzyfowej pracy dążenia do osiągnięcia pięknych ideałów pokoju i powszechnej miłości. Zdając sobie sprawę z ich ostatecznej nieosiągalności, nie możemy sobie pozwolić na rezygnację z nich. To wielki paradoks, ale tylko dzięki niemu możemy żyć.

piątek, 1 marca 2013

O poglądach, czyli próba samookreślenia



Rozmawiam z wieloma znajomymi o polityce i wiem już na pewno, że dziewiętnastowieczny podział sceny politycznej wywodzący się z czasów rewolucji francuskiej na lewicę i prawicę nie ma dziś najmniejszego sensu! Wprowadza niepotrzebne zamieszanie w umysłach młodych ludzi, którzy pojęcia nie mają o co kiedyś chodziło lewicy, a o co prawicy. Obecnie poglądy uważane niegdyś za lewicowe nazywane są populistycznymi, a w Polsce najczęściej są przypisywane partiom nazywającym się prawicowymi. Po przeciwnej stronie stoją antyklerykalne bogate fircyki, którzy uzurpują sobie nazwę lewicy. Niewiele w tym sensu, ale za to jest to, co nam generalnie chyba najbardziej do życia potrzebne – ostry i wyraźny podział, bo dzięki niemu mamy zdefiniowanego wroga i życie staje się prostsze i łatwiejsze do pojęcia!

Polityczne samookreślenie moich znajomych utwierdza mnie w przekonaniu, że etykieta „prawica” czy „lewica” jest raczej kwestią arbitralnego wyboru niż zbiorem jakichś konkretnych przekonań. Jeden z moich znajomych, który określa siebie jako twardego lewicowca, kiedy przychodzi do rozmowy o stosunkach gospodarczych w kraju, wygłasza tak liberalne postulaty, jakich nie powstydziłby się Janusz Korwin-Mikke, choć od niego akurat ów znajomy stanowczo się odżegnuje. Żadna tam walka klas, ani nawet żaden solidaryzm społeczny. Twarda konkurencja, silniejszy wygrywa, mniej zdolny, mniej pracowity czy po prostu pechowiec idzie na dno i nie ma sentymentów. Jedyne, co faktycznie zbliża mojego znajomego do dawnych socjalistów to ateizm, zaś do nowych nurtów określających się jako lewicowe tolerancja wobec mniejszości etnicznych i seksualnych.

Z drugiej strony znam osobiście niemałą grupę zwolenników PiS, którzy uważają się za prawicowców, a którzy przede wszystkim podkreślają solidaryzm społeczny i niezbędną rolę państwa we wspieraniu grup najuboższych. Podkreślając swój patriotyzm wywodzący się z etosu walki z zaborcami i okupantami oraz swoją religijność w ten sposób definiują swoją prawicowość.

Jedną z cech współczesnej polskiej „lewicy” jest bezrefleksyjna otwartość na wszystko co nadchodzi ze strony Komisji Europejskiej. Nowa polska „lewica”, zwłaszcza ta, za którą chce obecnie uchodzić bogaty biznesman Janusz Palikot, który wszedł w alians z komunistycznym karierowiczem Aleksandrem Kwaśniewskim, to przede wszystkim grupa euroentuzjastów. Nie wiem, jakie są prywatne poglądy Kwaśniewskiego i Palikota na kwestie obyczajowe, ale te oficjalne, na potrzeby tworzenie wizerunku, to tolerancja i otwartość – bo takie są standardy Unii Europejskiej. Leszek Miller, który jest typem starego aparatczyka z PZPR i który również przyjmuje wszystko, co nadchodzi z Brukseli bez zmrużenia oka, wydaje się więc na lewicy okazem nieco anachronicznym. Ponieważ sam przeżyłem 24 lata w komunie, odnoszę wrażenie, że postawa Millera jest mimo wszystko uczciwsza (choć daleko mi do jej poparcia) i dla lewicowców starego typu bardziej do przełknięcia (zwłaszcza tych, którzy w latach 80. przeprowadzali i popierali operację „Hiacynt”), niż bogate salonowe fircyki uzurpujące sobie prawo do nazwy „lewica”.

Tymczasem prawdziwa lewica leży i kwiczy. Nikt poważnie nie traktuje pana Bogusława Ziętka z Polskiej Partii Pracy, czy Piotra Ikonowicza, który chyba sam już stracił serce do idei odrodzenia przedwojennego PPS.

Wywodzę się z łódzkiej rodziny robotniczej o lewicowych poglądach. Mój dziadek przed wojną regularnie czytał „Łodzianina”, czyli łódzką gazetę związaną z PPS, oraz należał do lewicowych związków zawodowych, których polityczną reprezentacją też była PPS. W czasach komuny propaganda przedstawiała przedwojennych socjalistów jako rewizjonistów i ugodowców, tzn. takich pseudomarksistów, którzy poszli na ustępstwa wobec kapitalizmu. O ile można tak w dużym stopniu powiedzieć o powojennych partiach socjal-demokratycznych Zachodu, to po przeczytaniu materiałów propagandowych przedwojennej PPS (zrobiłem to będąc już na studiach historycznych), można było dojść do wniosku, że program tej partii w niektórych punktach był tak samo radykalny, a może nawet bardziej niż ten komunistów. Reforma rolna i nacjonalizacja przemysłu to była jego podstawa. Wtedy też zrozumiałem, że te idee są jednak kompletnie anachroniczne, a wręcz szkodliwe, więc nawiązywanie do tej tradycji nie ma sensu.

Warto jednak przypomnieć jedną zasadniczą różnicę między przedwojennymi socjalistami a komunistami. Otóż ci pierwsi stali na gruncie niepodległości państwa polskiego, podczas gdy ci drudzy byli regularnymi agentami państwa sowieckiego. Własne niepodległe państwo to była wartość dla zdecydowanej większości Polaków nadrzędna.

Gdybym miał określić własne poglądy na politykę, kwestie gospodarcze czy obyczajowe, powiedziałbym, że jestem za gospodarką rynkową, gdzie każdy ma możliwość rozwinięcia własnych pomysłów na biznes, gdzie każdy ma prawo się wzbogacić, gdzie państwo nie karze ludzi za przedsiębiorczość, pomysłowość i pracowitość. Jestem za tym, żeby dorośli ludzie, którzy nie szkodzą innym, mogli robić ze swoim życiem to, co im się podoba, łącznie z uprawianiem seksu z innymi dorosłymi ludźmi w różnych konfiguracjach. Wychodzę z założenie, że nikt, kto posiada obywatelstwo polskie nie powinien być traktowany gorzej ze względu na swoją orientację seksualną czy przynależność etniczną lub religijną (odnosi się to również do postawy wojujących ateistów wobec katolików). Do tego jednak, jako mimo wszystko zwolennik demokracji, jestem za powszechnym dostępem do oświaty i nauki, ponieważ tylko powszechna wiedza może uczynić z mieszkańców naszego kraju pełnowartościowych obywateli, którzy decydując o losach kraju, będą wiedzieli o czym w ogóle rozmawiają. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie bowiem aroganckie twierdzenia dziennikarzy i „młodych wykształconych z wielkich miast”, którzy najchętniej wykluczyliby całe grupy społeczeństwa z życia obywatelskiego, no bo to przecież „ciemna masa”. Otóż tę masę trzeba od najmłodszych lat oświecać. Inaczej faktycznie nie ma się co bawić w demokrację. Na koniec uważam, że optymalnym terytorium do realizacji powyższych postulatów jest państwo średnich i małych rozmiarów, gdzie każdy obywatel może mieć poczucie wpływu na jego los, a nie imperium, gdzie o wszystkim decyduje odległe centrum. Pierwotna idea Unii Europejskiej jako wspólnoty narodów, które chcą żyć w pokoju i ze sobą współpracować gospodarczo, bardzo mi się podoba. Podoba mi się również otwartość granic. Jeżeli jednak ktoś w Brukseli chce decydować o tym, co ja mam jeść, czym się leczyć lub jakie produkty mogę kupować, a jakich nie, nie podoba mi się to wcale! Nie jest mi do szczęścia potrzebne żadne biurokratyczne imperium rządzone przez zamkniętą kastę urzędników, których nigdy nie wybierałem, bo to jest po prostu wbrew elementarnym zasadom demokracji. Ta bowiem najlepiej realizuje się w społecznościach mniejszych.

Wiem, że taki zlepek poglądów ma niewielkie szanse na znalezienie poparcia, ponieważ ludzie zazwyczaj łączą tolerancję obyczajową z antykatolicyzmem i równocześnie euroentuzjazmem, a z drugiej strony patriotyzm z homofobią. Tak wcale być nie musi i jeżeli bym chciał kiedykolwiek posłużyć się hasłem „Obudźcie się!”, to nie dlatego, żeby skłonić kogokolwiek do przyjęcia poglądów tej czy innej opcji politycznej, ale żeby go skłonić do myślenia samodzielnego, choćby i nie pasowało do żadnej oficjalnie uznanej opcji polityczno-światopogladowej. „Przebudzenie” pojmowałbym tutaj jako przede wszystkim myślenie kategoriami rzeczywistymi i wyzwolenie spod wielkiej metafory, jaką jest dychotomia „lewica-prawica”.

czwartek, 21 lutego 2013

Niebezpieczne alianse (3)



Z posłem Johnem Godsonem mam z jednej strony trochę śmiechu, spowodowanego faktem, że człowiek o sprecyzowanym światopoglądzie musi się miotać wśród cynicznych pragmatyków, którzy dla doraźnych politycznych celów zrobią wiele, a z drugiej trudno jest mi go krytykować, ponieważ jest to ciepły i serdeczny człowiek, który wierzy w to, co mówi.

Początkowo oznaki sympatii pojawiały się ze strony nie tylko własnych wyborców (pierwszy raz wszedł do Sejmu na miejsce wstępującej na urząd prezydenta Łodzi Hannę Zdanowską, ale 2011 r. wygrał już wybory i to z miejsca 5. na liście PO). Łodzianie bardzo go chwalili, ponieważ jest to chyba jeden z niezbyt wielu polskich polityków, który swoje obowiązki traktuje serio, w tym dba o kontakt z wyborcami oraz wykazuje się troską o ich lokalne problemy.

Problemy zaczęły się, kiedy w Sejmie pojawiły się sprawy stawiające posłów przed dylematami moralnymi, ponieważ musieli wybrać między poglądami, które głośno głoszą, a ogólną linią własnej partii. W sprawie zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych poseł Godson buńczucznie zapowiedział trzymanie się własnych pryncypiów, które są akurat zbieżne z katolickimi. Wkrótce jednak oświadczył, że zmienił zdanie i jest za pozostawieniem obecnego kształtu prawnego.

Każdy z nas może mieć na ten temat własne zdanie, a już zwłaszcza kobiety, których ten problem dotyczy, ale należy zrozumieć, że człowiek ma prawo do własnych poglądów, których nie da się zmienić z dnia na dzień. Niemniej zaraz po „chojrackiej” zapowiedzi trzymania się surowych chrześcijańskich wartości, posypały się na biednego posła Johna Godsona gromy ze strony zwolenników liberalnego podejścia do kwestii przerywania ciąży. Dostało mu się od wsteczników, kołtunów i in. Został też wielokrotnie odesłany „tam gdzie jego miejsce”, czyli w tym wypadku „do ojca Rydzyka”.

Kiedy jednak poseł zdanie zmienił, co prawdopodobnie nastąpiło po perswazjach ze strony kolegów, a może nawet samego szefa (tego nie wiemy), ciosy nadciągnęły z drugiej strony. Zwolennicy aborcji zaczęli gratulować „powrotu zdrowego rozsądku”, ale surowi chrześcijanie zaczęli wyrażać pogardę wobec człowieka o tak chwiejnym podejściu do własnych pryncypiów.

Minął czas jakiś i w Sejmie pojawiła się kwestia związków partnerskich. Generalnie całe zagadnienie jest szersze niż sprawa gejów i lesbijek, bo związek partnerski może dotyczyć również par heteroseksualnych, ale oczywiście obejmuje również homoseksualne, więc chrześcijanie (i chyba nie tylko zresztą) mają problem. Sam związek partnerski, nawet heteroseksualny jest dla ludzi religijnych problemem, no to nic innego jak legalizacja życia „na kocią łapę”, czego ani żadna wspólnota chrześcijańska, muzułmańska czy żydowska (religijna) nie akceptuje. I poseł Godson, który jest pastorem jednego z kościołów ewangelikalnych projektu o związkach partnerskich nie poparł, w czym wykazał się odwagą, bo przecież przeciwstawił się projektowi popieranemu przez samego Donalda Tuska.

John Godson nigdy nie ukrywał swoich poglądów religijnych ani swojego statusu duchownego. Liczenie na to, że duchowny kościoła innego niż katolicki, będzie bardziej liberalny w kwestiach obyczajowych, wynika z powszechnej ignorancji w kwestiach religioznawstwa. Jeżeli ktoś zobaczył w telewizji program pokazujący, że w San Francisco działa chrześcijański kościół skupiający wierzących gejów i lesbijki, albo dowiedział się, że w Szwecji wielu pastorów udziela ślubów parom homoseksualnym, i na tej podstawie wyrobił sobie zdanie na temat „postępowości” kościołów protestanckich w ogóle, to jest w ogromnym błędzie. Wystarczy wejść na kilka amerykańskich kanałów telewizyjnych z protestanckimi ewangelizatorami, żeby się przekonać, że generalnie jest zupełnie inaczej. Wielu kaznodziei wykazuje się wręcz zelotyzmem, a praktycznie fanatyzmem, godnym pierwszych chrześcijan, którego trudno szukać wśród duchownych katolickich.

Postawa pastora Johna Godsona nie powinna więc nikogo dziwić. Tym razem jednak krytycy jego braku otwartości na związki partnerskie przy okazji obnażyli (w wielu przypadkach) swoje oblicze pospolitych rasistów. Sam John Godson „wkleja” na swojej stronie na FB całe emaile, których autorzy każą mu wracać do Afryki, wracać na drzewo, jeść banany itd. W komentarzach pod artykułami dotyczącymi decyzji posła Godsona możemy z kolei przeczytać opinie teoretycznie mniej prymitywne, ale równie beznadziejne. Oto bowiem jeden z takich komentatorów dziwi się, jak czarny może być konserwatystą. Inny każde nie zgrywać się na konserwatystę potomkowi czarnych niewolników, którzy tyle wycierpieli od konserwatystów amerykańskich (argument kompletnie „od czapy”, bo akurat John Godson pochodzi od tych Afrykanów, którzy w Ameryce nigdy nie byli).

To co się da przy tej okazji zaobserwować, to przede wszystkim braki w edukacji oraz w elementarnej logice. Świadczy to również o tym, jak wielki mętlik mają w głowach zwolennicy szeroko pojmowanej tzw. lewicy, choć prawicowcy również nie są wcale wolni od tej przypadłości.

Zawsze uważałem, że sojusz mniejszości narodowych, mniejszości seksualnych i np. feministek pod wspólnym parasolem jakiejś partii określającej się jako lewicowa, opiera się wyłącznie na potrzebie oparcia się siłom konserwatywnym lub rasistowskim. Tymczasem przedstawiciele mniejszości narodowych czy religijnych mogą być równie, a często wręcz bardziej antyfeministyczne lub homofoniczne niż tradycyjnie pojmowani chrześcijańscy biali konserwatyści.

Bardzo pouczające są tutaj przykłady konserwatywnych środowisk muzułmańskich w Wielkiej Brytanii, które chciały się afiliować przy Partii Konserwatywnej. Ponieważ Torysi, zwłaszcza w czasie rządów pani Thatcher odmawiali im miejsca w swoich szeregach, zwracali się do laburzystów, a Partia Pracy takiego miejsca im u siebie udzieliła.

Konserwatywne poglądy czarnoskórych nie powinny nikogo dziwić, ponieważ wśród przedstawicieli każdej grupy kulturowej czy etnicznej są ludzie, którzy pragną się kierować takimi a nie innymi zasadami i rozluźnienie obyczajów im nie odpowiada. W samych Stanach Zjednoczonych istnieją konserwatywni Afro-Amerykanie, dzięki którym (to już moje osobiste zdanie), istnieją w tym kraju społeczności kolorowe, które nie stoczyły się do poziomu nowojorskich gett. Kiedy Bill Cosby w maju 2004 roku ostro skrytykował czarną społeczność wielkomiejskich gett za totalną głupotę i tragiczne metody wychowania dzieci, nie występował przecież jako rasista, ale konserwatysta (choć on sam pewnie by sobie takiego określenia nie przypisał) zatroskany o przyszłość ludzi, z którymi czuje emocjonalną więź. Przed kulturą rapu i hip-hopu od samego zniesienia niewolnictwa działały wśród ludności czarnej grupy dążące do wyniesienia ludności czarnej na posiom cywilizacyjny pozwalający na rozmowę z białymi bez kompleksów spowodowanych brakiem wykształcenia, ogłady towarzyskiej czy niskim statusem majątkowym. Bill Cosby obserwując obecną sytuację prawdopodobnie doszedł do wniosku, że te wszystkie wysiłki poszły na marne.

Oczywiście można się zżymać na podejście religii do pewnych zagadnień obyczajowych, ale generalnie trudno na to cokolwiek poradzić. Konserwatyzm jest immanentną cechą większości religii, ponieważ większość religii opiera się na ludzkiej potrzebie wiary w coś stałego, niezmiennego. Nie dziwmy się, że ludzie religijni myślą inaczej niż inni!

Wracając do posła Godsona i głównego celu moich ostatnich wpisów, chodzi o to, że rasizm pojawia się wszędzie i w każdym środowisku. Lewicowość czy prawicowość nie ma tu nic do rzeczy. Rasizm wyłazi z nas nawet tam, gdzie „chcemy dobrze”. W jednym z „pozytywnych” komentarzy pochwalających decyzję Johna Godsona na temat związków partnerskich można było przeczytać, „czarny, bo czarny, ale dobrze mówi”. Ręce opadają. Co tutaj ma kolor skóry do rzeczy? To tak, jak w polskim filmie z 2006 r., w którym jeden z grupy skinheadów mówi do czarnoskórego „dla mnie to ty jesteś biały”, co wyrażać najwyższy stopień akceptacji.

Na tym na razie kończę cykl o wątpliwych aliansach, czyli o sojusznikach, z którymi wolelibyśmy się nie łączyć, gdyby nie jakaś wspólna sprawa do załatwienia. Dzisiaj zwrócono mi uwagę, że próba dyskusji z antysemitami czy też rasistami nie ma sensu, bo ich się i tak nie przekona. Jest w tym dużo racji, ale ja wierzę, że może jeszcze da się kogoś uratować, zanim „ciemna strona mocy” całkiem go pochłonie. Jest jeszcze inna strona tego zagadnienia – gdybyśmy postanowili w ogóle nie rozmawiać z ludźmi o antysemickich czy rasistowskich poglądach, mogłoby się okazać, że jedynym dla nas wyjściem jest pustelnicze życie w eremie. Na dodatek czasami byśmy się łapali na tym, że nie powinniśmy mieć nic do czynienia z człowiekiem w lustrze.